Podwórko bez trzepaka. Reportaże z dzieciństwa - Łukasz Pilip - ebook
Opis

Czego chcą dzisiejsze dzieci?
Maciek wolałby, żeby koledzy nie nazywali go dzieckiem kalek. Łukasz marzy o zdrowiu, ale twierdzi, że jego marzenia są jak dinozaury, czyli duże i wymarłe. Nel, która dorasta na oceanach, czasami tęskni za lądem i za mamą. Inny Maciek, geniusz z autyzmem, ma dość bycia dla innych zwierzęciem w cyrku. Krystian wytatuował sobie na kolanach dwie kropki – bo nigdy nie uklęknie przed policją ani sądem. Ale spełnienie tych próśb nie wystarczy. Dzieci chcą więcej – dostępu do ucha dorosłego. Posłuchajmy ich.

„Reporter lekko przykucnął, ma wzrok na wysokości metra, czasem półtora, od ziemi. Patrzy na świat tak, jak jego bohaterowie – dzieci. A przecież reportaż, którego bohaterem nie jest dorosły, to zawsze ryzyko. Łatwo tu o przekroczenie granic, naruszenie intymności, krzywdę, która zostanie na resztę życia. Pilipowi udało się, dzięki powściągliwości i empatii, ustrzec przed tymi zagrożeniami. I pokazać, jak trudno jest dziś być dzieckiem. Ta książka to wielka lekcja uważności dla tych, którzy dzieciom towarzyszą. I punkt wyjścia do rachunku sumienia dorosłych” – Magdalena Kicińska, reporterka

„Niezwykle poruszające reportaże Łukasza Pilipa rozbijają w pył bezrefleksyjnie powielane przekonanie, że lata dzieciństwa są cudowne i beztroskie. Książka stawia wiele pytań dotyczących dorastania, nie podsuwając prostych odpowiedzi i skłaniając do refleksji nad tym, jakie warunki wchodzenia w życie tworzymy naszym dzieciom” – dr Aleksandra Piotrowska, psycholog dziecięcy

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Danuta Sabała

Projekt graficzny okładki: Ula Pągowska

Zdjęcie na okładce: Fotolia / Picture Store

Opracowanie graficzne: Elżbieta Wastkowska

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

DYREKTOR WYDAWNICZY: Małgorzata Skowrońska

REDAKTOR NACZELNY: Paweł Goźliński

KOORDYNACJA PROJEKTU: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2019

© copyright by Łukasz Pilip 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

ISBN 978-83-268-2795-2 (epub), 978-83-268-2796-9 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

BYŁ SOBIE CHŁOPIEC

Tata: – Zgadnij, ile telefonów odbieram w drodze do sklepu na osiedlu. Sześć. Tyle razy dzwoni do mnie Maciek. I pyta zawsze: „Uważasz na siebie? Bezpiecznie przejechałeś przez ulicę?”. Tłumaczę mu, że nic się nie stanie, gdy wyjadę po ziemniaki. Ale on ma gen pielęgnacji. Ciągle chce się mną opiekować. To anioł, bez którego siedziałbym z gołą dupą w domu.

Tylko że ja mam pięćdziesiąt lat, a Maciuś, mój syn, dopiero czternaście.

Pedagog szkolny: – Tak, boję się o niego. Ciągle zastanawiam się, czy potrafi być dzieckiem.

Tata: – Poczekaj, opowiem jeszcze, jak poznałem mamę Maćka.

Spotkaliśmy się w sanatorium. Ja leczyłem rdzeniowy zanik mięśni, ona stwardnienie rozsiane. Wcześniej znaliśmy się tylko z widzenia. Trzydzieści lat mieszkaliśmy w Gdyni obok siebie. Nigdy nie rozmawialiśmy. Dopiero na tym turnusie odważyłem się zagadać. Podszedłem do Joli i wypaliłem: „Będziesz moją żoną”. Nazwała mnie czubkiem, a potem zwiała.

Nie poddałem się. Namówiłem ją na spacer. Rozmawialiśmy tyle, że nie zjedliśmy kolacji. Po czterech dniach od oświadczyn zaplanowałem kolejne. Zerwałem w lesie bukiet konwalii. Znalazłem Jolę w jadalni. Sto dwadzieścia osób na sali, a ja klękam i proszę ją o rękę.

Ona na to: „Czubek, ale zgadzam się!”.

Pół roku później się ożeniłem. Z kolei dziewięć miesięcy po ślubie urodził się Maciek. Powiem ci, że jak usłyszałem o ciąży, to trzy razy latałem do apteki po test. W końcu aptekarka powiedziała: „Panie Rysiu, skoro pan nie potrafi obsłużyć testów, to ja wytłumaczę. Żona jest w ciąży”.

Do porodu Jola nie brała leków na stwardnienie. Robiłem wszystko, żeby czuła się dobrze. Gdy zasnęła mi z głową na kolanach, nie drgnąłem. Siedziałem z nią trzy godziny, chociaż musiałem się wysikać. Więc jak się obudziła, powiedziałem: „Jolkuś, połóż na minutkę głowę na poduszce. Muszę nogi wyprostować”. I wyrwałem do łazienki. Siedziałem w niej pół godziny.

Wiesz, że Maćka miało nie być? Baliśmy się z żoną chorób, które mu przekażemy. No i tego, że nawet jeśli urodzi się zdrowy, zostanie naszą opiekunką. Maciuś wie o tym. Raz zapytał tylko, czy jest z przypadku. „Nie myl miłości z przypadkiem”, odpowiedziałem.

Szkoda mi syna. Wyzywali go koledzy ze szkoły. Że jest dzieckiem kalek. Że jego mama nie chodzi, a tata jeździ na wózku. Interweniowałem. Przecież on miał wtedy siedem lat, nie radził sobie z przezwiskami. Wysłałem go do pani psycholog, którą załatwiłem, gdy zaczynał szkołę.

Ktoś pomyśli: zabrali chłopakowi dzieciństwo. Ale to nie tak. Maciek miał zawsze tyle luzu, ile potrzebował. Chciał grać w piłę z kolegami? Grał. Chciał spotykać się ze znajomymi? Spotykał się. Prawie nigdy do niego nie dzwoniliśmy, gdy wychodził z domu. Tylko że ten diabeł sam przylatywał. Kontrolował, czy czujemy się dobrze, czy zjedliśmy obiad. Chciałem go oduczyć tego zachowania. Nie dało się. Zresztą sam zapytaj, jak odnajduje się w tej sytuacji.

Maciek: – Tata nie dałby sobie rady beze mnie. Słabną mu ręce i nogi. Nie włoży butów, nie zapnie bluzy, nie położy się sam do łóżka. No i nie posprząta. Ale stara się pomagać. Nawet gdy wyjmuję naczynia, on chce je układać. Gotuje nam obiady, choć często wymieniamy się w kuchni. Wiesz, że pierwszą pomidorówkę zrobiłem w wieku trzech lat?

Niedawno tata powiedział, że po mojej osiemnastce pójdzie do domu opieki. Usunie się i nie będzie mi przeszkadzał, gdy zacznę zakładać rodzinę. Nie lubię, jak tak mówi. Radzę sobie.

W wieku trzynastu lat zapisałem się na siłownię. Miałem zrobić to wcześniej, ale tata nie pozwalał. Ćwiczyłem, bo chciałem nosić mamę. Kto weźmie ją rano do toalety? Pomoże wstać? Usiąść w fotelu? Albo ułoży do snu? Więc tak się wytrenowałem, że dźwigałem mamę jedną ręką. Była leciutka, ważyła nieco ponad czterdzieści kilogramów.

Wiesz, co wkurza mnie najbardziej? Gdy tata wychodzi bez telefonu. Ostatnio dziesięć razy dobijałem się do niego i nic. Okazało się, że zostawił komórkę w domu. Tak się nie robi, tato.

Myślę, że pomaganie rodzicom mam we krwi. No bo jak ktoś jest Polakiem, a rodzi się w Niemczech, to będzie mówił po niemiecku lepiej niż rodzice, nie? Dlatego ze mną jest tak samo. Dorastałem w rodzinie z chorobami i nie znam innego języka. To normalka, że pomaga się mamie albo tacie. Może niektórzy są leniami i dlatego unikają opiekowania się rodzicami.

Tata: – Maciek nie rozumie, że dziecko nie musi zajmować się dorosłymi. On nawet nie przyzna się do zmęczenia. Tylko wejdzie do pokoju i zaśnie w fotelu. Odleci w sekundę.

Kiedyś rozciął sobie głowę. Wrócił z podwórka i zamknął się w pokoju. Dziwiłem się, czemu tak cicho siedział. Jak do niego wszedłem, miał krew we włosach. Oczywiście chciał to ukryć.

