Wydawca: Kurhaus Publishing Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Podstęp. O szpiegach, kłamstwach i o tym, jak Rosja kiwa Zachód ebook

Edward Lucas  

5 (1)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 596 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podstęp. O szpiegach, kłamstwach i o tym, jak Rosja kiwa Zachód - Edward Lucas

Władcy szpiegów z Kremla i ze stolic Zachodu rywalizują o dominację od niemal stulecia – od czasu schwytania przez bolszewików w 1925 roku pracującego dla brytyjskiego wywiadu Sidney’a Reilly’ego, nazywanego Asem szpiegów, po deportowanie w roku 2010 ze Stanów Zjednoczonych za szpiegostwo na rzecz Rosji Anny Chapman.
W „Podstępie” Edward Lucas ujawnia prawdziwe dzieje Chapman i jej kolegów. Opisuje ich tajne misje w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych, ale też odsłania kulisy polowania na szpiegów, które doprowadziło do ich upadku. Rzuca światło na nieznane triumfy i klęski zachodnich wywiadów w latach Zimnej Wojny, które dały fundament szpiegostwu przemysłowemu i politycznemu w dzisiejszych czasach. O dziejach szpiegowskich wojen po rozpadzie ZSRR opowiada na podstawie rozmów, które jako jedyny autor przeprowadził z najważniejszą „wtyczką” Rosji w NATO, Hermanem Simmem. Ujawnia też straszliwe losy moskiewskiego prawnika, Siergieja Magnickiego, który odważył się rzucić wyzwanie rządzącej w stolicy Rosji mafii.
Niegdyś płynącym z Moskwy zagrożeniem był komunizm. Dziś, zdaniem autora, są nim siłowiki – byli pracownicy radzieckiej bezpieki i bezlitośni ludzie siły. „Podstęp” to lektura dla każdego, kto jest gotów odkryć, jakie wyzwanie stanowią oni dla świata. I dla własnego narodu.

Opinie o ebooku Podstęp. O szpiegach, kłamstwach i o tym, jak Rosja kiwa Zachód - Edward Lucas

Fragment ebooka Podstęp. O szpiegach, kłamstwach i o tym, jak Rosja kiwa Zachód - Edward Lucas

PODSTĘP

O ‌szpiegach, kłamstwach i ‌o tym,

jak Rosja kiwa ‌Zachód

Edward Lucas

Przełożył Mariusz ‌Kukliński

2014

Tytuł oryginału: ‌„Deception. Spies, ‌lies and ‌how Russia dupes ‌the West”

Copyright: © 2012 ‌Edward ‌Lucas

Po ‌raz pierwszy ‌opublikowano ‌w 2012 roku w ‌Wielkiej Brytanii (Bloomsbury Publishing, ‌London, New York, ‌Berlin and Sydney).

Bez ‌udzielonej na piśmie ‌zgody wydawcy nie ‌wolno reprodukować ‌i upowszechniać żadnej części ‌książki. ‌Wyjątkiem ‌są krótkie cytaty zamieszczane ‌w artykułach ‌o charakterze recenzenckim.

Przygotowując tę ‌książkę ‌powzięto możliwe wysiłki w ‌celu odnalezienia posiadaczy ‌praw autorskich do wykorzystanych ‌w niej ‌materiałów. Jeśli ‌jednak ktoś został nieumyślnie ‌pominięty, ‌wydawcy proszą o ‌kontakt.

Wydanie polskie: Kurhaus Publishing ‌Kurhaus ‌Media ‌sp. z o.o. ‌sp.k.

Prawa do ‌tłumaczenia © Kurhaus Publishing ‌Kurhaus ‌Media sp. ‌z o.o. sp.k.

Redaktor prowadzący: ‌Katarzyna Kozłowska

Tłumaczenie: Mariusz ‌Kukliński

Redakcja: Ewdokia ‌Cydejko

Korekta: ‌Jolanta ‌Tyczyńska

Projekt okładki: Dariusz ‌Krupa

Zdjęcie Angeli ‌Merkel, ‌Baracka ‌Obamy i ‌Davida Camerona na ‌okładce: EAST NEWS. Zdjęcie ‌Władimira Putina na ‌okładce: Corbis.

Opracowanie ‌typograficzne i łamanie: ‌Marek ‌Wójcik

ISBN: 978–83–63993–89–4

Kurhaus Publishing ‌Kurhaus Media sp. ‌z o.o. ‌sp. ‌komandytowa

02‒676 Warszawa, ‌ul. ‌Postępu 15C, ‌IV p.

Dział sprzedaży: kontakt@kurhauspublishing.com, ‌tel. 22 325 ‌34 71

Moim Rodzicom

Wprowadzenie

Zimne tchnienie komunistycznych tajnych służb zniszczyło życie niezliczonych mieszkańców krajów leżących za żelazną kurtyną. Dotknęło ono również mojego dzieciństwa w Oksfordzie w latach siedemdziesiątych. Nasza pochodząca z Jugosławii sublokatorka Olgica miała pewien ekscytujący sekret – wujka Dušana. Angielski poeta Matthew Arnold opisał Oksford jako „dom przegranych spraw, utraconych wierzeń, niepopularnych nazwisk i niemożliwych do dotrzymania więzów lojalności”. W przypadku Dušana to by się częściowo zgadzało. Jego nazwisko (tak jak większości emigrantów z Europy Wschodniej) nawet jeśli nie było niepopularne, to oczom i uszom Brytyjczyków z pewnością sprawiało kłopot. Pamiętam go jako postać ponurą i zagadkową, rzeczywiście powodów do ponuractwa miał aż nadto. Jego sprawa wydawała się bezpowrotnie przegrana. W swym własnym, mrocznym świecie był bohaterem, ale antykomunistów takich jak on władze powojennej Jugosławii potępiały, traktując jak zdrajców i przestępców*.

Wielu z nich zginęło w masowych grobach albo w celach tortur tajnej policji. Dušanowi dopisało szczęście. Uciekł do Wielkiej Brytanii, gdzie pracował jako skromny mechanik. Mieszkał na Crotch Crescent, bezbarwnej ulicy na skraju Oksfordu, co dla kogoś, kto w przedwojennej Jugosławii był młodym, dobrze zapowiadającym się urzędnikiem w administracji państwowej, mogło być przykrą degradacją.

Pod pewnym jednakże względem Dušan nie pasował do maksymy Arnolda. Mimo rozczarowań, nie wyrzekł się swoich przekonań. W istocie, w porównaniu z o wiele bardziej drakońskimi reżimami w bloku sowieckim rządy niezależnie myślących komunistów jugosłowiańskich obrały bardziej liberalny kurs, choć rzeczywiście myślących inaczej traktowano bezlitośnie. Dotyczyło to w szczególności tych, którzy kontaktowali się z antykomunistami przebywającymi za granicą. Rodzina Olgicy utrzymywała potajemne kontakty z krewnymi mieszkającymi na emigracji, ale zdawała sobie sprawę z ryzyka, toteż podczas przesłuchań jej członkowie kategorycznie zaprzeczali, jakoby cokolwiek o nich wiedzieli. Olgica odwiedzała swego wujka w Oksfordzie co weekend. Gdyby władze w jej kraju wiedziały, że spotyka się z niebezpiecznym antykomunistą na emigracji, błyskotliwa kariera lekarska jej ojca, dzięki której odwiedził na krótko Oksford, z pewnością by się skończyła. Zagrożona byłaby również przyszłość jej samej (pozostała przecież w tym mieście, żeby zdobyć średnie wykształcenie). Najprawdopodobniej też powrót do Jugosławii byłby dla niej niebezpieczny; utknęłaby wówczas w Wielkiej Brytanii jako niepełnoletnia emigrantka.

W dorosłość omal nie wkroczyłem w ryzykowny sposób, a to wskutek moich dawnych dziecięcych zainteresowań. Jeszcze zanim poznałem Olgicę, popadłem w chłopięcą obsesję na punkcie Europy Wschodniej. Godzinami przeglądałem zakurzone atlasy, czytałem też o nieistniejących już królestwach i republikach z epoki przed nastaniem komunizmu, wraz z ich politykami, o których dawno zapomniano, staroświeckimi znaczkami pocztowymi i egzotycznymi językami. Obecnie, za żelazną kurtyną wydawały się równie odległe i nierealne jak Atlantyda. Gdy jako kilkunastoletni chłopiec potrzebowałem przykładu propagandy komunistycznej do wypracowania szkolnego, postanowiłem napisać do Ambasady Jugosławii w Londynie i poprosić o przysłanie mi oficjalnego oświadczenia pokazującego, jak rząd tego kraju widzi pokonanych rywali rojalistycznych. Wydawało mi się, że znakomicie uzupełniałoby to inne eksponaty, jakie już zgromadziłem, w tym fragment książki Churchilla o II wojnie światowej, wzruszającą opowieść o koronowanym w dzieciństwie królu Jugosławii Piotrze i okresie spędzonym przez niego w Cambridge** oraz porywającą relację o dziejach brytyjskiej misji wojskowej wysłanej do jego skazanych na klęskę żołnierzy, czetników1.

Z dumą oznajmiłem o swoim planie domownikom. Ku mojej konsternacji Olgica zbladła. Matka zaś wzięła mnie na stronę i rzekła: „Nie rozumiesz, że ambasada jugosłowiańska w Londynie natychmiast przekaże ten list tajnej policji?” (Uprava državne bezbednosti, o złowieszczo brzmiącym akronimie UDBA, czyli Ministerstwo Bezpieczeństwa Państwa, była zmorą krytyków reżimu zarówno w kraju, jak i za granicą). Byłoby oczywiste, że moje dziecinne pytanie nadeszło z tego samego adresu w Oksfordzie, pod którym mieszkała córka wybitnego jugosłowiańskiego pediatry kończąca właśnie szkołę średnią. UDBA nie tylko zaczęłaby ją natychmiast podejrzewać, że propaguje rojalistyczną przeszłość, choć już to samo, traktowane w Jugosławii jak przestępstwo, było ryzykowne. Jeszcze gorsze wydawało się to, że tajniacy zaczęliby węszyć wokół historii jej rodziny i mogliby odkryć starannie ukrywane więzi łączące ją z mieszkańcem Crotch Crescent. Jej życie skomplikowałoby się w jednej chwili.

To błahe w gruncie rzeczy zdarzenie okazało się dla mnie cenną lekcją, choć nie z historii, lecz z polityki. Zrozumiałem, po pierwsze, że siła komunistycznego państwa opierała się na nieokiełznanej, natarczywej, zbiurokratyzowanej wszechwładzy służb bezpieczeństwa i wywiadu, a także na możliwości zniszczenia życia ludziom, którzy popadli u nich niełaskę. Po drugie, pojąłem, że zasięg owych instytucji wykraczał daleko poza ich ponure włości i docierał nawet do pozornie bezpiecznego świata małego uniwersyteckiego miasteczka w Anglii. Niezwykła myśl, że moje działanie mogłoby zainteresować wrogich funkcjonariuszy obcego państwa, rozbudziła we mnie pasje, które pochłaniały mnie przez następnych kilkadziesiąt lat. W późniejszych latach z upodobaniem połykałem książki szpiegowskie, od pamiętników uciekinierów po powieści Johna Le Carré. Odszukiwałem szpiegów będących już na emeryturze i ich przepytywałem. Zazdrosnym okiem popatrywałem też na tych, którym zaoferowano pracę w MI6, jak potocznie się nazywa brytyjską tajną służbę wywiadu – Secret Intelligence Service (SIS)***.

