Podróżniczka - Alexandra Bracken - ebook
Opis

Została osierocona przez swój czas. Jej przyszłość przestała istnieć.

Etta Spencer marzyła o karierze skrzypaczki, lecz los miał dla niej inne plany. Zmuszona, by tułać się po najróżniejszych krajach i epokach, cierpiąc z powodu rozłąki z ukochanym Nicholasem, poszukuje tajemniczego astrolabium, które jest najpotężniejszym artefaktem podróżników. Tylko ono pozwoli jej odnaleźć i ocalić tych, których kocha.

Szalona podróż po egzotycznych miejscach, spiski, ciągła walka z czasem, nieoczekiwane sojusze i zdrady. Oto, co czeka na was w ostatnim tomie serii.

Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem? Czy stawką za uratowanie świata okaże się miłość?

***

Proza Bracken jest ambitna i wyszukana.
Sarah J. Maas, autorka bestsellerowych serii  Dwór cierni i róż i Szklany tron

Podróżniczka to prawdziwy wehikuł czasu!
Victoria Aveyard, autorka bestsellerowej serii Czerwona Królowa

Podróże w czasie, szalone tempo, zwroty akcji i bohaterowie, których nie da się nie kochać – Podróżniczka wciąga od pierwszych stron. Nie spodziewałam się, że ta seria tak mnie porwie. Gorąco polecam!
Paulina Kaleta, Reading My Love

Przygotujcie się na jeszcze więcej podróży w czasie, zapierających dech scenerii, a przede wszystkim akcji, która trzyma w napięciu do samego końca. Jeśli zakończenie pierwszego tomu wywołało u was rozpacz, finał historii Etty i Nicka na pewno was usatysfakcjonuje!
Marta Korytkowska, Bibliofilem być

Etta była pasażerką, nieprzygotowaną na samotne wędrówki. W końcu przejmuje stery i jako Podróżniczka pokazuje czytelnikowi nowe miejsca, nowe czasy, nowe wątki i nowych bohaterów. Jej perypetie porywają, a zakończenie tej historii jest perfekcyjne.
Natalia Patorska, Na Tropie Kultury

Bracken imponowała mi swoją historyczną wiedzą już w Pasażerce, ale dopiero czytając Podróżniczkę, miałam ochotę zapaść się pod ziemię ze wstydu. Jeśli lubicie być zaskakiwani na każdym kroku, musicie sięgnąć po tę serię.
Kinga Maszota, KiniaBook

Bracken porusza kwestię postrzegania kobiet, osób homoseksualnych i przedstawicieli innych ras w różnych miejscach na świecie i różnych epokach, od Kartaginy okresu wojen punickich przez carską Rosję u progu rewolucji po współczesną Amerykę. Ci, którzy dotąd z zapartym tchem śledzili losy Etty i Nicholasa, nie będą w stanie się oderwać od tej książki aż do bombowego finału!
Booklist

Wiedza historyczna Bracken jest imponująca. Jej proza zachwyca!
School Library Journal

 

BIOGRAM

Alexandra Bracken

Urodziła się w Arizonie. Jako córka fana Gwiezdnych wojen już w dzieciństwie uczestniczyła w licznych konwentach tematycznych i targach branżowych. To doświadczenie rozbudziło w niej miłość do czytania i snucia opowieści. Po ukończeniu studiów historycznych i literaturoznawczych przeniosła się do Nowego Jorku, gdzie pracowała w wydawnictwie dziecięcym. Sześć lat później została pełnoetatową pisarką. Obecnie mieszka w rodzinnej Arizonie, w domu po brzegi wypełnionym książkami.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 675

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wszystkim ‌tym, o których zapomniała ‌historia.

Ani ja, ani ‌nikt ‌inny nie ‌przejdzie tej drogi ‌za ciebie.

Sam ‌musisz ją przejść.

To ‌niedaleko, jest w zasięgu ręki.

Może ‌idziesz ‌nią ‌od urodzenia, ‌nawet ‌o tym nie wiedząc.

Może jest ‌wszędzie, ‌wiedzie przez ‌wodę i ląd.

Walt Whitman, ‌Pieśń o sobie samym, ‌cz. 46, tłum. ‌M. Pawlak

LONDYN, ROK ‌1932PROLOG

Miała kiedyś ‌lalkę z namalowanym ‌uśmiechem, ‌jasnymi włosami ‌i oczami ‌jak ‌jej własne. Przez długi ‌czas była jej ‌nieodłączną towarzyszką – przyjaciółką, gdy ‌Alice ‌podróżowała wraz z tatusiem, ‌powierniczką, gdy podsłuchała ‌szeptane przez rodziców ‌sekrety, kimś, kto ‌jej słuchał, ‌gdy nikt inny nie ‌miał czasu. Otrzymała imię ‌po pustynnej ‌wojowniczej ‌królowej, ‌o której opowiadał ‌jej dziadziuś – Zenobia. Ale ‌pewnego dnia, gdy Henry ‌Hemlock gonił ją ‌po ‌ogrodzie, lalka wypadła ‌jej ‌z rąk, a on ‌na nią ‌nadepnął, miażdżąc kruchą ‌porcelanę. Okropny chrzęst ‌sprawił ‌wówczas, ‌że serce podskoczyło ‌Rose do gardła.

Podobny odgłos ‌wydał kark mamusi ‌miażdżony obcasem mężczyzny w czerni. ‌Rose ‌zwymiotowała ‌w dłonie.

Ognisty ‌puls przetoczył ‌się przez pokój jak ‌wzburzona fala, ‌niosąc ze sobą ogłuszający ‌huk ‌zapadającego ‌się przejścia. Impet ‌rzucił Rose ‌na ścianę ‌skrytki. ‌Drżenie powietrza ‌wokoło przeniknęło do ‌jej ciała, zaczęła dygotać, ‌rozbolały ‌ją zęby.

Nie ‌żyje.

Oddech uwiązł ‌jej ‌w gardle, gdy dobiegło ją żałosne wycie z miejsca, gdzie człowiek z cieni przyszpilił tatusia do podłogi mieczem wbitym w ramię. Wiedziała, że nie wolno jej podbiec do mamusi, tak jak próbował zrobić to tatuś. Wbudowany w ścianę kredens za regałem z książkami ochroni ją, tak jak obiecał dziadziuś, ale tylko jeśli zachowa ciszę i ani drgnie. Patrzyła na rozgrywającą się w pokoju scenę przez wąską szczelinę między regałem a kredensem, sama pozostając niedostrzeżona.

Popołudnie jakimś sposobem zmieniło się w wieczór. Kolacja na stole stała prawie nietknięta. Jedynym ostrzeżeniem przed nadejściem intruzów było powarkiwanie psa sąsiadów, nim ktoś go uciszył. Tatuś zdążył tylko zapalić lampy w gabinecie i rozniecić ogień w kominku, a mamusia ukryć Rose w kredensie, zanim usłyszeli na schodach kroki. Wyczuwalne ciepło i blask ognia sprawiały, że zalegająca w pomieszczeniu ciemność zdawała się dyszeć.

– Przecież prosiłem, byście współpracowali. – Mężczyzna miał na sobie drogi czarny płaszcz ze srebrnymi guzikami, na których dostrzegła jakiś symbol. Zwiewny czarny szal zakrywał dolną połowę twarzy nieznajomego, ale nie zdołał stłumić jedwabnego głosu. – Nie musi wcale tak być. Zrzeknij się praw do astrolabium, oddaj mi je, a załatwimy tę sprawę raz na zawsze.

Potrzaskane szkło i rozrzucone papiery chrzęściły pod jego butami, gdy obchodził leżącą na ziemi mamusię… a mamusia…

Nie. Dziadziuś zaraz wróci ze spotkania. Obiecał, że utuli ją do snu, a on zawsze dotrzymuje słowa. Zaraz wróci i zrobi tak, że wszystko będzie dobrze… To wszystko… to tylko zły sen. Jej śmieszny mały umysł wyśnił tę historię o cieniach, które przychodziły po podróżnicze dzieci. To wszystko zaraz się skończy, a ona się obudzi.

– Cholerne… potwory… wszyscy, co do jednego!

Tatuś próbuje wyrwać miecz z ciała. Zostawia na klindze smugę krwi z rozciętej dłoni. Górujący nad nim mężczyzna opiera się tylko o rękojeść, wbijając miecz głębiej. Tatuś szamocze się, orze dywan obcasami.

Mamusia nie poruszyła się.

Rose czuła, jak w gardle narasta jej krzyk. Kałuża cuchnącej krwi przesączyła się przez dywan i zaczęła sunąć ku rozsypanym jasnym włosom matki.

Ojciec raz jeszcze spróbował się podnieść. Jego ręka zacisnęła się na kamiennym przycisku do papieru, który spadł z biurka podczas walki. Z bolesnym jękiem targnął się i cisnął w głowę zamaskowanego mężczyzny. Ten pochwycił go z łatwością i wziął kolejny miecz o cienkiej klindze od drugiego zamaskowanego mężczyzny pełniącego wartę przy drzwiach. Syknął, przyszpilając do podłogi drugie ramię ojca. Wrzask bólu, który wyrwał się z jego gardła, nie zdołał zagłuszyć śmiechu człowieka z cienia.

Musisz patrzeć – pomyślała Rose, podkurczając kolana pod brodę. – Musisz powiedzieć dziadziusiowi, co się stało.

Cicho, cichutko.

Bądź dzielna.

– Powiedz Ironwoodowi… że umrze, nigdy już nie zobaczywszy… astrolabium.

Ironwood. Zawsze ci Ironwoodowie. Tego nazwiska nie wymawiano w jej rodzinie inaczej niż z zapiekłą nienawiścią. Zawsze czaiło się na nich jak cień nadchodzącej nocy. Dziadziuś powiedział, że będą tu bezpieczni, ale Rose powinna była wiedzieć, że to nieprawda. Nigdy nie byli bezpieczni. Nie, od czasu gdy jej ciocie i wujkowie, kuzyni i babcia zniknęli, przepadli gdzieś jedno po drugim w przestworze stuleci, na odległych kontynentach.

A teraz mamusia… i tatuś…

Rose przygryzła wargę. Poczuła smak krwi.

Kolejny mężczyzna wystrzelił z miejsca, gdzie opierał się o drugie drzwi.

– Zakończ to. Przeszukamy dom, gdy nikt nam nie będzie przeszkadzał.

I wtedy, gdy postać zbliżyła się do ognia, Rose zorientowała się, że to nie mężczyzna, tylko wysoka kobieta.

Mama powiedziała jej kiedyś, że Ironwood lubi kolekcjonować kobiety – przemocą wciela je do swojej rodziny i stawia na półkach niczym szklane bibeloty, których nie zdejmuje nawet po to, by je odkurzyć. Tę miał chyba za taką, która się nie zbije.

