Wydawca: Świat Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 698 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróże. Pisma zebrane 1950-1993 - Paul Bowles

Paul Bowles był jednym z najwybitniejszych amerykańskich pisarzy XX w. Jego powieści to już klasyka, na czele z otoczoną niemal kultem „Pod osłoną nieba”, znaną również z wersji filmowej w reżyserii Bernardo Bertolucciego. W tej książce mamy jednak do czynienia z twórczością innego rodzaju – utworami opisującymi mniej lub bardziej egzotyczne miejsca, do których Bowles – zawsze ciekawy świata bystry obserwator – dotarł w swych licznych podróżach, które odbywał na przestrzeni niemal pięćdziesięciu lat.

Ponad czterdzieści zebranych w tomie tekstów ukazuje szeroką panoramę: od Paryża, przez Cejlon, Tajlandię, Kenię, po Maroko, gdzie pochodzący z Nowego Jorku Bowles zamieszkał na stałe w 1947 roku. Tekstom towarzyszą zdjęcia z archiwum autora. Wstęp do książki napisał inny sławny pisarz i podróżnik Paul Theroux, a szczegółowe kalendarium życia i podróży Paula Bowlesa opracował Daniel Halpern.

„Jako podróżnik i pisarz nauczyłem się od Bowlesa nawyku obserwacji, zamiłowania do sytuacji ekstremalnych, ciekawości innych kultur, uwielbienia samotnego życia, a przede wszystkim cierpliwości” – Paul Theroux

„Najpełniejszym przejawem talentu Bowlesa są opisy miejsc. Potrafi przywołać ich obraz przy pomocy kilku celnych zdań.” – The New York Times

 „Te poruszające, rzeczowe artykuły podróżnicze świadczą o tym, że Paul Bowles potrafił dotrzeć do najbardziej nawet odległych miejsc i społeczności” – Edmund White

„Niewielu pisarzy posiadło Bowlesowską umiejętność plastycznego obrazowania, przy jednoczesnym oswajaniu tego, co nowe i zadziwiające” – The Times

Opinie o ebooku Podróże. Pisma zebrane 1950-1993 - Paul Bowles

Fragment ebooka Podróże. Pisma zebrane 1950-1993 - Paul Bowles

Tytuł oryginału: TRAVELS. COLLECTED WRITINGS 1950–1993
Wydawca: DARIA KIELAN
Redaktor prowadzący: TOMASZ JENDRYCZKO
Redakcja: ANNA MIRKOWSKA
Korekta: EWA GARBOWSKA, MIROSŁAWA KOSTRZYŃSKA
Skład: Akces
Copyright © 2010, Rodrigo Rey Rosa All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Barbara Sieradz, 2014
ISBN 978-83-7943-821-1
Świat Książki Sp. z o.o. 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2 Księgarnia internetowa: Fabryka.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Paul Bowles Tanger 1952

Podróże Paula Bowlesa

PAUL THEROUX

Zgodnie ze stereotypowym wyobrażeniem Paul Bowles to wybraniec losu, zagadkowy banita, elegant z papierosem przyklejonym do ust; to człowiek, który rozkoszuje się marokańskim słońcem, żyje z przesyłek pieniężnych i od czasu do czasu obdarza świat niepokojącym i nad wyraz kunsztownym dziełem. Wizerunek ten, choć jest w nim ziarno prawdy, wymaga znacznego uzupełnienia. Bowles bez wątpienia miał klasę, a jego pierwsza powieść przyniosła mu sukces. Cóż z tego, gdy jedna publikacja, nawet popularna, rzadko gwarantuje stały dochód. Poza tym życie Bowlesa było skomplikowane pod względem emocjonalnym, seksualnym, geograficznym i, bezsprzecznie, twórczym.

Jak większość emigrantów i uchodźców, Bowles był człowiekiem obrotnym i jako taki znalazł niejedno ujście dla swojej wyobraźni. Napisał muzykę do wielu filmów i sztuk teatralnych, dzięki czemu zyskał sławę jako kompozytor. Był etnomuzykologiem, pierwszym, który zarejestrował tradycyjne pieśni i melodie odległych wiosek Maroka i Meksyku. Tworzył powieści, opowiadania i wiersze. Tłumaczył literaturę piękną z hiszpańskiego, francuskiego i arabskiego, a także napisał ponad tuzin książek na podstawie opowieści marokańskiego gawędziarza Mohammeda Mrabeta. Tak więc wyłaniająca się ze stereotypu nieprzyzwoicie leniwa istota okazuje się nadzwyczaj płodnym twórczo, bardzo zajętym, niemal zaharowanym człowiekiem.

