Podziemne linie lotnicze - Ben H. Winters - ebook
Opis

Witamy w Stanach Zjednoczonych XXI wieku. Państwie, którego mieszkańcy urządzają zbiórki dla mieszkańców plantacji i robią sobie tatuaże w wyrazie solidarności z nimi. Gdzie na produktach spożywczych i w menu restauracji znajdują się oznaczenia, że żaden ze składników nie pochodzi z Twardej Czwórki – czterech stanów, gdzie niewolnictwo nadal jest legalne. 

Podziemnie linie lotnicze to alternatywna wizja Ameryki, w której wojna secesyjna nigdy się nie wydarzyła. Viktor, wychowany na plantacjach były niewolnik, ściga tych, którzy jak niegdyś on próbują odmienić swój los i zbiec z obszaru niewolniczych stanów – praca dla agencji federalnej US Marshals Service to cena za wolność.  To miało być kolejne zwykłe zlecenie. Trop zawiódł Victora do Indianapolis, gdzie ma zająć się infiltracją lokalnej komórki ruchu abolicjonistycznego – tzw. Podziemnych Linii Lotniczych. Coraz bardziej zaciekła pogoń doprowadza go jednak nie do ujęcia zbiega, a do odkrycia sekretów, których Twarda Czwórka będzie broniła za wszelką cenę.   

Jeśli przejęły Was  losy bohaterów Zniewolonego czy Kolei podziemnej, koniecznie sprawdźcie, jaki scenariusz napisałby dla nich XXI wiek.   Ben H. Winters jest autorem dwunastu powieści. Ostatni policjant otrzymał nagrodę im. Edgara Allana Poe za najlepszy kryminał, a kolejny tom trylogii – nagrodę im. Philipa K. Dicka za najlepszą książkę s.f. Stacja NBC pracuje nad adaptacją filmową powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 425

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podziemne linie lotnicze

Ben H. Winters

Przełożył: Rafał Lisowski

Original title: Underground Airlines Copyright © 2016 by Ben H. Winters Map by Darren Bennet / DKB Creative All rights reserved.

First published in English by Mulholland Books, an imprint of Little, Brown and Company, a division of Hachette Book Group, Inc. © Copyright for the Polish translation by Rafał Lisowski, 2018 © Copyright for this edition by Wydawnictwo RM, 2018 All rights reserved.

Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 [email protected], www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Joanna NiczyjKorekta: Mirosława SzymańskaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecProjekt okładki: Tomasz BogusławskiEdytor wersji elektronicznej: Tomasz ZajbtOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

ISBN 978-83-7773-729-3 ISBN 978-83-8151-053-0 (ePub) ISBN 978-83-8151-054-7 (mobi)

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: [email protected]

Dla moich dzieci i ich przyjaciół

Żadna przyszła poprawka do Konstytucji nie zmieni treści powyższych pięciu artykułów (…) ani nie zostanie wprowadzona do Konstytucji żadna poprawka uprawniająca Kongres bądź dająca mu władzę zniesienia niewolnictwa lub ingerencji w niewolnictwo w żadnym ze Stanów, w których jest ono dozwolone prawem.

— Z osiemnastej poprawki do Konstytucji Stanów Zjednoczonych. To ostatnia z sześciu poprawek, które wraz z czterema rezolucjami Kongresu tworzą tak zwany kompromis Crittendena, przedłożony przez senatora Johna J. Crittendena z Kentucky 18 grudnia 1860 roku i ratyfikowany przez Kongres 9 maja 1861 roku

Część pierwsza

Północ

Dziwny to ogień, ten ogień poczucia moralnej wyższości, którego ciepło taką daje przyjemność, ale który wcale nie przegania mroku.

— Augustin Craig White, z Mrocznej wieży, broszury Amerykańskiego Stowarzyszenia Abolicjonistycznego, 1911

1.

No do­brze – po­wie­dział mło­dy ksiądz. – My­ślę, że je­stem tym czło­wie­kiem, któ­re­go pan szu­ka.

– Mam na­dzie­ję – od­par­łem. – Boże, mam na­dzie­ję.

Splo­tłem pal­ce i po­chy­li­łem się nad sto­łem. Wie­dzia­łem, jak wy­glą­dam: ża­ło­śnie. By­łem uni­żo­ny, ner­wo­wy, wy­lew­ny. Czu­łem, jak ta­nie, cien­kie oku­la­ry zsu­wa­ją mi się z nosa. Czu­łem, jak de­spe­ra­cja wy­ci­ska mi pot na czo­ło. Ode­tchną­łem, a za­nim zdą­ży­łem się ode­zwać, po­de­szła kel­ner­ka, żeby na­lać nam kawy i wrę­czyć ja­dło­spi­sy. Ksiądz Bar­ton i ja za­mil­kli­śmy, uśmiech­nę­li­śmy się drę­two do dziew­czy­ny i do sie­bie na­wza­jem.

