Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 595 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poemat pedagogiczny - Bożena Kamińska, Włodzimierz Kowalski

Szkolne lata Anki, głównej bohaterki, przypadają na lata tuż po wojnie. Życzliwa, opiekuńcza i uczynna dziewczyna z entuzjazmem przyjmuje idee komunistyczne, wierząc, że system ten służy najsłabszym, pomagając im dźwigać się z nędzy - i materialnej, i duchowej. Nieświadoma prawdziwego oblicza komunizmu, nadmierną szczerością i uczciwością naraża się jednemu z ważnych działaczy, zamykając sobie drogę do wymarzonych studiów. Aż wreszcie, niczym w dziele Makarenki, odpowiednie "metody wychowawcze" przywracają ją na łono "społeczeństwa z zasadami"...

Opinie o ebooku Poemat pedagogiczny - Bożena Kamińska, Włodzimierz Kowalski

Fragment ebooka Poemat pedagogiczny - Bożena Kamińska, Włodzimierz Kowalski

Bożena Kamińska, Włodzimierz Kowalski
Poemat pedagogiczny
© Copyright by Bożena Kamińskaand Włodzimierz Kowalski 2007Korekta: Magdalena Geraga
ISBN 978-83-7564-309-1
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl
Publikacja chroniona prawem autorskim.Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Rozdział 1PRZEBUDZENIE

Stuk, stuk… stuk, stuk… stuk, stuk… Drżenie, dudnienie, kolebanie… W dali światełka wędrujące, mrugające złotymi oczkami, kiwające srebrnymi rączkami… coraz dalsze, senniejsze…

– Aniołki już ci przyniosły dwóch malutkich braciszków. Niedługo dojeżdżamy. Sama zobaczysz, jakie śliczne. Cieszysz się, prawda?

Och! Tak, Marto, tak… Tylko po co tych dzieci aż tyle?

*

– Też jesteś zapisana do klasy pierwszej „a”? Przyłącz się do nas. Chcesz zostać moją parą? Jak się nazywasz?

– Anka.

– A na nazwisko?

– Borowska.

– Ja się nazywam Gosia Nowak… i ja już wiem, jak jest w szkole. Ja to już umiem czytać.

– Koza, mee… Przyszłaś tu z niańką, co? Sama nie trafisz do domu? Ty, gruba Gosia… baryła, dlaczego już się nie chwalisz?

– Proszę pani, on się przezywa!

– Chwalipięta, skarżypyta, podlizuch… krzywa, wyprostuj się!

– Nie, to obrzydliwe… Jej nie zaczepiaj… nigdy. Chcesz za to czekoladkę?

– Pewnie, że chcę. A co do niej, masz rację.

– Nie przeszkadzaj! Nie gadaj!

– Jak tobie nie wstyd zadawać się z takim łobuzem, żeby aż pani musiała zwracać ci uwagę? Nie wiem, czy warto z tobą siedzieć. Jeżeli jeszcze raz do niego się odezwiesz, nie zaproszę cię nigdy do siebie… nawet na imieniny. Ja mogę się przyjaźnić tylko z grzecznymi dziewczynkami.

*

– Mów głośniej, Irko.

– Mama jest praczką, ojca nie mam.

– Opuść rękę, Gosiu. Pani sama ciebie wywoła.

– Chwalipięta, skarżypyta, podlizuch!

– Mój tatuś, proszę pani, jest lekarzem. Moja mama nie pracuje.

– A twoi, Aniu?

– Moi rodzice są urzędnikami.

– Nie martw się, Irko, że twoja mama jest praczką. Przecież trzeba prać. Moja mama i Marta codziennie piorą dla dzieci… i ja też lubię prać dla swojej lalki, Kasi. A ty masz lalkę?

– Mam, z gałganków…

*

– Nie zaprosiłaś Irki?

– Coś ty, głupia, czy co? Jej wygląd wszystko by popsuł.

– A ona tak cię podziwia.

– Bierz prędzej, schowaj!

– Możesz mi nic nie dawać, jak się boisz grubej. Mnie nie zależy, a Irki i tak nikt nie zaczepi, bo by popamiętał.

– Wcale się jej nie boję, tylko… ty chyba nic nie rozumiesz.

– Namyśliłam się, wiesz? Zaproszę Irkę, tylko nie jestem pewna, czy ona ma się w co ubrać?

– O to się nie martw. Pożyczę jej tę sukienkę w kwiatki. Jestem tak samo szczupła. Moja mama na pewno się zgodzi.

Ile zabawek… Jaki puszysty dywan… i kolorowe lampiony…

– Częstujcie się, dziewczynki. No, Irko, nie wstydź się.

– Jaka miła ta dziewuszka…

– Ania? No, nasza Gośka od razu się na niej poznała.

„Czemu te dzieci tak bez przerwy płaczą? I spać nie dają, i przeszkadzają odrabiać lekcje. Gosi się znudził elementarz i czytała pod ławką jakąś inną książkę. Pani zwróciła jej uwagę. Bardzo się obraziła na panią. Może ją mama przeniesie już do drugiej klasy? Na imieninach Irka była taka szczęśliwa… A sukienkę mogę jej przecież dać na zawsze. Jak mama wróci z pracy, trzeba to załatwić”.

*

– Jadę z mamusią nad morze. Na calutkie wakacje!

– A my z Martą w tym roku nie pojedziemy do niej na wieś, tylko z dziećmi do Świdra, żeby było blisko. Irka nigdzie nie wyjeżdża, szkoda…

„Całe wakacje dzieci uczyły się chodzić i trzeba było ciągle je prowadzać. Gosia znowu została przewodniczącą klasy. Trudno się teraz do niej wyrwać, bo trzeba pomagać Marcie. Dzieci im lepiej chodzą, tym są nieznośniejsze. Kąt z zabawkami całkiem rozwaliły. Jak uratować Kasię? Może by zamieszkała na szafie? Smutno trochę i nudno. Dni coraz krótsze, liści coraz mniej, szyby bez przerwy płaczą, a chmury dokądś płyną, płyną… ”

Wplątany w resztki snu kleisty zapach pieczonego ciasta i rześka woń choinki. Jakoś niezwykle jasno…

– Śnieg! Wszędzie biało! Słońce! Och, Marto, jak cudownie! Będzie prawdziwe Boże Narodzenie…

Gwar… ruch… muzyka… Lód odbija jak lustro światła reflektorów…

– Popchnij grubą!

– Daj spokój.

– To ja ją popchnę…

– Przestań!

– Masz rację. Gruba niech lepiej stoi. Rymnie i lód rozbije. Pędzimy, chcesz?

– Aha…

– Tylko się mocno mnie trzymaj.

– Urządzamy prawdziwy bal karnawałowy. Od dziś na gimnastyce będą lekcje tańca. I żadnych głupich wybryków. Kto nie chce z nami trzymać, niech się przeniesie do „b”.

„Ta Gosia to potrafi być przewodniczącą”.

– O co chodzi, Gosiu?

– Bo, proszę pani, oni nie chcą tańczyć.

– Ruszcie się, chłopcy, no…

Sala w girlandach… orkiestra… mieniące się cekiny… barwne korale, wstążki i falbany… Wszystko wiruje, wiruje, wiruje, aż miga w oczach i kręci się w głowie…

– Musiałaś tańczyć z tym łobuzem? Inne dziewczynki tańczyły ze sobą.

– Przecież ty, Gosiu, sama tego chciałaś.

*

Wielkanoc… Wiosna… Skwerek co dzień zieleńszy… Na twarzy ciepłe pocałunki wiatru… Można włożyć krótkie skarpetki…

– Jedziemy statkiem do Młocin! Razem pojadą pączki i kwas chlebowy! I mama Gosi do pomocy pani…

Drżące świetliste smugi… Dziwne echo ciszy… Myśli pełne skupienia…

„Być tak naprawdę dobrym. Nie mieć na swoim sumieniu żadnych złych i niegodnych uczynków… Jak to okropnie trudno. Trzeba okazać wolę i wytrwałość choćby w jednym. Muszę koniecznie od zaraz bardziej pomagać Marcie”.

– Czemu tak pędzisz? Ledwo cię dognałam. Tak się spieszysz do domu? Po co? Taka piękna pogoda, chodź na skwerek. Już się przygotowałaś do spowiedzi? Bo ja to już… Nie wiem jak ty, bo ja właściwie nie mam grzechów, a zresztą może jeden? Muszę się jeszcze namyślić, bo przecież trzeba coś powiedzieć, no nie?

Sekunda osłupienia i… pospieszna odpowiedź:

– To przecież tajemnica, Gosiu. O tym się nie rozmawia.

*

Promienie łażą po ciele… Strumyk gra na kamykach… Brzęczą owady… Łąka pachnie sianem…

„Trzeba przyjść wieczorem. Mgły nad strumykiem znowu będą wstawać i zamieniać się w dziwne postacie. Zaczną się giąć i kłaniać, a potem wolno, wolniutko oddalą się w noc. A może to się wcale nie zdaje? Może to wcale nie są mgły?”

*

„Uwaga, uwaga! Nadchodzi! Alarm lotniczy dla miasta Warszawy! Dla miasta Warszawy!” Piwniczny mrok i dudnienie… dudnienie… dudnienie… Raz po raz świst i łomot… coraz głośniejszy, głośniejszy i coraz przeraźliwszy… Skurcz w gardle. Już? Tym razem jeszcze nie… „Odwołujemy alarm lotniczy!”

W górze upiornie gorejąca, zadymiona studnia podwórka. Na dnie w piwnicy trwanie bez czasu, sensu, bez myślenia. Ciągle tak samo, dni, tygodnie… Skulone, odrętwiałe wyczekiwanie na wyrok. Nareszcie cisza… Gruz, szkło i cisza… trwożna, niepewna, przejmująca.

– To ta dziewczynka? Miła… wygląda na rozsądną. Na pewno da sobie radę. To będzie ulga dla pani, a jej warunki się polepszą i będzie chodziła do szkoły. O mężu nadal nie ma żadnej wiadomości? No, tak… Pani z małymi radzimy jechać do kuzynki na wieś.

Droga bez końca… błoto… ziąb… Domy przedmieścia… pole… Śmiertelnie smutny zmierzch… Ciemna uliczka za zakrętem… długi i niski murowaniec… kilka topoli majaczących w mroku, dalej karłowe krzaki, hen, ginące w mglistej czerni widnokręgu. Twarze dziewczynek i pani, widziane jakby przez mgłę. Słowa jakby nie swoje, szurgot kubeczków po ogromnym stole i prawie zapomniany smak chleba. Pomieszczenia jedno za drugim. Miejsce na dole piętrowego łóżka. Dziwne, bezmyślne zapadanie w jałowy, tępy sen.