Bowles pisał też eseje podróżnicze, które zostały wydane w formie książki Their Heads are Green and Their Hands are Blue[1] (1963). Przedstawione tam utwory nie wyczerpują jednak całego dorobku autora, o czym świadczy niniejszy zbiór, w którym zamieszczono ponad trzydzieści nigdy wcześniej niezebranych ani nieprzedrukowanych nigdzie tekstów. Tworzą one szeroki wachlarz gatunków: od wpisów do dziennika przez utwory bliskie prozie poetyckiej, długi wiersz autobiograficzny (Paul Bowles – życie), eseje o charakterze polemicznym, komentarze polityczne, artykuły do ilustrowanych magazynów podróżniczych aż po wstępy do książek, które Bowles firmował swoim autorytetem, takie jak ten, który ja właśnie staram się napisać.

Był przystojny, czujny, mało co robiło na nim wrażenie, miał usposobienie samotnika; wiedział, czego chce, a jego umiejętność poddawania się biegowi zdarzeń, zakrawająca wręcz na fatalizm, czyniła z niego idealnego podróżnika. Nie należał do smakoszy: jak wynika z jego książek, odrażające danie (futro w potrawce z królika) wzbudzało w nim większe zainteresowanie niż wykwintna kuchnia. Był zafascynowany krajobrazem i jego wpływem na podróżnika, urzekały go – czemu daje wyraz w Chrzcie samotności – przemiany nieba, a stymulowała groteska, której przejawów doszukiwał się we wszystkim. (Byłby zachwycony następującą uwagą Augusta Hare’a poczynioną w The Story of My Life: „Mówiło się niegdyś, że przyczyną, dla której pani Barbara miała tylko jedną rękę i część drugiej, było to, że ciotka Caroline zjadła resztę”). Z pogardą odnosił się do tego, co znamionowało postęp czy rozwój technologiczny; w jednym z tekstów pisał, że Kolombo zostało dotknięte „gangreną dwudziestego wieku”, mając na myśli nowoczesność.

Jak wielokrotnie potwierdzają te ostatnio odkopane teksty, Bowlesowi daleko było do dandysa-dyletanta, za którego czasem się go uważa. Opisany w nich okres od 1931 do 1993 roku (a więc sześćdziesiąt dwa lata) upłynął mu na poważnej i niezwykle ciężkiej pracy pisarza, który próbuje zarobić na życie, jako że po sukcesie Pod osłoną nieba (1948) jego książki nie sprzedawały się już tak szybko. Jest to zbiór zarówno pożyteczny, jak i pouczający, ukazuje bowiem, że rozsądny pisarz, jeśli chce, by zostały mu oszczędzone upokorzenia prawdziwej pracy i szykany zgryźliwego szefa, nie może zaprzestać pisania. Bowles miał to szczęście, że tworzył w czasach (nieodległych, ale już bezpowrotnie minionych), gdy magazyny podróżnicze wciąż jeszcze chętnie przyjmowały długie, wnikliwe eseje. Pisał dla amerykańskiego magazynu „Holiday”. Pod lekkim tytułem skrywała się poważna misja literacka. Reportaże z podróży drukowali tam również angielscy prozaicy, V.S. Pritchett i Lawrence Durrell, a także John Steinbeck, który po zdobyciu literackiej Nagrody Nobla wraz ze swoim psem objechał Stany Zjednoczone. Bowles był ponadto współautorem zbiorów esejów, pisywał też dla „The Nation” i „Harper’s”. Jeden z tekstów zamieszczonych w niniejszym zbiorze, a opublikowany pierwotnie w „Holiday”, traktuje o haszyszu, kolejnej namiętności autora, który przez całe życie był nałogowcem.

Bowles wiedział, co mu się w podróżach podoba, a co go nudzi: „Obawiam się, że kiedy mam wybrać między cyrkiem a katedrą, kawiarnią a ogólnodostępnym zabytkiem, fiestą a muzeum, z reguły decyduję się na cyrk, kawiarnię i fiestę” – pisał w Oknach na przeszłość.

Niezależnie od tego, czy pisał dla magazynu podróżniczego czy napuszonego kwartalnika, jego artykuły zawsze były co najmniej zgrabne, a często także zabawne. O kontynentalnej części Algierii wypowiadał się tak: „Gdy w tym regionie natrafi się na miasto, leżące na bezkresnym stepie jak resztki po pikniku na środku parkingu, od razu wiadomo, że porzucili je tam Francuzi”. Z kolei na pustyni, gdzie pił „piekielnie gorącą pepsi-colę”, widział „spustoszone przez szarańczę daktylowce, których gałęzie wyglądały jak połamane druty parasola”, a niezapomnianego monsieur Omara opisywał następująco: „leżał na łóżku i palił, przyodziany jedynie w szorty, rozpromieniony niczym niezniszczalny Wańka Wstańka”.