Kie­dy ode­szła, ksiądz Bar­ton ode­zwał się pierw­szy.

– Cóż, mu­szę po­wie­dzieć, pa­nie Dirk­son…

– Niech mi ksiądz mówi Jim. To wy­star­czy.

– Mu­szę po­wie­dzieć, że sro­go wy­stra­szy­łeś Lu­El­len.

Z za­kło­po­ta­niem spu­ści­łem wzrok. Lu­El­len była re­cep­cjo­nist­ką, ko­ściel­ną se­kre­tar­ką czy jak ją tam na­zwać. Bia­ło­wło­są pa­nią o ru­mia­nych po­licz­kach, któ­ra sie­dzia­ła za biur­kiem u Świę­tej Ka­ta­rzy­ny, czy­li w tym du­żym ko­ście­le przy Me­ri­dian Stre­et, a ja tego po­po­łu­dnia w jej ga­bi­ne­cie za­cho­wa­łem się chy­ba jak dzi­kus. Zgrzy­ta­łem zę­ba­mi i nie ustę­po­wa­łem. Zda­łem się na jej ła­skę. Bła­ga­łem o spo­tka­nie z księ­dzem. Ale po­dzia­ła­ło. Oto sie­dzie­li­śmy, dzie­ląc się chle­bem, ła­god­ny mło­dy ksiądz i ja. Je­śli do tego ko­ściel­ne­go to­wa­rzy­stwa coś do­cie­ra, to wła­śnie jęki i la­ment.

Skło­ni­łem gło­wę i prze­pro­si­łem księ­dza Bar­to­na za urzą­dze­nie ta­kiej sce­ny. Po­pro­si­łem, żeby prze­ka­zał pani Lu­El­len moje prze­pro­si­ny. Po­tem zni­ży­łem głos do szep­tu.

– Pro­szę po­słu­chać, będę z księ­dzem szcze­ry i po pro­stu po­wiem praw­dę. Je­stem zde­spe­ro­wa­nym czło­wie­kiem, nie mam się do kogo zwró­cić.

– Tak, ro­zu­miem. Na­praw­dę ro­zu­miem. Ale nie­ste­ty… – Ksiądz spoj­rzał na mnie z po­wa­gą. – Nie­ste­ty nie mogę nic zro­bić w pana spra­wie.

– Słu­cham?

Krę­cił gło­wą, a ja czu­łem, że moja twarz sztyw­nie­je. Czu­łem, że oczy ro­bią się wiel­kie. Czu­łem, że skó­ra sta­je się go­rą­ca i na­pię­ta na po­licz­kach.

– Za­raz, za­raz. Chwi­lecz­kę, pro­szę księ­dza. Ja na­wet nie…

Ksiądz Bar­ton ła­god­nie uniósł rękę wnę­trzem w moją stro­nę, więc za­mil­kłem. Wró­ci­ła kel­ner­ka, żeby przy­jąć za­mó­wie­nie. Ide­al­nie pa­mię­tam tam­ten mo­ment, wi­dzę tę re­stau­ra­cję, oświe­tlo­ną bla­skiem zmierz­chu, wpa­da­ją­cym przez duże okna. Na­zy­wa­ła się Fo­un­ta­in Di­ner, miły ro­dzin­ny lo­kal w oko­li­cy zwa­nej Near Nor­th­si­de w In­dia­na­po­lis w sta­nie In­dia­na. Przy tej sa­mej Me­ri­dian Stre­et co ko­ściół, ale z pięć­dzie­siąt prze­cznic da­lej w kie­run­ku cen­trum. Przy­stoj­ny, chło­pię­cy Bar­ton sie­dział na­prze­ciw­ko mnie, góra trzy­dzie­sto­let­ni, ze zmierz­wio­ną blond czu­pry­ną, nie­bie­ski­mi ir­landz­ki­mi ocza­mi i bla­dą cerą, któ­ra lśni­ła, jak­by ktoś ją wy­szo­ro­wał. Nasz sto­lik znaj­do­wał się w sa­mym środ­ku re­stau­ra­cji, nad nami wi­siał duży wia­trak, któ­re­go ło­pa­ty le­ni­wie krę­ci­ły się w kół­ko. W po­wie­trzu niósł się ja­sny za­pach cze­goś, co sma­ży­ło się i skwier­cza­ło, brzę­cza­ły ci­cho noże i wi­del­ce. W bok­sie za nami sie­dzia­ły trzy star­sze pa­nie z fry­zu­ra­mi pro­sto z sa­lo­nu, wy­ma­lo­wa­ne czer­wo­ną szmin­ką. Bal­ko­ni­ki za­par­ko­wa­ły rów­nym rząd­kiem jak ocze­ku­ją­ce po­wo­zy. Na­roż­ny boks zaj­mo­wa­ło dwóch gli­nia­rzy, je­den czar­ny, je­den bia­ły. Ten czar­ny prze­chy­lił się przez stół, żeby obej­rzeć coś na te­le­fo­nie tego bia­łe­go. Obaj re­cho­ta­li z ja­kie­goś po­li­cyj­ne­go dow­ci­pu.