Mamusia też była niezniszczalna.

Do momentu aż…

Pierwszy z mężczyzn sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i nałożył na palec wskazujący długie srebrne ostrze. A właściwie zagięty i ostry jak brzytwa szpon. Plama światła przepełzła po łuku klingi od nasady do czubka.

Rose uciekła wzrokiem od broni i znowu spojrzała na twarz ojca. Wpatrywał się w nią i mówił bezgłośnie:

– Nie ruszaj się, nie ruszaj się, nie ruszaj się…

Chciała krzyknąć, wrzaskiem kazać mu walczyć, powiedzieć mu, że jeśli się podda, ona stoczy tę walkę za niego. Nie byłaby to jej pierwsza walka, czego dowodem były zadrapania i siniaki, których nabawiła się podczas starć z Henrym. Ten człowiek na podłodze to nie mógł być jej tatuś. Tatuś był odważny. Był najsilniejszym mężczyzną na świecie i zawsze…

Zamaskowany mężczyzna pochylił się i wsunął mu szpon do ucha. Tatuś targnął się raz jeszcze, a potem znieruchomiał.

Jego usta przestały się poruszać.

Gdzieś w oddali fałszywy grom rozdarł niebo nad Londynem, gdy zapadło się kolejne przejście. Był cichszy niż poprzedni, ale i tak Rose przeszył dreszcz.

Tatuś wciąż leżał nieopodal w swoim garniturze pachnącym tytoniem i wodą kolońską, ale Rose widziała, jak znika.

– Zacznijcie od sypialni – polecił ten zamaskowany, ocierając ostrze i chowając je na miejsce.

– Nie ma go tutaj – odpowiedziała wolno kobieta. – Przecież byśmy je wyczuli.

– Ale może się dowiemy, gdzie jest – warknął tamten, przetrząsając szuflady biurka. Rozrzucił starożytne monety, arkusze papirusu, ołowiane żołnierzyki i stare klucze, drwiąc: – Widzieliście? Ci niewdzięcznicy bawią się w kolekcjonerkę…

Kobieta minęła regał, podłoga skrzypnęła pod jej stopami. Rose mocniej przycisnęła brudne dłonie do ust, chcąc stłumić wrzask narastający w gardle. Próbowała nie wdychać zapachu własnych wymiocin, ale jej żołądek wywracał się od intensywnej woni krwi rodziców. Kobieta omiotła wzrokiem półki i stanęła dokładnie przed skrytką, w której siedziała dziewczynka.

Ta chwila zatrzymała się na powierzchni jej umysłu jak liść na tafli wody. Wody, która drżała, choć powietrze było nieruchome.

Nie ruszaj się.

Tylko że wcale nie chciała się nie ruszać.

To byłoby takie łatwe – pomyślała – być tak odważną jak mamusia. Wyskoczyć z przegrody, powalić kobietę na podłogę, a potem puścić się biegiem naprzód, chwycić za jeden z mieczy i ciąć, ciąć, ciąć, aż świszcząca w powietrzu klinga odpędzi ciemność, tak jak zrobiłby to tatuś.

Ale tatuś zabronił jej się ruszać.

Stojący w kącie zegar odmierzał kolejne sekundy, a jego ostre wskazówki cięły czas na kawałki. Tik-tak-tik-tak… Trup-krew-trup-krew…

Coś oplotło jej serce, raniąc ciało, a potem zacisnęło się mocniej, zmuszając Rose do zaciśnięcia powiek. Wyobraziła sobie, że jej żebra i mięśnie twardnieją, zamieniają się w kamień, by chronić ten cenny narząd, teraz targany straszliwym bólem. Była za mała, by walczyć z napastnikami, zdawała sobie z tego sprawę. Ale wiedziała też, że kiedyś będzie dość duża, by to uczynić.

Kobieta odwróciła głowę i skupiła wzrok na jakimś przedmiocie na pobliskim regale. Rose pozwoliła przerażeniu zmienić się w krystalicznie czystą nienawiść.

Ironwood. Zawsze ci Ironwoodowie.

– Ile nakryć było na stole? – rozległ się głos kobiety. Cofnęła się, na coś pokazując… Zdjęcie w ramce! Rose poczuła ucisk w gardle, jej palce wpiły się w materiał sukienki. To było zdjęcie przedstawiające całą ich czwórkę.

Skrzypnęła drewniana podłoga, gdy kobieta podeszła i wzięła fotografię do ręki. Zamaskowany nieznajomy przyłożył palec do ust i wskazał głową w kierunku regałów. Przestąpił nad rozciągniętym na dywanie tatusiem i przeciął pomieszczenie. Stanął między ciałem a kobietą.

Nie ruszaj się.

– Zabierzemy dziecko – orzekł wreszcie. – Na pewno będzie chciał…

Łomotanie do frontowych drzwi, które po chwili wyrżnęły z mocą o framugę, poniosło się w górę schodów, a zaraz potem dobiegł ich wrzask:

– Linden!!!

Ryk wprawił stare mury domu w drżenie. Na korytarzu rozległa się narastająca kanonada kroków. Rose skierowała wzrok na drzwi, którymi w tejże chwili wpadli do pomieszczenia trzej ludzie. Na widok potężnego mężczyzny, który przetoczył się przez pokój jak burza, odskoczyła na tył skrytki i cofałaby się dalej, gdyby nie natrafiła plecami na zimną ścianę. Tatuś pokazywał Rose zdjęcie Cyrusa Ironwooda przy byle okazji, żeby zawsze i wszędzie potrafiła go rozpoznać, wiedziała więc, że musi uciekać ile sił w nogach.

Jeden z mężczyzn trącił stopą nieruchomą głowę mamusi.

– No to teraz wiemy, dlaczego tamto przejście się za nami zamknęło.

Rose nieomal wypadła z kredensu, by odepchnąć zbira od matki… kiedy nagle uprzytomniła sobie, że zamaskowany morderca i kobieta gdzieś zniknęli. Nie widziała ani nie słyszała, by otwierali okno, nie dobiegł jej szelest ubrań i odgłos kroków. Było tak, jakby zamaskowani rozpłynęli się w powietrzu.

Cień jest ich dziedziną, a noc jest ich porą,

Uważaj, bo przyjdą i w mrok cię zabiorą…

– Ścierwo, dostał dokładnie to, na co zasłużył… – warknął Cyrus Ironwood, pochylając się i wyrywając miecz z ramienia tatusia tylko po to, by z pasją zatopić ostrze w jego piersi. Rose aż się wzdrygnęła, słysząc, jak klinga ociera się o kości i zagłębia w drewnianej podłodze. – Tę jedną cenę zapłacę z radością – rzucił Ironwood. – Wiedziałem, że tylko w ten sposób sprawy w końcu ruszą naprzód. Cholerna szkoda, że nie było z nimi Benjamina… A wy na co czekacie? Przeszukać dom!

Dziesięć tysięcy sztuk złota. Rose miała nie widzieć ogłoszenia, które dziadziuś przyniósł do domu w napadzie szału. Miała się nie dowiedzieć, że Ironwoodowie wyznaczyli nagrodę za ich głowy, ale tatuś nie zamykał… a przynajmniej nie zawsze zamykał na klucz szufladę biurka.

Najmłodszy mężczyzna podniósł pozłacaną ramkę ze zdjęciem, którą kobieta odłożyła na biurko. Wskazał Rose siedzącą sztywno między mamusią a tatusiem.

– A ta?

Ironwood napluł martwemu tatusiowi w twarz, zanim wziął fotografię. Oczy Rose zasnuła furia. Czuła, że gotuje się we własnym ciele. Zbielały kostki palców zaciśniętych na utytłanej wymiocinami sukience. Ironwood wodził oczami po pokoju. Z miejsca, gdzie się skryła, widziała przez szczelinę ich lodowaty błękit, jasny i płomienny jak błyskawica na tle burzowego nieba. A potem bez słowa wrócił do ojca i kucnął ze wzrokiem wlepionym w… jego ucho?

– Szefie? – zagadnął jeden z młodych.

– Powinniśmy jak najszybciej się stąd oddalić – rzekł Ironwood rozkojarzonym głosem, jakby na moment zatopił się w myślach. – Zabierzcie ciała. Nie możemy ryzykować, że je znajdą.

– Ale co z astro…

Cyrus odwinął się i cisnął w mężczyznę fotografią, zmuszając go do uniku.

– Jeśli to cholerstwo w ogóle tu było, już dawno go nie ma. A teraz zabierzcie trupy. Czekam w samochodzie.

Wyszedł, zabierając swoją wściekłość ze sobą. Rose odważyła się wypuścić powietrze. Wlepiła wzrok w jednego z siepaczy Ironwooda, który przyniósł z sypialni różową pościel, a potem wraz z drugim zbirem owinął nią mamusię i tatusia.

Jako ostatni wynieśli dywan, zostawiwszy po sobie tylko ślady na drewnie. Rose odczekała, aż zatrzasną się drzwi wejściowe, a potem policzyła do dziesięciu, nasłuchując jakiegoś ruchu w ciemności. Kiedy nic – ani nikt – się nie poruszyło, pchnęła regał, przecięła pomieszczenie i zbiegła po schodach do drzwi prowadzących na podwórze. Gdy otwierała bramę i wyprowadzała rower na drogę, szczypały ją oczy.

Nie czuła nic. Pędziła przed siebie. Świat rozmazywał jej się przed oczami, gorące łzy spływały po policzkach.

Ciężarówka Ironwooda lśniła w świetle latarni jak skorupa żuka. Rose jechała w ślad za nią, trzymając się z tyłu, by nikt jej nie zauważył. Przez całą drogę dźwięczała jej w głowie bajka, którą czytywał jej dziadek na dobranoc. Opowiadała o człowieku, który miał tak ohydne i złe serce, że zmienił się w potwora. Rose zrozumiała ją dopiero teraz. Wyobraziła sobie, że jej paznokcie zmieniają się w pazury, jej skóra w pancerz, a zęby w tygrysie kły.

Od zawsze wiedziała, że Ironwood zjawi się pewnego dnia, by zrobić porządek z ostatnimi członkami jej rodziny, ale wiedziała też, że ona nie postąpi jak dzieci Jacarandów i Hemlocków i nie pozwoli się wcielić do klanu Cyrusa, po tym, jak ich prawdziwe rodziny poddały się lub zostały wyrżnięte w pień.

Jakie to smutne – myślała – dać się przepędzić z zagrody do zagrody niczym zastraszone, bezbronne bydlątko.