Jedną z osobliwości, by nie powiedzieć dziwacznych anachronizmów pojawiających się w niektórych tekstach, są typowe dla Bowlesa wzmianki o niewolnikach i niewolnictwie. W 1950 roku pisał w „Holiday”: „Jeśli nie ma pod ręką żadnego niewolnika lub służącego [...]”, a w innym, poświęconym Fezowi, tekście stwierdził beznamiętnie, nie wdając się w szczegóły: „Sidi Abdallah ma niewolnicę, która urodziła mu dziecko. Choć handel ludźmi został zniesiony przez Francuzów, niewolnictwo jako instytucja przetrwało”. Dziewięć lat później kolejna zaskakująca wzmianka pojawiła się w Afryce Mniejszej, we fragmencie o gościnności: „Wszystkie drzwi były zaryglowane i jedynie strażnik, stary niewolnik z Sudanu, miał do nich klucze”. Tam, gdzie czytelnik spodziewałby się oburzenia, Bowles zachowuje chłodny dystans.

Pisał o Paryżu w czasie, gdy nie miał jeszcze zobowiązań i był frankofilem; o Costa del Sol, kiedy wybrzeże było eleganckie i niezniszczone przez człowieka; o Cejlonie, gdzie był właścicielem całej przybrzeżnej wyspy; o Tajlandii, której nienawidził; o Stambule („nieład stanowi bowiem wizualny temat przewodni”); o Kenii w czasach Mau-Mau (kiedy, wbrew panującym tendencjom był zagorzałym antykolonialistą), Maderze, Indiach i innych miejscach, do których go wysyłano lub które akurat zdarzyło mu się odwiedzić.

Najlepiej czuł się w Maroku, przepadał za tamtejszymi miastami, centralną częścią kraju, a przede wszystkim za Tangerem. Ten jednak, widziany oczami Bowlesa, różnił się od Tangeru turystycznego, Tangeru – miasta hippisów, czy nawet od Tangeru Williama Burroughsa, Barbary Hutton i Trumana Capote’a, chociaż Bowles znał wszystkich troje i pisał o nich w przychylnych słowach. Tanger nie był dla niego tak zdegenerowany, jak się go zwykle opisuje, był przyjazny i żywiołowy, tani, niezbyt urodziwy z powodu mieszaniny stylów architektonicznych, położony na uboczu, pozbawiony centrum, naznaczony niedostatkiem życia kulturalnego. Pisarz czuł się przez to miejsce „infantylizowany”, a opisując je, przybierał ton dobrotliwej krytyki: „Tanger to miasto, w którym każdy żyje w mniejszej lub większej niewygodzie”.

Żyło tam kilku ekscentryków, którzy interesowali go o wiele bardziej niż milionerzy i bitnicy. Jednym z nich był pan Black pijący nietuzinkowy napój, postać żywcem wyjęta z Bowlesowskiej prozy fabularnej. W tekście Tanger pisarz przytoczył następującą anegdotę:

Pan Black [...] był postacią poniekąd złowieszczą. Nigdy go nie poznałem, ale opowiadano mi, że miał w salonie ogromną elektryczną lodówkę, w której przechowywał kolekcję ćwierćlitrowych szklanych słoików. Od czasu do czasu otwierał drzwi lodówki, przeglądał etykietki i wybierał jedno naczynie. Potem na oczach gości wlewał zawartość do szklanki i wypijał. Moja znajoma, która pewnego razu była tego świadkiem, nieśmiało spytała, czy to, co znajdowało się w szklance, było połączeniem soku buraczanego i pomidorowego.

– To krew – odpowiedział. – Napijesz się? Jest znakomicie schłodzona.

Kobieta, która mieszkała w Tangerze od wielu lat i postanowiła nigdy nie okazywać zdziwienia, odparła:

– Dziękuję, może innym razem. Ale czy mogę zobaczyć słoik?

Pan Black podał jej naczynie. Na etykiecie widniał napis „Mohammed”.

– Jest Rifenem – wyjaśnił.

– Rozumiem – odpowiedziała. – A pozostałe słoiki?

– Każdy jest z innego chłopca – wytłumaczył gospodarz. – Nigdy nie biorę więcej niż ćwierć litra naraz. To by się nie sprawdziło. Byłoby dla nich zbyt wyczerpujące.

W wielu tekstach zamieszczonych w tym zbiorze Bowles jednoznacznie pochwala kulturę narkotykową Tangeru, palenie używki zwanej kifem i jedzenie majoun, czyli dżemu z konopi. „Marihuana, jedyny na świecie poważny rywal alkoholu, zażywana szacunkowo przez miliony osób, jest zawsze przedstawiana w krajach alkoholowych jako społeczne zagrożenie” (z eseju Kif – wstęp i kompendium pojęć napisanego do Book of Grass). Nie pije, nie ma w sobie nic z awanturnika, ale oddaje się innym przyjemnościom.

