Poeci angielscy - Antologia - ebook

Poeci angielscy ebook

Antologia

0,0

Opis

Antologia zawiera utwory wybitnych poetów angielskich – od średniowiecza po wiek XX. Są to tak wybitni twórcy jak: Geoffrey Chaucer, Edmund Spenser, William Shakespeare, Józef Addison, William Blake, Robert Burns, Tomasz Moore, William Wordsworth, Samuel Taylor Coleridge, Jerzy Byron, Percy Bysshe Shelley, John Keats, Tomasz Hood, Alfred Tennyson, Felicja Hemans, Letycja Elżbieta Landon, Karolina Norton, Elżbieta Barret Browning, Robert Browning, Dante Gabriel Rossetti, Algernon Karol Swinburne, Oskar Wilde, Eric Mackay, William Watson, Ryszard Le Gallienne, William Butler Yeats. Wybór dokonany przez Kasprowicza jest przemyślany i daje wyobrażenie o poezji angielskiej na przestrzeni wieków. Zachęcamy do lektury.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 342

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

Poeci angielscy

WYBÓR POEZJI

 

wybór i tłumaczenie: Jan Kasprowicz

 

Armoryka

Sandomierz

 

Projekt okładki: Juliusz Susak

 

 

Tekst wg edycji:

Poeci angielscy

Wybór poezyi

Warszawa 1907

 

© Wydawnictwo Armoryka

 

Wydawnictwo Armoryka

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

http://www.armoryka.pl/

 

ISBN 978-83-7950-782-5

 

 

 

GEOFFREY CHAUCER.

  

 «Magna Charta języka angielskiego», «the first finder of our fair language» (pierwszy odkrywca naszego pięknego języka — zdanie ucznia Chaucera, Occlerc’a), «chief poete of Britayne» (Lydgate), który «made first to distil and rain

The gold dew-drops of speech and eloquence

into our tonguè through his excellencu»,

«the pure well of English undefiled» (Spenser), Geoffrey Chaucer, urodził się pomiędzy r. 1340 a 45; odbył studya uniwersyteckie w Oxfordzie lub Cambridge, znał Dantego, Petrarkę i Boccacia, zdaje się, w oryginale (Dantego nazywa «the grete poete of Ytàille»), którymi osładzał sobie zawód urzędnika celnego.

 Jego Canterbury Tales, których urywki podaję w przekładzie, należą do najwspanialszych zjawisk poezji średniowiecznej i niemal przez dwieście lat były jedynem wielkiej miary dziełem poezji angielskiej.

 Zamieszany w zamach stanu Ryszarda II, stracił posadę i umarł w biedzie 25 października 1400 r.

 Poza «Powieściami Kantorberyjskiemi» tłumaczył starofrancuski romans o Róży, napisał długi poemat epicki «Troilus i Cressida», «Parlament ptaków», «Księga księżniczki», «Dom chwały», «Legendę o dobrych kobietach», jemu też przypisują autorstwo alegorycznej epopei «Kwiat i liść».

 

 

POWIEŚCI KANTORBERYJSKIE.

  

I. PROLOG.

Poeta przedstawia grono pielgrzymów, idących do Canterbury, z których każdy ma opowiedzieć jakąś historyjkę.

Rycerz był godnym i szacownym mężem.

Od pierwszej chwili, gdy wyszedł z orężem,

Serce mu biło dla rycerskiej sprawy,

Wolności, prawdy, dworności i sławy.

Wielce był czczony w wojsku swego księcia

I na wojenne chadzał przedsięwzięcia

W ziemice chrześcian i między pogany,

Wszędzie z odwagi oraz siły znany.

Widział upadek Aleksandryi; [w r. 1365 przez Piotra Luzytańskiego, króla Cypru] w kole

Rycerskich mężów siadywał przy stole

Na pierwszem miejscu w krainie Prusaków;

Był pośród ruskich i litewskich szlaków —

O wiele częściej, niż inni rycerze;

W Grenadzie walił Algeziry [1344 r.] wieże,

Walczył pod Lajas, [w Armenii] Belmarją [prawdopodobnie w Afryce] zdobywał

I pod Satalją [w Pamfilli, starożytna Attalia] chwałą się okrywał,

Nawet na wodzie dokazywał cudów —

Na Wielkiem Morzu [Morze Śródziemne] śród znoju i trudów.

W piętnastu krwawych a rycerskich bitwach

I na rycerskich trzykrotnie gonitwach —

 

Pod Tramisseną [miasto Maurytańskie w Marokko] — bronił chrześcian sławy,

Z władzcą Palacyi [Palathia w Anatolii] urządzał wyprawy

Przeciwko innym tam, w Turczech, niewiernym:

Plon jego męstwa był zawsze niezmiernym.

Mimo tej chwały, był człekiem rozumnym

I, jak dziewica, łagodnym, nie dumnym,

Zawsze wybredną była jego mowa,

Nigdy grubego nie użył on słowa

Przeciw nikomu: był to w każdej porze

Rycerz szlachetny, jak tylko być może.

Coś o rynsztunku powiedzieć należy;

Na dzielnym koniu, sam w skromnej odzieży,

Z zwykłej kuczbai miał kubrak wytarty,

Stary, zbrudzony, rdzą kolczugi zżarty.

W drogę na odpust, nie czekając dłużej,

Wybrał się, właśnie wróciwszy z podróży.

 

*

A był z nim także junak urodziwy,

Syn jego, młodzian wesoły, kochliwy:

Gęsto miał krętych, jak palonych, loczków,

I liczył sobie ze dwadzieścia roczków.

Z figury smukły, wytworny, wysoki,

Wielką miał siłę, chyże stawiał kroki;

Służąc przy jeździe, walczył z poczty swymi

W Flandryi, Artoa, w pikardyjskiej ziemi,

A takie zdobył imię, chociaż młody,

Że się spodziewał już u dam nagrody.

 

Zawsze się stroił, niby łączka w lecie,

W przeróżne — białe i czerwone — kwiecie.

Świstał i śpiewał, gdzie tylko się zjawił,

W zdrowej świeżości, jak ten maj, się pławił,

Kubrak miał krótki, szerokie rękawy,

Na koniu jeździł zręcznie, pełen wprawy;

Umiał malować, pisać, wiersze składać

I deklamować, szyku w tańcu zadać;

Na złość słowikom umiał czuwać w nocy:

Takiej gorącej był w kochaniu mocy!

Lecz zawsze skromny, usłużną miał wolę,

Kąski dla ojca zwykł krajać przy stole.

 

*

Giermek to jego towarzysz jedyny —

W drodze liczniejszej nie lubił drużyny —;

Był w kapeluszu, zielonym kaftanie,

Pęk strzał świecących nosił w swym kołczanie,

Pięknie pawiemi ozdobionych pióry,

A zawsze zręcznie trzymanych do góry,

By się piórami na dół nie spuszczały.

W ręku łuk dzierżył, potężny, wspaniały.

Ciemny na twarzy, włos miał krągło ścięty —

Był to myśliwy od czubka do pięty.