Rose pewnego dnia odbierze Cyrusowi Ironwoodowi wszystko. Obróci w perzynę jego tron minut i godzin, roztrzaska koronę miesięcy i lat. Znajdzie go i dokończy to, co zaczęli mamusia i tatuś. Lecz dzisiaj ograniczy się do śledzenia tego potwora, gdy zmierza w ciemności do swej kryjówki.

Bo ktoś będzie musiał powiedzieć dziadziusiowi, dokąd Ironwood zabrał ciała.

TEKSAS, ROK 1905Rozdział 1

Ettę obudził huk gromu, który oplótł jej ciało gorejącymi wstęgami ognia.

W jednej chwili otrząsnęła się z resztek snu. Była gotowa do działania. Stopiona skóra spływała z jej kości, odsłaniając siatkę nerwów i żył, a całe ciało bolało, jakby ktoś piekł ją żywcem. Zakrztusiła się, próbując zaczerpnąć tchu; jej ściśnięte płuca były w stanie pomieścić tylko łyczek powietrza. Wiedziała, że nie znalazła się w wodzie, bo czuła pod sobą twardą i nierówną ziemię, ale atak paniki i osobliwa ciężkość ciała z początku kazały jej myśleć, że tonie.

Obróciła głowę na bok, chcąc wypluć pył zalegający w ustach. Ten drobny ruch sprawił, że jej ramię przeszył kolejny spazm bólu – rozszedł się po żebrach, sięgnął kręgosłupa, a potem wspiął się z powrotem na kark.

Okruchy potrzaskanych wspomnień przebiły się przez gorejącą chmurę gorączki: Damaszek, astrolabium, Sophia i…

Etta z trudem rozwarła powieki i zaraz je zamknęła, gdy poraził ją blask słońca. Ta jedna sekunda wystarczyła, by ogarnęła wzrokiem świat wokoło, blady jak gnaty padłego zwierzęcia, lśniący i rozedrgany od gorąca bijącego od spieczonej ziemi. To drżenie powietrza nad samym gruntem przywiodło jej na myśl igranie promieni słońca na falach oceanu. I jeszcze coś…

Przejście.

Więc to był ten huk, który słyszała. Nie grom zwiastujący nadejście burzy, która wyzwoliłaby ją od spiekoty. Otaczała ją pustynia, rozciągająca się w każdym kierunku aż po horyzont, złamana tylko w oddali nieznanymi równinami starożytnych budowli. A więc to nie…

To nie Palmyra. Powietrze pachniało tu jakoś inaczej, paliło nozdrza z każdym zaczerpniętym oddechem. Nie dało się w nim wyczuć tej nutki gnijącej, wilgotnej zieleni, którą mógłby przynieść wiatr z pobliskiej oazy. Ani zapachu wielbłądów.

Ścisnęło ją w dołku, strach i zmieszanie oplotły żołądek lodowatymi palcami.

– Nick… – Nawet to imię drapało ją w gardło jak tłuczone szkło. Jej suche wargi pękły, poczuła smak krwi.

Poruszyła się, przycisnęła dłonie do ziemi, chcąc się podnieść. Muszę wstać…

Przyciągnęła łokcie do ciała, ale zdołała tylko unieść głowę, gdy odezwał się tępy ból w ramieniu. Krzyk, który wreszcie opuścił jej gardło, rozbrzmiał głośno w ciszy milczącej pustyni. Pod Ettą załamały się ramiona.

– Dobry Boże, może jeszcze głośniej, co? Strażnik już po nas jedzie, ale nie krępuj się i krzycz sobie, sprowadź całą cholerną kawalerię. – Nakrył ją cień. W tych kilku sekundach, zanim dopadła ją ciemność i z powrotem opadła na ziemię, wydawało jej się, że złapała przelotny błysk nienaturalnie błękitnych oczu, które rozszerzyły się, gdy ją rozpoznały. – No proszę. Patrzcie państwo. Wygląda na to, że szczęście jeszcze całkiem nie opuściło pana Ironwooda.

NASSAU, ROK 1776Rozdział 2

Nicholas odchylił się na krześle i uniósł rondo kapelusza, by raz jeszcze omieść wzrokiem wnętrze tawerny Pod Trzema Koronami. Panująca w lokalu duchota sprawiała, że opici rumem bywalcy wyglądali, jakby trawiła ich gorączka. Właściciel, były kapitan okrętu Paddington, brał udział w zabawie z gorliwością godną lepszej sprawy, zostawiwszy za barem żonę, która zajmowała się wypełnianiem kufli i podawaniem nędznych posiłków.

Żadne nie zdawało się przejmować tym, że jaskrawoszmaragdowa farba złazi płatami ze ścian, jakby sama chciała uciec od przemożnego fetoru pijanych mężczyzn. Zbezczeszczony portret Grzegorza III o wydrapanych oczach wisiał nad nimi jak okaleczony szubienicznik. Sprawcami tego niegodnego czynu byli zapewne marynarze Kontynentalnej Marynarki Wojennej oraz marines, którzy siedem miesięcy temu najechali wyspę w poszukiwaniu broni i zapasów.

Niecierpliwie obracając w palcach kufel obrzydliwie zagrzanego ale, Nicholas doszedł do wniosku, że owe trzy korony w nazwie tawerny odnoszą się do trzech toczących ją chorób: chciwości, obżarstwa i chuci.

Siedzący w kącie samotny skrzypek rzępolił na swoim instrumencie, bezskutecznie próbując zagłuszyć rubaszną pieśń dobywającą się z gardeł spoczywających nieopodal pijaków.

Radujcie się, śmiertelnicy, chwyćcie łacno za kielichy!

Furda nimfa i jej wdzięki, dziś śpiewam, szczęśliwy!

Bumtarara, hej i ha! Dziś śpiewam, szczęśliwy!

Nicholas czuł ucisk w gardle. Spojrzał na swój poplamiony, ciasno zawiązany krawat, oderwawszy wzrok od sunącego po strunach smyczka, żeby nie pozwolić myślom podążyć tym smutnym szlakiem do innych skrzypiec i innych dzierżących ich rąk. Z każdą kolejną sekundą słabło jego zdecydowanie i odchodziła go i tak już mocno nadwyrężona cierpliwość.

Spokojnie – musiał sobie powtarzać. – Tylko spokojnie.

Bo i niełatwo zachować spokój, gdy dzikie pragnienie walenia pięściami w stół i ściany nie pozwala o sobie zapomnieć i gdy nagromadzona wściekłość stale domaga się ujścia. Raz jeszcze zmusił się do skupienia uwagi na mężczyznach zgarbionych nad swoimi stolikami, rżnących zapamiętale w karty i niezważających na łomoczący o dach i szyby ulewny deszcz. Mieszanina przeróżnych języków i dialektów odzwierciedlała mnogość statków ze wszystkich stron świata, które cumowały teraz w przystani w Nassau. Nie dostrzegł w tawernie ani jednego munduru, co było miłą niespodzianką dla niego i dobrodziejstwem dla zebranych w lokalu szmuglerów, bezwstydnie próbujących opchnąć kontrabandę.

Nic dziwnego, że właśnie to miejsce wyznaczyła na spotkanie Rose Linden. Zaczynał się zastanawiać, czy ta kobieta lubuje się w łajdactwach, czy po prostu ma je za nic. No cóż, tak czy inaczej miejsce nadawało się na potajemne spotkanie jak ulał, bo Nicholas wątpił, by któryś ze schludnych strażników Ironwooda pilnujących znajdującego się na wyspie przejścia miał się zjawić w cuchnącej potem i tanim ale portowej knajpie, gdzie gromadził się miejscowy element i horda pijanych w sztok marynarzy.

Uspokój się – rzekł sobie po raz kolejny.

Dotknął rzemienia ukrytego pod koszulą i obwiódł palcami zawieszony na nim delikatny kolczyk. Nie ośmielił się go wyjąć. Wczoraj wieczorem zauważył wyraz pogardy i obrzydzenia malujący się na twarzy Sophii, która zgromiła go wzrokiem, gdy w zamyśleniu oglądał klejnot w świetle małego ogniska i wpatrywał się w bladą perłę, złote liście i błękitne kamienie wprawione w cieniutką obręcz.

Bezpieczniej było patrzeć przed siebie niż studiować dowód swoich licznych porażek.

Etcie spodobałoby się tutaj. Myśl o niej wymknęła się z pilnie strzeżonego więzienia w umyśle Nicholasa i natychmiast zasnuła mu oczy widokiem ukochanej. Tak, Etta z przyjemnością i zainteresowaniem chłonęłaby egzotyczną scenerię, z wypiekami na twarzy słuchając smutnej historii tej wyspy leżącej w granicach pirackiego królestwa. Może nawet wypuściłaby się na poszukiwanie skarbów czy najęła się do jakiejś przemytniczej roboty i w krótkim czasie została ukochaną królową wszystkich miejscowych przemytników…

Co pewnie nigdy nie będzie miało miejsca, bo Etta przepadła. Nicholas wypuścił wolno powietrze, przemocą wtrącając samowolną myśl z powrotem za kraty.

Bywały takie dni, kiedy nie mógł sobie znaleźć miejsca, a obawa i niepokój doprowadzały go do szału. Wtedy jego myśli potworniały na podobieństwo sennych koszmarów, tylko że śnionych na jawie. Odniosła rany. Zniknęła. Może nawet nie żyje. Ale nie, ta jedna bardzo prosta myśl pojawiała się niezawodnie, gdy tylko pochłaniało go zwątpienie – Etta jest zbyt mądra i zbyt uparta, by ot tak umrzeć.

Celowo zgasił zawieszoną na ścianie obok nich latarnię i zamawiał ale oraz małe porcje jedzenia, by nikt nie ośmielił się wygonić ich z knajpy. Jednak z biegiem godzin garść monet, którą zarobił rano, rozładowując statek, topniała coraz bardziej i nie umiał przewidzieć, czy starczy do momentu, aż Rose raczy się wreszcie do nich pofatygować.

– Nie ma jej i nie ma – warknęła Sophia z przeciwległego krańca stołu.

Nicholas ścisnął grzbiet nosa, próbując zdusić narastającą frustrację, zanim zrobi pod jej wpływem coś głupiego.

– Cierpliwości – mruknął. – Noc jeszcze młoda. Nie wspominając o tym, że mamy jeszcze piwo.

Sophia prychnęła i opróżniła swój kufel jednym haustem, a potem sięgnęła po naczynie Nicholasa i dokończyła jego ale, ściągając na siebie pełne aprobaty spojrzenia siedzących obok opojów.

– No – powiedziała, z hukiem odstawiając naczynie. – Komu w drogę, temu czas.

