Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy ebook

Wolf Kielich

4 (1)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy - Wolf Kielich

 

 

XIX wiek, mężczyźni dzierżą władzę, kobiety siedzą w domu, grzejąc dłonie przy kominkach.

Jednak nie wszystkie. Lady Hester Stanhope, Alexandrine Tinne, Ida Pfeiffer, Isabella Bird-Bishop, Marianne North, Mary Kingsley, Daisy Bates, Alexandra David Néel oraz inne odważne damy postanowiły wyrwać się z ram konwenansu, poczuć smak niezależności, dać upust swojej prawdziwej naturze, zaspokoić ciekawość - słowem, wyruszyć w daleki świat. I choć wiązało się to z wieloma niebezpieczeństwami - niekiedy większymi od tych, które mogły grozić mężczyznom - wszystkie dokonały wyczynów jak na tamte czasy niewiarygodnych, a przy tym niektóre wniosły znaczny wkład w rozwój nauki. W sukniach i kapeluszach przemierzały pustynie oraz morza, konno i na słoniach podróżowały przez egzotyczne kraje, przebywały wśród kanibali, w murach klasztorów, w indiańskich wigwamach, jadły mrówki i węże. Poznawały obce zwyczaje i rytuały, wykazując więcej tolerancji i zrozumienia niż mężczyźni dokonujący odkryć przeważnie z bronią gotową do strzału.

Wiek XIX był czasem wielkich wypraw w głąb kontynentu afrykańskiego, Azji, Australii i Ameryki. Opisy przygód Stanleya, Livingstone'a, Speke'a, Bakera czy Schweinfurtha wypełniały łamy gazet i czasopism. Mocarstwa wysyłały armie, żeby objąć w posiadanie dopiero co odkryte obszary. [...] Nikt nie przypuszczał, że również kobiety będą zdolne do poszukiwania przygód. A jednak tak się stało. [...] Większość z nich została tak wychowana, że nie tylko biernie poddawała się losowi, ale wręcz głęboko wierzyła w swoje niewolnicze „przeznaczenie". Czasami jednak zdarzało się w ich życiu coś, co sprawiało, że „przeznaczenie" traciło rację bytu. Nie trafiła się odpowiednia partia, albo nagle zmarł małżonek i wdowa mogła dysponować (niekiedy znacznym) kapitałem. Otwierała się brama do kuszącej wolności i niektóre „anioły" odważały się rozwinąć skrzydła. Uciekały z „wyperfumowanej atmosfery cieplarni", pakowały kufry i wyruszały w podróż. Nie do Nicei, Florencji czy St Moritz (tam bywały już dość często z rodzicami), ale do Balla Balla, N'dorko czy K'ang-ting.

Fragment

Opinie o ebooku Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy - Wolf Kielich

Fragment ebooka Podróżniczki. W gorsecie i krynolinie przez dzikie ostępy - Wolf Kielich

Wolf Kie­lich

Po­dróż­nicz­ki

W gor­se­cie i kry­no­li­nie przez dżun­glę

Wy­daw­ca dzię­ku­je za wspar­cie fi­nan­so­we Dutch Fo­un­da­tion for Li­te­ra­tu­re

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Vro­uwen op avon­tu­ur; Vro­uwen op ont­dek­king­sre­is

Co­py­ri­ght © 2004 Uit­ge­ve­rij Ma­ar­ten Mun­tin­ga

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2013

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2013

Spis treści

1 Anioł do­mo­we­go ogni­ska

2 Kró­lo­wa pu­sty­ni

3 Flo­ren­ce Ba­ker. Bo­ha­ter­ka Nilu

4 Eks­pe­dy­cja śmier­ci

5 Flir­ty i ła­pa­nie mo­ty­li

6 Przez Sy­be­rię do cho­rych na trąd

7 Nie­stru­dzo­na tu­ryst­ka

8 Chro­nicz­nie cho­ra Isa­bel­la i nie­po­praw­na snob­ka Ma­rian­ne

9 Mary Sles­sor. Mat­ka wszyst­kich lu­dów dżun­gli

10 Z mi­gre­ną wśród ka­ni­ba­li

11 Bab­cia Bib­bul­mun

12 Urze­czo­ne Hi­ma­la­ja­mi

13 Za­ka­za­na piel­grzym­ka

14 Erup­cja ko­bie­cej ener­gii

Bi­blio­gra­fia

Przypisy

1. Fan­ny Bul­lock Work­man pro­pa­gu­je pra­wa wy­bor­cze dla ko­biet na szczy­cie w Ka­ra­ko­rum.

1Anioł do­mo­we­go ogni­ska

„O Boże, ona jest jak bia­ła owiecz­ka wo­ła­ją­ca o męż­czy­znę, któ­ry bę­dzie ją chro­nił” – pi­sał an­giel­ski po­eta John Ke­ats na po­cząt­ku XIX wie­ku. Umie­rał w 1821 roku, za­pew­ne nie­win­ny ni­czym ja­gnię, zła­ma­ny nie­szczę­śli­wą mi­ło­ścią.

Taki wi­ze­ru­nek ko­bie­ty jak u Ke­at­sa był roz­po­wszech­nio­ny w wyż­szych war­stwach spo­łe­czeń­stwa eu­ro­pej­skie­go. W cza­sach na­zy­wa­nych epo­ką wik­to­riań­ską więk­szość męż­czyzn uzna­wa­ła ko­bie­tę za bez­bron­ną, bez­rad­ną isto­tę od­naj­du­ją­cą swo­je po­wo­ła­nie tyl­ko w mał­żeń­stwie, w roli „anio­ła do­mo­we­go ogni­ska”.

Sfor­mu­ło­wa­nie „anioł do­mo­we­go ogni­ska” to ty­tuł po­ema­tu The An­gel in the Ho­use, któ­re­go na­kład sprze­dał się w roku 1860 w 250 ty­sią­cach eg­zem­pla­rzy. Au­to­rem tego za­dzi­wia­ją­ce­go dzie­ła jest daw­no za­po­mnia­ny pra­cow­nik bi­blio­te­ki Bri­tish Mu­seum – Co­ven­try Pat­mo­re, któ­ry opi­sał w nim ide­ał mał­żeń­stwa epo­ki wik­to­riań­skiej.

Pan­na po­win­na była skrom­nie i cier­pli­wie wy­cze­ki­wać za­mąż­pój­ścia, sama nie prze­ja­wia­jąc żad­nej w tym kie­run­ku ini­cja­ty­wy. To ro­dzi­ce wy­bie­ra­li dla niej „do­brą par­tię”. Ona mo­gła co naj­wy­żej za­chę­cić ubie­ga­ją­ce­go się o nią mło­dzień­ca, ale do­pie­ro po tym, jak za­ak­cep­to­wa­li go jej ro­dzi­ce, a i wów­czas ety­kie­ta ze­zwa­la­ła je­dy­nie na za­że­no­wa­ny ru­mie­niec lub nie­znacz­ny uśmiech i spoj­rze­nie spod opusz­czo­nych rzęs.

W po­ezji i pro­zie do­mi­no­wa­ły opo­wie­ści o mi­ło­ści. W ży­ciu, przy za­wie­ra­niu mał­żeń­stwa, uczu­cia­mi się nie kie­ro­wa­no wca­le, in­te­re­sy były o wie­le waż­niej­sze. Gdy­by ja­kaś nie­roz­trop­na pan­na od­wa­ży­ła się sama wy­brać so­bie ży­cio­we­go part­ne­ra, mo­gło­by dojść do me­za­lian­su, a tego na­le­ża­ło uni­kać za wszel­ką cenę. Do uzy­ska­nia wyż­sze­go sta­tu­su spo­łecz­ne­go usil­nie dą­ży­ły wszyst­kie bur­żu­azyj­ne ro­dzi­ny. „Mał­żeń­stwo po­wszech­nie ucho­dzi za spo­sób na pod­wyż­sze­nie sta­tu­su ro­dzi­ny i po­więk­sze­nie ka­pi­ta­łu, co ma za­pew­nić suk­ces” – pi­sał w 1853 roku czło­nek Aka­de­mii Fran­cu­skiej Jo­seph Droz w Es­sai sur l’art d’être heu­reux [Esej o sztu­ce by­cia szczę­śli­wym]. Za­nim za­war­to mał­żeń­stwo, na­le­ża­ło spo­rzą­dzić kon­trakt usta­la­ją­cy wy­so­kość po­sa­gu i ewen­tu­al­nie wiel­kość ka­pi­ta­łu, jaki pan­na wno­si­ła do związ­ku. Za­raz po wy­po­wie­dze­niu sło­wa „tak” tra­ci­ła ona pra­wo do dys­po­no­wa­nia swo­im ma­jąt­kiem.

W świe­tle pra­wa za­męż­na ko­bie­ta była nie­ma i bez­rad­na jak dziec­ko. Mąż mógł we­dle wła­snej woli i fan­ta­zji dys­po­no­wać jej ma­jąt­kiem. Je­śli po­sia­da­ła ja­kieś nie­ru­cho­mo­ści, mógł je sprze­dać bez jej zgo­dy, pie­nią­dze zaś prze­pu­ścić.

O wszyst­kich spra­wach zwią­za­nych z wy­cho­wa­niem dzie­ci też de­cy­do­wał oj­ciec, mat­ka nie mia­ła nic do po­wie­dze­nia. Wła­dza ro­dzi­ciel­ska spo­czy­wa­ła wy­łącz­nie na męż­czyź­nie. W wie­lu kra­jach owdo­wia­łej ko­bie­cie ro­dzi­na mia­ła pra­wo ode­brać dzie­ci w wy­pad­ku jej po­now­ne­go za­mąż­pój­ścia.

W XIX wie­ku uzy­ska­nie roz­wo­du sta­ło się wła­ści­wie nie­moż­li­we. We Fran­cji w la­tach 1816–1884 roz­wo­dów za­ka­za­no praw­nie. W An­glii do 1857 roku przy roz­wo­dzie wy­ma­ga­no ak­cep­ta­cji par­la­men­tu. Pro­ce­du­ra była tak skom­pli­ko­wa­na, kosz­tow­na i dłu­go­trwa­ła, że w la­tach 1715–1852 udzie­lo­no tam za­le­d­wie stu osiem­dzie­się­ciu czte­rech roz­wo­dów. W Ho­lan­dii do 1838 roku za upraw­nio­ny po­wód roz­wo­du uzna­wa­no tyl­ko dłu­go­let­nią karę wię­zie­nia lub ba­ni­cję. Po­nad­to wcho­dzi­ła w ra­chu­bę zdra­da, po­rzu­ce­nie bądź mal­tre­to­wa­nie, ale trud­no było ze­brać na to wy­star­cza­ją­ce do­wo­dy. W An­glii po roku 1857, je­śli mąż opu­ścił żonę, ko­bie­ta mo­gła za­trzy­mać dla sie­bie wszyst­ko, co zdo­by­ła po roz­łą­ce. Je­śli jed­nak mąż zde­cy­do­wał się wró­cić, od nowa dys­po­no­wał ca­łym jej ma­jąt­kiem. We Fran­cji se­pa­ra­cja od łoża i sto­łu upraw­nia­ła ko­bie­tę do opusz­cze­nia męża, z tym że tra­ci­ła ona wów­czas pra­wo do opie­ki nad dzieć­mi. Po­nad­to mu­sia­ła py­tać męża o zgo­dę przy po­dej­mo­wa­niu ja­kich­kol­wiek dzia­łań. Wa­run­kiem do­ko­na­nia przez nią trans­ak­cji fi­nan­so­wej był pod­pis męża.

Zdra­da była ka­ral­na. We Fran­cji wia­ro­łom­na ko­bie­ta mo­gła otrzy­mać wy­rok od trzech mie­się­cy do dwóch lat wię­zie­nia. Męż­czy­zna miał więk­szą swo­bo­dę. Pod­le­gał ka­rze tyl­ko wte­dy, kie­dy do domu, w któ­rym miesz­kał z żoną, wpro­wa­dził me­tre­sę. A i wów­czas nie szedł do wię­zie­nia, tyl­ko otrzy­my­wał grzyw­nę w wy­so­ko­ści od 100 do 2 ty­się­cy fran­ków. Je­śli Fran­cuz przy­ła­pał żonę na zdra­dzie i ją za­strze­lił, sąd naj­czę­ściej go unie­win­niał. Ko­bie­ta nie mia­ła pra­wa pod­nieść ręki na męża.

Ta dwo­ja­ka mia­ra w oce­nie mo­ral­no­ści ko­bie­ty i męż­czy­zny wy­ni­ka­ła z oso­bli­wych po­glą­dów na sek­su­al­ność. Uwa­ża­no, że ko­bie­cie z wyż­szych sfer nie przy­stoi oka­zy­wać po­żą­da­nia ani do­zna­wać roz­ko­szy z sek­su. Po­rząd­na nie­wia­sta mia­ła po­zo­sta­wać zim­na i obo­jęt­na. Oczy­wi­ście mu­sia­ła speł­niać „obo­wiąz­ki mał­żeń­skie”, za co była wy­na­gra­dza­na ma­cie­rzyń­stwem, któ­re ją no­bi­li­to­wa­ło. Poza tym mia­ła pre­zen­to­wać się jako skrom­na, nie­win­na i pru­de­ryj­na isto­ta.

Pro­wa­dzi­ło to do ab­sur­dal­nych sy­tu­acji. Wszyst­ko, co znaj­do­wa­ło się po­ni­żej pasa, sta­no­wi­ło tabu, więc bo­jaź­li­wie uni­ka­no mó­wie­nia o tych czę­ściach cia­ła. Pew­nych słów przy da­mach nie wy­pa­da­ło wy­ma­wiać. W An­glii za ol­brzy­mi nie­takt po­czy­ty­wa­no wy­ma­wia­nie w obec­no­ści ko­biet sło­wa legs (nogi). Ko­bie­ty je­dy­nie szep­ta­ły mię­dzy sobą o swo­ich ear­th­bo­und extre­mi­ties – przy­ziem­nych koń­czy­nach. Przy sto­le męż­czy­zna nig­dy nie za­pro­po­no­wał­by da­mie ku­rze­go udka, za­miast tego mo­gła do­stać ka­wa­łek wpraw­dzie nie „pier­si kur­cza­ka”, lecz „łona kur­cza­ka”. Pi­sarz Fre­de­rick Mar­ry­at do­no­sił, że w Ame­ry­ce, z uwa­gi na do­bre oby­cza­je, nogi i skrzy­deł­ka pie­czo­ne­go dro­biu za­kry­wa­no na sto­le kry­no­lin­ka­mi z pa­pie­ru. Bie­li­znę re­kla­mo­wa­no tak, żeby pod żad­nym po­zo­rem nie było wi­dać kro­cza. O cią­ży i po­ro­dzie ab­so­lut­nie nie na­le­ża­ło roz­ma­wiać w obec­no­ści męż­czyzn. Żona mo­gła co naj­wy­żej oświad­czyć mę­żo­wi, iż za­mie­rza „po­szu­kać dzie­ciąt­ka pod krzacz­kiem owo­co­wym”. Li­te­ra­tu­ra wcze­śniej­szych wie­ków, w któ­rej otwar­cie pi­sa­ło się o „tych” spra­wach, zo­sta­ła za­bro­nio­na lub ocen­zu­ro­wa­na. W 1818 roku Tho­mas Bow­dler opu­bli­ko­wał „ro­dzin­ną” wer­sję dzieł Sha­ke­spe­are’a: opusz­czo­no w niej wszyst­ko, co „nie na­da­je się do czy­ta­nia przez męż­czy­znę w obec­no­ści ko­biet”.