Dlatego dobrze, że mamy opiekunkę z MOPS-u. Przychodzi co dzień na dwie godziny. Nie ma jej w weekendy. MOPS przyznał ją, bo Maciek nie zostawiał mnie w domu. Miał lekcje, ale nie wychodził do szkoły. Czekał na przyjście opiekunki. Teraz trafiła się nam porządna kobieta. Wcześniej bywało różnie. Jedna nie wiedziała, jak zmienić Joli pampersa. Druga nie potrafiła jej złapać ani unieść. Maciek tłumaczył tej opiekunce, że musi inaczej chwycić Jolę. Ale ona odburkiwała: „Cicho! Wiem lepiej”. W końcu tak łapała żonę, że dwa razy wyleciała jej z rąk i upadała na pupę. Trzecia opiekunka potrafiła przez dwie godziny wisieć na telefonie albo jeść kanapki. Wywaliłem ją. Bo przez nią Maciek musiał przed szkołą odkurzać i myć podłogi. Przecież Jola potrzebowała sterylności.

Gdy wprowadziliśmy się tutaj, donieśli na nas sąsiedzi. Powiedzieli opiece, że dwoje niepełnosprawnych wychowuje dziecko. Że ja krzyczę. Owszem, darłem się, ale z bólu. Bo Maciek prostował mi przykurcze w nogach. Sąsiedzi stwierdzili też, że Jola często płacze. A ona miała taki dziwny śmiech.

Po donosie zapukał do nas pracownik socjalny z policjantem. Maciek wystraszył się. Uciekł do pokoju. Mieliśmy sprawę sądową, bo MOPS chciał nam wtedy dać kuratora. Wygraliśmy. Ale zamiast policjanta powinien przyjść psycholog. Zrobić z Maćkiem wywiad, nie inspekcję!

Czekaj, to nie koniec donosów. Któryś z sąsiadów powiedział opiece, że widział mnie w drogim markecie. Że kupowałem tam dziesięć plasterków lepszej szynki. Wkurzyłem się. I wyrzuciłem to pracowniczce socjalnej, która przyszła nas sprawdzić. Zrozumiałbym donos, gdybym brał wódę. Ale jedzenie? Jak można zaglądać drugiemu człowiekowi do reklamówki? Widzisz, jakoś można. I potwierdził to trzeci donos. Tym razem ktoś zrobił ze mnie pijaka. Nagadał opiece, że brzęczy mi alkohol w siatkach, gdy wracam z zakupów. Znów przyszła socjalna. Zamiast piw znalazła wodę w szklanych butelkach. Droga była, kosztowała trzy złote, ale Jola dzięki niej sprawniej przełykała leki. Po donosie powiedziałem żonie, że musi wrócić do plastikowych butelek. A Maciek żartował: „Tatuś, powinniśmy pić tylko wodę z kranu”.

Dobrze, że reszta sąsiadów jest w porządku. Bo niektórzy, jeśli coś się działo z Jolą, przychodzili nawet w nocy. Inni zabierali Maćka do kina albo na mecze w nogę. Byli też tacy, którzy pomagali mi w wypełnianiu dokumentów.

A z czego tak się śmieję? Z ciebie. Bo myślisz, że opiekunki przychodzą za darmo. Człowieku, MOPS każe płacić. Ale chociaż daje zniżkę. Najpierw płaciliśmy 20 procent za opiekę. Wychodziły trzy stówki w miesiącu. Potem 10 procent, czyli około 150 złotych. Dwa razy mieliśmy opiekunkę za darmo. W 2009 roku udzieliliśmy wywiadu dla telewizji. Po tym MOPS zwolnił nas z opłat na pół roku. No i teraz też nie płacimy. Zobaczymy, jak długo. Bo ostatnio była u mnie pracownica socjalna i brała jakieś dokumenty.

Wiesz, jak boli błaganie o pieniądze w MOPS-ie? Alkoholik ma w nim więcej pomocy niż my. Nie wypije dzień przed przyjściem po kasę, ogoli się ładniutko, odbierze forsę i poleci chlać. Jego dzieciaki nawet nie powąchają tych pieniędzy. Rozumiem, że gościu jest chory. Ale chorzy ludzie leczą się, tak jak ja.

Dlatego wyszedłbym na ulicę. Strajkował, że Polska olewa Maćka. Że go nie zauważa. Chcesz przykład? Chłopak musi być pełnoletni, aby podróżować ze mną jako opiekun. Dopiero wtedy miałby darmowe przejazdy w komunikacji miejskiej. Ale że jest czternastolatkiem, to płaci.

Więc po cholerę będę strajkował? Jak pohałasuję, opieka socjalna stwierdzi, że nie potrafię zająć się synem. I odda go rodzinie zastępczej.

Maciek: – Na zanik mięśni tata dostaje dziesięć zabiegów rocznie. Rehabilitację powinien mieć co dzień. Nie stać nas. Prywatnie jeden zabieg kosztuje 100 złotych. Sam prostuję tacie nogi. Ale potrzebuję pomocy. O rehabilitacji wiem tyle, ile przeczytam w internecie. Zamiast pomóc, mogę skrzywdzić. Tym bardziej że tata krzyczy podczas rozciągania mięśni. Gdy jeździł na turnus rehabilitacyjny, ludzie przezywali go „porodówka”. Bo darł się na cały ośrodek.

A wiesz, że przeszedłem w podstawówce kurs pierwszej pomocy? Nawet się przydał. Mama zemdlała mi na rękach. Ułożyłem ją na boku i zadzwoniłem po karetkę.

Tata: – Nigdy nie wiedzieliśmy, w jakim stanie obudzi się Jola. Jednego dnia uśmiechała się, drugiego jechała do szpitala. Kiedy choroba postępowała, miała tzw. rzuty. Każdy coś jej odbierał. Największy uderzył, gdy Maciek skończył trzy latka. Przestała chodzić. Usiadła.

Ostatni miała 26 lutego 2016 roku. Tego dnia obudziła się z uśmiechem. Powiedziałem jej od razu: „Joluś, dzwonię do siory, żeby wzięła szwagra. Przyjadą do ciebie”. Czekała na nich do ostatniej sekundy. Szwagier ledwo wszedł i od razu poleciał ucałować Jolę. Z Maćkiem trzymaliśmy ją za dłonie. Pierdoliliśmy głupoty. A ona nagle zamknęła oczy. Umarła z uśmiechem, z którym się obudziła.

Maciek krzyczał: „Ratujcie mamę!”. Pogotowie przyjechało w kilka minut. Lekarze wiedzieli, że nie żyje. Pozorowali akcję ratunkową. Robili to dla Maćka.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie rodzina. Prosiła tylko, żebym się nie załamał. „O co chodzi?” – pytam. I zaraz słyszę: „Zmarł twój brat Jasiu”. W ciągu doby Maciek stracił dwie osoby, dla których żył.

Zostaliśmy sami.

Maciek: – Przez całe małżeństwo tata kupował mamie kwiaty. Co dwa tygodnie dostawała nowe. Najbardziej lubiła takie z ogródka. Wczoraj przynieśliśmy do domu bukiet róż. Szkoda, że mama ich nie zobaczy. Postawiliśmy je na stole i więdną. Zapomnieliśmy dolać wody do wazonu. Tacie nie przejdzie kupowanie kwiatów. Robił to przez szesnaście lat. Kiedyś nawet sąsiadka zaczepiła go na klatce: „Pan jest fenomenem. Musi pan często zdradzać żonę, skoro daje jej pan tyle róż. Bo mój facet raz na rok przynosi zdechłego tulipana”.

Nie, po śmierci mamy nie chodziłem do szkoły. Dwa tygodnie siedziałem w domu. Tak doradziła pani psycholog.

Bogna Przygoda, psycholog Zespołu Szkół nr 11 w Gdyni: – Maćka poznałam dziewięć lat temu. Chodził wtedy do zerówki. Był pierwszą osobą, która przyszła do mojego gabinetu.

Nauczyciele wiedzieli o nim od samego początku. Zauważali, że opuszczał lekcje, odsypiał w domu. On naprawdę nie nadawał się do siedzenia w ławce. W pierwszej gimnazjum miał najwięcej nieobecności. Dlatego szkoła zwołała zespół wychowawczy. Ten wziął pod uwagę jego sytuację życiową i zaproponował dwie rzeczy. Kontynuację nauki w trybie indywidualnym i powtórzenie pierwszej klasy. Maciek z tatą zaakceptowali te pomysły.

Dzięki temu chłopak uczy się systematyczności. Dostaje lepsze oceny. Ale zmienia się też jego zachowanie. Wraca harmonia, która pozwala mu opiekować się tatą i chodzić do szkoły.