Przez całe swoje dwudziestokilkuletnie życie Nicholas nie sądził, że zobaczy kiedyś na własne oczy Ironwooda wyglądającego tak haniebnie jak Sophia teraz. W związku z obecnością Ironwoodów na wyspie, a zwłaszcza z faktem, że sam Wielki Mistrz wyznaczył za głowę jego i Sophii nagrodę tak wielką, że można by za nią kupić całą tę wyspę, Nicholas i jego towarzyszka przebywali tutaj incognito.

Sophia niechętnie obcięła swoje długie, ciemne, kręcone włosy do ramion i związała je w mysi ogonek. Nie było łatwo skombinować dla niej marynarskie ubranie w tak małym rozmiarze, ale ostatecznie się udało i teraz nosiła je jak drugą skórę, co było niespodziewane, zważywszy na to, że chyba nigdy wcześniej nie miała na sobie niczego poza jedwabiami i koronkami.

Najbardziej zaskakującym elementem jej odzienia była jednak skórzana łatka zakrywająca pusty lewy oczodół.

Tak jak przewidywał Nicholas, po brutalnym pobiciu w Palmyrze Sophia straciła oko. Zanim zdołał wraz z Hasanem dowieźć ją do szpitala w Damaszku, w ranę wdała się infekcja. Próżność kazała Sophii przedłożyć powolną i bolesną śmierć nad usunięcie oka, a jednak kiedy lekarze zdecydowali się wyciąć je wbrew jej woli, jakaś jej część uparcie uczepiła się życia i nie puszczała, choć dziewczyna cierpiała katusze. Sophia szybko wróciła do siebie, a Nicholas nie mógł nie czuć podziwu dla jej siły woli i hartu ducha. Gdy już coś postanowiła, jej determinacja była wręcz przerażająca.

I całe szczęście. Gdy ona dochodziła do siebie w Damaszku, Nicholas ku własnemu zdumieniu znalazł w domu Hasana pozostawioną przez Rose wiadomość.

W związku z nieprzewidzianymi okolicznościami nie mogę czekać cały miesiąc, tak jak ustaliliśmy. Spotkamy w Nassau 13 października albo nigdy.

W którymś momencie jej podróży z powrotem do Damaszku, gdzie początkowo ustalili miejsce spotkania, coś się najwyraźniej zmieniło. Rose nie wtajemniczyła jednak Nicholasa w szczegóły, nie miał więc pojęcia, czy ma się bać, czy tylko złościć o to, że spodziewa się ich tak daleko i tak szybko. Współczuł Sophii, a z drugiej strony myśl o tym, że jej stan miałby zaprzepaścić szansę na odkrycie ostatniego wspólnego roku, wzbudził w nim przyprawiającą o mdłości panikę oraz piekącą frustrację.

Szczęśliwie siniaki i ranki zbladły i zniknęły w ciągu dwóch tygodni od pobicia, a po kolejnych trzech dniach była już dość silna, by poprowadzić ich serią przejść na Florydę. Po pokonaniu reszty drogi statkiem dotarli wreszcie do Nassau, gdzie… nigdzie nie mogli znaleźć Rose.

– Nie przyprowadzi ze sobą Etty, przestań ślinić się na tę myśl jak stęskniony szczeniaczek – rzuciła Sophia przez stół. – Gdyby tak miało być, już byśmy je zobaczyli, nie sądzisz?

Wcale się nie spodziewał, że Rose przybędzie do Nassau z córką, całą i zdrową. A przynajmniej nie od tego poranka. Nadzieja topniała w oczach, jak piasek przesypujący się w klepsydrze.

Nicholas po raz nie wiedzieć który nakazał sobie spokój. Nienawiść, którą Sophia do niego żywiła, aż skrzyła w powietrzu między nimi, a przez ostatnie tygodnie jej uczucia dla Nicholasa zmieniły się w coś o wiele brzydszego niż poprzednio. Co sprawiało, że spanie obok niej w nocy było… co najmniej niepokojące.

A jednak jej… Jakże gorzko smakowało słowo „potrzebował”, gdy odnosiło się do Sophii. Lecz taka była prawda: potrzebował jej pomocy przy znajdowaniu przejść, a w zamian zobowiązał się pomóc jej znaleźć się poza zasięgiem Ironwooda, gdy ich, pożal się Boże, przygoda dobiegnie końca. Prawdziwy powód, dla którego Sophia się go trzymała, był oczywisty: nie zaniechała jeszcze swoich planów związanych ze zdobyciem tego przeklętego przedmiotu.

A on musiał żyć z tą wiedzą, ponieważ, niech to piorun strzeli, potrzebował Sophii. Niech szlag trafi te żałosne skrawki wiedzy, które składają się na jego podróżniczą edukację. I niech diabli porwą jego zezowate szczęście. A wraz z nim wszystkich Ironwoodów, którzy chodzą po ziemi.

– Tak ci spieszno na deszcz? – spytał, mrużąc oczy. Ona również zmrużyła swoje jedyne, a potem skrzywiła się, odwracając głowę i po raz setny rozglądając się po tawernie.

Nicholas przesunął palcami po skraju blatu, pod opuszkami czuł każdą nierówność drewna. Jeszcze dwa dni temu myśl o zerwaniu umowy z Rose nie mieściła mu się w głowie. A jednak, jeśli sama nie była w stanie dotrzymać jej warunków, to co go powstrzymywało?

Już ty wiesz co – pomyślał. Odkrycie ostatniego wspólnego roku dla poprzedniej i aktualnej linii czasu. Etta przebyła Bóg jeden wie ile przejść, przemierzając dziesięciolecia i stulecia, aż wreszcie wylądowała gdzieś w tym właśnie wspólnym dla obu osi czasu roku, ranna i osamotniona. Powinien był kłócić się o to, co zrobią. Powinien był naciskać, żeby Rose szukała astrolabium, a on Etty, ale zrozumiał, nawet wykończony i zrozpaczony, że Rose z pewnością ma kontakty, które pozwolą jej szybko uporządkować linie czasu.

Nicholas przygotowywał się na stawienie czoła jej lodowatej furii. Bo nie ulegało wątpliwości, że Rose wpadnie w szał, gdy odkryje, że nie spędził minionych tygodni na poszukiwaniach astrolabium, tak jak mu kazała. Zajmie się tym ze zdwojoną siłą, gdy tylko obawa o życie Etty przestanie nawiedzać go z taką częstotliwością. Do tego czasu nie będzie w stanie całkowicie skupić się na tym zadaniu.

W zaciszu własnego serca bawił się myślą o odegraniu w tym przedstawieniu roli samolubnego drania i zniknięciu ze sceny, ale cała jego dusza burzyła się na takie łajdactwo. Gdy odnajdą i zniszczą astrolabium, a Etcie nie będzie groziło niebezpieczeństwo, z przyjemnością zostawi Ironwooda, by sczezł we własnym piekiełku, nękany świadomością, że nigdy nie zdobędzie artefaktu, o którym tak marzył.

Ale Etta… Etta była ważniejsza niż honor i powinność. Odnalezienie jej, udzielenie jej pomocy, uporządkowanie tego bałaganu, który stał się ich udziałem, było sprawą największej wagi. Była w końcu jego partnerką.

I miłością.

Zakończy tę sprawę, a potem pchnie swoje życie na nowe tory, tak jak zamyślił to sobie przed laty. Nigdy nie był częścią świata podróżników. Nigdy nie udzielono mu dostępu do jego tajemnic, nie pozwolono w pełni się w nim zanurzyć. Nigdy nie był nikim więcej niż tylko sługą.

Nawet przyszłość Etty stała się dla niego jak odległa, nieosiągalna gwiazda. Zdumienie, które wzbudziły w nim jej opowieści o postępie, wojnach i odkryciach, wciąż odbijało się echem w jego sercu, ale wszystkie te rzeczy jawiły mu się jako niedostępne, zbyt dalekie, by mogły się urzeczywistnić. Pozostawały więc szaloną i piękną… fikcją. A czy warto dążyć do nieosiągalnego celu? Lecz to nieważne, bo niezależnie od tego, czy będą iść przez życie ramię w ramię, czy też w pojedynkę, Nicholas chciał odtworzyć dla Etty świat, który znała i kochała.

Pośród dźwięków tawernianej pijatyki od czasu do czasu dało się słyszeć głośne trzaśnięcie drzwi, czy to pchniętych podmuchem wiatru, czy ręką marnotrawnych dusz, które wtaczały się do środka, szukając schronienia przed deszczem i troskami. Nicholas utkwił wzrok w wejściu, wyczekując charakterystycznego błysku złotych włosów i bladobłękitnych oczu.

– Mógłbyś się na coś przydać i usunąć tego degenerata siedzącego w kącie? – gderała Sophia. Skrzyżowała ramiona na stole i oparła na nich głowę. – Jeśli nie przestanie się na mnie gapić, zacznę pobierać od niego opłaty.

Nicholas zamrugał, rozejrzał się po pomieszczeniu, a następnie wrócił wzrokiem do swojej towarzyszki.

– O czym ty mówisz, do diabła?

Wściekłość buchnęła z niej jak fala gorąca, gdy wyprostowała się raptownie i wskazała głową na stolik w dalekim kącie oberży. Ślęczał przy nim mężczyzna okutany czarnym płaszczem i w przekrzywionym kapeluszu nasuniętym na przemoczoną perukę. Siedział jak na szpilkach, jakby w każdej chwili był gotów wybiec na deszcz. Napotkał spojrzenie Nicholasa i pospiesznie wlepił wzrok w kufel. Zaczął nerwowo wystukiwać na blacie jakiś rytm. Dopiero wtedy Nick zauważył znajomy sigil z drzewem naszyty złotą nicią na wierzch rękawicy.

Ściśnięty żołądek rozluźnił się wreszcie. Ten obdartus należał do rodziny Lindenów. Nicholas był gotów się założyć, że to strażnik.

Albo Ironwood w przebraniu, który próbuje złowić ich na przynętę.

Nie… Ostatni miesiąc sprawił, że zrobił się podejrzliwy, może nawet zanadto. Ironwood nie certoliłby się z nimi i doprowadził do otwartej konfrontacji. Choć rodzina jego ojca nigdy nie grzeszyła subtelnością, to miała słabość do przemocy. Mimo to sięgnął palcami do noża, który ukrył zawczasu w kieszeni.

– Zostań tutaj – polecił Sophii.

Która, oczywiście, wstała i poszła za nim rozkołysanym krokiem. Wypiła stanowczo za dużo. Postać w kącie nie podniosła wzroku, gdy Nicholas i Sophia dosiedli się do stołu.

– Zajęte – warknął nieznajomy. – Na kumpli czekam.

– Kumpli, mówisz? – odparł Nicholas. – Zdaje się, że mamy wspólnego kumpla.

– Doprawdy? – Mężczyzna obrócił w palcach cynowy kufel. I jeszcze raz. I znowu. Pewnie robiłby to dalej, gdyby ręka Sophii nie wystrzeliła naprzód i w ułamku sekundy nie nakryła naczynia.

