Podwójna tożsamość bogów - Michał Cetnarowski - ebook
Opis

Jaka jest Podwójna tożsamość bogów współczesnej popkultury?

Jeśli czytasz książki, oglądasz seriale, znasz Blade Runnera i grasz w Wiedźmina, ta książka jest dla ciebie. Jeśli nie, a chcesz po prostu się dowiedzieć, w jakim rytmie bije dziś serce kultury popularnej, także musisz zajrzeć do środka.

Podwójna tożsamość bogów to zbiór esejów, rozmów i recenzji poświęconych literaturze popularnej, kinu i komiksowi. Znalazły się tu m.in. teksty o fenomenie prozy Andrzeja Sapkowskiego, Roberta M. Wegnera i Jacka Dukaja, komiksach Alana Moore’a i Neila Gaimana, filmach fantastycznych wczoraj i dziś, książkach i autorach wartych zapamiętania. Michał Cetnarowski od lat nie tylko pisze prozę, tłumaczy komiksy i redaguje beletrystykę, ale też z fascynacją przygląda się kulturze popularnej.

Podwójna tożsamość bogów to książka, którą zawsze chcieliście przeczytać, tylko nigdzie nie mogliście jej znaleźć.

***

Właśnie na takie książki patrzyłem z zazdrością w amerykańskich księgarniach – pełne znakomicie podanej, fascynującej i merytorycznej wiedzy o popkulturze. I teraz nie dość, że mamy coś takiego po polsku, to jeszcze mamy w Polsce autora, który potrafi tak pisać.
Kamil Śmiałkowski, publicysta, badacz kultury popularnej

Michał Cetnarowski nie tylko w świetnym stylu przekazuje swoją wiedzę, ale także – może nawet przede wszystkim – daje dowód pielęgnowanej od dzieciństwa pasji. Dla dzielących tę pasję to lektura obowiązkowa. Dla niedowiarków, którym kultura popularna w całym swoim bogactwie wciąż pachnie banałem – tym bardziej. Na Odyna! Czytajcie i doceniajcie!
Katarzyna Borowiecka, Program III Polskiego Radia

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 573

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Mamie, za pierwsze Batmany, Punishery, Spider-Many. Gdyby nie ta kontrabanda, historia mogłaby się potoczyć inaczej.

I z całą stanowczością sprzeciwiam się twierdzeniu pani McCloy, że każdy czytelnik, który pisze do autora, jest ipso facto psychopatą lub człowie­kiem nienormalnym. Może być po prostu samotny, po prostu wspaniałomyślny albo po prostu sprawia mu przyjemność pisanie listów.

Raymond Chandler, Mówi Chandler, tłum. Ewa Budrewicz

Wstęp

Choćby się próbowało z tym ukryć, daty nie kłamią: zebrane w tym tomie teksty powstawały przez ostatnią dekadę; pierwszy – Jęczący metal. O sequelach – ujrzał światło dzienne w 2007 roku. Kiedy podliczyłem wszystkie recenzje, artykuły, rozmowy, eseje i felietony, które od tego czasu popełniłem – między innymi na łamach „Nowej Fantastyki”, „Czasu Fantastyki”, „Miesięcznika ZNAK”, sieciowej „Esensji” czy „Creatio Fantastica” – wyszło mi, że gdyby się uprzeć, można by z tego złożyć i dwie podobne książki. Zamiast się upierać, przeczytałem te teksty raz jeszcze, skonsultowałem rzecz z nieocenioną Aśką Miką i wspólnie wybraliśmy te, które po uwspółcześnieniu wydają się wciąż aktualne, poszerzają pole walki o kulturę popularną, zdają się warte ocalenia.

Podwójna tożsamość bogów to próba uchwycenia fenomenów popkulturowych – w literaturze, kinie, komiksie – w momencie ich stawania się, in statu nascendi, jak mówią mądrzejsze głowy: w czasie, kiedy uniesienia są największe, a lektury smakują najmocniej. Jeśli już operować odbezpieczonymi podsumowaniami, zbiór ten potraktujmy jako stan gry na rok 2017.

Całość została podzielona na część z eseistyką, dyskusjami (pozdrowienia i podziękowania dla Pawła Majki, Piotra Górskiego, Radka Wiśniewskiego, Michała Foerstera i Maćka Parowskiego na gościnnych występach!) oraz recenzjami, których nie pokryła patyna czasu. Jaka w tej dekadzie była kultura popularna polska – i w Polsce? Mam nadzieję, że kształt tego słonia, oglądanego z subiektywnej perspektywy, udało się przynajmniej zarysować. Tematu nie da się oczywiście wyczerpać, ale to dobrze – sam z chęcią poczytałbym książki innych, które poruszają podobną tematykę, tylko gryzą ją od innej strony.

Jeśli kultura ma mieć wartość ponadczasową, a przynajmniej dłuższą niż życie blockbusterów w boxoffice’ach, wychodzę z założenia, że takie publikacje, komentarze i propozycje subiektywnego odczytania nie tylko mają sens, ale i są nieodłącznym towarzyszem działalności artystycznej i rozrywkowej pod wszystkimi niebami we wszystkich odległych galaktykach tego świata. Co piszę także po to, żeby rozgonić ewentualne wyrzuty sumienia tych wszystkich, którzy sięgną po tę książkę, patrząc z przyganą na wciąż rosnącą kupkę nowości do przeczytania, filmów do obejrzenia, seriali do nadgonienia. Na co byłoby to wszystko, jeśli nie moglibyśmy zatrzymać się choć na moment i przyjrzeć się temu raz jeszcze, przynajmniej na chwilę?

O to w tym przecież chodzi, Funky, o to w tym wszystkim chodzi.

Michał Cetnarowski

Historie, które się nie wydarzyłyESEJE

1. Socjologicznie, religijnie, historycznie?Trzy dekady fantastyki w Polsce

Fantastyka nie narodziła się w Polsce w 1982 roku, w którym z kolei narodził się magazyn „Fantastyka”; nie ma w tym stwierdzeniu nic kontrowersyjnego. A jednak to w minionych trzech dekadach polska literatura fantastyczna rozkwitła i przekształciła się nie tylko w nurt literacki, ale i zjawisko kulturowe: przeszła przez kolejne stadia rozwoju i przejrzała się pod różnym kątem w podstawianych sobie samej zwierciadłach.

Socjologią w gwiazdy

W lata 80. zeszłego stulecia polscy fantaści wchodzili pod ogromną presją. Nie chodzi tu o stan wojenny, tylko aurę Stanisława Lema, autora totalnego. Wydostanie się spod jego wpływu wydawało się niemożliwe – a więc paradoksalnie było konieczne, jeśli ktoś pragnął być twórcą oryginalnym. Oprócz Lema fantastykę pisali oczywiście także inni i osiągali wśród czytelników niemałą popularność – Konrad Fijałkowski, Jacek Sawaszkiewicz, duet Krzysztof Boruń i Andrzej Trepka to tylko niektóre przykłady – ale zakresem podejmowanych tematów, bezkompromisowością rozumowania czy sprawnością literacką nie zbliżali się oni do „mistrza”. Impulsem, który pozwolił otrząsnąć się z tego „kompleksu ojca”, było pojawienie się magazynu „Fantastyka”. Jak wspomina Maciej Parowski, już po kilku numerach ze zdumieniem odkryto, że pierwsze skrzypce w dziale z prozą polską szybko zaczynają grać nie „twórcy z dorobkiem”, a niosący powiew świeżości debiutanci. Jerzy Lipka z Co większymi muchami z pierwszego numeru wpisywał się w dystopiczny, antysystemowy nurt fantastyki spod znaku Janusza A. Zajdla. W kolejnych numerach dołączyli do niego debiutanci lub prawie-debiutanci: Andrzej Zimniak, Marek Baraniecki, Feliks W. Kres, Krzysztof Kochański, Rafał A. Ziemkiewicz, Tomasz Kołodziejczak, Jacek Piekara czy Marek Oramus, autorzy, których dzieliły metryka, zainteresowania czy estetyka, ale łączyło przekonanie, że fantastyką – i w samej fantastyce – można o coś powalczyć i coś zmienić.

Coraz częściej zaczynały powstawać „odchylone na prawo” teksty z nurtu fantastyki socjologicznej, a jednocześnie – dzięki coraz lepszemu poznawaniu twórczości autorów zachodnich – uczono się, że fantastyka może mieć wiele obliczy; odkrywano fantasy i oryginalny horror. Okazało się, że ten typ literatury to nie tylko SF spod znaku Lema – rozpoczęło się wychodzenie spod kopuły Lemowej legendy i autorytetu, łatwiejsze o tyle, że mistrz coraz głośniej zapowiadał odejście od beletrystyki i odcinał się od science fiction. I nawet jeśli za deklaracjami młodych autorów, piszących coraz częściej w „kontrze do Lema”, nie stała podobna jakość tekstów – dodajmy, że wywindowana na wyżyny, na które do dziś wspięli się nieliczni – to zmian nie dało się już zatrzymać. Ich motorem i głównym kołem zamachowym była twórczość Janusza Zajdla, najważniejszego pisarza SF tamtej epoki.

Choć debiutował on już w 1961 roku (opowiadanie Tau Wieloryba opublikowane w „Młodym Techniku”), a w latach 70. wydał trzy zbiory opowiadań i dwie powieści raczej dla młodszego czytelnika, to przełomowy dla jego twórczości był dopiero Cylinder van Troffa, wydany w roku 1980. To właśnie tam po raz pierwszy z takim natężeniem znalazły artystyczny wyraz literackie aspiracje autora. W kolejnych powieściach – Limes inferior (1982), Wyjście z cienia (1983), Cała prawda o planecie Ksi (1983), Paradyzja (1984) – pisarz konsekwentnie budował zamknięte, ciążące ku totalitaryzmowi światy, wzorowane na tym widzianym za oknami PRL-u, tylko że przeniesione w kosmos lub ziemską przyszłość. A potem rozkładał te konstrukty na czynniki pierwsze i obnażał ich fałsz, destruktywny wpływ na jednostkę, ułudę i zakłamanie.

Metoda nie była nowa – Swift, Smolarski, Huxley, Zamiatin czy Orwell świadkami – ale jej połączenie z tak aktualną i, wydawałoby się, niemożliwą w ówczesnych warunkach krytyką społeczno-polityczną ośmielało i fascynowało innych. Tam, gdzie nie docierał głos „poważnej” twórczości literackiej, kontrolowanej przez cenzurę, albo gdzie docierały jedynie kolportowane w znikomej liczbie samizdaty – odnalazła się „literatura dla młodzieży o kosmicznej przygodzie” i okazało się, że potrafi ona podejmować tematy całkiem dorosłe. Wkrótce za Zajdlem – lub równolegle do niego – poszli tacy twórcy, jak Edmund Wnuk-Lipiński, Marcin Wolski, Maciej Parowski, Marek Oramus czy Rafał A. Ziemkiewicz, a fantastyka socjologiczna stała się najistotniejszym nurtem całej dekady, promieniującym także na lata po transformacji. Stąd także wziął się spór o „fantastykę problemową” – czyli (w swym nurcie społeczno-politycznym) predestynowaną do brania się za bary z rzeczywistością i zobowiązywaną do reagowania na zmiany współczes-ności – oraz „fantastykę rozrywkową”, jaki z całą mocą wybuchł w dekadzie następnej. Stąd także coraz częstsze – i także zapowiadające kolejną epokę – zarzuty o zamykanie fantastyki w „getcie” przez krytykę i czytelników spoza środowiska: poczucie, że mimo podejmowania tematów istotnych pisarze-fantaści postrzegani są jedynie jako autorzy „kosmicznych przygodówek” (historia literatury zna to zjawisko pod nazwą „zguby Lema”).