Miał w zarękawia lśniące uzbrojony

Łokieć; miał tarczę i miecz z jednej strony,

Z drugiego boku gładki nóż się mieści

O ostrzu dzidy, pięknej rękojeści;

Święty się Krzysztof [Tyrwhitt, komentator Chaucera powiada: Nie rozumiem znaczenia tej ozdoby. Giermkom zakazanem było noszenie ozdób srebrnych lub złotych. — Inni twierdzą natomiast, że święty Krzysztof, wyobrażony na blasze, noszony był przez wszystkie stany jako ozdoba lub amulet. Roach Smith w «Journal of the Britisch Archeologicul Association». Vol. I Str. 200] w srebrnej błyszczał krasie

 

Na jego piersiach, a zaś róg przy pasie

Wisiał zielonym; wyglądał z postaci

Na leśniczego.

 

*

 Do pątniczej braci

Także się mniszka, przeorysza, liczy.

Uprzejma, pełna prostoty dziewiczej.

Cną Eglantyną zwala się ta pani,

A święty Ludwik był wezwaniem dla niej,

Ilekroć ręce do przysięgi złoży.

Nie było nad nią lepszej w służbie bożej:

Przez nos śpiewała mile nad pojęcie;

Francuskim ślicznie mówiła — w akcencie,

Jaki w Stratfordzie wbijają do głowy,

Paryskiej bowiem nie znała wymowy.

Wiedziała, jak się zachować przy stole:

Nigdy paluszka nie moczy w rosole,

A każdy kąsek tak podnosi składnie,

Że ani krzta jej z gęby nie wypadnie,

Ani na piersi nie spłynie kropelka;

Dworski obyczaj to jej troska wielka.

Wargę też górną tak zawsze obciera,

Że na kielichu, jeśli chęć ją zbiera

Napić się czego, ni ślad nie zostaje

Żadnej tłustości: gładkie obyczaje

Umie przy całej zachować biesiadzie;

 

Zawsze starała się o wdzięk w układzie,

Zawsze wesoła, nigdy w złym humorze,

Mile widziana była w każdej porze;

Zawsze dworskiemi przejęta maniery,

Szacunek k’sobie rozbudzała szczery.

Pytacie teraz, jak tam z jej sumieniem?

Litości była ożywiona tchnieniem,

Wielce łagodna, miłosierna w duszy.

Nieraz, bywało, do łez ją poruszy

Myszka w pułapce, ranna lub zabita;

Nieraz widziano, jak psinki do syta

Mlekiem, pieczenią, kromką chleba raczy.

A zdechła która, to była w rozpaczy;

Ba! gdy kto psince nieco bolu sprawi,

Już się jej serce litościwie krwawi.

Nadzwyczaj wdzięcznie miała welon spięty,

Oczy szarawe, nosek wyciągnięty,

Usteczka małe, różowe, łagodne,

Czoło przed wszystkiem piękne a swobodne —

Na piędź szeroką miała skroń nadobną;

Wogóle w wzroście swym nie była drobną.

W chędogiej wielce chodziła sukience,

Z parą różańców z korali na ręce,

Poprzekładanych tu ówdzie zielenią,

Z złotem zamknięciem, na którem się mienią

Pod A, wyrytem u góry z koroną,

Słowa, że «Amor vincit omnia».

 Z oną

Szła przeoryszą jeszcze mniszka druga

I ich kapelan, ksiądz, ołtarza sługa.

 

*

Był i mnich także, wielce urodziwy,

Szykowny jeździec, namiętny myśliwy;

Męskiej postawy, a godnej opata!

Miał nie jednego w swej stajni bachmata;

A kiedy pędził, jak szalony, błonią,

Tak uździenice na wietrze mu dzwonią,

Jak gdyby były dzwonkami w kościele,

Przy którym pan ten miał w zarządzie cele. [Ther as this lord was keper of the celle. Ustęp niezrozumiały. Ponieważ w średnich wiekach cella oznaczała także folwark kościelny, być więc może iż mnich, o którym mowa, był zarządcą folwarku. Chaucer nazywa go panem (lordem), gdyż miał on własne konie i t. d.]

Na Benedykta świętego regułę

Czy też Maurusa miał serce nieczułe;

Sprawy to stare, a on stare sprawy

Zawsze zostawiał w spokoju, łaskawy;

Za to hołdować nowym prądom raczył:

U niego przepis nie wiele tam znaczył,

Jeśli łowiectwo między grzechy składa;

A już za słowo, które wręcz powiada,

Że mnich, jak ryba bez wody, się stawa,

Jeśli odbiegnie od mniszego prawa —

To jest, gdy nie chce wciąż siedzieć za kratą, —

Pusta łupina byłaby dlań stratą.

I słusznie myślał. Cóż? Jak oszalały

Miał się zagrzebać w klasztorne szpargały?

Miał się mozolić, jak gdyby najęty,

By od tej pracy — jak Augustyn święty

Radzi nam ludziom — aż dostać pęcherzy?

I światu jakiś wzgląd się przynależy —

I cóż natenczas ze światem się stanie?

Haruj, kto lubi takie harowanie!

 

Tak to był z niego junak nad junaki!

Chart jego gonił, niby ptak, przez szlaki;

Wyprawiać harce, w polu szczwać zwierzynę —

To dlań jest rozkosz, to szczęście jedyne!

Najcudowniejsze w kraju popielice

Miał u rękawów; pod brodą kapicę

Złocistą szpilką zawsze spinał sobie;

Węzeł miłości nosił ku ozdobie [kokardka];

Głowę miał łysą, szklącą jak zwierciadło.

I na policzkach tak się szkliło sadło,

Jak gdyby były maczane w oleju,

I brzuch tłuściuchny był na dobrodzieju;

Z gęby mu para buchała, jak z pieca,

Źrenica w głębi, z pod skroni, prześwieca.

Koń w pięknym rzędzie, eleganckie buty —

Ksiądz to, w istocie, jak gdyby wykuty:

Ot, męczennikiem nie był w żadnym względzie;

Najbardziej lubił pieczone łabędzie.

Koń jego ciemny, jak w lesie jagoda.

 

*

Był tam braciszek, filut, paliwoda,

Kwestarz, zapewne najlepszy z kwestarzy.

Nie wiem, czy w czterech zakonach się zdarzy

Mąż równie gładkiej i pięknej wymowy.

W wielkich go łaskach miały białogłowy;

Przezeń niejedna ślub zawarła para,

Zakon lepszego nie posiadł filara.

Na okolicę — pomiędzy włościany [Wolarzy? Frankeleins])

Był on ogółem bardzo dobrze znany —

 

I w mieście znały go niejedne panie:

W konfesyonale miał on zaufanie

Większe, jak sam to zwykł mawiać przed światem,

Od wikarego, gdyż licencyatem

Był w swym zakonie. Nikt go nie wyprzedzi

W uprzejmem wielce słuchaniu spowiedzi:

Nikt też od niego grzeczniej nie rozgrzeszy.

A już gdy grzesznik z jałmużną pospieszy,

To i nie wielką pokutę odbiera,

Bo jużci taki, co ubóstwo wspiera,

Nie może wiele na sumieniu nosić.

Z tej on przyczyny mógł już naprzód głosić:

Grzechów żałuje zawsze ten, kto daje;

Gdyż człek niejeden, choć się serce kraje,

Płakać nie umie — i to jest boleśniej!

Stąd mu też płacze i pobożne pieśni

Zastąpi srebro dla braci ubogiej.