– Wkurzaj mnie dalej – wycedziła – i zobacz, co się stanie.

Mężczyzna wzdrygnął się, słysząc jad w jej głosie. Przyjrzał się jej, na dłużej zawieszając wzrok na zakrywającej oko łatce.

– To taki kostium, kochaneczko, czy ty naprawdę…?

Nicholas odchrząknął, ściągając nieznajomego z tej niebezpiecznej ścieżki.

– Czekaliśmy na… na kogoś innego.

Skóra mężczyzny wyglądała, jakby ktoś zbyt długo suszył ją przy kominku. Nicholas dobrze znał tę cerę, która była dowodem na to, że ten ktoś spędził kawał życia na morzu. Nieznajomy strzelał zielonymi oczami po pomieszczeniu, zdejmując kapelusz i nasuwając perukę głębiej na czoło.

– Widziałem tu… Powiedzmy, że widziałem tu kilka osób, których zwykle staram się unikać. Łażą po plażach i po mieście, o wiele za blisko na mój gust. Aż się człowiek zaczyna zastanawiać, czy dobrze robi, pomagając damie.

– Ostrożność to dobra cecha – zgodził się Nicholas. – A gdzie ta dama?

Mężczyzna puścił pytanie mimo uszu i podjął pobudzonym głosem:

– Powiedziała, że będzie tylko jeden człowiek, nie dwoje. Ale ani chybi miała na myśli ciebie. – Przeskoczył wzrokiem do Sophii. – Co do ciebie nie mam pewności.

Kobieta zmrużyła powieki.

– To moja wspólniczka – powiedział pospiesznie Nicholas. Rozumiał, dlaczego mężczyzna jest taki tajemniczy, ale z każdą chwilą bez astrolabium w dłoni miał wrażenie, że marnuje czas. – Czy twoim zadaniem jest zaprowadzić nas do wspomnianej damy?

Mężczyzna pociągnął łyk z kufla i odkaszlnął, rozglądając się bojaźliwie, a potem jego ręka zniknęła w połach płaszcza. Nicholas odruchowo zacisnął palce na rękojeści sztyletu.

Lecz zamiast broni nieznajomy wyciągnął złożoną kartkę papieru i położył ją na stole. Nicholas przyjrzał się czerwonej pieczęci z wyciśniętym sigilem Lindenów, a potem podniósł oczy na posłańca. Sophia porwała list z blatu, obracając go na wszystkie strony i nim potrząsając, jakby spodziewała się, że wycieknie z niego trucizna.

– Nasz… kwiatuszek – mężczyzna odnalazł język w gębie – miał pilną sprawę do załatwienia. No, skoro się jej odwdzięczyłem, to może już pójdę się zająć swoimi…

– Odwdzięczyłeś? – powtórzyła Sophia wyzywająco, najwyraźniej jeszcze bardziej niż zwykle skora do zwady. – Czy ty nie masz czasem być strażnikiem?

Mężczyzna odsunął się od stołu wraz z krzesłem.

– Kiedyś nim byłem, zanim pewna rodzina wybiła ich prawie do nogi. Teraz sam jestem sobie panem. A życzeniem pana jest stąd wyjść.

Nicholas wstał równocześnie z byłym strażnikiem Lindenów, a potem ruszył za nim przez zbity tłum. Gdy znalazł się wystarczająco blisko, złapał go za ramię.

– Co to za pilna sprawa do załatwienia? Czekamy na nią od…

Strażnik wyrwał się z uścisku, niechcący trącając innego bywalca tawerny. Ale wylało się prosto na buty Nicholasa.

– Czy wyglądam na kogoś, komu Rose Linden powierzyłaby swoje cholerne tajemnice?

Właściwie w przemoczonych łachmanach i z imponującą blizną wokół szyi, która nie mogła być niczym innym, jak tylko pamiątką po stryczku, wyglądał właśnie na kogoś takiego.

– Na pewno nie powiedziała ci czegoś jeszcze? – naciskał Nicholas, poirytowany koniecznością podniesienia głosu. Gdyby jednak nie krzyknął, nieznajomy nie usłyszałby go przez kakofonię skrzypiec i rubaszny śmiech tłuszczy. – Czy wciąż jest gdzieś na wyspie?

– Czy ja mówię po chińsku, kolego? – odpowiedział strażnik pytaniem na pytanie. – Nie rozumiesz po angielsku?

Nagle przez basowy mruk męskich głosów przebił się kobiecy wrzask. Nicholas okręcił się w miejscu, szukając wzrokiem stolika, od którego właśnie wstał. Znalazł posługaczkę, próbującą nerwowo pozbierać z blatu odłamki potłuczonych szklanek. Inna niewielka postać w marynarskim płaszczu pomagała jej zetrzeć płyn, który spływał kaskadą na podłogę.

– Ty… ty niezdarna krowo! – ryknęła Sophia i wyrwała dziewczynie szmatę z rąk, żeby wytrzeć poplamione ubranie.

– Przepraszam… ja nie chciałam… potknęłam się… – tłumaczyła się nieskładnie zdenerwowana dziewczyna.

– Ślepa jesteś czy jak?! – piekliła się Sophia. – To ja nie mam oka!

– Powodzenia z tą panią – usłyszał za sobą głos strażnika, lecz gdy się do niego odwrócił, mężczyzna przedarł się już przez tłum i był przy samym wejściu. Wiatr naparł na otworzone drzwi i walnął nimi o framugę, gdy strażnik znikał w nocnej ciemności. Właściciel Trzech Koron musiał w związku z tym odstawić pełną tacę i je zatrzasnąć, nim deszcz wleje się do środka.

– Co się stało? – spytał Nicholas, przepychając się w kierunku bezskutecznie walczącej z plamami Sophii. Ta opadła na krzesło i mordowała wzrokiem dziewkę służebną, wrzucającą do fartucha ostatnie łupiny szkła.

– Ktoś – wyrzekła z naciskiem, jakby ów „ktoś” nie stał o krok od niej – zapewne jakaś głupia koza, postanowił, dla krotochwili chyba, zmarnować dobry rum i oblać mnie nim od stóp do głów…

Nicholasowi przemknęło przez głowę, że opryskana rumem Sophia pachnie lepiej niż poprzednio.

– Wcale nie jestem głupia! – Dziewczyna pokraśniała. – Byłam uważna, sir, tylko się potknęłam!

Uciekła, zanim zdążył ją zapewnić, że nic się nie stało. Jej nieobecność zdawała się jeszcze rozsierdzać Sophię.

– No co? Słówko krytyki i już w płacz? – warknęła, a potem krzyknęła za kobietą: – Więcej ikry, ty płaczliwa…

– Dość – uciął Nicholas. – Daj lepiej ten list.

Sophia skrzyżowała ramiona na piersi i opadła na krzesło.

– Paradne! Ledwie go podniosłam, wyrwałeś mi go z rąk.

– Szkoda mi czasu na twoje gierki – rzucił zniecierpliwiony. – Po prostu mi go oddaj, dobrze?

Popatrzyła na niego zdezorientowana. Zimny dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie.

– List. Natychmiast – wycedził, wyciągając rękę.

– Nie mam go – odrzekła z naciskiem.

Jeszcze przez chwilę gapili się na siebie, Nicholas czuł, że Sophia kroi go spojrzeniem na kawałki. Jego umysł pracował na najwyższych obrotach. Schylił się, przeszukał podłogę, obejrzał krzesła i znowu podłogę wokoło. Na myśl przyszła mu posługaczka. Nie – zmitygował się. Widział, jak klęczała przy stole, no i z pewnością nie kręciłaby się przy nim, gdyby dopiero co ukradła list. Wiedział też, że nie wrzuciła wiadomości do fartucha. Przecież by to zobaczył. Co oznaczało…

Ten drugi mężczyzna. Ten w płaszczu, który pomagał jej wytrzeć stół.

– Gdzie poszedł tamten facet? – spytał nagląco, okręcając się na pięcie do Sophii.

– Jaki facet? O czym ty bzdurzysz? – gderała dziewczyna, dźwigając się na nogi. Gdy zaczęła tyradę, mignął mu gdzieś między ludźmi ciemnogranatowy płaszcz. Szerokie rondo kapelusza szczupłego mężczyzny nie zdołało ukryć wyrazistych rysów twarzy. Chińczyk stał na schodach wiodących do prywatnych pokojów na górze i mierzył ich nieprzeniknionym wzrokiem. Nicholas zmrużył oczy i zrobił krok w jego kierunku. Mężczyzna puścił się pędem po schodach jak spłoszony królik.

– Piekło i szatani! – zaklął Nick z pasją. – Zaczekaj tu…

Sophia wyjęła z marynarki pistolet, którego nigdy wcześniej nie widział na oczy, wymierzyła i od razu strzeliła w kierunku schodów. Cisza, która zaległa w tawernie, aż dzwoniła w uszach, gdy oczy zebranych skupiły się na dziewczynie. Zadzwoniły i zazgrzytały dobywane noże, miecze i pistolety. Za sprawą tej małej eksplozji prochu strzelniczego Sophia dostała wreszcie swoją walkę, której nie mogła się doprosić od unikającego konfliktów Nicholasa, od obrażonej posługaczki, od każdego, kto choćby krzywo na nią spojrzał.

Jeden z mężczyzn o ruchach spowolnionych przez rum trącił drugiego w kark, próbując dobyć broni. Ten wydał z siebie zduszony okrzyk, zamachnął się kułakiem i strzelił tamtego w twarz, a on zwalił się na najbliższy stół, katapultując w powietrze karty, kości, jedzenie i piwo. Szulerzy zerwali się na nogi i rzucili z pięściami na gapiących się ludzi, którzy naturalnie musieli stawić im opór.

Jakiś marynarz wyłonił się ze skłębionego tłumu, machając krzesłem nad głową i najwyraźniej zamierzając przywalić nim Sophii. Dziewczyna stała w miejscu, krzywo się uśmiechając.

Niech to szlag – przeleciało Nickowi przez głowę, nim zawołał:

– Twoja lewa!

Kapelusz spadł Sophii z głowy, gdy obróciła się z impetem. Zamachnęła się i bezbłędnie trafiła napastnika w odsłonięte krocze. Mężczyzna zwalił się na ziemię z krzykiem, a ona złapała w powietrzu puszczone przez niego krzesło, po czym malowniczo wyrżnęła go nim w potylicę.

Skrzypce jęknęły, gdy smyczek raptownie zsunął się ze strun, a skrzypek padł na podłogę. Rychło w czas, bo kolejne krzesło, ciśnięte z mocą przez urżniętą whiskey nierządnicę próbującą trafić swą konkurentkę twarz, przefrunęło mu nad głową niczym rybitwa szybująca nad zatoką.