Choć niektóre teksty są stricte polityczne, inne zaś wyjątkowo jak na Bowlesa kunsztowne, to zasadniczo ich forma jest o wiele bardziej swobodna niż forma jego powieści czy nawet tych esejów, które wybrał do Their Heads Are Green; wiele z nich przypomina tonem listy do rodziny (to kolejny paradoks, bo przez większą część życia jego jedynym domem był tak naprawdę Tanger) – są rzeczowe, bezpośrednie, osobiste, nieoficjalne, czasem impulsywne („Tak więc jutro wyruszam na południe; nie mogę dłużej znieść tego deszczu”). Pisarz jest kojarzony z jednym miastem, zazwyczaj bowiem pomija fakt, że w 1959 roku w ciągu sześciu miesięcy przemierzył dwadzieścia pięć tysięcy mil, co jest tym bardziej niezwykłe, że – ponieważ bał się latania – podróżował statkiem lub pociągiem.

Zdobyte doświadczenia umożliwiły mu tworzenie literatury podróżniczej, którą analizuje w Wyzwaniu dla tożsamości, jednym z najlepszych esejów w tym zbiorze. Pisze:

Czym jest książka podróżnicza? Dla mnie jest to opowieść o tym, co przydarzyło się osobie w danym miejscu i nic ponadto; nie zawiera informacji o hotelach i autostradach, list przydatnych wyrażeń i zwrotów, statystyk, wskazówek, w co się ubrać, gdy ma się zamiar złożyć komuś wizytę. Możliwe, że takie książki tworzą kategorię skazaną na zagładę. Mam nadzieję, że tak nie jest, ponieważ nic nie jest dla mnie równie wartościowe, jak lektura spisanej przez inteligentnego pisarza wiernej relacji z tego, co mu się przydarzyło z dala od domu.

W tych tekstach zawiera się długie i intensywne życie Bowlesa, które również rzucało światło na jego genialną prozę. Było to życie, które sam wybrał. Nigdy nie szedł na kompromis, z godną podziwu konsekwencją podążał własną ścieżką, pisał to, co chciał, i nie zdarzyło mu się zrobić niczego wbrew sobie. Trzymał się tego aż do śmierci.

Pełne melancholii wersy autobiograficznego wiersza mówią coś o ostatnich dwu dekadach jego życia. Od śmierci żony, czyli od 1973 roku, żył jeszcze 26 lat. Jane miała kilka namiętnych romansów z kobietami i była głęboko, monogamicznie związana z Marokanką o imieniu Cherifa, którą Bowles podejrzewał o to, że jest czarownicą i trucicielką. On sam też wiązał się z mężczyznami. Mimo to śmierć żony pozornie żyjącej za ścianą, zdeklarowanej lesbijki, zdruzgotała go i wtrąciła w niebyt.

Potem, jak mu się zdawało, nie wydarzyło się już nic więcej.

Wciąż mieszkał w Tangerze, tłumaczył z arabskiego, francuskiego i hiszpańskiego.

Napisał wiele opowiadań, ale żadnej powieści.

Na świecie wciąż przybywało ludzi.

I nikt nie mógł nic poradzić, w żadnej kwestii.

PODRÓŻE

PISMA ZEBRANE1950–1993

17 Quai Voltaire

DZIENNIK; WSPOMNIENIA Z PARYŻA (1931–1932)[2]

Jeśli dobrze pamiętam, mieszkanie przy 17 Quai Voltaire było bardzo wysokie i składało się z jednego pokoju oraz przebiegającej wzdłuż jego ściany antresoli, na której spałem. Wynajął je Harry Dunham, świeżo upieczony absolwent Uniwersytetu Princeton. Sam zajmował niewielką sypialnię na dole. W styczniowe poranki w kawalerce panował przenikliwy chłód. Gdy wyglądałem przez okno łazienki, przed sobą widziałem maswerk gałęzi na tle nieba, a w dole naganiaczy chodzących w tę i z powrotem wzdłuż rzeki. Było to zimą na przełomie 1931 i 1932 roku; ulicą jeździło wtedy niewiele samochodów. Zakładam, że teraz jest ich więcej.

Harry wpadł na znakomity – jak mu się wówczas wydawało – pomysł, by importować z Marrakeszu Abdelkadera, piętnastoletniego Marokańczyka, pracownika tamtejszego hotelu, którego – jak mu się również wydawało – mógł wyszkolić na swojego kamerdynera i asystenta. Okazało się jednak, że nie było to trafione przedsięwzięcie.

To zdjęcie Bowles wykonał w budce fotograficznej podczas pobytu w Paryżu w 1930 roku, a następnie wysłał swojemu przyjacielowi, Bruce’owi Morrissette’owi. Zdanie, które zapisał w tle, brzmi: „Et qui voit le mystère” („I kto dotrzega tajemnicę”)

Musiało istnieć w tym mieszkaniu jakieś urządzenie grzewcze, inaczej nie dałoby się tam wytrzymać. I rzeczywiście, przypominam sobie, jak Abdelkader wąskimi tylnymi schodkami wyprawiał się po opał do piwnicy. Nie mam pojęcia, czy to było drewno czy węgiel. Pamiętam jednak, że właśnie na tej klatce schodowej pewnego dnia chłopak spotkał kogoś, o kim z entuzjazmem powiedział: comme ma mère, je te jure[3] i z kim potem mnie zapoznał (również tam, na tylnych schodach). Elokwentna dama nazywała się Lucie Delarue-Mardrus[4]. Zaprosiła mnie do siebie na kawę i przedstawiła doktorowi Mardrusowi[5], który miał do powiedzenia o wiele mniej niż ona. Niemal nie śmiałem się odzywać, jako że ani nie czytałem jego przekładu Tysiąca i jednej nocy, ani nawet nie mogłem wiedzieć o jego istnieniu. To tam po raz pierwszy usłyszałem o Isabelle Eberhardt[6], którą madame Mardrus opisywała z wielkim upodobaniem. Poznały się w Algierii.