W kołnierzu zawsze nosił zapas mnogi

Miłych drobnostek; śpileczki, nożyki

Któremi piękne obdarzał podwiki.

Głos miał przyjemny i dźwięczny, grał ładnie

I zacnie śpiewał, a jeśli wypadnie

Coś opowiadać, nikt go nie pobije.

Karku białego, jak szczere lilije,

Mógł był swej siły wojakom użyczyć!

A w każdem mieście umiał ci wyliczyć

Szynki, znał wokół kiprów i szafarzy

Lepiej, niż ślepych i chromych nędzarzy;

Zresztą — przystoi-ż wielebnej osobie

 

Częściej, niż można uniknąć w złej dobie,

Walać się w takiem towarzystwie brzydkiem?

To nie zaszczytnie ani też z pożytkiem!

Lepszy już zawsze, ma biedna hołota,

Ten komu w worku nie zabraknie złota.

Wszędzie, gdzie skutek widział pożyteczny,

Odrazu bywał pokorny i grzeczny.

Pośród braciszków — w nikim cnota taka —

Za najlepszego uchodził żebraka.

Czynsz klasztorowi, bywało, wciąż płaci,

By mu w okręgu nie żebrał nikt z braci.

Choć biednej wdowie nie stało trzewika,

Swem «in principio» tak jej w duszę wnika,

Że grosz ostatni daje mu niezwłocznie —

Więcej, niż z pensyi, miał z tych targów rocznie.

Jak psiak, tak szczekał, gdy był rozsierdzony;

Stąd powaśnione umiał godzić strony;

Przy takich sprawach któż w nim poznał wtedy

Tego braciszka, żebrzącego z biedy?

Istny kanonik, papież oczywisty,

Ornat na siebie brał gruby, wełnisty,

Sterczący wokół niby dzwon — prawdziwie!

Coś też pod nosem mruczał pożądliwie, —

Tak, że w nim były te angielskie dźwięki

Szczególnie słodkie. A gdy brał do ręki

Harfę po śpiewie, zwykł przymrużać oczy,

Jak drgają gwiazdy śród zimowej mroczy.

Hubertus zwał się ten mnich przewielebny.

 

*

Nie brakło również poczciwej kobiety

Z pod Bath, a tylko coś głuchej, niestety!

 

Fabryką sukna był jej dom, miał sławę,

Cypr swym towarem obsyłał, Gandawę.

Żadna w parafii na mszę białogłowa

Nie śmie iść przed nią; a gdy pójść gotowa,

Wnet ona z gniewu tak się trzęsła cała,

Że o mszy w złości tej zapominała.

W czepcu jej było nadzwyczaj wspaniale:

Pewnie z funt jaki ważył, nie mniej wcale,

A zwłaszcza czepiec, noszony od święta.

Pończoszka na niej szkarłatna, opięta,

I nowy bucik jak ulany, leży.

Kolor jej liczka rumiany i świeży,

Wzrok rezolutny. Wszystkie dni żywota

Tak się sprawiała, jak nam każe cnota.

Z pięciu mężami szła już do ołtarza,

A jak, bywało, żyć się jej wydarza

W latach młodości, powiem, w innej dobie.

Trzykrotnie była już przy Świętym Grobie,

Nieraz rzek obcych przepłynęła tonie,

I Rzym widziała święty i Bolonię,

W tumie bolońskim i w Sankt Jago była

I niejednego w drodze doświadczyła.

Lecz, prawdę mówiąc, lubiła łakocie,

Na koniu dobrze jeździła, w istocie,

I lekko — w pięknym welonie. Szeroki,

Jak tarczę, miała kapelusz, a boki

Płaszcz jej okrywał dostatni; u nogi,

Jednej i drugiej, nosiła ostrogi.

 

Zaledwie ją kto pozdrowił, w tej chwili

Zaraz szczebioce, śmieje się i mili,

Jak to się napój sporządza miłosny, —

Sztukę tę znała jeszcze z lat swych wiosny.

 

*

Był tam i młynarz, chłop krzepki i zdarny,

O tęgich kościach, jędrny, muskularny,

Siłę w niejednym udowodnił czasie:

Skopa w nagrodę w każdym brał zapasie.

Krótki a gruby, barczysty okrutnie,

Z wielką łatwością mógł wysadzić wrótnie,

Albo też łbem je rozbijał na wiory.

Brodę miał rudą, a jak u maciory,

Twardą, szeroko niby rydel ściętą,

Na czubku nosa krostę, porośniętą

Kilkoma włosy, równymi szczecinie,

Z jaką na uszach paradują świnie;

Nozdrza miał czarne i dzikie: u boku

Tarcz i miecz nosił, pyskował co kroku,

A przytem gębę, niby piec rozdziawiał;

W cnotę się, grzesznik, wcale nie zabawiał.

Brał po trzy garnce, kradł zboże z ochotą,

A jednak rękę miał czystą, jak złotą

[Zapewne aluzya do istniejącego dziś jeszcze przysłowia: Every honest miller has a thumb of gold

(każdy uczciwy młynarz ma paluch złoty), co znaczy, że młynarz ten choć kradł, był uczciwym młynarzem (Tyrwhitt)].

W niebieskiej czapce a w białym kaftanie

Chodził, do kobzy miał zamiłowanie,

 

Tylko że nieraz tą swoją muzyką

W nas wszystkich razem budził wściekłość dziką.

 

II. Z OPOWIADANIA ZAKONNIKA.

w. 6961—7232.

Kat, wyjechawszy, zobaczył z daleka

Konno pod lasem jadącego człeka —

Coś niby giermek: w zielonym kaftanie,

Miał łuk i strzały błyszczące w kołczanie,

Kapelusz z czarną frendzelką dokoła.

«Hej! pomyślności!» tak nań kat zawoła.

«Szczęścia życzliwym!» ów giermek odrzecze,

«Kędyż tym lasem zielonym człowiecze?

Czy może we świat? w dalszą drogę może?»

Na te mu słowa odrzekł kat: «Broń Boże,

Jadę w pobliże, zamierzam tej pory

Pościągać wszystkie zaległe pobory,

Nikt memu panu płacić ich nie raczy».

«A więc poborcą jesteś?› «Nie inaczej».

Przez wstyd brudnego nie chciał wyrzec słowa,

Nie chciał się przyznać, że w nim kat się chowa.

«De par dieu! zatem widzę brata w tobie!

Bo masz poborcę i w mojej osobie.

Po okolicy tej nieznany gonię,

Więc mi przyjazne zechciej podać dłonie,

Bądźmy — jak bracia, bardzo proszę o to:

Mam w swojej skrzyni i srebro i złoto;

Jeśli cię do nas zawiodą podróże,

Czego zapragniesz, wszystkiem ci usłużę».

«Grand merci» — rzecze kat — «przyjmij podziękę».

 

I tak na miejscu, kładąc ręka w rękę,

Wieczne braterstwo sobie ślubowali,

Potem z kopyta, pośród żartów, dalej.

Kat, co, jak srokosz robactwa w swem ciele,

Miał w sobie kiepskich pomysłów za wiele

I za pytaniem wciąż stawiał pytanie,

Rzecze: «A powiedz gdzie masz swe mieszkanie?

Może się kiedy u ciebie pojawię».