Często uruchamia się w nim bunt. Zwłaszcza gdy słyszy rozkazy. Denerwują go osoby, które wtrącają mu się do rodziny. Wiele czynności w opiece nad rodzicami wykonywał sam. Więc teraz nie lubi albo boi się ingerencji osób z zewnątrz. Jego życiowym zadaniem jest obrona rodziny. Realizuje się w tym. Tylko ten psychiczny twardziel nie zdaje sobie z tego sprawy.

Przez cały czas Maciek może korzystać z zajęć grupy terapeutycznej dla młodzieży. Ale powiedział, że nie potrzebuje takiej formy pomocy. Uszanowałam tę decyzję. Przy okazji umówiliśmy się: „Jeśli zobaczę, że coś się dzieje, skorzystasz z zajęć w grupie”.

Co jeszcze można zrobić dla Maćka? Zebrać pieniądze na wakacje z tatą. Chłopak potrzebuje odpoczynku. Przydałby się też sponsor, który opłaciłby zajęcia na siłowni. Ćwiczenia są dla Maćka ważne, pomagają mu radzić sobie ze stresem.

Ciągle zastanawiam się, czy czasem nie gra dorosłego. Najbardziej martwiłam się, jak zareaguje na śmierć mamy. Po jej odejściu zajął się formalnościami, papierami i pogrzebem. A gdy skończyły się obowiązki, powrócił lęk o tatę. Zwłaszcza żeby nie zostawiać go samego w domu. Dlatego razem jeżdżą na siłownię. Syn ćwiczy, a tata czeka na zewnątrz.

Powiem panu, jak w skrócie wygląda ich relacja. Niedawno zadzwonił do mnie pan Ryszard: „Proszę pani, jak ja się boję o syna”. A pół godziny potem przyleciał do gabinetu Maciek: „Proszę pani, jak ja się boję o tatę”.

Ryszard: – Krucho u nas z pieniędzmi. Dlatego na któreś urodziny dostałem od Joli dezodorant z kokardką. Maciek śmiał się, że dała mi kobiecy. Ten, którego sama używała. „Liczy się pamięć. A nie prezent za miliony” – wytłumaczyłem synowi.

Maciek opieprza mnie, że nie biorę leków. Że dopiero gdy coś boli, łykam tabletki. A ja wolę wydać na jedzenie niż na siebie. Tak, syn zna wszystkie moje choroby. Wie o trepanacji czaszki, nadciśnieniu, dnie moczanowej i rdzeniowym zaniku mięśni. Ostatniego choróbska boję się najbardziej. Jest śmiertelne. Walczę z nim, bo Maciek nie może zostać sam. Nie teraz.

Ryszard: – Przed chwilą dzwonił MOPS. Zarzucił mi, że ściągnąłem na niego dziennikarza. Że to ja zadzwoniłem do ciebie, a nie ty do mnie. Ale wytłumaczyłeś urzędnikom, jak wygląda sytuacja? Że sam mnie znalazłeś? No, to całe szczęście. Bo ich zdaniem żeruję na chorobie.

Przepraszam, że znowu dzwonię. Ale wczoraj zdenerwowałem się telefonem z MOPS-u. Miałem zapaść. Uratował mnie syn. Pobiegł po sąsiadkę z naprzeciwka. Potem pojechał ze mną do szpitala. Lekarze powiedzieli, że Maciuś był spokojniejszy niż ratownicy medyczni. I że gdyby mi nie pomógł, umarłbym.

*

Rok później.

Maciek: – Nie byłem gotowy na jego śmierć. Liczyłem, że mnie przygotuje. Poczeka do mojej osiemnastki. Ale coś musiał czuć, skoro po odejściu mamy wszystko na mnie przepisał.

Było tak: dzięki pieniądzom od czytelników „Wysokich Obcasów” pojechaliśmy latem w Bory Tucholskie. Jak zwykle spałem z tatą w jednym pokoju. Ale na oddzielnych łóżkach. Nigdy nie mógł mnie dobudzić. Przez chorobę sam miał problem, by wstać na śniadanie. Nauczył się zasypiać z wielkim kijem obok łóżka. Co rano szturchał mnie i powtarzał: „Halo, Maciuś, pobudka”.

Miał cztery zabiegi dziennie, rehabilitanci próbowali postawić go na nogi. A ja? Chodziłem na masaże pleców. Rwał mnie kręgosłup od noszenia mamy i ćwiczeń na siłowni. Tacie zależało, żebym odpoczął od niego. Wychodziłem po zabiegach i nie dzwoniliśmy do siebie.

Ewa: – Był pan u nich w domu? Widział pan to okienko w kuchni? Maciupeńkie. Rysiek, mój brat, zawsze wystawał w nim, gdy odjeżdżałam po odwiedzinach. Przykro, ale co zrobić, musiałam wracać do Nadola. Dzwoniłam za to codziennie. Nie rozmawialiśmy długo, bo co chwila miał inne telefony od ludzi, którzy chcieli pomóc po reportażu. Pytali, czego potrzebuje Maciuś. Potem wysyłali paczki. A w nich: okulary, pisaki, ręczniki, karnet na siłownię, słodycze, kiełbasy, pasztety, ubrania, stary komputer, pianka do pływania. Niektórzy słali pieniądze. Wie pan, jaki brat był szczęśliwy? Pierwszy raz w życiu nie martwił się o rachunki. Spłacił długi. Jadł z synem to, na co mieli ochotę. Nawet Joli postawili pomnik.

Mimo to martwiłam się o chłopaków. Kiedy dzwoniłam przez Skype’a, Rysio czasem udawał, że przysypia przed komputerem. Poznałam się na jego żartach dopiero po czasie. Wtedy warknęłam: „Przestań ściemniać! Jak kopnę cię w tyłek, to pożałujesz”. Przeprosił. Jednak w lutym, marcu i kwietniu przysypiał naprawdę. Nawet mdlał. Myślałam, że to kolejne wygłupy.

Ale on już nie żartował.

Maciek: – Powiem ci, jak było. Obserwowałem tatę, ale straciłem czujność, gdy zimą przeprowadziła się do nas babcia. Opiekowałem się nią, dopóki ciocia nie zabrała jej do siebie.

Tata zachorował na anginę. Przez to odstawił leki na serce. Już wtedy ciężko oddychał. Trafił do szpitala. Gdy wrócił do domu, był prawie zdrowy. Tylko nie mógł spać. Więc pojechał do przychodni, poprosił o tabletki nasenne. Lekarz nie zbadał go, ale leki wypisał.

Gdy wychodziłem z domu, zawsze zabierałem telefon. Dzwoniłem do taty po kilka razy. Zwłaszcza jeśli na ulicy widziałem karetkę na sygnale. Panikowałem. Taki sam ambulans jechał po mamę. Od tamtej pory kojarzył mi się ze śmiercią.

Tak, tata z każdym dniem czuł się coraz słabiej. Mniej jadł. Dusił się po nocach. Zapewniał, że to przejściowe. A ja wierzyłem, nawet kładłem się, próbowałem zasnąć. Tylko zaraz słyszałem dyszenie z pokoju. Tacie brakowało powietrza. Biegłem, podnosiłem go. „Maciuś, boję się”, szeptał. Kładł się dalej, ale już nie zamykał oczu. I tak przez kilkanaście dni. Też przestałem sypiać. W nocy podkradałem mu kawę, piłem, żeby nie walnąć się do łóżka. Często też odpalałem kompa. Skoro tata nie widział, to siedziałem nawet do rana. No dobra, masz rację. Nie chciałem grać, tylko nasłuchiwać. Musiałem czuwać. Kończyło się tak, że wiele razy zaspałem do szkoły.

Z niedzieli na poniedziałek obudziłem się koło południa. Nie było obiadu. Postanowiliśmy ugotować rosół w szybkowarze. Wstawiliśmy go na spory ogień. Tata pilnował, a ja poszedłem się zdrzemnąć. Po jakimś czasie usłyszałem krzyk. Wpadłem do kuchni. Szybkowar podskakiwał na ogniu. Zdjąłem go z palnika i podniosłem pokrywkę. Cały rosół wystrzelił w powietrze. Jak bomba! Wrzątek spadł mi na nogi. Tacie na stopy. Parzyło, ale śmialiśmy się, że całe szczęście woda nie chlupnęła na jajka. Niestety, po chwili tacie zaczęły czerwienieć stopy. Spojrzałem na swoje nogi, dotknąłem ud. Skóra odchodziła płatami. Poszedłem do przychodni, w której tata dostał leki nasenne. Pielęgniarki zrobiły mi okłady. Było jeszcze gorzej. Wezwały karetkę. Ratownicy nakładali na rany wielkie gazy z maścią. Pojechałem do szpitala. Opatrunki, kroplówka. Wyszedłem po kilku godzinach.

Tata spał.