Tymczasem w drugiej połowie dekady Lem – tak jak Zajdel dziesięciolecie otwierał, tak on je poniekąd zamyka – publikuje swoją ostatnią powieść, pesymistyczne Fiasko (1987), a na horyzoncie, jako pokłosie konkursów literackich organizowanych przez redakcję „Fantastyki”, pojawiają się głośne debiuty: Wiedźmin Andrzeja Sapkowskiego i wstrząsające Wrócieeś, Sneogg, wiedziaam… Marka S. Huberatha. Wraz z najprężniejszymi młodymi autorami z kończącego się okresu mieli oni pokazać pełnię klasy już w latach nadchodzących, pod czystym niebem kapitalistycznej Polski. Należałoby do nich zaliczyć również 16-letniego Jacka Dukaja, którego rok debiutu zbiegł się symbolicznie z początkiem nowej dekady.

Nowe rozdanie

Zmiany roku 1989 dotyczyły w Polsce wszystkich dziedzin aktywności, a więc także fantastyki. Ich zewnętrznym przejawem była – dyktowana przyczynami prawno-finansowymi – zmiana nazwy „Fantastyka” na „Nowa Fantastyka”; miano to szybko okazało się znamienne. Kiedy Dukaj opublikował Złotą galerę (1990), był jeszcze nastolatkiem. Tekst ten zaskakiwał sprawnością warsztatową i dojrzałością i już zapowiadał to, co wkrótce stało się faktem: czytelnicy, wychowani na atomowych rakietolotach Lema i socjologicznych analizach Zajdla, dorośli i sami stali się pisarzami, którzy postanowili poszukać własnej drogi twórczej. Świat za oknem, spuszczony z bloków historii, zmieniał się w przyspieszonym tempie i fantastyka nie mogła pozostać w tyle. Zamiast wcześniejszego tematu totalitarnego zniewolenia na plan pierwszy zaczęła wychodzić tematyka metafizyczna, Sapkowski uczył, jak pisać fantasy i robić to z pisarskim nerwem i wdziękiem, a bohaterowie SF powracali z kosmicznych wypraw i coraz częściej zatrudniano ich w tekstach spod znaku cyberpunku.

Takie opowiadania jak Złota galera Jacka Dukaja, Jeruzalem, Czyściec i Młyny Boże Janusza Cyrana, wreszcie Kara większa Marka S. Huberatha pozwoliły ukuć termin „fantastyki religijnej” na określenie tekstów w nowy sposób podejmujących tematykę metafizyczną. Apogeum trendu stała się prowokacyjna w zamierzeniu antologia Czarna msza pod redakcją Wojtka Sedeńki (1992), w której w zasadzie każdy z publikujących autorów to późniejsza fantastyczna gwiazda. Sukces Sapkowskiego pociągnął za sobą innych twórców, młode wilki z ambicjami pokazania, „jak się pisze prawdziwe fantasy”. Wśród tekstów, takich jak Skarby stolinów Rafała Ziemkiewicza, Misterium tremendum Artura C. Szrejtera czy Czarna Cytadela Jacka Komudy, chyba najoryginalniejsze okazały się powieść Krew i kamień Tomasza Kołodziejczaka, przedstawiająca świat, którego mieszkańcy nie znają żelaza, oraz pomyślany z epickim rozmachem cykl szererski Feliksa W. Kresa, czyli Księga Całości. Fantastyka nie przestała też reagować na rzeczywistość, choć czyniła to coraz częściej bez dosłowności literackich kamuflaży czasów Zajdla. Zagrożenia dzikiego kapitalizmu z dowcipem opisywał Jacek Piekara (opowiadanie Kupujcie holowizory), a ciemną stronę dorastania zdeprawowanej młodzieży w krzywym zwierciadle dark future prognozował Piotr Górski (wstrząsająca Horda czyMelomani, także opublikowane w „Nowej Fantastyce”). Fantastyka zstąpiła z gwiazd i zainteresowała się bardziej tym, co dzieje się tu, na Ziemi; pisarze, zamiast przyglądać się społeczeństwom, skupili się na poszczególnych ludzkich duszach.

Łatwo zauważyć, że spora część wspomnianych wyżej tekstów to nie samodzielne powieści, tylko opowiadania publikowane w „prasie branżowej”. Ale też nie mogło być inaczej, skoro lata 90. to okres dominacji czasopism. Powieści Polaków w ogóle wydawano mało, internet w obecnym kształcie nie funkcjonował, a antologie ukazywały się sporadycznie i często z tekstami już publikowanymi (Co większe muchy lubMiłosne dotknięcie nowego wieku pod redakcją Macieja Parowskiego). Wśród zbiorów z publikacjami premierowymi najjaśniejszą gwiazdą świeciły przedsięwzięcia Sedeńki, zwłaszcza cykl Wizje alternatywne. Do tego co jakiś czas pojawiały się nowe inicjatywy wydawnicze („Isaac Asimov’s Science Fiction Magazine”, „Voyager”, „Złoty Smok”), ale żadna z nich nie przetrwała próby czasu. Rynek na długie lata zdominowała „Nowa Fantastyka”, do której dołączył – i którą próbował wysadzić z siodła – „Fenix”, magazyn prowadzony przez redaktorów pozostających w opozycji do wyborów literackich Parowskiego. Spór o fantastykę „problemową” i „rozrywkową” wszedł w apogeum, a cała dekada, na dobre i złe, pozostawała pod znakiem niespotykanej już później dominacji nielicznych, ale mających mocną pozycję redaktorów, animujących ruch i odciskających na nim ślady swoich gustów i ulubionych estetyk.

Ton literacki końcówce dekady nadawało coraz popularniejsze fantasy i rozkręcająca się „sapkomania”. Autorzy „młodzi” okrzepli i odnaleźli swoją autorską niszę (Ziemkiewicz z „polskim cyberpunkiem”, zanim poszedł w politykę; Jacek Sobota z nietypowym fantasy opartym na „odwróconej Ewangelii” w cyklu opowiadań zebranych później w jednym zbiorze; Kołodziejczak z ambitną space operą; Komuda z doprawionym fantastyką easternem, dziejącym się w podrasowanej magicznie XVII-wiecznej Rzeczypospolitej; rzadko pisujący Grzegorz Janusz z misternym literackim shortem). Część z nich po niezłych debiutach odeszła od fantastyki (Igor Cypriak, Piotr Górski, rewelacyjny Maciej Żerdziński). Przypomniał o sobie polski horror (Dariusz Zientelak jr, Jerzy Nowosad). Honoru science fiction bronił niepodzielnie Dukaj, którego pisarska gwiazda rozbłysła wtedy w pełni. To w latach 90. ukazały się takie jego opowiadania, jak Irrehaare, IACTE, Szkoła czySerce Mroku. Wieńczyła je publikacja Xavrasa Wyżryna (1997) oraz zbioru W kraju niewiernych (2000) i Czarnych oceanów (2001), razem z Perfekcyjną niedoskonałością (2004) przynależnych jeszcze do „cyberpunkującego” okresu twórczości autora.

Tymczasem Anna Brzezińska, odbierając w 1999 roku nagrodę imienia Janusza A. Zajdla za opowiadanie A kochał ją, że strach, już krzyczała: „Niech żyje fantastyka rozrywkowa!”, zapowiadając nadejście nowej ery.

Okres pluralizmu

Nowe dziesięciolecie stało pod znakiem pluralizmu i redefinicji dotychczasowych sporów. Wraz z pojawieniem się nowych wydawnictw i mocnym zafunkcjonowaniem internetu osłabła hegemonia dotychczasowych redaktorów, do głosu doszli nowi autorzy, coraz większe uznanie zdobywało „rzemieślniczo-rozrywkowe” podejście do fantastyki. Choć autorzy kojarzeni z podobnym sposobem pisania niejednokrotnie pokazywali swoją drugą twórczą twarz. Dość powiedzieć, że ta sama Brzezińska już wkrótce stała się ikoną wysmakowanego stylu pisarskiego, niejednoznacznych fabuł i wielowymiarowych, wymykających się z kleszczy konwencji bohaterów.

Motorem zmian – znów, na dobre i złe – było prawie równoczesne (w 2001 roku) wystartowanie przez Roberta Szmidta z nowym magazynem fantastycznym „Science Fiction” i rozpoczęcie działalności przez lubelskie wydawnictwo Fabryka Słów. Ten pierwszy zajmował niejako niszę po upadłym w międzyczasie „Fenixie”, od początku jednak nastawił się na publikowanie głównie opowiadań autorów rodzimych. To drugie również postawiło na Polaków i „fantastykę rozrywkową”. Już wkrótce w księgarniach pojawiły się książki Andrzeja Pilipiuka – w przyszłości jednej z największych gwiazd wydawnictwa i, obok Sapkowskiego, po transformacji pierwszego polskiego twórcy fantastycznych bestsellerów – Komudy czy Piekary, szybko znajdując liczną rzeszę czytelników. Rynek otworzył się na Polaków i okazało się, że fantastyka znad Wisły wcale nie musi ustępować tytułom zagranicznym.

Z biegiem lat pojawiają się autorzy nowi, poruszający się w różnych stylistykach i tematykach – Łukasz Orbitowski, Szczepan Twardoch, Tomasz Pacyński, Jakub Ćwiek, Maja Lidia Kossakowska, Anna Kańtoch, Michał Protasiuk, Maciej Guzek czy Jakub Nowak, jeden z najbardziej oryginalnych głosów „nowego SF”. Ale i autorzy „starzy”, którzy zamilkli w latach 90., znów podnoszą głowy: z nowymi tekstami przypominają się Andrzej Ziemiański, brawurowo dodający „pierwiastek polski” do fantastycznych światów (opowiadania Bomba Heisenberga, Autobahn nach Poznań), Tomasz Kołodziejczak, Grzegorz Drukarczyk, Tomasz Bochiński czy pozostający na uboczu „fantastycznego mainstreamu” Janusz Cyran. Jacek Sobota wydaje w końcu w wersji książkowej Głos Boga (2006). Jarosław Grzędowicz, były naczelny „Fenixa”, publikuje Księgę jesiennych demonów (2003), świetnie napisany zbiór horrorów, i daje nim dowód, że fantastyka może być zarazem „rozrywkowa” i „konfesyjna”. Wzmacniany trendem ogólnoświatowym horror literacki w ogóle ma się coraz lepiej i jego rozkwit staje się znakiem dekady, tak jak poprzednie dziesięciolecie stało pod chorągwiami fantasy. Do Orbitowskiego, jednego z pierwszych, który zaczął je pisać w nowej dekadzie, dołączają na tym polu Ćwiek, Jakub Małecki, Łukasz Śmigiel, Kazimierz Kyrcz czy Paweł Paliński, a wszystkich autorów związanych z horrorem – owe kilka wspomnianych nazwisk to tylko wierzchołek góry lodowej – wymienić tu nie sposób. Konrad T. Lewandowski z sukcesem tworzy kryminały retro i specjalizuje się w pisaniu na zamówienie tekstów utrzymanych w różnej poetyce (od retellingu lektur przez literaturę kobiecą po sarmackie fantasy i historie alternatywne).