Jak da­le­ce ko­bie­ty ule­ga­ły sza­leń­stwu pru­de­ryj­no­ści, po­ka­zu­je frag­ment ulot­ki na­pi­sa­nej w 1868 roku przez Ho­len­der­kę M. Cal­mée:

Pa­mię­ta­my [...] jesz­cze, jak na­sza skrom­na, przy­zwo­ita ki­bić wzdry­ga­ła się pod do­tknię­ciem nie­tak­tow­nej ręki gor­se­cia­rza; jak z dzie­wi­czą skrom­no­ścią wy­sta­wia­ły­śmy stóp­kę na do­tyk kle­ją­cych się od sma­ro­wi­dła pal­ców do­staw­cy bot­ków; jak in­tym­ne ru­chy mu­sia­ły­śmy wy­ko­ny­wać na lek­cjach pia­ni­na czy ry­sun­ku; jak mu­sia­ły­śmy zno­sić opła­ca­ną ga­lan­te­rię chu­der­la­we­go na­uczy­cie­la tań­ca i jak nie­tak­tow­nie ob­cho­dził się z na­szy­mi czę­ścia­mi cia­ła na­uczy­ciel gim­na­sty­ki.

Męż­czyź­ni w XIX wie­ku nie na­rze­ka­li na tę idio­tycz­ną pru­de­ryj­ność żon, mimo że pro­wa­dzi­ła ona do nie­sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych re­la­cji mał­żeń­skich. Sami tego chcie­li. Cze­go nie do­sta­wa­li w domu, uzu­peł­nia­li so­bie w bur­de­lach albo u ko­cha­nek. We wszyst­kich sto­li­cach eu­ro­pej­skich kwi­tła w naj­lep­sze pro­sty­tu­cja upra­wia­na przez dziew­czy­ny i ko­bie­ty po­cho­dzą­ce z do­słow­nie gni­ją­cej w nę­dzy kla­sy ro­bot­ni­czej. W po­ło­wie XIX wie­ku w Lon­dy­nie było za­re­je­stro­wa­nych oko­ło 50 ty­się­cy pro­sty­tu­tek, w Pa­ry­żu po­nad 100 ty­się­cy, z tym że w cią­gu trzy­dzie­stu lat po­li­cja za­trzy­ma­ła tam jesz­cze 725 ty­się­cy pro­sty­tu­tek pra­cu­ją­cych na czar­no. Pro­sty­tu­cję upra­wia­no nie tyl­ko w bur­de­lach i ta­nich ho­te­li­kach, ale rów­nież w pu­blicz­nych łaź­niach, sa­lo­nach ma­sa­żu i per­fu­me­riach. Więk­szość re­stau­ra­cji mia­ła cham­bres sépa­rées, gdzie moż­na się było ukryć „z dziew­czyn­ką dla przy­jem­no­ści”. Prze­wod­ni­ki, ta­kie jak fran­cu­ski Gi­des Rose [Ró­żo­wy prze­wod­nik], wska­zy­wa­ły tam dro­gę pro­win­cju­szom. Tro­chę kło­po­tów przy­spa­rzał fakt, że żony, ska­za­ne przez swych mę­żów na pru­de­ryj­ność, nie­ja­ko w na­gro­dę za rolę „straż­ni­czek czy­sto­ści” za­ra­ża­ły się od nich cho­ro­ba­mi we­ne­rycz­ny­mi, a re­me­dium na sy­fi­lis jesz­cze wte­dy, nie­ste­ty, nie zna­no. Kie­dy w 1882 roku pa­ry­ski le­karz Al­fred Fo­ur­nier za­ło­żył dro­gą, dys­kret­nie po­ło­żo­ną kli­ni­kę pry­wat­ną le­czą­cą męż­czyzn cho­rych na sy­fi­lis, w cią­gu roku zgło­si­ło się 31 ty­się­cy pa­cjen­tów.

2. Oko­ło 1880 roku pierw­sze ko­bie­ty al­pi­nist­ki udo­wod­ni­ły w szwaj­car­skich gó­rach, że od­wa­ga nie jest tyl­ko mę­ską ce­chą. Bo­jaź­li­wie trzy­ma­ły się jed­nak za­sad mo­ral­no­ści pu­blicz­nej, któ­re za­bra­nia­ły ko­bie­tom no­sze­nia spodni (ko­lek­cja pry­wat­na).

Ta­kich spraw Co­ven­try Pat­mo­re nie po­ru­szał jed­nak w swo­im dłu­ga­śnym po­ema­cie The An­gel in the Ho­use. We­dług nie­go w ide­al­nym mał­żeń­stwie skrom­na, sła­ba, bez­rad­na i bo­jaź­li­wa ko­bie­ta tyl­ko ma­rzy­ła o tym, by wes­przeć się na sil­nym ra­mie­niu do­mi­nu­ją­ce­go, wład­cze­go męż­czy­zny o do­brym ser­cu, chro­nią­ce­go ją przed złym świa­tem. Mąż zaś uwiel­biał swo­ją żonę, a jej szla­chet­ny cha­rak­ter, czu­łość, de­li­kat­ność i peł­na po­świę­ce­nia mi­łość po­zwa­la­ły mu wznieść się po­nad przy­ro­dzo­ny ego­izm i szorst­kość. Tak jak po­eta Ro­bert Brow­ning wiel­bił swo­ją uko­cha­ną Eli­za­beth Bar­rett, tak i on wy­zna­je: „Naj­droż­sza, za­wsze ocze­ku­ję twej rady, speł­nię każ­de two­je ży­cze­nie, przyj­mę wszyst­ko, cze­go za­pra­gniesz mnie na­uczyć, po­dą­żę dro­gą, któ­rą mi wska­żesz. Uczyń ze mną, co chcesz”.

Ko­bie­ta z ko­lei ro­zu­mia­ła, jak waż­ne są na­uki udzie­la­ne cór­kom. Dru­ga żona ho­len­der­skie­go po­ety Bil­der­dij­ka, Ka­tha­ri­na Schwe­ic­khardt, w ta­kich uję­ła to sło­wach:

Czy drżysz na myśl o przy­szło­ści,

Gdy już bę­dziesz dzie­li­ła z nim ży­cie?

Czy no­sisz w ser­cu pra­gnie­nia

Inne niż mi­łość do nie­go?

Po­wstrzy­mać choć­by naj­słab­sze wes­tchnie­nie,

Speł­niać naj­mniej­sze na­wet ży­cze­nia –

Stąd czer­pać swą po­win­naś ra­dość,

W tym szu­kać za­do­wo­le­nia.

Tym spo­so­bem wnie­bo­wzię­te bie­dac­two samo za­przę­ga­ło się do kie­ra­tu. Co­ven­try Pat­mo­re nie za­uwa­żał, że to peł­ne eg­zal­ta­cji ide­ali­zo­wa­nie ko­bie­ty pro­wa­dzi do jej znie­wo­le­nia, i po­dob­nie jak inni męż­czyź­ni był zda­nia, iż ko­bie­ta chro­nio­na przez męż­czy­znę w mał­żeń­stwie win­na mu jest cał­ko­wi­te po­słu­szeń­stwo. A to po­słu­szeń­stwo ozna­cza­ło, że „anioł” sie­dział za­mknię­ty w domu, przy ro­dzi­nie, spę­dza­jąc czas na ha­fto­wa­niu za­głów­ków na fo­te­le, czy­ta­niu bo­go­boj­nych po­wie­ści i bęb­nie­niu na pia­ni­nie. Do­mem zaj­mo­wa­ła się bo­wiem służ­ba, a wy­cho­wa­nie dzie­ci po­wie­rza­no niań­kom i gu­wer­nant­kom.

Po­wszech­nie uwa­ża­no, że dla ko­bie­ty więk­sze zna­cze­nie ma cha­rak­ter niż wie­dza, a po­nad­to, że sła­bość fi­zycz­na i psy­chicz­na unie­moż­li­wia jej zno­sze­nie tru­dów zdo­by­wa­nia wyż­sze­go wy­kształ­ce­nia. Tak więc rów­nież nie­za­męż­nym nie­wia­stom nie po­zo­sta­wa­ło nic in­ne­go, jak zaj­mo­wa­nie się bzdu­ra­mi. Ich po­zy­cja spo­łecz­na była żad­na, wła­ści­wie nic nie uspra­wie­dli­wia­ło sen­su ich ist­nie­nia, uwa­ża­no je za bez­u­ży­tecz­ną ka­te­go­rię spo­łe­czeń­stwa bur­żu­azyj­ne­go, wy­śmie­wa­no się z nich po ci­chu i po­ni­ża­no pu­blicz­nie.

Oczy­wi­ście nie wszyst­kie ko­bie­ty pod­da­wa­ły się swo­je­mu lo­so­wi. Pro­te­sty roz­le­ga­ły się przez cały XIX wiek. Jed­ne sła­be, jak głos pi­sar­ki i spi­ry­tyst­ki Eli­se van Cal­car:

To cią­głe ma­new­ro­wa­nie „po­mię­dzy”, te grzecz­ne uśmie­chy, to słod­kie baj­du­rze­nie, to cią­głe uwa­ża­nie, by nie zdra­dzić się z wła­snym zda­niem, to mó­wie­nie, żeby nic nie po­wie­dzieć, to sztucz­ne oka­zy­wa­nie wzglę­dów bez uczu­cia, kur­tu­azyj­nej uwa­gi bez praw­dzi­we­go za­in­te­re­so­wa­nia – wszyst­ko to jest tak prze­ciw­ne mo­jej na­tu­rze i moim po­glą­dom, że czu­ję się w tej wy­per­fu­mo­wa­nej at­mos­fe­rze jak w cie­plar­ni wy­peł­nio­nej zbyt sil­nie pach­ną­cy­mi ro­śli­na­mi.

Inne pro­te­sty, na przy­kład Mary Wol­l­sto­ne­craft, Eli­za­beth Stan­ton, Lu­cre­tii Mott czy Lucy Sto­ne, wy­wo­ła­ły wię­cej ha­ła­su, ale do­pie­ro pod ko­niec XIX wie­ku po­wstał zor­ga­ni­zo­wa­ny ruch fe­mi­ni­stycz­ny wal­czą­cy z uci­skiem ko­biet, sto­so­wa­niem po­dwój­nej mo­ral­no­ści, do­ma­ga­ją­cy się dla nich praw wy­bor­czych, po­pra­wie­nia prze­pi­sów roz­wo­do­wych i wy­rów­na­nia szans w edu­ka­cji. Dużo cza­su upły­nę­ło, za­nim fe­mi­nizm zna­lazł od­dźwięk wśród przed­sta­wi­cie­lek bur­żu­azji. Więk­szość z nich zo­sta­ła tak wy­cho­wa­na, że nie tyl­ko bier­nie pod­da­wa­ła się lo­so­wi, ale wręcz głę­bo­ko wie­rzy­ła w swo­je nie­wol­ni­cze „prze­zna­cze­nie”. Cza­sa­mi jed­nak zda­rza­ło się w ich ży­ciu coś, co spra­wia­ło, że „prze­zna­cze­nie” tra­ci­ło ra­cję bytu. Nie tra­fi­ła się od­po­wied­nia „par­tia” albo na­gle zmarł mał­żo­nek i wdo­wa mo­gła dys­po­no­wać (nie­kie­dy znacz­nym) ka­pi­ta­łem. Otwie­ra­ła się bra­ma do ku­szą­cej wol­no­ści i nie­któ­re „anio­ły” od­wa­ża­ły się roz­wi­nąć skrzy­dła. Ucie­ka­ły z „wy­per­fu­mo­wa­nej at­mos­fe­ry cie­plar­ni”, pa­ko­wa­ły ku­fry i wy­ru­sza­ły w po­dróż. Nie do Ni­cei, Flo­ren­cji czy St. Mo­ritz (tam by­wa­ły już dość czę­sto z ro­dzi­ca­mi), ale do Bal­la Bal­la, N’do­rko czy K’ang-ting.

Wiek XIX był cza­sem wiel­kich wy­praw w głąb kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go, Azji, Au­stra­lii i Ame­ry­ki. Opi­sy przy­gód Stan­leya, Li­ving­sto­ne’a, Spe­ke’a, Ba­ke­ra czy Schwe­in­fur­tha wy­peł­nia­ły łamy ga­zet i cza­so­pism. Mo­car­stwa wy­sy­ła­ły ar­mie, żeby ob­jąć w po­sia­da­nie do­pie­ro co od­kry­te ob­sza­ry. Za­ro­iło się od mi­sjo­na­rzy, któ­rzy ma­so­wo za­czę­li na­wra­cać „dzi­kich”, a han­dla­rze prze­mie­rza­li dżun­glę, aby od tych­że „dzi­kich” wy­łu­dzić zło­to i kość sło­nio­wą w za­mian za ko­ra­li­ki i lu­ster­ka. W XIX wie­ku na od­waż­nych i zde­ter­mi­no­wa­nych męż­czyzn cze­ka­ła im­po­nu­ją­ca przy­go­da. Nikt nie przy­pusz­czał, że rów­nież ko­bie­ty będą zdol­ne do po­szu­ki­wa­nia przy­gód. A jed­nak tak się sta­ło.

Po­szu­ki­wacz­ki przy­gód w do­bie wik­to­riań­skiej wy­ka­zy­wa­ły się nie mniej­szą de­ter­mi­na­cją i od­wa­gą niż ich mę­scy od­po­wied­ni­cy, ale na tym po­do­bień­stwo się koń­czy­ło. Ko­bie­ty wy­ru­sza­ły w po­dróż w in­nych ce­lach, z in­ny­mi ocze­ki­wa­nia­mi i wy­cią­ga­ły inne wnio­ski ze swo­ich do­świad­czeń niż męż­czyź­ni. Już na sa­mym po­cząt­ku za­zna­cza­ła się duża róż­ni­ca: męż­czyź­ni byli za swo­ją pra­cę opła­ca­ni przez rzą­dy lub in­sty­tu­cje na­uko­we, ko­bie­ty zaś mu­sia­ły same fi­nan­so­wać swo­je wy­pra­wy. To ozna­cza, że pra­wie wszyst­kie po­cho­dzi­ły z wyż­szych warstw spo­łecz­nych, z bo­ga­tych ro­dzin bur­żu­azyj­nych, i w dzie­ciń­stwie ode­bra­ły „sta­ran­ne” wy­cho­wa­nie. Gu­wer­nant­ki na­uczy­ły je po­słu­gi­wać się przy­najm­niej jed­nym ob­cym ję­zy­kiem. Więk­szość zna­ko­mi­cie jeź­dzi­ła kon­no. Wie­le po­tra­fi­ło pi­sać wier­sze i pa­mięt­ni­ki. Te umie­jęt­no­ści bar­dzo przy­da­wa­ły się w po­dró­żach. Nie­ko­rzyst­ną oko­licz­no­ścią było to, że część z nich do­pie­ro po śmier­ci ro­dzi­ców bądź męża dys­po­no­wa­ła do­sta­tecz­nym ma­jąt­kiem, aby roz­po­cząć wiel­ką przy­go­dę. Były już wte­dy w wie­ku śred­nim i cier­pia­ły na róż­ne do­le­gli­wo­ści (naj­czę­ściej psy­cho­so­ma­tycz­ne), któ­rych na­ba­wi­ły się w roli anio­łów do­mo­we­go ogni­ska – mi­gre­ny, bóle krę­go­słu­pa, de­pre­sje. Za­dzi­wia­ją­ce, że przy­pa­dło­ści te szyb­ko mi­ja­ły w cza­sie po­dró­ży.