Blady poranek… Obca izba, surowo czysta. Masywne prycze z drewna równo usłane kocami. Niski parapet, na nim krzywy kaktus. Nad piecem wielki krzyżak, opadający wolno w dół.

„Pająk przynosi szczęście. Marta go nigdy nie zabiła. Wyganiała tylko za okno, żeby nie brudził ścian. Ściany… jakie to było ważne… Nie ma już nic… Tatuś nie wrócił, Marta wyjechała… Przepadło wszystko… dom i szkoła, i piękny pokój Gosi. Taka sama jak dawniej została tylko suterena Irki.

– Już nie śpisz, prawda? Jak ci na imię, moje dziecko?

– Anna.

– Więc, moja Aniu, trzeba, żebyś szybko do nas przywykła. To twoja paczka, tak? Pod łóżkiem masz kuferek. Miejsce na książki wyznaczę ci w świetlicy, tak jak mają inne. Od jutra pójdziesz do szkoły. One cię zaprowadzą. Musisz się więcej uczyć, żeby nadrobić zaległości. Teraz umyj się obok i ubierz szybko, bo zimno. Mamy trudności z opałem. W kuchni dostaniesz śniadanie, to się rozgrzejesz gorącą kawą, a potem pozamiatasz.

– A, to ta mała, która przyszła wczoraj. Zbieraj prędko te śmiecie, bo ci je rozniosą!

– Ale tu zimno. Znowu mnie rwie w kolanie.

– Owiń szalikiem, Praksedo. To ci pomoże.

– Znowu wylałaś atrament, ofiaro. Wczoraj zmieniony papier i już jest zaświniony. Nie możesz trochę uważać?

– Nie widziałaś gdzie, Zosiu, mojej zaczętej rękawiczki?

– Sama niedługo zginiesz. Rzucasz te druty byle gdzie, aż się która nimi przebije!

– Wandziu! Jesteśmy głodne jak psy. Już czas nakrywać, guzdrało!

– Pani kazała, żebym opiekowała się tobą. Nazywam się Janina. Mówią na mnie Janeczka. Jestem tu od początku. Moi rodzice zginęli – poważny głos i spojrzenie, prawie niepasujące do okrągłej buzi i dwu sterczących warkoczyków.

– Nie wszystkie dziewczynki są miłe i dobrze wychowane, ale obydwie panie każą im dawać dobry przykład i cierpliwie wszystko tłumaczyć. Będziemy miały książki z Jadzią i Marysią. Są jedne podręczniki na kilka. Odrobisz z nami lekcje. Nie jest dużo, a będziesz od razu wciągnięta. Marysiu, nowa koleżanka też będzie korzystała z książek. Posuń się trochę, żebyśmy wszystkie mogły odpisać przykłady.

– A może jeszcze z dziesięć? I tak nie można się dopchać.

– Jaka ty jesteś, Marysiu. Wiesz, że ze wszystkim są trudności. Paniom mało głowy nie pękną, żeby to wszystko jakoś było. Taka okropna wojna… Czy ty doprawdy tego nie rozumiesz?

Niechętnie ustąpiony kawałek miejsca na ławie i tylko jedna myśl:

„Nie płakać. To i tak nic nie pomoże. Ona przecież nie płacze, chociaż jest sierotą i już nigdy nie wróci do domu. Nie ma rodziców, a jednak coś tu znaczy. Liczy się tutaj… sama z siebie się liczy. Jak niepodobna jest do Gosi. Aby się tylko nie rozpłakać. Dobrze odrobić te lekcje. Poradzić sobie… jak Janeczka. Nie pozwolić się zepchnąć na szary koniec”.

Rozdział 2OCZEKIWANIE

Anka przestała czytać. Z głową opartą na dłoniach wyglądała przez okno. Leciuchny wiatr raz po raz zataczał swój taneczny krąg, wlokąc za sobą uschnięte liście. Na załamaniu muru gasł ostatni odblask.

Taka ogromna cisza, że aż dzwoni w uszach. Nie, to nie cisza, to zegar cyka w jadalni. Biedna Prakseda ciągle chora. Dobrze, że zasnęła. Chciałaby być u babci. Kiedy nareszcie skończy się ta wojna? Ludzie chwytają gorączkowo iskierki nadziei, żeby się jakoś pokrzepić. Wczoraj Lucynka znowu przyniosła skądś ulotki. Ta to ma własne dróżki, którymi sobie chodzi, i jakieś znajomości, o których panie nie wiedzą. Wczoraj wróciła podniecona i w kółko powtarzała, że z Niemcami krucho. A od ojca znów nic, żadnego znaku życia. Niemcy… To słowo, jakby go nie brać, jest zawsze tak samo okrutne. Nawet na ich odludnej, nic nieznaczącej uliczce zobaczyła ten straszny mundur… naprzeciw siebie… Wtedy coś ją napadło, żeby mu nie ustąpić, żeby mu się przyjrzeć. Ktoś, kto potrafi mordować, nie może przecież mieć normalnej twarzy. Jak wygląda oblicze zbrodniarza? Przyspieszyła kroku bez właściwego rozumienia, co tak naprawdę zamierza. Doznała jakby przerwy świadomości, ubytku w czasie. Tuż przed sobą ujrzała zwykły, wesoły, ludzki uśmiech, z którym ten Niemiec gestem wytwornie żartobliwym ustąpił jej przejście na wąziutkim chodniczku. Pomyślała zdezorientowana, że jest skończoną idiotką. Biegła i rozpaczliwie szukała odczuć jedynie prawidłowych – nienawiści… nienawiści, której wcale nie czuła… Co jej do tego człowieka, którego musi nienawidzić, a o którym przecież nic nie wie? Doznania przeraźliwe, bolesne i jak sen nietrwałe. Już następnego dnia zerwał dziewczyny od obiadu ponury ryk samochodów. Po chwili z pobliskiego domu wyprowadzono młodego chłopca, znajomego zresztą. Przychodził czasem do nich w różnych społecznych sprawach. Wszystkich ujmował swoim nadzwyczaj ugrzecznionym sposobem bycia, który Lucynka potrafiła idealnie przedrzeźniać. Krzyczała wówczas do Zosi, wyrośniętej nad wiek brunetki o aksamitnym spojrzeniu: „Popatrz, popatrz, przyszedł twój narzeczony!”. Zosia się czerwieniła, a Lucynka mówiła przez nos: „Dzień dobhy paniom. Mamy dzisiaj piękną pogodę, niephawda?”. Och, nieprawda. Dla niego pewnie żaden dzień już nie miał się skończyć pogodnie. I ich budynek również objęła rewizja. Pani już z góry otworzyła drzwi. Wieczór po tym zdarzeniu był przygnębiający. Dziewczyny milcząc układały skotłowane rzeczy. Mała Isia chlipała nad zniszczonym rysunkiem, który z zaparciem się siebie wykonywała przez parę godzin, aż ją Lucyna ofuknęła ostro: „Zamiast ryczeć, podziękuj Bogu, żeś nie dostała po głowie!”. A gdy dziewczynka umilkła, dodała z przejęciem: „Kto tu ma łeb na karku? Wczoraj wyniosłam do chlewika polski i historię. Pięknie by było, gdyby je znaleźli. Nigdy tych książek nie sprzątniecie jak należy i jeszcze okłamujecie panie, co jest po prostu podłe”.

Silniejszy wiatr zaskrzypiał okiennicą. Anka ocknęła się. „Trzeba je zamknąć” – pomyślała, ale nie chciało jej się ruszyć. Podźwignął ją dopiero łomot drzwi wejściowych.

– Ziąb, ziąb – wykrzykiwały dziewczęta i już ich było pełno.

– Nie pal światła, Basiu. Widzisz chyba, że są otwarte okiennice. Cóż to, nie ma nikogo? Pewnie się pospały – Lucynka wytężyła wzrok.

– Ty, Anko, czy twój duch? Szkoda, że z nami nie poszłaś… Prakseda mogła pobyć sama. Masz swoją porcję cukierków.

Błysnęło światło. Wróciła rzeczywistość. Tylko powieki drgały chwilę od nadmiaru blasku.

– Napijmy się gorącej kawy – zaproponowała Janeczka. – Na dworze wcale nie czuć końca zimy.

Anka wybiegła do kuchni i po chwili z jadalni doleciał dźwięk kubeczków. Janeczka widać bardzo zmarzła, bo zaraz poszła za nią, aby się prędzej ogrzać. Niewiele się zmieniła w ciągu tych kilku lat. Miała tego typu mocną, krępą figurę, która z przejściowej bryłki wykluwa kształt ostateczny mozolnie i powoli. Zawsze tak samo zrównoważona i uprzejma, przez cały czas była najbliższą koleżanką Anki. Systematyczna i praktyczna, uczyła się dokładnie, nie poddawała przesadnie uczuciom i nigdy nie gubiła wątku realnych spraw życiowych. To była taka dziwna przyjaźń, wynikająca bardziej z układów niż ze wspólnoty charakterów. Anka, nieco wyższa i szczupła, o drobnej kości i delikatnych rysach twarzy, zewnętrznie również była całkiem inna. Obie na tajnych kompletach, pod pokrywką handlówki, przerabiały drugą gimnazjum, a w internacie samodzielnie rządziły sprawami szkolnymi. Powyżej była jeszcze grupa piętnastolatek, uczących się zawodu. Dziewcząt starszych w zasadzie nie obejmował zakład, czego od roku nie przestrzegano ściśle, chroniąc w ten sposób niektóre przed wywózką do Niemiec.

