Podziemne miasto - Przemek Corso - ebook
Opis

Podziemne miasto” otwiera nową serię książkową Wojciecha Cejrowskiego – „Z MUSTANGIEM”.

„Nie musisz szukać przygody, ona sama cię znajdzie! A wraz z nią mroczne tajemnice, śmiertelne niebezpieczeństwo i... niezapowiedziane kartkówki”. Takie swoiste motto płynie z książki Przemka Corso, który stworzył tu nietuzinkowego bohatera.

Robert Karcz – archeolog i awanturnik. Po niebezpiecznym incydencie podczas wykopalisk w Egipcie zostaje ewakuowany do Polski. Lepiej, żeby jakiś czas posiedział cicho, dlatego zatrudnia się jako nauczyciel historii w legnickim gimnazjum. Poznaje tam miejscowych pasjonatów historii i pod ich wpływam zaczyna interesować się przeszłością Legnicy. Pewnego dnia dosłownie zapada się pod ziemię…

WOJCIECH CEJROWSKI jako wydawca o Autorze:

Pierwsze książki Pana Corso były okropne. Radziłem, żeby nigdy więcej nie pisał. On mi na to, że tak samo mówi jego babcia.

Gdy podarował mi swoją trzecią książkę, wciągnęło mnie od razu: „Podziemne miasto”, czyli przygodowa opowieść o niejakim Karczu. Zapytałem, czy ma tego więcej i wówczas dostałem maszynopis kolejnej części. Przeczytałem jednym tchem!

Dzwonię do Autora i pytam: chce Pan, bym został Pańskim wydawcą? Bo ja chcę! Podpiszemy kontrakt, Pan będziesz pisał, a ja będę się wylegiwał na Hawajach.

W ten sposób zostałem wydawcą Pana Corso i cyklu książek o archeologu.

Autor – Przemek Corso:

Konferansjer, felietonista, głos radiowy, autor bajek dla dzieci... a prywatnie miłośnik filmów, kolekcjoner, gaduła. Z wykształcenia niedoszły nauczyciel języka angielskiego. Szczęśliwy mąż i ojciec, a także właściciel szkockiego teriera o imieniu BRK. Mieszka w Legnicy. Pija tabasco.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 358

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Babci Danieli.

Dziękuję za wszystko.

ROBERT KARCZ

wyciąg z teczki osobowej – materiał ogólny; do dalszego rozpracowania

Robert Karcz (w dalszej części „Karcz” lub RK) - archeolog; doświadczony na wykopaliskach w krajach niebezpiecznych. W mojej ocenie nieprzydatny jako agent. Można go jednak osaczyć, gdy popadnie w kłopoty z prawem, i zrekrutować nawet wbrew jego woli.

Prowadzi nielegalną działalność polegającą na odzyskiwaniu dzieł sztuki za pomocą kradzieży. Okrada złodziei. Część dzieł sztuki i zabytków oddaje anonimowo do muzeów, resztę sprzedaje, aby finansować kolejne akcje. Traktuje to jako osobistą krucjatę i w tym kontekście również można go wykorzystać. Da się prowadzić w zamian za potrzebne mu informacje lub w zamian za pomoc, gdy popadnie w kłopoty z władzami lub światem przestępczym.

Karcz jest łatwy do śledzenia – jeździ charakterystycznym fordem mustangiem (nabyty legalnie jako spadek po ojcu). Zdjęcia samochodu i osoby załączam.

Na dzień dzisiejszy znajduje się w Egipcie.

INFORMACJE DODATKOWE I OSOBY POWIĄZANE:

Justyna Karcz – starsza siostra RK i jego jedyny żyjący krewny; dziennikarka telewizyjna. Po śmierci rodziców próbuje matkować bratu, martwi się o niego, stara się pomagać. Naiwna – w tym kontekście możliwa do wykorzystania. Nie kontaktują się często. Nie wie o działalności brata. RK trzyma ją na dystans, żeby ją chronić.

Autor raportu: Tomasz Kubek

Adnotacja na wypadek, gdyby trzeba było przejąć prowadzenie Karcza z moich rąk: należy podchodzić do niego z najwyższą ostrożnością. Jest impulsywny i przez to może być nieobliczalny.

PROLOG

Nie musisz szukać przygody, ona sama cię znajdzie! Hassan wiedział to aż za dobrze. Obserwował Polaka, co chwilę ocierając pot z czoła. W Egipcie tej nocy było zimno, ale jemu zdawało się, że płonie.

„Te pieniądze nie są tego warte”, powtarzał w myślach.

– Szybciej, błagam – rzucił w stronę Polaka, nerwowo przestępując z nogi na nogę.

Tamten posłał mu tylko przelotne spojrzenie i machnął ręką, dając do zrozumienia, że potrzebuje więcej czasu. Na twarzy miał chustę, a na ramionach grubą uprząż alpinistyczną.

Wykute w skale pionowe zagłębienie było już wiele razy przeszukane i całkowicie puste. Tak mówiono. Tylko jedna naukowa teoria głosiła, że to zagłębienie – zwane „suchą fosą” – mieści kilka pięter grobowców z okresu Starego Państwa. Przez całe lata nikt w to nie wierzył – ot, kolejna sensacja bez potwierdzenia; naukowa plotka kogoś, komu zależy, by dostać forsę na wykopaliska. Plotka okazała się prawdą w chwili, gdy przednia część górnego grobowca osunęła się, ukazując wejście do podziemi. Pierwsze pobieżne oględziny znaleziska przerwano po dwóch godzinach, gdyż zapadł zmrok – dosłownie „egipskie ciemności”. Cały obóz archeologiczny, strażnicy i sprzęt mieli zostać przeniesieni tu z północnej części wykopalisk następnego ranka.

Właśnie dlatego Polak i Hassan nie mieli czasu. Ta jedna noc to była ich jedyna szansa i Polak o tym wiedział.

Kiedy okazało się, że niższe kondygnacje grobowców nie są zasypane piachem, stwierdził, że musi działać. Było jasne, że informacja o nowym odkryciu trafi do porannej prasy, a wówczas na to miejsce rzucą się hieny. Nie miał zamiaru przegapić swojej szansy, dać się przegonić nielegalnym łowcom zabytków.

Oficjalne wykopaliska mogły trwać jeszcze całe lata. Lata żmudnej i ciężkiej pracy. Ale zanim się rozpoczną, hieny wydrapią stąd wszystko, co cenne, a archeologom pozostawią gołe ściany i geodezyjne pomiary do zrobienia. Żadna władza w Egipcie nie jest w stanie upilnować takiego terenu. Żadna władza w Egipcie nie płaci swoim ludziom tyle, ile są w stanie zapłacić hieny za to tylko, że jakiś strażnik będzie patrzył w inną stronę.

Polak i jego przewodnik mieli kilka godzin w środku lodowatej nocy i musieli improwizować.

Hassan przekupił strażników i szedł teraz za Polakiem, opierając się o skalne bloki. Na razie nie zapalali latarek.

Kiedy znaleźli się przed samym wejściem do grobowca, Polak wskazał rzeźbiony kamień, na którym widniały hieroglify. Odrzucił z twarzy chustę i Hassan zobaczył dziki uśmiech odkrywcy.