Ja­koś uda­ło mi się za­mó­wić je­dze­nie, a gdy kel­ner­ka ode­szła, ksiądz roz­po­czął prze­mo­wę rów­nie sta­ran­ną jak naj­lep­sza ho­mi­lia.

– Oba­wiam się, że od­nio­słeś myl­ne wra­że­nie, za co oczy­wi­ście nie po­no­sisz winy. – Mó­wił bar­dzo ci­cho. Obaj zwra­ca­li­śmy uwa­gę na tam­tych gli­nia­rzy. – Wiem, co lu­dzie mó­wią, ale to nie­praw­da. Ni­g­dy nie by­łem za­mie­sza­ny w… w… w ta­kie za­ję­cia. Przy­kro mi, przy­ja­cie­lu. – De­li­kat­nie po­ło­żył dłoń na mo­jej dło­ni. – Bar­dzo mi przy­kro.

I rze­czy­wi­ście tak to brzmia­ło. O, tak. W jego spo­koj­nym ka­to­lic­kim gło­sie lśni­ły dys­kret­ne prze­pro­si­ny. Bar­ton ścis­nął mi dłoń jak praw­dzi­wy oj­ciec, mimo że by­łem od nie­go co naj­mniej dzie­sięć lat star­szy.

– Wiem, że nie to chcia­łeś usły­szeć.

– Ale… za­raz, chwi­lecz­kę, pro­szę księ­dza. Prze­cież ksiądz tu­taj jest. Przy­szedł ksiądz.

– Ze współ­czu­cia – od­parł. – Kie­ro­wa­ło mną współ­czu­cie.

– O Boże. – Od­chy­li­łem się od nie­go, czu­jąc się jak cho­ler­ny głu­piec, i ukry­łem twarz w dło­niach. Ser­ce mi drża­ło. – Boże świę­ty.

– Masz moje współ­czu­cie i moją mo­dli­twę. – Kie­dy pod­nio­słem wzrok, pa­trzył pro­sto na mnie spo­koj­ny­mi krysz­ta­ło­wo nie­bie­ski­mi ocza­mi, z któ­rych biła życz­li­wość. – Ale mu­szę być szcze­ry i po­wie­dzieć, że nie mogę dać ci nic wię­cej.

Przy­glą­dał mi się nie­ru­cho­mym wzro­kiem, cze­kał, aż ski­nę gło­wą i po­wiem: „Ro­zu­miem”. Cze­kał, aż się pod­dam. Ale nie mo­głem się pod­dać. No bo jak?

– Niech ksiądz po­słu­cha. Po pro­stu… Ja je­stem wol­nym czło­wie­kiem, pro­szę księ­dza, zgod­nie z pra­wem – po­wie­dzia­łem, a po­tem par­łem da­lej, za­nim zdą­ży mi prze­rwać: – Wy­zwo­lo­nym wie­le lat temu, dzię­ki do­bre­mu Bogu w nie­bie i te­sta­men­to­wi mo­je­go pana. Mam pa­pie­ry. Moje pa­pie­ry są w po­rząd­ku. Zro­bi­łem cer­ty­fi­kat śred­nie­go wy­kształ­ce­nia i pra­cu­ję, pro­szę księ­dza, mam do­brą pra­cę i nic mi nie gro­zi. Cho­dzi o moją żonę, pro­szę księ­dza, o moją żonę! La­ta­mi jej szu­ka­łem i wresz­cie zna­la­złem. Na­mie­rzy­łem ją, pro­szę księ­dza!

– Ro­zu­miem – rzekł ksiądz Bar­ton, skrzy­wił się i po­krę­cił gło­wą. – Ale… Jim…

– Ona ma na imię Gen­tle, pro­szę księ­dza. Gen­tle. Ma trzy­dzie­ści trzy albo czte­ry lata. Ja… – Prze­rwa­łem, prze­gna­łem łzy, by od­zy­skać god­ność. – Nie­ste­ty nie mam jej zdję­cia.