I jesz­cze jed­na róż­ni­ca. Męż­czyź­ni byli w sta­nie wy­po­sa­żyć swo­je eks­pe­dy­cje w set­ki tra­ga­rzy i uzbro­jo­ną eskor­tę. Więk­szość ko­biet, z ta­ki­mi wy­jąt­ka­mi jak Ale­xan­dri­ne Tin­ne czy He­ster Stan­ho­pe, po­dob­nych moż­li­wo­ści nie mia­ła. Ko­bie­ty wy­ru­sza­ły za­zwy­czaj w dzi­kie ostę­py w nie­wiel­kim to­wa­rzy­stwie. Bez do­sta­tecz­nej ochro­ny. Cza­sa­mi po­sia­da­ły broń, ale pra­wie nig­dy jej nie uży­wa­ły. Nie­zna­ny jest ani je­den wy­pa­dek za­bi­cia tu­byl­ca przez ko­bie­tę. Nie moż­na tego po­wie­dzieć o po­dróż­ni­kach męż­czy­znach, któ­rzy (na przy­kład Stan­ley w Afry­ce czy D’Al­ber­tis na No­wej Gwi­nei) trak­to­wa­li tu­byl­ców ra­czej jak zwie­rzy­nę łow­ną niż lu­dzi.

Męż­czyź­ni po­dró­żo­wa­li w celu zdo­by­cia bo­gactw, żeby od­kryć nowe miej­sca na zie­mi, pod­bić je i od­dać we wła­da­nie swe­go kra­ju. Ko­bie­tom obca była żą­dza pod­bo­jów. Wy­ru­sza­ły w po­dróż, żeby po­czuć wol­ność i nie­za­leż­ność. Nie chcia­ły bo­gactw. Da­isy Ba­tes, do­wie­dziaw­szy się od Abo­ry­ge­nów o miej­scu, gdzie znaj­du­je się duża żyła zło­ta, nie po­wie­dzia­ła o tym ni­ko­mu, z oba­wy, że bia­li za­kłó­cą spo­kój tu­byl­ców.

Ko­bie­ty kie­ro­wa­ły się inną mo­ty­wa­cją, ta zaś po­wo­do­wa­ła, że prze­ży­wa­ły po­dró­że in­a­czej. Na spo­tka­nie z tu­byl­ca­mi nie wy­ru­sza­ły z bro­nią go­to­wą do strza­łu, więc i tu­byl­cy mniej się ich oba­wia­li i bar­dziej im ufa­li. Ko­bie­ty ła­twiej na­wią­zy­wa­ły kon­tak­ty z lo­kal­ną lud­no­ścią, czę­sto głęb­sze, owo­cu­ją­ce wza­jem­nym sza­cun­kiem i za­ufa­niem. Ko­bie­ty na­praw­dę in­te­re­so­wa­ły się miej­sco­wą kul­tu­rą, przez więk­szość miesz­kań­ców Za­cho­du uwa­ża­ną za pry­mi­tyw­ną i bar­ba­rzyń­ską. Ida Pfe­if­fer, Mary King­sley, Da­isy Ba­tes czy Alek­san­dra Da­vid-Néel chcia­ły zro­zu­mieć tych in­nych lu­dzi, zro­zu­mieć ich ży­cie. Były go­to­we cze­goś się od nich na­uczyć. Z ich sil­nej po­trze­by kon­tak­tów bra­ła się nie­kie­dy po­trze­ba nie­sie­nia po­mo­cy i chro­nie­nia tu­byl­ców przed wpły­wa­mi bia­łe­go czło­wie­ka. Upo­mi­na­nie się o pra­wa „dzi­kie­go” uwa­ża­ły one za swo­je po­wo­ła­nie i ży­cio­wą mi­sję.

Dla czę­ści z nich po­dró­żo­wa­nie sta­ło się sen­sem ży­cia. Ida Pfe­if­fer i Isa­bel­le Bird-Bi­shop nie po­tra­fi­ły zre­zy­gno­wać z wo­ja­ży i cią­gle włó­czy­ły się po świe­cie. Ma­rian­ne North po­sta­wi­ła so­bie za cel na­ma­lo­wa­nie jak naj­wię­cej tro­pi­kal­nych kwia­tów i dla­te­go go­rącz­ko­wo wę­dro­wa­ła przez Ame­ry­kę Po­łu­dnio­wą, In­die, Au­stra­lię i Afry­kę.

Wspól­ną ce­chą wszyst­kich po­dróż­ni­czek było po­czu­cie obo­wiąz­ku spi­sy­wa­nia swo­ich do­świad­czeń i ob­ser­wa­cji w dzien­ni­kach, li­stach i książ­kach. Wy­da­je się, że w ten spo­sób chcia­ły uspra­wie­dli­wić swo­je wy­rwa­nie się ze świa­ta bur­żu­azji i kon­we­nan­sów: ich po­dró­że mia­ły przy­nieść po­ży­tek nie tyl­ko im, ale też do­mow­ni­kom. W oczach przed­sta­wi­cie­li eu­ro­pej­skiej bur­żu­azji ko­bie­ty po­dróż­nicz­ki ła­ma­ły wszel­kie moż­li­we kon­we­nan­se (nie wy­pa­da da­mom ro­bić cze­goś ta­kie­go), pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści więk­szość z nich nadal ich prze­strze­ga­ła w wie­lu spra­wach. Pró­bu­jąc po­zo­stać „da­ma­mi” na­wet po­śród ka­ni­ba­li i łow­ców głów, bez wzglę­du na oko­licz­no­ści ubie­ra­ły się tak jak w domu, w Eu­ro­pie. Przez tro­pi­kal­ną dżun­glę prze­dzie­ra­ły się odzia­ne w spód­ni­ce do ko­stek, w wy­so­ko sznu­ro­wa­ne bluz­ki, czę­sto jesz­cze w ka­pe­lu­szach na gło­wie. Nie przy­szło­by im na myśl, żeby zdjąć gor­set, cho­ciaż tem­pe­ra­tu­ra prze­kra­cza­ła cza­sa­mi 40 stop­ni Cel­sju­sza w cie­niu, bo – jak po­wie­dzia­ła jed­na z nich – by­ło­by to „rów­nie de­mo­ra­li­zu­ją­ce jak lo­ków­ki we wło­sach”. Mary King­sley oświad­czy­ła, że prę­dzej po­szła­by na sza­fot, niż za­ło­ży­ła spodnie w afry­kań­skiej dżun­gli. A kie­dy Isa­bel­la Bird-Bi­shop do­wie­dzia­ła się, że w „The Ti­mes” uka­zał się ar­ty­kuł su­ge­ru­ją­cy, iż w Roc­ky Mo­un­ta­ins wi­dzia­no ją w spodniach, jeż­dżą­cą kon­no po mę­sku (to aku­rat praw­da), po­pro­si­ła swe­go lon­dyń­skie­go przy­ja­cie­la, aby pu­blicz­nie po­tur­bo­wał au­to­ra tek­stu.

Nie na­le­ży się dzi­wić, że po­wsta­wa­ły wąt­pli­wo­ści co do przy­zwo­ite­go pro­wa­dze­nia się wik­to­riań­skich po­dróż­ni­czek. Nie­unik­nio­ne bo­wiem były sy­tu­acje, w któ­rych mu­sia­ły one dzie­lić z męż­czy­zna­mi na­miot czy cha­tę. Fakt, że swo­ją od­po­wied­nią po­sta­wą po­tra­fi­ły wy­mu­sić re­spekt, nie za­po­bie­gał plot­kom i oskar­że­niom w sa­lo­nach Eu­ro­py. Z cza­sem jed­nak, po­wo­li, zwłasz­cza wśród ko­biet, rósł po­dziw dla ich śmia­ło­ści oraz sza­cu­nek, że ry­zy­ko­wa­ły re­pu­ta­cję, a nie­kie­dy też ży­cie, w obro­nie swo­jej wol­no­ści i nie­za­leż­no­ści.

Męż­czyź­ni po­zo­sta­wa­li scep­tycz­ni wo­bec po­ży­tecz­no­ści tych ko­bie­cych eska­pad. Jak ta­kie de­li­kat­ne stwo­rze­nia, bez sto­sow­nej wie­dzy, mo­gły wnieść co­kol­wiek no­we­go do dzie­dzi­ny geo­gra­fii, bio­lo­gii czy an­tro­po­lo­gii? Te mę­skie wąt­pli­wo­ści nig­dy nie znie­chę­ci­ły ko­biet do po­dró­żo­wa­nia, ale przy­spo­rzy­ły im kło­po­tów, z ja­ki­mi męż­czyź­ni nig­dy się nie bo­ry­ka­li. Urzęd­ni­cy ko­lo­nial­ni i woj­sko­wi sta­ra­li się bo­wiem ze wszyst­kich sił prze­szko­dzić pla­nom po­dróż­ni­czek. Nie udzie­la­li in­for­ma­cji, nie wy­da­wa­li po­zwo­leń, za­bra­nia­li tra­ga­rzom uczest­ni­czyć w ich eks­pe­dy­cjach. Wszyst­ko pod pre­tek­stem, że for­sow­ne wy­pra­wy są zbyt nie­bez­piecz­ne dla tak de­li­kat­nych stwo­rzeń jak ko­bie­ty.

Rów­nież w krę­gach na­uko­wych ist­nia­ło wie­le nie­chę­ci do ko­biet. Nie­kie­dy ja­kaś nie­wia­sta wy­gła­sza­ła na­wet wy­kład w sza­cow­nym to­wa­rzy­stwie geo­gra­ficz­nym w Wiel­kiej Bry­ta­nii, czy­li Roy­al Geo­gra­phi­cal So­cie­ty, ale do­pie­ro w 1892 roku do­pusz­czo­no do człon­ko­stwa w nim szes­na­ście pań. Wy­bu­chła jed­nak taka awan­tu­ra, ta­kie pro­te­sty, że za­rząd czym prę­dzej wy­co­fał się z tej de­cy­zji.

Da­isy Ba­tes ca­ły­mi la­ta­mi wal­czy­ła o uzna­nie przez na­ukow­ców wy­ni­ków jej bar­dzo waż­nych ba­dań an­tro­po­lo­gicz­nych nad kul­tu­rą au­stra­lij­skich Abo­ry­ge­nów. Za­ci­ska­jąc zęby, ca­ły­mi la­ta­mi pa­trzy­ła też, jak inni ba­da­cze cy­tu­ją w swo­ich wy­kła­dach i ar­ty­ku­łach ze­bra­ne przez nią ma­te­ria­ły, bez po­da­wa­nia źró­dła.

Ko­bie­ce wy­pra­wy, or­ga­ni­zo­wa­ne na wła­sną rękę, nie mo­gły oczy­wi­ście rów­nać się pod wzglę­dem re­zul­ta­tów z du­ży­mi i do­brze wy­po­sa­żo­ny­mi eks­pe­dy­cja­mi ba­daw­czy­mi pro­wa­dzo­ny­mi przez męż­czyzn. Mimo to nie­któ­re z nich zo­sta­wi­ły waż­ny ślad w na­uce. Od na­zwi­ska Mary King­sley no­szą na­zwę trzy nowe ga­tun­ki ryb, któ­re ona od­kry­ła. Od na­zwi­ska Ma­rian­ne North otrzy­ma­ło na­zwy pięć no­wych ga­tun­ków ro­ślin. Eks­pe­dy­cja Ale­xan­dri­ne Tin­ne w oko­li­ce Rze­ki Ga­ze­li za­owo­co­wa­ła pa­ro­ma pu­bli­ka­cja­mi na­uko­wy­mi w cza­so­pi­smach geo­gra­ficz­nych oraz od­kry­cia­mi kil­ku no­wych oka­zów ro­ślin. Inne ko­bie­ty od­kry­ły nowe szczy­ty w Hi­ma­la­jach i Ka­ra­ko­rum.

Mary King­sley i Da­isy Ba­tes na przy­kład udo­wod­ni­ły, że „dzi­cy” to też lu­dzie. To nowe spoj­rze­nie mia­ło duże zna­cze­nie dla roz­wo­ju na­uki. Ale­xan­dra Da­vid-Néel po­zna­ła w Ty­be­cie naj­głęb­sze war­to­ści tam­tej­sze­go bud­dy­zmu. Orien­ta­li­ści do tej pory są jej za to wdzięcz­ni. Jed­nak naj­waż­niej­sze od­kry­cie, ja­kie­go do­ko­na­ły po­dróż­nicz­ki, mia­ło wy­miar nie pu­blicz­ny, lecz oso­bi­sty – od­kry­ły mia­no­wi­cie sie­bie i więź łą­czą­cą czło­wie­ka z na­tu­rą. Dla każ­dej z nich to wła­śnie sta­ło się o wie­le cen­niej­sze niż od­kry­cie żyły zło­ta.

Mary King­sley, prze­by­wa­jąc w wio­sce ple­mie­nia ka­ni­ba­li Fan w za­chod­niej Afry­ce, po­szła pew­nej nocy sama nad brzeg rze­ki Ogo­we. Oto co wte­dy prze­ży­ła:

W ciem­no­ściach wo­kół mnie wi­ro­wa­ły ty­sią­ce ro­bacz­ków świę­to­jań­skich, a z prze­past­nej cze­lu­ści nocy bez prze­rwy wy­pły­wa­ła bia­ła pia­na nur­tu rze­ki. Nie było sły­chać żad­ne­go in­ne­go dźwię­ku oprócz szu­mu wody. Ogrom i pięk­no oto­cze­nia za­cza­ro­wa­ły mnie, sta­łam nie­ru­cho­mo, opar­ta o ska­łę, i pa­trzy­łam. Nie myśl, że w mo­jej du­szy po­wsta­wa­ły za­raz ja­kieś skom­pli­ko­wa­ne po­etyc­kie ob­ra­zy, ja­kie na wi­dok pięk­na na­tu­ry ro­dzą się w du­szach in­nych lu­dzi. To mnie nie do­ty­czy. Ja po pro­stu cał­kiem tra­cę świa­do­mość ludz­kiej od­ręb­no­ści, pa­mięć ludz­kie­go ist­nie­nia z jego cier­pie­niem, kło­po­ta­mi i wąt­pli­wo­ścia­mi. Sta­ję się czę­ścią po­wie­trza, na­tu­ry. Je­śli ist­nie­je ja­kieś nie­bo, to dla mnie wła­śnie to jest nie­bem.