Mimo że nie wiedziałem wówczas zbyt wiele o świecie wywiadu, uderzyła mnie nieporadność prowadzonej przez niego rekrutacji. Zdarzało się, że tego samego dnia w przegródkach na studencką korespondencję pojawiały się identyczne szare koperty, jakich używano w instytucjach rządowych. Niektórzy adresaci ignorowali ostrzeżenia, żeby trzymać język za zębami. Jeden z moich przyjaciół oprawił nawet taki list w ramki i wywiesił w toalecie, aby przyjaciele mogli należycie ocenić mało przekonujący papier firmowy i sztywne sformułowania: „W rządowej służbie zagranicznej zdarzają się niekiedy sposobności zatrudnienia o specjalistycznym i poufnym charakterze”. Ci, którzy zgłaszali się pod wskazany adres, tracili zaufanie do szpiegowskiej wizji świata przez nietaktowne wysiłki urzędników zajmujących się prześwietlaniem kandydatów (którym towarzyszyły złowieszcze ostrzeżenia o konieczności dochowania tajemnicy). Zastanawiałem się, czy w walce przeciwko sowieckiemu imperium miało to faktycznie jakieś znaczenie, że Tom lubił chłopców, Dick palił trawkę, a Harriet miała chłopaka należącego do Socjalistycznej Partii Robotniczej****.

Sądziłem, że więcej dobrego mógłbym zdziałać na zewnątrz. Szukałem więc jakiejkolwiek związanej z Europą Wschodnią sprawy, której aktywiści przyjęliby moją pomoc. Dzięki inspiracji ze strony mojego ojca, przemycającego książki pobratymcom filozofom w Czechosłowacji, pomogłem zorganizować studencką kampanię poparcia dla polskiej „Solidarności”, zmiażdżonej w grudniu 1981 roku przez stan wojenny. Wymachiwałem plakatami pod ambasadami i pisałem listy w obronie więźniów politycznych. Uczyłem się niemodnych języków, takich jak polski*****, i ćwiczyłem je w praktyce, zaprzyjaźniając się ze zgorzkniałymi, starymi emigrantami w zakurzonych klubach i urzędach zachodniego Londynu, w świecie estońskiego „generała” z powieści le Carrégo pt. Ludzie Smileya2. Podobnie jak fikcyjni emigranci u autora szpiegowskich powieści, ci faktyczni też byli opłacani przez szpiegów brytyjskich, a następnie zdradzani i porzucani. Wtedy nie znałem jeszcze skali fiaska operacji „Dżungla” (szczegółowo opisuję ją w Rozdziale 9).

Niniejsza książka jest wynikiem moich podwójnych zainteresowań szpiegostwem i Europą Wschodnią. Niekiedy zdarzało mi się jechać autobusem linii 12, którego trasa w dzielnicy Lambeth biegła ulicą Westminster Bridge Road, obok siedziby MI6. Jej adres miał być w owych czasach ściśle strzeżoną tajemnicą państwową, choć konduktor zwykł z humorem oznajmiać: „Century House – wszyscy szpiedzy wysiadają tutaj”. Nigdy nie wszedłem do środka, przyglądałem się jednak poczerniałej betonowej konstrukcji z niepasującą do otoczenia stacją benzynową mieszczącą się przy podjeździe. Czy to naprawdę była nasza odpowiedź na napawający lękiem gmach Łubianki w Moskwie? Imponująca, klasyczna fasada cytadeli KGB******, która oryginalnie należała do towarzystwa ubezpieczeniowego, pasowałaby do najwspanialszych ulic w centrum Londynu. Budynek MI6 wyglądał natomiast jak obskurny sowiecki wieżowiec.

Szpiedzy, czy to opłacani agenci, czy idealistyczni ochotnicy, czy zawodowi funkcjonariusze wywiadu, byli niczym żołnierze piechoty w walce między Wschodem i Zachodem, walce, która ukształtowała życie pokoleń powojennych, także mojego. Intrygowali mnie jako studenta, działacza i dziennikarza, najpierw w Londynie, a później podczas pobytu za żelazną kurtyną. W latach osiemdziesiątych ocierałem się o szpiegów po obu stronach i stukałem z nimi kieliszkami, robiąc uniki, gdy mi schlebiali, i przerzucając się żartami, drwinami, argumentami i ideami. Przez krótki czas wyglądało na to, że upadek komunizmu położy kres całemu temu zamieszaniu. Kiedy Związek Radziecki już nie istniał, a wraz z nim odeszło do przeszłości niebezpieczeństwo, że zimna wojna przekształci się w gorącą, cóż jeszcze pozostało do szpiegowania? Strzelanie korków od szampanów otwieranych w sierpniu 1991 roku w Wielkiej Brytanii i w Ameryce okazało się jednak równie przedwczesne, jak ponure nastroje na Łubiance w chwili, gdy przy okrzykach radości rozentuzjazmowanych moskwian dźwig zabierał pomnik szefa tajnej policji z czasów Lenina, Feliksa Dzierżyńskiego. MI6, CIA i służby, które były ich partnerami, przetasowały swoje budżety i zajęły się nowymi celami: wyrywającymi się spod kontroli handlarzami bronią, terrorystami, gangsterami i przestępcami działającymi w internecie. Wkrótce się okazało, że nowi gangsterzy i starzy szpiedzy stają się łatwo szlafkamratami. Kombinatorzy i oszuści na pierwszym planie byli niekiedy nowi. Za sceną kręciły się jednak najczęściej szczwane i bezlitosne typy z dawnego świata wywiadu bloku sowieckiego.

W nowym ładzie to oni byli partnerami pozostającymi w cieniu. Szpiedzy z epoki komunizmu nie tylko, że nie zostali zmieceni wraz z gruzami dawnego systemu na śmietnik historii, ale wręcz rozwinęli swoje talenty, przystosowując się do nowych warunków. Niektóre postaci z dawnych dni pozostały pod przykrywką, dochodząc do nowych, darzonych zaufaniem stanowisk w odrodzonych strukturach państwowych. (Jednym z nich był Estończyk, Herman Simm, jego działalność omawiam w Rozdziale 11). Część z nich zajęła się interesami, w czym bardzo pomagała znajomość języków obcych i w ogóle świata poza blokiem sowieckim. Majątek partii komunistycznych i organizacji będących ich fasadą szybko się rozpłynął, często trafiając do rąk tych, którzy byli szczwani i mieli kontakty. Podobnie stało się z funduszami operacyjnymi KGB i jego służb sojuszniczych. Pieniądze schowane w czasie upadku Związku Radzieckiego za granicą szacuje się na dziesiątki miliardów dolarów, a ci, którym mogłyby się rozwiązać języki, zniknęli sprzątnięci na fali do dziś niewyjaśnionych samobójstw w okresie agonii dawnego systemu3. Owe schowki ze zdobytą nielegalnie gotówką stały się finansową trampoliną dla członków dawnej elity śmiało budujących nowe kariery w świecie interesów. W rezultacie swoją władzę przekształcili oni w bogactwo, a bogactwo – na powrót we władzę.

W samej Rosji szpiedzy z epoki ZSRR sprawują obecnie władzę, wśród nich główną postacią jest były oficer KGB, Władimir Putin. Są nazywani siłowikami, czyli ludźmi siły*******. Gdy w roku 1991 ZSRR upadł, staremu KGB odcięto głowę, ale go nie wykorzeniono. Zamiast tego, nadano mu nową nazwę, podobnie jak czyniono to w przeszłości. (W latach Włodzimierza Lenina funkcjonowała Czeka, która później przekształciła się w OGPU, następnie w NKWD, na koniec – w KGB). Obecnie instytucja ta rozpadła się na dwie: FSB, która po dawnym systemie odziedziczyła represyjny aparat działający w kraju, oraz SWR, która jest następcą sowieckiego wywiadu zagranicznego. Obok tych służb działa oddzielna agencja wywiadu wojskowego, GRU4.

Część tej książki poświęcona jest więc właśnie tym zwodniczym działaniom dawnych szpiegów i ich przyjaciół, którzy faktycznie zawiązali przestępczy spisek i przejęli jeden z największych krajów świata, zdobywając przy tym ogromne bogactwa i mydląc oczy Zachodowi. Ich taktyka łączy metody gangsterów, wielkiego biznesu, konwencjonalnej dyplomacji i wywiadu. Wykazuję, że władcy rosyjskich szpiegów stosują przeciwko nam nie tylko swoje dawne narzędzia, ale również nowe, o których ich poprzednicy z lat ZSRR mogli tylko marzyć.

Ich najpotężniejszą bronią jest to, że są zwyczajni. Podobnie jak rosyjscy politycy i urzędnicy, którzy na pierwszy rzut oka wyglądają, jakby pochodzili z tej samej, odzianej w garnitury, niczym się niewyróżniającej kasty, co i ich odpowiednicy w innych krajach uprzemysłowionych, szpiedzy, których opisuję w tej książce, nie wydają się ani wytworni, ani złowieszczy. Prowadzą normalne życie i pracują w normalnych biurach, poruszając się wśród nas bez wysiłku i bez zwracania na siebie uwagi. Są ludźmi, jakich moglibyśmy spotkać w bramie szkoły, do której chodzą nasze dzieci, jacy mogliby pracować gdzieś obok w sąsiednim budynku, których mijamy podczas podróży w interesach lub podpatrujemy, jak koszą trawę w ogródku obok. Ich faktyczna praca polega jednak na przeniknięciu do naszego społeczeństwa, wpływaniu na nie dla ich własnych interesów i wykradaniu naszych tajemnic.

Najsłynniejsza z tej nowej generacji rosyjskich szpiegów była Anna Chapman, młoda, rudowłosa kobieta, która w wyniku aresztowania i deportowania jej ze Stanów Zjednoczonych w czerwcu 2010 roku stała się supergwiazdą na skalę światową. Została bliską przyjaciółką Putina i ważnym trybikiem w jego machinie politycznej, wybitną postacią w świecie rosyjskiej finansjery i sławą telewizyjną. Jak jednak pokazuję w Rozdziale 7, jej główne talenty, dzięki którym mogła pracować za granicą, nie należały do zestawu umiejętności szlifowanych w szkole szpiegowskiej; te służyły jej raczej za legendę. Swoje życie w Wielkiej Brytanii rozpoczęła na monotonnym przedmieściu Londynu, Stoke Newington. Dla obserwatora z zewnątrz wydawała się kolejną bawiącą się do upadłego bystrą, młodą Rosjanką z angielskim mężem, której życiowym celem było wykorzystanie największej szansy, jaką dawała Wielka Brytania, czyli życie w komforcie i bezpieczeństwie. Brak czegokolwiek niezwykłego w jej postaci okazał się zwodniczy. Do spełniania powierzonych jej zadań szpiegowskich dobrze nadawała się właśnie dlatego, że wydawała się taka niepozorna. Jej późniejsza przemiana we współczesną Matę Hari nadaje jej dodatkowy wymiar – jest świadectwem umiejętności twórców jej wizerunku i wiele mówi o samej Rosji.