Po dwóch godzinach zauważyłem, że nerwowo łapał powietrze. Oddychał płycej niż zwykle. Podniosłem go, zapytałem o coś. Nie odpowiadał. Ocknął się, gdy wybrałem numer pogotowia. Nie chciał do szpitala. Przekonywałem: „Musisz, tatuś, musisz”. Przyjechała karetka. Wolałem go nie zostawiać. Ale wiesz, co powiedzieli ratownicy? „Jak coś się będzie działo, wyrzucimy cię na środku drogi”. No to pilnowałem domu. Nie mogłem spać. Zadzwoniłem do szpitala o trzeciej w nocy. Nikt nie chciał udzielić informacji, kazali przyjechać. Wykręciłem numer do cioci. Przekonywała, żebym spróbował zasnąć. I zasnąłem. Około piątej nad ranem pobudka. Dzwonił brat taty. Płakał. „To nie jest prawda! Maciek, nie wierzę. Rozumiesz, to niemożliwe!”.

„Wujek, ale o co chodzi?”.

„Zmarł twój tata”.

Ewa: – Wsiadłam z mężem do samochodu. Pogoniliśmy do szpitala. W drodze odebrałam telefon od Maćka: „Jest u mnie pani z opieki społecznej”. Pomyślałam, że przyszła go zabrać. Kazałam mu nigdzie nie wychodzić. Andrzej, mój mąż, natychmiast zmienił trasę. Zamiast do szpitala pruliśmy do domu Rysia. Przyspieszyliśmy. Do Gdyni same ograniczenia. Tu trzydziestka, tam pięćdziesiątka. Powtarzałam, że trzeba zwolnić. Jednak Andrzej dodał gazu i rzucił: „Za chwilę będziemy szukać chłopaka w domu dziecka”.

Zadzwoniłam do Maćka. Jeszcze raz. I jeszcze.

Nie odbierał.

Maciek: – Byłem zaspany. Pomyślałem, że wujek coś namieszał, ktoś wprowadził go w błąd. Poszedłem do łazienki. Ubrałem się. Na zegarku szósta rano. I nagle pukanie do drzwi. Otworzyłem, a tam pani z opieki. Złożyła kondolencje.

Czyli to prawda. Taty nie ma.

Potem urzędniczka zapytała, kto się mną zajmie. Czy ktoś z rodziny mieszka w Gdyni. Ja jej na to, że rodzice spisali testament. Że zaznaczyli w nim, by po ich śmierci wzięła mnie siostra taty, i że już tu jedzie. Chłopie, jak ta pani odetchnęła. Wyszła, ale chyba zadzwoniła jeszcze do szkoły, bo zaraz przybiegła pani Bogna, pedagog. Nie pamiętam, co mówiła. Minęło kilka minut i wpadła też ciocia z mężem. Poprosili, żebym się spakował. Martwiłem się, że zostawiam rybki. Tata uwielbiał na nie patrzeć. Więc przekazaliśmy klucz sąsiadom, poprosiliśmy, aby nie zapominali o akwarium. Sarę, naszego wilczura, podwieźliśmy do znajomych. Bałem się domu dziecka. Ale czułem, że ciocia z wujkiem nie pozwolą mnie zabrać.

Przed pogrzebem taty pomyślałem o mamie. Przypomniałem sobie, jak leżała w kaplicy w otwartej trumnie. Chciałem podejść, pożegnać się, ale zatrzymał mnie tata. „Zapamiętaj ją inną” – powiedział.

Gdy zmarł, chciałem we wszystkim uczestniczyć. Z ciocią pojechałem do zakładu pogrzebowego. Wypełnialiśmy papiery, wybieraliśmy trumnę. Właściciel firmy opuścił nam prawie połowę ceny. Pogrzeb? Niewiele zapamiętałem. Stałem na mszy, potem szedłem za samochodem z trumną. Rozejrzałem się po ludziach. Zajmowali pół cmentarza. Dostrzegłem pana Leszka na wózku inwalidzkim, naszego znajomego z Borów. Przyjechał aż z Poznania. Były koleżanki taty z osiedla, sklepów, rehabilitacji, galerii handlowych.

Ewa: – Maciuś niewiele pamięta z pogrzebu, prawda? Mimo to trzymał się najlepiej ze wszystkich. Kątem oka zauważyłam, jak zaciskał pięści, gdy chowano Rysia. Nie płakał. Miał tylko łzy w oczach. Ciągle stał przy mnie. Jakby się bał, że ucieknę. Więc ja krok w lewo i on też. Ryczałam. Podchodziło do nas mnóstwo ludzi. Ktoś przytulał, pocieszał, poklepywał po plecach. Ale co z tego, jak nie zapamiętałam twarzy. Doszłam do siebie dopiero w domu. Maciuś przeciwnie. Coś w nim nagle pękło. Podbiegł do babci, wtulił się w jej kolana i szlochał.

Gdy trochę ochłonęliśmy, zajęliśmy się dokumentami. Poszłam do ZUS-u razem z Maciusiem i zięciem. Ale przy okienku stałam sama, bo chłopaki na chwilę wymknęli się z urzędu. Przybiegli z powrotem po kilku minutach. Maciek dumny, w jednym ręku bagietka, w drugim butelka wody. Wręczył mi zakupy i powiedział: „Jedz, ciocia. Ty od rana latasz z pustym żołądkiem. O, tutaj masz wodę. Popij”.

Co jeszcze? Kiedyś pojechałam do marketu. Był też mój ośmioletni syn Oskar i Maciek. Pierwszy ganiał między działami, a drugi panikował: „Ciocia, złap go za rękę. Zgubi się!”. To samo na spacerze. We dwójkę poszli do lasu, wzięli psy. Oskar wrócił zdenerwowany, bo nie mógł oddalać się na pół metra. Taki ten Maciuś opiekuńczy.

Do końca roku szkolnego zostały trzy miesiące. Maciek chodził do gimnazjum w Gdyni. Chciałam go przenieść, bo dojazd z Nadola do szkoły to kilka godzin. Pojechałam do dyrektorki i pogadałam. Nie spodobał jej się pomysł przenosin. „Kolejna zmiana źle wpłynie na chłopca” – przekonywała.

Zbuntowałam się. Poszłam do dyrektorki gimnazjum w naszej gminie. Wyjaśniłam, że niedawno zmarli rodzice Maćka. Że opiekował się nimi i miał indywidualny tryb nauki. Dyrektorka na to: „Proszę go przyprowadzić. Skoro już nie zajmuje się mamą i tatą, niech wystartuje w normalnej klasie. Jeśli będą problemy, przywrócimy indywidualne lekcje”.

Maciek był ze mną. Dyrektorka od razu zgarnęła go na zajęcia. A ja w szoku, że wszystko wydarzyło się tak szybko. Pobiegłam do sklepu po picie i drożdżówkę. Wróciłam na przerwę. Maciuś już biegał z kumplami po korytarzu.

Jednak nie było wcale tak łatwo. Miał problemy z czytaniem. Trochę się jąkał, literował, robił przerwy. Było mu wstyd, bo wcześniej usłyszał, jak o siedem lat młodszy Oskar wręcz śpiewał podczas lektury. Zastanawiałam się, czy to nie problem ze wzrokiem. Ale poszedł do okulisty, nic się nie działo. Więc poradziłam mu, żeby na głos czytał gazety i teksty w internecie. Poza tym miał problem z pisaniem. Kiedyś siedzieliśmy we dwójkę i wypełnialiśmy dokumenty. Maciek poprosił, żebym uzupełniła za niego rubrykę. „Po co? Wystarczy, że się podpiszę”, odpowiedziałam. A on nalegał. I widzi pan, jaka ja głupia. Zapomniałam o jego dysleksji.

Potem siadaliśmy i do nocy powtarzaliśmy materiał. Raz miał napisać streszczenie Balladyny. Ciągle smęcił, że nie da rady. W końcu wypaliłam: „Maciuś, główkuj trochę. Masz komputer, przeczytaj inne streszczenia, zobacz, co inni myślą”. I zaskoczył mnie. Napisał wypracowanie.

W nowej szkole Maciek pozaliczał wszystkie przedmioty. Z zachowania dostał dobry. Miał inne przyzwyczajenia. Nie wiedział, że trzeba podnieść rękę, żeby coś powiedzieć. Trochę też pyskował nauczycielom. Ale rozumiałam go. Od małego był wyzywany od syna kalek. Gdy podrósł, zaczął walczyć. I w tej nowej szkole nie pozwalał się ustawić. Jednak w końcu musiałam interweniować. Poradziłam mu: „Trochę pokory. Czasami spuść głowę, przytaknij. Ale zawsze myśl swoje”.