Już powyższy, wypełniony nazwiskami akapit pokazuje, jak zróżnicowany i obfity w publikacje był to okres.

Zdecydowanie mniej pisze się science fiction. Choć tu do Dukaja – eksplorującego z biegiem lat coraz odleglejsze rejony literackiego wszechświata – dołączają Wawrzyniec Podrzucki z błyskotliwą trylogią Yggdrasill i Rafał Kosik, który obok poczytalnego cyklu dla młodzieży o lekkim zabarwieniu science fiction Felix, Net i Nika konsekwentnie pisuje też „SF dla dorosłych”. W prowadzonym przez tego ostatniego wraz z żoną Kasią Sienkiewicz-Kosik wydawnictwie Powergraph ukazuje się kilka antologii (Nowe idzie, Głos Lema, Science fiction, Herosi, Rok po końcu świata) i powieści (między innymi seria Kontrapunkty), w których proponuje się autorskie spojrzenie na fantastykę (i o których niezręcznie mi pisać, bo w części z tych przedsięwzięć brałem udział). Robert M. Wegner z cyklem meekhańskim wlewa nowego ducha w fantasy epickie, pisane na poważnie, bez postmodernego mrużenia oka.

Dukaj przekracza kolejne linie własnego autorskiego oporu i nie porzucając metody (konsekwentne rozbudowywanie wyjściowych konceptów), coraz dalej odchodzi od entourage’u klasycznej SF, nie zawsze spotykając się ze zrozumieniem dawnych czytelników. Jego Inne pieśni (2003), Lód (2007), Wrońca (2009) czy pisane po nich Oko potwora (2010), Linię oporu (2010) i Science fiction (2011) dzieli wiele, ale łączą rozmach wizji, nastawienie na konsekwentną stylizację, ogromna świadomość literackich nawiązań i powiązań. Pod piórem Dukaja, jak rzadko kogo, SF przestaje być jedynie „literaturą pomysłu”, a staje się wielowymiarowym, skomplikowanym i fascynującym freskiem ze słów.

Obserwuje się wycofywanie fantastyki socjologicznej – próby pisania w ten sposób w XXI wieku najczęściej kończą się pójściem w (zamierzone bądź nie) groteskę i przerysowanie (Paweł Kępczyński, Requiem dla Europy, 2007; Marek Oramus, Kankan na wulkanie, 2009). Rzadko publikuje Huberath, ale kolejne jego książki nie przechodzą w środowisku bez echa (Miasta pod skałą, 2005;Vatran Auraio, 2011). Gorzej jest z recepcją pozaśrodowiskową fantastyki – stygmat „gettowości” ciągnie się za nią jak widmo z poprzedniej epoki. Ale niefantastyczne wyróżnienia dla Sapkowskiego (Paszport „Polityki”) czy Dukaja (nagroda imienia Kościelskich), razem z ogólnoświatową ofensywą fantastyki w popkulturze (Harry Potter, Zmierzch, Oscary dla filmowego Władcy Pierścieni, boom na ekranizacje komiksów), coraz częściej, choć nie bez oporów, skłaniają do uznania fantastyki za równoprawnego uczestnika kultury. Trudno zresztą, żeby było inaczej, skoro uznani poza środowiskiem twórcy, tacy jak Tomasz Piątek, Ignacy Karpowicz, Olga Tokarczuk czy Aleksander Kościów, także poruszają się po literackich rubieżach przeróżnych nie-realizmów.

Fantastyka rozlewa się na coraz liczniejsze „podgatunki” i „specjalizacje”, „nurty główne” i te „poboczne”. Hanna Fronczak i Milena Wójtowicz próbują sił w lżejszych, często humorystycznych odmianach fantasy, Sebastian Uznański eksploruje kolejne rozbuchane światy spod znaku futurystki i fantasmagorii, Paweł Matuszek debiutuje odważną typograficznie Kamienną ćmą, Marcin Przybyłek rozwija uniwersum cyklu o Gamedecu, Rafał W. Orkan daje próbkę polskiego new weird; Andrzej W. Sawicki rozwija „patriotyczny steampunk” w fantastycznie podrasowanym XIX wieku i coraz bardziej oddala się w stronę powieści czysto historycznej. Z drugiej strony słabnie rola czasopism i opiniotwórczej siły wewnątrzśrodowiskowej krytyki literackiej, nadającej ton dyskusjom w dekadach poprzednich. Część z ich funkcji przejmuje internet – powstają portale tematyczne, serwisy, blogi, fora, w końcu walle na portalach społecznościowych – ale wobec ogólnego zalewu informacji podobna działalność i tak traci na impecie. Równocześ-nie z fantastyki powoli odchodzą twórcy pogranicza, których coraz bardziej uwiera gorset konwencji: Wit Szostak (Chochoły, Dumanowski, Fuga, Sto dni bez słońca, Wróżenie z wnętrzności), Szczepan Twardoch (Tak jest dobrze, Morfina, Drach, Król), Łukasz Orbitowski (Widma, Ogień, Szczęśliwa ziemia, Inna dusza), Michał Protasiuk (Święto rewolucji, które w konwencji thrillera i nie porzucając realistycznych scenografii, pyta o tematy podejmowane ochoczo przez klasyczną SF: los cywilizacji i miejsce na osi czasu, w której się ona aktualnie znajduje; Ad infinitum).

Dekada kończy się pod znakiem stagnacji wydawnictw (Runa, Supernowa, Dolnośląskie zupełnie lub prawie zupełnie wycofują się z publikacji polskiej fantastyki, Runa w ogóle zawiesza działalność) oraz kryzysu czasopism – w krótkim odstępie czasu padają polska edycja „Fantasy & Science Fiction” Konrada Walewskiego oraz „Science Fiction, Fantasy & Horror” Roberta Szmidta, a na placu boju pozostaje, trochę jak w latach 90., ale jednak inaczej, osamotniona „Nowa Fantastyka”, tyle że w trzech odsłonach: pisma głównego, „Czasu Fantastyki” i „Wydania Specjalnego”. Owszem, pojawia się też nowy magazyn, „Coś na Progu”, ciążący w stronę grozy, bizarro i kryminału, ale wkrótce traci początkowy impet. Z drugiej strony, choć wcześniejsze wychodzenie z cienia Lema okazało się tak skuteczne, że skończyło się praktycznie zanikiem czytelnictwa jego książek, to dzięki inicjatywie Agory i reedycji Dzieł Wszystkich Lem znów pojawia się w obiegu i dyskusjach literackich, także poza granicami „fandomu”. Pałeczkę w tym chlubnym dziele przejęło Wydawnictwo Literackie, wydające Lema „od zawsze” – z tym że dopiero niedawno ukazała się reedycja jego książek z kongenialnymi okładkami autorstwa Przemysława Dębowskiego.

Literacko, dzięki inicjatywie wydawniczej Narodowego Centrum Kultury, na plan pierwszy wybija się temat fantastycznie przekształcanej historii Polski. Parowski pisze Burzę (2010), TwardochWieczny Grunwald (2010), Zbigniew Wojnarowski Miraż (2011), które razem z Widmami czy wcześ-niejszym Lodem i Wrońcem wpisują się w ten historyczny trend. Okazuje się, że „Polska” jako temat znów może stanowić pożywkę dla fantastyki, nawet jeśli nie jest to już fantastyka socjologiczna. Z drugiej strony poczytni autorzy „rozrywkowi”, poruszający się pewnie w ramach konwencji, umacniają się na zdobytych pozycjach; czytelnicy czekają na kolejne teksty Pilipiuka, Piekary, Grzędowicza, który po Księdze… rozpoczął bestsellerowy cykl Pan Lodowego Ogrodu, Kossakowskiej, Komudy czy Ćwieka. Można też odnieść wrażenie, że ci sami czytelnicy – a za nimi autorzy, związani z odbiorcą konsumencką nicią – raczej usztywniają swoje gusty, z nieufnością patrzą na „nowe”; niepokojące, że bywa to cecha dojrzałych trendów, które często przekroczyły już próg twórczego apogeum i wkroczyły w etap „trwania w constans”. W epoce mocnego związku literatury z ekonomią to zresztą tendencja nie tylko w fantastyce, a wydawcy w czasach kryzysu też wolą inwestować w to, co już sprawdzone.

I na tym można by pewnie skończyć ten zgrubny przegląd ostatnich 30 lat polskiej fantastyki. Tylko cóż to byłby za szkic o science fiction, który nie podjąłby choć próby zwięzłej futurologii?

Czytelnicy i czytniki przyszłości

Spekulacje o przyszłości można podzielić na te rynkowe i artystyczne.

Kryzys na rynku książki papierowej będzie się zapewne w najbliższych latach pogłębiał. Następuje sprzężenie zwrotne: czytelnictwo tekstów na papierze spada, pojawiają się problemy z przepływem gotówki z wielkich sieci księgarskich do dystrybutorów i wydawców, problemy wydawnictw się pogłębiają, ceny książek są coraz wyższe, czytelnictwo spada jeszcze bardziej. Próbą ratowania sytuacji są e-booki, które mimo problemów (jak choćby zbójecki VAT) powoli podbijają rynek. Kolejnym krokiem są nowe sposoby e-dystrybucji tekstów – od abonamentowych cyfrowych bibliotek po inicjatywy takie jak ta Allegro z 2015 roku i wydanie minipowieści Dukaja Starość aksolotla w formie e-booka w bogatej oprawie multimedialnej. Niejako w międzyczasie skończył się złoty okres dla „debiutantów w papierze”; co nie znaczy, że po nim nie nastąpił okres srebrny. Dziś droga do wydawnictwa wydaje się nieco trudniejsza niż jeszcze kilka lat temu, ale działalność takich oficyn jak Genius Creations czy wzmożenie aktywności SQN na polu literackich debiutów pokazuje, że rynek nie odwrócił się od młodych pisarzy zupełnie. Sposobem na przejście przez zmiany będzie zapewne coraz większa popularność „e-bookowego self publishingu” oraz inicjatywy w stylu BookRage, które udostępnia wybrane tytuły – coraz częściej premierowe – na zasadzie wyprzedaży „co łaska” dla autora i osiąga imponujące wyniki.