– Pro­szę cię. Jim. Pro­szę.

Roz­ło­żył ręce. Mia­łem su­cho w ustach. Ob­li­za­łem war­gi. Wia­trak nad nami ob­ra­cał się obo­jęt­nie. Je­den z po­li­cjan­tów, ten bia­ły, o sze­ro­kim kar­ku i ró­żo­wej skó­rze, od­chy­lił się do tyłu i wal­nął w blat sto­łu, ry­kiem śmie­chu re­agu­jąc na coś, co po­wie­dział jego czar­ny part­ner.

Za­cho­wa­łem spo­kój i wbi­łem wzrok w księ­dza. Niech zo­ba­czy mnie wy­raź­nie, niech mnie do­brze usły­szy.

– Gen­tle jest w ko­pal­ni od­kryw­ko­wej na za­cho­dzie Ka­ro­li­ny, pro­szę księ­dza. Wa­run­ki pa­nu­ją tam ma­ka­brycz­ne. Jej wła­ści­ciel za­trud­nia nad­zor­ców, pro­szę księ­dza, ta­kich naj­okrut­niej­szych, wie ksiądz, z pry­wat­nej fir­my. No i ta ko­pal­nia… Spraw­dzi­łem to, pro­szę księ­dza, ta ko­pal­nia już parę razy do­sta­wa­ła kary z BPP. Pła­ci­li gru­be mi­lio­ny za złe trak­to­wa­nie, ale… wie ksiądz, jak to jest z tymi ka­ra­mi. Kro­pla… no, wie ksiądz, kro­pla w mo­rzu. – Bar­ton krę­cił gło­wą, zna­czą­co zgrzy­tał zę­ba­mi, ale nie prze­sta­wa­łem, nie mo­głem prze­stać, moje sło­wa zmie­ni­ły się w go­rą­cy stru­mień, roz­pa­lo­ny i gniew­ny. – No więc w tej ko­pal­ni, to ko­pal­nia bok­sy­tu… I tam jest jed­na OP, któ­ra od­po­wia­da jej wie­kiem i… i wagą, ro­zu­mie ksiądz? Zgod­nie z pra­wem, pro­szę księ­dza…

– Jim, pro­szę.

Ksiądz Bar­ton dwu­krot­nie za­stu­kał pal­ca­mi w stół. To był drob­ny, lecz sta­now­czy gest, jak­by przy­wo­ły­wał mnie do po­rząd­ku albo na­ka­zy­wał po­słu­szeń­stwo. Współ­czu­ją­cy po­blask w jego gło­sie za­czy­nał przy­ga­sać.

– Mu­sisz mnie po­słu­chać. My tego nie ro­bi­my. Wiem, co mó­wią o mnie i moim ko­ście­le. Na­praw­dę wiem. Je­stem orę­dow­ni­kiem Spra­wy, tak jak jest nim Ko­ściół, za­rów­no z per­spek­ty­wy za­sad, jak i wia­ry. Wy­po­wia­da­łem się na ten te­mat i na­dal będę się wy­po­wia­dał, ale to wszyst­ko, co mogę ro­bić. – Znów po­krę­cił tą swo­ją mło­dą gło­wą, spoj­rzał wprost na mnie, a po­tem od­wró­cił wzrok, od­wró­cił go od mo­jej roz­pa­czy i mo­je­go żalu. – Współ­czu­ję ci i będę się mo­dlił za cie­bie i two­ją żonę. Ale nie mogę zo­stać jej wy­baw­cą.

Mil­cza­łem. Na moje usta ci­snę­ły się sło­wa, ale je stłu­mi­łem. To było gorz­kie roz­wią­za­nie.

Naj­le­piej, jak mo­głem, prze­brną­łem przez krót­ką wspól­ną ko­la­cję, ze wzro­kiem wbi­tym w ta­lerz, w ka­nap­kę z rybą, sa­łat­kę co­le­slaw i mro­żo­ną her­ba­tę. Bóg je­den wie, cze­go się spo­dzie­wa­łem. Prze­cież nie mo­głem so­bie wy­obra­żać, że cier­pie­nie Gen­tle tak bar­dzo wzru­szy tego czło­wie­ka – to dziec­ko – że ze­rwie się on na rów­ne nogi i ru­szy na Po­łu­dnie z bro­nią w ręku, że zbie­rze sil­ną gru­pę i sta­ra­nu­je wro­ta ko­pal­ni bok­sy­tu w Ka­ro­li­nie, że wyj­mie ko­mór­kę i zwo­ła ar­mię abo­li­cjo­ni­stów.