„Generał” – mówił jeden z napisów na kamieniu i Hassan potrafił to przeczytać. Dużo czasu spędzał z archeologami, służąc im pomocą, oprowadzając po okolicy i robiąc im zakupy w mieście. A teraz sam się sobie dziwił, że ryzykuje tę dobrą pracę, a do tego łamie prawo!

Nie tylko ludzkie, również boskie. Nawet jeżeli ci konkretni bogowie zostali oficjalnie odrzuceni przez Koran, to jednak… Nie ma w Egipcie ludzi, którzy nie wierzą w staroegipskie zabobony i moce.

Zeszli kolejne kilka metrów i Hassan ostatni raz spojrzał w górę na niebo rozświetlone gwiazdami. Czuł, jak wysoka szczelina pożera go. Włączył latarkę i ruszył w ślad za Polakiem.

W grobowcu było bardzo duszno. Po obu stronach archeolodzy umieścili stojaki z oświetleniem, ale generator był wyłączony na noc. W dwóch miejscach stały kopalniane słupy podtrzymujące strop, a teraz on i Polak będą pierwszymi osobami, które wejdą dalej do środka…

– To cud – powiedział Polak. – To miejsce jest w idealnym stanie.

Na Hassanie jakoś nie robiło to wrażenia. Owszem, dziwił się, że pomieszczenie nie jest zawalone, ale z jego perspektywy wyglądało jak kolejna ruina pełna piachu.

Przełknął ślinę. Od pyłu unoszącego się w powietrzu czuł drapanie w gardle. W myślach zaczął liczyć dolary, które miał dostać od Polaka. Liczył je, wyobrażając sobie, co za nie kupi, a jednocześnie starał się zapomnieć, że jest kilkanaście metrów pod pustynią.

– Nie mamy czasu! – syknął po angielsku, a później dorzucił jeszcze kilka przekleństw we własnym języku i pod adresem całego świata, który był niepotrzebnie niebezpieczny.

Polak wyciągnął aparat fotograficzny. Lampa błyskowa zaczęła rozświetlać pomieszczenie. Ciemność skuliła się w szczelinach i niszach.

Z tej części grobowca odchodził korytarz wiodący na niższą kondygnację. Stroma pochylnia obsypana piachem. Ślisko, żadnych poręczy, tylko szczeliny w ścianach, za które ewentualnie można było się złapać. Polak próbował być ostrożny, ale niemal od razu poślizgnął się, z głuchym stęknięciem wylądował na plecach i zjechał w ciemności.

Hassan pisnął. Korytarz wyglądał jak stara sztolnia grożąca zawaleniem.

Polak leżał gdzieś na samym dole. Nie wołał, nie było słychać, by się ruszał. Hassan poświecił latarką i gwizdnął. Polak uniósł rękę i pokazał mu wyciągnięty w górę kciuk.

– Ja tam nie schodzę! – poinformował Egipcjanin. – Znajdź, czego szukasz, a ja tu czekam z liną…

Polak chciał coś powiedzieć, ale usłyszał nagły szmer i syk. Poświecił dookoła latarką i znalazł to, czego znaleźć nie chciał. Kobra!

Powoli odsunął się jak najdalej i podkurczył nogi. Wąż patrzył, ale nie atakował.

– Ukąszenie zabija! – zawołał Hassan z góry. – Bardzo morderczy. Uważaj!

– Co ty powiesz?! – warknął Polak.

– Wystrasz go! – powiedział Egipcjanin. – Indiana Jones!

– Co: „Indiana Jones”? Nie rozumiem.

– Pochodnia! Jak na filmie...

– A skąd mam wziąć pochodnię?

– Łap! – Egipcjanin rzucił mu metalową zapalniczkę.

Niestety, niecelnie. Odbiła się od ściany i wylądowała za wężem. Polak, nawet gdyby chciał, nie byłby w stanie jej dosięgnąć. Wziął więc głęboki oddech i ostrożnie, szorując po podłodze pośladkami, zaczął wycofywać się w głąb grobowca.

– Nie tam! – zaprotestował Hassan. – Wracaj. Musimy uciekać! Weź zapalniczkę i go wystrasz!

Kiedy Polak odsunął się od kobry na bezpieczną odległość, powoli wstał, nie spuszczając węża z oczu, a później odszedł do kolejnego pomieszczenia.

– Mam nadzieję, że znikniesz, zanim wrócę – powiedział, a potem cisnął w stronę węża garść piachu z podłogi.

Pomieszczenie było długie, z jednej strony częściowo zasypane, a pośrodku stał kamienny sarkofag o gładkich kształtach. Pod ścianami znajdowały się ozdobne naczynia, w większości zniszczone.

Polak oddychał z trudem – wszędzie unosił się kurz, mikroskopijne drobinki kwarcu, które nie opadną jeszcze przez kilka dni. Odpiął od paska manierkę z wodą i zwilżył chustę, a następnie obwiązał sobie nią dolną część twarzy i nos. Pył oblepiał płuca, ale najgorsza była świadomość, że nad głową są tony kamieni i piachu, które w każdej chwili mogą go pozbawić życia. Mimo to czuł euforię. Dotykał bloków z kamienia wyciosanych tysiące lat temu, wkładał palce w wyżłobienia hieroglifów. Szukał czegoś.

Fotografował metodycznie napisy widoczne na ścianach.

W końcu dotknął sarkofagu. Generał z dworu faraona Pepiego. Na to wskazywały napisy. Wewnątrz znajdowała się mumia, ale wiedział, że jej dziś nie zobaczy. Wiedział też, że musi się śpieszyć. Przy mizernym świetle latarki szukał czegokolwiek, co mógłby zabrać ze sobą. Jakiejkolwiek wartościowej rzeczy, nadającej się do dyskretnego eksportu.

***

To nie był jego pierwszy raz. Raczej stały sposób na finansowanie pracy badawczej. Jest wiele takich miejsc na ziemi, które odkrywa archeolog, a odkrywanie zajmuje mu całe lata. Potem, tuż po odkryciu, na chwilę wpadają tam hieny. I kiedy archeolog wraca na wykopaliska z jakimś grantem, finansowaniem z ministerstwa oraz z ochroniarzami, okazuje się, że najcenniejszych rzeczy… już dawno nie ma, ponieważ zostały wyniesione przez hieny. Polak wiedział o takich zdarzeniach w Peru, w Meksyku, w Tunezji i Maroku; Polak miał tego dość! Jego praca, jego pot, a sukces i wypłata dla hien??!!

– Rzeczy cenne powinny lądować w muzeum. A kilka mniej cennych… niech sobie trafi na rynek kolekcjonerski, ale po to, by finansować kolejną wyprawę badawczą, a nie hieny! – Polak powtarzał sobie słowa zasłyszane kiedyś na... sympozjum naukowym. Słowa, które całkowicie odmieniły jego życie.

Wypowiedział je profesor Jan Michalik, organizator wielu ekspedycji archeologicznych, jego późniejszy mentor i przyjaciel. Zawsze dużo mówił o hienach. Po kilku głębszych potrafił o nich opowiadać godzinami. O zaprzepaszczonych odkryciach. O prywatnych kolekcjonerach. Mówił z pasją, z przekonaniem, ale nigdy nie miał odwagi, żeby własne słowa wcielić w czyn.