Problemem w nowej sytuacji może być rozmnożenie się podobnych publikacji (dużo tytułów przy stosunkowo nielicznej grupie czytelników) – wydawnictwa do tej pory zapewniały nie tylko „papier i redakcję”, ale przede wszystkim w miarę sprawdzone kanały marketingu i dystrybucji. Chociaż część nazwisk zapewne mimo to zyska popularność (na przykład jako „zjawisko”) – w niedługim czasie powinna się pojawić „polska Amanda Hocking”. (Hocking to autorka, która oferując swoje e-booki bez pośrednictwa wydawnictwa, tylko na Amazonie i po minimalnej cenie, sprzedała ich już ponad milion). Zresztą, zdaje się, że już mamy jej odpowiednik (z zachowaniem skali) – u nas podobną gwiazdą mógłby być Aleksander Sowa, autor, który w self-pubie wydał już kilkanaście książek.

Część twórców znajdzie zatem miejsce na publikację w sieci, ale tu pojawia się kwestia selekcji tekstów: jak przekonać czytelnika, żeby – wobec zalewu innych podobnych tytułów – przeczytał właśnie to, co napisał dany pisarz? To problem z zakresu ekonomii wolnego czasu, najmocniejszej waluty w internetowym wszechświecie: coraz bardziej liczy się to, czy poświęcisz choć chwilę, żeby do określonej książki w ogóle zajrzeć. W naturalny sposób daje to fory autorom, którzy mają wyrobione nazwisko. Trudno zatem będzie wypromować nowinki literackie (nie tylko nazwiska, ale i trendy), jeśli nie będą wychodziły od uznanej gwiazdy. Choć marketing wirusowy i społecznościowe grupy wsparcia debiutantów na pewno pokażą, na co je stać, co w ostatnich latach zapowiedziały nominacje do nagrody imienia Janusza A. Zajdla.

Literacko – podział na „prawdziwą fantastykę” i „nierealizm z pogranicza” zapewne będzie się w najbliższym czasie pogłębiał, ze szkodą dla fantastyki, ponieważ może to wypchnąć z jej obrębu część twórców próbujących pisać poza przygodowo-awanturniczym pakietem fabularnym. Z drugiej strony wśród pisarzy mocno zanurzonych w konwencji nie brakuje także stosunkowo młodych autorów (patrząc po liczbie publikacji), którzy dobrze czują się w prozie gatunkowej, nie stronią od oryginalnych miksów i w najbliższych latach również powinni pokazać, na co ich stać (wyróżniają się Krzysztof Piskorski i Paweł Majka, którego debiutancki Pokój światów to brawurowy amalgamat przeróżnych fantastycznych konwencji, bohaterów i fabularnych awantur).

W „fantastycznym mainstreamie”, po ofensywie steampunku, można prognozować ożywienie wokół space opery (już są takie zapowiedzi). Pojawił się też „polski paranormal” (Aneta Jadowska), choć główny nurt tej twórczości wydaje się za granicą powoli zamierać.

Wielu czytelników, pamiętając 200 tysięcy nakładu pierwszych „Fantastyk” sprzedawanych spod lady, wspomina lata 80. XX wieku jako mityczny okres, w którym pojawiały się najlepsze teksty, autorzy byli najwybitniejsi, a literatura miała najmocniejszy smak. Coraz większa grupa czytelników nieco młodszych myśli tak o latach 90., też już minionych, będących pod wieloma względami złotym wiekiem fantastyki w Polsce. Czy kiedyś podobnie będzie z dekadą, która przeminęła? Pozostaje z nadzieją i zainteresowaniem patrzeć w przyszłość.

Czyli w gruncie rzeczy robić to, co science fiction robi od lat.

2. Shire? Nie. Teraz Polska

Wojna polsko-marsjańska pod flagą biało-czerwoną? Łopocząca pióropuszami husaria w szarży na zastępy orków i zombie? Albo intryga kryminalna w oświeceniowej Warszawie? Autorzy literatury gatunkowej w ostatnich latach coraz śmielej podejmują tematykę dotyczącą historii i współczesności Polski.

Widma Powstania

Czyżby twórcy popkultury znaleźli wreszcie klucz do zmierzenia się z „polskimi tematami przewodnimi”, podawanymi do tej pory raczej w ciężkich sosach martyrologii, koturnowej powagi i ponurej zadumy? Wydane w 2012 roku Widma Łukasza Orbitowskiego nie tylko mierzą się z tematyką powstania warszawskiego i upiorami polskiej historii – to jednocześnie sążnista powieść o Krzysztofie Kamilu Baczyńskim, który wraz z żoną Basią przeżył II wojnę światową. Warszawa również ocalała, bowiem nie doszło do powstania. Zamiast tego jednak zaczynają znikać tam najpierw dzieci, potem budynki i ulice, a wkrótce stolica przemienia się w piękne i potworne miasto-widmo, na którego ulicach walczą hordy zdziczałych andrusów.

Podobny temat próbował poruszyć Tomasz Bagiński, nominowany do Oscara za Katedrę w 2003 roku. Jego pełnometrażowy projekt Hardkor 44, który jednak ostatecznie został skasowany (w sieci zostały storyboardy), też bogato czerpał z fantastycznej rekwizytorni, pokazując komiksową wersję wojny, w której powstańcy, „piękni dwudziestoletni” śliczni jak przystało na współczesnych celebrytów, stają naprzeciw nazistowskich cyborgów i futurystycznych maszyn. Całość utrzymana jest w estetyce z komiksowego i filmowego Hellboya. Niejako przedłużeniem tej koncepcji – tylko bez estetyki komiksu i futurystki – stało się ostatecznie Miasto 44 Jana Komasy: jedna z pierwszych polskich pop-produkcji, która do powstania warszawskiego podeszła nie od strony kina moralnego niepokoju, a hollywoodzkich recept na blockbuster, w którym „wroga” biją „nasi”.

Oba dzieła to tylko czubek góry lodowej i świadectwo szerszego trendu, estetycznie wyrażonego chyba najpełniej w pracach graficznych Jakuba Różalskiego, na których – przykładowo – ułani w sielskich sceneriach dwudziestolecia międzywojennego zmagają się z gargantuicznymi maszynami rodem z powieści Wellsa.

Horror w pegieerze

Temat Polski w popkulturze to nie wynalazek dzisiejszych czasów. W PRL-u był popularny nurt „kryminałów milicyjnych”, z których podśmiechiwał się Stanisław Barańczak w Książkach najgorszych. Przynajmniej w założeniach ich akcja działa się „tu i teraz” i portretowała istotne problemy społeczne; w praktyce opisywana rzeczywistość socjalizmu spełnionego, względnego dobrobytu, zadowolonych obywateli i życzliwych policjantów bliżej niż do historii realistycznej miała do regularnej historii alternatywnej, w której opisano niespełnione losy świata. Z kolei w latach 80. XX wieku zaznaczył się wyraźny nurt fantastyki socjologicznej, w której – metodą znaną z Folwarku zwierzęcego Orwella – autorzy science fiction, tacy jak Janusz A. Zajdel, próbowali krytykować system i ówczesne władze. Zamiast zagrodowej chudoby pojawiały się tu tylko statki kosmiczne, obcy najeźdźcy czy orbitalne stacje, na których wprowadzano totalitaryzm.

Po przełomie 1989 roku polska kultura popularna zachłysnęła się wzorcami z Zachodu. W dobrym tonie stało się nazywanie swoich bohaterów angielsko brzmiącymi nazwiskami, miejscem akcji stały się rozświetlone ulice Los Angeles, Nowego Jorku czy „niewielkiego miasteczka na środkowym zachodzie”. A autorzy, upatrując w tym szansy na publikację, decydowali się podpisywać teksty pseudonimami, jak Patrick Shoughnessy (Andrzej Ziemiański), Jack de Craft (Jacek Piekara) czy Owen Yeates (Eugeniusz Dębski). Oprócz sporadycznych prób wplecenia aktualnej tematyki w losy fikcyjnych bohaterów temat „Polska” znikł z popkulturowej mapy odradzającej się Polski.

Zmieniło się to dopiero na początku XXI wieku. Wtedy to swoją szansę na oryginalność odkrył w pisaniu o popegieerowskiej wsi opanowanej przez zombie i czarną magię Andrzej Pilipiuk, dziś bestsellerowy autor humorystycznych opowiadań o Jakubie Wędrowyczu, podstarzałym alkoholiku i nieustraszonym pogromcy złego, działającym głównie na ścianie wschodniej. Pierwszy tom cyklu, Kroniki Jakuba Wędrowycza, ukazał się w 2001 roku. W podobnym okresie Jacek Komuda wskrzesił tradycję polski szlacheckiej w swoich XVII-wiecznych „easternach”, w których szeryfa zastąpił szlachcic-rębajło, bandę braci Daltonów – zbrojne oddziały przyboczne wyjętych spod prawa infamisów, a prerię – stepy Ukrainy.

Także Andrzej Sapkowski, polska fantastyczna supergwiazda i autor sprzedającej się w setkach tysięcy sagi o wiedźminie Geralcie, porzucił nieistniejące neverlandy i przeniósł się na średniowieczny Śląsk, tygiel wpływów niemieckich, czeskich i polskich. Akcja pisanej w latach 2001–2006 Trylogii husyckiej dzieje się w okresie tytułowych XV-wiecznych wojen, podczas których – jak na fantasy przystało – wyraziście zarysowanym bohaterom zagraża nie tylko ogień i miecz, ale też szczypta umiejętnie dawkowanej magii.

Pociąg do retro

W ostatnich latach daje się zauważyć znaczne natężenie tak zapoczątkowanego trendu. Wprawdzie Marek Krajewski zaczął pisać swój cykl o Breslau jeszcze w zeszłym stuleciu, a i przedwojenny Wrocław trudno wziąć za „przynależny do macierzy”. Jednak ogromna popularność cyklu przekonała, że aby pisać zajmująco i intrygująco, wcale nie trzeba udawać się za ocean i w dalekie kraje. Do pociągu z popularnością załapali się jeszcze Marcin Wroński i Konrad T. Lewandowski. Ten pierwszy, pisząc retro-kryminały z cyklu o komisarzu Maciejewskim, których akcja dzieje się w przedwojennym Lublinie. Ten drugi – proponując cykl o Jerzym Drwęckim, tym razem nadkomisarzu, który działa w międzywojennej Warszawie, ale w kolejnych tomach przygód odwiedza też Łódź czy Katowice. I Komisarz Maciejewski. Morderstwo pod cenzurą, i Magnetyzer – pierwsze tomy obu serii – ukazały się w 2007 roku. Tym samym, w którym wyszedł Lód Jacka Dukaja.