Poprzedniego miesiąca zatrzymałem się we włoskim ośrodku narciarskim. Nie czułem się najlepiej i napisałem o tym Gertrude Stein, która nalegała, żebym wrócił do Paryża. W tym samym czasie odwiedził ją jednak ktoś (w lewobrzeżnym Paryżu roiło się wówczas od plotkarzy), kto doniósł, że widziano mnie w Alpach z pewną Francuzką. Dziewczyna, o której mowa, była tylko moją przyjaciółką, ale Gertrude zinterpretowała tę wiadomość po swojemu.

Nie pochwalała kontaktów interesujących ją młodych mężczyzn z przedstawicielkami przeciwnej płci. Niemniej, gdy wróciłem do Paryża, zadzwoniłem do panny Stein z myślą, że złożę jej i pannie Toklas wizytę na rue de Fleurus.

Po drugiej stronie słuchawki panował chłód.

– Zatem wróciłeś do Paryża – powiedziała Gertrude.

– Tak.

– Dlaczego nie pojedziesz do Meksyku? Sądzę, że tam jest twoje miejsce. Wytrzymałbyś jakieś dwa dni.

To był koniec rozmowy. Gertrude pochodziła z Kalifornii i Meksyk był dla niej synonimem wielkiego niebezpieczeństwa. Spotkałem ją dopiero następnego lata.

O dziwo, nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jadałem lunche i obiady. Sztuka kulinarna mnie nie interesowała, starałem się przeżyć jak najdłużej za małe pieniądze, nie dostając przy tym niestrawności. O ile pamiętam, często bywałem w całkiem niezłej restauracji przy rue Bonaparte, gdzie ceny były przyzwoite.

Dwa lata wcześniej, podczas swojego pierwszego pobytu w Paryżu, zakochałem się w metrze. Przemierza ono całe miasto bez pośpiechu i huku, z jakim porusza się kolej podziemna w Nowym Jorku, wiecznie, jak można by sądzić, ścigająca się z czasem. Tam człowiek spogląda kompulsywnie na zegarek, tutaj zamiast tego patrzy na Dubo... Dubon... Dubonnet[7]. W nowojorskim metrze unosi się zapach rozgrzanego metalu przetrawionego smrodem ścieków dolatującym z portu, w Paryżu przyjemna woń wydostaje się ze stacji na ulice. Nigdzie indziej nie czułem tego charakterystycznego zapachu i dla mnie stał się on symbolem Paryża. Wiele lat później w Tangerze wszedłem do drogerii i odkryłem środek odkażający o trzech nutach: lawendowej, cytrynowej i parfum du métro.

Bernard Fay[8], który mieszkał przy rue de Guillaume, był specjalistą od stosunków francusko-amerykańskich. Nie mam pojęcia, jakie wyznawał poglądy polityczne, ale po tym jak po drugiej wojnie światowej je ujawniono, spędził kilka lat w więzieniu. To w jego domu poznałem Virgila Thomsona[9], który z racji tego, że mieszkał przy 17 Quai Voltaire, wystarał się o kawalerkę dla mnie i Harry’ego. Dopilnował też, abym poznał ludzi, których jego zdaniem powinienem znać, takich jak Marie-Louise Bousquet[10], Paweł Czeliszczew[11] czy Eugene Berman[12], zwana przez wszystkich Genią. Pewnego dnia zaprowadził mnie na spotkanie z Maxem Jacobem[13], dziwnym małym człowieczkiem o jajowatej głowie. Był tam też Henri Sauguet[14]. Ja jednak nigdy też nie przeczytałem choćby linijki wiersza Maxa Jacoba, nigdy też nie słyszałem ani jednej nuty symfonii Saugueta, prezentacje te były więc poniekąd bezcelowe.

Uwielbiałem odwiedzać dwa miejsca: Bal Nègre przy rue Blomet i teatr Grand-Guignol. Nie widziałem wcześniej tańczących czarnoskórych i, ma się rozumieć, ich sprawność i gracja zrobiły na mnie duże wrażenie. Repertuar w Grand-Guignol był z konieczności ograniczony, należało więc uważać, by nie wybrać programu złożonego w całości z utworów, które się już poznało. Często podczas spektakli wśród widzów znać było poruszenie i po chwili pielęgniarki w białych kitlach wynosiły kogoś z sali. Nigdy nie wierzyłem, że te ataki serca i napady epilepsji są autentyczne. Spektakle nie wydawały mi się na tyle straszne, by wywoływać podobne reakcje, chociaż zapewniano mnie o ich wiarygodności, jako że teatr przyciągał inwalidów i neurotyków. Uważałem to wszystko, włącznie z dramatycznym wynoszeniem nadwrażliwych widzów, za świetną zabawę.

Ilekroć do Paryża przyjeżdżał ktoś znajomy i proponował wspólny posiłek, zabierałem go do La Mosquée, nie z powodu kulinarnej doskonałości, ale po prostu dlatego, że zarówno jedzenie, jak i atmosfera miejsca przywodziły mi na myśl Maroko (wciąż marzyłem o powrocie do Fezu, który opuściłem zaledwie kilka miesięcy wcześniej). Kiedy myślę o tym miejscu z perspektywy czasu, wydaje mi się, że kuskus wcale nie był zły. Z pewnością lepszy od wszystkiego, co można dostać dzisiaj w marokańskich restauracjach. Słyszałem, że teraz, ponad pół wieku później, jedzenie w La Mosquée się pogorszyło, co mnie jednak nie dziwi, skoro to samo stało się ze wszystkim innym.

Pewnego dnia w domu znajomego w dzielnicy Montparnasse zostałem przedstawiony Ezrze Poundowi[15]. Wybraliśmy się razem na lunch do pobliskiej knajpy. Pound był wysoki i miał rudawą brodę. Przypomniał mi się jego wiersz, który kilka lat wcześniej czytałem w pewnym niskonakładowym magazynie, a który sprowadzał się do miażdżącej krytyki starych ludzi. Poeta najwyraźniej był zdania, że ich powinnością wobec społeczeństwa jest umrzeć, zanim staną się niedołężni. Okrutny był to poemacik. Gdy pokazałem go matce, powiedziała: „Ten człowiek najwyraźniej niewiele wie o życiu”. Podczas lunchu kilkakrotnie miałem ochotę spytać pana Pounda, czy wciąż w ten sam sposób myśli o starszych osobach, powstrzymywałem się jednak, w przekonaniu, że pytanie go zawstydzi. W tym czasie był on jednym z trzech redaktorów magazynu literackiego „The New Review”, dwaj pozostali nazywali się Samuel Putnam i Richard Thoma. Tego popołudnia miał umówione spotkanie z Putnamem i zaproponował, żebym poszedł z nim.

Wsiedliśmy do autobusu. Całą drogę do Fontenay-aux-Roses staliśmy na tylnej platformie. Pamiętałem, jak Gertrude Stein mówiła, że nie może więcej zapraszać Pounda do domu ze względu na jego niezdarność i nieostrożność. Twierdziła, że kiedy przechodził koło stołu, przewracał lampę, a kiedy siadał, łamało się pod nim krzesło. Ponieważ goszczenie go znacznie obciążało jej budżet, 27 rue de Fleurus stała się dla niego miejscem zakazanym. Gdy spytałem ją, czy nie sądzi, że takie wykluczenie go obraża, odparła: „Ależ skąd, ma mnóstwo innych ludzi, którym może wszystko wytłumaczyć”. Twierdziła, że nie ma w tym nic złego, dopóki Gminny Tłumacz (bo tak go nazywała) przemawia do gminu.

Tamtej zimy moja działalność literacka ograniczała się do poszukiwania brakujących numerów rozwiązanych lub dogorywających magazynów, których chciałem mieć pełną kolekcję. Pochłaniało to więcej czasu i energii, niż można by się spodziewać. Szczególnie interesowały mnie czasopisma „Minotaure”, „Bifur” oraz „Documents”, ukazujący się krótko przegląd pod redakcją Carla Einsteina. Nie dało się ich znaleźć na stoiskach przy nadbrzeżu, musiałem więc szukać w małych księgarniach antykwarycznych rozrzuconych po mieście, co zmuszało mnie do odbywania długich spacerów. To mi jednak pod każdym względem odpowiadało, ponieważ niczego tak nie lubiłem jak włóczęgi po mniej uczęszczanych ulicach Paryża, które wciąż uważałem za tajemnicze i niezbadane.

Uwielbiałem zwłaszcza odkrywać okolice położone z dala od takich miejsc, jak opera Garnier, Place de la Concorde czy Łuk Triumfalny, które wydawały się zbyt oczywiste, by wzbudzać zainteresowanie. W szare zimowe dni skromne ulice Belleville i Menilmontant jawiły mi się jako rejony o wiele bardziej poetyckie; potrafiłem całymi godzinami zwiedzać takie miejsca, fotografując podwórza z drabinami i beczkami (dbałem o to, by w kadrze nie znalazł się żaden człowiek) i gubiąc się na jakiś czas, tak jak w marokańskich medynach[16]. Restauracje w tych częściach miasta serwowały dania, które nie przypadły mi do gustu – przypominam sobie bardzo czerwoną, słodkawą koninę podawaną zwykle z włóknistym szpinakiem.

Był jednak jeden „oczywisty” budynek, który mnie zachwycił: pałac Trocadéro z szerokimi schodami prowadzącymi prosto do Sekwany. Czy słusznie kojarzę go z utworami Lautréamonta[17]? Z pewnością gmach, upiększony dwoma niezapomnianymi nosorożcami naturalnej wielkości, był wystarczająco brzydki, by wzbudzić zachwyt poety. Podobno posągi usunięto, kiedy poddano budynek operacji plastycznej. Wciąż zastanawiam się, co mogło się stać z tym dwojgiem ogromnych zwierząt. Czy przetrwały, czy też zostały zniszczone? Wydaje mi się, że Francuzi powinni odlać jeszcze dwie identyczne rzeźby i umieścić wszystkie cztery w rogach wieży Eiffla, z którą mają one coś wspólnego.

Uprzedzając zarzuty o pielęgnowanie przeze mnie perwersyjnego gustu architektonicznego, zaznaczę, że zachwycił mnie pałac wersalski. Rozciągająca się przed nim otwarta przestrzeń stanowiła antidotum na uczucie klaustrofobii, które czasem dopadało mnie w Paryżu. Do pewnego momentu zakładałem, że podzielam mniej lub bardziej uniwersalny zachwyt nad tym miejscem, byłem więc głęboko wstrząśnięty, gdy pewnego dnia około południa zobaczyłem czworo angielskich turystów z szyderczym wyrazem twarzy spoglądających w górę, na szeroką fasadę, i usłyszałem, jak jedna z kobiet mówi, charakterystycznie, z londyńska przeciągając wyrazy: „To dopiero brzydkie!”.

Pewnego wieczoru udałem się na proszoną kolację do mieszkania Tristana Tzary[18]. Znajdowało się ono gdzieś na wiodącej w górę ulicy Montmartre, możliwe, że przy rue Epic. Tzara miał piękną żonę Szwedkę, jego salon wypełniały afrykańskie rzeźby i maski. Był też właścicielem wspaniałego kota syjamskiego. Szczególnie lubię te zwierzęta pomimo ich ogólnej niepoczytalności (albo właśnie ze względu na nią).

Jak na mój gust, jedzenie było wyśmienite, choć gospodarze za nie przepraszali. Tzara tłumaczył, że przyjęli tymczasową pomoc, ponieważ kucharz, którego dotąd zatrudniali, odszedł wielce wzburzony w tym właśnie tygodniu, odgrażając się, że jego noga więcej nie postanie w ich mieszkaniu. Możliwe, że zdarzało mu się zaniedbywać karmienie kota. W każdym razie na pewno nie życzył sobie, by zwierzę przebywało w kuchni w czasie, gdy on pracował, i z tego powodu przeganiał je nogą, co było zniewagą, której ten wielki samiec, ma się rozumieć, nie był w stanie przełknąć.

Kucharz spał w wydzielonej z mieszkania służbówce i zawsze na czas spoczynku zatrzaskiwał drzwi. Pewnej nocy pozostały jednak niedomknięte i kocur otworzył je po cichu. Upewniwszy się, że mężczyzna śpi, przykucnął i skoczył na niego. Wylądował na gardle kucharza i rozpruł je drapieżnie tylną łapą. Wyraźnie miał zamiar ostatecznie rozprawić się z wrogiem. Kucharz został przewieziony do szpitala i gdy rankiem pojawił się w drzwiach mieszkania Tzary, postawił ultimatum: kot musi się natychmiast wynieść, jeśli on ma nadal u nich służyć. Nie wejdzie do mieszkania, dopóki nie pozbędą się agresora. Odmówili, więc kucharz odszedł, grożąc wstąpieniem na drogę sądową. Spytałem, jak układają się stosunki kocura z obecną kucharką. „Och, to przecież kobieta” – odparł Tzara. „Kobiety mu nie przeszkadzają”. Syjam siedział na regale z książkami obok afrykańskiej maski i obserwował, jak jemy. Mimo że cały wieczór czułem przemożną ochotę, by podejść i pogłaskać go po głowie albo podrapać pod brodą, pilnowałem się, by utrzymać stosowny dystans.

Ściany kawalerki przy 17 Quai Voltaire zdobiło kilka dużych, jednobarwnych rysunków Foujity[19]. Należały one do naszej właścicielki, madame Ovise, albo zostawił je poprzedni lokator. Dzieła te wydawały się niegodne mieszkania, które, jak czułem, potrzebowało czegoś przyciągającego uwagę, podczas gdy jedynymi takimi elementami w obrazach Foujity były pięknie przedstawione koty syjamskie. Tymczasem w pobliskiej (ulokowanej prawdopodobnie przy rue de Seine) Galerii Pierre’a wystawiano właśnie „konstrukcje” Juana Miró. Były zrobione z drewna, gipsu i kawałków liny i do pewnego stopnia przypominały części Merzbau Kurta Schwittersa[20], z tym że pomyślano je tak, by cieszyły oko. Harry udał się do Galerii Pierre’a i wrócił z trzema dziełami. Ożywiły mieszkanie i pozwoliły mi poczuć, że naprawdę jestem w Paryżu w roku 1932. Prace Foujity wskazywały na inną epokę (pochodziły z poprzedniej dekady, ale kiedy ma się dwadzieścia lat, dekada to szmat czasu). Włożyliśmy je do szafy.

Pewnego popołudnia, ledwie dwa tygodnie później, wszedłem do mieszkania i zauważyłem, że stało się dziwnie ponure. Już po kilku sekundach zrozumiałem, co jest nie tak: dzieła Foujity wróciły na swoje dawne miejsca, prace Miró natomiast zniknęły. Pokojówka nie pozwoliłaby sobie na podobną ingerencję w wystrój mieszkania, mogła to zrobić jedynie dozorczyni lub sama madame Ovise. Zbiegłem na dół, by porozmawiać z konsjerżką. Z początku nie miała pojęcia, o czym mówię (albo tylko udawała). Pewnie dlatego, że opisałem brakujące dzieła Miró jako obrazy.

W końcu jednak zrozumiała: „Monsieur ma na myśli te stare kawałki drewna, które ktoś powiesił na ścianie? Wyrzuciłam je. Pomyślałam, że monsieur będzie zadowolony, jeśli się ich pozbędzie”.

Rozpoczęły się poszukiwania w piwnicy. Konstrukcje, które uważałem za dzieła sztuki, leżały ułożone w stos jak drewno na rozpałkę. Nie były w najlepszym stanie i musiały zostać przewiezione z powrotem do Galerii Pierre’a. Koniec końców, rekonstruował je sam Miró.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Zbiór ukazał się w Nowym Jorku nakładem wydawnictwa Random House. Wcześniej, w tym samym roku, książkę tę (pod krótszym tytułem Their Heads Are Green) wydała w Londynie oficyna Petera Owena.

[2]17 Quai Voltaire to wspomnienia Paula Bowlesa z pobytu w Paryżu w latach 1931–1932, spisane w latach osiemdziesiątych. Zostały opublikowane po śmierci pisarza, początkowo jako studium w języku francuskim, później po angielsku w magazynie „Open City” w 2005 roku.

[3]Comme ma mère, je te jure (franc.) – jak moja matka, przysięgam.

[4] Lucie Delarue-Mardrus (1874–1945) – francuska dziennikarka, poetka, pisarka i rzeźbiarka, autorka ponad siedemdziesięciu książek.

[5] Joseph Charles Mardrus (1868–1949) – francuski lekarz i znany tłumacz.

[6] Isabelle Eberhardt (1877–1904) – szwajcarska pisarka i badaczka Afryki Północnej.

[7]Dubo... Dubon... Dubonnet – sławny slogan francuskiego artysty Cassandre’a umieszczony na plakatach reklamujących francuski aperitif Dubonnet.

[8] Bernard Fay (1893–1978) – francuski historyk zajmujący się relacjami francusko-amerykańskimi, wyznawca teorii światowego spisku żydomasonerii.

[9] Virgil Thomson (1896–1989) – amerykański kompozytor i krytyk muzyczny.

[10] Marie-Louise Bousquet (1880–1964) – w okresie, o którym mowa, redaktorka „Harper’s Bazaar”.

[11] Paweł Czeliszczew (1898–1957) – rosyjski malarz surrealista, scenograf i kostiumograf.

[12] Eugene Berman (1899–1972) – rosyjska malarka.

[13] Max Jacob (1876–1944) – francuski pisarz i poeta, przedstawiciel awangardy.

[14] Henri Sauguet (1901–1989) – francuski kompozytor.

[15] Ezra Pound (1885–1972) – amerykański poeta, tłumacz, publicysta i krytyk literacki, twórca teorii imagizmu i jej kontynuacji – wortycyzmu.

[16] Większość egzotyzmów wyjaśniono w glosariuszu na końcu książki.

[17] Comte de Lautréamont, właśc. Isidore Lucien Ducasse (1846–1870) – francuski poeta.

[18] Tristan Tzara (1896–1963) – francuski poeta i eseista, inicjator dadaizmu, w późniejszym okresie surrealista.

[19] Tsuguharu Foujita (1886–1969) – malarz, grafik i rysownik japoński.

[20] Kurt Schwitters (1887–1948) – niemiecki malarz i rzeźbiarz, przedstawiciel dadaizmu. Merzbau to instalacja łącząca w sobie elementy architektury i rzeźby, wciąż przekształcana przez artystę. Pierwszą z trzech takich instalacji stworzył on w Hanowerze, została jednak zburzona podczas drugiej wojny światowej. Kolejne dwie powstały w Norwegii i w Londynie. Sam Schwitters uważał je za dzieło swojego życia.