Gdy po wypiciu kawy dziewczyny przeszły do sypialni, nie na wiele się zdały błagania Anki, żeby zachowywały się cicho. Przewróciły krzesełko, butelkę z wodą do kwiatów i oczywiście obudziły Praksedę. Zaczęły się od nowa opowiadania i śmiechy. Dziewczyny słały łóżka i szykowały się do snu. Malutkiej Isi guzik zaplątał się w pętelkę i Anka, para z łóżka, musiała jej pomagać. Już dwa lata sypiała na górze. Bo też i kawał życia upłynął od czasu, gdy pierwszy raz tu weszła. Obecnie było dobrze, lecz minie jeszcze rok, może troszkę więcej i skończy się to życie. Znów trzeba będzie stanąć przed murem obcych ludzi i znów wykuwać w tym murze pozycję dla siebie. A może wszystko ułoży się pomyślnie? Może do tego czasu już skończy się wojna? Powróci dom rodzinny jak zmartwychwstałe widmo? Zacznie się niepojęte i szczęśliwe życie? Jak by to wszystko było? Biedna mama… jaka już zniszczona… Tak rzadko się widują. Jeden jedyny raz spędziła lato u ciotki. Więcej już nie pojedzie. Po co pogarszać sytuację, która i tak jest okropna? Sytuację mamy i swoją. W zakładzie nikt nikomu niczego nie wymawia i nie robi łaski, a w lecie też jest ładnie, gdy zazielenią się trawy i zakwitną akacje. A najważniejsze, że ma się więcej czasu i można czytać, czytać, choć na trochę przenieść się w świat, który z rzeczywistością nie ma niczego wspólnego.

– Już jest ta nowa! – Marysia wbiegła do sypialni. – Widziałam ją przez szparę. Rozmawia z panią. Taka jakaś wsiowa… Wstawajcie, trzeba zobaczyć, co za złoto.

– Na pewno lepsze od ciebie – odparła cierpko Lucyna, grzebiąc z pozycji leżącej w wyciągniętym spod łóżka kuferku. Nie lubiła głupiej Maryśki, jak oficjalnie ją zwała, za jej ograniczenie i wścibstwo.

Szara wczesnomarcowa niedziela tonęła w zwałach chmur, które gwałtowny wiatr przewalał nisko nad ziemią. Takiego dnia wolno było pospać trochę dłużej. Dziewczyny jednak wstawały. Przybycie starszej nowej było dość rzadkim wydarzeniem, a jej skrytykowanie stanowiło odwet za skrępowanie i nudę zbiorowego, ubogiego żywota.

Gdy Anka weszła do świetlicy, pierwszy rzut oka potwierdził opinię Marysi. Nowa dziewczyna miała grube rysy i toporną figurę. Na dodatek szpecił ją ubiór, stosowny dla dorosłej kobiety. Okropne buty na obcasie i wyliniałe jedwabne pończochy, kuse, czarne, wytarte paletko, które uświetniał szczątek karakułowego kołnierza i staromodna fantazyjna torebka wyglądały żałośnie. Jadzia trąciła Marysię:

– Przy śmietniku leży kapelusz. Będzie świetnie pasował do tego jej stroju. Polecę i przyniosę – a że obie nie mogły wytrzymać ze śmiechu, wybiegły ze świetlicy.

– Pani mi powiedziała, że ona cudem uniknęła śmierci. Jej ojca złapali z bronią i z miejsca rozstrzelali, a macocha z dziećmi uciekła – powiedziała Janeczka do Anki. – Faktycznie się wystroiła… Trzeba ją będzie jakoś przebrać, bo by w szkole życia nie miała do samego końca. Ona się chyba uważa za bardzo elegancką, bo taką ma pocieszną minę…

Niebawem nową Kazię wzięła w obroty pani na zwykłą zapoznawczą ceremonię, której przebieg dziewczęta znały na pamięć. Szły też za nimi jak procesja, szturchając się w milczeniu łokciami. Gdy wreszcie żywot Kazi wtłoczono w regulaminowe ramy, podano śniadanie. Następnie panie zabrały Kazię do siebie. Pozostało już tylko sprawdzenie jej osobistej czystości, bez dokonania czego nie dopuszczano nowej do styczności z resztą. Zasada taka była rygorystyczna i słuszna, bo wywiedziona z doświadczenia. Rzadko która dziewczyna nie była zawszona. Zdarzało się i tak, że generalnej dezynfekcji musiała być poddana nie tylko sama głowa, ale i całe ubranie, które często natychmiast palono. O tym dziewczęta wiedziały, więc teraz z podnieceniem czekały na rezultat.

– Czuję, że z nią nie będzie dobrze, bo jeszcze żadna ze wsi nie przyszła jak należy – powiedziała przewidująco Janeczka.

Dopiero o dziesiątej, gdy dziewczyny straciły nadzieję, że Kazia kiedykolwiek zostanie wypuszczona, podejrzanie nieobecna Marysia wbiegła do sypialni, w której segregowano bieliznę. Obwieściła z wypiekami na twarzy:

– Wiecie? Ma wszy! I to aż tyle, że będzie ostrzyżona na zero… O rety! Taka duża dziewczyna… to ci dopiero heca! Słyszałam, jak pani mówiła, że nie ma innej rady.

– Jej włosy, a tobie razem z kudłami powinny uciąć łeb – odparowała pogardliwie Lucynka – żebyś nie wtykała nosa do cudzego trzosa i nie podsłuchiwała pod drzwiami. Opamiętasz się wtedy, gdy ci go ktoś przytrzaśnie. Kazi włosy odrosną, a ty bez nosa zostaniesz na zawsze. Oby się to zdarzyło jak najprędzej.

Niemniej relacja Marysi potwierdziła się. Ponieważ ostatnio zakład był całkiem pozbawiony środków, które by mogły rzeczywiście oczyścić włosy z robactwa, do tego tak zaniedbane i gęste, jak okazały się u Kazi, panie postanowiły ostrzyc ją do skóry. Zdawały sobie sprawę, że dla dziewczyny w tym wieku będzie to ciężkie przeżycie. Zdenerwowane i złe usadowiły ją na środku świetlicy. Ukrywanie tej sprawy nie miało joty sensu, a włosy należało spalić z dala od czegokolwiek.

Ogłupiona i przestraszona Kazia niezbyt zdawała sobie sprawę, co faktycznie z nią zamierzają i miała minę, jakby chciała uciec. Pełna świadomość faktu dotarła do niej dopiero wtedy, gdy maszynka przejechała po skórze. Otworzyła wówczas usta, a oczy jej nabrały wyrazu przerażenia. Zerwała się raptownie z krzesła i w jednym ręku ściskając swą nieszczęsną torebkę, drugą chwyciła się za głowę, powtarzając nieprzytomnym bełkotem:

– Ja nie chcę, nie pozwolę, puśćcie mnie, puśćcie…

Pani opadły ręce. Usiłowała łagodną perswazją skłonić ją do spokoju i zajęcia miejsca na stołku. Wysuwała argument niezbity, że głowa z przodu jest już ostrzyżona i nawet najgłośniejsze krzyki nie przywrócą jej włosów. Wówczas dziewczyna przejechała ręką po głowie i jakby dopiero po tym objęła ogrom nieszczęścia, bowiem zaniosła się ogromnym płaczem. Każda najmniejsza żyłka trzęsła się w jej ciele, a twarz stawała się z wolna czerwoną, spuchniętą maską.

Wychowawczyni wybuchnęła ostro:

– Moja droga, miej choć na tyle rozumu, aby zdać sobie sprawę, że w nagrodę za przyjęcie cię tutaj nie możesz nas wszystkie zawszyć…

Chciała coś jeszcze mówić, ale zdenerwowanie odjęło jej głos. Dziewczynom odechciało się żartów. Kazia doszczętnie wyczerpana, pocieszana na wszystkie sposoby, dała się posadzić na stołku i dalej siedziała już spokojnie. Tylko od czasu do czasu wstrząsało nią drżenie. Głowa stawała się goła, na domiar złego niekształtna, a pęki włosów zaścielały podłogę. Kazia i tak nic nie widziała, bo i z płaczu, i z żalu bez mała oślepła. Po pół godzinie umyta i przebrana w zakładowe ubranie, siedziała w kącie świetlicy, bezmyślnie wpatrzona w ścianę. Na głowie miała zawiązaną białą lnianą chustkę, która dodatkowo uwydatniała jej proste rysy twarzy. Tym sposobem ze śmiesznie pretensjonalnej pannicy przeistoczyła się w typową sierotę z przytułku.

Anka, na której cała scena zrobiła przygnębiające wrażenie, nie brała w postrzyżynach udziału. Było przecież jasne, że żadne pocieszenia na nic się tu nie zdadzą i że fatalny wygląd i tak niepięknej dziewczyny zatruje jej życie w szkole na długo, bo choć włosy odrosną, plama pozostanie. Wszyscy będą wiedzieli, że miała wszy i koniec. W żadne bajki nikt nie uwierzy. „Czy rzeczywiście się nie da, choćby troszkę, poprawić losu biedaczki? Ale co można zrobić? Obciętych włosów nie zastąpi nic. A gdyby tak na głowie, zamiast białej szmaty, zawiązać Kazi jaką ładną chustkę, wygląd dziewczyny poprawiłby się znacznie… ”

Anka zerwała się z miejsca, pobiegła do sypialni i wyciągnęła kuferek. Siadła na ziemi i przewracała w nim chwilę, po czym wyjęła małą, starannie owiniętą paczkę. Moment jeszcze dumała z widocznym roztargnieniem, potem rozpakowała zawiniątko i na jej dłonie spłynęła miękka, delikatna tkanina. Ręcznie malowana chusteczka z francuskiego jedwabiu pastelowymi barwami rozświetliła wnętrze izby. Był to talizman Anki, ostatnia rzecz z domu… przy tym pamiątka po ojcu, prezent od niego dla matki na jej imieniny, tuż przed wybuchem wojny. Tej chustki Anka nie nosiła wcale. Oglądała ją tylko czasem. Siadła na łóżku. Ogromnie żal jej było rozstać się z tą chustką. W tej samej chwili, przez drzwi, dostrzegła Kazię, która wstała z krzesła i wsparłszy głowę o futrynę okna, wodziła po chmurnym niebie zgaszonymi oczami. Anka, nie namyślając się dłużej, pchnęła nogą kuferek i wbiegła do świetlicy.

– Zdejmij tę szmatę, Kaziu, to upnę ci coś z tego – wyciągnęła rękę z chusteczką. – Wydaje mi się, że będzie ci w niej do twarzy. Prawda, że ładna?

Kazia otworzyła usta i przenosząc w tę i z powrotem spojrzenie z Anki na chustkę, odzyskała mowę.

– No – powiedziała z uznaniem – bardzo ładna, śliczna. Czy to twoja? Tak, fajna… ale ja nie mam pieniędzy, nie mogę jej od ciebie kupić – dodała z żalem.

Anka roześmiała się głośno. Myśl pobrania zapłaty za chustkę była tak bardzo odległa, że pomysł Kazi ją rozśmieszył.

– Czemu się śmiejesz? – spytała urażona Kazia.

– Ależ nie, tylko… ja nie mam zamiaru jej sprzedawać. Po prostu chcę ci ją dać.