Na to mu lennik odrzeknie łaskawie:

«O, stąd daleko, na północy, bracie!

Lecz mam nadzieję ujrzeć cię w mej chacie;

Wiesz, na rozjezdnem, najpewniejszą drogę —

Tak, że nie błądzisz — pokazać ci mogę!»

«Mam jeszcze jedną prośbę» — kat wyrzecze — :

«Jesteś poborcą, jak i ja, więc, człecze,

Podczas tej jazdy opowiedz mi szczerze,

Jakichże sztuczek używasz w tej mierze,

By też coś zyskać na naszym zawodzie;

Jeśliś w czemkolwiek z sumieniem w niezgodzie,

To nic! opowiedz, co czynić wypada».

«A więc uważaj» — tak giermek powiada; —

«Mówię-ć uczciwie, niby brat do brata:

Za wielkie znoje skromniutka zapłata,

Pan mój surowy, nikt mu nie dogodzi,

A człowiek w służbie, niby w jarzmie, chodzi,

Więc też ze zdzierstwa trzeba żyć w tym trudzie

I brać to wszystko, co mi dają ludzie.

Tak więc podstępem i gwałtem, prawdziwie,

Z roku się na rok, jako mogę, żywię.

Taką to sobie, widzisz, drogą radzę».

«I ja», kat rzecze, «ten żywot prowadzę

I, Bóg to widzi, biorę, co się zdarzy —

 

To, co udźwignę i co mnie nie sparzy.

Jeśli pocichu coś znajdzie się w domu,

To nie tłómaczę się z tego nikomu.

Wiem, że bez zdzierstwa to się człowiek biedzi —

Zdzieram, lecz z tego nie czynię spowiedzi.

Nic mnie nie gniecie w sumieniu ni w brzuchu:

Trap spowiednika, jeśli chcesz, zły duchu!

O na świętego Jakóba! Na Boga!

Dobrze, że tak nas złączyła ta droga.

Ale, braciszku — kim jesteś z nazwiska?»

Uśmiech na wargi giermka się przeciska:

«Jak się nazywam? chcesz wiedzieć, mój panie?

Jam czart» — odrzecze —, «mam w piekle mieszkanie.

Dziś za zarobkiem wyjechałem sobie,

To moim zyskiem, widzisz, co zarobię,

Baczę, gdzie ręce me coś chwycić mogą.

I ty tą samą postępujesz drogą,

Jak tam zdobywasz, mało cię to gniecie,

Mnie też nie boli. Dziś będę po świecie

Jeździł, aż sobie nie wyjeżdżę czego».

«Cóż wy mówicie? Boże chroń od złego!»

Rzekł kat — «jać we was giermka przypuszczałem,

Bo taki człowiek jesteście swem ciałem,

Jak ja, zupełnie! Tam, u siebie, macie

Zapewne swoje właściwe postacie?»

«Nie» — tak mu powie; — «lecz gdy trzeba kiedy,

Mieć je możemy bez najmniejszej biedy;

Wam się jawimy tu, na waszej górze,

W kształcie człowieka lub w małpiej posturze.

Umiem też latać, jak anioł, bez trudu;

Ale w tem niema zbyt wielkiego cudu,

Toć lada kuglarz, widzisz, otumani

 

Ciebie swą sztuką; znam się dobrze na niej».

«Czemu», — kat rzecze — «powiedz-że mi szczerze,

Raz ten, raz inny kształt z was każdy bierze?»

«W takiej się» — powie — «jawimy postaci,

Która się zawsze najlepiej opłaci».

«Lecz cóż was skłania, powiedz, mój jedyny,

Do tej mitręgi?» «Ha, różne przyczyny.

Lecz każda sprawa ma swój czas; dzień krótki,

Pryma minęła, a mej jazdy skutki

Dotychczas liche; wyjechałem w celu,

By coś zarobić, a nie, przyjacielu,

Ażeby z tobą rozprawy prowadzić.

Za słaby mózg twój, by mógł sobie radzić

W tych oto rzeczach; dotąd on nie sięga.

Lecz jeśli pytasz, poco ta mitręga:

Nieraz się sprawa tak, widzisz, ułoży,

Że się narzędziem stajem woli bożej

W niejednym celu i w różnej postawie,

Jak Bóg stworzeniem zarządzi łaskawie.

Bez niego bowiem — jeśli on przeszkadza —

Staje się niczem wszelka nasza władza.

U jednych tylko ciała nam pozwala

Męczyć, a każe być od duszy zdala.

Tak było z Jobem, co zniósł przez nas tyle!

Lecz innym razem mamy w swojej sile

Jedno i drugie — i ciało i duszę.

U innych znowu możemy katusze

Zadawać tylko duchowi, bez cienia

Władzy do ciała — wszystko dla zbawienia!

Ten, kto się oprze pokusie, bezpieczny:

Albowiem dojdzie szczęśliwości wiecznej,

Choć my go zbawić nie mamy w zamiarze,

 

A tylko oddać potępienia karze.

I ludziom służyć mamy też zadanie,

Tak i ja byłem w służbie przy Dunstanie,

Biskupie świętym, i u apostoła».

«Teraz mi powiedz jasno» — kat zawoła, —

«Czy sobie nowe ciała przyrządzacie

Ze świeżej gliny?» «O nie! te postacie,

To nieraz puste mamidła, my, wiécie,

W ciałach umarłych nowe mamy życie.,

A tak rozumne wychodzą z nas słowa,

Jak ongi z wieszczką Samuela mowa,

O którym wątpić dziś niejeden raczy. —

Bo cóż tam wasza teologia znaczy!

Ale to jedno powiem ci bez żartów:

Pytasz się, jaka jest postać u czartów?

Sam ty wnet zajdziesz tam, gdzie ci nie będzie

Potrzeba mojej nauki w tym względzie:

Sam z doświadczenia będziesz mógł w tej chwili

Wykładać o tem lepiej, niż Wergili,

Zanim go jeszcze w grobie pochowali,

A także Dante. Ale jedźmy dalej,

Chcę, byśmy jeszcze byli razem oba,

Aż ci się druha porzucić spodoba».

«O nie!» — kat rzecze — «wiedzą o tem wszyscy,

Co zacz jest ze mnie, dalecy i blizcy;

Moja uczciwość wszędzie dobrze znana:

Chociażbyś nawet był czartem Szatana,

Dotrzymam słowa, jakom przysiągł sobie,

A ty mnie również, że w wszelakiej dobie

Będziem, jak bracia, wspierali się w zgodzie,

Gdyż pracujemy w jednakim zawodzie.

Ty bierz, co-ć dają, ja zabiorę swoje

 

I tak żyć będziem, nie wiedząc, co znoje.

A jeśli który nieco więcej zbierze,

Jak bracia, dzielić się będziemy szczerze».

«Owszem» — czart rzecze — «moje słowo daję».

Tak przejechali jedno, drugie staje.

A gdy już byli w pobliżu mieściny —

Podróży kata cel dzisiaj jedyny —

Furę ze sianem spostrzegło ich oko,

Przy niej parobka. Koła się głęboko

Zaryły w ziemię, ruszyć się nie dały.

Chłop bił i wrzeszczał, jakby oszalały:

«A wiśta, hejta! cóż dla was kamienie!