Maciek: – W pierwszych dniach rywalizowałem z Oskarem. Od dawna miał mamę tylko dla siebie. Jego brat i siostra pracowali w Niemczech. Ale pojawiłem się ja. Ciocia zaczęła dzielić miłość. Byliśmy zazdrośni o siebie. Nazwałem Oskara pępkiem świata. To uraziło ciocię. Wyszła z pokoju, popłakała się. Potem tłumaczyła: „Słuchaj, Maciuś, wszystkie wakacje spędzałeś u nas na wsi. Zawsze byłeś bardzo ważny. Kocham Oskarka. Ale ciebie też. Obaj jesteście moimi synami”.

Ciocia wyręczała mnie z obowiązków domowych. Więc postawiłem się, ale w dobrej sprawie. Pomagałem targać miskę z praniem. Po kryjomu posprzątałem samochód. Jednak wciąż się krępowałem. Nie wiedziałem, czy mogę zajrzeć do lodówki, wyciągnąć chleb z szafki. Czułem się jak gość, nie domownik. Ciocia nie była gotowa na mój przyjazd, trudno się dziwić. Martwiła się, że zabrakło dla mnie łóżka, że dostałem materac. Przekonywałem ją: „Mogę tak spać nawet do osiemnastki”. Niedawno kupiła farbę i pędzel. Chciała pomalować mój nowy pokój. Więc zabrałem narzędzia, okleiłem wszystko taśmą malarską i sam odnowiłem ściany. Ale wciąż nie odbierałem telefonów. Bałem się opieki społecznej.

Nie, nie miałem żadnej załamki. To zdziwiło moją koleżankę, która zarzuciła, że nic po mnie nie widać. A po co się obnosić?

Ewa: – W lesie obok domu Maciek odkrył ławkę. Chodził tam z psami i spędzał sporo czasu po pogrzebie. Dzwonił czasem do kumpli z Gdyni, bo tutaj jeszcze nikogo nie znał. Mógł mieć różne myśli po stracie taty. Więc szłam za nim do lasku. Obserwowałam go, a potem z ulgą wracałam do domu.

Ktoś powie: wzięła chłopaka, bo ma rentę po mamie i zasiłek dla sierot. Łącznie nieco ponad 1000 złotych. Nie mogę tego słuchać. Przygarnęłam Maciusia, bo go kocham. Nawet kiedyś obiecałam Rysiowi: „Nie ruszę złotówki twojego syna. Niech ma na przyszłość”. Choć nam też się nie przelewa, umeblowaliśmy ostatnio pokój Maćka. Sam wybrał stolik i narożną kanapę, żeby było gdzie z kumplem posiedzieć, a w nocy spać niczym król. Kupiliśmy też rower z komisu. W starym miał dziurawą dętkę. Tak mnie za wszystko wyściskał, że prawie zemdlałam.

Złożyłam wnioski o rodzinę zastępczą i opiekę prawną nad Maćkiem. Usłyszałam, że mam dostarczyć opinię psychologa. A że chłopaki mieli panią Bognę, to zadzwoniłam do niej. „Proszę, żeby nas pani przebadała jako rodzinę” – powiedziałam. A ona: „Kogo mam badać? Przecież pan Ryszard opowiedział mi wszystko o pani i mężu. Z taką opinią dostaniecie nawet pięcioro dzieci”. I napisała, o co prosiłam. Potem dowiedziałam się, że obok mnie mieszka pani, która pracuje w urzędzie. Poszłam po pomoc. Stresowałam się, w końcu to urzędniczka. Ale drzwi otworzyła mi kobieta z lekko rozczochranymi włosami. Prosiła, żebym wpadła za jakiś czas do jej kancelarii w Wejherowie, bo teraz jest zajęta malowaniem obrazu. Tak zrobiłam. W budynku, gdzie urzędowała, zatrzymał mnie portier: „Do kogo? A, do pani kurator, naszej kierowniczki. Proszę tędy”. Nie chciałby mnie pan wtedy zobaczyć. Zbladłam ze strachu. Nie wiedziałam, że to kuratorka!

Czekała na mnie w gabinecie. Siedziała za biurkiem, kroiła gruszkę w plasterki i mówiła: „Tutaj masz gruszeczkę. Jedz, Ewunia, jedz”. Proszę pana, jak ona mnie tym rozczuliła. W sekundę minęły wszystkie strachy. Potem pochwaliła nas za opinię psychologa. Sama też była kiedyś rodziną zastępczą. Ale na decyzję w sprawie Maćka kazała poczekać.

Minęło kilka dni i nic. Zadzwoniłam do niej. „Nie martwcie się. Niedługo przyjdzie do was kurator”. Rzeczywiście, przyszedł. Tylko nie spodziewałam się, że to będzie ona. Podczas wizyty miała na sobie piękną minióweczkę i rajstopki, które podarły skaczące psy. Pytała: gdzie śpi Maciek, jaki ma pokój, jak go traktujemy, czy jesteśmy skłóceni w rodzinie, czy mąż ma stałą pracę. Siedziała półtorej godziny. Gdy wychodziła, ponownie kazała czekać. Tym razem na decyzję sądu.

Maciek: – Niedawno byłem z ciocią na cmentarzu. Całą drogę lał deszcz. Dojechaliśmy na miejsce, deszcz ustał. Ciocia powiedziała: „Twój tata czuwa nad nami”. Bez pośpiechu postawiliśmy kwiatki. Zapaliliśmy znicze. Wróciliśmy do auta. I znowu lunęło.

Miałem jeszcze inną, podobną sytuację. Przed snem bawiłem się komórką, przeglądałem kontakty, mignął mi numer taty. Pomyślałem, że zadzwonię do kumpla, który był obok na liście. Kilka sygnałów. Dłuższa cisza. Spojrzałem na ekran. Zauważyłem, że źle kliknąłem, wybrałem komórkę taty. Ale nie rozłączyłem się, słuchałem, co będzie dalej. Nie zgadniesz, kto odebrał. Ciocia.

Ewa: – 29 czerwca pojechaliśmy z Maćkiem do sądu. Tam znowu przekonywaliśmy, że kochamy się, że od zawsze spędzamy razem wakacje. Sędzia przyjazny. Ciągle notował. Spoglądał w opinie kuratora i psychologa. W końcu ogłosił: „Jesteście państwo rodziną zastępczą. Musicie teraz przejść szkolenie w powiatowym centrum pomocy rodzinie. To pięćdziesiąt godzin lekcji”. Zastanawiałam się, po co. Przecież wychowałam troje dzieci, poradziłabym sobie z czwartym.

Ale radość nie trwała długo. Sędzia dodał, że za rok musi umieścić Maćka na liście adopcyjnej. Zapewnił nas o pierwszeństwie do niego. „To ja chcę Maciusia dzisiaj!”, wypaliłam. Nic z tego. Sędzia tylko powtarzał, że przecież nikt nie weźmie takiego starego konia. Uśmiechnął się, po czym podpisał wyrok.

Ewa: – Nie obudziłam? Przepraszam za porę. Ale muszę to powiedzieć. Gdy wyjechał pan od nas, Maciek spotkał się ze znajomymi, Oskar zajął się zabawą, a ja miałam trochę czasu dla siebie. Oglądałam zdjęcia z Rysiem. Popłakałam sobie. Przeczytałam wszystkie teksty o nim i Maćku. Przejrzałam reportaże telewizyjne. Chciałam przypomnieć sobie głos brata. Bo wygląd jest ważny, ale głos ważniejszy. Trwalszy niż zmarszczki.

Ale nie to chciałam powiedzieć. Niech pan słucha.

Dzisiaj o szóstej nad ranem zadzwoniła do mnie córka. Śnił jej się Rysiek z Jolą. Że wrócili z nieba do Gdyni. Że Maciek wprowadził się do starego mieszkania. Tam zajmował się rodzicami, zmieniał im pieluchy, gotował. Przypuszczam, że Rysio przyszedł do niej, bo chciał ją uspokoić. Tym snem zostawił nam wiadomość: niech Maciek nie wraca do Gdyni, niech zostanie w Nadolu.

LALKA Z TRAWYProf. Magdalena Fikus, osiemdziesiąt dwa lata

Mieszkałam w Radości, wsi pod Warszawą. Trwała niemiecka okupacja. Tata, inżynier w fabryczce telekomunikacyjnej, zarabiał 200 złotych. Za mało, by przeżyć. Na szczęście do budżetu dokładała się mama. Robiła krówki, a tę słodką umiejętność zamieniała na pieniądze. Pakowała mężowi cukierki w torby i wysyłała go na obchód okolicznych wsi, sklepów. W miesiącu z krówkowego biznesu mieliśmy więcej niż z fabryki. Nie cierpieliśmy biedy.