Twarz Kazi pojaśniała. Zerwała z głowy białe płótno. Anka upięła jej misterny turban, w obramowaniu którego Kazia zupełnie się zmieniła. Ciepłe kolory przytłumiły przekrwione policzki, a błękit chustki zlał się z barwą jej oczu. Stała się znów podobna do człowieka. Zadowolona Anka obchodziła ją wokół i podziwiała dotąd, aż rozruszała ją całkiem. Kolacja wróciła humor. Placki z owsianej mąki, wprawdzie nieco gorzkie, lecz za to posypane prawdziwym cukrem, były wyśmienite. Kazia zjadała je z miną wygłodniałego zwierzątka, zerkając trwożnie wokół siebie. Za to wieczorem Lucynka, natknąwszy się na Ankę, nie omieszkała powiedzieć:

– Nie mogłaś już wynaleźć odpowiedniejszej gęby do tej chustki? Co ci przyszło do głowy?

W ciepłych podmuchach wiatru z otwartego okna Kazia stała przed lustrem. Z prawa i z lewa, od przodu i od tyłu z zadowoleniem przyglądała się głowie. Pokrywała ją gęsta, falista powłoka całkiem sporych włosów. Wystarczyło parę miesięcy lepszych warunków, by cera Kazi wydelikatniała, a zgrubiałe od pracy ręce nabrały normalnego wyglądu. Nawet kolor odrastających włosów zmienił się na korzyść. Zaniedbana wiejska dziewczyna wyrabiała się z tygodnia na tydzień. W szkole radziła sobie całkiem nieźle, a początkowe trudności, których przyczyną, rzecz jasna, była łysa głowa, zlekceważyła z pogardą. A zresztą była dość pyskata, żeby sobie poradzić. Dawno już przebaczyła wszystkim swoje postrzyżyny, doceniając w pełni warunki swej nowej egzystencji. Jej stosunek do otoczenia był wprawdzie poprawny, ale bez zbliżenia i zawsze odrobinę nieufny. Koleżanki odwzajemniały się Kazi takąż obojętnością i nie wciągały jej do swoich sekretów. Zresztą i panie uważały Kazię za mało sympatyczną, a Lucynka w złych chwilach zwała ją chamką ze wsi.

Lucynkę roznosiła fantazja i własny temperament. Popadała w zmienne nastroje, w tym również zniechęcenia, podczas których twierdziła, że jedyne, co warto, to spać. Kładła się wówczas na ławie, ponieważ nie wolno było zdrowym leżeć w dzień na łóżkach. Ostatnio ostentacyjnie spaliła dwa stare podarciuchy, które kiedyś były książkami, a z których jeden przedstawiał na okładce nagą kobietę. Lucynka bowiem znosiła nie wiadomo skąd najrozmaitsze książki poza plecami pań. Chowała je w pościeli i wszędzie gdzie się dało, w co była wtajemniczana tylko mała grupka. Ale gdy tylko się zajęła nową inscenizacją, zaraz wracała do normy. Kochała teatr i w tym aspekcie jej osobowość była nad wyraz dojrzała. Panie zaś bardzo popierały ten rodzaj rozrywki i pomagały jak mogły. Tym razem rola trafiła się także i Kazi, która ze względu na włosy była wyśmienitym chłopcem. Dla Kazi był to rodzaj awansu towarzyskiego i za nic w świecie nie chciała się skompromitować. Powtarzała więc sobie z przejęciem wyuczone zwroty, choć niezbyt jasno rozumiała całość wystawianego obrazu.

Zza okna dochodził tymczasem gwar dziewczęcych głosów. Z sionki prowadził na ogród mały, pochyły ganeczek, porosły dzikim winem. Wśród misternie utkanych gałązek młode listki pieściły oczy świeżą, soczystą zielenią. Poddasze obsiadły gęsto rajcujące wróble. Do wnętrza izb wlatywał ożywczy zapach przebudzonej ziemi. Nalewał w młode serca nadzieję lepszego jutra. Nagie, dziewczęce ramiona dźwigały bliżej słońca pracowite, ruchliwe dłonie. Po zagonach śmigały łopaty. Nicowały zszarzałą ziemię, na której barwny dywan z kwiatów uplecie życiodajna natura.

– Dziewczynki, już po piątej, zaczynamy próbę!

Cieniutki głosik Basi, głęboko wychylonej przez okno, wygonił przestraszone wróble. Z głośnym furkotem skrzydełek przesiadły się nieopodal i od nowa zaczęły swe targi. Prowizoryczna scena była przygotowana. Młodziutka reżyserka przeistaczała się przy pracy. Znikały porachunki; nie było lepszych i gorszych. Cierpliwie raz po raz pokazywała Kazi jej ruchy.

Gdzieś tam, za oknem, wstawał cichy wieczór… i przeogromny księżyc, jakby sama natura chciała odseparować od świata ten kącik miasta, żeby oszczędzić cierpień małym, sierocym sercom.

Rozdział 3UCIECZKA

– Dlaczego, Isiu, tak się trzęsiesz? Trzeba panować nad sobą. Jeszcze się rozchorujesz i wtedy dopiero będzie! Słyszysz, że cała strzelanina odbywa się daleko i nam tu nic nie grozi. To nie są bomby. Samolotów wcale nie słychać…

– Ja się nie boję – odrzekło szeptem dziecko – tylko te zęby same mi szczękają…

Anka przytuliła dziewczynkę i nakryła kocem.

– Postaraj się koniecznie zasnąć. Dlaczego gwałtem nie chcesz spać, choć sama widzisz, że kleją ci się oczy? Popatrz… i Cesia śpi, i Iza, no…

Isia, znacznie uspokojona tymi słowami, wtuliła się Ance pod ramię. W tej samej chwili cięższa detonacja wstrząsnęła posadami budynku. Mała drgnęła nerwowo.

– Anko – zaczęła znowu sennie – jak myślisz, czy to tak będzie jeszcze długo? Tak mi jest jakoś… Sama nie wiem jak… I spać nie dają…

– Myślę, że już niedługo. Nic się nie przejmuj. Zatkaj sobie uszy i śpij. Jak będzie trzeba, to cię obudzimy. I panie przecież czuwają, i my na zmianę… Ty nie potrzebujesz się martwić.

– A jak ta strzelanina się skończy, to Niemców już nie będzie, prawda? – dodała jeszcze Isia.

– Prawda – odpowiedziała Anka.

Uspokojone dziecko westchnęło i usnęło na dobre. Anka oparła zmęczoną głowę o łóżko. Śledziła nieruchomo płomyk cienkiej świeczki, który rzucał na ścianę rozmazany krąg światła. Za każdym silniejszym wybuchem płomyk wydłużał się i drgał tak, jakby chciał oderwać się od świeczki, po czym się uspokajał i uspokajało się jego odbicie na ścianie. Wtedy dało się widzieć niektóre twarze dziewcząt. Większość z nich spała, lecz nie wszystkie, bo od czasu do czasu którejś wyrwało się westchnienie lub przyciszony szept. Na bezładnie rozrzuconej pościeli leżały w ubraniach. Każda miała przy sobie spakowany węzełek z odzieżą, żywnością i wodą. Starsze zdawały sobie sprawę, że to ostatnie chwile ich pobytu w zakładzie. Już wczoraj panie kazały być w pogotowiu. One także na pewno nie spały. Dźwigały odpowiedzialność za los dwudziestu jeden dziewcząt, które nie wyjechały na lato. Już kilkanaście dni minęło od wybuchu powstania, lecz ten zakątek Warszawy nie został jeszcze dotknięty żadnymi działaniami. Oddalony od czegokolwiek ważnego, nikogo widać nie obchodził. Obie wychowawczynie czekały, bo po prostu nie miały odwagi wyruszyć dokądkolwiek z taką gromadą dziewczyn, wśród których kilka było jeszcze małych. Zaś to siedzenie dniami i nocami i to czekanie nie wiadomo na co stawało się okropne. Dziewczyny snuły się po izbach; upał wzmagał zmęczenie. Na powietrze nie wychodzono zupełnie. Jedynie uchylano okna, starając się nie czynić ruchu i pozorować dom niezamieszkałym. Lecz strzelanina wzmagała się z dnia na dzień. Anka już drugą noc nie mogła zmrużyć oka. Nogi ją rozbolały od krążenia w miejscu. Wreszcie poczuła straszną ociężałość. Myślała ciągle o matce. Biedna… umiera na pewno z niepokoju. W ostatnim liście tak namawiała ją na przyjazd. Chcąc udowodnić swoje możliwości, przysłała nawet paczkę z żywnością. Anka wiedziała jednak, że to wszystko jest nieprawdą. Nie miała najmniejszej ochoty jechać do cioci. Podziękowała za paczkę i za zaproszenie, tłumacząc się, że ma obowiązkowe zajęcia. Teraz matkę oddzielił już front. Stała się nieosiągalnym marzeniem.

Anka uchyliła cokolwiek czarną papierową zasłonę. Sierpniowa noc ciągnęła się za oknem. Od piaszczystych wydm leciał zapach sosny. Najlżejszy wiatr nie ruszał liśćmi drzew, a z boku całe niebo powlekały łuny. Wybuchy jakby się oddaliły. W pobliskim gąszczu brzóz zakrzyczał jakiś ptak. Odpowiadały mu inne. Potem odpowiadały sobie coraz dalej i ciszej. Odleciały. Ance zaczęły się przedstawiać obrazy z dalekiej przeszłości. Zobaczyła twarz Marty… zupełnie jakby stała przed nią… I mieszkanie na Chłodnej… siedzącą na poduszce lalkę, Kasię… Czyste, lśniące podłogi, jak groteskowy symbol bezpiecznego życia… I ta podłoga do niedawna także była czysta… Teraz zdeptana, czarna, tkwi jak widomy znak nieszczęścia. Przerażająco rozciągliwa płynność spraw… Dziś istotne, konieczne, przedmiot zabiegów i wysiłków – jutro błahe i śmieszne…

Wystrzały całkiem ucichły. Przed oczami majaczą twarze bardzo dawnych znajomych… wątła twarzyczka Irki i szeroka Gosi… Potem wszystko się kłębi… Po mieszkaniu na Chłodnej tańczy Lucynka, wyczynia śmieszne miny i robi na głowie diabełki wskazującymi palcami. Powieki są ciężkie jak ołów i zupełnie bezwładne. Za nic na świecie nie dałyby się dźwignąć.