Monumentalna powieść polskiej gwiazdy science fiction tym razem zabiera czytelnika nie w odległą przyszłość i gwiazdy, ale w przeszłość i na Syberię. A dokładnie: w przeszłość alternatywną, w której historię zmienił fenomen eksplozji tunguskiej, kiedy w Imperium Rosyjskim – czy to za sprawą ingerencji obcych, czy z powodu wzbudzenia nieznanego wcześniej procesu – „zamarzła logika” (to trzeba przeczytać samemu). I na takiej właśnie Syberii zręby kapitalizmu budują przedsiębiorczy polscy zesłańcy. Wśród syberyjskich pustkowi można spotkać Nikolę Teslę czy powstańcze komando Józefa Piłsudskiego, który z kart próbuje wywróżyć przyszłość znajdującej się pod zaborami Polski. Wszystko to utrzymane jest w fin-de-siècle’owym klimacie wciąż trwającego caratu i imperialnej Rosji, skutej przez nieustępującą zimę i tytułowy lód.

Dukaj tematyką okołohistoryczną interesował się zresztą wcześniej. Wydany jeszcze w 1997 roku Xavras Wyżryn to też historia alternatywna, tylko zbudowana na założeniu, że wojnę 1920 roku wygrali bolszewicy. W powieściowym świecie, kilkadziesiąt lat po przegranej, w kierunku Moskwy wyrusza oddział polskich terrorystów transportujących bombę atomową. Z kolei wydany już w 2009 Wroniec to utrzymana w poetyce bajki zmitologizowana historia stanu wojennego oglądanego oczami dziecka.

Po sukcesie rynkowym tych książek okazało się, że o Polsce można pisać nie tylko na kolanach i nie tylko w zgodzie z historycznym kanonem. Pisarze ruszyli do podręczników, a czytelnicy do księgarń.

Elficki satelita szpiegowski

Skoro nisza międzywojenna została szczelnie wypełniona komisarzami, autorzy kryminałów zaczęli cofać swoich bohaterów coraz dalej w przeszłość. Bartłomiej Rychter w Złotym wilku (2009) kazał im rozwikływać zagadkę brutalnych morderstw w XIX-wiecznym Sanoku. Robert Foryś zaś w Z zimną krwią (2011) przenosi się do Warszawy czasów Stanisława Poniatowskiego, w której – prawem dobrego kryminału – również dochodzi do brutalnych morderstw, ale w intrygę zamieszani są zaborcy i polityka.

Marcin Ciszewski zaproponował cieszącą się sporym powodzeniem serię militarną, rozpoczętą książką o mało wyszukanym tytule www.1939.com.pl (2008). Jej fabuła też nie jest nazbyt skomplikowana: oddział komandosów GROM-u zamiast do Afganistanu na skutek zawirowania czasowego trafia w sam środek kampanii wrześniowej  i za pomocą nowoczesnych technologii zaczyna robić „porządek w historii”. Rzecz spodobała się czytelnikom na tyle, że powstała kontynuacja z czasów powstania warszawskiego (www.1944.waw.pl) oraz z najbliższej przyszłości (www.ru2012.pl). W tej ostatniej książce to nie Polacy cofają się w czasie, lecz we współczesnej Polsce pojawiają się wozy pancerne ze swastykami.

W przygodowym Czarnym horyzoncie Tomasza Kołodziejczaka (2010) świat najechały magiczne potwory rodem z powieści Tolkiena, „przedmurzem normalności” jest Polska, na której tronie siedzi elf-monarcha, a po orbicie wokółziemskiej krążą szpiegowskie satelity z krasnoludzkiego mithrilu. Autor sukcesywnie rozbudowuje ten świat „ostatniej Rzeczypospolitej”, kontynuując jego opis w książkach Czerwona mgła (2014) i Biała reduta (2015). W Nadziei czerwonej jak śnieg Andrzeja W. Sawickiego (2011) losy powstania styczniowego zostają odmienione przez turbulencje rzeczywistości, które – jak w amerykańskich komiksach o X-Menach – przemieniają wybrańców w obdarzonych niezwykłymi mocami „odmieńców”. To dzięki nim mogą się odwrócić losy narodowej klęski. Michał Protasiuk, autor trzymającego w napięciu thrillera Święto rewolucji (2011), zabiera czytelników dla odmiany nie w przeszłość, a niedaleką przyszłość. W jego tekście w miastach zaczynają się zamieszki jak te z przedmieść Londynu (Protasiuk wydał powieść prawie pół roku wcześniej), bohaterowie znajdują książkę, która opisuje ich przyszłość, dzięki pracom XIX-wiecznego matematyka można sterować historią, a w globalnym eksperymencie próbuje się znaleźć dowód na istnienie Boga. W tej fabule rodem z najlepszych książek Dana Browna nie byłoby może nic dziwnego, gdyby nie to, że rozruchy społeczne wybuchają w oazie wykluczonych na poznańskim Dębcu, a tajemnica do przyszłych losów świata zdaje się znajdować nie gdzie indziej, tylko właśnie w kraju nad Wisłą.

Okazało się, że nawet jeśli literatura gatunkowa to eskapizm i czysta rozrywka – to owszem, może być to eskapizm kontrolowany i rozrywka, w której tle wcale nie tak rzadko pojawiają się współczesne problemy i aktualne komentarze.

Grunwald, miraż, burza

Nie zawsze autorzy popularni piszą „ku pokrzepieniu serc”. Utrzymane w konwencji horroru Nadchodzi (2010) Orbitowskiego opowiada o skomplikowanych relacjach syna i prześladowanego przez przeszłość ojca, po wojnie pracownika Urzędu Bezpieczeństwa tropiącego żołnierzy AK. Z kolei Wieczny Grunwald Szczepana Twardocha (2010) to fantasmagoryczna, wywiedziona z twórczości Parnickiego podróż przez historie i rzeczywistości, w których na polu nieustającej bitwy Ewiger Tannenberg ścierają się doprowadzone do ekstremum żywioły niemiecki i polski, symbolizowane przez spersonifikowane Germanię i Matkę Polskę. Twardoch zresztą poszedł z tą metodą dalej – podobny rodzaj wszechwiedzącej narracji, rzeczywistość wiecznego „teraz” zawieszonego w bezczasie, legły u podstaw i Morfiny (2012), i Dracha (2014), w których to, co historyczne i lokalne, przeplata się z tym, co ponadczasowe i uniwersalne. Okazało się, że fantastyka to nie tylko sposób na fikcyjny rewanżyzm, ale także doskonałe narzędzie służące gorzkiej i niejednoznacznej refleksji. Czyżby Gombrowicz wygrał z Sienkiewiczem?

Wieczny Grunwald ukazał się w serii Zwrotnice Czasu Narodowego Centrum Kultury, w której od 2009 roku publikowane są literackie przedstawienia alternatywnych wariantów polskiej historii. Taka jest choćby Burza Macieja Parowskiego, też z 2010 roku, gdzie wygrana kampania wrześniowa – z powodu tytułowej ulewy, która zagrodziła drogę niemieckim czołgom – jest okazją do zorganizowania w Warszawie kongresu intelektualistów, polityków i artystów. Wśród nich pojawiają się Witold Gombrowicz, Alfred Hitchcock i George Orwell, a towarzyszy im cała plejada innych historycznych postaci. Obok Stauffenberga, Ossowieckiego czy Becka można tu zatem spotkać Karola Wojtyłę, Stanisława Lema bądź Alberta Camusa.

Miraż Zbigniewa Wojnarowskiego opowiada o tytułowym kinie, w którym fantastycznym splotem ogniskuje się historia Polski w XX wieku; Orzeł bielszy niż gołębica Konrada T. Lewandowskiego rozpisuje odmienny przebieg powstania styczniowego; Wysłanniczka bogini i Królowa Joanna D’Arc, zawarte w Utopiach tegoż przywołują kolejno kontrfaktyczne dzieje reakcji pogańskiej z XI wieku i opisują, „co by było, gdyby” Joanna D’Arc pojawiła się w średniowiecznym Krakowie; Adam Przechrzta w Gambicie Wielopolskiego snuje przyszłe losy Polaków, którzy w tej wersji historii do powstania styczniowego nie przystąpili; Ogień Orbitowskiego opowiada o walce UB i podziemia partyzanckiego po II wojnie światowej. To tylko część tytułów, które ukazały się pod auspicjami NCK.

Alternatywne spojrzenie na polską historię zaproponował także Wit Szostak, tyle tylko że cofając się dalej, do XIX wieku. Bohaterem jego pisanego z wyrafinowanym humorem Dumanowskiego (2011) jest niejaki Józafat Dumanowski, który rodzi się w roku ostatniego rozbioru Polski, a umiera po stu dwudziestu trzech latach, w dniu odzyskania niepodległości. W międzyczasie zaś skupia w sobie wszystkie narodowe mity – staje się powstańcem, buntownikiem, emigrantem, a wreszcie politykiem i szanowanym mężem stanu urzędującym w Krakowie. W nocnych pijatykach i wizytach w przybytkach uciech cielesnych towarzyszą mu najbliżsi przyjaciele: Adam Mickiewicz – ksiądz, nie wieszcz; i Juliusz Słowacki – bardzo utalentowany ekonomista oraz bankier.

Wydaje się, że współczesna Polska – stereotypowo hołubiąca klęski – wygrała przynajmniej jedną batalię: na polu literatury. Historia podbiła popkulturę, nie tylko polską – przykład serialowego Rzymu, Deadwood, Mad Menów, Wikingów czy wreszcie Westworld, misternie grającego z historią na wielu metapoziomach, będzie tu symbolem ogólnych przemian – i przynajmniej przez jakiś czas nie zanosi się, żeby ta ostatnia nie chciała czerpać nauki od tej pierwszej.

3. Historie, które się nie wydarzyły

Wygrywamy przegrane wojny, ocalamy życie oszukanym bohaterom, wymierzamy sprawiedliwość zdrajcom; detronizujemy królów, zmieniamy bieg bitew, gasimy rewolucje. Co o współczesnym świecie mówi nasz afekt do snucia historii alternatywnych?

Czym zajmuje się historia jako nauka? To pytanie z serii oczywistych – takich, na które wszyscy znają odpowiedź, ale problemy pojawiają się, kiedy trzeba ją wyartykułować – tylko pozornie wydaje się drugorzędne. Od odpowiedzi zależy bowiem nie tylko, co będziemy rozumieć jako obszar badań historyków, metodologia tych dociekań i ich dopuszczalny zakres, ale i ontologiczny kształt opowiadanego świata. Żeby wyjaśnić, o co chodzi, jak w każdym dobrym historycznym dochodzeniu musimy cofnąć się do początków.

Za pierwszych historyków we współczesnym rozumieniu zwykło się uważać żyjącego w V w. p.n.e. Herodota z Halikarnasu i młodszego tylko o dwie dekady Tukidydesa, w skali makro i mikro opisujących dzieje Hellenów. Wśród najważniejszych założeń ich warsztatu było dążenie do obiektywnego ustalenia faktów, bezstronny opis zdarzeń i wynikająca ze zdrowego sceptycyzmu wielostronna krytyka źródeł. Rzecz podsumował Arystoteles, na długie lata definiując historię jako naukę: według niego zadaniem historyka miało być mówienie jedynie o tym, co się wydarzyło, a historia to dochodzenie do tego, co indywidualne, pojedyncze i niepowtarzalne. Jakiekolwiek spekulacje nie mieściły się zatem w jej obrębie, podobnie jak próba przekucia jej w szerszą naukę o procesach rządzących dziejami – skoro nic nie zdarza się dwa razy, podobnych mechanizmów nie można wykrystalizować ex definitione.