Po pierw­sze, taka ar­mia nie ist­nie­je. Każ­dy to wie. A przy­naj­mniej każ­dy, kto ma tro­chę ole­ju w gło­wie. Nie ist­nie­je nic ta­kie­go jak Pod­ziem­ne Li­nie Lot­ni­cze, na pew­no nie w sen­sie wiel­kiej, zor­ga­ni­zo­wa­nej in­sty­tu­cji. Nie ma cen­trum do­wo­dze­nia na pu­sty­ni w No­wym Mek­sy­ku, tak jak to po­ka­za­li w tym fil­mie sprzed kil­ku lat. Nie ma sił pa­ra­mi­li­tar­nych ze śmi­głow­ca­mi i bom­ba­mi bły­sko­wy­mi, któ­re cze­ka­ły­by na znak an­ty­nie­wol­ni­cze­go ge­ne­ra­ła, by wkro­czyć do ak­cji.

Są na­to­miast ak­cje ra­tun­ko­we. Są wy­zwo­li­cie­le. To wszyst­ko dzie­je się po ka­wał­ku. Małe gru­py ochot­ni­ków z Pół­no­cy, śmia­łych lub sza­lo­nych, urzą­dza­ją bły­ska­wicz­ne wy­pra­wy do Twar­dej Czwór­ki, wy­cią­ga­ją lu­dzi i wio­zą ich do wol­no­ści. Są dzia­ła­nia ad hoc, są nie­du­że or­ga­ni­za­cje, ko­mór­ki, a każ­da za­rzą­dza wła­sną tra­są li­nii lot­ni­czych. Trze­ba tyl­ko znać wła­ści­wych lu­dzi. A ten męż­czy­zna, ksiądz Bar­ton, miał być jed­nym z nich. Czło­wie­kiem, z któ­rym war­to się skon­tak­to­wać. Wszyst­ko, co sły­sza­łem, wszyst­kie ze­bra­ne do tej pory in­for­ma­cje po­twier­dza­ły, że wła­śnie tu­taj, w In­dia­na­po­lis, w środ­ko­wej In­dia­nie, ksiądz Bar­ton ze Świę­tej Kaś­ki – to jest wła­śnie ten czło­wiek.

A te­raz sie­dzia­łem na­prze­ciw nie­go bez­sil­ny i pa­trzy­łem, jak z pa­pie­ro­wą ser­wet­ką za­tknię­tą za ko­lo­rat­kę je ham­bur­ge­ra i sta­ran­nie ocie­ra ke­czup z ką­ci­ków ust. Słu­cha­łem, jak ła­god­nym to­nem za­pew­nia mnie – „by roz­wiać moje oba­wy” – że każ­da po­zy­cja w menu ma cer­ty­fi­kat Pół­noc­no­ame­ry­kań­skie­go Sto­wa­rzy­sze­nia Praw Czło­wie­ka, or­ga­ni­za­cji z sie­dzi­bą w Mont­re­alu, zaj­mu­ją­cej się kon­tro­lą li­nii za­opa­trze­nia. Obo­jęt­nie po­ki­wa­łem gło­wą.

– Aha – mruk­ną­łem do kub­ka z kawą. – Aha, do­brze. – Jak­by to mia­ło ja­kieś zna­cze­nie.

In­dia­na była „sta­nem czy­stych rąk”, po­dob­nie jak więk­szość in­nych w kra­ju. Obo­wią­zy­wa­ło tu pra­wo za­ka­zu­ją­ce lo­ka­lom usłu­go­wym ser­wo­wa­nia ja­kich­kol­wiek pro­duk­tów po­cho­dzą­cych z Czwór­ki. Cała resz­ta, ci wszy­scy ka­na­dyj­scy au­dy­to­rzy li­nii za­opa­trze­nia, te wszyst­kie nie­za­leż­ne in­spek­to­ra­ty i cer­ty­fi­ka­ty „Wol­ny od okru­cień­stwa” – cóż, to tyl­ko mar­ke­ting. Wy­myśl­ne fra­ze­sy, ob­li­czo­ne na po­zy­ska­nie dat­ków przez an­ty­nie­wol­ni­cze or­ga­ni­za­cje non pro­fit. Ale ksiądz Bar­ton wska­zał swo­im chu­dym pal­cem na zło­tą pie­częć na moim ja­dło­spi­sie, jak­by to była ja­kaś na­gro­da po­cie­sze­nia. „Nie wy­zwo­lę two­jej uko­cha­nej z kaj­dan, bie­da­ku, ale mogę cię za­pew­nić, że nie byli w nie za­ku­ci lu­dzie, któ­rzy zbie­ra­li dla cie­bie po­mi­dor­ki”.

Po skoń­czo­nym po­sił­ku Bar­ton wy­jął port­fel, a wte­dy wy­cią­gną­łem rękę i po­ło­ży­łem ją na jego dło­ni.

– Za­raz, za­raz. – Mój głos nie­co za­drżał. – Ja za­pła­cę.

– Och nie. – Ksiądz po­krę­cił gło­wą i nie cof­nął ręki, więc po­zo­sta­li­śmy w tej po­zie, jak­by to było dzie­ło sztu­ki: bia­ła dłoń na brą­zo­wym port­fe­lu, czar­na dłoń na bia­łej dło­ni. – Nie mogę na to po­zwo­lić.

– Niech ksiądz da spo­kój. – Spoj­rza­łem na nie­go zza oku­la­rów. – Chcę po­dzię­ko­wać za po­świę­co­ny mi czas, to wszyst­ko. To miło, że ksiądz po­świę­cił mi czas.

Bar­ton wy­pu­ścił po­wie­trze, lek­ko ski­nął gło­wą i po­wo­li za­brał rękę z tego na­sze­go sto­si­ku. Oto, co wte­dy my­ślał: „No już, daj temu czło­wie­ko­wi za­pła­cić – to bę­dzie dla nie­go pre­zent, po­czu­je, że coś zro­bił”. Nie chcę, żeby to za­brzmia­ło, jak­bym był sza­lo­ny albo coś w tym sty­lu, ale wie­rzę, że cza­sa­mi mam tę dziw­ną moc. To zna­czy: czy­ta­nia w umy­słach. Nie czy­ta­nia kon­kret­nych my­śli, ale uczuć. Czy­ta­nia lu­dzi. Po­zna­wa­nia, co lu­dzie czu­ją.

Wy­cią­gną­łem z kie­sze­ni kurt­ki parę zmię­tych bank­no­tów, wy­gła­dzi­łem i po­ło­ży­łem na ra­chun­ku. Po­tem prze­su­ną­łem po sto­le kart­kę, po­pla­mio­ny ka­wa­łek ser­wet­ki.

– Ale pro­szę wziąć to. Tu jest mój nu­mer ko­mór­ki. Na wy­pa­dek, gdy­by ksiądz zmie­nił zda­nie.

Ksiądz Bar­ton wpa­try­wał się w kart­kę.

– Bar­dzo księ­dza pro­szę – po­wie­dzia­łem. – Niech ksiądz to weź­mie.

Wziął, pod­niósł się i po­pra­wił ko­lo­rat­kę, a ja przez uła­mek se­kun­dy nie­na­wi­dzi­łem tego czło­wie­ka, tego pew­ne­go sie­bie chłop­ca. „Je­stem orę­dow­ni­kiem Spra­wy… za­rów­no z per­spek­ty­wy za­sad, jak i wia­ry…” Idź do dia­bła, synu, po­my­śla­łem, tyl­ko przez mo­ment, przez krót­ki mo­ment. Z tym swo­im współ­czu­ciem dla mnie, z tą sztyw­ną ko­lo­rat­ką i ala­ba­stro­wy­mi po­licz­ka­mi. Idź do dia­bła. Nie po­wie­dzia­łem tego jed­nak. Nic w tym sty­lu. Nie pod­nio­słem gło­su ani nie ude­rzy­łem pię­ścią w stół. Gniew w ni­czym by nie po­mógł. Co naj­wy­żej zwró­cił­by uwa­gę tam­tych dwóch gli­nia­rzy, tego bia­łe­go o sze­ro­kim kar­ku i jego ro­ze­śmia­ne­go czar­ne­go part­ne­ra. Mo­gli­by tu przy­czła­pać tym cha­rak­te­ry­stycz­nym po­wol­nym po­li­cyj­nym kro­kiem, żeby za­py­tać księ­dza Bar­to­na, czy wszyst­ko w po­rząd­ku. A mnie – czy nie ze­chciał­bym na chwi­lę po­ka­zać pa­pie­rów, je­śli to nie pro­blem.

Prze­pro­si­łem, mó­wiąc, że mu­szę do to­a­le­ty, i czmych­ną­łem, le­d­wo nad sobą pa­nu­jąc.