Niech czort was bierze i wasze nasienie!

Na to was szkapsko wylęgło, widzicie,

Aby się człowiek trapił całe życie!

Niech czort was bierze, wóz, konie i siano»

«Tu», kat powiada, «coś nam zyskać dano».

Niby niechcący, otrze się o licho

I tak do ucha poszepce mu cicho:

«Słyszysz braciszku, co ten chłop powiada?

Bierz-że co prędzej! wszystko tobie składa —

I wóz i siano i wszystkie trzy konie».

Na to czart rzecze: «Wyciągać tu dłonie

Byłoby darmo; wierz mi, jesteś w błędzie.

Ujrzysz za chwilę, co to z tego będzie,

Tylko zostawmy go nieco przy furze.

Parobek szkapy swe lunął po skórze,

I te od razu skręciły, o dziwy!

I dalej naprzód! «Hejta! Miłościwy

Niechże wam będzie Pan Jezus na niebie —

Wam i wszystkiemu stworzeniu w potrzebie.

Dobrze ruszyły, dobrze siwek bierze —

 

Sam Ludwik święty i Bóg niech cię strzeże!

Furzysko z jamy wydobyte ładnie».

«Com ci powiedział?» — tak go czart zagadnie;

«Teraz, mój bracie, widzisz sam wyraźnie,

Że wcale inna była chęć w tym błaźnie,

Dlatego myślę — chodźmy swoją drogą,

Z takiego wozu zyski być nie mogą».

Ledwie że wyszli z miasteczka, kat druha

Ciągnie ku sobie i szepce do ucha:

«Tutaj, braciszku, mieszka pudło stare:

Raczej-ci zniesie szubieniczną karę,

Niż choć grosz jeden da wydusić z siebie,

Lecz ja z niej dzisiaj dwanaście wygrzebię,

A nie, to wraz ją pozwiem do urzędu,

Chociaż żadnego nie jest winna błędu:

Lecz weź to sobie za przykład czem prędzej,

Inak nie dojdziesz nigdy do pieniędzy».

I kat zapukał do mieszkania wdowy:

«A wyłaż-że raz, ty grzybie morowy!

Ha! ponoś mnich tu czy ksiądz na kwaterze?»

«O nieba!» krzyknie — «któż tam bije w dźwierze?

Czegoż, panowie, chcecie? Bóg was wspieraj».

«Mam tutaj pozew na ciebie — otwieraj!»

Klątwą jej grozi, jeśli jutro ona

Nie będzie w sądzie archidyakona,

Gdzie na niejedno odpowie pytanie.

«Tak mi dopomóż, Jezu Chryste Panie!

To być nie może! dawna to już pora

Jak na tem łóżku leżę ciężko chora;

Nie mogę jechać ani zrobić kroku —

Umrę na miejscu, tak mnie kłuje w boku.

Może na piśmie podacie mi sprawę?

 

Oddam obrońcy, aby zasiadł ławę

I odpowiadał na wasze zarzuty».

«Ha! zobaczymy! — kat odpowie kuty.

«Dwanaście groszy, a uwolnić da się:

Mój profit bardzo w tem mały, a zasię

Pan mój największy ma z tego pożytek.

Dwanaście groszy! śpiesz-że się! nasz wszytek

Czas wymierzony! bądź-że nieco prędsza!»

«Dwanaście groszy! Maryjo najświętsza!

Tak mnie od grzechów wybaw i od nędzy!

Nie wiedziałabym, skąd tyle pieniędzy

Wziąć, choćby chciano obdarzyć mnie światem!

Stara-m i biedna! Nie bądźcie mym katem,

Okażcie litość, jam litości warta!»

«Nie! raczej pójdę» — rzecze kat — «do czarta,

Niż ci przebaczę, choćbyś umrzeć miała»

«Bóg mi jest świadkiem, żem niewinna cała!»

«Dawaj pieniądze! lub, na świętą Florę!

Wnet ci tę nową patelnię zabiorę

Za dług z tej nocy, wiesz, aniele drogi,

Kiedyś mężowi przyprawiała rogi;

Grzywnę za ciebie wyłożyłem wtedy».

«Niech Bóg mnie chroni od wieczystej biedy!

Czy jako żona czy wdowa ni razu

Przed wasz trybunał nie miałam rozkazu,

Ani mi na myśl te czyny bezwstydne

Nigdy nie przyszły! Twe ciało ohydne

Daję z patelnią wraz do rąk szatana!»

Widząc, jak baba, padłszy na kolana,

Przeklina kata, czart do niej tak powie:

«Czy rzeczywista prawda w waszem słowie? —

Powiedzcie, matko Maryanno, szczerze».

 

«A niech go szatan żywego zabierze —

Jeśli mu nie żal — wraz z patelnią moją!

«Et! stara korowo, mnie się nie zaroją

Nigdy te myśli,» rzecze kat, «bym w porę

Jaką żałował tego, co-ć zabiorę,

Choćby to były wszystkie twe manatki».

«Ha!» czart powiada — «targ, mój druhu, gładki:

Moim-ś z patelnią razem! baba rzekła,

Dziś w nocy zejdziesz wraz ze mną do piekła;

Tam nasze sprawy poznasz lepiej zgoła,

Niż wszyscy mędrcy waszego kościoła».

To powiedziawszy, czart dłużej nie czeka,

Tylko go z duszą i ciałem zawleka

Tam, gdzie siedzibę mają wszyscy kaci.

Bóg, co nas stworzył według swej postaci,

Niech nas prowadzi, strzeże w każdym względzie

I temu katu niech miłościw będzie.

Mógłbym wam więcej powiedzieć, panowie,

(Gdyby mi kat ten nie przerywał w mowie) —

Rzecze braciszek — według Chrysta pana,

Według słów Pawła i świętego Jana

I innych mężów o piekieł katuszy,

Żebyście wszyscy zadrżeli w swej duszy...

 

 

FILIP SIDNEY.

  

 Jedna z najpiękniejszych postaci szesnastego stulecia, ur. 1554 r. kształcił się w Oksfordzie i Cambridge; był posłem królowej Elżbiety na dworze cesarza Rudolfa II. Szlachetność i rycerskość jego zyskała ma u współczesnych przydomek «President of nobleness and chivalry». Zmarł w 32 roku życia 1586, na skutek rany, otrzymanej pod Zhetphen, w bitwie Holendrów przeciw Francuzom.

 Z dzieł najgłówniejsze: «Defence of Poesie» (obrona Poezyi) prozą, wydana 1581, oraz «The Countess of Pembroke’s Arcadia» (Arkadia hrabiny Pembroke), rzecz napisana na cześć siostry pod wpływem znanych wówczas romansów Hiszpana Montemayora «La Diana» i Włocha Sannazaro «Arcadia». Dzieło to zawiera sporo sonetów, które utrwaliły sławę poetycką Sidney’a.

 

 

DO KSIĘŻYCA.

  

Jakże spokojnie twoje widmo kroczy

I z jakim smutkiem, o księżycu biały,

Pośród niebiosów! Rzuca-li swe strzały

Ten skrzętny Łucznik i śród gwiazd roztoczy?

 

Jeśli się mogą rozkochane oczy

Skarżyć na miłość, w twej twarzy zbolałej

Czytam, że mąk tych, które mnie złamały,

Wyczerpujący trud i ciebie tłoczy!