Pogląd ten zdominował postrzeganie historii na całe wieki, ale też oczywiście nie był monolitem bez szczelin. Na drugim krańcu skali ulokowali się teologowie chrześcijańscy, ze świętym Augustynem na czele, którzy w historię w rozumieniu arystotelesowskim wpisali chrześcijańską historiozofię dziejów. W ich ujęciu historia była procesem, wprawdzie jednostkowym i niepowtarzalnym, ale toczącym się według reguł określonych historią Zbawienia i zmierzającym do ściśle określonego celu „u krańca czasu”. Tym samym uchylona została furtka do bardziej całościowego postrzegania historii – jako procesu, który się wydarza, a nie tylko jako sposobu na gromadzenie i szeregowanie faktów. Pogląd ten znalazł swoje zwieńczenie w XIX-wiecznych teoriach historiozoficznych deterministów, Hegla, Marksa i ich spadkobierców. Ich myśl łączyło mocne przekonanie o celowości dziejów i o tym, że historia to tak naprawdę coś – tkanka rzeczywistości społecznej, mechanizm skierowany tylko w jedną stronę na strzałce czasu, napędowy motor dziejów – co wydarza się pomiędzy faktami, beznamiętnie odnotowywanymi na kartach kronik i annałów. Skoro zaś jest to proces przebiegający według ściśle wyznaczonych prawideł, to znając jego zasady, można badać nie tylko przeszłość, ale i ekstrapolować wydarzenia, które dopiero mają nadejść. W ten sposób mogły się narodzić historie, które się nie wydarzyły.

W ostatnich latach daje się zauważyć wzmożony pociąg do snucia historii alternatywnych. Jakie warunki muszą zaistnieć, żeby do podobnych spekulacji mogło w ogóle dojść? Wszak pierwsze podobne „ćwiczenia intelektualne” to nie wymysł dzisiejszych czasów – już Liwiusz w swoim monumentalnym Ab Urbe Condita, opisującym początki Rzymu, poświęcił passus rozważaniom, jak wyglądałoby imperium Aleksandra Wielkiego, gdyby zamiast na wschód skierował swoją ekspansję na zachód. Jednak dopiero XIX i – zwłaszcza – XX wiek to czas rozkwitu myślenia alternatywnego, nie tylko zresztą u historyków. W 1836 roku niejaki Louis Geoffroy, pisarz francuski, popełnił Histoire de la Monarchie universelle: Napoléon et la conquête du monde (1812–1832), gdzie opisuje losy Europy, w której Napoleon nie przegrał kampanii moskiewskiej, podbił Anglię i stanął na czele francuskiego supermocarstwa.

Rzetelniej – to znaczy mocniej trzymając się prawdopodobieństwa zdarzeń – do problemu podeszli autorzy XX-wieczni. Spośród kilku przedwojennych publikacji zajmujących się alternatywami historii wyróżnia się ta z 1931 roku, zredagowana przez brytyjskiego historyka Johna C. Squire’a. W powstałym wówczas zbiorze esejów If It Had Happened Otherwise swoje teksty zamieścili między innymi G.K. Chesterton, pisząc o hipotetycznym mariażu Habsburgów ze Stuartami w XVI wieku, oraz W. Churchill – tematem jego szkicu If Lee Had Not Won the Battle of Gettysburg były rozważania o tym, co mogło się stać, gdyby konfederaci wygrali wojnę secesyjną. Kluczowe dla popularyzacji idei okazały się jednak książka Railroads and American Economic Growth: Essays in Econometric History (1964) późniejszego noblisty Roberta Fogela – o tym, że brak kolei żelaznej, wobec bogatej sieci rzecznej, nie musiał skutkować opóźnieniami w rozwoju USA w XIX wieku – esej Arnolda Toynbee’ego If Alexander the Great had lived on (1969) – o rozwoju Europy i świata, gdyby Aleksander Wielki nie zginął w wieku 33 lat – oraz zbiór wykładów niemieckiego historyka starożytności Alexandra Demandta z 1984 roku, w Polsce wydany pod tytułem Historia niebyła (1999). Publikacja ta okazała się w Niemczech zaskakującym sukcesem, zrobiło się o niej głośno także za granicą i przypomniano sobie, że historia nie musi być wcale męczącą domeną zagrzebanych w papirusach okularników. Oprócz kilkunastu ciekawych spekulacji Demandt w swoich tekstach naszkicował przede wszystkim wymogi metodologiczne podobnych rozważań oraz wskazał korzyści, jakie dla poznania wydarzeń rzeczywistych może mieć zabawa w snucie przebiegu dziejów alternatywnych.

Nie przekonało to wszystkich sceptyków – ich koronny argument zasadzał się na przekonaniu, że to, co nie zaistniało, nie ma znaczenia dla tego, co się wydarzyło – ale też pokazało, że podobna twórczość nie musi się wymykać narzędziom naukowej metody badań. Wkrótce ukuto termin „historii kontrfaktycznej” – w odróżnieniu od „historii alternatywnej”, domeny beletrystyki, miała to być spekulacja snuta przez zawodowych historyków.

Fikcje alternatywne

Podobne rozgraniczenie było zmianą czysto kosmetyczną, ale też znamienną; wyodrębnienie na poziomie języka to pierwszy krok na drodze do emancypacji idei. Z jednej strony pokazywało, że historycy coraz bardziej ochoczo podchodzą do podobnych spekulacji, z drugiej – wskazywało, że pod bokiem akademików pojawił się potężny nurt kultury, w którym bardziej lub mniej prawdopodobne historie alternatywne tworzone są ochoczo i licznie. Metoda w popkulturze trafiła na podatny grunt zwłaszcza wśród amerykańskich twórców fantastyki naukowej, rozwijającej się bujnie od początku XX wieku w czasopismach groszowych. Choć i tu z czasem pojawiły się teksty, których celem była nie tylko zabawa w luźne historyczne skojarzenia.

W 1962 roku Philip K. Dick – autor science fiction o biografii nie mniej niepokojącej niż fabuły jego najlepszych książek– napisał Człowieka z Wysokiego Zamku. W powieściowym świecie państwa Osi wygrały II wojnę, podzielona na strefy wypływów Ameryka znajduje się pod okupacją japońską, w Europie niepodzielnie panują naziści, a kontynent afrykański stał się jednym wielkim obozem koncentracyjnym. W tak nakreślonym świecie pojawia się nagle powieść, w której ponoć opisano, jak powinna wyglądać „prawdziwa” historia świata. Z kolei austriacki pisarz Otto Basil w ponurej Brunatnej rapsodii (1966) nie tylko pozwala wygrać Niemcom II wojnę światową, ale i spuszcza bombę atomową nie na Hiroszimę, lecz na Londyn, i pokazuje świat na krawędzi rozpadu i zagłady atomowej, do której dochodzi podczas walki o schedę po umierającym w alternatywnych latach 60. XX wieku Hitlerze.

Możliwe inne zakończenia II wojny światowej to zresztą chyba najpopularniejszy lejtmotyw podobnych fabulacji. Na jego przykładzie można prześledzić jeden z mechanizmów, które sprzyjają tworzeniu historii alternatywnych: do rozplątywania rzeczywistości najlepiej nadają się tak zwane „węzły historyczne” – momenty, które przez splot skomplikowanych decyzji, okoliczności i działań wydają się najbardziej podatne na podobną zmianę.

The Iron Dream Normana Spinrada (1972) ma formę fikcyjnej powieści pulpowej, którą napisał przebywający na emigracji w USA Hitler, niespełniony malarz, snujący swoje sny o potędze na łamach magazynów pulpowych. Robert Harris w zekranizowanym Vaterlandzie (1992) opisuje fikcyjne lata 60. XX wieku i umieszcza swoich bohaterów w świecie, w którym przygotowywane są obchody 75. urodzin Hitlera i prowadzone jest śledztwo dotyczące obozów zagłady. Eric-Emanuel Schmidt w Przypadku Adolfa H. (2001) rozgrywa alternatywną biografię przywódcy nazistów, równolegle opisując jego losy po tym, jak dostał się na studia do akademii sztuk pięknych i jak nie został na nią przyjęty. Obie ścieżki wielokrotnie się przecinają, a kluczowych wyborów, zdaje się mówić Schmidt, musimy dokonywać w naszym życiu wielokrotnie i proces ten nigdy się nie kończy. W Spisku przeciwko Ameryce Philipa Rotha (2004) wybory w USA w 1940 roku wygrywa nie Roosevelt, tylko rasizujący Charles Lindbergh, słynny pilot i postać autentyczna, a Stany obierają kurs zbieżny do nazistowskich Niemiec. Związek Żydowskich Policjantów Michaela Chabona (2007) to kryminał rozgrywający się na alternatywnej Alasce, gdzie – zamiast w Izraelu – osiedlili się po II wojnie światowej Żydzi. I tak dalej.

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że to tylko ułamek tytułów rozgrywających niebyłe scenariusze ostatniej wojny światowej – a gdzie tu powieści o amerykańskiej wojnie secesyjnej czy radzieckiej wojnie ojczyźnianej, których imię legion? – uzyskamy przybliżony rozmiar zjawiska. Jak od tej strony wygląda twórczość autorów nad Wisłą?

Polska – jak wszystkie kraje dotknięte dopustem bogatej historii – wydaje się szczególnie predestynowana, by snuć opowieści o swoich dziejach alternatywnych. Agnieszka Haska i Jerzy Stachowicz w Śniąc o potędze (2013) – antologii polskiej fantastyki międzywojennej – udowadniają, że podobne próby wcale licznie podejmowano już w II Rzeczypospolitej. Współcześnie pierwszy wysyp podobnych tekstów pojawił się parę lat po tym, gdy literatura popularna, jak i cały kraj, została w 1989 roku uwolniona z historycznej homeostazy i zaczęła doganiać Zachód. Tyle że robiła to na swój sposób. W nowelce Druga podobizna w alabastrze (1997) Marek S. Huberath kreślił obraz historii, w której nie doszło do Zbawienia, a Cesarstwo Rzymskie i cały świat chyli się ku upadkowi w procesie, którego nie można powstrzymać. Na styku religii i historii umieścił swój tekst także Jacek Ingot – w Quietusie (1997) Julian Apostata odniósł sukces, chrześcijaństwo zostało zmuszone do zejścia do podziemia, Cesarstwo Rzymskie nie upadło, a zamiast Polski na mapach figuruje słowiańska Wenedia.