Skandal szpiegowski, w wyniku którego Anna Chapman stała się sławna, stanowił część większego obrazu. Była jedną z dziesięciu osób aresztowanych w czerwcu 2010 roku w Stanach Zjednoczonych. Każda z nich żyła niezwracającym uwagi życiem klasy średniej, pozornie pozostając z dala od tradycyjnych celów szpiegostwa, takich jak Pentagon czy Departament Stanu. Ona i jeszcze jeden Rosjanin mieszkali tam pod własnymi nazwiskami. Siedmioro innych posługiwało się uzyskanymi w oszukańczy sposób danymi osobowymi, utrzymując, że są obywatelami Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Kanady, Irlandii i Urugwaju (dziesiątą osobą była peruwiańska żona Urugwajczyka). Kolejnym podejrzanym był Rosjanin Paweł Kapustin, występujący pod przybranym nazwiskiem Christopher Metsos. Został aresztowany na Cyprze, ale tamtejsze władze pozwoliły mu uciec – epizod ten, który do dziś wzbudza furię w oficjalnych kręgach amerykańskich, nie został nigdy zadowalająco wyjaśniony5. (Pokrewną sprawą jest deportowanie, w połowie lipca tegoż roku, z powodu nadużyć imigracyjnych pewnego Rosjanina, który kiedyś pracował w spółce Microsoft).

Na myśl, że Rosja mogłaby wysyłać szpiegów na przedmieścia, jedni ludzie reagują drwinami, inni są zaskoczeni. Obie te reakcje są niewłaściwe. Ze strony kremlowskich szefów rosyjskich szpiegów nie była to jednak inicjatywa ani nowa, ani głupia, jedynie najnowszy zwrot wątku tyleż starego, co złowieszczego. Zaledwie dwa lata wcześniej, w roku 2008, światło na sprawę penetrowania przez Rosję państw NATO rzuciła sprawa Hermana Simma. W wyniku pewnych błyskotliwych działań podjętych przez zachodnich łowców szpiegów ten korpulentny były policjant estoński, będący głównym urzędnikiem odpowiedzialnym za bezpieczeństwo swego kraju, został zdemaskowany jako rosyjski agent. Zdemaskowano też jego oficera prowadzącego – zawodowego szpiega kierującego działaniami Simma. Człowiek ten, o pseudonimie Antonio, był Rosjaninem działającym pod przykrywką biznesmena portugalskiego, z drobiazgowo przygotowaną nielegalną tożsamością. Rozgłos w gazetach i w telewizji wokół tej sprawy wkrótce przygasł, większość ludzi nadal więc nie była świadoma skali wysiłku, jaki Rosja, podobnie jak uprzednio Związek Radziecki, wciąż wkłada w zwodzenie, penetrację i działalność wywrotową. Po długiej kampanii nacisków i sporów udało mi się przekonać władze Estonii, aby pozwoliły mi porozmawiać z Simmem (wyniki mojego dochodzenia zawiera Rozdział 11).

Międzynarodowa wrzawa w środkach przekazu wokół Anny Chapman strywializowała szpiegostwo, przedstawiając je jako odłam przemysłu rozrywkowego. Można było popełnić taki błąd. Z jej kapryśnymi minami i wyniosłym postępowaniem ta rosyjska seksbomba z łatwością mogła uchodzić za postać fikcyjną. Świetnie pasowałaby na zmysłową pomocnicę arcyzłoczyńcy z filmu o Jamesie Bondzie. Byłby to związek 007 z „90‒60‒90”. (Jest to rosyjski przydomek Anny, który wziął się z jej zgrabnych kształtów). Z pewnością zagwarantowałby odpowiednio tandetne napięcie seksualne. Sprawa ta, krzykliwa i wyglądająca na bezsensowną, zachęcała do ośmieszania Chapman. Tytuł w magazynie „New York” brzmiał: Rosyjscy szpiedzy sązbyt bezużyteczni izbyt seksowni, żeby stawiać ich przed sądem. W Londynie dziennik „The Guardian” z pełną ufnością orzekł, iż „siedząc w swoich kryjówkach na amerykańskich przedmieściach, nikt z owej dziesiątki Rosjan nie ustrzelił żadnych tajemnic”. Pewien weteran dziennikarstwa brytyjsko-amerykańskiego wyraził opinię, że wysłanie przez Rosjan nielegałów było „kompletnie nieskuteczne i bezsensowne”6. Gdy zatrzymanych Rosjan wymieniano w Wiedniu na cztery osoby aresztowane za szpiegostwo w Rosji, David Cornwell, który pisząc pod pseudonimem John le Carré, tak błyskotliwie oddał intrygi wokół szpiegowania w latach zimnej wojny, zasugerował nawet, że „prawicowcy” w agencjach wywiadowczych Stanów Zjednoczonych próbują sabotować poprawę stosunków rosyjsko-amerykańskich. Tak to skomentował: „Gdy oglądamy we wspaniałych barwach technikoloru największą wymianę szpiegów w XXI wieku, mając w pamięci grany na cytrze muzyczny motyw związany z postacią Harry’ego Lime’a********, czy szpiedzy spodziewają się po nas, że pospieszymy z powrotem do naszych schronów z lat zimnej wojny? Czy na tym polega ten chytry plan?”7.

Z całym szacunkiem dla największego brytyjskiego autora powieści szpiegowskich, choć raczej z mniejszym dla innych komentatorów, muszę powiedzieć, że takie podejście jest wyrazem osobliwego samozadowolenia. Żeby dopracować się możliwości, jakich wymaga ich faktyczna praca, szpiedzy muszą wyglądać na maksymalnie nudnych i nie rzucać się w oczy. Jeśli mają być skromnymi gońcami przewożącymi tam i z powrotem pieniądze, fałszywe dokumenty i inne środki służące bardziej efektownym agentom, muszą mieć pracę pozwalającą im na podróże. Będący najbardziej znaną postacią z powieści le Carrégo George Smiley spędził lata wojny, pracując pod przykrywką (rzekomo Szwajcara) zatrudnionego w szwedzkiej firmie żeglugowej – idealna legenda dla kogoś potrzebującego regularnej wymówki do odwiedzania Hamburga czy innych portów w Niemczech8. Dla niektórych zadaniem jest uzyskanie pracy, podjęcie hobby lub stylu życia dającego dostęp do tajnych informacji. Jeśli mają rozpoznać potencjalnych informatorów i ich słabe strony, umożliwiące ich zwerbowanie, powinni umieć łatwo nawiązywać kontakty. Jeśli są oficerami prowadzącymi, którzy werbują agentów, kierują nimi, dodają im motywacji i ich sprawdzają, muszą przyjąć taki styl życia, żeby spotykanie się z ludźmi najróżniejszego autoramentu nie wzbudzało podejrzeń. Jeśli są „kretami”, dążącymi do przeniknięcia do służb bezpieczeństwa lub wywiadu drugiej strony, muszą wykazać się wykształceniem i drogą zawodową, dzięki którym będą wiarygodnymi kandydatami do pracy w takich służbach.

To, o co tu chodzi, zostało dobrze wyjaśnione na blogu Charlesa Crawforda, brytyjskiego dyplomaty, który spędził wiele lat na placówkach w terenie9. Szpiegowanie polega na znalezieniu miejsca, w którym można przechowywać bardzo drażliwe, pożyteczne informacje bądź też, gdzie krążą one w obiegu, a następnie – wykorzystawszy słabostki chroniących ich ludzi czy słabe punkty ich fizycznej ochrony – na skopiowaniu tej informacji w sposób niepozwalający tego wykryć. Wszystko to trzeba zrobić tak, aby nikt tego nie zauważył i nie nabrał podejrzeń, a zabiegi te trzeba powtarzać wielokrotnie. Łowcy szpiegów mogą stale obserwować podejrzewanego o szpiegowanie dyplomatę, czy to podczas snu, czy kiedy nie śpi, mogą ślęczeć nad wnioskami o przyznanie wizy, szukając przybyszów z zagranicy będących faktycznie kimś innym, niż się wydaje. Mogą też objąć obserwacją podejrzanych po własnej stronie, żeby sprawdzić, czy nie mają oni dziwnych spotkań z obcymi ludźmi. Metody takie mogą pomóc schwytać szpiega podającego się za dyplomatę lub nieostrożnego zdrajcę. Gdy jednak mają do czynienia z właściwie wyszkolonym nielegałem, czyli kimś, kto działa, posługując się nabytymi lub skradzionymi danymi osobowymi, na schwytanie go niemal nie mają szansy.

Jak pokazuję w Rozdziale 6, tego rodzaju osoba jest prawdziwym skarbem – można ją wykorzystać, gdziekolwiek, jakkolwiek i kiedykolwiek zachodzi taka potrzeba. To, że Rosja utrzymuje takich agentów w Ameryce, Wielkiej Brytanii, w Europie czy gdziekolwiek indziej, powinno być sygnałem alarmowym. Wyobraźcie sobie, że ktoś, kto was nienawidzi, ma klucz do waszych drzwi wejściowych. To, że jeszcze nie podpalił wam domu, nie skradł kosztowności ani nie podłożył narkotyków, jest niewielką pociechą. Powodem do zmartwienia jest to, że mógł to uczynić.

Rosjanie nie trywializują ani nie ośmieszają szpiegostwa. Traktują je całkiem serio, zarówno jako zagrożenie z zagranicy, jak i jako coś, w czym ich kraj celuje. Fikcyjni szpiedzy podobno wszędzie cieszą się prestiżem i mają opinię postaci wytwornych. Ameryka ma swojego cierpiącego na amnezję, niezniszczalnego Jasona Bourne’a10, w Anglii zaś reputację SIS podbudowują szaleństwa komandora Bonda. W realnym życiu jednak w krajach Zachodu, w porównaniu z sytuacją ich odpowiedników gdzie indziej, przywileje szpiegów są skromne. W Wielkiej Brytanii na przykład przechodzą na emeryturę w wieku 55 lat, czyli wcześniej niż ich koledzy z dyplomacji, pod których przykrywką działają. Mają raczej większe i nie tak rygorystycznie sprawdzane fundusze reprezentacyjne niż w przypadku innych urzędników, generalnie jednak ich styl życia jest taki sam jak każdego innego profesjonalisty z klasy średniej.

W Rosji natomiast spuścizna lat ZSRR pozostawiła wokół szpiegostwa pewną specyficzną aurę. Dla oficerów KGB, takich jak ojciec Anny Chapman, Wasilij, czy też Władimir Putin i setki tysięcy im podobnych, życie było znacznie przyjemniejsze niż dla współwięźniów tego robotniczego raju. Mieszkali w specjalnych, służbowych mieszkaniach, jego wyżsi stopniem funkcjonariusze mieli dostęp do sklepów z artykułami, których gdzie indziej nie można było dostać. Wypoczywali w należących do KGB uzdrowiskach, oszczędzano im też drobnych ograniczeń narzucanych przez system. Ci, którzy pracowali w elitarnym pionie zajmującym się szpiegostwem za granicą, I Zarządzie Głównym, jak też niektórzy z ich kolegów z pionu kryptografii i kontrwywiadu, mogli zostać wysłani do pracy za granicę, być może nawet na Zachód, do tego legendarnego rogu obfitości, którym rycerze walki klasowej zarówno gardzili, jak i któremu zazdrościli.