Z ko­lei Da­isy Ba­tes tak opi­sy­wa­ła ży­cie wśród Abo­ry­ge­nów:

To nie sa­mot­ność. Żyje się z drze­wa­mi, ska­ła­mi, wzgó­rza­mi i do­li­na­mi, z zie­le­nią i za­miesz­ku­ją­cy­mi po­śród niej dziw­ny­mi stwo­rze­nia­mi. Moje po­sił­ki oraz me­dy­ta­cje w ci­szy i świe­tle słoń­ca, małe ra­do­ści i drob­ne zda­rze­nia pod­czas sa­mot­nych wę­dró­wek ce­nię bar­dziej niż głos tłu­mu. A z za­wsze otwar­tej księ­gi przy­ro­dy czer­pię wię­cej mą­dro­ści niż ze wszyst­kich bi­blio­tecz­nych zbio­rów, ja­kie zgro­ma­dził czło­wiek.

To było jed­nak coś in­ne­go niż ha­fto­wa­nie za­głów­ków.

Ile jesz­cze kon­klu­zji wy­cią­gnie­my z ży­cia i przy­gód bo­ha­te­rek tej książ­ki? Chy­ba już nie­wie­le. Nie po­win­ni­śmy czy­nić ich przed­mio­tem in­ter­pre­ta­cji ani ge­ne­ra­li­zo­wa­nia. Każ­da bo­wiem była inna, mia­ła wła­sny cha­rak­ter, wła­sne po­glą­dy na ży­cie, wła­sną mo­ty­wa­cję. Każ­da – jako jed­nost­ka ludz­ka – była je­dy­na w swo­im ro­dza­ju. I tak trze­ba na nie pa­trzeć – na każ­dą z osob­na. Nie da się ich spro­wa­dzić do wspól­ne­go mia­now­ni­ka. Może zgo­dzi­ły­by się wszyst­kie ze zda­niem po­dróż­nicz­ki Inez van Dul­le­men, któ­ra w 1983 roku w książ­ce Een zwar­te hand op mijn borst [Czar­na dłoń na mo­jej pier­si] na­pi­sa­ła: „Je­śli chcesz, za­wsze mo­żesz zo­stać Li­ving­sto­ne’em. Jest jesz­cze tyle rze­czy do od­kry­cia, cho­ciaż­by w ludz­kiej dżun­gli”.

2Kró­lo­wa pu­sty­ni

Przy­bę­dzie Eu­ro­pej­ka i zbu­du­je dom na wzgó­rzach Li­ba­nu. Bę­dzie cie­szyć się wła­dzą więk­szą niż suł­tan. Do­łą­czy do niej chło­piec bez ojca i pod jej skrzy­dła­mi po­dą­ży swo­ją dro­gą. Kie­dy skoń­czą się woj­ny i inne nie­szczę­ścia, na­dej­dzie mah­di (w is­la­mie – wy­ba­wi­ciel, me­sjasz). Mah­di przy­bę­dzie na bia­łym ko­niu, któ­ry uro­dził się osio­dła­ny. Ko­bie­ta z da­le­kie­go kra­ju weź­mie udział w jego mi­sji.

Kie­dy gdzieś oko­ło 1820 roku lady He­ster Stan­ho­pe usły­sza­ła tę prze­po­wied­nię z ust swo­je­go słu­żą­ce­go Met­ty, czy­ta­ją­ce­go sta­ry arab­ski rę­ko­pis, nie mia­ła wąt­pli­wo­ści, że to ona jest tą ko­bie­tą „cie­szą­cą się wła­dzą więk­szą niż suł­tan”, bo już daw­no temu, jesz­cze w An­glii, prze­po­wie­dzie­li jej to sław­ni wów­czas ja­sno­wi­dze bra­cia Eddy: „Po­je­dzie pani do Je­ro­zo­li­my, aby spro­wa­dzić do domu na­ród wy­bra­ny. Pod­czas pani po­by­tu w Zie­mi Świę­tej zaj­dą na świe­cie ol­brzy­mie zmia­ny. Przez sie­dem lat bę­dzie pani prze­by­wa­ła na pu­sty­ni”.

Parę lat póź­niej lady He­ster Stan­ho­pe od­wie­dzi­ła na wpół sza­lo­ne­go Fran­cu­za, pu­stel­ni­ka miesz­ka­ją­ce­go na gó­rze Kar­mel, któ­ry po­da­wał się za ge­ne­ra­ła ar­mii in­dyj­skie­go wład­cy i ja­sno­wi­dza. „Pani na­dej­ście zo­sta­ło za­pi­sa­ne w świę­tych księ­gach. Jest pani je­dy­ną praw­dzi­wą kró­lo­wą” – mó­wił.

Trzy prze­po­wied­nie wy­po­wie­dzia­ne przez trzech „pro­ro­ków”, któ­rzy na­wza­jem się nie zna­li, utwier­dzi­ły lady He­ster w prze­ko­na­niu, że zo­sta­nie kró­lo­wą Zie­mi Świę­tej! Za­rów­no w ko­re­spon­den­cji, jak i roz­mo­wach z od­wie­dza­ją­cy­mi ją przy­ja­ciół­mi wie­lo­krot­nie da­wa­ła do zro­zu­mie­nia, że jest wy­bran­ką losu i że jako po­tęż­na wład­czy­ni bę­dzie rzą­dzi­ła ple­mio­na­mi na pu­sty­ni. Zmar­ła w sa­mot­no­ści i bie­dzie, w opusz­czo­nym, roz­pa­da­ją­cym się domu nie­da­le­ko obec­nej gra­ni­cy mię­dzy Li­ba­nem i Izra­elem.

He­ster Stan­ho­pe roz­po­czę­ła po­dró­żo­wa­nie po Azji Mniej­szej w 1812 roku. Już wte­dy była oso­bą zna­ną w an­giel­skiej so­cje­cie, przede wszyst­kim z tego, że peł­ni­ła obo­wiąz­ki pani domu na zam­ku swo­je­go wuja, sir Wil­lia­ma Pit­ta, naj­bar­dziej wpły­wo­we­go czło­wie­ka w ów­cze­snej An­glii. Jego rolę w woj­nie An­glii z Fran­cją za cza­sów Na­po­le­ona moż­na po­rów­nać z rolą Win­sto­na Chur­chil­la w cza­sie dru­giej woj­ny świa­to­wej. Pitt zmarł w 1806 roku. Był tak przy­wią­za­ny do He­ster, że po­sta­rał się o przy­zna­nie jej po­kaź­nej pen­sji z kasy pań­stwo­wej. Mia­ła wów­czas trzy­dzie­ści lat.

Po śmier­ci wuja He­ster zo­sta­ła sama. Nie mia­ła spe­cjal­ne­go celu w ży­ciu. Mat­ka zmar­ła, sto­sun­ki z oj­cem ukła­da­ły się źle, więc nie chcia­ła z nim miesz­kać. Do­pie­ro kie­dy za­ko­cha­ła się w ge­ne­ra­le sir Joh­nie Mo­orze, ży­cie na­bra­ło ko­lo­rów. Jed­nak Mo­ore zgi­nął w bi­twie pod Sa­la­man­ką w 1809 roku, kie­dy An­gli­cy po­spie­szy­li na po­moc Hisz­pa­nom w woj­nie z Fran­cją. W tej sa­mej bi­twie zgi­nął rów­nież brat He­ster.

Te­raz cały jej świat legł w gru­zach, co za­chę­ci­ło ją do zmian w ży­ciu. Czu­ła się opusz­czo­na, sa­mot­na, chcia­ła wy­je­chać z An­glii na ja­kiś czas. W lu­tym 1810 roku wy­ru­szy­ła na fre­ga­cie „Ja­son” na Mo­rze Śród­ziem­ne. Zgod­nie z ów­cze­snym zwy­cza­jem za­bra­ła ze sobą po­ko­jów­kę i słu­żą­ce­go, a po­nie­waż nie­do­ma­ga­ła na zdro­wiu – tak­że mło­de­go le­ka­rza, Char­le­sa Me­ry­ona, któ­ry peł­nił jed­no­cze­śnie funk­cję jej se­kre­ta­rza.

W Gi­bral­ta­rze He­ster spo­tka­ła Mi­cha­ela Bru­ce’a, młod­sze­go od niej o czter­na­ście lat. Po­cho­dził z do­brej ro­dzi­ny, wła­śnie ukoń­czył stu­dia w Cam­brid­ge i od­by­wał, jak to wte­dy w An­glii prak­ty­ko­wa­no, grand tour, czy­li dłu­gą po­dróż po kra­jach le­żą­cych nad Mo­rzem Śród­ziem­nym. Taką po­dróż uwa­ża­no w wyż­szych sfe­rach za nie­zbęd­ną część wy­cho­wa­nia mło­de­go czło­wie­ka.

Mimo róż­ni­cy wie­ku He­ster i Bru­ce od razu przy­pa­dli so­bie do gu­stu. Bru­ce z ocho­tą do­łą­czył do jej to­wa­rzy­stwa na czas dal­szej po­dró­ży. Po­je­cha­li na Mal­tę. Lady He­ster była tam przez ja­kiś czas go­ściem gu­ber­na­to­ra, ge­ne­ra­ła Oake­sa, z któ­rym za­przy­jaź­ni­ła się na całe ży­cie. Bru­ce po­zo­stał w jej oto­cze­niu i we trój­kę od­by­wa­li wy­ciecz­ki po wy­spie. Ta­kie za­cho­wa­nie nie mie­ści­ło się w ów­cze­snych kon­we­nan­sach. Nie­za­męż­na ko­bie­ta nie po­win­na była wy­ru­szać na wy­pra­wę w to­wa­rzy­stwie dwóch męż­czyzn, bez przy­zwo­it­ki, a już na pew­no nie mo­gła no­co­wać z nimi – a tak wła­śnie zro­bi­ła He­ster – w opusz­czo­nym zam­ku St. An­to­nio. Me­ry­on na­pi­sał w li­ście:

Pan Bru­ce jest u nas w St. An­to­nio. Jego wiek, oso­bo­wość i ogól­nie zna­ny czar wy­star­czą, żeby po­wsta­ły skan­da­licz­ne plot­ki na te­mat ko­bie­ty, któ­ra bę­dąc nie­za­męż­na, w kwie­cie wie­ku, po­dą­ża z nim do ustron­ne­go miej­sca na wsi. Lady He­ster uda­je się wszak­że ro­bić róż­ne rze­czy tak, iż nie moż­na się na nią gnie­wać.

Jak po­ka­zu­je list in­ne­go dżen­tel­me­na, któ­ry spo­tkał He­ster na Mal­cie, to ostat­nie zda­nie nie było zgod­ne z praw­dą:

Spo­tka­łem lady He­ster Stan­ho­pe i Bru­ce’a. Mę­ska ko­bie­ta. Mówi, że woli mieć do czy­nie­nia z koń­mi po­cią­go­wy­mi niż z nie­wia­sta­mi. Na­stęp­ne­go dnia zno­wu ją spo­tka­łem przy obie­dzie. Wy­da­je się nie­przy­jem­ną, de­spo­tycz­ną oso­bą.

Bru­ce my­ślał o niej wi­docz­nie in­a­czej, bo ku roz­pa­czy bied­ne­go dok­to­ra jego re­la­cje z He­ster sta­wa­ły się co­raz bliż­sze. 8 czerw­ca 1810 roku dok­tor pi­sał:

Nie lu­bię tego Bru­ce’a, pró­bu­je mnie wy­klu­czyć z to­wa­rzy­stwa [...] i po­wstrzy­mać lady He­ster od oka­zy­wa­nia mi zwy­kłej uprzej­mo­ści. Tak do­brze mu się to uda­je, że już dwa razy po­szedł z nią na obiad beze mnie.

Za­zdrość Me­ry­ona bę­dzie ro­sła.

Rok póź­niej lady He­ster z ca­łym to­wa­rzy­stwem zna­la­zła się w Tur­cji. Bru­ce cią­gle im to­wa­rzy­szył. Nie dało się ukryć przed Me­ry­onem, że przy­jaźń z Bru­ce’em prze­ro­dzi­ła się w mi­łość. He­ster wca­le nie za­mie­rza­ła tego ukry­wać. Po­in­for­mo­wa­ła swo­je­go sta­re­go przy­ja­cie­la Oake­sa i bra­ta Phi­li­pa, że Bru­ce wy­znał jej mi­łość i po­pro­sił o rękę. Pi­sa­ła, że go ko­cha, ale ze wzglę­du na dużą róż­ni­cę wie­ku od­rzu­ci­ła pro­po­zy­cję. Mimo to mają za­miar być ra­zem.

3. Tuż po przy­by­ciu do Le­wan­tu He­ster Stan­ho­pe wkła­da­ła mę­skie sza­ty i jeź­dzi­ła kon­no, sie­dząc okra­kiem. Ta­kie za­cho­wa­nie wy­wo­ła­ło skan­dal w An­glii (ko­lek­cja Man­sel­la).

Wy­buchł naj­więk­szy skan­dal, jaki moż­na so­bie wy­obra­zić. Wy­so­ko uro­dzo­na ko­bie­ta otwar­cie przy­zna­ją­ca, że za­mie­rza żyć w kon­ku­bi­na­cie z ko­chan­kiem młod­szym o czter­na­ście lat! Ge­ne­rał Oakes, czło­wiek świa­to­wy, za­re­ago­wał po oj­cow­sku za­nie­po­ko­jo­ny: „Mogę po­wie­dzieć tyl­ko tyle, że bar­dzo mi przy­kro [...], po­nie­waż zna­jąc prze­są­dy w na­szym świe­cie, oba­wiam się, że pani i Bru­ce bę­dzie­cie na­ra­że­ni na wie­le nie­przy­jem­no­ści i trud­no­ści”. Za­pew­nił ją jed­nak, że za­mie­rza za­wsze słu­żyć po­mo­cą za­ko­cha­nym.

Brat He­ster był wście­kły. Na­pi­sał do niej ostry list. He­ster od­pi­sa­ła Oake­so­wi, że nie chce wi­dzieć Phi­li­pa na oczy, je­śli nie zmie­ni o niej zda­nia. Po­su­nę­ła się do tego, że otwar­cie po­in­for­mo­wa­ła ojca Bru­ce’a o sto­sun­kach łą­czą­cych ją z jego sy­nem. Oświad­czy­ła, że nie bę­dzie go za­trzy­my­wa­ła, je­śli ze­chce odejść do młod­szej ko­bie­ty. O skan­da­lu było gło­śno w ca­łej An­glii.