Ale proszę nie myśleć, że było nas na wszystko stać. Mnie, sześciolatce, najbardziej brakowało zabawek. Pierwsze podejrzałam u koleżanek z tajnych kompletów. Miały lalki! Potwornie im zazdrościłam. Nie mogłam zrozumieć ani pogodzić się, dlaczego jeszcze żadnej nie dostałam. Poskarżyłam się rodzicom. Jak zareagowali? Zrobili mi własną. Z trawy.

Najpierw znaleźli na polu solidną kępę zielska. Mówili, że to nie mogła być zwykła traweczka z ogródka przed domem, tylko perz – pali roślinę, myli ją. Z korzonków zrobili włosy. Wiedzieli, że dla mnie, dziewczynki, będą ważne. Upletli dwa warkoczyki, a ich końce ozdobili kokardkami. Poniżej włosów skręcili trawę. Tak powstała kulka, którą przewiązali nitką. Dzięki temu laleczka miała już głowę. Oczami były przyszywane guziczki.

Następnie zajęli się tułowiem. Z zielonych pędów zrobili rączki, talię, długą spódnicę. Nóżek nie było. Nie starczyło perzu, więc nie szło ich sklecić. Ale żeby lalka przypominała zabawki koleżanek, mama uszyła jej jeszcze ubranie na maszynie Singera. A ja, prawdopodobnie z jakiegoś pudełka, przygotowałam dla niej łóżeczko.

Długo nie cieszyłam się zabawką. Po miesiącu uschła: odpadły włosy, pożółkły rączki, zwiotczał brzuszek. Nie, nie miała imienia. Nawet nie pamiętam, co z nią robiłam. Ale to była moja jedyna lalka w życiu. Kolejnej nie dostałam, bo wkrótce skończyła się druga wojna światowa. A wraz z nią moje dzieciństwo.

JESTEŚMY PODGLĄDANI

Osiem minut do piętnastej. Czteroletni Dawidek układa klocki na podłodze. Buduje most obok dywanu przypominającego tor wyścigowy. Musi lubić samochody, skoro nawet jego łóżko ma kształt wyścigówki. Reszta pokoju typowa: pomarańczowe ściany, taborecik i stolik, gdzie walają się rysunki, biurko, telewizor, tablica do mazania kredą. Dawidek nie tak często przebywa w tym pokoju, bo musi jeździć do szpitala. Wszystko przez wadę wzroku i niedosłuch.

Cztery minuty do piętnastej. Mieczysław, tata chłopca, idzie otworzyć drzwi. Najpierw wpada dwuletnia Sandra. Wulkan energii, żywiołowa i głośna. Rodzice ciągle ją proszą, żeby zwolniła, bo kiedyś wpadnie na szklany stół w salonie. Po Sandrze pojawia się Weronika z plecakiem. Ma dziewięć lat, jest uczennicą szkoły sportowej. Interesuje się modą i malowaniem, a niedawno polubiła siatkówkę. Za dziewczynkami wchodzi jeszcze mama, Barbara. Wprowadza wózek młodszej córki.

Cztery minuty po piętnastej. Dzieci już przy stole. Wcinają jogurty, co chwilę któreś staje na krześle i wygłupia się. Mieczysław lata dookoła ze ścierką i przeciera blat utytłany jedzeniem. Schodzi do nich mama, która przed chwilą rozwieszała pranie na piętrze. O, pojawia się też Kacper, najstarszy z dzieci. Trzynastolatek właśnie wrócił z gimnazjum. Dołącza do reszty.

Tych kilka scen pochodzi z internetu, w którym Dzikowscy relacjonowali swoje życie. Bez przerw, na żywo, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Jednego dnia mieli nawet dwieście tysięcy gości. Byli podglądani w sypialni, biurze, pokojach dzieci, salonie, kuchni i korytarzach mieszkania. Gdy potrzebowali prywatności, wychodzili do łazienek. Tylko tam nie zainstalowali kamer.

Na stronie internetowej Dzikowskich widniało dwanaście okienek. Każde odpowiadało jednej kamerze w domu. Wystarczyło kliknąć i już wiedziało się, co robi rodzina z Poznania.

– Zaczęliśmy nadawać 11 listopada w południe – tłumaczy Barbara. – Na początku myśleliśmy, co zrobić, żeby poznali nas widzowie. Postanowiliśmy usiąść wieczorem na kanapie i całą paczką obejrzeć film.

Jednak internauci pokrzyżowali plany rodziny. Tego samego dnia zamówili jej pizzę do domu. Było też sushi, kebab i kanapki. Przyszła paczka z gwoździami. Ktoś chciał nawet zaciągnąć na Dzikowskich pożyczkę i umówił im dwie prostytutki.

Mieczysława, męża Barbary, najbardziej śmieszyła pizza. Bo gdy za pierwszym razem otworzył drzwi, usłyszał: „Cola gratis”. Z żoną pomyślał, że może ludzie będą wysyłać im prezenty. Ale internauci zaczęli również dzwonić do Dzikowskich. Jedni natychmiast się rozłączali, drudzy gratulowali pomysłu, a trzeci wyzywali od patologii. Rodzina nie wytrzymała, gdy ktoś zadzwonił o pierwszej w nocy. Wtedy zgłosiła policji, że jest nękana.

Firma i strona internetowa z kamerami należą do Barbary. To ona jest ich formalną właścicielką. Z kolei Mieczysław, który pozostaje na bezrobociu, pomaga przy biznesie.

Barbara: – Przecież kamery są wszędzie. W sklepie, szkole, urzędzie. Nawet na ulicy jesteśmy podglądani! Co z tego, że mamy je w domu?

Mieczysław: – Jedno musimy przyznać. Zainstalowaliśmy je z kilku powodów. Przede wszystkim chcieliśmy zarobić. Kamery to nasza praca. Myśleliśmy, że dzięki nim zgłoszą się reklamodawcy. Że będziemy brali od nich jakiś produkt, a potem używali go w domu. Nie przemyśleliśmy tylko kwestii dzieci. Nie zamierzaliśmy na nich zarabiać, po prostu za szybko wystartowaliśmy z projektem. Z dziećmi chyba poszła lekka prowokacja z naszej strony.

Barbara: – Nie, nie. Zrobiliśmy błąd. Życie rodzinne utrudniło nam dopracowanie szczegółów. Bo, wie pan, czworo dzieci oznacza poczwórne obowiązki.

Mieczysław: – Pytaliśmy, czy godzą się na kamery we własnych pokojach. Nie było protestów.

Barbara: – Dlatego nadal dziwią mnie zarzuty, że wykorzystujemy dzieci, bo pokazujemy je światu. A co z rodzicami, którzy idą na plażę z córką albo synem? Reszta ma zakrywać oczy, bo oni akurat przyszli? I proszę zapytać dorosłych, którzy wrzucają fotki dzieci do internetu, czy nie łamią prawa.

A może chce pan kawy? Bo ja muszę się napić. Wolę kawę niż papierosy. Teraz wypalałabym ich chyba ze czterdzieści dziennie.

Mieczysław śmieje się. – Potem byłoby w internecie, że palisz i pijesz. Że patologia u nas.

Biznes Dzikowskich kosztował kilkadziesiąt tysięcy złotych. Tyle rodzina zapłaciła za kamery, serwer i stronę internetową. Dzięki oprogramowaniu wiedziała, kto ją ogląda. Najchętniej domowników śledzili ludzie w wieku od osiemnastu do dwudziestu pięciu lat. Ci internauci pochodzili z Warszawy, Poznania, Trójmiasta i Wrocławia. Łącznie z innymi użytkownikami co dzień wyświetlali stronę Dzikowskich po 200 tysięcy razy. Najmniej kliknięć było 13 listopada. Rodzina przypuszcza, że to przez zamachy w Paryżu i mecz Polski z Islandią.

Kamery służą Dzikowskim nie tylko do zarobku. Na przykład w sobotę dostali SMS-a od widza: „Pranie wam się przewróciło na balkonie”. Albo: „Panie Mietku, zapomniał pan zgasić światło w sypialni. Proszę oszczędzać energię”. Dzięki kamerom Barbara wiedziała też, co robią jej dzieci. Kiedy siedziała w salonie, mogła podglądać Dawida w jego pokoju. Kiedy wychodziła z mężem z domu, patrzyła, czy Kacper wrócił ze szkoły.

– A co z intymnością? – pytam.

– W telewizji stwierdziłam, że na razie nie przewiduję seksu. To była prowokacja. Bo w życiu nie zgodziłabym się na sceny łóżkowe przed kamerami! – śmieje się Barbara. – Jesteśmy ludźmi, też potrzebujemy intymności. Tylko zwykle nie mamy czasu na seks. Dzieci wyciągają z nas tyle energii, że wieczorem padamy.

– Nocami po prostu wyłączaliśmy kamery w sypialni i pokojach dzieci – dorzuca Mieczysław.