W oku cyklonu, który rozpętał się w tawernie, stał samotny pijaczek. Miał zamknięte oczy i przytrzymywał się spróchniałej poręczy, drugą dłonią tuląc do piersi butelczynę z rumem.

– Niech mewy wyżrą ci oczy! – wrzasnął Nicholas.

– Chyba oko – odparła Sophia, wsypując do pistoletu ostatnią porcję prochu. Sięgnęła po wypitą do połowy butelkę rumu, którą poprzedni właściciel zostawił na stole, i zdzieliła nią pierwszego lepszego ochlejusa.

Nicholas utorował sobie drogę przez skłębioną tłuszczę, robiąc po drodze unik przed mknącą w jego stronę klingą. Właściciel wspiął się na kontuar i zamiast krzykiem prosić wszystkich o spokój, wskoczył na plecy najbliższemu bywalcowi i z dzikim rykiem powalił go na ziemię.

Nicholas był niegdyś świadkiem tarzania w smole i pierzu, które naraz zdało mu się bardziej cywilizowane niż rozgrywające się właśnie na jego oczach dantejskie sceny.

Doskoczył do schodów, akurat by uchwycić jeszcze wzrokiem Azjatę odpychającego ze swojej drogi skołowaną ulicznicę. Ta runęła w dół w burzy spódnic i halek. Nicholasowi udało się ją złapać, niechybnie ratując przed skręceniem karku.

– Chryste! – wysapał, rozpędzając chmurę pudru, która poderwała się z jej peruki.

– Dzięki ci, dobry panie…! – Kobieta obsypała pocałunkami jego twarz. Nicholas musiał ją delikatnie odepchnąć, by puścić się w dalszą pogoń.

– Szanowna pani, proszę…

– Z drogi, ty dziwko! – Zobaczył Sophię u stóp schodów z pistoletem wycelowanym prosto w twarz kurtyzany. – Jest biedny jak mysz kościelna, a nawet gdyby śmierdział groszem, ani jednego by na ciebie nie wydał!

Na dźwięk tych słów prostytutka powściągnęła swoją wdzięczność, prychnęła i zbiegła po schodach, by włączyć się do walki.

– Co z tobą? Rozum ci odebrała tymi pocałunkami? – zakpiła Sophia. – Naprzód! On ucieka!

Nicholas ruszył po schodach, przesadzając po dwa stopnie na raz. Wpadł na drugie piętro, dysząc jak lokomotywa. Na końcu wyłożonego dywanem korytarza ziały rozwarte na oścież drzwi. Nicholas popędził w ich stronę. Niemal na progu stała ciemnowłosa dziewczyna owinięta dzierganym kocem, uwieszona na ramieniu drugiej, która klepała ją delikatnie po plecach. Kobieta mówiła szybko, bełkotała:

– Na mnie… drzwi… kurdupel… śmieszny pokurcz… nożem mi groził… przez okno…

– Pokurcz? – powiedział Nicholas jednocześnie z Sophią, która powtórzyła:

– Przez okno?

Dziewczyny zauważyły ich dopiero teraz, były wyraźnie zaskoczone.

– No… tak, niski facet, bardzo niski, prawie jak dziecko. I jest jednym z tych… jak im tam…

– Z Dalekiego Wschodu? – podsunęła druga. – Chińczyk?

Pierwsza potwierdziła skinieniem, a potem zwróciła się do Nicholasa, niechybnie oczekując nagrody. Ale Sophia miała rację – bynajmniej nie śmierdział groszem, nawet jeszcze zanim kupił picie i jedzenie.

Sophia wsunęła się do pokoju, Nicholas zamknął za nią drzwi. Pomieszczenie tonęło w dymie zdmuchniętych świec i intensywnej woni kwiatowych perfum. Przez otwarte okno lał się do środka deszcz, na dywanie rosły wilgotne plamy.

Sophia znalazła strzęp materiału w szczelinie futryny. Przyjrzała mu się bacznie, tymczasem Nicholas wychylił się przez okno, szukając uciekiniera na zlanej deszczem ulicy. Przerzucił nogę przez parapet i zszedł na dach werandy, po czym zwinnie zeskoczył na ziemię. Usłyszał za sobą przekleństwo i głuchy łomot. To Sophia zeskoczyła w ślad za nim.

Nicholas pobiegł naprzód, dłonią osłaniając oczy przed tropikalną ulewą. Woda lała się z nieba strumieniami, płynęła po bruku niczym rwąca rzeka, żłobiła koryta w ziemi, choć na tę jedną noc obmywając wyspę z brudu i nieczystości.

Ale złodzieja nigdzie nie było widać, a wraz z nim przepadł list od Rose.

– Carter! – Sophia stała jak wryta przy werandzie. Gdy spojrzał w jej stronę, wielka ciemna gruda wsparta o jaskrawo pomalowaną ścianę nagle przybrała kształt człowieka.

– Co tu się… – słowa uwięzły Nicholasowi w gardle. Cofnął się o krok.

Strażnik Lindenów siedział skulony pod ścianą, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Jego skóra przybrała woskową barwę, jakby spuszczono z niego całą krew. W deszczu i niemal kompletnej ciemności Nicholas nie był w stanie dostrzec żadnej ewidentnie śmiertelnej rany – żadnej dziury po kuli, cięcia ani sińców, jakie zostawały na ciałach uduszonych.

– Co tu się stało? – dokończyła Sophia, kucając przy zwłokach. Obróciła głowę trupa na bok. Strużka krwi wyciekła mu z ucha i spłynęła po linii żuchwy.

– Tu są!

Nicholas podniósł wzrok na dwie przechylone przez parapet prostytutki, pokazujące ich komuś palcami. Kilku mężczyzn stojących za kobietami odwróciło się na ich widok i zbiegło po schodach.

– Musimy uciekać – rzucił do Sophii.

– Nie będę się kłócić – odpowiedziała i ruszyła naprzód, prowadząc Nicholasa głębiej w serce nocnej burzy.

SAN FRANCISCO, ROK 1906Rozdział 3

Etta balansowała na granicy snu, prowadzona przez ulotne, rozmyte wspomnienie.

Kotłujące się u jej stóp fale wygładziły się i zaczęły delikatnie unosić się i opadać w rytmie zestrojonym z biciem jej serca. Otaczał ją krąg twarzy omytych wątłym światłem świecy. Coś szeptały, a wyłaniające się z ciemności ręce szarpały jej posiniaczone ciało. Odsunęła się, skryła wśród chłodnych jedwabi i cieni spowijających jej świadomość. Szukała światła, które wcześniej dostrzegła: odbicia księżyca w ciemnej tafli wody.

On znalazł ją pierwszy, jak zawsze. Dostrzegł ją z przeciwnego końca okrętu. Ta część jej umysłu przyćmiona poczuciem straty znowu buchnęła płomieniem, który pochłonął ból i strach, aż nie miała przed oczami nic więcej, jak tylko jego. Woda uderzała o burty w jednostajnym rytmie, fale unosiły się i opadały z każdym krokiem, który czynili w swoją stronę.

Gdy tylko przed nią stanął, ona natychmiast znalazła się w jego ramionach i wcisnęła twarz w szorstką lnianą koszulę. Nabrała do płuc bijącej od niego morskiej woni. Jej dłonie błądziły po jego silnych, umięśnionych plecach, szukając znajomego ciepła. Jest tutaj, nie gdzieś daleko, ale tutaj, przy mnie. To proste doznanie zakorzeniło się i rozkwitło w jej sercu. Szorstki policzek otarł się o gładką skórę jej twarzy, usta poruszyły się przy uchu, ale Etta nie usłyszała ani słowa, choć przytulali się ze wszystkich sił.

Świat pod jej powiekami poruszył się raz jeszcze; cienie rozwiały się na tyle, by mogła zobaczyć innych wokoło. Oraz zakręt tunelu metra. Wygrywane na skrzypcach nuty drgały w nieruchomym powietrzu, a Etta uprzytomniła sobie, że porusza się do rytmu, wiruje w jego objęciach, zataczając w nieskończoność koło za kołem. Pomyślała o tym, jak ujęła ramię Nicholasa, jak głaskała wyraźnie zarysowane żyły i mięśnie, wyrzeźbiła go sobie w ciemności samym tylko dotykiem. Ściany drżały, dookoła niósł się głuchy łomot, gdzieś z góry dobiegał ryk silników i huk bomb, a Etta pomyślała, unosząc wzrok i starając się dostrzec w mroku jego twarz, że niech się wali i pali, niech wszystko legnie w gruzach…

Pochylił głowę i rozmył jej się przed oczami, po czym zniknął zupełnie. Chciała go zatrzymać, złapać za rękaw, chwycić za ręce, ale on rozwiał się przed nią jak liście porwane wiatrem i zostawił ją samą w nicości.

Nie odchodź – błagała, gdy odeszła ją ciężkość ciała i na powrót znalazła się we własnej skórze, ogarnięta paniką. – Nie teraz, nie teraz…

Nicholas zawołał coś do niej ze śmiechem.

Dzień dobry naszym budzącym się duszom…

Etta otworzyła oczy.

Nie czuła już ognia, który spalał ją na pustyni. Chociaż tyle. Gdyby tylko nie to paskudne przeświadczenie, że znaczy tyle co drobinki kurzu tańczące w migotliwym świetle lampy stojącej obok na stoliku… Leżała nieruchomo, zmuszając się do wyrównania oddechu. Obserwowała pokój spod półprzymkniętych powiek.

Tam. W nogach łóżka siedział mężczyzna, zgarbiony na krześle o wysokim oparciu.

Etta powstrzymała się od krzyku. Widziała tylko czubek głowy tego człowieka, porośnięty gęstymi, ciemnymi włosami. Światło świecy wydobyło z ciemności kilka srebrnych pasm wplątanych w czerń jego czupryny. Nosił prostą koszulę i ciemne spodnie; najwyraźniej w nich spał, bo były mocno wymięte. Jedna jego ręka spoczywała na otwartej książce rozłożonej na kolanach. W palcach trzymał rozwiązaną muszkę. Drugie ramię zwisało z oparcia krzesła. Jego pierś unosiła się w jednostajnym rytmie wraz z każdym oddechem.

Nieprzyjemne uczucie bycia obserwowaną w czasie snu i niepokojące doznanie bezradności rozpłynęły się, gdy odkryła, z jaką sumiennością pilnuje jej przydzielony strażnik.

Poczuła podmuch na twarzy, wilgotnej od potu i łez. Bryza poruszyła kołnierzem jego rozpiętej koszuli. Ktoś zostawił otwarte okno, wiatr wybrzuszał długie, aksamitne, karmazynowe kotary.