 

Więc, towarzyszu cierpień, powiedz, żali

I tam się głupstwem wieczna Miłość zowie?

Czyż i tam Piękność pyszni się i chwali?

 

Czyż na szyderstwo muszą kochankowie

I tam oddawać swe serca? Czyż miano

Cnoty i u was niewdzięczności dano?...

 

 

EDMUND SPENSER.

  

 Urodzony w Londynie 1552. roku, kształcił się na wszechnicy w Cambridge; był pierwszym z poetów angielskich. który otrzymał tytuł «Poet Laureate» z pensyą 50 funtów rocznie, otrzymywaną od królowej Elżbiety.

 Pierwszym jego utworem był t. z. Kalendarz pasterski (The Shepherds Calendar 1579), napisany pod wpływem pasterskiego romansu hiszpańskiego poety Montemayora («Diana»), który na smak ówczesnej Europy wpływ wywarł rozstrzygający.

 Na cześć swej żony Elźbiety, Irlandki, którą poznał na dworze królowej, napisał jeden z najszczerszych poematów owego czasu p. t. «Epithalamion» (1587). Spenser jest twórcą cyklu sonetów (około stu), «Czterech hymnów» — An hymne in honour of Love (Hymn na cześć miłości), An hymne in honour of Beautie (na cześć piękności), An hymne o heavenly Love (na cześć piękności niebieskiej), An hymne of heavenly Beautie (na cześć piękności niebieskiej).

 Poza «Prosopopoia» albo «Opowieść matki Hubbard» i poza utworami drobniejszymi (pomiędzy innymi Ruiny czasu, Ruiny Rzymu, Wizja Petrarki, Widzenie próżności świata, Daphnaida, Astrophel itd.), napisał wielki poemat epicki The Faerie Queene (Królowa wieszczek), stworzywszy osobną formę wiersza. t. z. Stancę spenserowską (ababbcbcc), kombinacyę ośmiowierszowej stancy Ariosta i siedmiowierszowej stancy Chaucera (z powieści kantorberyjskich The man of Lawes tales — Opowiadanie sędziego). Królowa wieszczek — ostatnia angielska allegoryczna opowieść rycerska — napisaną została w Irlandji. Stąd podczas powstania 1598. przeniósł się Spenser, straciwszy całe mienie, do Londynu i tutaj też umarł, podobno w nędzy, dnia 16. stycznia 1599 r.

 

 

SONET.

  

Zwierciadło serca mego, piękne oczy!

Tych waszych spojrzeń dziwna jest osnowa:

W niej i kształt chmurnej śmierci i uroczy

Obraz żywota jednako się chowa.

 

Dusza ma życiem i miłością zdrowa,

Gdy się łagodność lśni w waszej przezroczy,

Lecz jak piorunem rażona ma głowa,

Kiedy się gniewnie wzrok wasz na mnie boczy.

 

Ale że człowiek chętniej w życie kroczy,

Niźli ku śmierci, przeto niech miłośnie

Blask się wasz z ogniem mej piersi jednoczy —

Niechaj to życie ku czci waszej rośnie,

A śmierć niech stłumi jego żarne jaśnie

Wówczas, gdy żar wasz na wieki zagaśnie.

 

 

KRÓLOWA WIESZCZEK.

  

 W obszernym tym poemacie, niewykończonym zresztą w całości, przedstawia autor cały szereg dzieł bohaterskich, jakich się podjęli rycerze dworu Gloryany (która, prócz allegorycznego swego znaczenia: «Sława», ma zarazem być wcieleniem królowej angielskiej Elżbiety) na jej życzenie. Były to przygody takież, o jakich mówią romanse rycerskie wieków średnich: walki ze smokami, czarownikami, furyami, wdzierania się do jaskiń, w których demony więżą pochwyconą przez siebie dziewicę — a to wszystko ku czci lub obronie piękności, ubóstwianej przez bohatera. Z licznych tych przygód wybieramy jedną z księgi I.

 Rycerz Czerwonego Krzyża (królewicz Artur, potomek królów saksońskich, ale po urodzeniu zamieniony przez elfa i uprowadzony do kraju wieszczek) poznaje na dworze królowej wieszczek, Gloryany («Sławy») damę, nazwiskiem Una («Prawda»), córę królewską, która go prosi, aby od potwornego smoka («Grzechu») wybawił jej rodziców. Otrzymawszy w tym celu od Gloryany zbroję, odpowiednią dla chrześcijańskiego rycerza, udaje się w towarzystwie Uny na ową wyprawę:

 

Szlachetny rycerz pomyka po błoni,

Z srebrnym puklerzem i w pancerz odziany,

Na którym ślady wojennych pogoni

Niby głębokie pozostały rany —

Lecz on w tę zbroję pierwszy raz ubrany.

Rumak wędzidło gryzie niecierpliwie,

Jakby go ciężkie więziły kajdany.

Rycerz to piękny, stworzony prawdziwie,

By z wrogiem się spotykać na najkrwawszej niwie.

 

Na piersiach, w pamięć onej śmierci świętej

Naszego Zbawcy, krzyż mu się czerwieni:

Nosi to godło, czcią k’ Niemu przejęty —

W czci dla spraw jego nigdy się nie leni.

I na puklerzu takiż znak się mieni,

Bo w jego pomoc przednią ma nadzieję.

Z czynem i słowem zawsze prawdę żeni,

Surowa godność w twarzy mu widnieje,

Drżą przed nim, on przed niczem w świecie nie truchleje.

 

Na wielką spieszy on wyprawę ninie

Dla Gloryany: wszystko spełni dla niej,

Dla tej królowej we wieszczek krainie;

Z tego, co tylko świat nam niesie w dani,

 

Najpożądańsze mu względy tej pani;

Jedzie, a żądzy powstrzymać nie może,

Aby spróbować sił swych jak najraniej —

W potężnym boju, w jak najprędszej porze —

Na wrogu jej, na smoku, straszliwym potworze.

 

Przy nim niewiasta słodka, a nadobna;

Oślica pod nią niby śnieżek biały,

A nawet bielsza. Ją samą żałobna

Kryje zasłona i z postaci całej

Czarnej się sukni fałdy pozwieszały.

Na swem zwierzęciu siedzi, jak w żałobie

Jakiej najcięższej, widać, że niemały

Trapi ją smutek i troska w tej dobie.

Na sznurku mleczne jagnię prowadzi przy sobie.

 

Dziewka, by jagnię, czysta i niewinna,

W każdym żywota swojego zawodzie,

A z pochodzenia swego wielce słynna,

Bo miała królów i królowe w rodzie,

Co na Zachodzie władli i na Wschodzie,

Co wszystek świat ten w mocy posiadali,

Aż ich gnieżdżący się na piekieł spodzie

Czarci z ich własnych dzierżaw nie wygnali;

By pomścić ich, rycerza tego wiedzie z dali.

 

A w tyle karzeł po za nimi kroczy

Zwolna: snać pośpiech nigdy mu nie służy,

Lub może tłumok zbyt mu plecy tłoczy:

Dźwiga przybory, niezbędne w podróży.

Jadą — wtem naraz niebo się zachmurzy

 

I Jowisz deszczu wyleje strumienie

Na łono swojej kochanki. W tej burzy

Pragnie się ukryć wszelakie stworzenie:

I piękna para rada znaleść gdzie schronienie.

 

Gdy się na wszystkie rozglądają strony,

Dokądby uciec w nawałnicy czasie,

Ujrzą w pobliżu gęsty las zielony,

Którego drzewa, lśniące w lata krasie,

Tak rozłożyste i zbite, że, zda się,

Człek tu się z niebios promieniem nie spotka.

Mnóstwo szerokich alei w tej masie

Drzew oraz krzewów prowadzi do środka:

Zwabiła podróżników ta ustroń przesłodka.

 

Śpieszą, a rozkosz coraz większa rośnie

W sercu, wsłuchanem w dźwięczne ptasząt chóry,

Co przed szarugą bezpieczne, rozgłośnie

Zdają się szydzić z nieb, odzianych w chmury,

Lub wielbią drzewa, pnące się do góry:

Świerk, na maszt zdatny, wiąz, winem opięty,

Topól nieschnącą i cyprys ponury

I króla lasów, ten dąb nieugięty,

I smukły cedr i gibkie osikowe pręty;

 

Wawrzyn, tak piękny, gdy poetów skronie

I bohaterskich zwycięzców okoli;

Wierzbę, co we łzach po kochanku tonie;

Cis, co łucznika poddaje się woli,

Mirrę, kojącą, kiedy rana boli,

Jesion i jawor, owoc oliwkowy,

Dąb, sosnę, pełną melancholii,

 

I buk postaci jak gdyby bojowej,

Brzezinę i klon, rzadko w swojem wnętrzu zdrowy.

 

 

Jadąc przez las, spostrzegają olbrzymią skałę, a w niej jaskinię, gniazdo smoka («Grzechu»). Towarzyszka rycerza, przestraszona, nie pozwala mu się zbliżać do niebezpiecznej groty — lecz:

 

— Pełen ognia i odwagi chyżej,

Na miejscu rycerz młody nie ustoi,

A ku jaskini czarnej się przybliży

I do jej wnętrza zajrzeć się nie boi.

Wnet też zobaczy przy błysku swej zbroi

Rozsiadłe kształty potwornego dziwa:

W jednej podobna do wężowych zwoi,

W drugiej połowie znać kobieta żywa —

Postać była cuchnąca, wstrętna, obrzydliwa.

 

Kiedy tak gnuśnie spoczywa na ziemi,

Długi jej ogon plącze się i wije

W rozliczne kłęby i splotami swemi —

Zakończon żądłem — całą jamę kryje,

Jej płód tysiączny u jej piersi pije

Ciecz jadowitą; każde z tych jej dzieci

Inak wygląda, lecz wszystko, co żyje,

Ohydne z kształtu; a gdy loch rozświeci

Blask tarczy, tak wraz wszystko do jej paszczy wleci.

 

Ruszy się mać ich, czując przerażenie,

I nad łbem wstrętnym zwinie w krąg swój smoczy,

Potworny ogon, potem te pierścienie

Już przed jaskinią straszliwie roztoczy.

Ale zbrojnego rycerza gdy zoczy,

Chce się na nowo schronić w swojej norze,

Albowiem światła nie znoszą jej oczy:

 

W pustych, samotnych ciemnościach ma łoże —

Tam żyje, bo tam nikt jej zobaczyć nie może.

 

Zaledwie ujrzy mężny Elf potwora,

Tak się na niego bez namysłu rzuci,

Jak lew na zdobycz, co w ucieczce skora;

Zajdzie mu drogę, od jamy zawróci,

Że ten, przerażon, ciszę rykiem skłóci,

Ku walecznemu swój ogon wymierzy,

By weń zatopić żądło, pełne truci,

Lecz ostrym mieczem ten pierwszy z rycerzy,

Aż łeb w ramiona skryje, tak smoka uderzy.

 

Potwór od razu jakby stracił zmysły,

Tak go oślepi cios ten i oniemi,

Lecz wnet zeń iskry wściekłości znów trysły:

Zwierzęce cielsko podniesie ze ziemi,

Wypręży w górę, siły zdwojonemi

Ku jego tarczy gniewnie się wypuszy

I ciało ujmie sploty wężowemi,

Że rycerz nogą ni ręką nie ruszy:

Pomagaj, Boże, grzechem opętanej duszy.

 

«Pokaż, czem jesteś! wiarę w tej potrzebie

Miej w swoje siły, nie ustępuj zgoła!

Zduś go, inaczej on udusi ciebie!»

Tak na rycerza pani jego woła,

Widząc, jak potwór oplótł go dokoła

I żółć w nim kipi i w walce nie spocznie

I jedną rękę oswobodzić zdoła,

Schwyci za gardziel i tak gnieść ją pocznie,

Że smok z zabójczych objęć puści go niezwłocznie.

 

 

A wraz z obrzydłych rzygnie on wnętrzności

Potokiem brudnej jadowitej wody,

Pełnej odpadków ścierwa oraz kości,

A tak cuchnącej, że aż rycerz młody

Dech wstrzymał w sobie na te straszne smrody.

Księgi-ś tam widział, papieru kawały,

Oślepłe żaby i ropuchy — płody,

Co się po zielskach rozpełzły: oblały

Naokół całe miejsce tych wymiocin kały.

 

Tak to, gdy ojciec Nil, w swych porach zmienny,

Zaczyna rosnąć, niczem nie wstrzymany,

Z fal jego tłustych muł powstaje plenny

I na egipskie rozlewa się łany.

A gdy opadać zaczną wód bałwany,

Muł brzeg zaściela i płód z siebie rodzi —

Samców, samice — tysiączny, nieznany,

Ohydnych płazów lęg, że w tej powodzi

Nie zgadnie nikt, skąd tłum tych kreatur pochodzi.

 

Dech rycerzowi stłumił zaduch zgniły —

Osłabł, snąć strasznej nie przemoże zmory,

Tak go już wszystkie opuszczają siły.

To też smok, widząc, że mu te odory

Zabrały męstwo, wykrztusi tej pory

Ze swego wnętrza kloaki przeklętej

Rój drobnych wężów: obmierzłe potwory

Oślizłe, czarne jak inkaustu męty,

U nóg się jego wiją i chcą kąsać w pięty.

 

Lecz jako pasterz, w podwieczornym czasie,

Gdy Feb czerwony na zachodzie pada,

 

Spogląda z wzgórza, jak się stado pasie,

Jak smacznie swoją wieczerzę zajada,

A w tem go obłok komarów obsiada,

By nikłem żądłem nie szczędzić mu męki —

Więc on, by pierzchła natrętów gromada,

Niszczy im skrzydła machnięciem swej ręki

Z igraszki i tak stłumia ich nieznośne brzęki:

 

Tak on odtrąca roje żmij... I raczej

Z wstydu, niż trwogi, rzuci się, jak w szale,

Na swego wroga: na to w duchu baczy,

Ażeby zginąć w sromocie lub w chwale

Wielkiej zwyciężyć, a nie spocząć wcale!

Z nadludzką siłą ugodzi więc smoka,

Tak, że od cielska skąpanego w kale,

Grzechu, odetnie wstrętny łeb; posoka,

By węgiel czarna, trysła, jak rzeka szeroka.

 

Rozpierzchłe gady, rodne smocze plemię,

Skoro zobaczą rodzicielkę swoją

Upadającą śród stęku na ziemię,

Wnet się naokół jej cielska zaroją,

Albowiem sądzą, że się uspokoją

Z strachu w jej paszczy, znajdą w niej ukrycie.

Lecz dziś daremnie! Więc się krwią jej poją,

Raną swej matki karmią się obficie,

Z jej straty zyski mają, a z jej śmierci życie!

 

Widok ten wzbudzi wstręt w rycerzu wielki:

Oto przez Boga przeklęte stworzenia

Żrą własną macierz! Lecz gdy karmicielki

Krwią napełniły toń swego pragnienia,

 

Pękły im brzuchy, wzdęte z przesycenia,

Aż im wnętrzności wyszły! Koniec, godny

Tych, co się żywią własnego plemienia

Życiem... Rycerza mozół już bezpłodny;

Sam sobie śmierć zgotował wrogów płód wyrodny.

 

Zbliży się k’niemu pani, co z oddali

Na bój patrzała i powie: «Szczęśliwa

Snać ci się gwiazda, mój rycerzu, pali!

Wart jesteś zbroi, która cię okrywa,

Jakoś nie spoczął, aż odwaga żywa

Przemogła wroga. Wielką-ś zdobył sławę!

To pierwsza walka; lecz niejedna-ć wzywa

Jeszcze przygoda, trudy równie krwawe:

Zwycięstwem bodajś każdą zakończył wyprawę!»

 

 

  Odniósłszy to pierwsze zwycięstwo, jedzie rycerz z towarzyszką swoją w dalszą drogę. W lesie spotykają pustelnika, który ich zaprasza do swojej siedziby:

 

Stoi maleńka pustelnika chata

Na skraju lasu, w cichutkiej dolinie,

Zdala od zgiełku i od wrzasku świata,

Który śród wiru walk i trudów ginie.

Jest i kapliczka święta przy chacinie:

Tutaj pustelnik szepce swe pacierze

Codzień — w poranku i zmroku godzinie;

Obok strumyczek, co swe wody bierze

Z źródełka ukrytego, w słodkim ciecze szmerze.

 

Przybywszy tutaj, ledwie się zmieścili

W ciasnej izdebce; żadna też biesiada

 

Nie czeka na nich, spoczynek w tej chwili

Ucztą najsłodszą. Przyjemnie nielada

Zeszedł im wieczór: dusza słuchać rada

Dawnych powieści, które, jak szkło gładki

Mający język, mnich im opowiada,

Z życia papieży i świętych wypadki

Modłami przeplatając do Najświętszej Matki. 

 

 Atoli pobożny pustelnik okazuje się strasznym czarnoksiężnikiem (Archimagus), czyhającym na nieskalany honor chrześcijańskiego rycerza. Rozmaitemi zaklęciami spowodowuje Archimagus króla sennych mar, Morfeusza, panującego w nieprzebytych mrokach, że tenże wysyła do śpiącego rycerza swoje duchy (sny, mary), ażeby go kusić.

 Słudzy Morfeusza:

 

do dzieła co tchu się zabiorą:

I jedna z mar tych u głowy mu stanie

I sen mu podda tą spoczynku porą:

Rycerz śni rajskie, urocze kochanie —

Wydaje mu się, że widzi swą panią —

Nie stopią-ż serca te grzeszne mamidła?! —

Jako się przy nim kładzie na posłanie

Z skargą, że owo chłopię, strojne w skrzydła,

Jej czyste zmusza serce pójść w Rozkoszy sidła.

 

Wydaje mu się, że piękności hoża

Władczyni, Wenus, sama mu to dziecię

Przyprowadziła tej chwili do łoża —

Tę towarzyszkę, którą miał za kwiecie

Najniewinniejsze z wszystkich ziół na świecie,

Tę córę króla, dziś sługę niecnoty,

W występnych uciech zawikłaną siecie;

 

Że Gracye nucą, śród tańca ochoty,

«Jo hymen!» a zaś Flora z bluszczu wije sploty.

 

Czy to z niezwykłej rozkoszy czy z trwogi,

Jaką spełnianie grzechu ludzi darzy,

Zrywa się rycerz: posądza ten błogi

Widok, że w sobie kryje podstęp wraży.

Hej! jego pani schyla się ku twarzy,

A wędkę chowa w ciemnej sukni zwoje;

Chce go całować, lico jej się żarzy,

Z oczu miłosne, słodkie biją zdroje,

Jak u tej, co kochanka rwie w objęcia swoje.

 

Niezwykły widok wszystką krew w nim skłóci;

Na ten jej bezwstyd wielkim gniewem spłonie

I jak szalony snać się na nią rzuci,

Aby ją zabić, ale w jej obronie

Stanie cierpliwość i wstrzyma mu dłonie.

I rycerz bada swe zmysły, czy sprośny

Sen to czy jawa? Wtem ona w łzach tonie,

Prosi i błaga, aby był litosny

Dla krwi jej przeszlachetnej i dla lat jej wiosny.

 

A tak mu powie; «Władco mój i panie!

Czyż mi oskarżać wrogie przeznaczenie

I przyczyn w niebie potężnych władanie,

Czy też ślepego bożka, że to wrzenie,

Zamiast miłości, złość i potępienie

Ściąga dziś na mnie? Lecz tak czynić muszę,

Albo też umrę! W tobie me zbawienie!

W twych ręku śmierć ma lub życie! Niech wzruszę

Mą prośbą twoje serce: ukoj me katusze! 

 

«Dla ciebiem ojca królestwo rzuciła»...

Tutaj zamilknie, strugą łez zdławiona.

W wezbraniu serca snać mowę straciła.

Ale niebawem znów rozpocznie ona:

«Przed kaźnią losów w tobie jest obrona

Moich lat młodych... O niech mi nie ginie

Dusza w tęsknocie, niech w tych łzach nie kona!

A on jej powie: «Cóż cię trapi ninie?

Wszak zawsześ mnie krzepiła w utrapień godzinie?»

 

«Miłość ku tobie sypiać mi nie daje» —

Rzecze mu na to — «gdy ja nieszczęśliwa

Z tęsknej boleści, co mi serce kraje,

Ty spisz spokojnie: noc tobie upływa

Bez żadnej troski»...

 

 Rycerz jednak stawia mężny opór tej «Pokusie» i ponownie odniósłszy zwycięstwo, ratuje swój nieskalany honor.

 

KRZYSZTOF MARLOWE.

  

 O dwa miesiące młodszy od Szekspira, urodzony w Canterbury w lutym 1564 r., syn szewca, bakałarz i magister nauk wyzwolonych na wszechnicy w Cambridge, największy, obok twórcy Hamleta, dramatopisarz angielski, jest autorem pięciu dramatów, z których «Faust» najbardziej jest znany. Przez purytańskich teologów okrzyczany za ateistę, zginął młodo (w czerwcu 1595) od sztyletu współzawodnika w miłości.

 Pierwszy w dramacie scenicznym użył białego wiersza (w «Tamburlain the Great» Tamerlan Wielki), oświadczywszy w przedmowie, że porzucając «puste rymotwórstwo», chce wprowadzić «czynnik bohaterski».