W paź­dzier­ni­ku 1811 roku całe to­wa­rzy­stwo wy­ru­szy­ło ze Stam­bu­łu do Egip­tu na wy­na­ję­tym grec­kim ża­glow­cu. U wy­brze­ży wy­spy Ro­dos sta­tek tra­fił na sztorm, ude­rzył o ska­ły i za­to­nął. Roz­bit­ko­wie do­tar­li do wy­brze­ża ło­dzią ra­tun­ko­wą. Stra­ci­li cały do­by­tek. Przez trzy­dzie­ści go­dzin chro­ni­li się w gro­cie, bez je­dze­nia i pi­cia, a po­tem przez trzy dni szli pie­szo do naj­bliż­szej wio­ski. Tam He­ster szyb­ko za­po­mnia­ła o nie­daw­nych prze­ży­ciach. Pi­sa­ła do Oake­sa, że prze­bra­na w mę­ski strój tu­rec­ki tań­czy­ła z za­pa­łem tań­ce lu­do­we wraz z miesz­kań­ca­mi wsi. Oakes po­sta­rał się, żeby an­giel­ska fre­ga­ta za­bra­ła roz­bit­ków z Ro­dos i za­wio­zła do Alek­san­drii. Lon­dyń­ski ban­kier lady He­ster przy­słał jej pie­nią­dze na po­kry­cie wszyst­kich strat ma­te­rial­nych.

Po zwie­dze­niu Egip­tu to­wa­rzy­stwo po­pły­nę­ło arab­skim stat­kiem do Jaf­fy. Praw­do­po­dob­nie He­ster pa­mię­ta­ła prze­po­wied­nię bra­ci Eddy, bo za­raz po przy­by­ciu do Zie­mi Świę­tej na­bra­ła kró­lew­skich ma­nier. Za­ku­pi­ła wspa­nia­łe­go ogie­ra ara­ba, za­mó­wi­ła czer­wo­ne ak­sa­mit­ne sio­dło ha­fto­wa­ne zło­tem oraz uprząż. Odzia­ła się w sza­ty suł­ta­na ma­me­lu­ków: sa­ty­no­wą ko­szu­lę, czer­wo­ny ka­ftan ha­fto­wa­ny zło­tem, sa­ty­no­we sza­ra­wa­ry rów­nież ha­fto­wa­ne zło­tem i sze­ro­ki płaszcz, bur­nus z kap­tu­rem, z któ­re­go zwi­sa­ły zło­te frędz­le. Wy­na­ję­ła wiel­błą­dy i za­trud­ni­ła wie­lu słu­żą­cych, ku­pi­ła na­wet nie­wol­ni­ków. Na­stęp­nie wy­ru­szy­ła przez pu­sty­nię, wy­wo­łu­jąc zdu­mie­nie ubo­gich Be­du­inów, któ­rzy w swo­im twar­dym i skrom­nym ży­ciu jesz­cze nig­dy nie wi­dzie­li oso­by ubra­nej z ta­kim prze­py­chem. Nic dziw­ne­go, że bra­li ją za isto­tę nie­ziem­ską, za wład­czy­nię, któ­ra ze­szła z nie­bios na zie­mię. He­ster na­pi­sa­ła póź­niej, że uwa­ża­no ją nie za ko­bie­tę, lecz za „stwo­rze­nie z in­ne­go świa­ta”. Na wie­le lat sta­ła się przez to „nie­do­ty­kal­na”, co zręcz­nie wy­ko­rzy­sty­wa­ła, od­gry­wa­jąc coś w ro­dza­ju ko­me­dii, w któ­rej treść sama pra­wie uwie­rzy­ła, po­dob­nie jak zdu­mio­ne ple­mio­na pu­styn­ne. Wkrót­ce po ca­łym Le­wan­cie ro­ze­szła się wieść, że przy­by­ła cór­ka suł­ta­na An­glii. Ża­den Be­du­in nie miał po­ję­cia, gdzie leży An­glia, wszy­scy na­to­miast wie­dzie­li, że to po­tęż­ne pań­stwo, od­kąd w 1801 roku An­glia wraz z Tur­cją wy­pę­dzi­ły z Egip­tu Fran­cję.

31 sierp­nia 1812 roku He­ster w wiel­kim sty­lu wkro­czy­ła do Da­masz­ku – bez cza­do­ru, cho­ciaż ostrze­ga­no ją, że może przy­spo­rzyć so­bie tym kło­po­tów. Nic ta­kie­go nie na­stą­pi­ło. Na jej wi­dok lu­dzie wi­wa­to­wa­li: „Me­le­ki! Kró­lo­wa!”. Pa­sza przy­jął ją z sza­cun­kiem i prze­zna­czył dla niej dom w dziel­ni­cy chrze­ści­jań­skiej. Dom nie spodo­bał się He­ster. Za­miesz­ka­ła w in­nym, obok mi­na­re­tu du­że­go me­cze­tu. W tam­tych cza­sach chrze­ści­ja­nie nie mo­gli bez ze­zwo­le­nia wcho­dzić do dziel­ni­cy mu­zuł­mań­skiej, He­ster Stan­ho­pe naj­wi­docz­niej nie uwa­ża­no za chrze­ści­jan­kę:

Kła­nia­ją mi się na­wet naj­bar­dziej fa­na­tycz­ni mu­zuł­ma­nie, po­nie­waż my­ślą, że je­stem bo­gi­nią. Do­sta­łam ka­wa­łek ska­ły z gro­bu Ma­ho­me­ta, a w bi­blio­te­ce wiel­kie­go me­cze­tu mo­głam prze­glą­dać wszyst­kie świę­te księ­gi, na co nie po­wa­żył­by się ża­den chrze­ści­ja­nin.

Pa­sza za­pro­sił ją na wiel­kie świę­to. Pi­sa­ła:

Wzdłuż scho­dów i ścian kom­nat usta­wio­no dwa ty­sią­ce słu­żą­cych i żoł­nie­rzy. Wszyst­kie uli­ce były oświe­tlo­ne. Pa­sza po­da­ro­wał mi dwa pięk­ne ko­nie arab­skie, nie­ste­ty oba zde­chły na no­sa­ci­znę.

Pod­czas po­by­tu w Da­masz­ku He­ster szu­ka­ła spo­so­bu na kon­ty­nu­owa­nie po­dró­ży do ruin Pal­my­ry. W III wie­ku na­szej ery Pal­my­ra była sto­li­cą po­tęż­ne­go pań­stwa kró­lo­wej Ze­no­bii, któ­re obej­mo­wa­ło pra­wie całą Azję Mniej­szą. Me­ry­ono­wi wy­da­wa­ło się, że wie, dla­cze­go He­ster ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­ła zor­ga­ni­zo­wać tę wy­pra­wę: „Ko­lum­na­da i świą­ty­nie tego mia­sta za­wdzię­cza­ją swo­ją wiel­kość oso­bie płci żeń­skiej [...]. Lady He­ster szu­ka śla­dów świet­no­ści Ze­no­bii, a nie mia­sta Pal­my­ry”.

Bru­ce zaś pi­sał:

Je­śli lady He­ster uda się zre­ali­zo­wać ten plan, bę­dzie pierw­szą Eu­ro­pej­ką, któ­ra do­trze do tego sław­ne­go nie­gdyś mia­sta. Kto wie, może oka­że się dru­gą Ze­no­bią, a jej prze­zna­cze­niem bę­dzie przy­wró­ce­nie Pal­my­rze daw­nej świet­no­ści.

Do Pal­my­ry pchnę­ło He­ster „pro­roc­two” bra­ci Eddy. Pa­sza Da­masz­ku za­pro­po­no­wał jej zbroj­ną eskor­tę, ale od­mó­wi­ła, kie­dy ochro­nę za­pew­nił jej emir Ma­han­nah El Fa­del, wódz ple­mie­nia be­du­inów Ain­zi, pa­nu­ją­cy na te­re­nach wo­kół Pal­my­ry. Emir roz­bił swój obóz w po­bli­żu mia­sta Hama. To­wa­rzy­stwo lady He­ster prze­by­wa­ło tam dzie­sięć dni, po czym 20 mar­ca 1813 roku ka­ra­wa­na ru­szy­ła przez pu­sty­nię.

Marsz trwał dłu­go, ka­ra­wa­na li­czy­ła czter­dzie­ści wiel­błą­dów, dwu­dzie­stu be­du­inów na ko­niach i kil­ku­dzie­się­ciu słu­żą­cych i nie­wol­ni­ków. Co­dzien­nie roz­sta­wia­no na­mio­ty, tak jak w obo­zie be­du­inów. Do­pie­ro po ośmiu dniach na ho­ry­zon­cie uka­za­ła się Pal­my­ra. W oa­zie wo­kół sta­ro­żyt­nych ruin miesz­ka­ło oko­ło pół­to­ra ty­sią­ca Ara­bów. Me­ry­on tak opi­sał try­um­fal­ne wkro­cze­nie He­ster do ruin mia­sta:

Na co­ko­łach ko­lum­na­dy pro­wa­dzą­cej do łuku try­um­fal­ne­go sie­dzia­ły ni­czym żywe rzeź­by pięk­nie po­prze­bie­ra­ne dziew­czę­ta z gir­lan­da­mi kwia­tów we wło­sach. Inne ko­bie­ty sta­ły w trzy­oso­bo­wych grup­kach po obu stro­nach łuku try­um­fal­ne­go. Sta­ły nie­ru­cho­mo, do cza­su, aż lady He­ster do nich się zbli­ży­ła, wte­dy ze­ska­ki­wa­ły na zie­mię, za­czy­na­ły śpie­wać i tań­czyć w po­su­wa­ją­cym się za nią ko­ro­wo­dzie. Kie­dy do­szła do łuku try­um­fal­ne­go, męż­czyź­ni i ko­bie­ty utwo­rzy­li wo­kół niej krąg. Wszy­scy zgro­ma­dze­ni za­czę­li śpie­wać [...]. Nig­dy nie wi­dzia­łem cze­goś rów­nie wzru­sza­ją­ce­go. Wzdłuż dro­gi pro­wa­dzą­cej od łuku do świą­ty­ni słoń­ca lu­dzie sta­li w dwóch rzę­dach, wi­wa­tu­jąc na na­szą cześć.

He­ster pi­sa­ła też o „tru­ba­du­rach i mu­zy­kan­tach”, i o wień­cu, któ­ry pod łu­kiem try­um­fal­nym na­ło­żo­no jej na gło­wę. To wy­da­rze­nie skło­ni­ło ją do zwie­rzeń w li­ście do przy­ja­cie­la:

Nie uwie­rzysz, ale zo­sta­łam uko­ro­no­wa­na na kró­lo­wą pu­sty­ni pod łu­kiem try­um­fal­nym w Pal­my­rze [...]. Je­śli ze­chcę, mogę na­wet po­je­chać do Mek­ki. Nie oba­wiam się ni­cze­go. Na­zy­wa­ją mnie tu słoń­cem, gwiaz­dą, per­łą, lwem, świa­tłem nie­bios, kró­lo­wą. Osza­la­łam na punk­cie tych lu­dzi. Za­dzi­wi­łam całą Sy­rię moją od­wa­gą i suk­ce­sa­mi w po­dró­żach.

Z tej baj­ki, po­dob­nie jak z opo­wie­ści w Księ­dze ty­sią­ca i jed­nej nocy, mu­sia­ła szyb­ko wró­cić do twar­dej rze­czy­wi­sto­ści: dwa naj­więk­sze ple­mio­na Pu­sty­ni Sy­ryj­skiej wy­po­wie­dzia­ły so­bie woj­nę. Na­le­ża­ło po­spiesz­nie odejść. Wy­bu­chła epi­de­mia dżu­my. Z An­glii do­cho­dzi­ły słu­chy o na­si­la­ją­cych się plot­kach na jej te­mat: mało że żyła w kon­ku­bi­na­cie, to jesz­cze jeź­dzi­ła kon­no po pu­sty­ni, odzia­na po mę­sku! Damy w lon­dyń­skich sa­lo­nach od­wa­ża­ły się mó­wić o niej tyl­ko szep­tem, cho­wa­jąc twarz za wa­chla­rzem. W do­dat­ku jej uczu­cie do Bru­ce’a wy­raź­nie osła­bło. Mia­ła do­syć tego mło­de­go czło­wie­ka (póź­niej na­pi­sze o nim „próż­niak”), znu­dzi­ły ją cią­głe kłót­nie mię­dzy nim i Me­ry­onem. Kie­dy do­wie­dzia­ła się, że oj­ciec Bru­ce’a za­padł na zdro­wiu, wy­sła­ła ko­chan­ka do domu. Bru­ce chy­ba nie cier­piał zbyt­nio z tego po­wo­du. Dama z an­giel­skiej so­cje­ty, lady Char­lot­te Bury, pi­sa­ła:

Je­śli moż­na do ko­goś od­nieść po­wie­dzie­nie „dużo ha­ła­su o nic”, to z pew­no­ścią do Bru­ce’a [...]. Po po­wro­cie do Lon­dy­nu [...] zło­żył on wi­zy­ty wie­lu star­szym da­mom do wzię­cia i za­koń­czył ka­rie­rę to­wa­rzy­ską, że­niąc się z wdo­wą z kil­kor­giem dzie­ci. Gdy­by nie oka­zał się tak próż­ny, był­by cał­kiem nie­win­ną i de­ko­ra­cyj­ną ozdo­bą to­wa­rzy­stwa, ale jest zbyt czu­ły na po­chleb­stwa.

Lady He­ster pi­sa­ła do Oake­sa: „Te­raz, kie­dy jest już po wszyst­kim, nie trze­ba o tym mó­wić. Ci, któ­rzy mnie zna­ją, wie­dzą, że le­piej zno­szę wy­rze­cze­nia wiel­kie niż małe”.

Po­mi­mo epi­de­mii dżu­my zde­cy­do­wa­ła się po­zo­stać w Le­wan­cie. Zda­wa­ła so­bie do­sko­na­le spra­wę, że nie uda jej się na­pra­wić re­pu­ta­cji w An­glii, więc nie ma tam po co wra­cać. O tym, że do­brze wy­czu­ła sy­tu­ację, świad­czy jej bio­gra­fia na­pi­sa­na w 1914 (!) roku przez jej ku­zyn­kę, księż­nę Cle­ve­land. O ro­man­sie z Bru­ce’em nie wspo­mi­na ani sło­wem. Naj­wi­docz­niej sie­dem­dzie­siąt pięć lat po śmier­ci He­ster ro­dzi­na nadal uwa­ża­ła pew­ne fak­ty w jej ży­cio­ry­sie za zbyt skan­da­licz­ne, żeby o nich mó­wić.