W Xavrasie Wyżynie Jacka Dukaja (też z bogatego w alternatywy roku 1997) komando polskich terrorystów przedziera się z bombą atomową pod Moskwę – w Europie, w której nie było Cudu nad Wisłą i bolszewicy wygrali wojnę roku 1920. Edward Redliński w Krfotoku (1998) rozgrywa alternatywne losy Polski, w której nie wprowadzono stanu wojennego, ale nie uchroniło to państwa przed zapaścią i obywatelskim marazmem. Wreszcie Marcin Wolski – który szczególnie upodobał sobie pisanie historycznych fikcji – w Alterandzie (2003) mnoży podobne motywy ze szczególnym upodobaniem, z jednej alternatywy przechodząc w kolejną. Czego tu nie ma: zamach na Wałęsę sąsiaduje z katastrofą lotniczą, w której giną Breżniew i sowiecka elita, zbuntowane oddziały armii PRL-u pod wodzą Ryszarda Kulińskiego walczą z wojskami ZSRR w europejskiej wojnie, która wybuchła w 1989 roku, a historia świata wielokrotnie zmienia swe koleiny.

Inne okręty (2003) Romualda Pawlaka to alternatywna historia świata, w której w XVI wieku nie doszło do konkwisty i zniszczenia państwa Inków. W Krzyżackim pokerze (2005) Dariusz Spychalski kreśli wizję XX wieku, w którym wciąż istnieje zakon krzyżacki, zależny od Rzeczypospolitej Trojga Narodów. Bursztynowe Królestwo (2009) Konrada T. Lewandowskiego opowiada o XIX-wiecznej unii polsko-chińskiej. Dumanowski (2011) Wita Szostaka to tygiel romantycznych mitów narodowych zmieszanych w biografii fikcyjnego XIX-wiecznego polskiego męża opatrznościowego. Widma (2012) Łukasza Orbitowskiego opisują Warszawę, w której nie doszło do powstania, a Krzysztof Baczyński przeżył wojnę i próbuje się odnaleźć w nowej rzeczywistości.

Trend zwieńczyła inicjatywa Narodowego Centrum Kultury, od 2009 roku wydającego serię Zwrotnice Czasu, nastawioną właśnie na opis alternatywnych historii Polski w najróżniejszych konstelacjach. W kilkunastu opublikowanych do tej pory przez NCK powieściach Polska między innymi wygrywa kampanię wrześniową (Burza, Maciej Parowski; 2010), wchodzi w sojusz z Hitlerem i wspólnie atakuje ZSRR (Wallenrod, Marcin Wolski; 2012), nieustannie zmienia swoje historyczne oblicze w rozciągniętym w nieskończoność momencie u krańca czasów (Wieczny Grunwald, Szczepan Twardoch; 2010), kreśli niebyłe losy powstania styczniowego (Orzeł bielszy niż gołębica Konrada T. Lewandowskiego i Gambit Wielopolskiego Adama Przechrzty, obie książki z 2013 roku).

Czy podobna twórczość – idąca już w dziesiątki tytułów – to tylko beletrystyczna zabawa?

Umarła historia, niech żyje historia

Inwazji w popkulturze towarzyszy oskrzydlające wsparcie alternatywnej eseistyki historycznej. W latach 90. XX wieku temat na Zachodzie wrócił na wokandę głównie za sprawą publikacji Geoffrey’a Hawthorne’a Plausible Worlds: Possibility and Understanding in History and the Social Sciences, zbiorów Counterfactual Thought Experiments in World Politics pod redakcją Philipa E. Tetlocka i Virtual History. Alternatives and Counterfactuals zredagowanego przez popularnego Nialla Fergusona (wielkiego orędownika historii kontrfaktycznej i autora między innymi głośnej Cywilizacji), a także skupiającej się na militarystyce serii książek What if? pilotowanej przez Roberta Crowleya. Tematykę podchwycono też po tej stronie wielkiej wody. W zbiorach o wszystko mówiących tytułach Alternatywna historia. Co by było, gdyby… (2005) i Gdyby… Całkiem inna historia Polski (2008) głos zabrali najbardziej znani polscy historycy – A. Chwalba, A. Garlicki, J. Holzer, A. Paczkowski, H. Samsonowicz, J. Strzelczyk czy J. Tazbir – rozprawiając między innymi o Mieszku I, który nie ochrzcił się w 966 roku, skutkach zaniechania unii polsko-litewskiej, braku Sobieskiego pod Wiedniem czy historii Polski bez „Solidarności”. Ukoronowaniem podobnych publikacji były monumentalne Stulecie chaosu Witolda Orłowskiego (2006) – tom rozpisujący kilka alternatywnych scenariuszy dla całego XX wieku, oraz kontrowersyjny, uwikłany politycznie Pakt Ribbentrop-Beck (2012) Piotra Zychowicza.

Co popularność podobnych rozważań mówi o naszym świecie i współczesnym statusie historii?

Wzmożony pochód historii alternatywnych przez popkulturę i akademickie kuluary to fenomen ostatnich 50 lat XX wieku. Świat po wojnie się skurczył, zasiane w czasach kolonializmu ziarno globalizmu dojrzało i wzeszło, powracający po wojnie do domów weterani poznali innych ludzi, inne kultury i okazało się, że mają one do zaproponowania nie mniej niż „cywilizacja białego człowieka”. Obok podobnego relatywizmu kulturowego wiarę w szeroko rozumiany obiektywizm podkopały prace J. Derridy i innych ojców postmodernizmu, które nie tylko zmieniły filozofię i literaturę, podważyły zaufanie do autorytetów i zachwiały posadami mieszczańskiego świata, ale też zmusiły do rewindykacji spojrzenia na historię.

Do tej pory – w klasycznym, XIX-wiecznym, „pozytywistycznym” ujęciu – panowało przekonanie, że jej zadaniem jest „bezsporne ustalanie faktów” w oparciu o pracę na źródłach. Kiedy jednak uzmysłowiono sobie, że owe źródła to też w jakimś stopniu „dzieła literackie” – operacje na języku, jak wszystkie działania tego typu podlegające interpretacji i przefiltrowaniu przez subiektywizmy – powrót do uprawiania historii jako sposobu autorytatywnego ustalania faktów stał się jeśli nie niemożliwy, to co najmniej niewiarygodny. Zgodnie z duchem czasu zdano sobie sprawę, że każda interpretacja już jest deklaracją światopoglądową, a postulat całkowitego naukowego obiektywizmu – subiektywną deklaracją.

Zwrócono uwagę na kwestie dotychczas traktowane marginalnie – historia przestała się skupiać na „politykach i wojnach”, a zaczęła interesować problemami pozostającymi do tej pory w ich cieniu: używkami, modami, procesami ekonomicznymi, wpływem higieny i diety obywateli na losy imperiów. Trend został wzmocniony przez naukę: tak jak tezy Hegla powstawały w cieniu pooświeceniowego determinizmu i demona Laplace’a, tak w XX wieku coraz większą popularność zdobywały fizyka kwantowa (podnosząca bezpośrednio problem wielości światów w pracach Hugh Everetta III) i matematyczna teoria chaosu, według której niewielka zmiana wartości początkowych skutkuje nieprzewidywalnym odkształceniem na końcu procesu. Fikcja stała się instrumentem dochodzenia do prawdy, a historia przestała być traktowana jako zbiór mozolnie ustalanych faktów – tylko jako pole potencjalnych możliwości.

Nie znaczy to, że historycy od tej pory zajmowali się wyłącznie historią kontrfaktyczną. Wydaje się jednak, że z każdym rokiem przyzwolenie na alternatywne spekulacje stawało się większe. Postmodernizm, ze swym hasłem końca historii, stał się wymarzonym obszarem do eksploracji historii „w poziomie”, skoro zejście „w głąb” – w dzieje coraz odleglejsze od tu i teraz – statutowo uważano za coraz mniej wiarygodne, wobec coraz większych trudności z interpretacją, wydawałoby się, „pewnych” źródeł. Trudno jednak przypuszczać, żeby upodobanie do historii kontrfaktycznych miało zastąpić klasyczny sposób uprawiania historii. Ale zaraz – co w czasach badań interdyscyplinarnych, w których do poznawania historii wykorzystuje się genetykę, analizę lingwistyczną, skomplikowane modele statystyczne czy symulacje komputerowe, owo „klasyczne” miałoby znaczyć…?

Jak się okazało, historia może być doskonałą nauczycielką życia także – a może zwłaszcza? – wtedy, kiedy nie zaistniała.

4. Wyjście z cienia. Szare eminencje fantastyki

Jak początki rolnictwa, żeglugi, handlu, (…) tak i literatura szukała niegdyś swej kolebki w świecie bogów i herosów.

Jan Parandowski, Alchemia słowa

Raymond Chandler miał swojego Josepha „Capa” Shawa, byłego zawodowego żołnierza i szermierczego mistrza Stanów Zjednoczonych, który jako redaktor pulpowej „Black Mask” zobaczył w Chandlerze „to coś” i dał mu redaktorski kredyt zaufania. Philip K. Dick miał Williama Anthony’ego Parkera White’a (alias Herman W. Mudgett, alias H.H. Holmes, alias – najbardziej znany czytelnikom fantastyki – Anthony Boucher), który wyciągnął do młodego autora powieści mainstreamowych pomocną dłoń i nie tylko początkowo udzielał mu porad, ale także kupił od niego pierwszy tekst fantastyczny i przekonał do zajęcia się tym rodzajem literatury.

Redaktorzy. „Słudzy literatury”, zazwyczaj skryci w cieniu autorów, najczęściej pojawiający się na ustach wszystkich, jeśli zdarzyło im się coś spektakularnie sknocić. Jaka jest ich rola w kształtowaniu się już nie tylko tekstu, ale i wybijających się w danej konwencji trendów? Czy zawdzięczamy im tylko wyłapywanie (bądź nie) braku przecinka i błędów logicznych – a może to właśnie oni, makiawelicznie przyczajeni za autorskimi plecami, kształtowali przez lata obraz fantastyki?

„Romans naukowy” czy „romans z nauką”? Hugo Praszczur

Urodzony w Luksemburgu w rodzinie winiarzy Hugo Gernsbacher od najmłodszych lat, od kiedy ojciec pokazał mu prostą baterię i z jej pomocą skonstruowany prymitywny dzwonek, zafascynowany był elektrycznością. Od najmłodszych lat miał też talent do interesów. Dlatego też, kiedy tylko sam nauczył się konstruować podobne i bardziej skomplikowane dzwonki, nie tylko jeden zaraz zamontował na drzwiach w domu rodzinnym, ale i szybko rozreklamował urządzenie wśród znajomych rodziców, po czym zajął się montowaniem ich w sąsiedztwie, oczywiście odpłatnie. Jak się wkrótce okazało, w sprawie młodego wynalazcy musiał interweniować nawet sam… papież, kiedy chłopak został poproszony o zainstalowanie swoich urządzeń w żeńskim klasztorze, do którego nie mógł wchodzić żaden dorosły mężczyzna (a w czasie prac Gernsbacherowi juniorowi stuknęła „graniczna” trzynastka). Dyspensa została udzielona i energiczny przedsiębiorca mógł dokończyć instalację.