Kiedy jednak Polak po powrocie z pierwszych wykopalisk pojawił się u profesora z dwiema kamiennymi figurkami i powiedział, że „jedna jest przeznaczona do muzeum, a druga na ten projekt badawczy, na który nie dali panu grantu”, profesor nawet nie mrugnął okiem. Sięgnął do szuflady, wyjął wizytówkę, na której był jedynie numer telefonu (bez nazwiska ani adresu), a potem powiedział:

– Ten facet ma dużo pieniędzy. Zamawia u mnie ekspertyzy naukowe dotyczące eksponatów. Wszystko, co dotychczas dawał mi do oceny, było zawsze prawdziwe i zawsze bardzo cenne. Płaci uczciwie. Skąd bierze eksponaty – nie mam pojęcia i nie chcę wiedzieć. Nie chcę też wiedzieć, skąd weźmie jedną z tych kamiennych figurek, które tu leżą na stole, ale… przelew za tę figurkę niech zrobi wprost do Egiptu, do firmy, która nam organizuje wykopaliska. Za miesiąc napiszę do tej firmy ponownie z prośbą o zniżkę. Ma jej udzielić w wysokości... dziewięćdziesięciu procent i w tej sytuacji jednak pojedziemy na te odwołane badania. Brakujące dziesięć procent wycisnę z ministerstwa! Wytłumaczę im, jak dobry interes robią…

Tak to się zaczęło. Nieoficjalny układ, który do tej pory działał bez zarzutu.

***

– Poszukajmy tu czegoś… co można dyskretnie sprzedać – mruknął Polak sam do siebie.

Obszedł sarkofag dookoła i na wysokości głowy generała znalazł harpun, umieszczony na specjalnej podstawie. Zaśmiał się, nie wierząc własnym oczom. Harpun był identyczny z tym znalezionym przez polską ekspedycję w Sakkarze. Nikt nie potrafił powiedzieć, do czego służył – piękna zagadka na całe lata pracy.

A teraz w jego ręku błyszczał identyczny harpun, znaleziony w promieniu pięciu kilometrów od poprzedniego! Z identycznymi zdobieniami i rzeźbionym wężem, tyle że lekko złamany. Doskonały dla bogatego kolekcjonera, a ponadto mieścił się w małym plecaku.

Zrobił mu kilka zdjęć. Wyciągnął z torby na ramieniu kawałek płótna i delikatnie owinął znalezisko. Wsadził je ostrożnie do środka, a potem, z lekkimi zawrotami głowy, ruszył w kierunku wyjścia. Oddychało mu się coraz trudniej.

Kobra gdzieś zniknęła, albo przynajmniej nie mógł jej teraz dostrzec w ciemnościach.

– Hassan! – krzyknął. – Rzuć linę, bo nie dam rady pod górę!

Odpowiedziała mu cisza.

Poczuł strach, że Egipcjanin go zostawił i że nie będzie w stanie sam wyjść na powierzchnię. To było prawdopodobne. Wszystko trwało zbyt długo, a Hassan to raczej tchórzliwy urzędnik, niż bohater. Zdecydowanie zbyt spięty i łasy na forsę.

Polak podszedł do jednej ze ścian, wsadził palce w szczelinę i zapierając się nogami, zaczął iść ku górze. Wtedy usłyszał syk węża.

– Niech to szlag! Umrę teraz ugryziony w dupę przez kobrę?

– Łap! – powiedział Egipcjanin i rzucił mu linkę alpinistyczną.

Zanim Polak zdążył zareagować, dostał linką w twarz. Zwinięty koniec trafił go w czoło, palce wyślizgnęły mu się ze szczeliny i po raz drugi runął na plecy, wzniecając chmurę pyłu. Tym razem stracił oddech i przez chwilę nie wiedział, gdzie jest.

– WĄŻ!! – krzyknął Hassan, próbując oświetlić go dokładnie z góry. – Jest obok!

Polak próbował odzyskać orientację. Nagle trafił palcami na zimny metalowy kształt – benzynowa zapalniczka, którą wcześniej rzucił mu Egipcjanin!

Pstryknął.

Nie zadziałała.

Spróbował drugi raz i trzeci…

– Co za g... – syknął i kiedy już stracił nadzieję, drżący płomień rozświetlił nagle część podziemnego korytarza.

Wąż był poirytowany i gotów do ataku, ale ten mały płomień wyraźnie go zdezorientował.

„Po prostu odejdź. Spieprzaj stąd! Pozwól mi żyć!” – pomyślał Polak.

Podsunął zapalniczkę w stronę kobry i postawił ją na piasku. Jak słup na granicy pomiędzy sobą a wężem.

Kobra wpatrywała się przez chwilę w płomień, a później po prostu odpełzła.

Podniósł się z ulgą, chwycił koniec liny i zawołał w górę:

– Hassan! Wyciągnij mnie stąd!

Egipcjanin posłusznie złapał za linę, zaparł się nogami, a kiedy już Polak wyszedł na powierzchnię, wystawił w jego stronę otwartą dłoń.

– Moja zapalniczka?

– Co? – Polak zamrugał zaskoczony.

– Moja! Zapalniczka! – powtórzył Hassan.

Polak bez słowa spojrzał w dół.

Hassanowi wyraźnie się to nie spodobało.

– To było oryginalne Zippo! – powiedział stanowczo i stuknął kilka razy palcem w otwartą dłoń. – Sto dolarów!

– E-e, kotuś. Taki głupi to ja nie jestem. Nie żadne „sto dolarów”, tylko gówniana podróba – odparł i wykonał gest odpalania zapalniczki. – Próbowałem trzy razy, a powinna zapalić od pierwszego!

– To było prawdziwe Zippo! – powtórzył Egipcjanin podniesionym głosem. – Sto dolarów!

Polak poklepał go po ramieniu i zaczął iść w kierunku wyjścia.

– Jeden dolar – rzucił przez ramię.

– Sto!

– Jeden!

– Sto!

– Dobra, dam ci sto, ale to będą dolary robione w Chinach, tak samo jak to twoje „Zippo”. Pasuje?

Hassan kilkoma ruchami zwinął linę i truchtem ruszył za nim.

Po kilku minutach wyszli ze szczeliny i stanęli na pustyni, a Polak przez kilka chwil wpatrywał się w gwieździste niebo. Świeże powietrze było cudowne!

– Coś znalazł? – zapytał Egipcjanin, szarpiąc go delikatnie za torbę.

Polak nalał sobie wody na otwartą dłoń i opłukał brudną twarz.

– Harpun – odparł po chwili.

– Ile jest wart?

Polak uśmiechnął się kwaśno:

– Zależy od kontekstu. Na granicy będzie wart tyle, ile wart jest materiał, z którego go wykonano, albo tyle, ile typowa pamiątka z bazaru, czyli ogólnie nic.

– Jak to?

– Jest wart tyle, ile ktoś chce za niego zapłacić – wyjaśnił Polak i wycelował w Egipcjanina wskazujący palec. – Dla ciebie jeden dolar, dla mnie sto… Handlowałeś kiedyś na bazarze, to sam wiesz: wszystko zależy od kontekstu.