W lu­tym 1814 roku He­ster Stan­ho­pe za­miesz­ka­ła w opusz­czo­nym klasz­to­rze Mar Elias w gó­rach Li­ba­nu. W 1815 roku od­by­ła cu­dow­ną wy­pra­wę do Asz­ke­lo­nu, mia­sta nad Mo­rzem Śród­ziem­nym, na pół­noc od Gazy. Me­ry­on pi­sał, że suł­tan tu­rec­ki pa­nu­ją­cy na Bli­skim Wscho­dzie po­pro­sił ją o zor­ga­ni­zo­wa­nie wy­ko­pa­lisk w Asz­ke­lo­nie, po­nie­waż z do­ku­men­tów, ja­kie po­sia­dał, wy­ni­ka­ło, że jest tam za­ko­pa­ny wiel­ki skarb. Lady He­ster do­tar­ła na miej­sce z eskor­tą dwu­stu żoł­nie­rzy. Do ko­pa­nia za­trud­nio­no dwu­stu chło­pów. Przez dwa ty­go­dnie z za­pa­łem ko­pa­no pod jej kie­run­kiem, ale nic szcze­gól­ne­go nie zna­le­zio­no, oprócz paru an­tycz­nych rzeźb i sko­rup.

Kres wę­dró­wek He­ster Stan­ho­pe na­stał wte­dy, kie­dy do­sta­ła do swo­jej dys­po­zy­cji ol­brzy­mi, po­nad­trzy­dzie­sto­po­ko­jo­wy dom z wie­lo­ma dzie­dziń­ca­mi. Dom stał w wio­sce Dżun na po­łu­dniu Li­ba­nu. By­wa­ły okre­sy, że za­trud­nia­ła trzy­dzie­stu, czter­dzie­stu słu­żą­cych, jed­nak na dłuż­szą metę nie była w sta­nie pro­wa­dzić tak kró­lew­skie­go try­bu ży­cia. Z na­tu­ry roz­rzut­na, wy­da­wa­ła dużo pie­nię­dzy nie tyl­ko na sie­bie, ale tak­że na po­moc lu­dziom. Kie­dy wi­ce­król Egip­tu zor­ga­ni­zo­wał bunt prze­ciw­ko suł­ta­no­wi Tur­cji i ru­szył z wiel­ki­mi si­ła­mi przez Pa­le­sty­nę i Sy­rię, set­ki ucie­ki­nie­rów zna­la­zły schro­nie­nie w jej domu i ca­ły­mi mie­sią­ca­mi żyły na jej koszt. U miej­sco­wej lud­no­ści zy­ska­ła re­pu­ta­cję świę­tej, pro­ro­ki­ni o nad­przy­ro­dzo­nych zdol­no­ściach.

Cza­sa­mi od­wie­dza­li ją przy­by­sze z Eu­ro­py, na przy­kład fran­cu­ski po­eta La­mar­ti­ne, któ­ry w książ­ce Voy­age en Orient [Po­dróż po Orien­cie] szcze­gó­ło­wo opi­sał po­byt u He­ster i jej go­ścin­ność. Zo­stał przy­wi­ta­ny przez słu­żą­ce­go i za­pro­wa­dzo­ny do po­ko­ju. Po­tem przy­nie­sio­no mu obiad. He­ster po­wi­ta­ła go do­pie­ro wie­czo­rem. Odzia­na w tu­rec­kie sza­ty le­ża­ła w pół­mro­ku na so­fie i pa­li­ła faj­kę wod­ną. Roz­ma­wia­li do świ­tu. Go­spo­dy­ni po­ru­szy­ła te­mat astro­lo­gii, chcia­ła po­ecie wy­wró­żyć przy­szłość, ana­li­zo­wa­ła jego cha­rak­ter na pod­sta­wie wy­ra­zu twa­rzy i bu­do­wy cia­ła, mó­wi­ła o na­dej­ściu me­sja­sza. Na­stęp­ne­go dnia za­pro­wa­dzi­ła go do staj­ni i po­ka­za­ła ko­nia, któ­ry miał ja­kąś ano­ma­lię w bu­do­wie krę­go­słu­pa, przez co wy­glą­dał, jak­by był „z na­tu­ry” osio­dła­ny. To był koń z prze­po­wied­ni Met­ty!

Inni go­ście opo­wia­da­li, że zaj­mo­wa­ła się czar­ną ma­gią, jesz­cze inni, że zwa­rio­wa­ła. W 1836 roku po­wie­dzia­ła do Me­ry­ona: „Uzna­ją mnie tu­taj za naj­waż­niej­szą po­stać świa­to­wej po­li­ty­ki i za pro­ro­ki­nię”. Twier­dzi­ła, że wi­dzi twa­rze w krysz­ta­ło­wej kuli, że gdzieś w gó­rach miesz­ka smok, któ­ry pil­nu­je prze­zna­czo­ne­go dla niej skar­bu.

W 1838 roku Ho­mes, Sy­ryj­czyk, któ­re­mu była win­na ol­brzy­mie sumy pie­nię­dzy, zwró­cił się do władz bry­tyj­skich o za­ję­cie jej pen­sji rzą­do­wej. Lady He­ster za­pro­te­sto­wa­ła ostrym, iro­nicz­nym li­stem, po­zba­wio­nym na­leż­ne­go sza­cun­ku dla wła­dzy, a w do­dat­ku skie­ro­wa­nym bez­po­śred­nio do kró­lo­wej Wik­to­rii. Na po­le­ce­nie He­ster list wy­dru­ko­wał po­tem „The Ti­mes”. An­glię ogar­nę­ła fala obu­rze­nia. He­ster od­po­wie­dzia­ła ko­lej­nym li­stem. Pi­sa­ła:

Moje prze­stęp­stwo po­le­ga na tym, że chcę być nie­za­leż­na [...]. To dziw­ne, że oskar­ża się bez­li­to­śnie jed­ną bied­ną ko­bie­tę, pod­czas gdy tyle in­nych świa­to­wych ko­biet bez­kar­nie trwo­ni pie­nią­dze na mod­ne stro­je i inne bła­host­ki, po­pa­da­jąc w spo­re dłu­gi.

He­ster Stan­ho­pe przez wie­le lat cho­ro­wa­ła na płu­ca. Zmar­ła 23 czerw­ca 1839 roku w swo­im domu w Dżun. Mia­ła pięć­dzie­siąt dzie­więć lat. Kon­sul bry­tyj­ski, któ­ry przy­był, żeby zor­ga­ni­zo­wać po­grzeb, za­stał dom ogra­bio­ny ze wszyst­kich cen­niej­szych rze­czy. Me­ry­ona i służ­bę zwol­ni­ła chy­ba dużo wcze­śniej, gdyż zo­sta­ła przy niej tyl­ko jed­na słu­żą­ca – czar­na nie­wol­ni­ca, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła umie­ra­ją­cej.

Cały tra­gizm jej ży­cia ujaw­ni­ły do­pie­ro opu­bli­ko­wa­ne pa­mięt­ni­ki Me­ry­ona. Nikt nie znał jej le­piej niż on. W jego książ­ce He­ster jawi się nie jako oso­ba z za­bu­rze­nia­mi psy­chicz­ny­mi, cho­ciaż jej wy­po­wie­dzi i za­cho­wa­nie mo­gły­by na to wska­zy­wać, lecz jako dum­na, wład­cza i eks­cen­trycz­na ko­bie­ta. A po­nad­to nie­zła ko­me­diant­ka, któ­ra gra­ła po­stać kró­lo­wej, pro­ro­ki­ni, stop­nio­wo co­raz bar­dziej z nią się utoż­sa­mia­jąc. Po skan­da­lu z Bru­ce’em jej po­zy­cja w An­glii zo­sta­ła nad­we­rę­żo­na, żeby więc spro­wo­ko­wać śro­do­wi­sko i za­im­po­no­wać świa­tu, od­gry­wa­ła ko­me­dię. Uda­ło jej się to tyl­ko czę­ścio­wo. Prze­sąd­ni Ara­bo­wie z jej oto­cze­nia rze­czy­wi­ście uwie­rzy­li w jej nad­przy­ro­dzo­ne zdol­no­ści. La­mar­ti­ne i inni od­wie­dza­ją­cy ją go­ście po­zo­sta­wa­li pod wra­że­niem wi­ze­run­ku, jaki wy­kre­owa­ła, i in­for­mo­wa­li o tym Eu­ro­pę. A jej o taki wła­śnie prze­kaz cho­dzi­ło: He­ster Stan­ho­pe to nie la­dacz­ni­ca, lecz wład­czy­ni da­rzo­na sza­cun­kiem, pro­ro­ki­ni ży­ją­ca w pa­ła­cu w Li­ba­nie, oto­czo­na licz­ną służ­bą i nie­wol­ni­ka­mi. To, że w od­osob­nie­niu co­raz bar­dziej wie­rzy­ła w od­gry­wa­ną rolę, że nie od­róż­nia­ła fik­cji od rze­czy­wi­sto­ści, nie ozna­cza, że była wa­riat­ką. Gdy­by ktoś za­brał ją z po­wro­tem do An­glii, znów za­cho­wy­wa­ła­by się jak praw­dzi­wa dama, być może nie­co eks­cen­trycz­na, ale w An­glii ory­gi­nal­ność ce­nio­no, a na­wet po­dzi­wia­no.

Po śmier­ci He­ster, kie­dy nie ist­niał już po­wód do mo­ral­ne­go po­tę­pie­nia, za­po­mnia­no o jej tra­gicz­nym lo­sie, co­raz bar­dziej zaś po­dzi­wia­no ów eks­cen­tryzm. Bez wąt­pie­nia He­ster Stan­ho­pe sta­ła się le­gen­dą, in­spi­ra­cją dla po­dróż­ni­czek, bo­ha­te­rek tej książ­ki, któ­re póź­niej prze­mie­rza­ły Le­want.

3Flo­ren­ce Ba­ker. Bo­ha­ter­ka Nilu

Pew­ne­go zim­ne­go lu­to­we­go dnia 1859 roku Flo­ren­ce zo­sta­ła wy­sta­wio­na na sprze­daż na tar­gu nie­wol­ni­ków w Wi­di­nie, mia­stecz­ku-twier­dzy nad Du­na­jem, w Buł­ga­rii na­le­żą­cej wte­dy do im­pe­rium osmań­skie­go. Mia­ła sie­dem­na­ście lat, była szczu­pła i pięk­na. Zło­te wło­sy błysz­cza­ły w zi­mo­wym słoń­cu, ja­sne, nie­bie­skie oczy pa­trzy­ły gdzieś w dal. Au­kcja się roz­po­czę­ła. Parę mi­nut póź­niej Flo­ren­ce zo­sta­ła sprze­da­na – ale nie ja­kie­muś tu­rec­kie­mu pa­szy, tyl­ko ba­jecz­nie bo­ga­te­mu trzy­dzie­sto­ośmio­let­nie­mu an­giel­skie­mu wdow­co­wi o krzep­kiej bu­do­wie.

Ab­so­lut­ny przy­pa­dek spra­wił, że aku­rat tego dnia Sa­mu­el Ba­ker prze­by­wał w Wi­di­nie wraz ze swo­im to­wa­rzy­szem po­dró­ży, in­dyj­skim ma­ha­ra­dżą Du­le­epem Sin­ghiem. Ma­ha­ra­dża wy­na­jął w Szko­cji za­mek nie­da­le­ko po­sia­dło­ści Ba­ke­ra i dzię­ki temu się po­zna­li. Oka­za­ło się, że obaj ko­cha­ją po­lo­wa­nia na gru­be­go zwie­rza. Ba­ker miesz­kał daw­niej na Cej­lo­nie, gdzie, po­dob­nie jak jego hin­du­ski przy­ja­ciel, po­lo­wał czę­sto na ty­gry­sy i sło­nie. W Szko­cji nie było wie­le zwie­rzy­ny łow­nej, więc po­sta­no­wi­li po­je­chać na Bał­ka­ny, żeby za­po­lo­wać na dzi­ki i wil­ki w Ser­bii oraz na niedź­wie­dzie w Sied­mio­gro­dzie. Przy­je­cha­li po­cią­giem do Bu­da­pesz­tu w to­wa­rzy­stwie trzech słu­żą­cych, stam­tąd zaś po­pły­nę­li Du­na­jem wy­na­ję­tym, nie­zbyt so­lid­nie zbu­do­wa­nym, stat­kiem. W po­bli­żu Wi­di­nu sta­tek zo­stał uszko­dzo­ny przez krę, więc mu­sie­li prze­rwać po­dróż na kil­ka dni. Stąd ich obec­ność na tar­gu nie­wol­ni­ków.

4. Flo­ren­ce Ba­ker w wie­ku dwu­dzie­stu czte­rech lat. Zdję­cie wy­ko­na­ne tuż przed jej ślu­bem w Pa­ry­żu.

Po woj­nach krym­skich nie­wol­nic­two było w Tur­cji ofi­cjal­nie za­bro­nio­ne, ale nikt się tym spe­cjal­nie nie przej­mo­wał. Od Kau­ka­zu po Mo­rze Śród­ziem­ne, od Ad­ria­ty­ku po Za­to­kę Per­ską bo­ga­ci Tur­cy i Ara­bo­wie trzy­ma­li nie­wol­ni­ków. Nie­wol­ni­ce tra­fia­ły naj­czę­ściej do ha­re­mu, gdzie były zda­ne na ła­skę i nie­ła­skę swo­ich pa­nów, ich ko­biet i eu­nu­chów pil­nu­ją­cych ha­re­mów. Czar­ne nie­wol­ni­ce przy­wo­żo­no z Su­da­nu i in­nych czę­ści Afry­ki, bia­łe po­cho­dzi­ły z Kau­ka­zu i Bał­ka­nów i cie­szy­ły się du­żym po­wo­dze­niem. Pew­ne­go razu Isma­il Pa­sza, wi­ce­król Egip­tu w la­tach 1867–1879, wy­na­jął w Stam­bu­le an­giel­ski sta­tek, a jego agent za­ła­do­wał go bia­ły­mi nie­wol­ni­ca­mi prze­zna­czo­ny­mi do wszyst­kich ha­re­mów pa­ła­co­wych, ja­kie pa­sza po­sia­dał.

An­giel­ska na­uczy­ciel­ka El­len Chen­nells miesz­ka­ła przez ja­kiś czas w ha­re­mie w Ka­irze, bę­dąc gu­wer­nant­ką jed­nej z księż­ni­czek. Nie wi­dzia­ła wszyst­kie­go, co się tam dzia­ło, ale opi­sy­wa­ła ży­cie nie­wol­nic i ich pań w ha­re­mie nie jako tor­tu­rę, lecz jako okrop­nie nud­ne i jed­no­staj­ne. Nic nie sły­sza­ła o znę­ca­niu się czy gwał­tach. Trze­ba pa­mię­tać, że Isma­il uwa­żał się za czło­wie­ka oświe­co­ne­go, któ­ry przy­jął eu­ro­pej­ski ko­deks etycz­ny. Ist­nia­ły, oczy­wi­ście, inne ha­re­my. Nie­wol­ni­ce na ryn­ku w Wi­di­nie, jak się wy­da­je, nie mia­ły złu­dzeń co do swo­je­go przy­szłe­go losu.

Co my­śla­ła dziew­czy­na o ślicz­nych ja­snych wło­sach, kie­dy zo­sta­ła ku­pio­na przez An­gli­ka? Po la­tach po­wie­dzia­ła tyl­ko: „Sa­mo­wi za­wdzię­czam wszyst­ko”.