Wi­dzia­łem kie­dyś w te­le­wi­zji pew­ne­go biz­nes­me­na, wła­ści­cie­la dru­ży­ny fut­bo­lo­wej ze Środ­ko­we­go Za­cho­du. Ów bar­dzo bo­ga­ty czło­wiek za­pew­niał o swo­ich abo­li­cjo­ni­stycz­nych po­glą­dach, jed­no­cze­śnie bro­niąc fak­tu, że wzmac­nia li­nię de­fen­syw­ną swo­jej dru­ży­ny o paru krzep­kich OP, ko­rzy­sta­jąc z nie­sław­nej za­sa­dy o „tym­cza­so­wym za­wie­sze­niu sta­tu­su”. „Czy po­do­ba mi się ten sys­tem?” – py­tał, krę­cąc gło­wą, ubra­ny w gar­ni­tur za ty­siąc do­la­rów, z fry­zu­rą za stó­wę. „Oczy­wi­ście, że nie. Ale jed­no wam po­wiem: dla tych chło­pa­ków to oka­zja. A ja ich ko­cham. Sys­tem jest zły, ale ja ko­cham mo­ich chło­pa­ków”.

Jak­że nie­na­wi­dzi­łem tego czło­wie­ka, kie­dy oglą­da­łem go w te­le­wi­zji, a księ­dza Bar­to­na w re­stau­ra­cji nie­na­wi­dzi­łem w ten sam spo­sób. Dla tego dziec­ka nie­wol­nic­two było grą, zu­peł­nie jak dla gład­kie­go wła­ści­cie­la klu­bu spor­to­we­go i dla wszyst­kich fa­nów fut­bo­lu, któ­rzy krę­cą no­sem na ze­spo­ły z czar­nej bran­ki, ale i tak co nie­dzie­la oglą­da­ją me­cze w za­ci­szu wła­sne­go sa­lo­nu. Dla ko­goś ta­kie­go jak ksiądz Bar­ton de­kla­ro­wa­nie nie­na­wi­ści do nie­wol­nic­twa było ła­twe. Nie tyl­ko ła­twe, ale i przy­dat­ne, za­spo­ka­ja­ją­ce – sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. No a poza tym strasz­li­we zim­ne mac­ki nie­wol­nic­twa ni­g­dy nie mo­gły go, oczy­wi­ście, do­tknąć bez­po­śred­nio.

Mój gniew pęcz­niał, a po­tem mi­nął, jak to zwy­kle z gnie­wem bywa. Kie­dy ksiądz obej­mo­wał mnie po­cie­sza­ją­co w drzwiach lo­ka­lu, kie­dy szedł do swo­je­go sa­mo­cho­du, kie­dy przy­sta­nął, żeby się obej­rzeć i spoj­rzeć na mnie za­tro­ska­nym wzro­kiem – do­kład­nie tak, jak prze­wi­dzia­łem, jak wie­dzia­łem, że zro­bi – jego spoj­rze­nie za­sta­ło mnie sto­ją­ce­go na pro­gu cał­kiem nie­ru­cho­mo, po­kor­ne­go, zła­ma­ne­go bó­lem. Zdją­łem oku­la­ry i po mo­ich znisz­czo­nych słoń­cem po­licz­kach po­wo­li, po­je­dyn­czo, cie­kły łzy. Kel­ner­ka wy­sta­wi­ła gło­wę, żeby mi przy­po­mnieć, że za­pa­ko­wa­ła na wy­nos resz­tę ko­la­cji, ale ja le­d­wo ją sły­sza­łem, tyle wy­sił­ku kosz­to­wał mnie ten wy­raz twa­rzy pe­łen roz­pa­czy.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

Część druga

Południe

1.

2.

3.

4.

5.

6.

7.

8.

9.

Część trzecia

Północ

1.

2.

3.

Podziękowania

Przede wszyst­kim naj­ser­decz­niej dzię­ku­ję mo­jej żo­nie, Dia­nie Win­ters, i na­szym dzie­ciom, Ro­sa­lie, Ike’owi i Mil­ly. Ko­cham was.

To ta­kie szczę­ście, że moją agent­ką li­te­rac­ką jest Jo­ël­le Del­bo­ur­go – po­wier­nicz­ka i przy­ja­ciół­ka – i że mo­ich spraw na Za­chod­nim Wy­brze­żu pil­nu­je Sha­ri Smi­ley, a te­raz rów­nież Joel Be­glei­ter. To wła­śnie dzię­ki Jo­ël­le ta książ­ka tra­fi­ła do Mul­hol­land Bo­oks / Lit­tle, Brown – w do­bre ręce re­dak­to­rów Jo­shuy Ken­dal­la i Wesa Mil­le­ra. Ich wraż­li­wość i en­tu­zjazm mnie od­mie­ni­ły.