– Anko, Anko, wstawaj! Gdzie twoja paczka? Czy to jest Isia? Trzeba ją obudzić. Pilnuj jej zawiniątka, żeby nie zostawiła.

Anka zerwała się. Chwilę usiłowała zrozumieć, co takiego się dzieje. Wydało jej się, że wybuchnął pożar. Ale czemu spała w ubraniu? Co przy niej robi Isia? Naraz wróciła świadomość. Porwała się na równe nogi i zaczęła potrząsać dziewczynką.

– Isiu, wstań, wstawaj – złapała ją i postawiła na ziemi, lecz mała nadal spała na stojąco. Wszystkie dziewczyny gorączkowo kręciły się po izbie. Odsunięto zasłony. Do wnętrza wpełznął blady, mglisty świt.

– Co się stało, Janeczko?

– Wokoło pełno Niemców. Ze wszystkich domów wypędzają ludzi. Pani kazała, żebyśmy były gotowe. Czy nie słyszysz warkotu?

Marysia wpadła do sypialni.

– Ulicą wali cały tłum… zupełnie jak z kościoła! – krzyknęła głosem drżącym z podniecenia. I chyba po raz pierwszy nie usłyszała docinków Lucynki. Każda zajęta była sobą. Każda wdziewała na siebie, co miała najlepszego.

Isia obudziła się wreszcie, a widząc poruszenie, wybuchnęła płaczem. Anka uspokajała ją, pakując w pośpiechu na nią i na siebie ubranie.

– Pamiętaj – upominała przerażone dziecko – żebyś się mnie pilnowała.

Jakiś bliziutki wybuch zadźwięczał na szybach, a po nim salwa z karabinu. Rozległy się donośne krzyki. Na wąziutkiej uliczce zadudniły kroki. Do izby wbiegła pani. Włosy miała rozwiane, na sobie dziwny ubiór, jakby włączyła się nagle do teatru dziewcząt.

– Nie ma już na co czekać, idziemy. Tylko spokojnie i trzymajcie się razem. Starsze biorą małe za ręce.

Był już najwyższy czas. Dziewczyny opuszczały budynek, nawołując się wzajem. Po pewnym czasie wyszły na główną ulicę i pomieszane z tłumem wędrowały przed siebie. I przed nimi, i z tyłu, ciągnęło obładowane tobołami morze ludzi. Wstało słońce i rozwiało mgły. Robiło się coraz goręcej. Anka dźwigała węzełek i swój, i Isi, która trzymała ją kurczowo za ręką. Nagle cofnęła się. Na ziemi leżał zakrwawiony człowiek i bezładnie ruszał rękami. Ale napierający tłum popchnął ją znowu do przodu.

– Anko – szeptało obok dziecko – ja już nie mogę iść. Mnie strasznie chce się pić. Daj odrobinę wody.

Przerażona, wyciągnęła butelkę i podała małej.

– Jeszcze kawałek, Isiu, abyśmy tylko wyszły z miasta. Jeszcze tylko kawałek…

Sama była zmęczona doszczętnie podwójnym bagażem i nadmiarem ubrania. Udało jej się związać dwa węzełki razem i przerzucić sobie przez ramię. Doznała nieco ulgi. Rozprostowała palce i wzięła Isię za rękę, wlokąc ją dosłownie za sobą. Starała się rozejrzeć wokół i pozbierać wzrokiem dziewczęta. Nagle tłum rozprysnął się na boki. Środkiem pędzili konno Niemcy, tratując wszystko, co nie zdążyło ustąpić. Ktoś krzyknął przeraźliwie. Anka ledwo zdołała utrzymać się na nogach. „Jeżeli dam się przewrócić – myślała nieprzytomnie – stratują i mnie, i Isię”. Niedaleko dostrzegła panią, która dawała ręką rozpaczliwe znaki. Dotarła do niej, pchając przed sobą małą. Zdołała jeszcze rozdzielić tobołki, nim tłum raptownie pchnął ją znów do przodu. Dalej szła więc już sama w niepowstrzymanej fali ludzi. Zrobiło się tak ciasno, że w obawie przed uduszeniem starała się wydostać na skraj. Gdy rozluźniło się nieco, zaczęła zbierać myśli i rozglądać się. Nie wypatrzyła pani z Isią, ale dostrzegła Kazię, która również ją zobaczyła. Po chwili maszerowały już razem.

Wzdłuż drogi przebiegał rów, pokryty mizernym zielem. Wzdłuż rowu rosły anemiczne krzaki o przepalonych słońcem liściach. Tylko gdzieniegdzie sterczała pokręcona wierzba, a dalej w polu tu i ówdzie tkwiły podmiejskie gospodarstwa.

– Nie wiesz, dokąd nas pędzą? – niespokojnie spytała Kazia. – Tam, gdzie szłam, to mówili, że wszyscy z tej gromady pójdą do obozu, że nawet mysz się nie wyślizgnie. Popatrz, jak obstawili boki i szwab akurat przy nas. Jak mi gorąco, uf…

Kazia umilkła, ale wiadomość widać nie była czczym wymysłem, bo podawana z ust do ust rozeszła się wśród ludzi. Tłum znowu stał się niespokojny. Niemiec bez przerwy jechał stępa obok. Zmęczony koń wypuszczał kłęby pary, co zwiększało jeszcze upał.

„Jeśli to prawda – myślała z trwogą Anka – że nas zapędzą do obozu, to już koniec z nami. Co my zrobimy w zamknięciu, zdane na łaskę tego tłumu? Czy to zresztą wiadomo, co z tymi ludźmi zamierzają zrobić?”

Zaczęła bardzo uważnie obserwować krzaki za rowem. Stawały się większe i gęstsze. W jej głowie kiełkowała myśl śmiała i szalona:

„Trzeba zaryzykować. Nie ma innego wyjścia. Musimy jakoś się wymknąć i schować w te krzaki”.

Obserwowała teraz Niemca. Kiwał się na koniu jak śpiący. Oczy miał jednak otwarte, bo spoglądał przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jego niemłoda, pofałdowana twarz miała wyraz zgorzknienia. Na chwilę jakby się ocknął, leniwie spojrzał po tłumie i zupełnie wyraźnie spotkał się z jej spojrzeniem, po czym znowu zapadł w swój letarg. Następny jechał dość daleko. Anka trąciła Kazię:

– Gdy dojdziemy do tych gęstych zarośli, skacz przez rów i dawaj nura w krzaki. Spotkamy się za tamtą chałupą, widzisz?

Kazia skinęła głową. Była tak wyczerpana, że zobojętniała na wszystko. Chciała usiąść i napić się wody, której już nie miała.

– To drzewo wygląda na złamane, zasłoni nas od tyłu, tylko konia trzeba puścić przodem – dodała Anka i znów zaczęła wpatrywać się w Niemca, który ocknął się jak poprzednio, przesunął wzrokiem po ludziach i znowu spojrzał na nią. Nagle poklepał konia i odsadził się sporo do przodu.

Anka szturchnęła Kazię i jednym susem przesadziwszy rów, zniknęła w krzakach. To samo uczyniła Kazia, tyle tylko, że węzełek wypadł jej z ręki. W tej samej chwili za nimi rozległy się dwa strzały. Dziewczyny pędziły w pole szpalerem gęstych krzaków, a przy ostatniej kępie spojrzały za siebie niepewnie. Nic się jednak nie działo. Nabierały powoli władzy w trzęsących się nogach. Teraz musiały zdobyć wodę, chwilę odpocząć i zastanowić się, co mają dalej robić. Spoglądały łakomie na studnię. Ale nim doszły do drzwi, przez okno wyjrzał młody chłop.

– Zmykajta, ino chyżo, bo zara psa wypuszczę – warknął i schował głowę.

Popatrzyły na siebie bez słowa. Kazi dwie łzy spłynęły na policzki. Anka opanowała się pierwsza.

– Nie płacz, niemądra. Ci ludzie po prostu się boją. Przecież widzą, co się dzieje na drodze. Trzeba odejść dalej. Mam jeszcze odrobinę wody, łyknij – podała Kazi butelkę.

Po krótkiej chwili wyszły na wyjeżdżoną końmi dróżkę. Przed nimi kilometrami ciągnęła się płaska równina. Z tyłu pozostawała spowita w dymy Warszawa, nad którą jękliwie i ciężko kołowały samoloty. Podchodziły lekkim wzniesieniem. Ze zwałów piachu ledwie wydobywały nogi. Już nie miały siły. Siadły na ziemi. Po lewej stronie wzgórza pochyła chałupina wygrzewała się w słońcu i kilka kur rozgrzebywało ubogie obejście. Od zagrody kobieta patrzyła w ich kierunku, przysłoniwszy oczy rękami. To dodało odwagi. Zresztą innego wyjścia nie było. Musiały napić się wody, zjeść cokolwiek z węzełka i pomyśleć o jakimś noclegu. Musiały przecież coś ze sobą zrobić. Ta sytuacja nie była kwestią dni. Nie da się przesiedzieć na drodze, dopóki sprawy ogólne nie będą wyjaśnione tak, żeby dotrzeć do matki. Anka wstała i doszła do płotu.

– Bardzo przepraszam – szepnęła spieczonymi wargami. – Czy mogłybyśmy dostać trochę wody?

– Weźta se… tam je studnia – kobieta patrzyła ciekawie. – Wyśta pewno z Warsiawy?

Anka skinęła głową.

– To wy tak same wędrujeta? Bez matki, ani kogo? Dokąd, daleko?

– Bo my jesteśmy z sierocińca. Nas pędzili chyba do obozu. Uciekłyśmy. Same nie wiemy, dokąd iść.

– A, z sierocińca – kobieta pokiwała głową. – Dzisiaj to już daleko nie zajdzieta, takie zmordowane. Lepi by przespać do jutra, abo co… to i łatwi by było pomyśleć, co wam dali robić. A rodziny jaki nie mata gdzie niedaleko?

Anka z namysłem pokręciła głową. Też już myślała o tym. Była tak mała, gdy rozleciał się dom. Nic nie zdołała zapamiętać. Kazia też pochodziła ze wschodu.

– No, to zawołaj te drugo. Prześpita sie w stodole. Siana je dosyć i słomy, a moich dzisiaj ni ma.

Anka podziękowała żarliwie i przywołała Kazię. Gospodyni wlała do miski ciepłej kartoflanki i położyła dwie łyżki, a potem ukroiła dwa kawałki razowca.