Powoli, tak żeby nie wydać najmniejszego dźwięku, Etta poruszyła się w pościeli. I przygryzła wargę, gdy ból przeniknął ją od stóp do głów. Prędko rozejrzała się po pokoju, szukając w półmroku kogoś jeszcze, ale nie znalazła. Przy ścianie pokrytej tapetą z kwiatowym deseniem stał zgrzebny sekretarzyk, a kawałek dalej szafa z szufladami, która wyglądała na tak wielką, że Etcie zdawało się, że cały pokój zbudowano wokół niej. Obydwa meble wyrzeźbiono z tego samego lśniącego drewna. Oplatał je deseń liści i bluszczu, a wzór sprawiał wrażenie, jakby wyrastał sam z siebie.

Piękne to moje więzienie – musiała przyznać. – Śliczna mała złota klatka. Czas poszukać drzwiczek.

W pomieszczeniu płonęło kilka świec. Stały na stoliku nocnym, na biurku, tkwiły w kinkiecie przy drzwiach. Dzięki nim mogła zobaczyć swoje odbicie w zakurzonym lustrze wiszącym obok szafy. Było zniekształcone za sprawą pęknięcia biegnącego przez środek szklanej tafli.

O Boże, to mam być ja?

Przetarła oczy i raz jeszcze spojrzała na odbicie, nie wierząc własnym oczom. Wiedziała, że opaliła się w Damaszku, ale nie przypuszczała, że cała jej twarz, uszy i szyja są spalone słońcem do tego stopnia, że aż złazi z niej skóra. Jej tłuste włosy zapleciono w warkocz, by nie spadały na twarz, więc nie kryły zapadniętych policzków. Wyglądała, jakby ciężko chorowała – albo wręcz stała nad grobem. Gdyby nie zmyto brudu z jej twarzy i ramion, pomyślałaby, że ktoś wlókł ją za taksówką przez cały Times Square.

Ale najgorsze było to, że gdy spała, ktoś ją rozebrał. Zamiast ubrań, które dostała od Hasana w Damaszku, miała na sobie długą do kostek koszulę nocną, wiązaną wysoko pod szyją ohydną fioletoworóżową kokardą. Żywiła nadzieję, że zrobiła to ta sama osoba, która opatrzyła jej ramię i ją umyła. Mimo to zadrżała na myśl, jak bezbronna wówczas była i o ile gorzej mogło się to dla niej skończyć.

Skupiła uwagę na lewym ramieniu. Odwinęła materiał koszuli i rzuciła okiem na gryzący bandaż, którym ręka była owinięta aż do łokcia. Zagryzając wargi, odpędziła cisnące się do oczu łzy, gdy odrywała materiał od gojącej się oparzeliny. Ta miała obrzydliwy, niezdrowy odcień różu. Wciąż była napuchnięta, budziła skojarzenie z wielkim nieregularnym bąblem. Ścisk w gardle stał się nieznośny. Etta wciągnęła powietrze, przenosząc wzrok na śpiącego strażnika.

No rusz się, Spencer. Najpierw uciekaj, później będziesz myśleć.

Gdy tylko nabrała pewności, że nie zwymiotuje, zwiesiła nogi z łóżka i oparła stopy na zakurzonym orientalnym dywanie. Właśnie sprawdzała, czy słabe nogi podźwigną jej ciężar, gdy zza zamkniętych drzwi po przeciwnej stronie pokoju doszedł ją raptowny stukot kroków.

Tak szybko, że aż mroczki zatańczyły jej przed oczami i zakręciło jej się w głowie, opadła na kolana i skryła się za łóżkiem, tak by nie zobaczył jej ten, kto właśnie wchodził do pomieszczenia.

– Muszę…

– Tak? To mu to powiedz…

Głosy narosły, a potem zaczęły cichnąć, aż w końcu całkiem zamilkły. Zamiast nich Etta usłyszała dobiegający gdzieś z dołu wątły dźwięk muzyki. Dzwonienie kieliszków wcięło się w gwar i śmiechy.

– Chluśniem, bo uśniem!

– Zdrówko!

Strach otrzeźwił ją natychmiast.

„Wygląda na to, że szczęście jeszcze całkiem nie opuściło pana Ironwooda”.

Zarówno Nicholas, jak i Sophia ostrzegli ją, że Cyrus Ironwood obstawił wszystkie przejścia strażnikami, którzy pilnują ich dzień i noc. Nie rozpoznała mężczyzny, który do niej mówił, ale nie miało to znaczenia, skoro to jedno słowo, jedno nazwisko, wystarczyło, by jej uświadomić, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie.

Ale rozbudzony na nowo strach pochłonął nawet tę myśl.

Gdzie jest Nicholas?

Te ostatnie sekundy w grobowcu zatarły się w jej pamięci. Pamiętała tylko ból, krew i wykrzywioną przerażeniem twarz Nicholasa, a potem…

Gdyby ktoś ją zapytał, co poczuła potem, opisałaby to wrażenie tak: niewidzialna lina oplotła ją w pasie i pociągnęła w implodującą ciemność, jakby drugi jej koniec przywiązany był do spadającego w przepaść ciężaru. Etta przycisnęła pięści do oczu, chcąc przepędzić z głowy to straszne wrażenie. Na samą myśl przechodziły ją dreszcze.

Zostałam osierocona przez swój czas.

Linia czasu uległa zmianie.

Moja przyszłość przestała istnieć.

Nagłe uczucie paniki pozbawiło ją tchu, poczuła gorąco narastające jej w piersi i pnące się ku głowie. Wszystko pasowało, elementy układanki zazębiały się ze sobą, tak jak wyjaśnili jej to Sophia i Nicholas. Została wyrwana z linii czasu, w której przebywała, a następnie ciśnięta przez serię przejść, które wypluły ją do ostatniego wspólnego momentu dla starej linii czasu i nowo powstałej odnogi, którą nieodwracalnie powołała do życia – gdziekolwiek by to było.

Czy to dlatego, że Ciernie zabrały astrolabium? Etta wiedziała, że linia czasu może ulec zmianie przez byle głupstwo, ale trzeba było czegoś więcej, by osierocić podróżnika. Do tego potrzebna była wyraźna intencja, strategia, celowość. Odebranie jej astrolabium, uniemożliwienie jej zniszczenia go – to za mało, by ją osierocić. Stało się coś jeszcze – tylko co? Musieli z niego skorzystać. To jedyne wytłumaczenie, które przychodziło jej na myśl. Ciernie użyły astrolabium i bezpowrotnie zmieniły – zniszczyły – jakieś wydarzenie lub moment w historii.

A teraz Etta utknęła tutaj, w jakiejś posiadłości rojącej się od Ironwoodów, a Nicholas był Bóg jeden wie gdzie i kiedy.

Barwne mroczki zapląsały jej pod powiekami, krew zadudniła w uszach, bicie serca spotężniało do ogłuszającego crescendo, które z miejsca ją otrzeźwiło.

Mama.

Nie, nie wolno jej teraz o niej myśleć. Ironwood poprzysiągł zabić Rose, jeśli Etta nie wróci z astrolabium w ustalonym terminie. Ale… Głęboko zaczerpnęła powietrza. Sądząc po tym, co wiedziała o matce i jej poczynaniach, musiała wierzyć, że Rose wciąż żyje, że umknęła z miejsca, gdzie więzili ją Ironwoodowie.

A więc teraz jej kolej, by zrobiła to samo.

Rozluźniła mięśnie i zaczęła oddychać, tak jak nauczyła ją Alice, gdy zmagała się ze szczególnie bezlitosnym atakiem tremy. Niepokój i przerażenie w niczym jej teraz nie pomogą. Nabrała powietrza, wypuściła, a potem jeszcze raz, aż była w stanie przywołać w myślach błogie, kojące dźwięki Skowronka wzlatującego Vaughana Williamsa. Był to ulubiony utwór Alice, który Etta zagrała nauczycielce na urodziny kilka miesięcy przed… przed koncertem w Mecie. Przed tym, jak została zastrzelona zaraz przed przejściem.

Przestań myśleć! – upomniała się. – Po prostu idź.

Jej stróż poruszył się na krześle, gdy wstała raptownie, a potem zmienił pozycję na wygodniejszą, wydając z siebie ciche westchnienie. Książka już prawie wysunęła mu się z rąk. Dziewczyna nie traciła czasu na zastanawianie się, dlaczego strażnik czuł się na tyle swobodnie, pilnując więźnia, że aż zdjął buty i skulił się na krześle z książką.

To teraz nieważne. Ważne było, żeby wykorzystać okazję do ucieczki, która może się już nie powtórzyć.

Futryna zaskrzypiała w akcie protestu, gdy Etta szerzej rozwarła okno. Wyjrzała ostrożnie, opierając się o parapet. Gdy nabrała pewności, że teren jest czysty, szybko wsunęła głowę z powrotem do środka.

Księżyc oświetlał ruiny miasta. Tonęły w mroku, nierozświetlone latarniami z wyjątkiem kilku jasnych punktów w ciemności, ale Etta dobrze widziała strome, kręte ulice, które niknęły pod stertami cegieł i drewna, by wyłonić się z nich po drugiej stronie, nadpalone i zniszczone.

W powietrzu unosiła się woń dymu i soli. Uparte wietrzysko przygnało znad pobliskiego jeziora gęstą mgłę i Etcie zdało się, że miasto oddycha chłodnym i czystym obłokiem. Budynkom brakowało ścian i części górnych pięter, jakby wygryzła je jakaś olbrzymia bestia ogarnięta szałem, a niektóre okna były czarne i wybite, przywodziły na myśl luki w uzębieniu. Ale tu i ówdzie dostrzegła też domy, które wyglądały na zupełnie nowe, gdzieniegdzie, w przerwach między świeżo postawionymi ścianami dało się dostrzec betonowe szkielety. Choć wiele ulic i widniejących pośród rumowiska plam gruntu oczyszczono z gruzu, skala destrukcji skojarzyła się Etcie z Londynem z czasów wojny, gdzie trafiła z Nicholasem.

Zdawało jej się, że jeszcze przed chwilą miała mętne podejrzenie co do tego, gdzie się znajduje, ale uleciało, nim zdołała je pochwycić. Epoka okazała się czymś bardziej oczywistym. Meble, kosztowne kotary, łoże, obrzydliwa koszula nocna kojarząca się z ubrankiem wiktoriańskiej porcelanowej lalki, zniszczenia… późny dziewiętnasty wiek? Początek dwudziestego?

No cóż – pomyślała, chcąc podnieść się na duchu. – Nie ma innej drogi, jak tylko naprzód.

Oceniła, że umieszczono ją na drugim lub trzecim piętrze dużego domu, choć nie sposób było tego ocenić, bowiem znajdował się na wzgórzu. Ta strona budynku została pokryta skomplikowaną siatką drewnianych rusztowań biegnących od ziemi aż po sam dach.