– Ale ja szybko oswoiłam się z tym, że ktoś nas podgląda – wtrąca Barbara. – I wcale mnie to nie krępuje. Bo wciąż mówię, co chcę. Jestem na tyle otwarta, że porozmawiałabym nawet z hejterem. Zresztą, pokażę panu, co pisali nam internauci.

„Życzę wytrwałości, jestem z wami”.

„To chore, co robicie”.

„Dziękuję, że jesteście”.

„Kobieto, jeśli masz odrobinę uczuć, to wyłącz te kamery, połóż spać dzieci i nie poniżaj się. Twój mąż, oprócz oglądania telewizji, niewiele umie. Nie dziwi mnie, że musi sprzedawać dzieci. Szkoda tylko, że one cierpią za takich nieudaczników jak wy. Ty za burdelmamę własnych dzieci robisz”.

„Podziwiam za wytrwałość i konsekwencję. Jako prawnik potwierdzam, iż nie łamie pani żadnego przepisu ani aktu prawnego (...)”.

„Na dzień dobry byłam zniesmaczona, jak można siebie pokazywać. Na razie oglądam was sporadycznie. Z jednej strony zazdroszczę wam takiej rodzinki, a z drugiej chciałabym toczyć takie życie w przestrzeni mieszkaniowej jak wy. (...) Trzymamy kciuki”.

– O, widzi pan. Ludzie myślą, że to nasz dom. A to nieprawda. Mieszkanie wynajęliśmy z opcją kupna na trzy lata. Władowaliśmy w nie kupę pieniędzy. Bo były tu tylko ściany i podłogi – mówi Mieczysław.

Barbara przerywa mężowi, bo znalazła jeszcze jednego SMS-a. „Każdy ma prawo robić to, co chce, i jak chce. Życzę góry pieniędzy, niech ludziom szczęki opadną”.

13 listopada 2015 roku interweniuje Marek Michalak, ówczesny rzecznik praw dziecka. Zwraca się do Sądu Rejonowego w Poznaniu, żeby przyjrzał się Dzikowskim. Rzecznik uważa, że kamery naruszają prywatność dzieci. Sąd zgadza się z Michalakiem. Natychmiast wyznacza rodzinie kuratora. Zakazuje publikowania wizerunku dzieci. Wszczyna też postępowanie w sprawie ograniczenia Dzikowskim władzy rodzicielskiej.

– W tej interwencji chodziło tylko o wyłączenie kamer? – dopytuję rzecznika.

– Miałem na celu zabezpieczenie dobra dzieci – wyjaśnia Michalak.

– A co z dorosłymi, którzy wrzucają do internetu zdjęcia swoich dzieci? Na przykład z plaży w stroju kąpielowym. Ich też powinniśmy karać?

– Rodziców należy przede wszystkim edukować, a nie karać. Z reguły nie chcą źle, po prostu czasami zapominają, że ich zdjęcie lub film zobaczy więcej osób niż krąg bliskich i zaufanych. W publikowaniu przez rodziców przyzwoitych materiałów dzieci trudno doszukiwać się znamion łamania prawa. Ale jeżeli dorośli chcą to robić, powinni traktować sieć z należytą ostrożnością.

Po interwencji rzecznika policjanci odwiedzili żłobek Sandry, najmłodszego dziecka Dzikowskich. Pytali, czy dziewczynka jest dobrze wychowywana, czy nie ma z nią problemów. To zdziwiło rodzinę, która myślała, że policja powinna przyjść najpierw do nich.

Zamiast policji do drzwi Dzikowskich zapukał Miejski Ośrodek Pomocy Rodzinie. Barbara zaprosiła urzędników do środka, ale odmówili. Nie zgodzili się na rozmowę przy kamerach. Zaproponowali spotkanie w ośrodku.

– Tylko że my nawet nie wiemy, od czego zaczęła się nasza sprawa. Prawdopodobnie od pisma rzecznika. Na dodatek wciąż nie znamy podstawy wszczęcia postępowania wobec nas – twierdzi Mieczysław.

– Dzisiaj powiedziałam kuratorce, że dla sądu najważniejsze jest to, aby nas oskarżyć. I żebyśmy się zamknęli. Ale my nie ulegniemy! – denerwuje się Barbara. – Bo jak ma się czuć obywatel, kiedy przychodzi do niego akt oskarżenia, a on nie był na żadnym przesłuchaniu? Wydawało mi się, że najpierw trzeba kogoś wezwać i z nim porozmawiać. A tutaj? Nie mieliśmy okazji bronić się. Potraktowano nas jak śmieci. Nawet internauci nie skrzywdzili nas tak jak ten sąd.

Barbara też kiedyś potrzebowała pomocy. Prosiła o nią w prokuraturze, sądach, na policji i u rzecznika praw dziecka. Tylko nikt nie chciał zainteresować się jej sprawą. Wtedy Dzikowscy mieszkali pod Warszawą. Żyli w jednym domu z Jarosławem, byłym mężem Barbary. Miał Niebieską Kartę, był alkoholikiem. Sąd pozbawił go władzy rodzicielskiej. Bo podpalał własne mieszkanie albo wkładał zapałki w zamek drzwi. Bo odcinał kabel od ciepłej wody. Bo nie płacił alimentów. Bo wyzywał Barbarę, gdy chodziła na policję i zgłaszała przemoc w domu. – Niestety, wszystkie sprawy były umarzane – mówi matka.

Dzikowscy musieli uciekać. Wyprowadzili się do Poznania w 2013 roku. Były mąż został w mieszkaniu.

– Nie mamy tutaj żadnych bliskich. Tylko znajomych. Obok mieszkają jeszcze fajni sąsiedzi. Ale jak jedni z nich usłyszeli o kamerach, stwierdzili, że do nas nie przyjdą – opowiada Barbara i wyciąga pismo od rzecznika praw dziecka z 2011 roku. – To wtedy pisałam do niego z prośbą o pomoc. Ale odmówił. Więc teraz chciałabym z nim porozmawiać. Dowiedzieć się, dlaczego odrzucił nas kilka lat temu. Dlaczego pozwolił, żeby facet bez władzy rodzicielskiej mieszkał ze swoimi dziećmi. Bo co, byłam wtedy szarą myszką, która nie potrafiła dostać się do mediów?

Czuję, że sąd podchodzi do nas na zasadzie – Dzikowscy mają zarabiać na kamerach? To lepiej utnijmy im biznes. A przecież jesteśmy normalnymi ludźmi. Gdyby ktoś przyszedł do nas i powiedział: „Nie nagrywajcie już dzieci”, posłuchalibyśmy.

Ludzie, którzy oglądali Dzikowskich, założyli czat. Tam wymieniali się informacjami o rodzinie.

Wiadomo więc, że kamery nagrały, jak Dawidowi spadły spodnie. Chłopak biegał przez chwilę po domu w samych majtkach. Wiadomo, że Sandra zachwiała się na krześle i z niego zleciała. Niektórzy internauci pisali też o Weronice:

„Ich córka sukienki przebierała. Możliwe, że mam skrina”.

„Wrzucisz? Sam jestem ciekaw, bo nie dowierzam”.

„Nie mogę znaleźć streama, ale widziałem, jak przebierała się w pierwszy dzień ich działalności. Miała stanik”.

Jeden z użytkowników czatu zastanawiał się, czy nie wezwać straży do domu Dzikowskich. Chciał zmyślić pożar w ich mieszkaniu.

Poza czatem ktoś zorganizował jeszcze konkurs o rodzinie Dzikowskich. Jego autor zaznaczył, że osoba, która zdobędzie najwięcej punktów, otrzyma dyplom wiernego widza i błogosławieństwo. A pytano, gdzie Kacper chodzi do szkoły. Ile lat i miesięcy ma Sandra. Jakie jest ulubione danie Dawida. Albo o której godzinie Weronika kończy lekcje.

– Takimi sprawami powinna zajmować się policja. Przecież ktoś chce śledzić moje dziecko w drodze do szkoły. Owszem, ludzie mogą nas komentować. Takie ich prawo. Ale niech nie czepiają się i nie wyzywają dzieci – podsumowuje Barbara.

Do salonu wbiegają Sandra z Dawidem. Proszą mamę, żeby wzięła ich na ręce.

Barbara: – No i niech pan zobaczy, jak one się kochają. Sandra, przytul braciszka. Pięknie! A teraz daj mu buzi i strzelcie sobie żółwika.

Mieczysław śmieje się. – Zaraz kręgosłup ci strzeli!

Dzikowscy mówią, że dają dzieciom to, czego sami nie mieli. Rodzina jest dla nich wszystkim. Bo Barbarę porzuciła matka. Musiała mieszkać u babci. Dziadek jak popił, to wbijał siekierę w drzwi. Nikt nie wytłumaczył Barbarze, czym jest miesiączka. Babcia omijała ten temat. – Tam chodziło o to, żeby były pieniądze na papierosy i alkohol. Do dzisiaj tak jest.

A Mieczysław? Wychował się na wsi, blisko białoruskiej granicy. Jego ojciec pił, czasami podpalał dom. Gdy się zdenerwował, też łapał za siekierę. Mieczysław zerwał kontakt z ojcem. Dopiero za namową żony pojechał do niego, żeby pokazać mu dzieci.

– Gdyby nie Mietek, to nie wiem, co działoby się ze mną. To on pomógł mi przejść przez piekło z byłym mężem – wzdycha Barbara. – Jesteśmy małżeństwem od pięciu lat. Owszem, nie zgadzamy się w niektórych kwestiach. Ale staramy się uzupełniać. Nawet jak nie powieszę prania, mąż zrobi to za mnie. No, może czasami za dużo gada.

Dzikowscy wypracowali kilka zasad w swoim domu. Przede wszystkim nie piją ani nie palą. Lubią mieć wszystko na czas, więc dzieci zawsze wcześniej odrabiają lekcje (czasami ten porządek zaburzają choroby). Każdy po sobie sprząta. Barbara wątpi, żeby ktokolwiek miał tak czysto w domu przy tylu dzieciach. Rodzice uczą je obowiązkowości i prawdomówności. Jeśli nabroją, powinny ponieść konsekwencje. Dzikowskich nie na wszystko stać. Wiele rzeczy kupują z wyprzedzeniem. Czasami chodzą do pięciu albo sześciu sklepów, zanim znajdą najkorzystniejszą cenę.

– Kamerami chcieliśmy też pokazać ciepło domu. Zamierzaliśmy organizować u siebie warsztaty dla rodzin. Każdy mógłby do nas przychodzić. Pieklibyśmy razem ciastka, malowali, wymieniali się zabawkami za symboliczną kwotę. Bo rodzice je wyrzucają. Ostatnio znaleźliśmy pod śmietnikiem książki. Ze dwieście ich było. Trzej muszkieterowie, Ania z Zielonego Wzgórza, nawet Osiecka! Zadzwoniłam do męża, żeby zszedł i pomógł mi je zabrać do domu. Żaden wstyd.

Po interwencji rzecznika i sądu Dzikowscy włączali kamery tylko wtedy, gdy dzieci były poza domem. Przez to zmalały im wyświetlenia strony. Reklamodawcy przestali się zgłaszać. – Nikt nie chce inwestować pieniędzy w coś, co może nie przetrwać – mówi Mieczysław.

– A przetrwa?

– Mamy nadzieję. Tylko nie wiemy jeszcze, co zamierza sąd – dodaje Barbara. – Teraz chcielibyśmy nieco zmienić formułę projektu. Może zrobilibyśmy dodatkowo coś w stylu czatu. Dzięki temu ludzie w określonych godzinach mogliby do mnie pisać albo dzwonić.

– Kamery zmieniły rodzinę?

– Czujemy się skopani przez sądy. Dlatego będzie rewolucja – kontynuuje matka. – Bo Dzikowscy nie pozwolą, aby niszczyła ich władza. Tyle lat walczyłam z przestępstwami byłego męża, a teraz wszystko obróciło się przeciwko mnie.

– Przyzwyczailiśmy się do nienawiści. W domu pod Warszawą nikt nam nie chciał pomóc. Nawet rodzina. Przez ten projekt staliśmy się jeszcze bardziej zawzięci – twierdzi Mieczysław.

– Było warto?

– Tak, zamieszanie wokół kamer utwierdziło mnie w tym, że sąd, policja i prokuratura krzywdzą ludzi. Powtórzylibyśmy projekt od początku. Ale tym razem bez dzieci – wyjaśnia Barbara. – Nawet przepraszaliśmy w telewizji. Tylko nie do końca wiedzieliśmy za co. Czasami człowiek przeprasza, żeby ludzie myśleli: no, odpuścili sobie. A my się nie poddamy! Będziemy walczyć. Dlatego powiedziałam ostatnio kuratorce: „Jeśli ktoś chce zabrać mi dzieci, musi mnie najpierw zabić”. I niech pan to napisze.

*

Po dwóch latach znowu odwiedziłem Dzikowskich. Nie usunęli kamer z domu. Nadal transmitowali swoje życie, dwie godzinny dziennie. Bez dzieci, bo sąd zabronił publikacji ich wizerunku. Spadła przez to oglądalność kanału. Wciąż byli rozpoznawalni w Poznaniu. Na ulicach Barbarę zaczepiali ludzie.

Ale mimo to rodzina zbankrutowała, na transmitowaniu swojego życia nie zarobiła ani grosza. Od pół roku zalegali z czynszem za apartament. Bali się eksmisji i rozważali powrót do Warszawy, gdzie mieszka były mąż Barbary. Na wszelki wypadek zainstalowali mu kamerkę w domu. Czasami uruchamiali ją i śledzili, czy niczego nie demoluje.

Po naszym ostatnim spotkaniu Dzikowscy przestali odbierać telefony.

GOGJacek, sześćdziesiąt jeden lat

Dorastałem na warszawskich Bielanach. W czwartej klasie każdego dnia miałem pięć godzin lekcji. Wtedy nie szło się samemu do domu. Jeśli wracaliśmy, to bandą. Odprowadzaliśmy się, błądziliśmy, nadrabialiśmy drogi, żeby tylko pobyć ze sobą dłużej. Jeden dzieciak z naszego stada, taki Tomek, był świetnym uczniem. Wykorzystywaliśmy go do czytania. Jak mieliśmy lekturę albo dobrą książkę, przerywaliśmy drogę do domu, siadaliśmy na murku i Tomek czytał wszystkim na głos. Robił to płynnie, szybko, podczas gdy myśmy jeszcze sylabizowali, dukali. Nie zająknął się nawet przy Winnetou.

Kiedy wreszcie docierałem do domu, rzucałem w kąt klipę, czyli plecak, wyjadałem lodówkę i dzida na dwór! Świat przestawał istnieć. Lekcje? Po co to komu? Lepiej było szaleć, zanim rodzice wrócili z pracy. Bo już o 17.30 na osiedlu rozlegał się alarm. Moja mama krzyczała z okna: „Jaaaaaaacek, obiad!”. Nigdy jej nie widziałem, ale zawsze ją słyszałem. Wracałem do domu, wcinałem w locie i znów na zewnątrz.

Najchętniej łupałem z kolegami w nogę. Były dwie piłki na całą bandę. Kosztowały majątek, traktowaliśmy je jak świętość. Mecze? Gdzie tam! Wymagały mnóstwa dzieciaków, a nas biegała czasami trójka albo czwórka. Dlatego wymyśliliśmy kwadraty. Na żużlu rysowaliśmy tyle figur, ile osób. Każda wchodziła do swojego kwadratu. Niekiedy dołączały dziewczyny z większą ilością testosteronu. Co do zasad: piłkę przebijało się głową i nogą na pole sąsiada. Mogła tylko raz odbić się w twoim kwadracie. Jeśli ponownie dotknęła ziemi, kusiłeś. Jeśli wykopałeś na aut, kusiłeś. Dziesięć błędów i wypad. W trakcie zabawy dochodzili nowi zawodnicy. Wystarczyło, że dorysowali swój kwadrat. Nieraz z dwóch zawodników robiło się dziesięciu. Graliśmy godzinami.

Jeśli się znudziliśmy, zmienialiśmy formułę. Wtedy spotykaliśmy się przed garażami. Były długie, szerokie jak blok. Ich ściany wykorzystywaliśmy do zabawy w goga. Cholera wie, skąd ta nazwa. Gog miał tylko dwie reguły: piłka musiała być ciągle w ruchu i trzeba było trafić nią w ścianę. Jeśli ktoś nie pocelował, dostawał literę. Gdy uzbierał „gog”, wylatywał. Ile przy tym się nalataliśmy! Bo co mądrzejszy kopał piłkę mocniej. Wtedy przeciwnik gonił za nią na drugi koniec podwórka.

Goga nie znosili dozorcy niektórych bloków. Zabierali nam piłki. Darli się, że dudnimy o ściany, że przeszkadzamy mieszkańcom. Przepędzali nas. Ale na szczęście cieć z mojej klatki tolerował zabawę. Jego syn też grał. Bawił się nawet z dziećmi profesora czy robotnika. Rozumiesz, zero kast z powodu forsy albo pochodzenia. Wszyscy tak samo biedni. Nie dzieliła nas polityka. To, że mama kumpla działała w Komitecie Centralnym, nikogo nie obchodziło.

To piękne, że my, dzieciaki, byłyśmy równe.

[...]