– Zjedzta to – bo jak i mata co z sobo, to sie jeszcze przyda. Ludzie nieskore do dawania. Zreśto i nie dziwota. Tyla narodu z ty Warsiawy. A wyśta z sierocińca, tak i trza pomóc, bo jak sierocie człek nie pomoże, to i Pan Bóg sie od niego odwróci.

Zjadły, a potem poszły do stodółki, gdzie kobieta usłała im spanie. Kazia upadła natychmiast na posłanie i zasnęła kamiennym snem. Anka jednak nie mogła jakoś zasnąć. Wyciągała z rozkoszą umęczone ciało i w płuca, zakurzone całodzienną wędrówką, wdychała zapach siana. Tak lubiła wieś… Teraz przez wypadnięte sęki widziała ciągnące się pole i kołujące nad nim ptactwo. Słońce stopniowo chyliło się na zachód. Ciche, stojące powietrze rozbrzmiewało muzyką owadów. Po wielu dniach napięcia nerwy się odprężały i zarazem ulatniał się hart. Tuliła spalone policzki do chłodnej i pachnącej trawy, a z drobnej piersi wydobywało się łkanie. Już słońce na dobre zaszło, żaby się rozgadały i na słomianym stropie zadzwoniły świerszcze, a ona wciąż płakała, jakby postanowiła wypłakać wszystkie łzy do końca.

Zbudziły się raniutko obie jednocześnie.

– Kaziu! – krzyknęła Anka, spojrzawszy na towarzyszkę niedoli – gdyby tym gospodarzom potrzebny był strach na wróble, to przypuszczalnie mogłabyś tu zostać.

Faktycznie, włosy Kazi krótkie, zwichrzone i gęste, pomieszane ze źdźbłami słomy i kłakami siana, tworzyły przeogromną kopę.

– Nie mam grzebienia, był w węzełku – odpowiedziała zmartwiona Kazia. – Zostałam tylko w tym, co mam na sobie. Tam była i bielizna na zmianę, i drugie buty, i ta chustka od ciebie… Nie miałam szczęścia, ten rów był taki szeroki…

– No – potwierdziła Anka – chyba nie dałabym rady drugi raz tak skoczyć. Co tam węzełek, szczęście, żeśmy się wydostały z tego piekła. Podzielimy się tym, co ocalało.

Rzuciła Kazi grzebyk, a sama się zabrała do rozplatania warkoczy.

– Jesteś wygrana ze swoimi włosami. Ja będę miała kłopot. Nie mam zbyt gęstych, ale za to długie. Wiesz – powiedziała nagle – a może uciąć te włosy?

– Chyba zgłupiałaś! Będziesz obcinać włosy? Na to zawsze masz czas – Kazia widocznie pamiętała swoje przykre doświadczenia z włosami i nie życzyła Ance podobnych. Czuła dla niej wdzięczność i podziw za pomysłowość i odwagę, na którą sama by się nie zdobyła. Wyzbyta strachu i wypoczęta mówiła za tokiem myśli, które dopiero teraz zdołała przetrawić:

– Jeszcze nie mieści mi się w głowie ta ucieczka. Bo widzisz, komu innemu to by się nie udało. Ty to masz szczęście do ludzi i ciebie wszyscy zawsze lubią. Sama pamiętam, jak pierwszy raz cię zobaczyłam. Ten szwab tak samo… wypuścił nas, bo chciał i tyle… bo jakby nie chciał, to wyobrażasz sobie, co by z nami było?

– Nie miałyśmy innego wyjścia – odpowiedziała Anka. – A i to nieprawda – dodała po chwili – że wszyscy Niemcy są zbrodniarzami. Wszędzie są dobrzy i źli ludzie. To jest wojna. Ludzie wykonują rozkazy, a myślą co innego.

Kazia przestała się czesać, chwilę dumała z namysłem, po czym machnęła ręką i rzekła po swojemu:

– No, chyba… Ale ja ci powiem, że na tym świecie tak czy owak żadnego tołku1 nie ma. Musimy się już zbierać. Trzeba się nająć gdzie do jakiej pracy. Tylko jak tylu ludzi wali, to pewnie będzie trudno o robotę. Żeby już tak kopali… ale co do ziemniaków, to się jeszcze zejdzie.

Od razu widać było, że dziewczyna zna się na rzeczy, co w tej sytuacji bardzo się przyda. Anka nabrała otuchy. Od kobiety dostały mleka i kartofli oraz parę cennych wskazówek.

– Idźta o, tam – rzekła na odchodnym – jak te wielgie stogi. Tam je duży majuntek, bo tu – machnęła ręką – to bida. Te ludzie nie pomogo…

Powędrowały więc raźno taką samą piaszczystą drogą.

– Zdejmij buty – poradziła Kazia. – Muszą nam starczyć na długo, a mocy w nich niewiele.

Anka przytaknęła gorliwie i już po chwili szła boso, zarzuciwszy związane pantofle na plecy. Zaraz jednak stanęła z boleśnie wbitym źdźbłem.

– Nie podnoś tak wysoko nóg. Po ściernisku nogami się suwa – Kazia śmiało pojechała piętami po ziemi.

Droga zbaczała nieco, niemniej każdy kilometr oddalał je od miasta. Detonacje rzedniały i cichły, czasem dudniły głucho, jakby wydobywały się spod ziemi. Niekiedy świszczący samolot przecinał złocisty błękit.

– Ale praży – rzekła stękając Kazia. – Ta wysadzona droga pewnie prowadzi do majątku. Baby tam pielą, o… Idziemy do nich.

Nim dokończyła, z bramy wytoczył się wojskowy samochód i pomknął kamienistą drogą, wznosząc tumany kurzu.

– Niemcy – szepnęła Anka – chodź, nic tu po nas.

Zawróciły pospiesznie do bocznej drogi, która po paru minutach zlała się z dworskim ogrodzeniem, za którym rozpościerał się sad. Kazia łakomie spoglądała przez żelazne sztachety.

– Ach, Anko, gdyby tak kilka tych jabłek… może udałoby się zerwać?

– Coś ty, będziemy rwały cudze jabłka? To przecież kradzież.

– Ty chyba jesteś głupia – zdenerwowała się Kazia. – Jak ty upadasz ze zmęczenia, to to jest kradzież? Lepiej, gdy zeżrą je Niemcy, wtedy nie będzie kradzieży – dodała z goryczą.

Anka tak znacznie osłabła, że w przepalonej słońcem głowie myśli zatrzymywały się na pograniczu świadomości. Wyrzekła z usprawiedliwieniem:

– Jeśli dostaniesz, to zerwij.

Kazia mozoliła się chwilę.

– Nie sięgnę, nie da rady, a przy płocie same maliny, na których nic już nie ma.

Za chwilę płot się urwał i skończył się sad. Rozpostarło się znowu rozległe ściernisko bez cienia. Dziewczyny wlokły po nim obolałe stopy. W odległości pół kilometra rozpościerała się wieś, wystawiająca niegościnnie tyły stodół.

– Trzeba się będzie zakrzątnąć, bo na to wędrowanie tylko siły szkoda – dodała sobie animuszu Kazia, a po chwili stwierdziła:

– Ta wieś to jakaś bardzo ruchliwa…

Anka goniła już resztkami sił. W łydki i uda powchodził jej ból. Każdy krok dalej stawał się cierpieniem. Na odpoczynek był ostatni dzwonek. Po niewielu minutach wieś wyłoniła się w całości. Ale już pierwsze obejście wyglądało okropnie. Na niechlujnym, cuchnącym podwórku biwakowali ludzie z dziećmi. Rozwrzeszczane niemowlę chwytało wystawioną pierś. Zresztą podobnie było wszędzie. Gromady ludzi, poubieranych dziwacznie w pomięte, eleganckie suknie i zimowe obuwie, albo na odwrót: bose i odziane w łachmany, siedziały na rozrzuconych tobołach.

– To beznadziejna sprawa, Kaziu. Spójrz tylko, co tu się dzieje.

Lecz Kazia się zawzięła i wstępowała po kolei do każdej chałupy. Półroczny pobyt w internacie zsuwał się z niej jak łuska z dojrzałego orzecha. Anka prawie jej nie poznawała. Kazia zagadywała ludzi, kłócąc się z nimi z ponurą złością w twarzy. Gdy za kolejnym razem znowu wyszła z niczym, wyrzuciła ze siebie porywczo:

– Stara cholera… skąpiradło… Jeszcze i sama będzie zdychać!

– Uspokój się. Po co przeklinasz tych ludzi? Może oni naprawdę nie są w stanie pomóc?

– Głupia jesteś i tyle. Żeby powyzdychali… Boją się o majuntek, żeby go im nie ugryźć. Już ja ich dobrze znam. Jestem okropnie głodna. Usiądźmy może pod tym drzewem. Trzeba coś zjeść i iść. Dalej podobno jest luźniej.

Anka rozglądała się smutno. Gryzły suchary i słoninę, a na deser po kostce cukru.

– Chodźmy – rzekła wstając – nie ma na co czekać. Już minęło południe, a taka gratka jak wczoraj prędko się nie trafi.

Szły po nagrzanej słońcem drodze, niosąc na zmianę tobołek. Posuwały się jednak w kierunku zadrzewionego obszaru, robiącego z daleka wrażenie sporego lasku.

– Teraz nie odchodzimy od Warszawy, a raczej idziemy równolegle – powiedziała Anka. – Słyszysz wybuchy?

– Tak… I to tak jakoś blisko i jakby wcale nie od strony Warszawy, a właśnie od przeciwnej. A może to jest echo, co?

– Możliwe – Anka słuchała chwilę, a potem pokręciła głową:

– Echo, nie echo, lecz z lewej strony, a nie z prawej, a tam przecież nie ma Warszawy… Więc co to może być?

Dziewczyny zamyśliły się. Po chwili Anka odezwała się znowu:

– Widzisz ten biały dom za drzewem? To wcale nie jest wieś, a jakieś podwarszawskie letnisko. I to są wille.

Drzewa coraz to gęściej okalały drogę. Gorąco stawało się mniejsze, bo też i słońce się obniżyło. Miejsce ścierniska zastąpiły małe poletka, jakby wykarczowane wśród drzew, często porosłe kukurydzą. Dziewczyny rozglądały się ciekawie. Rozległ się wybuch silniejszy od poprzednich.

– Patrz, o! Tam wyrósł biały dymek – Kazia stanęła i pokazała ręką.