Wyciągnęła rękę, by sprawdzić, czy uda jej się dosięgnąć najbliższej belki. Jej palce z łatwością zacisnęły się na nieheblowanym drewnie i zanim zdołała to przemyśleć, zanim doszła do wniosku, że to bardzo zły pomysł, wlazła na parapet, oparła nogę o poprzeczną belkę, a drugą wyciągnęła w kierunku najbliższej poziomej półki.

– To jakieś wariactwo – mruknęła pod nosem, sprawdzając, czy drewno utrzyma jej ciężar. Ile razy podawali w wiadomościach, gdy dorastała, że zawaliło się kolejne rusztowanie na jakimś placu budowy w Nowym Jorku?

Osiem. Dokładnie osiem.

Cała krew natychmiast odpłynęła jej z twarzy. Znieruchomiała, niemal słysząc wybijany przez serce niecierpliwy rytm, a gdy złapała równowagę, ruszyła naprzód. Wstrzymała oddech. Ramiona trzęsły się jej z wysiłku, gdy zeszła z parapetu i wlazła na deskę. Ta skrzypnęła ostrzegawczo, ale nawet się nie ugięła pod ciężarem. Brawo, dobra robota – pochwaliła się Etta w myślach. – Oby tak dalej.

Czuła się trochę tak, jakby schodziła po jakiejś postmodernistycznej drabinie. Od czasu do czasu miała wrażenie, że konstrukcja drży, a niektóre odstępy między deskami wydawały się zbyt duże, by zdołała je przebyć, ale z każdym krokiem zyskiwała coraz większą pewność, że uda się jej uciec. Wiatr dął bezlitośnie, a ona nie miała bladego pojęcia, dokąd pójdzie, gdy już znajdzie się na ziemi.

Okna wykuszowe piętro niżej były nieco wyższe niż to w sypialni i wystawały przed bryłę domostwa. Światło bijące ze środka opromieniało część rusztowania. Etta wiedziała, że jeśli zostanie zauważona, jej ucieczkę szlag trafi, ostrożnie popełzła naprzód, kryjąc się w ciemnościach. Zdawała sobie sprawę, że jeśli w pokoju ktoś jest, będzie musiała lawirować na samym skraju deski, żeby nie dać się dostrzec. Mimo to postanowiła się dowiedzieć, kto dokładnie znajduje się w tym wielkim domu i dlaczego ją więzi.

Pomieszczenie okazało się większe od tego, które przed chwilą opuściła. Wszystkie ściany zastawiono regałami, które uginały się pod ciężarem książek. Przed samym oknem stało biurko oraz wielkie krzesło odwrócone do niej szerokim oparciem. W środku nie było nikogo.

– No dalej, Spencerówna – mruknęła do siebie. – Ruchy.

Za każdym razem, gdy nadwyrężyła ranne ramię, zagryzała wargi, by nie krzyknąć, aż zaczęły krwawić. Ujęła belkę, na której siedziała, jak dziecko w małpim gaju, a potem wyciągnęła nogi i zdusiła atak paniki, gdy palce stóp ledwie dotknęły belki poniżej, nie zapewniając dostatecznego oparcia.

Za daleko. Zawisła na ramionach. Obciążenie dało o sobie znać tępym bólem, rana paskudnie zapiekła. Etta obejrzała się w prawo i w lewo, chcąc ocenić, jak daleko będzie musiała sięgnąć, by oprzeć stopę na najbliższej pionowej belce. Nie, nie uda się… Nie z ramieniem, które boli, jakby miało zaraz odpaść, i nie, kiedy ciało tak drży ze zmęczenia.

Nie uda mi się. Omiotła wzrokiem grunt i krzywiznę ulicy, próbując nie wyobrażać sobie siebie tam, w dole, z kończynami wygiętymi pod nienaturalnym kątem, w kałuży krwi. Gdyby zdołała wylądować miękko na belce, może zdążyłaby się czegoś złapać, zanim pomknie na spotkanie bruku.

Nagły ruch w oknie przykuł jej uwagę. Ktoś gapił się na nią przez szybę. Zamrugała raptownie, wstrzymała oddech. Okno zaskrzypiało i otworzyło się w jej stronę.

– No proszę, chyba znalazłaś się w tarapatach, dziewczyno…

Ramiona nieznajomego wyciągnęły się w jej kierunku, a Etta odruchowo wierzgnęła z całych sił. Piętą trafiła w coś z impetem, a głośne i zbolałe „Cholercia!” przyniosło jej jakąś satysfakcję.

– Ręczę, że to zupełnie niepotrzebne! – powiedział po chwili ten sam głos, stłumiony, jakby właściciel zasłaniał dłońmi krwawiący nos.

Strach pierzchł pod naporem bólu w ramieniu, uścisk palców na desce nieznacznie się poluzował. Zachłysnęła się powietrzem, gdy całkiem się z niej ześlizgnęły i zawisła w powietrzu na jednej ręce. Wbiła połamane paznokcie w drewno, desperacko szukając stopą choćby nikłego oparcia, zanim zawiedzie ją i druga ręka.

– Złap się mnie… No dalej, nie bądź niemądra, dziewczyno – namawiał młody mężczyzna w oknie. Etta uciekała przed jego uchwytem, starając się odsunąć jak najdalej. Zobaczyła kątem oka, że nieznajomy wspina się na rusztowanie. – Poważnie? Naprawdę sądzisz, że lepiej skręcić sobie kark? Sprawiasz mi przykrość.

Wiatr się wzmógł, podmuch zasłonił jej oczy włosami i zakasał luźną koszulę nocną.

– Podziwiam twój hart ducha, ale musisz wiedzieć, że wystarczy jedno moje słowo, a w mig otoczy cię tłum Cierni, niezadowolonych, że muszą w nocy gramolić się na rusztowanie. Nie sądzę też, by zbrzydło ci życie, więc zróbmy tak: ty przestaniesz mnie kopać, a ja pomogę ci wejść do środka. Kaszka z mleczkiem, prawda?

– Ciernie? – Etta ściągnęła brwi, nie rozumiejąc. Ciernie, nie Ironwoodowie?

Z początku nie rozpoznała dźwięków tego dziwnego trzeszczenia i dudnienia, ale wibracje, które czuła pod palcami, nie pozostawiały wątpliwości. Wiatr przechylał całe rusztowanie na lewo. Konstrukcja zachwiała się, a potem dziewczyna usłyszała trzask i poczuła, że coś, spadając, zahaczyło o jej bolące ramię.

Zaraz potem sama też zaczęła spadać.

Rozdział 4

Wszystko stało się tak prędko, że nawet nie zdążyła krzyknąć. W jednej chwili mknęła w dół na spotkanie śmierci, a w następnej ramię o mało co nie wyskoczyło ze stawu, gdy dwie silne ręce zamknęły się na jej nadgarstkach i przyciągnęły do bladej elewacji. Uderzyła policzkiem o chropowaty kamień i zacisnęła powieki, gdy konstrukcja zaczęła się trząść, a potem złożyła się jak domek z kart i zwaliła na staroświeckie samochody zaparkowane na ulicy.

– Pomóż mi trochę, co? – poprosił mężczyzna zduszonym głosem.

Etta pokiwała głową. Jej obolałe ramię było zbyt sztywne i calutkie, od palców aż do samej szyi, rwało bólem tak dotkliwym, jakby włożyła je do kadzi z płynnym żelazem.

Mężczyzna puścił jej nadgarstek i sięgnął w dół, po czym wpił palce w koszulę nocną. Usłyszała nad głową głośny jęk, gdy dźwignął ją w górę. Drapnęła stopami o ścianę. Nie zaczęła oddychać, dopóki kurczowo nie uczepiła się parapetu. Nagle wlała się do pokoju, jakby na moment zmieniła stan skupienia na płynny, i wylądowała wprost na rozciągniętym na podłodze wybawicielu.

Sturlała się z niego i legła na plecach, dysząc łapczywie. Całe jej ciało płonęło bólem i minęło sporo czasu, nim uspokoiła się na tyle, by dosłyszeć coś poza dudnieniem własnego serca.

– Ekscytujące, muszę przyznać. Zawsze chciałem uratować damę w opałach, a dzięki tobie mogłem się dzisiaj dwukrotnie spełnić w tym względzie.

Etta otworzyła oko i zwróciła głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Obok niej leżał wsparty na łokciu młodzieniec, taksujący ją spojrzeniem od stóp do głów. Usiadła i oparła się o wielkie biurko.

Rzeczywiście był młody, mniej więcej w jej wieku, może parę lat starszy. Miał ciemnokasztanowe włosy rozjaśnione czerwonymi pasmami. Były teraz potargane, jakby trafił go piorun, a Etta uświadomiła sobie z przerażeniem, że złapała go za nie, żeby nie spaść. Koszulę miał założoną na lewą stronę i rozpiętą od połowy, jakby ubierał się w pośpiechu. Pocierał dłonią dwudniowy zarost na żuchwie, wwiercając się w dziewczynę jasnobłękitnymi, roześmianymi oczami.

Ten głos… te oczy.

Ironwood.

Etta zerwała się na równe nogi, aż wpadła na biurko. Wspomniał o Cierniach, ale przebywałby z nimi w jednym budynku tylko wtedy, gdyby opuścił szeregi Cyrusa Ironwooda, by do nich dołączyć. Chyba że był więźniem, jak ona.

Albo po prostu kłamał. Ale jeśli mówił prawdę… to Etta była dokładnie tam, gdzie powinna.

Wśród ludzi, którzy ukradli jej astrolabium.

– Nie powiem, przez chwilę się o ciebie bałem. Nie wstydzę się tego przyznać…

– Gdzie ja jestem? – przerwała mu.

Wydawał się zaskoczony, że w ogóle umie mówić. Wstał, podniósł z biurka szklankę wypełnioną jakimś bursztynowym płynem i jej podał.

– Brzmisz tak strasznie, jak wyglądasz, młoda. Masz, łyknij sobie.

Gapiła się na szkło.

– Nudziara. – Prychnął śmiechem. – Pewnie wolałabyś wody. Zaczekaj tutaj i bądź cicho. Nie możemy tak szybko wszczynać alarmu, no nie?

Etta nie była pewna, co ma na myśli, ale usłuchała. Odprowadziła go wzrokiem do drzwi. Mężczyzna otworzył je i wyjrzał na korytarz.

– Ty tam. Tak, właśnie ty. Przynieś mi szklankę wody. Tylko tym razem nie pluj do środka. Naprawdę myślisz, że urodziłem się wczoraj i nie zauważę?

Padła natychmiastowa, poirytowana odpowiedź: