Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 331

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 5 min Lektor: Maciej Kowalik

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 8 godz. 5 min Lektor: Maciej Kowalik

Opis ebooka Podróże z Charleyem - John Steinbeck

Kiedy byłem bardzo młody i czułem nieprzeparte pragnienie znalezienia się gdzie indziej, ludzie dojrzali zapewniali mnie, że dojrzałość uleczy te zachcianki. Kiedy zaś lata określiły mnie jako dojrzałego, przepisanym lekarstwem miał być wiek średni. W średnim wieku zapewniano mnie, że starszy wiek uśmierzy moją gorączkę, a teraz, kiedy mam lat pięćdziesiąt osiem, może załatwi to zgrzybiałość. Nic nie poskutkowało…

Usłyszeć prawdziwy język Ameryki, sprawdzić, jacy dziś są Amerykanie, poczuć zapach trawy i drzew, przyjrzeć się kolorom i światłu – takie są główne cele Johna Steinbecka, który w wieku pięćdziesięciu ośmiu lat, w roku 1960 wyrusza w podróż, by na nowo odkryć kraj, o którym pisał przez tyle lat.
Wraz ze swoim psem, Charleyem, Steinbeck przemierza kamperem kolejne stany, autostrady, lokalne drogi, zaprzyjaźnia się z kierowcami ciężarówek, spotyka niedźwiedzie w parku Yellowstone i starych przyjaciół w San Francisco. Zastanawia się nad charakterem Amerykanów, rasizmem, szczególnym rodzajem typowej dla Amerykanów samotności, którą dostrzega niemal wszędzie, a także niespodziewaną gościnnością i otwartością, z jaką jego rodacy podchodzą do obcych.

John Steinbeck (1902–1968) – amerykański powieściopisarz, laureat literackiej Nagrody Nobla 1962 za „realistyczny i poetycki dar, połączony z subtelnym humorem i ostrym widzeniem spraw społecznych". Jego najbardziej znane powieści to „Grona gniewu”, „Myszy i ludzie” i „Na wschód od Edenu”.

Opinie o ebooku Podróże z Charleyem - John Steinbeck

Fragment ebooka Podróże z Charleyem - John Steinbeck

Tytuł oryginału

TRAVELS WITH CHARLEY: IN SEARCH OF AMERICA

Copyright © John Steinbeck, 1962

All rights reserved

Projekt okładki

Olga Reszelska

Zdjęcie na okładce

© Jill Battaglia/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Katarzyna Rudzka

Korekta

Michał Załuska

ISBN 978-83-8069-674-7

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Tę książkę dedykuję

Haroldowi Guinzburgowi

z szacunkiem wyrosłym z naszej współpracy i przyjaźnią, 

która się dzięki niej zrodziła.

John Steinbeck

CZĘŚĆ PIERWSZA

1

Kiedy byłem bardzo młody i czułem uporczywe pragnienie znalezienia się gdzie indziej, ludzie dojrzali zapewniali mnie, że dojrzałość uleczy te zachcianki. Kiedy zaś lata określiły mnie jako dojrzałego, przepisanym lekarstwem miał być wiek średni. W średnim wieku zapewniano mnie, że starszy wiek uśmierzy moją gorączkę, a teraz, kiedy mam lat pięćdziesiąt osiem, może załatwi to zgrzybiałość. Nic nie poskutkowało. Cztery chrapliwe ryki syreny okrętowej nadal jeżą mi włosy na karku i wprawiają moje stopy w ruch. Odgłos odrzutowca, rozgrzewanego silnika, nawet klapotanie podkutych kopyt na bruku wywołują dawny dreszcz, suchość ust i zmęczenie oka, rozpalają dłonie i wywracają żołądek wysoko pod żebrami. Inaczej mówiąc, nie poprawiam się; a mówiąc dalej, jak ktoś raz jest włóczęgą, zawsze będzie włóczęgą. Obawiam się, że ta choroba jest nieuleczalna. Stwierdzam to, nie żeby pouczać innych, ale żeby poinformować siebie samego.

Kiedy wirus niepokoju zaczyna opanowywać człowieka niesfornego, a droga zaczynająca się Tutaj wydaje się szeroka, prosta i miła, ofiara musi najpierw znaleźć w sobie dostateczny i dobry powód do wyjazdu. Nie jest to trudne dla prawdziwego włóczęgi. Ma on w sobie cały las powodów, z którego może wybierać. Następnie musi uplanować swoją podróż w czasie i przestrzeni, obrać kierunek i miejsce przeznaczenia. Na koniec zaś musi ustalić szczegóły wędrówki. Jak jechać, co zabrać z sobą, jak długo podróżować. Ta część owego procesu jest nieodmienna i nieśmiertelna. Notuję ją tylko dlatego, ażeby nowicjusze we włóczęgostwie, niczym nastolatki w nowo wyklutym grzechu, nie uważali, że sami ją wymyślili.

Z chwilą kiedy wędrówka jest już zaplanowana, przygotowana i wprowadzona w czyn, pojawia się nowy element, który wysuwa się na plan pierwszy. Wyprawa, safari, eksploracja jest pewną istnością, różną od wszystkich innych podróży. Ma swoją osobowość, temperament, indywidualność, jedyność. Podróż jest osobą samą w sobie; nie ma dwóch jednakowych. A wszelkie plany, zabezpieczenia, regulacje i przymusy są bezowocne. Po latach zmagań stwierdzamy, że nie my robimy podróż; to podróż robi nas. Przewodniki, plany jazdy, rezerwacje, ustalone i nieuniknione, rozbijają się w drzazgi o osobowość podróży. Dopiero kiedy to się uzna, może rzetelny włóczęga odsapnąć i wziąć się do dzieła. Dopiero wtedy odpadają rozczarowania. Pod tym względem podróż jest jak małżeństwo. Niezawodnym sposobem popełnienia błędu jest myśleć, że się nad nią panuje. Teraz, kiedy to powiedziałem, czuję się lepiej, jakkolwiek tylko ci, którzy sami tego doświadczyli, potrafią mnie zrozumieć.

2

Mój plan był jasny, zwarty i chyba rozsądny. Przez wiele lat podróżowałem po różnych częściach świata. W Ameryce mieszkam w Nowym Jorku albo też wpadam do Chicago czy San Francisco. Ale Nowy Jork nie bardziej jest Ameryką niż Paryż Francją czy Londyn Anglią. Dlatego też odkryłem, że nie znam własnego kraju. Ja, pisarz amerykański piszący o Ameryce, pracowałem z pamięci, a pamięć jest w najlepszym razie niedoskonałą, spaczoną zbiornicą. Od dawna nie słuchałem mowy Ameryki, nie wąchałem trawy, drzew i nieczystości, nie oglądałem jej wzgórz i wody, barw i odcieni światła. Znałem przemiany jedynie z książek i gazet. Ale, co więcej, nie wyczuwałem kraju od lat dwudziestu pięciu. Krótko mówiąc, pisałem o czymś, czego nie znałem, a wydaje mi się, że u tak zwanego pisarza jest to przestępstwem. Moje wspomnienia zostały skrzywione przez dwadzieścia pięć lat, które tymczasem minęły.

Niegdyś podróżowałem starym wozem piekarniczym, dwudrzwiowym gruchotem z materacem na podłodze. Zatrzymywałem się tam, gdzie zatrzymywali się lub gromadzili ludzie, słuchałem, patrzyłem, dotykałem, i w ten sposób uzyskiwałem obraz mojego kraju, którego dokładność zmniejszały tylko moje własne niedostatki.

I tak się stało, że postanowiłem przyjrzeć się znowu temu krajowi-potworowi i spróbować odkryć go na nowo. Inaczej nie mógłbym, pisząc, ukazywać owych drobnych, diagnostycznych prawd, które są fundamentami większej prawdy. Nasunęła się jedna duża trudność. W ciągu minionych dwudziestu pięciu lat moje nazwisko stało się dosyć znane. A przekonałem się z doświadczenia, że kiedy ludzie o kimś słyszeli, dobrze czy źle, wówczas się odmieniają; przez nieśmiałość czy inne cechy, które wywołuje rozgłos, stają się czymś, czym nie są w zwykłych okolicznościach. Ponieważ tak jest, podróż moja wymagała, ażebym zostawił w domu swoje nazwisko i tożsamość. Musiałem być perypatetycznymi oczami i uszami, czymś w rodzaju ruchomej płyty żelatynowej. Nie mogłem wpisywać się do ksiąg hotelowych, spotykać się z ludźmi, których znałem, przeprowadzać rozmów z innymi, a nawet zadawać dociekliwych pytań. Następnie zaś dwoje czy więcej ludzi zakłóca ekologiczny układ danego terenu. Musiałem jechać sam i być samowystarczalny, niby jakiś beztroski żółw niosący swój dom na grzbiecie.

Mając to wszystko na uwadze, napisałem do centrali wielkiej firmy produkującej ciężarówki. Wyszczególniłem moje cele i potrzeby. Chciałem dostać ciężarówkę pick-up o ładowności trzech czwartych tony, mogącą przejechać wszędzie nawet w trudnych warunkach, a na tej ciężarówce chciałem mieć zbudowany niewielki domek, na wzór kajuty małego statku. Przyczepą trudno jest manewrować na górskich drogach, nie można, a często nie wolno jej zaparkować, wreszcie podlega ona wielu restrykcjom.

W odpowiednim czasie nadszedł szczegółowy opis mocnego, szybkiego, wygodnego pojazdu z zamontowanym kamperem – małym domeczkiem, w którym było podwójne łóżko, czteropalnikowa kuchenka, grzejnik, lodówka i oświetlenie za pomocą butanu, chemiczna toaleta, schowek na ubrania, miejsce na rzeczy, okna zaopatrzone w siatki przeciwko owadom – dokładnie to, czego chciałem. Został mi on dostarczony w lecie do mojej małej rybackiej posiadłości pod Sag Harbor, przy krańcu Long Island. Jakkolwiek nie zamierzałem wyruszyć przed Świętem Pracy, kiedy to kraj powraca do normalnego życia, chciałem jednakże przywyknąć do tej mojej żółwiej skorupy, wyposażyć ją i nauczyć się jej. Przyszła w sierpniu – piękna rzecz, tęga, a jednak zgrabna. Wóz był nieomal równie łatwy do prowadzenia jak samochód osobowy. Ponieważ zaś planowana podróż wywołała pewne żartobliwe uwagi wśród moich przyjaciół, nazwałem go Rosynantem, czyli, jak zapewne pamiętacie, imieniem rumaka Don Kichota.

Jako że nie robiłem tajemnicy z tego projektu, wyniknął szereg kontrowersji między moimi przyjaciółmi i doradcami (projektowana podróż płodzi całe ławice doradców). Mówiono mi, że ponieważ moje fotografie są rozpowszechnione tak szeroko, jak tylko to zdołał uczynić mój wydawca, okaże się dla mnie niepodobieństwem poruszać się bez rozpoznania. Niech mi będzie wolno z góry powiedzieć, że na dystansie przeszło dziesięciu tysięcy mil, w trzydziestu czterech stanach, nie zostałem rozpoznany ani razu. Przypuszczam, że ludzie identyfikują rzeczy tylko w kontekście. Nawet ci, którzy mogliby mnie poznać na tle uważanym dla mnie za właściwe, w żadnym przypadku nie zidentyfikowali mnie w Rosynancie.

Zwracano mi uwagę, że imię „Rosynant”, wymalowane na boku mojego wozu w szesnastowiecznym hiszpańskim stylu, wywoła tu i ówdzie zaciekawienie i dociekliwość. Nie wiem, ile osób rozpoznało to imię, ale z pewnością nikt o nie nigdy nie zapytał.

Następnie mówiono mi, że zamiary człowieka obcego rozjeżdżającego się po kraju też mogą stać się przedmiotem dociekań albo nawet podejrzeń. Z tej przyczyny umieściłem na stojaku w ciężarówce strzelbę śrutową, dwa sztucery i kilka wędek, ponieważ wiem z doświadczenia, że jeśli ktoś jedzie zapolować lub łowić ryby, jego zamiary są rozumiane, a nawet pochwalane. W istocie rzeczy, moje czasy myśliwskie należą do przeszłości. Teraz już nie zabijam ani nie łowię niczego takiego, czego nie mógłbym rzucić na patelnię; za stary jestem na zabijanie dla sportu. Ta dekoracja sceniczna okazała się niepotrzebna.

Mówiono, że moje nowojorskie numery rejestracyjne wywołają zainteresowanie i może pytania, jako że były jedynymi zewnętrznymi znakami rozpoznawczymi, jakie miałem. I tak też się stało – może dwadzieścia albo trzydzieści razy w ciągu całej podróży. Ale tego rodzaju kontakty miały niezmiennie ten sam przebieg, mniej więcej następujący:

Miejscowy człowiek: – Nowy Jork, co?

Ja: – Yhy.

Miejscowy człowiek: – Byłem tam w dziewięćset trzydziestym ósmym czy może w trzydziestym dziewiątym… Alice, czy myśmy pojechali do Nowego Jorku w trzydziestym ósmym czy w trzydziestym dziewiątym?

Alice: – To było w trzydziestym szóstym. Pamiętam, bo tego roku umarł Alfred.

Miejscowy człowiek: – Tak czy owak, strasznie mi się tam nie podobało. Nie mieszkałbym tam, nawet gdyby ktoś mi płacił.

Niektórzy szczerze się niepokoili, że będę podróżował sam jeden, narażony na ataki, napaści, rabunek. Dobrze wiadomo, że drogi nasze są niebezpieczne. I tu przyznaję, że miałem bezsensowne obawy. Od szeregu lat nie byłem sam, bezimienny, bez przyjaciół, bez żadnego zabezpieczenia, jakie daje rodzina, znajomi i poplecznicy. W owym niebezpieczeństwie nie ma nic realnego. Jest to z początku tylko uczucie wielkiego osamotnienia, bezradności – jakieś uczucie opuszczenia. Z tej przyczyny zabrałem w podróż jednego towarzysza – starego pudla francuskiego imieniem Charley. Właściwie ma on na imię Charles le Chien. Urodził się w Bercy, na przedmieściach Paryża, a szkolony był we Francji, i chociaż zna trochę pudlowej angielszczyzny, reaguje szybko tylko na rozkazy wydawane po francusku. W przeciwnym razie musi je sobie przekładać, a to mu zwalnia tempo. Jest bardzo dużym pudlem, koloru zwanego bleu, i faktycznie jest niebieski, kiedy jest czysty. Charley to urodzony dyplomata. Woli negocjacje od walki, i słusznie, bo w walce jest bardzo kiepski. Tylko raz w ciągu swoich dziesięciu lat znalazł się w opałach – kiedy spotkał psa, który nie chciał negocjować. Charley stracił wtedy kawałek prawego ucha. Ale jest dobrym, czujnym psem – ma ryk lwa, przeznaczony do maskowania przed włóczącymi się po nocy obcymi faktu, że nie potrafiłby przegryźć cornet de papier1, aby się zeń wydostać. Jest dobrym przyjacielem i towarzyszem podróży i woli podróżowanie od wszystkiego, co może sobie wyobrazić. Jeżeli często występuje w niniejszej relacji, to dlatego, że wniósł duży wkład do podróży. Pies, szczególnie tak egzotyczny jak Charley, jest łącznikiem między obcymi. Wiele rozmów po drodze zaczynało się od: „Co to za pies?”.

Metody wszczynania rozmowy są uniwersalne. Wiedziałem od dawna i odkryłem to na nowo, że najlepszym sposobem przyciągnięcia uwagi, pomocy i rozmowy jest zabłądzić. Człowiek, który widząc rodzoną matkę dogorywającą z głodu na ścieżce, kopie ją w brzuch, żeby sobie oczyścić drogę, z radością poświęci kilka godzin swojego czasu na udzielanie błędnych wskazówek komuś zupełnie obcemu, kto utrzymuje, że zabłądził.

1 Papierowa torebka (franc.).

3

Pod dużymi dębami na mojej posiadłości pod Sag Harbor stał Rosynant, piękny i godny, i sąsiedzi przychodzili w odwiedziny, tacy sąsiedzi, o których nawet nie wiedzieliśmy, że ich mamy. Widziałem w ich oczach coś, co miałem widzieć wciąż i wciąż we wszystkich zakątkach kraju – palące pragnienie odjazdu, ruszenia się, wybrania się w drogę, dokąd­kolwiek, byle daleko od każdego Tutaj. Mówili spokojnie o tym, jak bardzo chcą wyjechać któregoś dnia, przenosić się z miejsca na miejsce, swobodni i niezakotwiczeni, nie ku czemuś, ale od czegoś. Widziałem to wejrzenie i słyszałem tę tęsknotę wszędzie, we wszystkich stanach, jakie odwiedziłem. Prawie każdy Amerykanin łaknie zmiany miejsca.

Jeden mały chłopiec lat około trzynastu przychodził co dzień. Stawał nieśmiało z boku i patrzył na Rosynanta; zaglądał przez drzwi, nawet kładł się na ziemi i badał tęgie resory. Był cichym, wszędobylskim małym chłopcem. Przychodził nawet po nocy, aby popatrzyć na Rosynanta. Po tygodniu nie mógł już dłużej wytrzymać. Słowa przebiły sobie drogę przez jego nieśmiałość. Powiedział:

– Jakby pan mnie z sobą zabrał, tobym wszystko robił. Gotowałbym, zmywał wszystkie naczynia i robił całą robotę, i opiekowałbym się panem.

Na nieszczęście dla mnie znałem jego marzenia.

– Chętnie bym cię wziął – powiedziałem – ale komitet szkolny i twoi rodzice, i cała masa innych mówią, że nie mogę.

– Wszystko będę robił – odrzekł.

I myślę, że tak by było. Przypuszczam, że ani na chwilę nie dał za wygraną, dopóki nie odjechałem bez niego. Miał to marzenie, które ja miałem całe życie, i nie ma na to lekarstwa.

Wyposażenie Rosynanta było długim i przyjemnym procesem. Zabrałem o wiele za dużo rzeczy, ale nie wiedziałem, co mnie spotka. Przybory na wszelki wypadek, linki do holowania, mały wielokrążek, saperka i łom, narzędzia do wyrabiania, naprawiania i improwizowania. A dalej była żywność zapasowa. Miałem się znaleźć dość późno na północnym zachodzie i mogły mnie złapać śniegi. Przygotowałem się na co najmniej tydzień odcięcia od świata. Z wodą sprawa była prosta: Rosynant miał zbiornik trzydziesto­galonowy.

Przypuszczałem, że trochę popiszę w drodze, może eseje, chyba notatki, z pewnością listy. Zabrałem papier, kalkę, maszynę do pisania, ołówki, notatniki, i nie tylko to, ale także słowniki, krótką encyklopedię oraz tuzin innych książek źródłowych, i to ciężkich. Myślę, że nasza zdolność do samoułudy jest nieograniczona. Wiedziałem doskonale, że rzadko robię notatki, a jeśli tak, to albo je gubię, albo nie mogę ich odczytać. Wiedziałem również po trzydziestu latach uprawiania mojego zawodu, że nie potrafię pisać na gorąco o jakimś wydarzeniu. Musi ono przefermentować. Muszę robić to, co jeden mój przyjaciel nazwał „przeżuwaniem” przez jakiś czas, dopóki coś się nie uleży. I mimo tej samoświadomości wyposażyłem Rosynanta w ilość materiałów piśmiennych wystarczającą na dziesięć tomów. Poza tym załadowałem sto pięćdziesiąt funtów tych książek, do których czytania jeszcze się nie zabrałem – a oczywiście są to książki, do których czytania nigdy się nie zabiorę. Konserwy, naboje śrutowe, naboje kulowe, pudełka z narzędziami i o wiele za dużo odzieży, koców i poduszek, i dużo za dużo pantofli i butów, watowana bielizna na mrozy, plastikowe talerze i kubki, plastikowe wiadro do zmywania naczyń, zapasowa butla z gazem.

Przeciążone resory wzdychały i osiadały coraz niżej i niżej. Sądzę teraz, że zabrałem mniej więcej cztery razy za dużo wszystkiego.

Otóż Charley jest psem, który czyta w myślach. W ciągu jego życia wiele było podróży i nieraz musiał zostawać w domu. Wie, że wyjeżdżamy, na długo przed wyciągnięciem walizek, i chodzi tam i z powrotem, martwi się, skomli i popada w stan łagodnej histerii, choć taki jest stary. Podczas tygodni przygotowań plątał się cały czas pod nogami i naprzykrzał diabelnie. Nabrał zwyczaju chowania się w ciężarówce, gdzie zakradał się i usiłował skulić, aby być jak najmniejszym.

Zbliżało się Święto Pracy, dzień przełomowy, kiedy miliony dzieci miały powrócić do szkół, a dziesiątki milionów rodziców znaleźć się na szosach. Byłem przygotowany do wyruszenia możliwie jak najprędzej po tym wszystkim. I właśnie mniej więcej wtedy doniesiono, że huragan Donna dmie z Morza Karaibskiego w naszym kierunku. My, na czubku Long Island, zaznaliśmy tego dość, aby mieć respekt. Kiedy się zbliża huragan, przygotowujemy się jak do oblężenia. Nasza zatoczka jest niby osłonięta, ale nie za dobrze. Kiedy Donna sunęła ku nam, napełniłem lampy naftowe, zamontowałem ręczną pompę na studni i poprzywiązywałem wszelkie rzeczy ruchome. Mam jacht z kabiną, długości dwudziestu dwóch stóp, Fayre Eleyne. Uszczelniłem wszystkie jego otwory i wyprowadziłem go na środek zatoki, rzuciłem ogromną, staroświecką kotwicę na półcalowym łańcuchu i zakotwiczyłem na długim luzie. Tak mógł stać na wietrze o szybkości stu pięćdziesięciu mil, chyba żeby mu wywaliło dziób.

Donna sunęła przed siebie. Wydobyliśmy radioaparat na baterie, żeby móc słuchać wiadomości, bo prąd by wysiadł, jeśliby Donna uderzyła. Ale była jeszcze jedna dodatkowa troska – stojący między drzewami Rosynant. W koszmarach na jawie widziałem drzewo walące się na ciężarówkę i rozgniatające ją jak pluskwę. Ustawiłem ją z dala od miejsca, gdzie drzewo mogło upaść, ale to nie znaczyło, że cała korona nie przeleci pięćdziesięciu stóp w powietrzu i nie zmiażdży wozu.

Wczesnym rankiem dowiedzieliśmy się z radia, że oberwiemy, a o dziesiątej usłyszeliśmy, że oko huraganu przejdzie przez nas i że dotrze tu o pierwszej zero siedem – o jakiejś takiej dokładnej godzinie. Nasza zatoka była spokojna, bez jednej zmarszczki, ale woda wciąż ciemna, a Fayre Eleyne stała zgrabnie na kotwicy, z poluzowanym łańcuchem.

Nasza zatoka jest lepiej osłonięta od innych, toteż wiele małych łodzi przypłynęło, aby się tu zakotwiczyć. I spostrzegłem z przerażeniem, że wielu ich właścicieli nie wie, jak się to robi. Wreszcie przypłynęły dwa ładne jachty, z których jeden holował drugi. Rzucono lekką kotwicę i tak je zostawiono, przy czym dziób jednego uwiązany był do rufy drugiego, obydwa zaś znajdowały się blisko Fayre Eleyne. Poszedłem z megafonem na kraniec mojego mola i próbowałem zaprotestować przeciwko takiej głupocie, lecz właściciele albo mnie nie słyszeli, albo nic nie wiedzieli, albo nie dbali o to.

Wiatr uderzył w tym momencie, który nam zapowiedziano, i rozdarł wodę jak czarne prześcieradło. Grzmocił niczym pięścią. Cała korona jednego z dębów runęła, otarłszy się o domek, w którym byliśmy. Następny podmuch wgniótł do środka jedno z dużych okien. Wcisnąłem je na powrót i zamocowałem, wbijając siekierą kliny u góry i u dołu. Elektryczność i telefony przestały działać za pierwszym podmuchem, co, jak wiedzieliśmy, musiało się stać. Zapowiadano fale wysokości ośmiu stóp. Patrzyliśmy, jak wiatr szarpał ziemię i morze niczym sfora zajadłych terierów. Drzewa kładły się i gięły jak trawa, a na smaganej wodzie wezbrała śmietana pian. Jedna z łodzi zerwała się i wjechała na brzeg, a za nią druga. Domy budowane podczas dobrotliwej wiosny i wczesnego lata były oblewane falami po okna pierwszego piętra.

Nasz domek stoi na małym pagórku, trzydzieści stóp nad poziomem morza. Ale wezbrany przypływ przewalał się przez moje wysokie molo. Kiedy wiatr zmienił kierunek, przesunąłem Rosynanta, ażeby stale był za osłoną naszych wielkich dębów. Fayre Eleyne trzymała się dzielnie, obracając się od zmiennego wiatru jak chorągiewka na dachu.

Jachty uwiązane jeden do drugiego poplątały się teraz, hol dostał się pod śrubę i ster, a oba kadłuby uderzały i tarły o siebie. Inny stateczek wywlókł swoją kotwicę i wjechał na błotnisty brzeg.

Charley jest psem bez nerwów. Ogień armatni czy grzmoty, eksplozje czy wichury nie robią na nim żadnego wrażenia. Pośród ryczącej burzy wyszukał sobie ciepłe miejsce pod stołem i poszedł spać.

Wiatr ustał równie nagle, jak przyszedł, i chociaż fale ciągle toczyły się nierytmicznie, nie były już szarpane wichrem, a przypływ podnosił się coraz wyżej. Wszystkie mola na naszej zatoczce poznikały pod wodą i widać było tylko ich pale lub poręcze. Cisza była jak ostry szum. Radio powiedziało nam, że jesteśmy w oku Donny, w tej nieruchomej i przerażającej ciszy pośrodku przewalającej się nawałnicy. Nie wiem, jak długo trwała owa cisza. Czekanie wydawało się długie. A potem huragan uderzył w nas, z drugiej strony, wiatrem z przeciwnego kierunku. Fayre Eleyne okręciła się miękko i ustawiła dziobem do wiatru. Jednakże dwa związane jachty wywlokły kotwice, naparły na Eleyne i osaczyły ją. Zmagając się i protestując, została pociągnięta z wiatrem i przyciśnięta do sąsiedniego mola i słyszeliśmy, jak jej kadłub skrzypi, trąc o dębowe pale. Wiatr miał szybkość ponad dziewięćdziesięciu pięciu mil.

Wtedy pognałem, borykając się z wiatrem, dokoła krańca zatoki ku molu, o które obijały się jachty. Zdaje się, że moja żona, od której Fayre Eleyne wzięła imię, pobiegła za mną, nakazując mi krzykiem, żebym się zatrzymał. Powierzchnia mola była cztery stopy pod wodą, ale pale sterczały i można było ich się przytrzymywać. Torowałem sobie drogę krok za krokiem, zanurzony po kieszenie na piersiach, a wiatr wiejący ku lądowi chlustał mi wodą w usta. Mój jacht jęczał i skrzypiał, trąc o pale, i miotał się jak wystraszone cielę. Wreszcie skoczyłem i dostałem się na pokład. Po raz pierwszy w życiu miałem przy sobie nóż, kiedy był mi potrzebny. Osaczające Eleyne rozhuśtane jachty przypierały ją do mola. Przeciąłem linę kotwiczną i hol, odepchnąłem je kopniakiem, i wtedy zniosło je na błotnisty brzeg. Natomiast łańcuch kotwiczny Eleyne był nietknięty, a ten jej wielki hak wciąż tkwił na dnie – sto funtów żelaza o grotach w kształcie pazurów, szerokich jak łopaty.

Silnik Fayre Eleyne nie zawsze jest posłuszny, ale tym razem zaskoczył za pierwszym dotknięciem. Trzymałem się na pokładzie, sięgając lewą ręką do koła sterowego, przepustnicy i sprzęgła. A ten jacht usiłował mi pomóc – bo, jak myślę, taki był wystraszony. Wyprowadziłem go dalej i prawą ręką podciągnąłem łańcuch kotwiczny. W zwykłych warunkach, podczas ciszy, ledwie mogę podciąg­nąć tę kotwicę oburącz. Ale tym razem wszystko poszło świetnie. Pociągnąłem hak, a on poderwał się i uwolnił swoje pazury. Wtedy wydźwignąłem go z dna, ustawiłem się na wiatr, dałem gazu i ruszyliśmy w ten przeklęty wicher, i zaczęliśmy go pokonywać. Było to tak, jak gdybyśmy przeciskali się przez gęsty kleik. O sto jardów od brzegu rzuciłem kotwicę, a ona znikła pod wodą i uczepiła się dna, Fayre Eleyne zaś naprostowała się, podniosła dziób i jakby odetchnęła z ulgą.

I oto znalazłem się o sto jardów od brzegu, a Donna ujadała nade mną jak sfora białomordych ogarów. Żadna łódka nie utrzymałaby się na wodzie nawet minuty. Spostrzegłem przepływający obok kawał gałęzi i po prostu skoczyłem za nim. Nie było to niebezpieczne. Jeżelibym zdołał utrzymać głowę nad wodą, musiało mnie znieść na brzeg, ale przyznaję, że gumowe wellingtony, które miałem na nogach, zrobiły się dosyć ciężkie. Nie mogło minąć więcej niż trzy minuty, a już zgruntowałem, ta moja druga zaś Fayre Eleyne razem z sąsiadem wyciągnęła mnie z wody. Dopiero wtedy zacząłem trząść się cały, ale przyjemnie było zobaczyć nasz mały stateczek trzymający się dobrze i bezpiecznie na kotwicy. Musiałem sobie coś naderwać, ciągnąc kotwicę jedną ręką, bo w domu potrzebowałem trochę pomocy; szklanka whisky na stole kuchennym też była jakąś pomocą. Później próbowałem podnieść tę kotwicę jedną ręką i nie dałem rady.

Wiatr ucichł szybko i pozostawił nas wśród szczątków – przewody elektryczne zerwane i brak telefonu przez tydzień. Ale Rosynant nie poniósł żadnych szkód.

CZĘŚĆ DRUGA

1

Myślę, iż w długofalowym planowaniu podróży jest utajone przeświadczenie, że do niej nie dojdzie. W miarę jak zbliżał się ów dzień, ciepłe łóżko i wygodny dom stawały się coraz bardziej pożądane, a moja droga żona nieskończenie cenna. Wyrzekanie się tego na trzy miesiące dla okropności niewygód i niewiadomego wydawało się szaleństwem. Nie miałem ochoty jechać. Musiało stać się coś, co by nie dopuściło do mojego wyjazdu, ale się nie stało. Oczywiście mogłem się rozchorować, ale to był jeden z moich głównych, choć tajonych powodów do wyjazdu w ogóle. Poprzedniej zimy zapadłem dość poważnie na jedno z tych wymyślnie nazwanych schorzeń, które są szeptem nadchodzącej starości. Kiedy z tego wyszedłem, otrzymałem zwykłe w takich razach pouczenie o zwolnieniu tempa, zmniejszeniu wagi, ograniczeniu spożycia cholesterolu. Zdarza się to wielu ludziom i przypuszczam, że doktorzy nauczyli się na pamięć owej litanii. Przytrafiło się to tylu moim przyjaciołom. Pouczenie kończy się: „Trzeba zwolnić tempo. Już pan nie jest taki młody jak kiedyś”. I byłem świadkiem, jak wielu zaczynało opatulać swoje życie w watę, tłumić odruchy, tamować i stopniowo wycofywać się z męskości w jakiś rodzaj duchowego i fizycznego półinwalidztwa. Zachęcały ich do tego żony i krewni, a jest to tak słodką pułapką.

Któż nie lubi być ośrodkiem troskliwości? Na tylu mężczyzn przychodzi coś w rodzaju drugiego dzieciństwa. Oddają swoją bujność za obietnicę małego przedłużenia życia. W efekcie głowa domu staje się najmłodszym dzieckiem. I z niejaką zgrozą szukałem w sobie tej możliwości. Bo zawsze żyłem gwałtownie, piłem potężnie, jadłem za dużo albo wcale, przesypiałem całą dobę albo nie spałem dwie noce, pracowałem za ciężko i za długo w zapamiętaniu albo przez jakiś czas nurzałem się w gnuśności. Dźwigałem, ciągnąłem, rąbałem, wspinałem się, uprawiałem miłość z radością i przyjmowałem kociokwiki jako konsekwencje, nie jako karę. Nie chciałem oddać ognistości za mały zysk w metrażu. Moja żona poślubiła mężczyznę; nie widziałem powodu, żeby odziedziczyła niemowlę. Wiedziałem, że dziesięć czy dwanaście tysięcy mil za kierownicą ciężarówki, w samotności i bez pomocy, na wszelkich rodzajach dróg, będzie ciężką robotą, ale dla mnie stanowiło to antidotum na zatrucie chorego zawodowo człowieka. A w życiu nie mam ochoty wymieniać jakości na ilość. Jeżeli ta projektowana podróż miała okazać się ponad moje siły, to czas był w nią wyruszyć. Widuję zbyt wielu ludzi opóźniających swoje odejście przez chorobliwą, powolną niechęć do opuszczenia sceny. Jest to zarówno niedobry teatr, jak i niedobry sposób życia. Mam wielkie szczęście posiadania żony, która lubi być kobietą, co oznacza, że lubi mężczyzn, a nie podstarzałe niemowlęta. Jakkolwiek to ostatnie uzasadnienie podróży nie było nigdy dyskutowane, jestem pewny, że je rozumiała.

Przyszedł ów ranek, pogodny, z rdzawym odcieniem jesieni w słonecznym świetle. Rozstaliśmy się z żoną bardzo prędko, bo oboje nie cierpimy pożegnań, a żadne z nas nie chciało pozostać, gdy drugie odjedzie. Ona nacisnęła gaz swojego wozu i buchnęła do Nowego Jorku, a ja, z Charleyem u boku, poprowadziłem Rosynanta na prom do Shelter Island, potem na drugi do Greenport i na trzeci, z Orient Point na wybrzeże Connecticut przez cieśninę Long Island, bo chciałem ominąć ruch uliczny Nowego Jorku i odsadzić się dość daleko. I muszę się przyznać do uczucia szarego przygnębienia.

Na pokładzie promu słońce paliło ostro, a wybrzeże stałego lądu było zaledwie o godzinę drogi. Obok nas płynął piękny slup, z fokiem wydętym jak szal, a wszystkie przybrzeżne statki brnęły poprzez cieśninę albo kołysały się ciężko w stronę Nowego Jorku. A potem, o pół mili, wynurzył się na powierzchnię okręt podwodny i dzień utracił coś ze swojej jasności. Dalej rozciął wodę inny taki ciemny stwór, a potem jeszcze jeden; oczywiście, mają one swą bazę w New London, i to jest ich siedziba. I może tym swoim jadem zachowują pokój na świecie. Chciałbym móc lubić okręty podwodne, bo wtedy mógłbym uważać je za piękne, ale są przeznaczone do niszczenia i chociaż mogą badać dno morskie i kreślić jego mapy oraz wytyczać nowe szlaki handlowe pod lodami Arktyki, ich głównym celem jest groźba. Zbyt dobrze pamiętam, jak płynąc przez Atlantyk na statku do przewożenia wojsk, wiedziałem, że gdzieś po drodze czają się te mroczne stwory, wypatrując nas swoimi jednoszypułowymi oczyma. Światło jakoś mętnieje dla mnie, kiedy je widzę i przypominam sobie popalonych ludzi, wyciąganych z tłustego od oleju morza. A dzisiaj okręty podwodne zbrojne są w masowy mord, co jest naszym głupim, jedynym sposobem odstraszania od masowego mordu.

Tylko kilka osób stało na wietrze, na górnym pokładzie terkoczącego promu. Młody człowiek w nieprzemakalnym płaszczu, o kukurydzianych włosach i oczach koloru ostróżki, czerwono obrzeżonych od tępego wiatru, obrócił się do mnie i wskazał ręką.

– To jest ten nowy – powiedział. – Może siedzieć trzy miesiące pod wodą.

– Jak pan je rozróżnia?

– Ja je znam. Pływam na nich.

– Na atomowych?

– Jeszcze nie, ale mam stryja na takim i może niedługo sam będę.

– Pan nie jest w mundurze.

– Właśnie wracam z urlopu.

– Podoba się panu ta służba?

– Pewnie, że tak. Żołd dobry, a ma się rozmaite rodzaje… przyszłości.

– Chciałby pan siedzieć pod wodą trzy miesiące?

– Człowiek do tego przywyka. Jedzenie jest dobre, są filmy i… chciałbym przepłynąć pod biegunem; a pan nie?

– Chyba tak.

– I są te filmy i rozmaita… przyszłość.

– Skąd pan jest?

– A stamtąd – z New London – tam się urodziłem. Mój ojciec i dwaj kuzyni są w służbie. Taka z nas podwodna rodzina.

– Te okręty mnie niepokoją.

– E, to by panu przeszło. Niedługo nawet by pan nie myślał, że pan jest pod wodą – to znaczy, jeżeli panu nic nie dolega. Miał pan kiedy klaustrofobię?

– Nie.

– No więc. Toby pan prędko przywykł. Może byśmy zeszli na filiżankę kawy? Jest jeszcze masa czasu.

– Bardzo chętnie.

I możliwe, że on ma rację, a ja się mylę. Ten świat jest jego, już nie mój. W jego ostróżkowych oczach nie ma gniewu ani lęku, ani nienawiści, więc może wszystko jest w porządku. To tylko posada z dobrym wynagrodzeniem i przyszłością. Nie powinienem obciążać go moimi wspomnieniami i moim lękiem. Może tamto więcej się nie powtórzy, ale to już jego sprawa. Teraz to jest jego świat. Może rozumie rzeczy, których ja nigdy się nie nauczę.

Piliśmy kawę z papierowych kubków, a on pokazał mi przez kwadratowe okienka promu suche doki i szkielety nowych okrętów podwodnych.

– Przyjemne w nich jest to, że jak przychodzi burza, można się zanurzyć i ma się spokój. Człowiek śpi jak małe dziecko, a w górze rozpętuje się piekło.

Podał mi wskazówki, jak mam wyjechać z miasta, jedne z niewielu dokładnych, jakie otrzymałem w ciągu całej podróży.

– No, to tymczasem – powiedziałem. – Mam nadzieję, że będzie miał pan dobrą… przyszłość.

– Nie jest najgorsza, wie pan. Do widzenia panu.

I jadąc przez Connecticut boczną drogą obrzeżoną drzewami i ogrodami, wiedziałem, że dzięki niemu poczułem się lepiej i pewniej.

Przez całe tygodnie studiowałem mapy, w dużej i małej skali, ale mapy wcale nie są rzeczywistością – potrafią być tyranami. Znam ludzi, którzy są tak pogrążeni w mapach drogowych, że nigdy nie widzą okolicy, przez którą przejeżdżają, i innych, którzy wytyczywszy sobie trasę, trzymają się jej, jakby jechali po szynach. Zajechałem Rosynantem na mały teren piknikowy utrzymywany przez stan Connecticut i wydobyłem mój atlas. I nagle Stany Zjednoczone stały się niewiarygodnie olbrzymie i w ogóle niemożliwe do przebycia. Zastanawiałem się, jakim sposobem, u diabła, uwikłałem się w projekt, który był niewykonalny. Przypominało to rozpoczęcie pisania powieści. Kiedy staję wobec rozpaczliwej niemożliwości napisania pięciuset stron, nachodzi mnie obrzydliwe uczucie porażki i wiem, że nigdy nie zdołam tego zrobić. Dzieje się tak za każdym razem. A potem stopniowo piszę jedną stronę i jeszcze jedną. Mogę sobie pozwolić na wzięcie pod uwagę tylko jednego dnia pracy i wyłączam możliwość, że kiedykolwiek to skończę. Tak było i teraz, kiedy patrzyłem na kolorowy obraz monstrualnej Ameryki. Liście na drzewach wokoło kempingu były grube i ciężkie i już nie rosły, ale zwisały wiotko, czekając, żeby pierwszy przymrozek spryskał je barwą, a drugi spędził na ziemię i zakończył ich rok.

Charley jest psem wysokim. Gdy siedział obok mnie, jego głowa nieomal sięgała mojej. Przysunął mi nos do ucha i powiedział: „Ftt”. Jest jedynym znanym mi psem, który potrafi wymawiać spółgłoskę „f”. Charley ma krzywe przednie zęby, ta tragedia nie dopuszcza go do wystaw psów; i właśnie dlatego, że jego górne przednie zęby z lekka zachodzą na dolną wargę, Charley może wymawiać „f”. Słowo „Ftt” zazwyczaj oznacza, że chętnie przywitałby się z krzakiem albo drzewem. Otworzyłem drzwi szoferki i wypuściłem go, on zaś dokonał swojej ceremonii. Nie musi o tym myśleć, żeby to zrobić dobrze. Wiem z doświadczenia, że w niektórych sprawach Charley jest inteligentniejszy ode mnie, jednakże w innych jest przepastnie nieoświecony. Nie umie czytać, nie umie prowadzić samochodu, nie chwyta matematyki. Natomiast w dziedzinie tych swoich czynności, którymi zajmował się teraz, w owym powolnym, dostojnym obwąchiwaniu, a potem użyźnianiu jakiegoś miejsca, nie ma sobie równych. Oczywiście, jego horyzonty są ograniczone, ale jak szerokie są moje?

Pojechaliśmy dalej, wśród jesiennego popołudnia, kierując się ku północy. Ponieważ byłem samowystarczalny, myślałem więc, że byłoby miło, gdybym mógł zapraszać spotykanych po drodze ludzi do siebie na drinka, ale zaniedbałem zapakowania alkoholu. Jednakże przy bocznych drogach w owym stanie są ładne składziki butelkowe. Wiedziałem, że kilka stanów jest „suchych”, ale zapomniałem które, a dobrze było zrobić sobie zapas.

Mały sklep stał dość daleko od drogi, w gaiku cukrowych klonów. Miał dobrze utrzymany ogródek i skrzynki z kwiatami. Właścicielem był staro-młody człowiek o szarej twarzy, jak podejrzewam, abstynent. Otworzył bloczek zamówieniowy i z cierpliwą starannością rozprostował kalki. Nigdy nie wiadomo, co ludzie zechcą pić. Zamówiłem bourbon, szkocką, dżin, wermut, wódkę, brandy średniej jakości, starą nalewkę jabłkową i skrzynkę piwa. Uważałem, że to może załatwić większość sytuacji. Było to duże zamówienie jak na niewielki sklep. Właściciel był przejęty.

– Musi być niezłe przyjęcie.

– Nie… To tylko zapasy na drogę.

Pomógł mi wynieść pudełka; otworzyłem drzwi Rosynanta.

– Pan tym jedzie?

– Jasne.

– Dokąd?

– A wszędzie.

I wtedy zobaczyłem to, co miałem widzieć tylokrotnie w ciągu podróży – wyraz tęsknoty.

– Boże! Chciałbym też pojechać.

– Nie podoba się panu tutaj?

– Owszem. Dobrze jest, ale chciałbym pojechać.

– Nawet pan nie wie, dokąd jadę.

– Obojętne. Chciałbym pojechać gdziekolwiek.

W końcu musiałem opuścić drogi ukryte między drzewami i w miarę możności omijać miasta. Hartford, Providence i tym podobne są dużymi miastami kipiącymi produkcją, mrowiącymi się od pojazdów. Przedostanie się przez miasto zabiera o wiele więcej czasu niż przejechanie paruset mil. A w zawiłym układzie ruchu ulicznego, usiłując się przezeń przedrzeć, nie ma się możliwości widzenia czegokolwiek. Przejechałem przez setki miast i miasteczek, w najrozmaitszym klimacie i w najróżniejszych okolicach, i oczywiście każde jest inne, a ludzie różnią się tam w pewnych rzeczach, ale pod niektórymi względami wszystkie one są do siebie podobne. Amerykańskie miasta są jak borsucze jamy – obwiedzione śmieciem, i to wszystkie, otoczone stosami popsutych i rdzewiejących samochodów, i nieomal zasypane odpadkami. Wszystko to, czego używamy, dostarczane jest w pudełkach, kartonach, skrzynkach, w tym tak zwanym opakowaniu, w którym się kochamy. Góry rzeczy, które wyrzucamy, są znacznie większe od tego, co zużywamy. Po tym, jeżeli nie po czym innym, widać szaloną i lekkomyślną wybujałość naszej produkcji, a wskaźnikiem wydaje się tu marnotrawstwo. Jadąc przed siebie, rozmyślałem, jak to we Francji czy we Włoszech każda z tych wyrzuconych rzeczy byłaby zachowana i użyta do czegoś. Nie mówię tego dla krytyki takiego czy innego systemu, ale zastanawiam się, czy przyjdzie czas, kiedy nie będziemy już mogli pozwolić sobie na nasze marnotrawstwo – odpadki chemiczne w rzekach, odpadki metalowe wszędzie, a odpadki atomowe zagrzebane głęboko w ziemi lub zatopione w morzu. Kiedy wioska indiańska grzęzła nazbyt głęboko w brudzie, mieszkańcy przenosili się gdzie indziej. A my nie mamy dokąd się przenieść.

Obiecałem mojemu młodszemu synowi, że pożegnam się z nim, przejeżdżając koło jego szkoły w Deer­field, w Massachusetts, ale dotarłem tam za późno, żeby go budzić, więc wjechałem na górę, znalazłem jakąś mleczarnię, kupiłem sobie mleka i poprosiłem o pozwolenie obozowania pod jabłonią. Kierownik mleczarni miał doktorat z matematyki, a musiał także mieć pewne wykształcenie filozoficzne. Lubił swoją pracę i nie miał chęci być gdzie indziej – jeden z bardzo niewielu zadowolonych ludzi, jakich spotkałem w ciągu całej podróży.

Wolę zapuścić zasłonę na moje odwiedziny w szkole Eaglebrook. Można sobie wyobrazić, jakie wrażenie wywarł Rosynant na dwustu nastoletnich więźniach edukacji, właśnie przygotowujących się do odbycia zimowego wyroku. Zwiedzali mój wóz stadami, było ich po piętnastu naraz w małej kabinie. I rzucali na mnie wzrokiem uprzejme przekleństwa, ponieważ ja mogłem jechać, a oni nie. Syn mój prawdopodobnie nigdy mi nie wybaczy. Wkrótce po odjeździe przystanąłem, by się upewnić, czy nie mam gdzieś ukrytych pasażerów.

Moja trasa wiodła na północ przez Vermont, a potem na wschód, do New Hampshire w Górach Białych. Przydrożne stragany uginały się pod złocistymi dyniami, rudawymi melonami oraz koszami czerwonych jabłek, tak jędrnych i słodkich, że zdawały się eksplodować sokiem, kiedy je nadgryzałem. Kupiłem sobie jabłek i galon świeżego cydru. Wydaje mi się, że każdy wzdłuż głównych dróg sprzedaje mokasyny i rękawice z jeleniej skóry. Ci zaś, którzy tego nie robią, sprzedają ciągutki z koziego mleka. Do owej pory nie widywałem na wsi sklepów towarów fabrycznych z obuwiem i odzieżą. Wioski są chyba najładniejsze w całym kraju, schludne i biało pomalowane, i od stu lat niezmienione – nie licząc moteli i domów turystycznych – z wyjątkiem brukowanych ulic i ruchu drogowego.

Klimat szybko się zmieniał na zimny, a drzewa buchnęły kolorem, czerwienią i żółtością nie do wiary. To jest nie tylko kolor, ale i blask, jak gdyby liście wchłaniały światło jesiennego słońca, a potem je z wolna wydzielały. W kolorach tych jest coś z ognia.

Dotarłem przed zmierzchem wysoko w góry. Szyld nad potokiem oferował na sprzedaż świeże jajka, więc ruszyłem polną drogą, kupiłem trochę jajek, poprosiłem, aby mi pozwolono obozować obok potoku, i zaproponowałem zapłatę.

Farmer był szczupłym mężczyzną o twarzy, którą uważamy za jankeską, i spłaszczał samogłoski, co w naszym mniemaniu jest jankeską wymową.

– Nie trzeba płacić – powiedział. – Ziemia nie jest tu uprawiana. Ale chciałbym obejrzeć ten pański sprzęt.

Odpowiedziałem:

– Pan pozwoli, że znajdę sobie równe miejsce i zrobię porządek, a wtedy może pan zajdzie na filiżankę kawy – albo na coś innego.

Cofałem się i ruszałem do przodu, aż wreszcie znalazłem równe miejsce, gdzie słyszałem szum bystrego potoku; było już prawie ciemno. Charley parokrotnie powtarzał „Ftt”, co tym razem znaczyło, że jest głodny. Otworzyłem drzwi Rosynanta, zapaliłem światło i zastałem wewnątrz kompletny chaos. Często sztauowałem łódź na wypadek huśtawki i przechyłu, ale szybkie hamowanie i ruszanie z miejsca ciężarówką to zupełnie inna sprawa. Podłogę zaścielały papiery i książki. Moja maszyna do pisania usadowiła się niepewnie na stosie plastikowych talerzy, sztucer wypadł i oparł się o piecyk, a cała ryza papieru, pięćset arkuszy, rozsypała się, pokrywając wszystko niczym śnieg. Zapaliłem lampę gazową, utkałem szczątki w małym schowku i nastawiłem wodę na kawę. Rano trzeba mi było zreorganizować mój ładunek. Nikt nie wie, jak to robić. Techniki trzeba się tak nauczyć, jak ja jej się nauczyłem – przez niepowodzenia.

Z chwilą zapadnięcia ciemności zrobiło się przenikliwie zimno, ale lampa i palniki gazowe piecyka nagrzały przytulnie mój domek. Charley zjadł kolację, dokonał swego obowiązkowego obchodu i ułożył się w wyścielonym dywanem kącie pod stołem, który miał być jego miejscem przez następne trzy miesiące.

Istnieje tyle nowoczesnych pomysłów ułatwiających życie. Na mojej łodzi odkryłem aluminium: naczynia kuchenne, patelnie i półmiski do jednorazowego użytku. Smaży się rybę i wyrzuca patelnię za burtę. Byłem dobrze wyposażony w te rzeczy. Otworzyłem puszkę solonej wołowiny, wyklepałem zawartość na taką patelnię i postawiłem ją na azbestowej podkładce na małym ogniu, ażeby podgrzała się bardzo powoli. Kawa zaledwie była gotowa, gdy Charley wydał swój lwi ryk. Nie potrafię powiedzieć, jakie to pokrzepiające być powiadomionym, że ktoś się zbliża w ciemnościach. Gdyby zaś ów zbliżający się żywił w sercu złe zamiary, ten głos potężny kazałby mu się zatrzymać, jeśli nie znał z gruntu pacyfistycznej i dyplomatycznej natury Charleya.

Właściciel farmy zapukał do drzwi, więc poprosiłem go do środka.

– Ładnie tu u pana – powiedział. – Tak, ładnie tu jest.

Wsunął się na miejsce przy stoliku. Stolik ten można opuszczać na noc, a z sofki robi się podwójne łóżko.

– Ładnie – powtórzył znowu.

Nalałem mu filiżankę kawy. Mam wrażenie, że kawa pachnie jeszcze lepiej, kiedy jest mróz.

– A może małe coś na boku? – zapytałem. – Coś żeby ją podeprzeć?

– Nie, tak będzie dobrze. Doskonale.

– Ani kropelki jabłkówki? Zmęczyłem się prowadzeniem, sam bym chętnie łyknął.

Popatrzył na mnie z tym hamowanym rozbawieniem, które jest uważane za milkliwość przez nie-Jankesów.

– A napije się pan beze mnie?

– Nie, chyba nie.

– No, to nie chcę panu tego odbierać – ale tylko kapeczkę.

Nalałem więc nam obu porządną porcję dwudziestojednoletniej nalewki jabłkowej i wśliznąłem się na siedzenie po drugiej stronie stolika. Charley odsunął się, żeby zrobić miejsce, i oparł głowę o moją stopę.

Na drogach obowiązuje dżentelmeneria. Bezpośrednie czy osobiste pytania nie są przyjęte. To jednak należy do zwykłych dobrych manier wszędzie na świecie. Farmer nie pytał mnie o nazwisko ani ja jego, ale zauważyłem, że jego bystre oczy pobiegły ku broni palnej przytrzymywanej gumowymi pasami i ku wędkom przymocowanym do ściany.

Chruszczow był właśnie w ONZ, co stanowiło jedną z niewielu przyczyn, dla których chciałbym znaleźć się w Nowym Jorku. Zapytałem:

– Słuchał pan dzisiaj radia?

– Tego komunikatu o piątej.

– Co było w ONZ? Zapomniałem posłuchać.

– Nie dałby pan wiary – odrzekł. – Pan Ch. ściągnął but i walił w stół.

– Dlaczego?

– Nie podobało mu się to, co mówili.

– Wydaje się to dziwną formą protestu.

– Ano, zwrócił na siebie uwagę. Mniej więcej tyle było w wiadomościach.

– Powinni mu dać młotek, żeby mógł zostać w butach.

– Dobra myśl. Może mógłby być w kształcie buta, żeby się nie czuł nieswojo. – Pociągnął jabłkówki z głębokim uznaniem. – Bardzo dobre – powiedział.

– Co ludzie tu myślą o tym całym odgryzaniu się Rosjanom?

– Nie wiem, jak inni, ale ja uważam, że kiedy ktoś się odgryza, to tak, jakby walczył w straży tylnej. Chciałbym, żebyśmy zrobili coś takiego, żeby to oni musieli się nam odgryzać.

– Może pan ma i rację.

– Wydaje mi się, że my wciąż się bronimy.

Napełniłem na nowo filiżanki kawą i dolałem nam obu trochę jabłkówki.

– Myśli pan, że powinniśmy atakować?

– Uważam, że przynajmniej powinniśmy czasem przejąć piłkę.

– Ja nie robię ankiety, ale jak tutaj idą wybory?

– A bo ja wiem? – odparł. – Ludzie nic nie gadają. Zdaje się, że to będą najtajniejsze wybory, jakieśmy mieli. Ludzie po prostu nie chcą wypowiadać żadnego zdania.

– Może go wcale nie mają?

– Możliwe albo może po prostu nie chcą mówić. Pamiętam inne wybory, kiedy bywały całkiem ostre kłótnie. Teraz nie słyszałem ani jednej.

I tego dowiedziałem się w całym kraju – żadnych sporów, żadnych dyskusji.

– Czy tak samo jest… gdzie indziej? – Musiał zauważyć mój numer rejestracyjny, ale nie chciał o tym wspominać.

– Mnie się wydaje, że tak. Czy pan myśli, że ludzie boją się mieć własne zdanie?

– Może niektórzy. Ale znam takich, co się nie boją, a też nie mówią.

– Ja też się z tym spotykałem – odrzekłem. – Ale naprawdę nie wiem.

– Ja też. Może to wszystko jest częścią jednego i tego samego. Nie, dziękuję; więcej nie. Czuję, że pańska kolacja już prawie gotowa. Będę się zbierał.

– Częścią czego?

– Ano, weź pan mojego dziadka i jego ojca – jeszcze żył, kiedy miałem dwanaście lat. Mieli różne rzeczy, których byli pewni. Mogli na pewno przewidzieć, co może się zdarzyć. A teraz – co może się zdarzyć?

– Nie wiem.

– Nikt nie wie. Co jest warte własne zdanie, jak się nic nie wie? Mój dziadek znał ilość włosów w brodzie Wszechmogącego. Ja nie wiem nawet, co stało się wczoraj, nie mówiąc już o jutrze. On wiedział, z czego jest skała czy stół. Ja nie rozumiem nawet tej formułki, która mówi, że nikt nie wie. Nie mamy na czym się oprzeć – nie mamy jak myśleć o różnych rzeczach. No, już pójdę. Zobaczymy się jutro rano?

– Nie wiem. Wyjadę wcześnie. Chcę przejechać prosto przez Maine do Deer Isle.

– O, to ładna miejscowość, nie?

– Jeszcze nie wiem. Nigdy tam nie byłem.

– No więc ładna jest. Spodoba się panu. Dziękuję za… kawę. Dobrej nocy.

Charley popatrzył za nim, westchnął i zasnął na powrót. Zjadłem soloną wołowinę, posłałem sobie łóżko i wygrzebałem Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy Shirera. Ale nie mogłem czytać, a kiedy zgasiłem światło, nie mogłem usnąć. Szum potoku po skałach był dobrym, uspokajającym odgłosem, ale rozmowa z farmerem wciąż we mnie tkwiła – to był myślący, rozumny człowiek. Nie mogłem mieć nadziei, że znajdę wielu jemu podobnych. I może utrafił w sedno. Ludzie mieli z milion lat, żeby przyzwyczaić się do ognia jako rzeczy i jako pojęcia. Od chwili kiedy człowiek oparzył sobie palce, dotknąwszy trafionego piorunem drzewa, do momentu kiedy inny człowiek przeniósł kawałek takiego drzewa do jaskini i stwierdził, że go grzeje, minęło ze sto tysięcy lat, a od tego czasu do wielkich pieców Detroit – jak wiele?

Teraz zaś mamy w ręku moc o ileż potężniejszą, a nie mieliśmy czasu rozwinąć sposobu myślenia, bo człowiek musi mieć uczucia, potem słowa, nim zdoła się zbliżyć do myśli, to zaś, przynajmniej w przeszłości, wymagało długiego czasu.

Koguty piały, zanim usnąłem. I nareszcie poczułem, że moja podróż się rozpoczęła. Myślę, że przedtem właściwie w nią nie wierzyłem.

Charley lubi wstawać wcześnie i chce, żebym ja też wcześnie wstawał. I dlaczego by nie? Zaraz po śniadaniu idzie z powrotem spać. Z biegiem lat wypracował sobie szereg pozornie niewinnych sposobów wyciągania mnie z łóżka. Potrafi się otrząsać razem z obrożą tak hałaśliwie, że umarły by się obudził. Jeżeli to nie działa, dostaje ataku kichania. Ale może najbardziej irytującą jego metodą jest spokojne siadanie przy łóżku i wpatrywanie mi się w twarz ze słodką i przebaczającą miną; wtedy budzę się z głębokiego snu z uczuciem, że jestem obserwowany. Nauczyłem się trzymać oczy mocno zaciśnięte. Ale niech tylko mrugnę powieką, on zaczyna kichać i przeciągać się, i tej nocy już jest dla mnie po spaniu. Często ta walka woli trwa dłuższy czas, przy czym ja zaciskam oczy, a on mi przebacza, lecz prawie zawsze wygrywa Charley. Ponieważ tak lubi podróżować, chciał wyruszyć wcześnie, a dla Charleya „wcześnie” oznacza pierwsze przemieszanie świtu z ciemnością.