Wybuch się nie powtórzył, jedynie posadami ziemi wstrząsnęło dalekie dudnienie. W miarę zbliżania się, las okazywał się rzadkim i mocno przetrzebionym zadrzewieniem, które nie osłaniało tkwiących w nim budynków. Droga wyrównywała się i nabierała cech uliczki. Osada robiła wrażenie całkiem wyludnionej. Na drzewach kwiliły ptaszki i zakłócały ciszę szelestem zeschłych gałązek. Dopiero trochę dalej ganiało się przy domu dwoje małych dzieci, a kobieta wieszała bieliznę. Dziewczyny przystanęły. Rozległ się znowu wybuch, a zaraz po nim dwa.

– Nawet stodoły nie ma – zauważyła Kazia. – Można najwyżej poprosić o nocleg w domu. Ale co z tego? Przecież musimy coś jeść. A kto cię przyjmie do domu i będzie darmo karmił? Służących to tu chyba nie trzeba – dodała sarkastycznie. – Czy widzisz tamtą drogę? Chodź, ominiemy te wille. Tam znowu będzie wieś. Ja się na tym znam.

Gdy wyszły na polną dróżkę, krajobraz zmienił się zupełnie. Zarośla się skończyły i rozpostarło pole, w znacznej odległości zamknięte zwartą ścianą lasu. Na jej odległym tle wykwitały od czasu do czasu niebieskawe dymki, wyraźnie widoczne powyżej na zbierających się chmurach, które leniwie pełzły coraz szerzej w górę. Zdawało się, że słońce stara się uciec przed nimi, tańcząc po niebie jaskrawozłotą plamą. Wybuchy stawały się częstsze i coraz więcej dymków wykwitało w górę.

– Co to tam może być? – spytała zaniepokojona Kazia.

– Nie mam pojęcia. To w każdym razie wygląda bardzo dziwnie.

– Widzisz!? – krzyknęła Kazia radośnie – tam, pomiędzy drzewami stoi wielka, drewniana chałupa, a obok stogi. A tam dalej też chaty. To jest jakaś kolonia. Pospieszmy się, bo chyba będzie burza…

Faktycznie, wierzchołkiem pobliskiego drzewa wstrząsnął raptowny dreszcz, spłynął na trawy i umilkł. Słońce nadal uparcie pląsało wśród chmur i wymykało się im uparcie, jakby przysięgło sobie trwać na stanowisku. Dziewczyny doszły do szerokiej drogi. Dwie wieśniaczki zbliżały się naprzeciw. Wymachiwały butami i rozmawiały burzliwie. Z dziesięć metrów od drogi stał gęsty szpaler zarośli, spleciony z wierzb karłowych i rosochatych krzewów. Kręcił między stogami i wydawał się biec gdzieś daleko. Dziewczyny podchodziły coraz bliżej chałup. Nagle na drodze wszczął się tumult i grupka ludzi przemknęła prawie biegiem. Zwolniły i patrzyły zdziwione. Na drodze ukazał się wyładowany wózek i pchający go szczupły mężczyzna; obok podążała drobna kobieta ze sporym dzieckiem na ręku. Dojechawszy do dziewczyn, kawalkada zwolniła nieco, człowiek rękawem otarł czoło i w przelocie zawołał:

– Dokąd wy idziecie, dziewczęta?! Leziecie prosto w łapy Ukraińców! Uciekajcie!

Ludzie oddalali się spiesznie. Stały i patrzyły zgłupiałe. Błysnęło i zagrzmiało.

– Mamy iść z powrotem? – spytała Anka.

– A bo ja wiem – rzekła Kazia. – Ja już nic nie wiem. Zauważyłaś, że wybuchy przeniosły się na lewo, tak jakby nas omijały? Może ten człowiek przesadzał?

– To chyba poczekajmy trochę. Co za sens wracać?

Dwoje wieśniaków spieszyło w stronę chałup. Chłop ciągnął babę za kieckę.

– Chodź, ino prędzy – prawił. – Kobito, cyś ogłupioła? Taki jak ty, stary wiedźmy, to i Ukraińce nie zechco. Dobytku trza pilnować, bo jak wszyćko rozgrabio, to bez zime z głodu zdychniemy.

Oszołomione dziewczyny do reszty straciły orientację.

– Ci ludzie – rzekła Anka – dość sympatyczni… Może chodźmy za nimi? Już połowa nieba jest czarna. Jak się założy tak całe, to zrobi się ciemno.

Zaledwie przeszły ze dwadzieścia kroków, Anka stanęła nagle jak wryta. Kazia powiodła oczami za jej osłupiałym spojrzeniem. Przez przerwę w krzakach, jak przez wybite okienko, prześwitywała łąka. Przez nią, na skos, posuwał się zygzakiem niesamowity korowód, którego głowę stanowiła gromada na koniach, a ogon ginął w głębi lasu. W środku jechały wozy, odcinające się jaskrawo od poszarzałej zieleni. Przed oczy skamieniałej Anki wypełzły całkiem jak żywe obrazy z sienkiewiczowskich powieści i przeraźliwe widmo straszliwego niebezpieczeństwa.

– To Ukraińcy – szepnęła białymi wargami i odruchowo zbliżyła się do krzaków. Gdzieś zza chałupy huk i błysk rozerwał się pod sinym niebem i czerwona kula pocisku zakreśliła świetlisty łuk, tnąc powietrze z przeciągłym świstem, a po niej druga i następne. Obie dziewczyny ochłonęły z szoku. Za chałupami zabrzmiała karabinowa salwa. Zabudowania stały nieme i wymarłe. Karawana bez końca wypływała z lasu. Wydawało się, że działania jakby pozostawiały kolonię z boku. Kazia zaczęła się pocieszać:

– Wygląda na to, że oni nas obejdą. To wszystko wali do tej wsi, z której żeśmy wyszły. Pociski też tam lecą.

Jaskrawa błyskawica znów przekreśliła chmury. Głuchy turkot przewalał się w przestrzeni, jakby z nieba leciała rozpruta platforma kamieni. Potworny korowód wlókł się polem w tumanie pyłu wśród krzyków i skrzypienia wozów. Dziewczyny wpatrywały się w niego bez jednego ruchu. W obliczu nowoczesnej wojny, z jej całym arsenałem technicznych środków zagłady, to wojsko, spowite w dywany i brzuchy z czerwonych pierzyn, robiło z daleka wrażenie błahej i groteskowej zawartości rozpuszczonego domu wariatów. Za chałupą strzały ucichły. Ogon taboru się przerzedzał i nareszcie się urwał. Już prawie całe niebo zalegały chmury. Ściemniało się. Dziewczyny odetchnęły nieco, lecz nim poruszyły się z miejsca, stała się rzecz przeraźliwa. Paru żołdaków z końca odpadło od pochodu i pędziło wprost na nie. Odległość się zmniejszała z sekundy na sekundę.

„Śmierć” – pomyślała Anka i poczuła jakby paraliż i osuwanie się na ziemię, lecz zamiast tego nieświadomie, konwulsyjnie chwyciwszy się Kazi, pociągnęła ją w środek krzaków. I w tym samym momencie, gdy konie wielkimi cielskami rozmiatały splątane gałęzie, zsunęły się obydwie w zarośnięty rów. Chlupnęła woda. Tuż obok pędzący tabun przeskakiwał przez krzaki. Trwały bez ruchu, prawie bez oddechu, w karkołomnej pozycji. Pył tratowanej drogi przysłaniał oczy i wdzierał się do ust. Odważyły się poruszyć dopiero wtedy, gdy odgłosy całkiem przycichły. Wówczas rozgarnęły ostrożnie gałązki i zrobiły sobie okienko. Widziały, jak Ukraińcy lokują się w chałupie. Konie, puszczone luzem, rżały, skubiąc trawę. Na środku podwórza ludzie szykowali ognisko ze stosu chrustu. Niebawem suchy opał wystrzelił jaskrawe płomienie pod sine niebo. Mijały nieskończone minuty. Ukraińcy piekli mięso na ognisku. Rozchodził się gryzący swąd. Tymczasem resztę nieba przesłoniły chmury i zrobiło się prawie ciemno. Żołdacy czerpali ze studni wodę i poili konie. Niektórzy wywlekli słomę i układali się wokół ogniska, najwidoczniej sposobiąc się do uczty. Anka poczuła, że Kazia cała drży.

– Zimno ci? – zapytała.

– Właściwie to nie, tylko stopy skostniały mi od wody, bo wodę mam prawie do kolan. Może by usiąść na krawędzi, żeby wyjąć nogi? Długo tak nie wytrzymamy. Błyska już prawie bez przerwy i robi się całkiem ciemno. Będzie okropna burza…

– Tss… – syknęła Anka – konie podchodzą pod te krzaki. Jeżeli w nie wlezą, a oni zaczną je ganiać, to jesteśmy zgubione. Teraz na pewno będą jedli, a potem pójdą spać. Wtedy się postaramy stąd wydostać. Może spadnie deszcz i zerwie się wiatr, to będzie dużo łatwiej.

Na to rzeczywiście wyglądało. Ukraińcy schodzili się do tej najbliższej chałupy i gromadzili przy ognisku. Obrosły rów podchodził pod stodołę, po czym skręcał w pole. A jedynie tym rowem można się było oddalić, nie wychodząc na wolną przestrzeń. Anka wpatrywała się ciągle w niesamowity obraz, tchnący odległym średniowieczem. Nie miały pojęcia jak długo, w niezmienionej pozycji, przetrwały w tym rowie. Spici żołdacy kotłowali się wokół ogniska, które na tle czerni nieba gorzało coraz jaśniej. Wydając nieludzkie ryki, strzelali na wiwat. Ance zdawało się, że całe ciało ma zdrętwiałe. Zapadała powoli w jakiś dziwny letarg. Na widnokręgu, jak co dnia, wstawały czerwone łuny, jakby ustępujący boży dzień czynił miejsce jutrzence szatana.

– Anko, czyś ty zemdlała? – zaszeptała Kazia. – Anko, co tobie jest? O, Boże… odezwij się! Ach, patrz, pożar!

Ance wróciła świadomość. Po słomianym poszyciu chałupy pełzały języki ognia, a potem słup płomieni trysnął ze środka dachu. Zrobiło się zupełnie jasno. Rozległy się donośne krzyki i głos przeraźliwszy od innych, który zagłuszył tamte:

„Mamo! Mamo!” Potem zawirowało, dobył się trzask i szczęk, jakby się coś waliło; ktoś wspinał się po przystawionej drabinie. Dokładnie było widać, że z góry ściągano ludzi. Potężny podmuch wiatru zakręcił dymem zduszonego ognia i przeraźliwy błysk rozświetlił okolicę, a posadami ziemi wstrząsnął bliziutki piorun.