Nagle poczuł silne pchnięcie. Zatoczył się, kątem oka zobaczył, jak Hassan podnosi ręce i pada twarzą w piach. Strażnik w mundurze żandarmerii mierzył do nich z karabinu i wyrzucał z siebie serię słów, które dla Polaka brzmiały jak kaszel.

– Pyta, co zabrałeś z dołu – wyjaśnił Hassan. – Powiedział, że nas zastrzeli.

Polak uniósł wysoko ręce.

– Myślałem, że ich przekupiłeś – zwrócił się do Hassana. – Powiedz mu, że skoro dostał swoją forsę, to ma opuścić broń.

Egipcjanie zaczęli rozmawiać między sobą, a Polak wyczuł, że sytuacja staje się coraz bardziej napięta.

– Miałeś im zapłacić i dostałeś na to forsę!!! – krzyknął na Hassana, a później, tknięty impulsem, powiedział jedyną rzecz, którą potrafił powiedzieć płynnie po egipsku. Kilka urwanych zdań, które znał na pamięć we wszystkich językach świata.

– Nazywam się Robert Karcz. Jestem Polakiem. Jestem archeologiem. Nie strzelaj!

Strażnik, słysząc to, podszedł do niego, nie spuszczając go z celownika.

– Złodziej!!! – powiedział po angielsku z nieprzyjemnym grymasem na twarzy.

Polak sprawiał wrażenie, jakby chciał protestować, ale zamiast tego szybkim ciosem odsunął lufę i zdzielił strażnika pięścią w skroń.

Egipcjanin spojrzał na niego, jakby uderzenie nie zrobiło na nim najmniejszego wrażenia.

„To powinien być prawy sierpowy”, pomyślał Polak, ale zanim zdążył uderzyć po raz drugi, Egipcjanin zaatakował. Polak reagował błyskawicznie. Wyrwał karabin i wrzucił do skalnej szczeliny.

– Hassan! – krzyknął w kierunku swojego pomocnika. – Kair! Jutro!

Potem zaczął biec w kierunku pustyni. Słyszał za plecami krzyki, ale w ogóle go nie obchodziły. Musiał uciekać. Zygzakiem w ciemność! Po prostu biegł, przeklinając swoją słabą kondycję.

„Jeżeli przeżyję, zacznę uprawiać jogging – pomyślał. – Będę ćwiczył. Bardziej! Regularnie. Codziennie.

Będę gotowy.

Słowo honoru!

Niech tylko ucieknę z Egiptu. Ten ostatni raz.

A później wsiądę w samochód… i odjadę.

Zniknę.

Ostatni raz.

Jutro Kair, a później Polska.

Musi się udać”.

Reszta… Reszta to było już tylko przerażone dyszenie trzydziestolatka, adrenalina i portki pełne strachu. Potem jeszcze kilka machlojek i…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

W KTÓRYM KAŻDY MÓWI „PRZEPRASZAM”

Przepraszam, kochani – głos profesor Teresy Cichej można by opisać na wiele sposobów, ale na pewno nie był cichy. – Przestańcie gadać! NA-TYCH-MIAST!

W klasie momentalnie zrobiło się spokojniej. Równie dobrze ktoś mógłby uderzyć ręką w biurko – efekt byłby ten sam. Tylko że w przypadku pani Teresy ta metoda nie była potrzebna. Wystarczyła ta groźba w jej spojrzeniu i niczym niewzruszona postawa kobiety, która po prostu wie, co robi.

– Chciałabym, żebyście poznali nowego nauczyciela od historii – zaczęła spokojnie, kiedy już upewniła się, że prawie trzydziestoosobowa grupa piętnastolatków poświęca jej wystarczająco dużo uwagi. – Niech pan powie coś o sobie.

Robert Karcz, który dopiero niedawno przyjechał do miasta i nawet nie zdążył porządnie rozpakować wszystkich rzeczy, spojrzał na profesor Cichą, jakby czekał na dodatkowy sygnał. Kobieta jednak stała tam po prostu jak posąg i przewiercała go spojrzeniem.

– Słucham? – zapytał w końcu, a część uczniów, przyglądających się wszystkiemu z narastającym zainteresowaniem, zaczęła cicho chichotać.

– Proszę coś o sobie opowiedzieć – powtórzyła.

– Prze… przepraszam – wydukał, a następnie zwrócił się do tłumu żądnych krwi nastolatków. – Nazywam się Robert Karcz…

„i pracuję w zawodzie nauczyciela od kilku minut”, dodał w myślach.

– …i mam nadzieję, że nadchodzące dwa semestry, które spędzimy razem… będą…

Chwila wyczekiwania.

– …bardzo… ciekawe. I że wielu rzeczy się nauczymy… od siebie nawzajem.

Kiedy z jego ust wypłynęło ostatnie słowo, odetchnął z ulgą, ale profesor Cicha nie podzielała jego entuzjazmu. Po prostu dalej na niego patrzyła, a kiedy okazało się, że naprawdę nie ma nic więcej do powiedzenia na swój temat, zacisnęła usta tak mocno, że zamieniły się w ledwo widoczną kreskę.

– Pan Robert wydaje się bardzo skromnym człowiekiem – zaczęła niechętnie. Każde słowo artykułowała z mocnym akcentem, a słowo „skromny” w jej ustach miało podobny ciężar jak na przykład „bezczelność”. – Na pewno zainteresuje was fakt, że…

– Nie jestem prawdziwym nauczycielem – przerwał jej w pół słowa. – Pani Cicha na pewno ma to na myśli…

– To co pan tu robi? – zapytała dziewczyna z czarnymi włosami w koszulce z logiem jakiegoś zespołu rockowego.

Jej bezpośredniość zbiła go na chwilę z tropu.

– Mam wykształcenie pedagogiczne, to były moje pierwsze studia – wyjaśnił. – Ale później oddałem się swojej pasji, czyli archeologii…

– Pan Karcz właśnie wrócił z Egiptu – poinformowała klasę profesor Cicha, a później spojrzała na niego triumfująco.

Słysząc o Egipcie, Robert zazgrzytał zębami. Od razu pomyślał, jak wielką plotkarą okazała się jego siostra, która – wykorzystując swoje nieocenione znajomości – załatwiła mu tę pracę. Oczywiście w zastępstwie i oczywiście za śmieszne pieniądze.

– Może opowie pan dzieciom o Egipcie albo o archeologii…

– Tak. Zrobię to… w swoim czasie…

– Czym się pan zajmował w Egipcie? – zapytał kolega z ławki czarnowłosej dziewczyny. On sam miał włosy marchewkowe, z grzywką opadającą na czoło.

– Pracowałem na wykopaliskach – odpowiedział.

– To dlaczego przyjechał pan tutaj i został nauczycielem?

Znowu zazgrzytał zębami.

Profesor Cicha przyglądała się wszystkiemu z satysfakcją, co naprawdę dało mu do myślenia.

– Bo uwielbiam dzieci – odparł, na co uczniowie zareagowali salwą śmiechu.

– Mam na myśli młodzież, oczywiście. Dzieci są w przedszkolu… Miałem na myśli…

„Co właściwie miałem na myśli?” – zastanowił się. Zrozumiał, że musi uważać na każde słowo. Kiedy już chciał coś powiedzieć, Teresa Cicha podeszła do niego.

– Proszę ich uczyć, a nie rozbawiać – szepnęła, a później zwróciła się do uczniów: – Mam nadzieję, że dacie szansę panu Robertowi. Na pewno poopowiada wam ciekawe rzeczy z dziedziny archeologii… prawda?

– Wątpię, czy mieliby ochotę słuchać o propedeutyce, etnografii społeczeństw pierwotnych, antropologii fizycznej, geomorfologii czy petrografii – rzucił jakby od niechcenia. – Ale oczywiście, jeżeli ktoś będzie miał ochotę…

Cicha spiorunowała go wzrokiem i natychmiast ucichł, tak samo jak uczniowie.

Nie wiedzieć czemu, skojarzyła mu się z jadowitą kobrą.

– Najwyraźniej ich pan nie docenia – stwierdziła, a później znowu cała jej uwaga została poświęcona uczniom. – Kochani, zostawiam was z nowym nauczycielem. Jeżeli będziecie mieli jakieś pytania albo problemy, pamiętajcie, że jestem w pokoju nauczycielskim.

To powiedziawszy, ruszyła zdecydowanym krokiem do drzwi, obrzuciła wszystkich niby przelotnym, ale jednak wnikliwym spojrzeniem i wyszła.

– Rozumiem, że pani Teresa to wasza wychowawczyni, prawda? – spróbował zacząć rozmowę. Postanowił w żaden sposób nie nawiązywać do tego, że wilk, o którym była mowa, przed chwilą ewidentnie próbował go zdyskredytować przed całą grupą dzieciaków, których nigdy wcześniej nie widział na oczy. Wiedział jedno: ta kobieta go nie lubiła.

– Wychowawczyni? – powtórzył pytanie. Odpowiedziało mu kilka przytłumionych głosów.

– Miła pani – ciągnął, szukając w spojrzeniach nastolatków jakichkolwiek oznak zrozumienia. Ponieważ nie było żadnej reakcji, westchnął, podszedł do biurka i zerknął na dziennik, otwarty na liście obecności.

– Sądzę, że powinniśmy na początek połączyć przyjemne z pożytecznym. Sprawdzimy obecność i każdy z was opowie mi coś o sobie, dobrze?

Przeleciał wzrokiem listę uczniów

– Ania Trzmiel. Jest z nami Ania?

Z miejsca na końcu sali wstała ładna dziewczyna z blond włosami.

– Nazywam się Ania – zaczęła. – I nie mam na swój temat nic do powiedzenia.

Cała klasa znowu wybuchnęła śmiechem, a Ania Trzmiel, podbudowana reakcją rówieśników, uśmiechnęła się triumfalnie i z powrotem usiadła na swoim miejscu.

Robert znowu zazgrzytał zębami. Wiedział, że jeżeli tak dalej pójdzie, to do końca pierwszego semestru w tej szkole zetrze zęby w pył.

– Dobrze. Może zaczęliśmy ze złej strony. Słuchajcie, może opowiecie mi coś o swoim mieście? Legnica wydaje mi się interesująca, ale szczerze mówiąc, nie zdążyłem jej dobrze zwiedzić… Są tu jakieś miejsca godne polecenia?

Odpowiedziała mu martwa cisza.

– Dobrze… W takim razie, może macie jakieś pytania do mnie? Jak już wiecie, oprócz tego, że jestem pedagogiem, skończyłem też studia archeologiczne. Bardzo ciekawe.

Cisza.

– Ktoś z was chciałby być archeologiem, jak skończy… gimnazjum, a później liceum?

Odetchnął w duchu. Zreflektował się w ostatniej chwili. W pierwszym momencie chciał inaczej sformułować pytanie i zapytać: „czy ktoś chciałby być archeologiem, jak podrośnie?”. Zemsta tych dzieciaków na pewno byłaby potworna.

Czuł to już teraz.

– Nikt nie chce nic powiedzieć? – naciskał. – Na pewno nie macie żadnych pytań?

– Ja miałem – odparł chłopak z rudą grzywką. – Dlaczego archeolog zaczyna pracować jako nauczyciel? Chodzi o pieniądze? Nie ma pan pracy w zawodzie?

Karcz tylko zacisnął pięści.

– Potrzebowałem odpoczynku. Podróżowanie po świecie potrafi być bardzo męczące… Zresztą zostałem nauczycielem, ale jak już pewnie zdążyliście zaobserwować, czy też wywnioskować ze słów profesor Cichej…

– Tak?

– Nauczycielem w zastępstwie. Będę was uczył…

„i kilka innych klas, niestety” – dodał w myślach.

– … tylko przez dwa semestry – dokończył szybko. – Nawet się nie spodziewacie, jak szybko i interesująco minie nam ten czas.

Uśmiechnął się, ale tym razem nawet uśmiech nie pomógł.

– Ktoś jeszcze ma jakieś pytania?

Na końcu klasy podniosła się samotna ręka.

– Tak?

– Mam jedno pytanie…

– Zamieniam się w słuch.

– Ma pan konto na fejsie?

– Przepraszam, gdzie? – zdziwił się.

– Na Facebooku – wyjaśnił głos. – Nawet mój dziadek ma konto.

Robert już chciał jakoś zareagować, ale uczniowie znowu ryknęli śmiechem.

„Tylko dwa semestry – pomyślał. – Tylko dwa. Minie jak z bicza strzelił”.

Niestety. Nie podejrzewał, jak bardzo może się mylić.

***

Wieści o nowym nauczycielu rozeszły się po Gimnazjum nr 30 w zastraszającym tempie. W czasach, kiedy każdy z małoletnich posiadał telefon komórkowy, jeszcze przed końcem pierwszej lekcji wszyscy zdążyli usłyszeć bądź przeczytać o Robercie Karczu.

Nawet pani Krysia, woźna z dwudziestoletnim stażem i niesłabnącą siłą ducha, otrzymała stosowne powiadomienie:

Rob Karcz – nowy gość od histy.

Trzeba przyznać, że na pani Krysi akurat nie zrobiło to żadnego wrażenia, widziała bowiem w tej szkole niejednego nauczyciela, ale i tak przesłała sms-a dalej.

Robert Karcz tylko z pozoru sprawiał wrażenie osoby spokojnej. Obecnie był kłębkiem nerwów, nie wspominając o naglącej potrzebie ucieczki. Jego pierwsza lekcja ograniczyła się właściwie do długiego i nieprzyjemnego wstępu profesor Teresy Cichej oraz nieudolnej próby sprawdzenia obecności. Nic więc dziwnego, że powitał dźwięk dzwonka na przerwę z nieopisaną wręcz ulgą.

Kiedy dzieciaki z rykiem wybiegły na korytarz, on jeszcze przez dłuższą chwilę siedział na krawędzi swojego biurka, czerwony ze złości i bezsilności.

Za całą tę sytuację mógł oczywiście obwiniać tylko siebie, choć rzeczywiście miał trochę żalu do swojej siostry, która załatwiła mu pracę w szkole. Justyna Karcz, w odróżnieniu od brata, była przebojowa, wszędzie było jej pełno i od zawsze miała jeden jasno wyznaczony cel – zostać dziennikarką. Dążyła do niego ze wzbudzającą szacunek skutecznością i konsekwencją, aż wreszcie udało jej się go osiągnąć.

Przynajmniej mógłby oglądać siostrę, kiedy tylko by chciał, oczywiście gdyby w ogóle oglądał telewizję.

Charakterologicznie można by porównać ich relacje do niewystępującej nigdzie indziej symbiozy pomiędzy dwoma różnymi gatunkami zwierząt. Ona była psem – superskutecznym chartem myśliwskim, a on kotem, który zawsze chodził własnymi ścieżkami, robił, co chciał, bardzo często włóczył się gdzieś bez żadnego konkretnego celu, a co najważniejsze – miał tajemnice. Dużo tajemnic.

– Gdyby te młodziaki wiedziały, że ich nauczyciele też mają problemy – powiedział na głos do pustej sali.

„Jeden dzień w Legnicy za mną – pomyślał. – Na pewno nie będzie tak źle”.

Z zamyślenia wyrwało go głośne pukanie, chwilę później drzwi uchyliły się, a w powstałej szczelinie pojawiła się sympatyczna twarz w okularach.

– Nazywam się Tkaczyk, Kasia Tkaczyk – powiedziała. – Mogę wejść?

Robert bez wyraźnego entuzjazmu uśmiechnął się i zaprosił ją do środka.

Ładna, na oko trzydziestoletnia kobieta w okularach w rogowej oprawce podeszła do niego pewnym krokiem i wyciągnęła rękę do uścisku.

– Robert Karcz – przedstawił się.

– Wiem, wiem, pani Krysia wysłała mi sms-a…

– Kim jest pani Krysia? – nie wiedzieć czemu, od razu wyobraził sobie siostrę bliźniaczkę Teresy Cichej i przeszedł go chłodny dreszcz.

– Nasza woźna – wyjaśniła Kaśka. – Jest bardzo nowoczesna i ma kontakt z uczniami…

– Z nauczycielami chyba też – zauważył Karcz i wskazał ją palcem.

– Jestem bibliotekarką, a ty w zastępstwie będziesz uczył historii, prawda? Wiele o tobie… – zawahała się na chwilę – słyszeliśmy przed twoim przyjazdem.

– Czyżby?

– Tak. Najpierw ciąża Ani… mówię oczywiście o naszej nauczycielce historii. Później pojawił się temat zastępstwa, no i oczywiście…

– Tak – przyznał. – Ja.

Kasia zmrużyła oczy z rozbawieniem, jakby się nad czymś zastanawiała.

– No, na pewno nie tak od razu. Najpierw było planowanie i rozmowy, a dopiero później informacja o niejakim panu Karczu, która, prawdę mówiąc, spadła na nas jak grom z jasnego nieba.

– Świetnie – rzucił cierpko.

– Stąd też pewnie twój komitet powitalny…

Słysząc to, uniósł brwi.

– Masz na myśli Teresę Cichą?

Kaśka roześmiała się.

– Nie, mam na myśli tłum nastolatków czekających na ciebie na korytarzu. Oczywiście wszyscy udają, że znaleźli się w tej części szkoły i akurat pod tymi drzwiami absolutnie przez przypadek, ale sam rozumiesz… – puściła do niego oko. – Pewne rzeczy są aż nadto czytelne.

Karcz wyobraził sobie „komitet powitalny”, o którym wspomniała jego nowa znajoma, i znowu przeszedł go dreszcz.

W ułamku sekundy zrozumiał, że jest żywym dowodem na to, że ludzie bez pedagogicznego powołania powinni się trzymać od tego zawodu z daleka. Z korzyścią nie tylko dla nich samych, ale również dla uczniów. Bezużyteczna mądrość życiowa, ograniczająca się do jeszcze innego stwierdzenia, brzmiącego mniej więcej tak: „praca bez pasji nie daje satysfakcji”.

W zasadzie i jedno, i drugie nadawało się na napis na podkoszulku i nic więcej.

– Kiedy przyjechałeś do Legnicy?

– Wczoraj wieczorem. Mam kawalerkę na ulicy Wojska Polskiego, tuż obok Kurii Biskupiej i stacji benzynowej…

– …i ZUSu, i eNeFZetu… – dokończyła wyliczanie z narastającą wesołością.

– Tak, dokładnie. Mam za sąsiadów kancelarie prawnicze, komornicze i wiele innych. W budynku, w którym mieszkam, chyba nikt inny nie mieszka… Miła okolica – dodał szybko.

– To dziwne – stwierdziła nagle i znowu zmrużyła oczy.

– Co takiego?

– Cała ta sytuacja. Powinieneś poznać mojego znajomego Ksawerego. Jest pasjonatem historii. Wie o tym mieście chyba wszystko. Na pewno wybiłby ci z głowy kancelarie i stacje benzynowe… a przede wszystkim centra handlowe.

– Chętnie – przytaknął, tak naprawdę nie wiedząc, jak powinien zareagować.

Patrzyli na siebie przez chwilę.

– Przepraszam, muszę uciekać – powiedziała nagle. – Obowiązki wzywają. Mam kilka rzeczy do zrobienia.

Robert westchnął i wziął z biurka dziennik oraz klucze do klasy.

– Idę do pokoju nauczycielskiego zdać raport pani Cichej.

Kaśka znowu się roześmiała.

– Aż tak dała ci w kość?

– Słucham?

Nie ukrywał zdziwienia i zaczął się zastanawiać, czy aby bibliotekarka nie posiada jakichś telepatycznych umiejętności. Zupełnie jakby czytanie ogromnych ilości książek uczyło nas czytać w ludziach.

A może rzeczywiście trochę tak było?

– Teresa jest… bardzo specyficzna – wyjaśniła, ostrożnie dobierając słowa. – Po prostu nie była zadowolona z decyzji dyrektora w kwestii zastępstwa.

– Dlaczego?

Poprawiła okulary.

– Jest nauczycielką z ogromnym stażem i być może uznała, że w Legnicy mamy wystarczająco dużo nauczycieli na to miejsce… Sama nie wiem. Nie martw się, na pewno jej przejdzie. Zresztą już pewnie zauważyłeś, że jest… chłodna? Bardziej chłodna, niż cicha, w rzeczy samej.

Kiwnął głową.

– Nie martw się – powtórzyła i nieśpiesznym krokiem ruszyła do drzwi. – Pamiętaj o komitecie powitalnym. Nie możesz tu siedzieć cały dzień.

– Poczekaj chwilę!

Zatrzymała się i spojrzała na niego pytająco.

– Orientujesz się może, gdzie mógłbym wynająć jakiś garaż? Mam samochód i chciałbym, żeby stał w jakimś bezpiecznym miejscu.

– Przykro mi. Kompletnie nie znam się ani na samochodach…

– …ani na garażach – dokończył za nią. – Rozumiem. Dzięki.

Uśmiechnęła się.

– Przepraszam, ale muszę uciekać.

– Nie przepraszaj. Gdyby to była książka, to ten rozdział nosiłby tytuł: „Rozdział, w którym każdy mówi «przepraszam»”.

– Przepraszam, długo nad tym myślałeś? – zapytała ze śmiechem. Było w tym coś pocieszającego.

Uniósł dłoń i pokazał jej dwa palce.

– Jakieś dwie minuty główkowania. Nic wielkiego.

Kaśka kiwnęła głową, udając zrozumienie. Znowu poprawiła okulary i wyszła na korytarz pełen głośnych nastolatków, zostawiając go samego. Stał przez chwilę z dziennikiem klasowym pod pachą, zaciskając palce na kluczach, tak bardzo niegotowy, żeby iść za nią. Wreszcie wziął kilka głębokich wdechów i po prostu postawił pierwszy krok. Dalej poszło już gładko.

***

Reszta dnia była o wiele bardziej udana. Udało mu się utrzymać pewnego rodzaju rytm, który sprawił, że spotkania z pozostałymi klasami stały się mniej frustrujące niż mógłby podejrzewać. Nawet udało mu się uciąć ciekawą rozmowę z klasą o profilu sportowym, gdzie na dwudziestu czterech chłopaków przypadała jedna dziewczyna (do której i tak wszyscy koledzy zwracali się „Andrzej” albo „Andrew”), o legnickich klubach sportowych, piłce nożnej i kilku innych rzeczach, które nigdy wcześniej jakoś specjalnie go nie interesowały.

W pewnym momencie cała grupa nawet zaoferowała się, że oprowadzi go po mieście i pokaże kilka „fajnych miejscówek”, ale grzecznie podziękował, choć nie ukrywał przy tym szczerego rozbawienia.

Po czwartej lekcji i po czwartej liście obecności oraz niezliczonych rozmowach zapoznawczych wymknął się z sali na korytarz i, poświęcając trochę uwagi gazetkom ściennym o patronie szkoły (głównie po to, żeby uniknąć kontaktu wzrokowego z uczniami), poszedł prosto do gabinetu dyrektora, mieszczącego się na drugim piętrze.

Mijając tłumy przyglądających mu się nastolatków, cały czas mruczał pod nosem „przepraszam, przepraszam, bardzo przepraszam, o przepraszam!”, a czasami nawet „najmocniej przepraszam”. Zupełnie jak magiczne zaklęcie, które w rezultacie miało sprawić, że stanie się niewidzialny.

Oczywiście nie zadziałało.

– Niech pan wejdzie, panie Robercie – powiedział krępy mężczyzna wbity w szyty na miarę garnitur. Gabinet był bardzo schludny i pełen sportowych trofeów, co od razu wskazywało na osobiste zamiłowanie dyrektora.

– Jak się panu podoba nasza szkoła? – zapytał bez ogródek.

– Jest bardzo… ładna – odparł, siadając posłusznie we wskazanym miejscu.

– Pana siostra opowiadała mi o pańskich dokonaniach w dziedzinie historii – ciągnął dyrektor, rozsiadając się w swoim fotelu. – To ogromna przyjemność współpracować z pana siostrą. Cudowna kobieta… i niesamowita dziennikarka – dodał pośpiesznie. Zaczerwienił się przy tym lekko i potarł nos.

Robert na końcu języka miał pytanie, czy poprzez „współpracę” rozumie, że owa „cudowna kobieta” i „niesamowita dziennikarka” załatwiła młodszemu bratu pracę, ale ostatecznie go nie zadał.

– Kiedy pani Justyna zadzwoniła do mnie i powiedziała, że postanowił się pan wyciszyć – kontynuował dyrektor – i szuka pan pracy tu, w Legnicy, na czas pisania swojej nowej książki, nie mogłem odmówić. Naprawdę! Od razu obiecałem jej, że coś panu znajdę – dorzucił z satysfakcją, jak człowiek, który rzeczywiście dotrzymuje słowa.

– Jakiej książki? – Robert zmarszczył czoło, ewidentnie sugerując, że coś musiało go ominąć.

– Pani Justyna powiedziała, że wybrał pan Legnicę na miasto, w którym napisze pan jakąś książkę o archeologii… To fantastycznie się składa. Legnica aż kipi od… ciekawych historii. Tak, to dobre określenie. Kipi.

Karcz przytaknął. Najwyraźniej był częścią jakiejś większej opowieści wysnutej przez jego własną siostrę, więc stwierdził, że najbezpieczniej będzie się nie wychylać.

– Ma pan na myśli jakieś konkretne historie o mieście, które… kipią? – zapytał, próbując delikatnie zmienić temat i obiecując sobie w myślach, że poważnie porozmawia sobie z Pyśką przez telefon i wygarnie jej za wymyślanie bajek o książkach i innych głupot.

Dyrektor lekko się zmieszał.

– Wie pan… nie jestem specjalistą – wyjaśnił. – Ale wystarczy popytać. Mieliśmy tu… eee… bitwę z Mongołami… wiele ciekawych historii. Naprawdę. Tak jak mówię, miasto kipi… jak mleko z garnka!

Zaczął się śmiać, najwyraźniej zadowolony ze swojego porównania, i poprawił guziki mankietów.

„Czym się denerwujesz?”, zastanowił się Robert i przyjrzał mu się uważnie. To prawda, że dyrektor był po prostu ignorantem, który najwyraźniej interesował się niewieloma rzeczami poza sportem, ale w gruncie rzeczy był sympatyczny. Nie dało się jednak nie odnieść wrażenia, że swoim zachowaniem wprowadza nerwową atmosferę. Dlaczego? Sprawiał wrażenie otwartego, a garnitur i wystawa trofeów sugerowały, że lubi wystąpienia publiczne.

Karcz zaczął podejrzewać, że mężczyzna najwyraźniej chciałby mu coś powiedzieć, ale nie wie jak.

– Przykro mi, że nie mogłem spotkać się z panem wcześniej, ale wiem też od pani Justyny, że przyjechał pan dopiero wczoraj. To prawda?

Kolejne wymijające pytanie.

– Prawda – przyznał. – Przyjechałem wczoraj, odebrałem klucze od mieszkania, a teraz jestem tutaj. Nawet nie ma o czym opowiadać.

– Na pewno błyskawicznie się pan zaaklimatyzuje u nas w „trzydziestce”! Mamy masę świetnych sportowców, co pewnie zdążył pan zauważyć – wskazał, jakby od niechcenia, na trofea stojące w gabinecie. Tak jakby ludzie prawie nie uderzali w nie nosem, wchodząc do środka. – Dlatego z pewnością przyda nam się ktoś, kto potrafi zarażać ludzi również pasją do historii…

„Nie potrafię nikogo zarazić nawet katarem”, pomyślał Karcz i delikatnie potarł czoło zewnętrzną stroną dłoni.

– Zrobię, co w mojej mocy… – powiedział.

– Ależ oczywiście panie Robercie, oczywiście… a w tematach pasji – nagle ściszył głos do konspiracyjnego szeptu.

„Oho! – pomyślał Karcz. – Na ten moment czekałem”.

– Mamy w szkole sekcję dziennikarską – zaczął cicho dyrektor – oraz klasy o profilu dziennikarskim…

– Tak? – Robert również zaczął szeptać i choć wiedział, że osobie z zewnątrz mogłoby się to wydać absurdalne, to jednak nie mógł się powstrzymać.

– Czy mógłby pan delikatnie poprosić siostrę… przepraszam, panią Justynę… – chrząknął – o to, żeby w wolnej chwili odwiedziła naszą szkołę i… no nie wiem… porozmawiała z dzieciakami? Poprowadziła jakieś warsztaty?

Robert się zawahał, czując zbliżające się niebezpieczeństwo.

– Nie do końca rozumiem…

– Znaczy, chodzi o to, że wizyta kogoś znanego w naszej szkole byłaby bardzo korzystna… dla nas. Dla mnie i dla pana. Biorąc pod uwagę jeszcze funkcjonujący między nami układ – urwał na chwilę. – Nazwijmy to wymianą uprzejmości za uprzejmość.

– Tak?

– Proszę zrobić, co w pana mocy – pochylił się i puścił do niego oko, co wydało się Karczowi dziwnie niestosowne. – Proszę porozmawiać z panią Justyną. Ja… ja nie miałbym czelności ponawiać swojej prośby. Szczególnie że rozmawiałem z nią już na ten temat kilka miesięcy temu, kiedy byłem we Wrocławiu. Tak się złożyło, że mamy wspólnych znajomych, wie pan. Dobre towarzystwo.

Kaszlnął.

– No, ale biorąc pod uwagę zaistniałą sytuację, mogłaby się w końcu zdecydować, prawda, panie Robercie? Pomoże pan?

Karcz, kompletnie skołowany prośbą, po prostu uniósł kciuk, a dyrektor, widząc to, zaśmiał się z ulgą i uderzył ręką w biurko.

– Cudownie! Cudownie, panie Robercie! Wiedziałem, że się zrozumiemy!

– Mogę mieć pytanie? – zapytał Karcz, przerywając mu nagły atak wesołości.

Dyrektor otarł łzę spływającą po policzku.

– Tak, tak! Oczywiście, do diaska… Co to za pytanie?

– Chciałem zapytać o moją umowę. Miałem ją dzisiaj podpisać.

Dyrektor uciszył go machnięciem ręki i nacisnął przycisk intercomu stojący na biurku tuż obok zdjęcia jego rodziny. W ładnej, schludnej ramce cztery osoby stały i szczerzyły się do obiektywu wyuczonym uśmiechem: dyrektor, pani dyrektorowa i dwójka nastoletnich blond dyrektorów.

– Pani Sylwio, czy umowa dla pana Karcza jest w sekretariacie? – spytał dyrektor, cały czas trzymając palec na przycisku intercomu.

Przez chwilę w pomieszczeniu było słychać tylko szum i trzaski, ale dało się z tego wyłowić kilka zdań.

– Panie Robercie, umowa i kwestionariusz czekają w sekretariacie, czyli w pokoju obok – stwierdził z przekonaniem.

– Usłyszał to pan w tym szumie?

Dyrektor tylko na niego spojrzał.

– A pan nie? Można się przyzwyczaić, naprawdę. To taki gadżet, kupiłem go przez Internet…

– Gadżet?

– Tak – odparł i znowu ściszył głos. – Gadżet jak z filmów o Jamesie Bondzie.

– Słucham?

– Szef Bonda miał taki intercom na biurku – wyjaśnił, lekko urażony brakiem wiedzy swojego gościa. – No wie pan, ten od Connery’ego.

Karcz tylko z przekonaniem pokiwał głową. Nagle przypomniał sobie, że miał zapytać o garaż do wynajęcia, ale wydało mu się to jakoś mniej ważne niż przypuszczał. Doszedł do wniosku, że dyrektor nie jest dobrym źródłem informacji i jednak nie warto pytać go o nic więcej.

Podniósł się, a kiedy otwierał drzwi, usłyszał za plecami głos:

– Panie Robercie, proszę pamiętać o tym, co uzgodniliśmy.

– Uzgodniliśmy? – odwrócił się.

– Chodzi o pana siostrę. Niech pan z nią porozmawia, dobrze?

Karcz wykrzywił twarz w uśmiechu.

– Proszę się nie martwić – zapewnił go. – Porozmawiam z nią. Na pewno z nią porozmawiam i niech mi pan wierzy, że to będzie długa rozmowa.

***

Dalsza część rozdziału dostępna w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DRUGI

W KTÓRYM NAGLE COŚ SIĘ ZMIENIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ TRZECI

W KTÓRYM POZNAJEMY ZUZĘ NIR I ODKRYWAMY, CO JEST POD FARBĄ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ CZWARTY

W KTÓRYM DUŻO SIĘ WYDARZYŁO

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ PIĄTY

CZYLI ROZDZIAŁ, KTÓRY POWINIEN BYĆ OSOBNĄ KSIĄŻKĄ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ SZÓSTY

W KTÓRYM ZUZA BIERZE SPRAWY W SWOJE RĘCE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ SIÓDMY

CZYLI POWRÓT DO ŚWIATA ŻYWYCH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ ÓSMY

W KTÓRYM KARCZ USŁYSZY GŁOS

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

W KTÓRYM JUSTYNA KARCZ ZROBI SPOTKANIE

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

W KTÓRYM KARCZ BĘDZIE POTRZEBOWAŁ DWÓCH TYSIĘCY ZŁOTYCH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ JEDENASTY

W KTÓRYM RUDY RAJMUND ZAPROPONUJE POMOC

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DWUNASTY

W KTÓRYM DOWIADUJEMY SIĘ WIĘCEJ O KARCZU

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ TRZYNASTY

W KTÓRYM ŚWIAT WALI SIĘ NA GŁOWĘ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

W KTÓRYM MROK DAJE O SOBIE ZNAĆ

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

W KTÓRYM DOWIADUJEMY SIĘ, KTO MIESZKA W PODZIEMIACH

Rozdział dostępny w pełnej wersji

ROZDZIAŁ SZESNASTY

W KTÓRYM KARCZ MÓWI DO WIDZENIA

Rozdział dostępny w pełnej wersji

EPILOG

Rozdział dostępny w pełnej wersji

Copyright © 2016 tekst Przemek Corso

Ilustracje: Fotolia

Copyright © 2016 opracowanie plastyczne W. Cejrowski Sp. z o.o.

Copyright © 2016 plastyczny kształt Serii z Mustangiem W. Cejrowski Sp. z o.o.

Copyright © 2016 for the Polish edition Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o. All rights reserved

Projekt okładki: Agnieszka Rajczak-Kucińska

Projekt elementów graficznych: Agnieszka Rajczak-Kucińska

Redakcja: Edyta Urbanowicz

Korekta: Edyta Urbanowicz, Anna Mędrzecka, Piotr Koperski

Skład i łamanie: EFFEKT s.c., Łódź

Wydawnictwo „Bernardinum” Sp. z o.o.

ul. Biskupa Dominika 11, 83-130 Pelplin

tel. 58 536 17 57, fax 58 536 17 26

[email protected]

www.bernardinum.com.pl

ISBN 978-83-8127-109-7

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com