Odłożywszy na bok kwestię przywilejów, na korzyść KGB działała też otaczająca je atmosfera tajemniczości, nadal utrzymująca się wokół instytucji będących jego następcami. Ludzie uważali KGB (raczej nietrafnie) za instytucję sprawną, kompetentną i nieprzekupną. Jego oficerowie mieli ważną pracę, do tego w organizacji, która dobrze funkcjonowała, i byli za to należycie nagradzani. W klaustrofobicznym, źle zarządzanym i nękanym plagą łapówkarstwa Związku Radzieckim osób, które mogły poszczycić się takimi walorami, było niewiele. Podobnie jak program badań kosmicznych i wyczyny bohaterów sportowych, KGB grało na jeszcze jednej strunie emocjonalnej, jaką był patriotyzm. Choć ostateczną lojalnością darzyło nie sowieckie państwo, lecz partię komunistyczną (przedstawiało się samo jako jej „tarcza i miecz”), pławiło się w odbitej chwale zwycięstwa nad narodowosocjalistycznymi Niemcami. Jak swoją „najwspanialszą godzinę” Wielka Brytania znalazła w bitwie o Anglię, jak ruch oporu – Résistance – jest uosobieniem mitu narodowego we Francji i jak plaże Normandii ilustrują zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w utrzymanie wolności w Europie, tak Wielka Wojna Ojczyźniana (jak zwie się II wojnę światową w Rosji) była osnową autoportretu Związku Radzieckiego i taką też rolę odgrywa w kształtowaniu rosyjskiej tożsamości dziś.

Przy całym heroizmie radzieckich żołnierzy, którzy pokonali najeźdźców narodowosocjalistycznych, faktyczna funkcja tajnej policji w owych latach była nikczemną mieszaniną zbrodni wojennych popełnianych na wrogu, bezlitosnej pacyfikacji ziem „wyzwolonych” oraz prześladowania tych osób po własnej stronie, które faktycznie bądź w czyjejś wyobraźni miały moment zawahania11. Mimo to, historię lat wojny przedstawiano w ZSRR w zupełnie innym świetle: na ekranach telewizyjnych, które później uświetnił lekki program Anny Chapman o nierozwiązanych tajemnicach12, wcześniej widzowie zwykli oglądać wyczyny najbardziej znanego fikcyjnego radzieckiego szpiega, Maxa Otto von Stirlitza, jak brzmiało jego niemieckie ekranowe nazwisko. Jego zadaniem w latach wojny było przeniknięcie do najwyższego dowództwa narodowosocjalistycznego. W odróżnieniu od Bonda Stirlitz unika gadżetów, pistoletów i kobiet. Jego bronią jest umysł, dla którego pożywką jest nie ideologia komunistyczna, lecz melancholijny patriotyzm. Choć wygląda to nieprzekonująco, w porównaniu z wyświechtanymi standardami sowieckiej propagandy, książki i filmy opowiadające o jego wyczynach fascynowały odbiorców i były sympatyczne13. W latach siedemdziesiątych do kilkunastoletniego chłopaka z zaułków Leningradu przemówiły do tego stopnia, że zdecydował się na niezwykły krok – wszedł do siedziby KGB w tym mieście i zaoferował się na ochotnika. Młodemu Władimirowi Putinowi odpowiedziano wówczas, że organizacja nie przyjmuje osób z ulicy zgłaszających się z własnej inicjatywy, powinien najpierw zdobyć wykształcenie i czekać, aż zostanie wezwany********.

Związku Radzieckiego już nie ma, ale więzi między dzisiejszymi szpiegami rosyjskimi a ich ciemną, krwawą przeszłością są nader realne. Starzy i nowi różnią się nieco, to oczywiste. Poprzednicy Anny Chapman z lat ZSRR nosili niedopasowane szare garnitury i szukali cienia. Anna lubi obcisłe skórzane kombinezony i blask świateł rampy. Tamci służyli totalitarnemu supermocarstwu. Ona służy poradzieckiej Rosji, krajowi, który stanowczo jest krajem kapitalistycznym i stwarza pozory demokracji. Łączy ich korzystanie z przywilejów. Dyspensy, jakie dostawali rosyjscy szpiedzy, oznaczają, iż podobnie jak oficerowie KGB w latach ZSRR, żyją oni w osobnym świecie. Różnica ta dotyczy nie tylko pensji i dostępu do artykułów konsumpcyjnych, ale i przywilejów pozwalających im żyć ponad i poza prawem. Obejmują one całą gamę sytuacji, od trywialnych do monstrualnych. Oficer FSB może na przykład po pijanemu bezkarnie prowadzić samochód (i kosić pieszych). Może zastraszyć każdego niższego urzędnika, któremu błyśnie służbową legitymacją; wygra w każdym sporze prywatnym, czy to prawnym, czy to handlowym, budując swój dom na wsi, może zignorować przepisy urbanistyczne i – jak pokazuję w Rozdziale 1 – może dosłownie zrujnować życie tym, którzy go zirytują.

Anna Chapman zagrała nie tylko na starych, sowieckich klawiszach rosyjskiej duszy. Gra też na współczesnych nerwicach. Jej marka opiera się nie na stalowym purytanizmie sowieckiej armii z lat wojny, ale na plugawym blichtrze współczesnej Rosji. Jej rola polegała na szpiegowaniu nie tyle znienawidzonych narodowych socjalistów z dawnych lat, ile nowego straszaka: krajów Zachodu, takich jak Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, które reżim rosyjski uważa za dwulicowe, aroganckie i chciwe. I chociaż rosyjska elita lubi robić zakupy, korzystać z banków, bawić się i posyłać dzieci do szkół w Londynie i jego okolicach, to wielu jej członków gardzi Wielką Brytanią, żywią oni też urazę do – jak to określają – amerykańskiej hegemonii i apodyktyczności Unii Europejskiej.

Wrogość ta wynika po części z kompleksu niższości. Przy wszystkich bolączkach Zachodu jego mieszkańcy cieszą się jakością życia, jakiej Rosji brakuje. Dzieje się tak mimo tego, co wielu Rosjan postrzega jako zbijającą z tropu słabość i gnuśność (słyszałem, jak Rosjanie na jednym oddechu, bez skrępowania, narzekali na niski poziom matematyki oraz obwisłe kształty pozbawionych kobiecości Amerykanek i Brytyjek). Kolejną przyczyną jest to, że Rosjanie żywią niechęć wobec tego, co postrzegają jako ingerencję polityczną ze strony Zachodu, mając na myśli na przykład finansowanie ruchów walczących o swobodę wypowiedzi mediów i demokrację, a także udzielanie schronienia rosyjskim uchodźcom utrzymującym, że są prześladowani za przekonania polityczne, gdy tymczasem w Rosji postrzegani są (przynajmniej przez władze w Moskwie) jako terroryści i oszuści.

Wiele osób odrzuca nawet samo istnienie owej wrogości, a tym bardziej nie przyjmuje do wiadomości, że ma ona poważny charakter. Epoka konfrontacji Wschodu z Zachodem zakończyła się dla nich wraz z pieriestrojką (reformą) i głasnostią (otwartością) Michaiła Gorbaczowa, a definitywnie pogrzebana została dwa lata później, gdy w roku 1989 upadł mur berliński i rozpadł się Związek Radziecki. Ducha tej epoki wypędziło potem rozszerzenie NATO na wschód, a kompletnie wykończyło „wyzerowanie” stosunków amerykańsko-rosyjskich w 2009 roku, za prezydentury Baracka Obamy. Politykę tę zainicjowano 6 marca 2009 roku gestem, jakim było wręczenie przez będącą wówczas sekretarzem stanu Hillary Clinton jej rosyjskiemu odpowiednikowi, Siergiejowi Ławrowowi, wielkiego symbolicznego przycisku z napisem Pieriegruzka –Reset********. Celem tego gestu było oddzielenie spraw, w których Stany Zjednoczone i Rosja nie mogły się zgadzać (takich jak prawa człowieka i bezpieczeństwo krajów byłego imperium sowieckiego), od tych, w których mogły się porozumieć, a nawet pilnie tego potrzebowały, czyli dotyczących Afganistanu, kontroli zbrojeń, ustaleń prawnych dla przestrzeni kosmicznej itd. Zwolennicy owego zwrotu utrzymywali, że przyspieszył on tranzyt materiałów wojskowych do Afganistanu, pomógł (niewiele) przykrócić irański program jądrowy i zawrzeć nowy traktat w sprawie zbrojeń jądrowych. Inne inicjatywy ekipy Obamy w dziedzinie polityki zagranicznej, dotyczące Bliskiego Wschodu, Chin, Europy Wschodniej, Iranu i Korei Północnej, cechował godny uwagi brak sukcesu i niezdolność do doprowadzenia spraw do końca. Ale dla jego sympatyków to „wyzerowanie” było jednak sukcesem, po prostu dzięki poprawie retoryki (jeśli nie realiów) owych stosunków. Unii Europejskiej, jeśli już, jeszcze bardziej zależy na uniknięciu konfrontacji, m.in. dlatego, że nie chce narazić na szwank dostaw gazu dla kontynentu (1/4 nadal pochodzi z Rosji). Wielu eurokratów uważa, że złe stosunki między państwami niekoniecznie są efektem konfliktu celów i wartości, lecz niedostatecznie umiejętnej dyplomacji, a takie podejście utrudnia przyjęcie wobec Rosji polityki stanowczej i nieugiętej.

Z tego punktu widzenia martwienie się uciszaniem krytyków w Rosji czy tlącymi się zatargami o przyszłość odległych krajów, takich jak Gruzja i Ukraina, to sprawa drugorzędna. Nic nie powinno zakłócać poczucia bezpieczeństwa i komfortu opinii publicznej Zachodu. Dobrze się też składa, że takie samozadowolenie pokrywa się z interesami finansowymi. Fortuny wielu bankowców, menedżerów ze spółek naftowych i gazowych, prawników i innych zależą od utrzymania dobrych stosunków z Rosją. Słodki zapach pieniędzy triumfuje nad fetorem przenikającym od spodu. A gospodarcze bolączki Zachodu jedynie zaostrzają pokusę.

Nie zgadzam się z takim podejściem. W roku 2007 napisałem książkę pt. Nowa zimna wojna, w której wyjaśniam dlaczego14. Opisuję w niej, jak dla osłabienia Unii Europejskiej i NATO oraz dla wzbudzenia nieufności między ich „starymi” członkami i tymi, którzy do niedawna żyli pod rządami komunistycznymi, Rosja używa gotówki, paliw oraz dyplomacji kierującej się zasadą „dziel i rządź”. Wskazałem na terroryzowanie przez Rosję sąsiadów, takich jak Estonia i Gruzja, oraz penetrowanie Europy, dzięki temu, że jej politycy, biznesmeni i inni są otwarci na korupcję. Kontrowersyjny niegdyś pogląd, że Rosją rządzą nienawidzący cudzoziemców kleptokraci (od „kleptokracji”, czyli rządów złodziei), od roku 2007 stał się banałem. Niniejsza książka odsłania ukrytą stronę stosunków Rosji z Zachodem: posługiwanie się dla zdobycia wiedzy, wpływów i w ostatecznym rachunku władzy – szpiegostwem. Od rezultatu tych manewrów będzie zależeć to, czy Zachód przyciągnie Rosję ku swoim standardom wolności, rządów prawa i współpracy, czy też – w sytuacji, gdy idziemy na rękę autorytarnemu kapitalizmowi kolesiów, jaki charakteryzuje reżim w Moskwie (lub nawet w pełni go akceptujemy) – stanie się na odwrót********.

Niewiele przypadków rzuca światło na ową korupcję i brutalność lepiej niż ten, od którego zacznę – poddanie torturom i śmierć w roku 2009 rosyjskiego prawnika pracującego dla jednego z inwestorów brytyjskich, Siergieja Magnickiego. Ujawnił on malwersację na kwotę 230 milionów dolarów, popełnioną przez przestępczą grupę, na której czele stała FSB i która miała poparcie na najwyższym szczeblu reżimu15. Za to odkrycie zapłacił życiem. Od czasu jego śmierci władze usiłowały zatuszować to morderstwo i towarzyszącą temu malwersację kombinacją patosu, łgarstw, zastraszania i uników. Skandal ten jest dobrym przykładem zazębiania się w Rosji świata gangsterów i świata władzy, jak też odwagi Rosjan gotowych bronić rządów prawa. Macki FSB sięgają również na Zachód, rosyjscy funkcjonariusze bez trudu śledzili kolegów i obrońców Magnickiego w Londynie i gdzie indziej. Jak wykazuję w następnych rozdziałach, reżim sprawujący władzę w Rosji to tragedia nie tylko dla Rosji. Stwarza również bezpośrednie zagrożenie dla naszego własnego dobrobytu i bezpieczeństwa.

Kroniki historii wywiadu na Zachodzie odnotowują więcej zwycięstw niż porażek. Wiele osób wie o triumfalnym wydobyciu – exfiltration (w szpiegowskim żargonie oznacza to potajemne wyratowanie) – w roku 1985 odważnego i błyskotliwego Olega Gordijewskiego, będącego od lat głównym brytyjskim szpiegiem w KGB. Słusznie celebruje się też ucieczkę wysokiego rangą archiwisty w rosyjskiej służbie szpiegowskiej, Wasilija Mitrochina16. W swoim działaniu KGB borykało się z niekorzystną dla niego sytuacją, na jaką składały się coraz bardziej widoczne niepowodzenia gospodarki planowej, a także z przeszkadzającym w podejmowaniu sensownych decyzji klimatem lęku oraz brzemieniem ingerencji politycznej. Ostateczne zwycięstwo Zachodu w zimnej wojnie nie znaczy jednak, że jego służby wywiadowcze zawsze zwyciężały. Podnoszące na duchu bajania o przeszłości pełnej triumfów wprowadzają w błąd i wiodą do samozadowolenia. W Rozdziałach 8 i 9 opisuję niektóre mało znane zdarzenia z wojen toczonych między szpiegami Wschodu i Zachodu we wcześniejszych dziesięcioleciach i ich – najczęściej fatalne – skutki dla wywiadów brytyjskiego i amerykańskiego. Działania tych ostatnich upośledzała sprzeczność celów – czy szpiegować blok sowiecki, czy raczej próbować go rozbić? Wielokrotnie padały one ofiarą sowieckich akcji szpiegowskich nastawionych na dezinformację. Przedostawali się do nich zdrajcy, tacy jak Kim Philby, paraliżował je też lęk, że takich niewykrytych „kretów” może być więcej.

Epizody wybrane przeze mnie do zilustrowania omawianych spraw dotyczą państw bałtyckich: Litwy, Łotwy i Estonii. Kraje te podatne były na ataki, a ich terytorium, znajdujące się na linii frontu Wschód–Zachód, sąsiedzi czynili przedmiotem rywalizacji co najmniej od stu lat. Nawet dzisiaj, jeśli wygramy, to one zyskają na tym najwięcej, one też mają najwięcej do stracenia, jeśli zostaniemy pokonani. Nie ukrywam, że przyglądam się temu z sympatią. Mieszkałem tam w latach 1990–1994, kiedy zdołały się wyrwać ze szponów Kremla. Widziałem, jak wzrastał ich dobrobyt i cieszyłem się z ich – tak to wyglądało – bezpiecznego zakotwiczenia w NATO w roku 2004. Widziałem też, jak Rosja systematycznie próbowała podważyć ich suwerenność i naruszyć bezpieczeństwo. Opowieści o szpiegowskich wojnach, jakie się tam toczyły, wiele mówią o torturach i zdradzie, przenikającej głęboko dezinformacji oraz cynicznej dwulicowości. Przewijają się w nich tragedia i triumf, błyskotliwość i nieudolność, heroizm, poświęcenie, zdrada i zwodzenie.

Pierwszy epizod rozegrał się w miesiącach, które nastąpiły po rosyjskiej rewolucji w roku 1917, kiedy to rządy obcych państw, głównie Wielkiej Brytanii, Francji i Stanów Zjednoczonych, uważały, że zdołają zdławić ów komunistyczny eksperyment, zanim zdąży on zapuścić gdziekolwiek korzenie. Robert Bruce Lockhart, brytyjski poseł w Moskwie tego okresu, dał się nabrać na błyskotliwą sztuczkę, obmyśloną osobiście przez bolszewickiego przywódcę, Włodzimierza Lenina. Otóż Lockhart trwał w przeświadczeniu, że jeśli tylko zaoferuje Łotyszom należącym do osobistej ochrony Lenina niezależne państwo łotewskie, któremu mocarstwa zachodnie udzielą poparcia, to ten doborowy oddział strzelców łotewskich z miejsca przejdzie na drugą stronę. Nie sprawdziwszy jednak uprzednio należycie referencji jego rzekomych łotewskich sojuszników, Lockhart padł ofiarą podstępu ze strony Lenina. Jego naiwność i nieostrożność nie tylko zawiodły go do więzienia, ale potwierdziły również rosyjskie podejrzenia, że Zachód wtrąca się w sprawy Rosji, i dostarczyły amunicji machinie propagandowej Lenina, ostrzegającego Rosjan przed zagrożeniem i ingerencją zagranicy. Schwytanie na gorącym uczynku brytyjskiego szpiega próbującego zmontować przewrót było tego najlepszym dowodem.

Mimo tej upokarzającej nauczki zachodnie wywiady prowadzące operacje w tym rejonie padły następnie ofiarą podstępu na znacznie większą skalę. Mam na myśli operację „Trust”. Łatwowierność i lekkomyślność władców brytyjskich szpiegów na początku lat dwudziestych pozwoliła poprzedniczce KGB – tajnej policji Czeka – udać, że pod panowaniem Sowietów w Rosji istnieje jakaś wielka, podziemna organizacja, która bardzo chciałaby uzyskać pomoc z zewnątrz. Nic takiego w rzeczywistości nie istniało, „Trust” był wymysłem. W wyniku spartaczonych operacji zaplanowanych przez zachodnich szefów służb wywiadowczych, przeświadczonych, że triumf czeka tuż za rogiem, życie straciły dziesiątki rosyjskich antykomunistów. Fiasko to przypłaci życiem również as brytyjskich szpiegów znany jako Sidney Reilly. Jego następcy okazali się znakomitym przykładem trapiącej świat szpiegostwa utajnionej niekompetencji. Okazało się też, że nie chcą oni lub nie potrafią uczyć się na własnych błędach, albowiem podobny błąd popełnili dwadzieścia lat później, gdy udzielili poparcia rzekomym ugrupowaniom antysowieckim w Estonii, na Łotwie i na Litwie. Władcy służb wywiadowczych Wielkiej Brytanii, Stanów Zjednoczonych i innych państw zachodnich uważali, że kraje te są idealną odskocznią zarówno do szpiegowania, jak i do dywersji. Do okupowanych przez ZSRR państw bałtyckich można było łatwo dotrzeć samolotem albo łodzią, a ich zaciekle antykomunistyczna ludność już prowadziła partyzancką walkę z jej nowymi, sowieckimi władcami. Skończyło się to jednak katastrofą. Odważni ludzie, których wysyłaliśmy, aby udzielili im wsparcia, wpadali w szpony KGB.

Wytropiłem zapewne ostatniego, żyjącego jeszcze uczestnika tamtych wydarzeń. Gdy książka ta szła do druku, żył on spokojnie na południu Anglii, doglądając medali przyznanych mu przez kraj, którego wolności nie spodziewał się za swego życia doczekać, oraz statuetki przyznanej mu przez SIS po latach, jako wyraz wdzięczności. Znalazłem też nieopisywany wcześniej przykład uwieńczonej powodzeniem misji w ZSRR, wypełnionej przez asa brytyjskich szpiegów, jak też ślady innych podobnych przedsięwzięć. Bilans wciąż jednak przedstawia się ponuro. Złudna wiara mocodawców służb wywiadowczych w możliwość prowadzenia partyzanckiej wojny w krajach bałtyckich kosztowała setki istnień ludzkich i zrujnowała życie tysięcy innych osób. Spowodowała roztrwonienie pieniędzy, prestiżu i zaufania do sprawy, przynosząc, zamiast korzyści, wiele cierpienia.

Do najnowszego kompromitującego błędu doszło w roku 1991, gdy państwa bałtyckie odzyskały niepodległość, a zachodnie służby wywiadowcze wróciły na swój dawny rewir. I znowu czekali tam na nich Rosjanie, a Zachód ponownie dał się nabrać na ich matactwa. Ze wszystkich byłych krajów komunistycznych największym zaufaniem darzona była Estonia. W kontaktach między estońskim ministerstwem obrony a sojusznikami zagranicznymi główną rolę odgrywał najbardziej zaufany człowiek tego ministerstwa, Herman Simm. Chwalony za sprawność i gotowość przyjścia z pomocą, uzyskał najwyższe certyfikaty bezpieczeństwa, wydawane tak przez państwo estońskie, jak i przez NATO. Ludzie kierujący działaniem tych systemów w jakiś sposób przeoczyli jednak, że ten dobrotliwy ekspolicjant od dawna szpiegował dla KGB. Na wieczną chwałę Estonii należy zapisać, że nie próbowała zatuszować tej katastrofy. Simma schwytano, postawiono przed sądem i uwięziono. Władze estońskie jednak nie tylko wymierzyły mu sprawiedliwość, ale umożliwiły mi również wielokrotne spotkania z Simmem. Byłem jedyną osobą, która dostała na to zgodę. Jednym z powodów, dla których Estończycy byli tak drażliwi, jest zaskakujący i mało znany aspekt tej sprawy – Simm szpiegował nie tylko dla Rosjan.

Simm był wyjątkiem, ponieważ go złapano. Wyjątkiem była też Anna Chapman i rosyjscy szpiedzy w Ameryce. Ich sprawa ujawnia jednak długofalowość podejmowanych przez Rosję wysiłków i słabe strony Zachodu, które Rosjanie wykorzystują. A iluż innych nielegałów żyje, nie rzucając się w oczy w Wielkiej Brytanii, w kontynentalnych krajach Europy czy w Ameryce? I ilu zwerbowali oni agentów? Głównym celem, jaki mi przyświecał podczas pisania tej książki, jest podniesienie alarmu. Zachód w dużym stopniu pozwolił sobie na osłabienie czujności. Funkcjonariusze z pionu antyszpiegowskiego CIA i ich koledzy z pionu kontrwywiadu******** w FBI nadal poświęcają czas i pieniądze na schwytanie rosyjskich szpiegów, jest to jednak wyjątek, nie reguła. Od 11 września 2001 roku priorytety się zmieniły. Brytyjska Służba Bezpieczeństwa, znana pod akronimem MI5, utrzymuje, że na działalność kontrwywiadowczą przeznacza zaledwie 4 proc. swoich zasobów, przytłaczająca ich większość natomiast idzie na przeciwdziałanie terroryzmowi17. W Belgii na przykład setek Rosjan dążących do spenetrowania Unii Europejskiej i Kwatery Głównej NATO oraz innych kuszących celów pilnuje zaledwie garstka łowców szpiegów, źle opłacanych i pozbawionych wsparcia politycznego.

Upływ czasu i pojawienie się innych priorytetów spowodowały uszczerbek w istniejących wcześniej kompetencjach i instytucjonalnej pamięci, która w dniach zimnej wojny pomagała łowcom szpiegów wychwytywać próby penetracji ze strony Sowietów. Troska o ochronę danych osobowych sprawiła jednak, że procedury prześwietlenia zatraciły swą dawną rygorystyczność. Urzędnicy mogą dziś zarabiać na boku, obejmować dobrze płatne posady po przejściu na emeryturę, udawać się w niewyjaśnione podróże za granicę, kopiować na USB dokumenty z ponoć bezpiecznych laptopów i nosić przy sobie różnorodne przyrządy elektroniczne, których nikt nigdy nie bada. Chcę tu również wskazać na błędne samozadowolenie, jakie towarzyszyło rozszerzeniu NATO na dawne kraje komunistyczne. Przyjęcie do NATO nowych państw członkowskich było krokiem słusznym ze względu na neoimperialistyczne pobrzękiwania przez Rosję szabelką, jednak służby bezpieczeństwa i wywiady nie doceniły zasięgu cienia, wciąż rzucanego przez dawne ZSRR na ten region. Wyzwolenie, jakie dokonało się w latach 1989–1991, uderzyło do głowy, ale jego skutki były bardzo powierzchowne. Zastąpienie gospodarki centralnie planowanej wolnym rynkiem, wszechobecnej cenzury wolnymi środkami przekazu, a rządów jedynej partii wolnymi wyborami, wszystko to były zmiany o wielkiej wadze. Zmiany w mentalności mieszkających tam ludzi nie dotrzymywały jednak tempa przekształcaniu się systemów gospodarczych i politycznych. W regionie tym w latach komunizmu dorastały miliony ludzi, którzy kolaborowali z systemem. Toksyczna spuścizna teczek tajnej policji, zawarte w nich podłe kompromisy i brudne tajemnice nadal brukają życie publiczne. Podejrzenia o kolaborację dotknęły nawet tych, których na Zachodzie uważa się za bohaterów, takich jak były prezydent Polski, Lech Wałęsa18. Aczkolwiek nie wszystko, co znajduje się w teczkach tajnej policji, jest prawdą, a wielu spraw, które są prawdą, w teczkach nie ma; brudne tajemnice z przeszłości, z których w dniach agonii dawnych reżimów wiele wywieziono do Rosji, stwarzają wielkie możliwości wywierania nacisków na każdego, kto urodził się mniej więcej przed rokiem 1970. Krótko mówiąc, upadek komunizmu pozostawił na całym tym obszarze ludzkie bomby zegarowe, do których wyzwalacze trzymają w swoich rękach władcy Kremla.

Opinia publiczna i kręgi oficjalne nie zostały właściwie obudzone ani przez sprawę Simma, ani przez zdemaskowanie Anny Chapman i jej kolegów. Niniejsza książka bez osłonek i w sposób niezależny przekazuje przesłanie, które trudno jest wyartykułować przedstawicielom instytucji oficjalnych, a wydaje się, że i społeczeństwo nie chce go usłyszeć. Oto ono: działania rosyjskich szpiegów nie są jedynie przedłużającym się paroksyzmem dawnych sowieckich instytucji, podrygujących jak ogon konającego dinozaura. Stanowią one część szerzej zakrojonych wysiłków zmierzających do spenetrowania i manipulowania, zorientowanych na najsłabsze ogniwo naszego systemu – jego otwarte podejście do obcych i przybyszów, których obdarza się zaufaniem. Zagrożenie to jest szczególnie duże dlatego, że jest ono niedoceniane albo wręcz ignorowane. Szpiegowanie jest tym, o czym ludzie postronni wiedzą najczęściej niewiele, a rozumieją jeszcze mniej.

Łącząc wątki należące do przeszłości i teraźniejszości, książka ta wykaże, jak dawne metody KGB – działalność wywrotowa i dezinformacja – są dziś stosowane do osiągnięcia nowych celów. W dniach zimnej wojny, gdy zagrożeniem było zwycięstwo komunizmu, linia frontu rysowała się wyraźniej. Skorumpowani autokraci, którzy dziś rządzą Rosją, grają według reguł kapitalizmu – i dlatego właśnie zagrożenie to ma dziś jeszcze większą siłę niszczącą. Mimo to pewne rzeczy pozostają bez zmian. Nowi szpiedzy rosyjscy prowadzą działalność wywrotową, przenikają do instytucji Zachodu i manipulują tak jak ich sowieccy poprzednicy. Bronią też reżimu, który – jak to wykazuję w dalszych rozdziałach – jest reżimem despotów, przestępców i morderców.

* Był on urzędnikiem, w przedwojennym rządzie rojalistycznym pełnił funkcje urzędnicze, niestety w wyniku bratobójczego konfliktu, jaki rozgorzał podczas wojny w Jugosławii, jego strona przegrała w starciu z komunistami. Podobnie jak w większości krajów Europy Wschodniej, walki toczyły się tam nie między dwiema, lecz między trzema stronami. Narodowi socjaliści walczyli zarówno z partyzantami komunistycznymi, jak i z rojalistycznymi czetnikami, ci zaś nie cierpieli się nawzajem w takim samym stopniu, jak nienawidzili najeźdźców. Po przegranej Niemców komuniści z łatwością uporali się ze znacznie słabszymi rojalistami, przyczepiając im przy okazji łatkę kolaborantów z faszystami. Korzystali przy tym z dużego poparcia ze strony Wielkiej Brytanii, Ameryki oraz Związku Radzieckiego.

** Miał wtedy 11 lat. Tron objął w wieku lat 17, lecz po miesiącu, gdy Niemcy, Bułgaria, Węgry i Włochy najechały na Jugosławię, wyemigrował. Studiował w Cambridge, służył jako pilot w RAF-ie, po czym osiadł na stałe w Stanach Zjednoczonych, gdzie zmarł w 1970 roku – przyp. tłum.

*** Od roku 1995 siedziba SIS mieści się w przypominającym sumeryjski ziggurat, pokrytym taflami zielonego szkła budynku na południowym brzegu Tamizy. Jej nieformalna nazwa to MI6. Półoficjalnie mówi się o niej „przyjaciele” lub – bardziej formalnie – „inne agencje z Whitehall”. Jej pracownicy używają określenia „Urząd”. Pozostający z nią w kontakcie ludzie z zewnątrz z udawaną skromnością mówią „Firma”.

**** Hałaśliwa, ale zupełnie marginesowa partia trockistowska – przyp. tłum.

***** Autor studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim – przyp. tłum.

****** Autor pisze o KGB w sytuacjach, kiedy wspomniane przezeń osoby służyły wcześniej w instytucjach go poprzedzających, ale zakończyły swoją karierę zawodową w KGB. Formalnie, Lukaševičs służył w NKWD – przyp. tłum.

******* Trudne do przetłumaczenia rosyjskie słowo, którego rdzeniem jest „siła”. Można je przetłumaczyć jako „ludzie siły” albo bardziej potocznie jako „twardziele”. Określa się nim głównie weteranów KGB z lat ZSRR i funkcjonariuszy instytucji, które po nim nastąpiły. Stosowane jest ono jednak również wobec osób, które wywodzą się z wojska oraz upodobnionego do struktur wojskowych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, jak też do prokuratorów i funkcjonariuszy innych agencji, uprawnionych do podglądania, podsłuchiwania i nakładania kar.

******** Czarny charakter z powieści szpiegowskiej Grahama Greene’a Trzeci człowiek, powstałego na jej kanwie filmu oraz serii słuchowisk radiowych zrealizowanych przez angielską firmę Harry Alan Towers, odtwarzany przez Orsona Wellesa. W filmie motyw ten kończy się wystrzałem – przyp. tłum.

******** Putin studiował prawo międzynarodowe na Leningradzkim Uniwersytecie Państwowym. Ukończył studia w roku 1975 i zaraz potem wstąpił do KGB.

******** Niestety, rosyjskie słowo widniejące na przycisku znaczy „przeciążenie”. Poprawnym rosyjskim odpowiednikiem „wyzerowania” (reset) byłaby pieriezagruzka.

******** „Zachód” to mało skrystalizowane pojęcie, które wymyka się dokładnemu opisowi. Obejmuje ono kraje anglofoniczne, takie jak Australia i Nowa Zelandia (i w wielu przypadkach też Japonię), które w geograficznym znaczeniu tego słowa nie są krajami zachodnimi. W rozległym sensie gospodarczym i politycznym stosuję je w tej książce, mając na myśli 34 kraje członkowskie należące do Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju, klubu zamożnych krajów działających na rzecz rozwoju ładu korporacyjnego. W kontekście bezpieczeństwa międzynarodowego przez „Zachód” rozumiem NATO i jego sojuszników, w tym np. Szwecję i Finlandię.

******** Dokonywane jest tu niekiedy finezyjne i rozumiane tylko przez niewielu ludzi rozróżnienie. Działania przeciwko szpiegom (counter-espionage) obejmują stosowanie zarówno czynnych, jak i biernych środków, takich jak odwracanie uwagi przeciwnika od atrakcyjnych dlań celów, utrudnianie jego działań, wydalanie przedstawicieli jego służby zagranicznej bądź ich werbowanie. Działania kontrwywiadowcze natomiast polegają na stosowaniu bardziej ogólnych przedsięwzięć zapobiegawczych, takich jak wstępne sprawdzanie przybyszów lub kandydatów do zatrudnienia oraz ich obserwowanie, dla znalezienia źródeł przecieków i ich „zatkania”.

Rozdział 1

Grabież i morderstwo

Życie w Moskwie może wydawać się normalne. Profesjonaliści z klasy średniej ubierają się tak samo, prowadzą takie same samochody, wyjeżdżają na urlop w te same miejsca, jedzą te same potrawy i wykonują taką samą pracę jak miliony ich odpowiedników w metropoliach na całym świecie. Dotyczy to zwłaszcza świata finansów. Dzięki dobrej koniunkturze na rosyjski gaz i ropę naftową rosną zyski i kursy akcji, rośnie też opłacane z nich spożycie. Finansiści inwestują, ich prawnicy zajmują się szczegółami i rozwiązują problemy. Obsługuje ich powiększająca się rosyjska klasa średnia; należą do niej elokwentni, ufni w swoje możliwości, władający angielskim profesjonaliści, którzy z łatwością mogliby wykonywać tę samą pracę w Nowym Jorku, Londynie, Frankfurcie czy Dubaju. Jedną z podstaw optymizmu dla wielu osób, w szczególności tych, które wierzą, że Rosja weszła na właściwe tory, jest rozwój systemu finansowego i prawnego w Moskwie. Inne aspekty życia w Rosji, począwszy od zatłoczonych ulic wielkich miast i korupcji wśród urzędników po terroryzm i kipiącą na małym ogniu wojnę na południowych kresach kraju, mogą wprawiać w przygnębienie, mogą się wydawać chaotyczne, mroczne i nawet niebezpieczne. Świat ten jednak rzadko dotyka rozświetlonych, awangardowo umeblowanych biur w centrum Moskwy.

Tak się właśnie stało w przypadku Siergieja Magnickiego. Jego nazwisko nie jest dobrze znane, choć na to zasługuje. Dzieje tego człowieka stanowią moralne i ludzkie tło dalszych rozdziałów, mówiących o sztuczkach i sposobach rosyjskich szpiegów. Magnicki, który w roku 2009, roku swojej śmierci, miał zaledwie 37 lat, należał do pierwszego od prawie stulecia pokolenia Rosjan, na których życiu nie ciążył lęk. Gdy kontrola nad słowem, przekonaniami i wyjazdami osłabła lub została zniesiona, miał kilkanaście lat. Odebrał dobre wykształcenie, daleko wykraczające poza to, o którym wcześniejsze pokolenia rosyjskich studentów mogły tylko marzyć. Jego umysłu nie ukształtowało przymusowe studiowanie perwersyjnych doktryn marksizmu-leninizmu, lecz przestrzeganie kryształowych zasad prawa. Nie doświadczył też brutalności stosowanej wobec rekrutów w czasach obowiązkowego w ZSRR poboru do wojska, nie dźwigał brzemienia kompromisów zawieranych przez dorosłych żyjących w ustroju totalitarnym. Korzystał z udogodnień otaczających życie klasy średniej i pewności założeń przyjmowanych za oczywiste na Zachodzie, ale w Związku Radzieckim nie do wyobrażenia. Miał pełen szczęścia dom i zdolnych kolegów, stawał przed inspirującymi wyzwaniami. Podobnie jak sto lat wcześniej reformatorzy z epoki carskiej, którym się to połowicznie udało, marzył, by Rosja była krajem praworządnym. Należał do tego typu ludzi, którzy sprawiali, że nawet sceptycy zaczynali wierzyć w lepszą przyszłość Rosji.

Wytworny i władający kilkoma językami Siergiej Magnicki był typem Rosjanina, na jakiego czytelnicy tej książki mogliby się łatwo natknąć, wychylić wraz z nim kieliszek podczas urlopu spędzanego za granicą, usłyszeć jego wystąpienie na jakimś seminarium czy zobaczyć go po drugiej stronie stołu na spotkaniu w interesach. W tym znaczeniu jest on dość podobny do innych Rosjan, o których opowiada ta książka – szpiegów działających w ukryciu. Łatwo można go sobie wyobrazić w Londynie sączącego koktajl z Anną Chapman bądź przechadzającego się ulicami Bostonu i rozmawiającego z jej kolegą, superszpiegiem, Donaldem Heathfieldem, który pracował w Stanach Zjednoczonych jako konsultant od spraw zarządzania. Gdy jednak tych dwoje pełniło tajne misje dla swoich mocodawców, Siergiej Magnicki zajmował się zupełnie inną sprawą1. Chodziło o kolosalne pieniądze, niezwykłe okrucieństwo oraz bezkarność złoczyńców. W rolach głównych wystąpili wysocy rangą funkcjonariusze FSB, współdziałający ręka w rękę ze światem gangsterów i funkcjonariuszami państwowymi wysokiego szczebla.

Zacznę od przedstawienia człowieka, który bezwiednie sprawił, że Magnicki nie żyje, i który od tego czasu niestrudzenie walczy w jego sprawie. Jest nim William (Bill) Browder, urodzony w Ameryce finansista, obecnie obywatel brytyjski, jeden z lepiej znanych zachodnich inwestorów lokujących kapitał w Rosji. Szorstki w obejściu, ma żywy temperament, tryska nerwową energią i potrafi czarować urokiem, by chwilę potem wpaść w prawdziwą furię. Wywodzi się z rodziny o fascynujących dziejach. Jego dziadek, Earl Browder, był przywódcą Partii Komunistycznej Stanów Zjednoczonych*. Wnuka urzekł jednak kapitalizm, nie komunizm. W latach dziewięćdziesiątych dostrzegł on, że wielu cudzoziemców przeceniało ryzyko towarzyszące robieniu interesów w Rosji. Miało się to wiązać z wielkim niebezpieczeństwem: praworządność była nikła, prawo własności nieugruntowane, stabilność polityczna niepewna, gospodarka chwiejna, do tego dochodziły wszechobecna przestępczość i korupcja. Jeśli coś jest zniechęcające, nie znaczy, że niemożliwe. Oferowane do sprzedaży spółki i akcje nie były bezwartościowe, lecz po prostu tanie. Gdyby sytuacja poprawiła się choć odrobinę (lub gdyby poprawiło się choć trochę jej postrzeganie), zyski, jakie można by osiągnąć, byłyby ogromne. Załóżmy na przykład, że jakaś źle zarządzana rosyjska spółka naftowa, zamiast mieć wartość odpowiadającą zaledwie jednemu procentowi porównywalnej spółki zagranicznej, byłaby warta 10 proc. Zwiększyłoby to wartość jej akcji dziesięciokrotnie. Dla kogoś, kto kupiłby je, zanim spółkę ujrzano by w innym świetle, oznaczałoby to kolosalny zysk.

Kierowana przez Browdera spółka inwestycyjna Hermitage Capital Management przyjęła zatem potrójną strategię. Po pierwsze, nabywała akcje spółek posiadających jakieś podstawowe aktywa, takie jak ropa naftowa, gaz ziemny, minerały. Po drugie, przedstawiała Rosję w pozytywnym świetle, jako dobre miejsce do inwestowania, twierdząc, że jest to kraj nie „okropny”, lecz jedynie „zły”**. Po trzecie, zwracała uwagę na przypadki nieprzestrzegania praw akcjonariuszy. Zespół bystrookich analityków ślęczał nad księgami rachunkowymi i innymi dokumentami, szukając dowodów malwersacji i marnotrawstwa. Kiedy na nie natrafiono, dla uzyskania zadośćuczynienia Browder zakładał sprawy w sądach, inicjował kampanie w środkach przekazu i inne głośne akcje2.

Pora na takie działania była dobra. Niektóre spółki rosyjskie uświadamiały już sobie, że żeby jak najlepiej wykorzystać to, iż były notowane na giełdach, muszą przynajmniej pozorować zainteresowanie zyskami inwestorów zewnętrznych. Od roku 2000 podejmowane przez Browdera wysiłki zbiegły się z presją zainicjowaną przez Kreml, gdzie nie przepadano za potężnymi oligarchami (magnatami cieszącymi się dużymi wpływami politycznymi) i ich sposobem zarządzania największymi w Rosji spółkami (kierowali się głównie własnym, prywatnym interesem). Owa zbieżność interesów okazała się jednakże krótkotrwała. Celem przyświecającym reżimowi Putina bardziej długofalowo nie było lansowanie wartości dla akcjonariuszy i dobrego ładu korporacyjnego, ale zdobycie pieniędzy i władzy dla niego samego – co miało wyjść na jaw dopiero później. Przez prawie dziesięć lat interesy Browdera i Hermitage rozwijały się wspaniale. Prowadzone przez nich kampanie społeczne przyniosły kilka szybkich zwycięstw, na kilka trzeba było czekać dłużej, i choć niekiedy kończyły się niepowodzeniem, wytężona praca i otaczający ich rozgłos pomagały przynajmniej usprawiedliwić płacone przez inwestorów słone prowizje za zarządzanie lokatami. Największy zaszczyt, jakim wyróżniono „Efekt Ermitażu”3, jak nazywała to owa firma, spotkał ją w roku 2002, kiedy to stała się przedmiotem studium monograficznego opracowanego przez Harvard Business School4. W okresie między objęciem przez Putina urzędu prezydenckiego w roku 2000 a przeniesieniem siedziby funduszy do Londynu w roku 2005 wartość prowadzonych przez Hermitage inwestycji wzrosła ośmiokrotnie. Przez cały czas jego istnienia zwiększyła się 35 razy. W dziejach świata finansów takim rekordem może się poszczycić niewiele instytucji.

Podczas mojego pobytu w Moskwie, gdzie od roku 1998 do 2002 kierowałem oddziałem tygodnika „Economist”, nasze stosunki z Browderem nie zawsze układały się pomyślnie. Dziś nasze spory mogą wyglądać na zamierzchłe dzieje, ale wówczas były ostre, zwłaszcza że choć pełen byłem podziwu dla jego energii i intelektu, nie podobało mi się, że popiera reżim Putina. Moim zdaniem nowy rząd zapewnił powierzchowną stabilność, ale jej cena wydawała się stanowczo za wysoka. Ponadto nie wzruszał mnie los zagranicznych inwestorów – świadomie lokujących pieniądze w spółkach zarządzanych przez malwersantów, głupków i kolesiów z koneksjami politycznymi – a potem zdziwionych, że ich interesy nie były dobrze prowadzone. Jeśli ktoś kupuje akcje w Rosji, to powinien się spodziewać, że padnie ofiarą malwersacji, podobnie jak ktoś, kto idzie siłować się w błocie, powinien się spodziewać, że się ubrudzi.

Do jednego z największych sporów doszło w roku 2003, już po moim wyjeździe z Rosji. Stanęliśmy wówczas po przeciwnych stronach w sprawie, która nadała ton początkom ery Putina. Browder poparł aresztowanie Michaiła Chodorkowskiego, najbogatszego wówczas człowieka w Rosji, który rzucił wyzwanie Putinowi, choćby samym przyjściem na spotkanie na Kremlu bez krawata, co w tym przestrzegającym form kraju było dużym afrontem. Dla zwiększenia swoich wpływów politycznych Chodorkowski, będący magnatem naftowym, zaczął też opłacać wielką liczbę parlamentarzystów i wbrew kremlowskim wytycznym chciał zawrzeć transakcję z jedną z wielkich amerykańskich spółek naftowych***. Dla snutych przez Putina planów, które można by podsumować krótko: zdobyć dominującą pozycję w strukturach władzy, z pewnością był przeszkodą. Niektórzy sądzili nawet, że mógł chcieć usunięcia Putina ze stanowiska prezydenta (w pierwszym roku sprawowania urzędu wydawał się on postacią szarą i dość przeciętną). Zemsta ze strony Putina była zdecydowana i bezlitosna. Pod bardzo wątpliwymi zarzutami Chodorkowskiego uwięziono. Jego spółkę, Jukos (mającą wielu akcjonariuszy zagranicznych), doprowadzono do upadłości, a jej majątek zbyto na manipulowanej licytacji, w czasie której tanim kosztem nabyli ją kolesie Kremla5. Zgadzałem się z Browderem, że we wcześniejszych latach Chodorkowski deptał prawa akcjonariuszy mniejszościowych i nie upatrywałem w nim li tylko prześladowanego męczennika. Sądziłem jednak, że proporcja wcześniejszych występków tego magnata i okazanych później cnót miała mniejsze znaczenie niż jawne nadużycie sądów przez władze, które uczyniły to z zemsty politycznej.