Pijanych Ukraińców pożar postawił znów na nogi. Chyłkiem na drodze dwa kobiece cienie oddalały się od zagrody. Trwało to jednak tylko chwilkę, po której dopadnięto je z wyciem. W blasku błyskawic i pożaru trwała potworna orgia, podczas której kilkunastu żołdaków mordowało kobietę i dziewczynkę, zdzierając z nich ubranie i tarzając się z nimi po ziemi. Wtórowały temu wybuchy chimerycznego śmiechu.

Anka czuła, że jej ciało ogarnia dziwne ciepło. „Pewnie umieram – pomyślała – to dobrze… ” Zobaczyła przed sobą twarz matki… całkiem wyraźnie… Zatrzęsła się. Ostatnią resztką świadomości zebrała w sobie wszystkie siły. Z rozpaczliwą energią objęła sytuację. Zataczający się żołdacy wracali na barłóg. Naga dziewczynka leżała całkiem blisko, rozciągnięta na ziemi, martwą twarzą zwrócona ku niebu. Strach… potworny, zniewalający strach zatrząsł ciałem Anki. Drżała w takt wichury, która jak urwana z łańcucha smagała teraz wściekle gałęziami drzew i zatykała oddech. Błyskawice i grzmoty pruły czarne sklepienie, z którego lunął wreszcie przeogromny deszcz. Dziewczyny błyskawicznie zostały skąpane w wodzie; nie czuły nawet, dokąd im sięga. W świetle błyskawic widać było, że podwórze opustoszało zupełnie. Nie zważając już na nic, brodząc w wodzie do pachy, chwytając się oślizgłych gałęzi, kalecząc ciało, posuwały się krok za krokiem, aby po pewnym czasie zacząć oddalać się w pole. Wiedziały już dokładnie, dlaczego mają uciekać przed Ukraińcami. I uciekały.

Im dalej były od Warszawy, tym mniej w nich było przerażenia i łatwiej było uzyskiwać jednorazową pomoc, lecz za to rzadziej spotykały innych uciekinierów. Tym samym coraz rzadziej trafiało się pytanie: „A, to wyśta z Warsiawy?”, które to słowa sprawiały, że otrzymana jałmużna aż tak nie upokarzała, a wyciągnięta po nią ręka była jakby nie własną, ale swego rodzaju zbiorowym narzędziem historii. Wprawdzie Kazia akcentowała bez przerwy, że wszyscy są zobowiązani pomagać wygnańcom, Bogu na domiar dziękując, że nie spotkało ich to samo i nieskwapliwych chrzciła rozmaitymi wyzwiskami, lecz Anka gorzko przeżywała każdą ludzką niechęć, tym bardziej gdy spostrzegła, że warszawianie wcale się nie cieszą nadzwyczajną sympatią ludzi. Wszystko to jednak pozwalała przetrwać realna już nadzieja na bliski koniec wojny. Na razie jednak musiały ciągnąć z dnia na dzień swój tułaczy wózek. W tym trakcie, jeden za drugim, mijały dni i tygodnie, gasząc gorące lato i dojrzałą zieloność łąk. Następujące szybko chłody ostatecznie je przekonały, że trzeba za wszelką cenę skończyć z tym łażeniem, dopóki nie przewali się front, o czym mówiono już powszechnie. A ponieważ na ostatnim noclegu gospodarze wskazali im ludzi, poszukujących pomocy w gospodarstwie, udały się tam natychmiast. Stojąca tyłem przy kominie, szurająca fajerami kobieta, nieśmiałe pytanie Anki zbyła początkowo zupełnym brakiem uwagi. Potem jednak zerknęła za siebie:

– Roboty? – powtórzyła – juści… potrzebna była dziewucha, ale niby już je…

Ponieważ z tej odpowiedzi wynikało niewiele, dziewczyny nadal stały z biciem serca. Gospodyni jakby dopiero je dostrzegła, bo popatrzyła uważniej i rzekła:

– Takie młode dziecioki i zbidzone… A wy to skąd, boć przecie nie tutejsze?

– Nie – odszepnęła Anka – my jesteśmy z Warszawy. Już drugi miesiąc się tułamy. Nie mamy w pobliżu nikogo. Robi się coraz zimniej, więc trudno jest tak chodzić z miejsca na miejsce – wypowiedziała jednym tchem.

Kobieta przyglądała im się i widocznie coś kalkulowała.

– No, niech ta bedzie – powiedziała wreszcie – to moge przyjąć jedne z was, które tam chceta. Jest jeszcze troche kopania, a i potem tyż sie co znajdzie…

Dziewczyny stały niezdecydowane, a chłop spod okna stęknął:

– Matka, a może by tak łobie, co? Łobie – dodał, patrząc pokornie na babę z zachęcającym uśmiechem.

Ale w kobietę jakby piorun strzelił.

– Ło! – zawołała – łobie… Patrzcie go, jaki to pon! Dosyć i swoich gąb do żarcia, darmozjadów na zime… I jedny aż za wiela…

Anka poczuła w sobie całkiem mimowolny, nieprzemożony odruch wstrętu. Popchnęła Kazię do przodu i wyszeptała jej do ucha:

– Zostań tu, bo nie ma sensu iść dalej. Razem na pewno nie znajdziemy miejsca. Nie martw się o mnie, dam sobie radę.

Kazia, która dzięki tym słowom ostatecznie pozbyła się wątpliwości, faktycznie nie widząc celu dalszego wędrowania, zgodziła się bez dyskusji.

– No, to która tam? – spytała udobruchana gospodyni. – Ta? To i lepi, bo zdatniejsza. – Po czym dodała życzliwie:

– Tutaj ni ma co szukać… w tych tam paru chałupach… Te ludzie na dłuży nie wezmo. Ta druga to niech se przendzie lasek, to drogo zara za płotem… Bedzie ze śtyry kilometry. Tam je kościelna wieś i tam je wszyćko. Tam sie można wywiedzieć… na poczcie, w szkole, a najlepi u księdzów. Oni se już poradzo.

Dziewczyny podzieliły węzełek i pożegnały się. Anka przyrzekła dać wiadomość i wybiegła z chałupy. Czas pewien szła, nie bardzo bacząc na drogę. Usiłowała zagłuszyć w sobie uczucie niepokoju i rozgoryczenia. Jakoż niebawem przykry nastrój ustąpił miejsca refleksjom:

„Czy można mieć żal do ludzi, że nie chcą brać na kark wszystkich potrzebujących? W takich okropnych czasach każdemu przecież jest trudno, a karmić dodatkowo człowieka to jest wielki ciężar. Czyż ludzie, oprócz tego, że są zmęczeni z biedy i ze strachu, nie dają z siebie co mogą? Na przykład taki chłop… Jaki on był poczciwy i jaką miał proszącą minę. W gospodarstwie praca jest bardzo ciężka, więc ludzie myślą, że do niczego się nie nadam, co może nie jest prawdą, ale o tym nikt nie wie”.

Po takim przemyśleniu rozejrzała się wokół uważniej. Niskie i gęste zagajniki obejmowały okolicę, robiąc wrażenie miłe, przytulne i bezpieczne. Anka tak się wdrożyła do tych codziennych wędrówek, że ciągle jej się zdawało, że aby przejść jeszcze trochę, to sytuacja się polepszy; że trafi na rozwiązanie przyjemniejsze od kontaktów z chłopami, których sposób bycia był daleki od jakiejkolwiek delikatności, a którzy, pomijając kwestie materialne, bali się po prostu kłopotów z niedorosłymi dziewczynami. Szła więc żwawo przed siebie, grzejąc się w coraz cieplejszych, choć już wyraźnie jesiennych promieniach i ustępując miejsca owej drugiej Ance, która zasobem nieprzebranych rojeń umiała tak przytłumić mizerną rzeczywistość, że ta prawie całkiem znikała. Ze zdziwieniem poczuła, że lęk z powodu samotności jakoś z niej uleciał. Wchłaniała całą pełnią rześkie powietrze i ciszę. Myślała o tym, że naokoło jest pięknie i że gdy tak idzie, to ma otwarty świat przed sobą i krzepiące wrażenie, że jednak dąży do jakiegoś celu. A potem pomyślała, że ten odmienny nastrój spowodowało słońce po paru dniach niepogody, a może po prostu wynikało to z braku Kazi i z tego, że nie ma jej kto przeszkadzać? I zobaczyła jakby różne Kazie, ukazujące się kolejno: Kazię zamyśloną i skrytą, rozmowną i wylewną, narzekającą i klnącą, a wreszcie Kazię bezradną i czekającą na pomysły od niej. Gdy Kazia była ciągle obok, tak pełnego jej obrazu Anka nie dostrzegała.

Tak sobie rojąc, ujrzała wystającą znad zagajnika i mrugającą w słońcu kościelną wieżyczkę. Myśli wróciły do rzeczywistości. Znowu ogarnął ją niepokój i przykra wątpliwość, czy jest dość godna, aby swoją osobą zawracać głowę w takim miejscu. Jasne, że panie pilnowały religijnych praktyk, tak jak i innych obowiązków. Wszystkie chodziły do kościoła w każdą niedzielę i święto, mówiły regularnie pacierz i przyjmowały sakramenty, a niektóre nawet miewały silniejsze religijne wzloty; dłużej klęczały przy modlitwie z książką do nabożeństwa. Bywało przy tym, że któraś modliła się na przykład w intencji placków kartoflanych na najbliższą niedzielę. To deprymowało tak bardzo, że najbezpieczniej było modlić się bez ostentacji. Podobnie czuła się w kościele, w którym częstokroć zamykała oczy, szczególnie w czasie podniesienia i komunii świętej. Bo kiedy otwierała oczy, pamięć jej przywodziła na myśl zawsze te same słowa upomnienia: „Nie oglądaj zelówek bliźnich, tylko oddawaj swą duszę Bogu”. I wtedy właśnie, wbrew woli, wpychały się do oczu wszystkie okoliczne zelówki, parami jak żołnierze: zelówki z gumy i skóry, całe i śmiesznie pościnane, wreszcie całkiem podarte zelówki, odstające i biedne. I ona, zamiast o Bogu, pomimo woli myślała o właścicielach tych zelówek, co było sprawą najokropniej ziemską ze wszystkich ziemskich spraw.

Ale oto zagajnik urwał się raptownie i Anka zobaczyła wieś, która szeroko rozpostarta syciła się resztkami jesiennego słońca.