Zarobione pieniądze i coraz większa fascynacja nową techniką – a także zachwyt nad pracami Amerykanina Percivala Lowella, na poważnie spekulującego na temat domniemanych marsjańskich cywilizacji – przekonały Hugona do wyboru dalszej życiowej drogi. Po skończeniu szkoły Gernsbacher zdał na studia techniczne w Bingen w Niemczech, z zapałem nauczył się angielskiego i przez trzy lata nauki udoskonalał swoje projekty, by wreszcie, z kilkoma egzemplarzami nowoczesnej baterii swojego pomysłu, którymi handel miał mu zapewnić dobrobyt, wykupić bilet do Nowego Świata. Był rok 1904, kiedy dwudziestoletni Hugo, w nowych okolicznościach skróciwszy nazwisko do „Gernsback”, wylądował w Ameryce.

Działając w nowej i coraz prężniejszej gałęzi przemysłu, Luksemburczyk sukcesywnie umacniał swoją pozycję na rynku i gromadził kapitał, a to, co zarobił, inwestował w poszerzanie działalności. Tym sposobem już wkrótce dał się poznać jako twórca pierwszych bezprzewodowych telegrafów – i jednego z pierwszych domowych odbiorników radiowych.

Biznes się kręcił. Hugo zaczął nosić się zgodnie z wymogami zdobywanej pozycji. Nie tylko szył garnitury na miarę, ale wkrótce też sprawił sobie nowobogacki… monokl, który zakładał dla dodania sobie powagi. Oprócz tego poszerzył zakres inwestycji i wkroczył na rynek wydawniczy, na którym królowały najróżniejsze „magazyny groszowe”.

Pierwszym z długiego szeregu wydawanych przez niego czasopism był „Modern Electrics” z 1908 roku. Oczywiście nieprzypadkowo: pismo skierowane było do młodych pasjonatów raczkującej radiofonii. Gernsback-biznesmen na tym właśnie znał się najlepiej, ponadto w propagowaniu nowego hobby wśród młodzieży znalazł sposób na zwiększenie popytu – i wzrost zysków we wcześniejszych dziedzinach działalności. Trafił w dziesiątkę. Przez pięć lat ukazywania się magazynu liczba czytelników zwiększyła się z dwóch tysięcy do ponad pięćdziesięciu tysięcy, a popularyzując metody samodzielnego składania radioodbiorników i prostych tranzystorów, Gernsback jednocześnie zaszczepiał u młodych ludzi fascynację nauką i związanymi z nią – jak się wówczas wydawało, nieograniczonymi – możliwościami. Choć jeszcze o tym nie wiedział, przygotowywał pierwsze pokolenie czytelników science fiction. Zaraz… jakiej „science fiction”? Tego określenia jeszcze wtedy nie znano.

Nadspodziewany sukces „Modern Electrics” przekonał Gernsbacka do poważniejszego inwestowania w rynek wydawniczy. Z jednej strony przynosiło to całkiem ładny pieniądz – z drugiej, dzięki temu mógł jeszcze intensywniej zająć się tym, co fascynowało go od najmłodszych lat.

I tak, już wkrótce pisząc w jednym z artykułów o możliwościach i rozwoju radiotelefonii, przeniósł na amerykański grunt nazwę „telewizja”, którą podpatrzył w publikacjach francuskich (artykuł Gernsbacka nosił tytuł Telewizja i telefot, którym to mianem określał późniejszy „telefon”). Poszukując zaś nowych metod spekulowania na temat spodziewanego rozwoju techniki, w 1911 roku rozpoczął publikowanie w odcinkach noweli swojego autorstwa Ralph 124C 41+. Romans z roku 2660, w której marginalizując fabułę i stronę literacką, starał się odgadnąć, jak będzie wyglądać przyszłość za ponad pół tysiąca lat. Przewidział na przykład powstanie radaru i wideofonów, pisał też o latających miastach i ożywianiu zwłok za pomocą… substancji promieniotwórczych. Każdy z coraz bardziej fabularyzowanych odcinków kończył tak, żeby zaciekawiony czytelnik z niecierpliwością oczekiwał na kolejny numer magazynu. Pomysł się sprawdził.

Tymczasem rzucany falami wolnej konkurencji, jedne tytuły Gernsback odsprzedawał, a na ich miejsce tworzył inne, ciągle pozostając ponad powierzchnią opłacalności i powiększając swoje prasowe „imperium”. Będąc coraz bardziej znanym w środowisku konstruktorów-nowatorów, spotkał się nawet z Nikolą Teslą, którego zarzucił swoimi pomysłami. Hugo, też wynalazca (umierając w 1967 roku, miał na koncie około 80 patentów), zastanawiał się choćby nad przygotowaniem wielkich lądowisk dla samolotów na pokładach statków lub dachach nowojorskich wieżowców, przy czym elementem „stabilizującym” lądowanie miały być… ogromne elektromagnesy wyłapujące nadlatujące samoloty. Zastanawiał się także nad możliwością skonstruowania wielkiego odkurzacza… do odławiania z morza rybich ławic.

Podobny rozmach towarzyszył mu podczas poczynań na rynku wydawniczym. Od czasu Ralpha nie zrezygnował z publikowania podobnych prognoz „literacko-futurologicznych”, w kolejnym z magazynów zamieścił nawet specjalnie poświęconą temu rubrykę: Nowe naukowe przygody Barona Münchausena. Aż wreszcie przyszedł rok 1926. Gersback – potentat elektroniczny, założyciel prywatnej stacji radiowej (nadającej z hotelowego pokoju w Nowym Jorku), właściciel praw do około 10 różnych magazynów, autor kilku książek dla amatorów radia – zdecydował się wreszcie wypuścić magazyn publikujący wyłącznie „fantastykę naukową”.

„Amazing Stories” nie były jedynym wówczas magazynem publikującym „naukowe spekulacje” (czy jak chciał H.G. Wells, „romanse naukowe”; wcześ-niejsze były choćby „Weird Tales” z 1923 roku). Jednak tam właśnie po raz pierwszy, wzorem takich tytułów, jak „Railroad Man’s Magazine” (publikującego wyłącznie opowiadania związane z koleją) czy „The Ocean” (historie morskie), zdecydowano się postawić tylko na ten jeden rodzaj tekstów.

Żeby zdefiniować nowy „gatunek”, Gernsback wkrótce ukuł termin na jego określenie. Początkowo, jak sam mówił, publikował (razem z Thomasem O’Conorem Sloanem, „redaktorem oficjalnym” magazynu) opowiadania „scientific fiction” i „scientifiction”, żeby wreszcie, w 1929 roku (i już w kolejnym magazynie – „Science Wonder Stories”), po raz pierwszy użyć nazwy „science fiction”. Razem z nazwą Gernsback ustalił cechy, którymi przyjmowane opowiadania miały się charakteryzować.

I tak najważniejsza w tekście była strona „naukowa”, „spekulacyjno-futurologiczna”, nie literacka. Fabuła mogła być „standardowa”, oparta na wypracowywanych szybko kliszach, na pierwszym planie na przykład z „szalonym naukowcem z przyszłości”, wdrażającym nowe (dobre bądź niebezpieczne) wynalazki. Niewielką wagę przykładano również do psychologicznej strony tekstów. Najważniejszy był „pomysł” i zaskakujący „wynalazek”; najbardziej liczyło się „naukowo prawdopodobne” pokazanie obrazu przyszłego świata.

„Amazing Stories” drukowało oczywiście takich klasyków fantastyki, jak Herbert George Wells, Julius Verne czy Edgar Allan Poe, ale już wkrótce dołączyli do nich nowi twórcy, między innymi niezmiernie popularny E.E. „Doc” Smith czy Edgar Rice Burroughs. Publikowali tam również Robert E. Howard i H.P. Lovecraft, jednak akurat na przykładzie tego ostatniego dała o sobie znać jeszcze jedna cecha Gernsbacka. Otóż po kilku „przygodach” z wydawcą Samotnik z Providence nieprzypadkowo zaczął nazywać właściciela magazynu „Hugo the Rat”… Podobnie bowiem jak w swoich manufakturach składających części do radioodbiorników, tak i na rynku wydawniczym Gernsback nie grzeszył uczciwością. Rzadko płacił autorom (a pracownikom w przemyśle wypłacał najniższe stawki, wymagając morderczej pracy), a kiedy już został do tego przymuszony przez sądy, następnym razem znów zachowywał się w identyczny sposób.

Kiedy w latach 30. Gersnback najpierw bankrutował, a potem szybko się podnosił i jeszcze bardziej umacniał na rynku wydawniczym, był już znanym biznesmenem, wynalazcą, przedsiębiorcą i wydawcą. (Wśród wydawanych przez niego około 30 czasopism znalazły się nawet takie jak „Woman’s Digest” czy „Sexology”). Jednak fantastyczną talię przejęli wtedy inni gracze.

Czas Redaktora

Płynąc na fali popularności „Amazing Stories”, w roku 1930 pojawiło się kolejne podobne czasopismo, „Astounding Stories of Super-Science”. Jednocześnie w styczniu, dokładnie wtedy, kiedy ukazywał się pierwszy numer magazynu – fantastyczny zbieg okoliczności? – w konkurencyjnym „Amazing…” (już bez Gersbacka) debiutował 20-letni autor, który w przyszłości miał zmienić oblicze nie tylko „Astounding”, ale i całej literatury spod znaku „super-science”. Autorem tym był John Wood Campbell junior.

Ten student prestiżowego Massachusetts Institute of Technology i kolega ze szkolnej ławki samego Norberta „Ojca chrzestnego cybernetyki” Wienera już wkrótce stał się rozpoznawalną postacią w światku autorów science fiction. Pisał przede wszystkim bardzo popularne space opery, „epopeje kosmiczne”, dość skutecznie rywalizując z ówczesnym specem w tej tematyce E.E. „Docem” Smithem.

Wkrótce też, nie zdawszy egzaminu z niemieckiego, wyleciał z uczelni – nie porzucając wszakże ani ambicji naukowych, ani literackich. Po zmianie szkoły na mniej znany Duke University szybko obronił się tam z fizyki. Jednocześnie zaczął powoli poszerzać zakres swoich zainteresowań literackich, a pisząc ciągle utwory trafiające w gusta szerokiej grupy odbiorców (jak również artykuły z astronomii), pod pseudonimem Don A. Stuart zaczął tworzyć także teksty subtelniejsze, bardziej wysmakowane literacko, wiarygodne psychologicznie, stawiające mniejszy akcent na akcję i kosmiczną scenografię, a większy na obserwacje socjologiczne i opis relacji międzyludzkich. Przez niektóre środowiska „nowy” autor w niedługim czasie zaczął być postrzegany nawet lepiej niż „oryginalny” Campbell. Przełomem był rok 1937. Energiczny pisarz przejął wtedy w „Astounding” obowiązki redaktora.