Wiel­kie dzię­ki wszyst­kim moim no­wym przy­ja­cio­łom z wszech­świa­ta Ha­chet­te: Re­agan Ar­thur, Pam Brown, Sa­bri­nie Cal­la­han, Be­no­wi Al­le­no­wi i ich ze­spo­łom. Wie­dzia­łem, że każ­da fir­ma, w któ­rej jest Mi­chel­le Aiel­li, to fir­ma dla mnie.

Je­stem bar­dzo wdzięcz­ny ar­ty­ście Oli­ve­ro­wi Mun­day­owi za pięk­ną okład­kę tej książ­ki.

W In­dia­na­po­lis po­mo­gło mi wie­le osób. Dzię­ku­ję moim stu­den­tom, ko­le­gom i przy­ja­cio­łom z pro­gra­mu MFA na Uni­wer­sy­te­cie Bu­tle­ra (na­zwa­ne­go na cześć za­ło­ży­cie­la uczel­ni, Ovi­da Bu­tle­ra, za­słu­żo­ne­go abo­li­cjo­ni­sty z In­dia­ny), po­ste­run­ko­we­mu Da­nie­lo­wi Ro­sen­ber­go­wi i jego ko­le­gom z Ko­men­dy Miej­skiej Po­li­cji In­dia­na­po­lis, Pau­lo­wi Ba­co­no­wi i jego ro­dzi­nie, Wil­mie Mo­ore z To­wa­rzy­stwa Hi­sto­rycz­ne­go In­dia­ny, Char­le­so­wi Har­ri­so­wi i jego ko­le­gom z Pe­er­less Pump, pro­fe­so­ro­wi An­twa­ino­wi Hun­te­ro­wi, rów­nież z Uni­wer­sy­te­tu Bu­tle­ra. Wy­ra­zy sza­cun­ku i wdzięcz­no­ści kie­ru­ję rów­nież do li­te­rac­kiej spo­łecz­no­ści w Indy, zwłasz­cza do Ośrod­ka Pi­sa­rzy In­dia­ny, Bi­blio­te­ki Pu­blicz­nej In­dia­na­po­lis oraz pra­cow­ni­ków i sym­pa­ty­ków Indy Re­ads.

Po­mo­gli mi rów­nież Ke­vin Ha­stie, Bro­oke Pier­ce, Ian „Gee” Chu i jego ku­zyn Dan, dok­tor Ja­son Or­gan, a w kwe­stiach pra­wa kon­sty­tu­cyj­ne­go pro­fe­sor Mor­ton Ho­ro­witz, któ­ry po­świę­cił mi dużo swo­je­go cen­ne­go cza­su.

Dzię­ku­ję wszyst­kim z Qu­irk Bo­oks z Fi­la­del­fii, szcze­gól­nie Ja­so­no­wi Re­ku­la­ko­wi, za skie­ro­wa­nie mnie na ścież­kę, któ­rą te­raz po­dró­żu­ję.

Choć po­trak­to­wa­łem jej bieg dość swo­bod­nie, rzecz­ka Po­gue’s Run na­praw­dę ist­nie­je i na­praw­dę w więk­szo­ści pły­nie pod mia­stem. Dzię­ku­ję Stu­ar­to­wi Hy­at­to­wi za to, że za­po­znał mnie z jej ta­jem­ni­ca­mi. W In­dia­na­po­lis moż­na od­wie­dzić Mo­nu­ment Circ­le, ale nie ma tam po­są­gu Lin­col­na. Po­mnik Żoł­nie­rzy i Ma­ry­na­rzy, wznie­sio­ny po za­koń­cze­niu woj­ny se­ce­syj­nej, był pierw­szym tego typu mo­nu­men­tem w Ame­ry­ce ku czci zwy­kłe­go żoł­nie­rza.

O Autorze

Ben H. Win­ters jest au­to­rem ośmiu po­wie­ści. Naj­now­sza z nich to World in Tro­uble, za­my­ka­ją­ca try­lo­gię Ostat­ni po­li­cjant, no­mi­no­wa­na do An­tho­ny Award i Ed­gar Award, przy­zna­wa­nej przez My­ste­ry Wri­ters of Ame­ri­ca. Co­unt­down City zo­sta­ło uzna­ne przez NPR za naj­lep­szą książ­kę 2013 roku i otrzy­ma­ło Phi­lip K. Dick Award dla wy­bit­ne­go dzie­ła scien­ce fic­tion. Ostat­ni po­li­cjant otrzy­mał Ed­gar Award za 2012 rok. Ama­zon.com i „Sla­te” uzna­ły tę po­wieść za jed­ną z naj­lep­szych ksią­żek 2012 roku. Na­kła­dem Wy­daw­nic­twa RM uka­za­ły się jego po­wie­ści Ostat­ni po­li­cjant oraz Opusz­czo­ne mia­sto.