Dla­cze­go Sa­mu­el Ba­ker zde­cy­do­wał się ją ku­pić? Czy to była mi­łość od pierw­sze­go wej­rze­nia? Py­cha? Współ­czu­cie? Mo­że­my się tyl­ko do­my­ślać. Je­dy­ne, co wie­my na pew­no, to to, że po za­pła­ce­niu na­leż­no­ści nie bar­dzo wie­dział, co ma zro­bić z no­wym na­byt­kiem.

Oka­za­ło się, że dziew­czy­na mówi po nie­miec­ku, a ję­zy­kiem tym Ba­ker, na szczę­ście, nie­źle się po­słu­gi­wał. Na­zy­wa­ła się Flo­renz Bar­ba­ra Ma­ria von Sass, co wska­zy­wa­ło­by na po­cho­dze­nie z ary­sto­kra­tycz­nej ro­dzi­ny nie­miec­kiej. Uży­wa­ła też dru­gie­go na­zwi­ska – Fin­nian. Uro­dzi­ła się 6 sierp­nia 1841 roku gdzieś w Sied­mio­gro­dzie, gdzie znaj­do­wa­ło się wie­le en­klaw lud­no­ści nie­miec­kiej. Nie pa­mię­ta­ła ro­dzi­ców. Praw­do­po­dob­nie zgi­nę­li na woj­nie lub w jed­nym z licz­nych po­wstań, któ­re wy­bu­cha­ły w eu­ro­pej­skiej czę­ści im­pe­rium tu­rec­kie­go. Cał­kiem moż­li­we, że zo­sta­ła wte­dy za­adop­to­wa­na przez ro­dzi­nę or­miań­ską, po­nie­waż Fin­nian jest na­zwi­skiem or­miań­skim. Przez Sied­mio­gród prze­bie­ga­ła gra­ni­ca mię­dzy im­pe­rium tu­rec­kim i ce­sar­stwem au­stro-wę­gier­skim. Po stro­nie wę­gier­skiej osie­dla­ło się wie­lu Or­mian ucie­ka­ją­cych przed re­gu­lar­nie po­wta­rza­ją­cy­mi się prze­śla­do­wa­nia­mi tu­rec­ki­mi.

W ja­kich oko­licz­no­ściach Flo­ren­ce (tak Ba­ker ją od­tąd na­zy­wał) wpa­dła w ręce tu­rec­kie, na za­wsze po­zo­sta­nie ta­jem­ni­cą. Być może po­rwa­no ją pod­czas za­mie­szek. W każ­dym ra­zie prze­ży­ła tyle nie­szczęść i upo­ko­rzeń, że nig­dy nie chcia­ła o tym roz­ma­wiać.

Dla­cze­go Sa­mu­el Ba­ker nie bar­dzo wie­dział, co z nią po­cząć, zro­zu­mie­my le­piej, je­śli po­zna­my jego prze­szłość. Uro­dził się w 1821 roku. Już w mło­do­ści odzie­dzi­czył ol­brzy­mi ma­ją­tek po jed­nym z dziad­ków. Oże­nił się za­raz po osią­gnię­ciu peł­no­let­no­ści.

Jego dwóch bra­ci, ofi­ce­rów, słu­ży­ło w eli­tar­nym puł­ku ka­wa­le­rii, on na­to­miast nie cier­piał dys­cy­pli­ny pod żad­ną po­sta­cią. Dla­te­go mię­dzy in­ny­mi nie stu­dio­wał. Po la­tach na­pi­sał o so­bie: „[...] za­wsze by­łem tro­chę inny, omi­ja­łem prze­tar­te ścież­ki, nie­ste­ty nie pa­so­wa­łem do żad­ne­go urzęd­ni­cze­go sta­no­wi­ska, któ­re gwa­ran­to­wa­ło­by mi bo­gac­two, a wy­peł­nia­jąc obo­wiąz­ki bez prze­ko­na­nia i bez dumy, był­bym nie­szczę­śli­wy”. Sa­mu­el do­brze znał sie­bie.

Wkrót­ce po ślu­bie opu­ścił dusz­ną An­glię i po­je­chał na Cej­lon, gdzie za­ło­żył plan­ta­cję, za­trud­nia­jąc ar­mię ro­bot­ni­ków. Cięż­ką pra­cę zo­sta­wiw­szy pra­cow­ni­kom, miał dość wol­ne­go cza­su, żeby od­da­wać się swo­jej pa­sji – po­lo­wa­niu na gru­be­go zwie­rza. Miał ku temu od­po­wied­nie wa­run­ki fi­zycz­ne: moc­ną bu­do­wę, wię­cej niż śred­ni wzrost, sze­ro­kie bary. Ja­sno­wło­sy, po­dob­nie jak Flo­ren­ce, o ko­bal­to­wo­nie­bie­skich oczach, przy­cią­gał ko­bie­ty nie tyl­ko apa­ry­cją, ale tak­że gło­sem – tu­bal­nym ba­sem, od któ­re­go, kie­dy śpie­wał, drża­ły szy­by w oknach.

W 1855 roku Sam za­cho­ro­wał i ro­dzi­na wró­ci­ła do An­glii. Nie­dłu­go po­tem zmar­ła żona Sama, po­zo­sta­wia­jąc mu czte­ry cór­ki, któ­re po­wie­rzył opie­ce nie­za­męż­nej sio­stry – Min. Ta wy­cho­wy­wa­ła je z mi­ło­ścią, ale w du­chu bar­dzo pu­ry­tań­skim.

Kto znał Sa­mu­ela po­wierz­chow­nie, miał wra­że­nie, że do­brze zno­sił los wdow­ca, bo prze­cież gdy­by tyl­ko chciał, mógł­by się oże­nić po­wtór­nie. W krę­gach to­wa­rzy­skich, w ja­kich się ob­ra­cał, z ła­two­ścią wy­brał­by żonę spo­śród kil­ku­dzie­się­ciu atrak­cyj­nych, do­brze wy­cho­wa­nych pa­nien. To nie ko­niecz­ność zmu­si­ła go do ku­pie­nia nie­wol­ni­cy na tar­gu w Wi­di­nie...

Jed­nak­że Ba­ker był z sie­bie mniej za­do­wo­lo­ny, niż się wy­da­wa­ło. Żył w cią­głej roz­ter­ce, po­nie­waż bra­kło mu od­wa­gi i wy­trwa­ło­ści, żeby osią­gnąć w ży­ciu suk­ces na in­nym polu niż my­śli­stwo. Wie­dział, że obie te ce­chy po­sia­da, chciał więc jesz­cze cze­goś wiel­kie­go do­ko­nać, za­nim się ze­sta­rze­je. Ale wciąż mu się nie uda­wa­ło.

Ostat­nie wiel­kie roz­cza­ro­wa­nie prze­żył tuż przed wy­jaz­dem do Buł­ga­rii. Za­pro­po­no­wał Da­vi­do­wi Li­ving­sto­ne’owi, sław­ne­mu po­dróż­ni­ko­wi i od­kryw­cy, któ­ry wró­cił z Afry­ki w 1856 roku, że chęt­nie bę­dzie mu to­wa­rzy­szył w na­stęp­nej eks­pe­dy­cji. Li­ving­sto­ne oświad­czył na to z sar­ka­zmem, że po­trzeb­ny mu jest ktoś z przy­go­to­wa­niem na­uko­wym, a nie Nem­rod (hebr. Nim­rod, le­gen­dar­ny my­śli­wy z Bi­blii). Od tam­tej pory Ba­ker my­ślał o zor­ga­ni­zo­wa­niu wła­snej wy­pra­wy do Afry­ki, ale Mi­ni­ster­stwo Spraw Za­gra­nicz­nych uwa­ża­ło, że nie na­de­szła jesz­cze od­po­wied­nia chwi­la. Na­zbyt wie­lu cie­kaw­skich An­gli­ków mo­gło wy­wo­łać w Afry­ce Środ­ko­wej nie­po­ko­je po­li­tycz­ne.

A te­raz Sa­mu­el Ba­ker skom­pli­ko­wał so­bie sy­tu­ację, ku­pu­jąc nie­wol­ni­cę, w któ­rej wkrót­ce za­ko­chał się po uszy. Gdy­by się nie za­ko­chał, może mógł­by ją wy­słać do An­glii, gdzie pra­co­wa­ła­by jako słu­żą­ca i po pew­nym cza­sie po­ślu­bi­ła­by ja­kie­goś po­rząd­ne­go skle­pi­ka­rza lub sto­la­rza. Ale te­raz, kie­dy ją po­ko­chał (ona jego z pew­no­ścią też), nie po­tra­fił się z nią roz­stać. Co miał zro­bić? Jak za­re­ago­wa­ły­by cór­ki, sio­stry, bra­cia, przy­ja­cie­le i zna­jo­mi, gdy­by zja­wił się w An­glii z nie­wol­ni­cą w cha­rak­te­rze swo­jej part­ner­ki? Nie, ab­so­lut­nie nie mógł wró­cić do domu z Flo­ren­ce. Dla­te­go po­sta­no­wił po­zo­stać chwi­lo­wo w Buł­ga­rii.

Po­że­gnał się z ma­ha­ra­dżą, któ­ry po­je­chał za­zna­wać przy­jem­no­ści ży­cia w Stam­bu­le, ogrom­nie rad, że nie musi uczest­ni­czyć w po­lo­wa­niu na niedź­wie­dzie w za­śnie­żo­nych gó­rach Tran­syl­wa­nii. Tym­cza­sem Sa­mu­el do­wie­dział się, że an­giel­ska spół­ka in­we­sty­cyj­na bu­du­je li­nię ko­le­jo­wą mię­dzy Kon­stan­cą a Bu­ka­resz­tem. Pro­jek­tem kie­ro­wał przy­ja­ciel Ba­ke­ra, my­śli­wy, i tym spo­so­bem Sam do­stał pra­cę w spół­ce. Nie na­le­żał do spe­cjal­nie ce­nio­nych pra­cow­ni­ków, ale wy­trwał do za­koń­cze­nia bu­do­wy i otwar­cia li­nii w 1860 roku. W tym okre­sie na­pi­sał wie­le li­stów do ro­dzi­ny i przy­ja­ciół w An­glii. Więk­szość za­cho­wa­ła się do dzi­siaj. W żad­nym nie ma sło­wa o Flo­ren­ce.

Sam i Flo­ren­ce po­je­cha­li te­raz do Stam­bu­łu, gdzie Sam roz­po­czął przy­go­to­wa­nia do wiel­kiej eks­pe­dy­cji, jaką zde­cy­do­wa­nie za­mie­rzał zor­ga­ni­zo­wać w celu od­kry­cia źró­deł Nilu. Chciał za­ła­twić wszyst­ko li­stow­nie, bez ko­niecz­no­ści uda­wa­nia się do An­glii. Jed­ne­mu z bra­ci po­le­cił ku­pić 125 ki­lo­gra­mów pro­chu i duże ilo­ści chi­ni­ny, a na­stęp­nie wy­słać wszyst­ko do Alek­san­drii. Jed­no­cze­śnie po­pro­sił, aby bank za­pew­nił mu w Egip­cie nie­ogra­ni­czo­ny do­stęp do jego pie­nię­dzy.

Na­pi­sał też list do sio­stry Min i swo­ich có­rek, że praw­do­po­dob­nie nie zo­ba­czą go przez kil­ka lat:

Jadę do Char­tu­mu, a po­tem da­lej, Bóg wie do­kąd, żeby od­na­leźć źró­dła Nilu [...]. Wie­cie, że Afry­ka nig­dy nie wy­pa­ro­wa­ła mi z gło­wy [...]. Wi­docz­nie mam na­tu­rę wę­drow­ca i nig­dzie nie po­tra­fię za­znać spo­ko­ju. Być może na­dej­dzie jesz­cze chwi­la, że będę chciał osiąść w mie­ście, ale na ra­zie ta wi­zja mnie prze­ra­ża. Wska­zów­ka mo­je­go kom­pa­su po­ka­zu­je Afry­kę Środ­ko­wą.

Do­pie­ro po pię­ciu la­tach cór­ki od­kry­ły, że oj­ciec nie sam po­dą­żał za wska­zów­ką kom­pa­su.

Oczy­wi­ście Ba­ker za­brał Flo­ren­ce do Egip­tu, ale wciąż nie miał za­mia­ru się z nią że­nić. Do­szło przez to do przy­krej roz­mo­wy w biu­rze bry­tyj­skie­go kon­su­la ge­ne­ral­ne­go w Alek­san­drii, Ro­ber­ta Co­lqu­ho­una, sta­re­go kom­pa­na Ba­ke­ra od po­lo­wań i węd­ko­wa­nia. Ba­ker, przed­sta­wia­jąc mu Flo­ren­ce, wie­dział, że Co­lqu­ho­un jest dys­kret­ny i nie roz­po­wszech­ni plo­tek w An­glii. Kon­sul wszak­że uznał za sto­sow­ne udzie­lić mu po­waż­ne­go ostrze­że­nia, że wy­sta­wia Flo­ren­ce na duże nie­bez­pie­czeń­stwo, nie da­jąc jej żad­ne­go za­bez­pie­cze­nia. Śmier­tel­ność wśród po­dróż­ni­ków ba­da­ją­cych wnę­trze kon­ty­nen­tu afry­kań­skie­go była bo­wiem bar­dzo wy­so­ka. Gdy­by Sam zmarł gdzieś na od­lu­dziu, Flo­ren­ce zna­la­zła­by się w roz­pacz­li­wej sy­tu­acji – bez usta­lo­nej przy­na­leż­no­ści pań­stwo­wej, bez do­ku­men­tów, bez po­zy­cji, nie mia­ła­by gdzie szu­kać po­mo­cy. Praw­do­po­dob­nie zgi­nę­ła­by w dżun­gli lub w za­ka­za­nej dziel­ni­cy ja­kie­goś egip­skie­go mia­sta. Ba­ker zda­wał so­bie spra­wę z tego wszyst­kie­go, ale chwi­lo­wo mał­żeń­stwo ab­so­lut­nie wy­klu­czał. Nie wie­my, co o tym my­śla­ła Flo­ren­ce. Praw­do­po­dob­nie była prze­ko­na­na, że Sam jej nie zo­sta­wi i nie za­wie­dzie. Poza tym znaj­do­wa­ła się w sy­tu­acji i tak o wie­le lep­szej niż dwa lata temu. Czyż nie mia­ła więc obo­wiąz­ku po­ma­gać mu ze wszyst­kich sił?