Browder mógł sobie pozwolić na zignorowanie mojej krytyki. Zarabiał miliony. Ale robił sobie jednocześnie potężniejszych wrogów gdzie indziej. Każdy dolar, który nie został skradziony dzięki jego wysiłkom zmierzającym do powstrzymania korporacyjnego brudu, pomniejszał dochód jakiejś skorumpowanej i przemożnej osoby. W listopadzie 2005 roku, powołując się na nieujawnione względy bezpieczeństwa narodowego, straż graniczna zawróciła go z moskiewskiego lotniska Szeriemietiewo6. Powróciwszy do Londynu, nadal tryskał optymizmem co do perspektyw rosyjskiego rynku kapitałowego, szukając sposobów wywarcia nacisku na władze Rosji, by zmieniły swą decyzję, i utrzymywał, że jego trudności wynikają jedynie z nieporozumienia. Kiedy jednak na szczycie G8 w Petersburgu, w lipcu 2006****, jeden z dziennikarzy spytał o sprawę Browdera na konferencji prasowej, Putin odparł, że nigdy o nim nie słyszał (co było nieprzekonujące), ale może sobie „wyobrazić, że osoba ta naruszyła prawa naszego kraju”7. „W tym momencie – mówi Browder – zrezygnowałem z prób powrotu do Rosji”. Sygnał, że na szczeblu oficjalnym utrzymuje się duże niezadowolenie, był jednoznaczny, a nie chciał on podzielić losu Chodorkowskiego. Podjąwszy tę decyzję, zaczął już po cichu likwidować tamtejsze portfele i zabierać personel. Gdy Browder odstąpił od steru w Moskwie, inwestorzy zaczęli dopominać się o zwrot swoich pieniędzy; inne wschodzące rynki przedstawiały się dla nich atrakcyjniej. Szczęśliwym zrządzeniem losu ruch ten (ucieczka z Rosji) zakrawał na cud jasnowidzenia, ale okazał się również zyskowny. Wkrótce wybuchł światowy kryzys finansowy, a ceny rosyjskich akcji i obligacji ostro spadły. Inwestorzy Browdera wyszli jednak bez szwanku.

Na tym etapie był to tylko jeden z wielu takich przypadków w Rosji. Najnowsza historia tego kraju pełna jest opowieści o inwestorach, którzy skrzyżowali miecze z władzami i przegrali. Ci, którym dopisało szczęście, zdołali wynegocjować porozumienie, ci, którym go zabrakło, cieszą się, że udało im się ujść z życiem. W przypadku Browdera jego wymuszona nieobecność okazała się tylko wstępem do tragedii godnej Dostojewskiego. Rozegrała się ona w związku z gigantyczną malwersacją, w ramach której rosyjscy urzędnicy skradli trzy spółki będące własnością zarządzanego przez Browdera funduszu i wykorzystali je do oskubania obywateli Rosji. Sprawcy tego przestępstwa nie należeli do niższych rangą urzędników, którzy wyrwali się spod kontroli. Przeciwnie, byli to pracownicy komórki Ministerstwa Spraw Wewnętrznych odpowiedzialnej za chronienie interesów rosyjskich podatników. Działała ona w zmowie z wyższymi rangą funkcjonariuszami Zarządu K Federalnej Służby Bezpieczeństwa, której zadaniem jest tropić „przestępczość gospodarczą”.

Czytelnicy mogą nie znać pojęcia „przestępczość gospodarcza”. Przekładając je na terminy stosowane w innych systemach sądowniczych, można by przestępczość gospodarczą nazwać „przestępczością urzędniczą” (white collar crime). W kontekście rosyjskim przypomina ona epokę ZSRR, kiedy to ten sam wydział KGB prześladował tych, którzy na czarnym rynku handlowali absolutnie wszystkim, od skradzionej własności państwowej do obcych walut, antyków, rzeczy używanych czy usług seksualnych. Nawet w Związku Radzieckim prześladowanie uczestników tego procederu łączyło się z ciągnięciem z niego zysków. Opłacanie urzędników, żeby we właściwym momencie odwrócili się plecami, było powszechnym zjawiskiem, zwłaszcza od czasów Breżniewa. Skonfiskowane towary zwykle trafiały do dacz wysokich rangą funkcjonariuszy. Prostytutki nauczyły się, że mogą uprawiać swój proceder, jeśli nieodpłatnie zaoferują usługi właściwej osobie albo wezmą udział w zastawieniu na kogoś pułapki. W kapitalizmie różnica polega na tym, że kwoty wydawane na korupcję są dziś większe, a jej środki bardziej wyrafinowane.

W którymś z krajów zachodnich instytucja taka jak Zarząd K zajmowałaby się malwersacjami popełnianymi przez podmioty gospodarcze, oszustwami na akcyzie, praniem pieniędzy, korupcją na wysokich stanowiskach i wszelkimi innymi kwestiami występującymi na styku zorganizowanej przestępczości i systemu finansowego. Nie dotyczy to jednak Rosji. Chociaż ocena ta może nie być sprawiedliwa dla tych urzędników, którzy autentycznie pragną kierować się interesem publicznym, w większości przypadków zarząd ten stał się komórką, która nie walczy z przestępstwami gospodarczymi, ale je popełnia. Pod koniec stycznia 2007 roku Browder próbował wykorzystać przypadkowe osobiste spotkanie z Dmitrijem Miedwiediewem – czołowym wówczas kandydatem na urząd prezydenta Federacji Rosyjskiej – i otrzymał obietnicę, że pomoże mu on uzyskać wizę. Faktyczna reakcja należała jednak do tego gatunku „pomocy”, jaką normalnie widzi się w filmach gangsterskich. W połowie lutego 2007 roku jeden z wyższych rangą funkcjonariuszy departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych zajmującego się przestępstwami podatkowymi, ppłk Artiom Kuzniecow, zatelefonował do szefa analityków w Hermitage w Moskwie, prosząc go o „nieformalne spotkanie” w związku z tym, że – jak to ujął – pisał właśnie raport w sprawie wizy dla Browdera. Oznajmił, że wydanie wizy zależy od tego, jak się Hermitage „zachowa”. „Im szybciej się spotkamy i im szybciej dostarczycie mi to, co jest konieczne, tym szybciej wasz problem zostanie usunięty”. Hermitage odrzucił to żądanie, uważając – co w kontekście rosyjskim jest całkiem racjonalne – że doszło do próby wymuszenia. Patrząc wstecz, cel tej rozmowy był przypuszczalnie jeszcze bardziej złowieszczy, a mianowicie, był to podstęp zmierzający do uzyskania dokumentów owej spółki, jako pierwszego kroku w planowanej orgii złodziejstwa.

Rabunek ten polegał na nielegalnym wywłaszczeniu spółek Browdera i okradzeniu rosyjskiego podatnika na 230 milionów dolarów, człowiek zaś, który to odkrył – Siergiej Magnicki – poniósł śmierć. Wszystko zaczęło się 22 maja 2007 roku, kiedy to szef Zarządu K, Wiktor Woronin, oraz jego podwładny, Aleksander Kuwaldin, wydali orzeczenie, że jedna ze związanych z Hermitage spółek o nazwie Kamieja nie dopłaciła potrącanego u źródła podatku od dywidendy.

Zarzut taki brzmi zarazem jak skomplikowany i trywialny – i na taki wygląda. Osoby z zewnątrz nie mają dobrego punktu osadzenia, aby oceniać merytoryczną wartość sporów o podatek od podmiotów gospodarczych, zwłaszcza jeśli jedna ze stron odmawia przedstawienia swoich racji publicznie. Chociaż dla mnie argumenty Hermitage są przekonujące, opinia laika nie może być rozstrzygająca i nie chciałbym, aby przypisywano jej jakąś szczególną wagę. Władze rosyjskie mogą dysponować jakimiś ważkimi argumentami, choć z jakiegoś powodu ich nie podały. Fakty zaprezentowane przez Hermitage przedstawiają się, jak następuje: w roku 2006 Kamieja, która jest stosunkowo małą spółką, zapłaciła tytułem podatku 135 milionów dolarów. W tym samym czasie największa rosyjska spółka lotnicza, Aerofłot, zapłaciła 130 milionów dolarów, a najbardziej znany browar – 131 milionów dolarów*****. Trudno powiedzieć, aby uchylała się ona od swoich korporacyjnych obowiązków. W istocie przypuszczalnie to właśnie ta wielka kwota, jaką związane z Hermitage spółki zapłaciły w poprzednich latach, spowodowała, że została ona wytypowana do grabieży.

Niezależnie od meritum sporu, wydaje mi się w pełni jasne, że angażując się w spór podatkowy, FSB wykroczyła poza swoje statutowe uprawnienia, a jej późniejsze postępowanie, podobnie jak innych instytucji, było szokującym przykładem nadużycia systemu. Na papierze rosyjskie procedury podatkowe, w których dochodzi do sporu, nie wydają się niezwykłe. Najpierw urząd podatkowy wystosowuje pytanie dotyczące zapłaconej kwoty i czeka na odpowiedź spółki. Jeśli nie jest przekonany do słuszności jej odpowiedzi, ponownie śle wezwanie do zapłaty. Jeśli pieniądze nadal nie są wpłacane, zwraca się do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych o dokonanie windykacji. W tym momencie podatnik ma prawo do uczciwego przesłuchania i wsparcia prawnego. W praktyce (jak w wielu sferach życia w Rosji) sprawy wyglądają zgoła inaczej. W tym przypadku wezwania do zapłaty nie wysłano i nie dopełniono żadnej z tych procedur. W istocie, padając ofiarą dość osobliwego postępowania, 12 maja 2009 roku Kamieja otrzymała ostateczny raport z kontroli podatkowej inspektoratu Federalnej Służby Podatkowej, który stwierdzał, że wszystkie należne podatki zostały zapłacone, a spółka nie miała żadnych zaległości.

Czwartego czerwca 2007 roku do biura Hermitage w Moskwie wtargnęła grupa 25 funkcjonariuszy Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, którą dowodził ppłk Kuzniecow. Chociaż miała ona nakaz jedynie w sprawie Kamiei, zajęła dokumenty, komputery i inne materiały dotyczące trzech innych, całkowicie niezwiązanych z nią spółek z grupy Hermitage: Machaon, Parfienion i Rilend. Tego samego dnia Kuzniecow – również bez nakazu – wtargnął do mającej amerykańskich właścicieli firmy prawniczej, Firestone Duncan, która specjalizuje się w sporządzaniu rutynowej dokumentacji prawnej. Skonfiskował tam dokumenty założycielskie i pieczęcie trzech spółek podrzędnych Hermitage, wywożąc łącznie dwie furgonetki materiałów. Już samo to było wystarczająco oburzające. Sposób, w jaki funkcjonariusze ci zachowywali się podczas owego najazdu, był jednak jeszcze gorszy. Gdy jeden z prawników Firestone Duncan zaprotestował, przybysze pobili go i aresztowali. Po zapłaceniu 15 tysięcy rubli (około 500 dolarów) grzywny został zwolniony, a następnie spędził dwa tygodnie w szpitalu. Jego nazwisko wciąż można znaleźć w doniesieniach na temat tego incydentu, jednak na prośbę jego przyjaciół, którzy powiedzieli mi, że obawia się on o swoje bezpieczeństwo, tu je pominę.