Ba­ker nig­dy nie py­tał Flo­ren­ce o zda­nie, po­dej­mu­jąc ko­lej­ne wy­zwa­nia. De­cy­do­wał sam. Za­wsze tak po­stę­po­wał. Na­pi­sał kie­dyś, że nie po­tra­fi „słu­żyć”, ma­jąc na my­śli to, że za­mie­rza w peł­ni wy­ko­rzy­stać nie­za­leż­ność, jaką dają pie­nią­dze. Za­wsze był nie­za­leż­ny i chciał za­cho­wać sa­mo­dziel­ność jako po­dróż­nik, od­kryw­ca, nie­zwią­za­ny z żad­nym rzą­dem, Ko­ścio­łem czy to­wa­rzy­stwem na­uko­wym. Nie mu­siał prze­strze­gać ni­czy­ich in­struk­cji. I do­brze wie­dział, co czy­ni. Flo­ren­ce wie­rzy­ła mu bez­gra­nicz­nie, ale nie po­dą­ża­ła za nim śle­po. To­wa­rzy­szy­ła mu. Nie szła za nim, lecz z nim.

Pierw­szy spraw­dzian od­był się po mie­sięcz­nej po­dró­ży stat­kiem po Nilu. Mu­sie­li je­chać przez pu­sty­nię z uwa­gi na sil­ny prąd rze­ki. Ich ka­ra­wa­na skła­da­ła się z szes­na­stu wiel­błą­dów, dwóch słu­żą­cych i mnó­stwa ba­ga­żu. „F. jest bar­dzo cho­ra z prze­mę­cze­nia i go­rą­ca – no­to­wał Sam w swo­im dzien­ni­ku – ale na pu­sty­ni nie moż­na się za­trzy­mać. Ka­ra­wa­na musi być w ru­chu”. Pod ko­niec po­dró­ży stan Flo­ren­ce nie po­zwa­lał na dal­szy marsz, mu­sie­li zro­bić ry­zy­kow­ną prze­rwę. Trzy dni póź­niej do­szli z po­wro­tem do Nilu koło miej­sco­wo­ści Ber­ber. Roz­sta­wi­li na­miot pod drze­wem i roz­ko­szo­wa­li się wie­czor­nym chło­dem.

Ba­ker i Flo­ren­ce, jak cu­dzo­ziem­com przy­sta­ło, zło­ży­li wi­zy­tę gu­ber­na­to­ro­wi Ber­be­ru, któ­ry usły­szaw­szy, że Ba­ker chce ra­zem z Flo­ren­ce szu­kać źró­deł Nilu, pró­bo­wał wraz z pa­ro­ma ofi­ce­ra­mi wy­per­swa­do­wać mu na­ra­ża­nie ko­bie­ty na tak duże nie­bez­pie­czeń­stwo i nie­do­god­no­ści:

Dzi­kie i krwio­żer­cze ple­mio­na mu­rzyń­skie, okrop­ny kli­mat – dla­cze­go chce pan wcho­dzić na ta­kie te­re­ny w po­szu­ki­wa­niu ni­ko­mu nie­po­trzeb­nej in­for­ma­cji, na­wet je­śli­by się panu uda­ło zna­leźć te źró­dła? No i jak mło­da, sła­ba ko­bie­ta ma zdo­być się na wy­si­łek trud­ny do znie­sie­nia na­wet dla naj­sil­niej­sze­go męż­czy­zny?

Być może Ba­ker już sam wte­dy nie wie­dział, czy ma za­bie­rać Flo­ren­ce w dal­szą dro­gę. Na­wet wę­drów­ka przez pu­sty­nię oka­za­ła się dla niej za mę­czą­ca. Naj­le­piej by­ło­by ją zo­sta­wić w Char­tu­mie. Z dru­giej jed­nak stro­ny Flo­ren­ce wy­ka­za­ła hart du­cha i wy­trzy­ma­łość, może więc wy­star­czy­ło­by zo­sta­wić jej tro­chę cza­su na akli­ma­ty­za­cję? Ba­ker dał jej tę szan­sę, po­dą­ża­jąc do Char­tu­mu nie wprost, lecz dro­gą okręż­ną, od wscho­du. Na gra­ni­cy Su­da­nu z Abi­sy­nią (te­raz Etio­pia) za­mie­rzał przez parę mie­się­cy po­lo­wać i na­no­sić na mapy do­pły­wy Nie­bie­skie­go Nilu.

Kil­ka dni po wy­ru­sze­niu z Ber­be­ru obo­je za­cho­ro­wa­li na ma­la­rię. Ona mia­ła atak sil­niej­szy niż on. Po­tem przy­szły desz­cze i przy­nio­sły upra­gnio­ne ochło­dze­nie. Koło miej­sco­wo­ści Sofi nad rze­ką At­ba­rą ka­za­li zbu­do­wać z ga­łę­zi i sło­my okrą­głą cha­tę o śred­ni­cy 5 me­trów. Umie­ści­li w niej łóż­ka po­lo­we, to­a­let­kę z lu­strem, szczot­ki i fla­ko­ni­ki per­fum Flo­ren­ce. Miesz­ka­li tam przez pięć mie­się­cy. „Ży­li­śmy tro­chę w sty­lu Ro­bin­so­na Cru­soe – pi­sał po­tem Sam w książ­ce – ko­rzy­sta­jąc jed­nak z wie­lu wy­gód, o ja­kie mo­gła za­dbać tyl­ko ko­bie­ca ręka”.

5. Flo­ren­ce i Sa­mu­el Ba­ke­ro­wie w stro­jach za­pro­jek­to­wa­nych przez Flo­ren­ce i przy­sto­so­wa­nych do prze­mie­rza­nia dżun­gli.

Flo­ren­ce za­sa­dzi­ła wo­kół cha­ty dzi­kie kwia­ty na grząd­kach. Więk­szą część dnia spę­dza­li na ze­wnątrz, w cie­niu drze­wa. Flo­ren­ce zaj­mo­wa­ła się szy­ciem. Nie zdo­by­ła wy­kształ­ce­nia, ale po­tra­fi­ła do­brze szyć. Uszy­ła Sa­mo­wi spe­cjal­ne ubra­nia do dżun­gli: ko­szu­le z ba­weł­nia­nej su­rów­ki, któ­re far­bo­wa­ła na­tu­ral­ny­mi barw­ni­ka­mi na brą­zo­wo, i spodnie – z mięk­kiej skó­ry ga­ze­li.

Czę­sto wy­ru­sza­ła z Sa­mem na po­lo­wa­nia. Za­mó­wił dla niej w Lon­dy­nie lek­ką strzel­bę i już w Buł­ga­rii za­czął ją uczyć strze­lać. Sam po­lo­wał na hi­po­po­ta­my, żeby za­opa­trzyć tra­ga­rzy i słu­żą­cych w mię­so (tłusz­czu uży­wa­no do przy­go­to­wy­wa­nia po­traw dla Ba­ke­ra). Dzię­ki my­śliw­skim zdo­by­czom Flo­ren­ce na sto­le po­ja­wia­ła się kacz­ka lub ga­ze­la, naj­czę­ściej przy­go­to­wy­wa­na przez Sama, któ­ry wspa­nia­le przy­rzą­dzał dzi­czy­znę i był z tego bar­dzo dum­ny. Oka­zał się też do­sko­na­łym szew­cem. W Sofi uszył dla sie­bie i Flo­ren­ce czte­ry pary moc­nych bu­tów ze skó­ry hi­po­po­ta­ma.

Żyli jak u Pana Boga za pie­cem. Flo­ren­ce do­sta­ła małp­kę (na­zy­wa­ną Wal­la­di), któ­rą roz­piesz­cza­ła, poza tym przy­wią­za­ła się do gru­bej oswo­jo­nej ro­pu­chy zja­da­ją­cej wszyst­kie in­sek­ty w cha­cie. Wie­czo­ra­mi roz­ma­wia­ła po nie­miec­ku z od­wie­dza­ją­cym ich czę­sto Flo­ria­nem Mo­uchem, nie­miec­kim wol­no­mu­la­rzem, któ­ry uciekł ze sta­cji mi­syj­nej i żył z han­dlu skó­ra­mi i ko­ścią sło­nio­wą. Po­ja­wiał się też inny jej ro­dak, sto­larz Jo­hann Schmidt, rów­nież de­zer­ter z mi­sji. (W przy­szło­ści umrze on na rę­kach Flo­ren­ce, te­raz jed­nak ta­kie dra­ma­ty mie­li jesz­cze da­le­ko przed sobą).

Naj­więk­sze wra­że­nie na Flo­ren­ce wy­war­ła hie­na, któ­rą zo­ba­czy­ła w księ­ży­co­wej po­świa­cie, skra­da­ją­cą się nocą do cha­ty. Ci­chut­ko obu­dzi­ła Sama, cią­gnąc go za rę­kaw pi­ża­my. Sam bez­sze­lest­nie się­gnął po na­bi­tą broń, za­wsze le­żą­cą mię­dzy ich po­lów­ka­mi, i jed­nym strza­łem po­mógł hie­nie prze­nieść się do kra­iny wiecz­nych ło­wów. Flo­ren­ce nie stra­ci­ła rów­nież zim­nej krwi, kie­dy przy­nie­sio­no do niej my­śli­we­go, któ­re­mu słoń po­tur­bo­wał pra­we udo. Po­dar­ła bie­li­znę swo­ją i Sama na sześć­dzie­się­cio­me­tro­wej dłu­go­ści ban­daż, Sam zaś po­sta­rał się o desz­czuł­ki do unie­ru­cho­mie­nia koń­czy­ny. Po za­ban­da­żo­wa­niu nogi męż­czy­zny od pa­chwi­ny po pię­tę Flo­ren­ce na­są­czy­ła ban­daż tward­nie­ją­cą jak gips gumą z drze­wa mi­mo­zy. Pa­cjen­ta od­nie­sio­no do wio­ski, a po sze­ściu ty­go­dniach za­wia­do­mił ich, że wy­zdro­wiał i zno­wu może po­lo­wać.

Po sto­sun­ko­wo spo­koj­nym po­by­cie w miej­sco­wo­ści Sofi, któ­ry po­zwo­lił Flo­ren­ce za­akli­ma­ty­zo­wać się, na­uczyć tro­chę ję­zy­ka arab­skie­go i przy­zwy­cza­ić do ży­cia w spo­łecz­no­ści afry­kań­skiej, Ba­ke­ro­wie ru­szy­li w dal­szą dro­gę. Przez kil­ka mie­się­cy po­dró­żo­wa­li po wy­ży­nie, za­kła­da­jąc obo­zo­wi­ska wzdłuż Nie­bie­skie­go Nilu, aż do­tar­li do Char­tu­mu.

Pierw­szą oso­bą, któ­rą Sa­mu­el Ba­ker za­mie­rzał od­wie­dzić w Char­tu­mie, był kon­sul bry­tyj­ski John Pe­the­rick, han­dlarz ko­ścią sło­nio­wą, któ­re­go po­znał kie­dyś w Lon­dy­nie. Pe­the­rick był nie­obec­ny. Zo­sta­wił jed­nak wia­do­mość, że Ba­ker (wi­docz­nie kon­sul nie wie­dział nic o ist­nie­niu Flo­ren­ce) może ko­rzy­stać z jego domu.

Przy­czy­ną nie­obec­no­ści Pe­the­ric­ka był te­le­gram od Roy­al Geo­gra­phi­cal So­cie­ty z proś­bą o wy­ru­sze­nie na po­moc dwóm po­dróż­ni­kom an­giel­skim, Spe­ke’owi i Gran­to­wi, znaj­du­ją­cym się praw­do­po­dob­nie w kło­po­tach. John Spe­ke nie po raz pierw­szy prze­by­wał w Afry­ce Środ­ko­wej. W la­tach 1857–1859 to­wa­rzy­szył orien­ta­li­ście Ri­char­do­wi Bur­to­no­wi w eks­pe­dy­cji do Zan­zi­ba­ru (na te­re­nie dzi­siej­szej Ugan­dy) w po­szu­ki­wa­niu źró­deł Nilu. Od­krył wte­dy Je­zio­ro Wik­to­rii i sta­now­czo oświad­czył, że stąd wła­śnie wy­pły­wa Nil. Kie­dy po­da­no to w wąt­pli­wość, zor­ga­ni­zo­wał dru­gą eks­pe­dy­cję, tym ra­zem z ka­pi­ta­nem ar­mii bry­tyj­sko-in­dyj­skiej Ja­me­sem Gran­tem. Wy­ru­szy­li w 1860 roku w tę samą oko­li­cę Wiel­kich Je­zior w Afry­ce Środ­ko­wej, aby de­fi­ni­tyw­nie roz­wią­zać za­gad­kę „źró­deł Nilu”. Kie­dy przez po­nad pół­to­ra roku nie nad­cho­dzi­ły od nich żad­ne wie­ści, po­wsta­ła oba­wa, że zo­sta­li uwię­zie­ni lub za­mor­do­wa­ni gdzieś w dżun­gli. Pe­the­rick po­je­chał zba­dać spra­wę.

To była bar­dzo waż­na in­for­ma­cja dla Sa­mu­ela Ba­ke­ra. Je­śli bo­wiem Spe­ke i Grant, cali i zdro­wi, wró­cą z wia­do­mo­ścią, że na­praw­dę zna­leź­li źró­dła Nilu, on nie bę­dzie miał po­wo­du, żeby wy­ru­szyć z wła­sną eks­pe­dy­cją. Je­śli zaś spra­wy uło­żą się in­a­czej... Ży­czył swo­im ry­wa­lom jak naj­le­piej, nie­mniej jed­nak nie za­mie­rzał prze­pu­ścić oka­zji do zdo­by­cia wie­ko­pom­nej sła­wy dla sie­bie. Na ra­zie mógł tyl­ko cze­kać w Char­tu­mie na no­wi­ny z po­łu­dnia.

Flo­ren­ce i Sam dzie­li­li ogród Pe­the­ric­ka z całą me­na­że­rią: lwem, hie­ną, dwie­ma dzi­ki­mi świ­nia­mi, an­ty­lo­pą, dwo­ma stru­sia­mi. Wszyst­kie zwie­rzę­ta miesz­ka­ły w klat­kach za­in­sta­lo­wa­nych przez wło­skie­go łow­cę zwie­rząt. Flo­ren­ce nie wy­trzy­my­wa­ła smro­du i mnó­stwa much wpa­da­ją­cych do domu. Tak­że pod in­ny­mi wzglę­da­mi Char­tum nie przy­padł jej do gu­stu. Sam po­dzie­lał jej od­ra­zę: „Trud­no so­bie wy­obra­zić bar­dziej brud­ne, nie­zdro­we i nie­szczę­sne miej­sce”. W mie­ście oto­czo­nym ze wszyst­kich stron pu­sty­nią miesz­ka­ło 30 ty­się­cy lu­dzi ści­śnię­tych w gli­nia­nych cha­tach. Na uli­cach, któ­re przy­po­mi­na­ły otwar­te ście­ki, le­ża­ły gni­ją­ce szcząt­ki zwie­rząt.

Musa Pa­sza rzą­dził mia­stem „z okru­cień­stwem dzi­kiej be­stii”. Po­rwa­nia były tu na po­rząd­ku dzien­nym, ni­cze­go nie dało się za­ła­twić bez ła­pó­wek.

Pa­no­wał okrut­ny upał, ale naj­gor­sze były bu­rze pia­sko­we (ha­bub), któ­re po­ja­wia­ły się w okre­ślo­nych po­rach roku. Ba­ker tak opi­sał jed­ną z nich: