Podróże bliższe i dalsze, czyli urok komunikacyjnych staroci - Stanisław Milewski - ebook
Opis

Dziś budzą pobłażliwy uśmiech lub nostalgiczną zadumę. Są zabytkami przeszłości, obiektami kolekcjonerskimi, często turystyczną atrakcją. A przecież niecałe sto pięćdziesiąt lat temu kareta, dorożka, tramwaj konny, automobil były w powszechnym użyciu. Świat żył wtedy w innym tempie. Podróż „do wód” trwała kilka dni, a zwykły wypad do podmiejskiego kurortu stawał się prawdziwą wyprawą. Wróćmy do tamtych czasów, poddajmy się nastrojowi stwarzanemu przez stukot końskich kopyt i gazowe latarnie, wsłuchajmy się w muzykę kół wagonów Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, pozwólmy, by owiał nas wiatr historii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 235

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Opra­co­wa­nie ‌gra­ficz­ne: ‌An­drzej Ba­rec­ki ‌

Re­dak­cja: ‌Anna ‌Ku­bal­ska ‌

Ko­rek­ta: Jo­lan­ta Ro­so­siń­ska

Na okład­ce ‌i ob­wo­lu­cie wy­ko­rzy­sta­no:

Źró­dła ‌zdjęć i ilu­stra­cji: ‌Bi­blio­te­ka ‌Na­ro­do­wa, ‌

Bi­blio­te­ka Pu­blicz­na ‌m. ‌st. ‌War­sza­wy, ‌

ar­chi­wum ‌au­to­ra, ar­chi­wum ‌Iskier

Co­py­ri­ght © by ‌Sta­ni­sław Mi­lew­ski, ‌2006

Co­py­ri­ght © by ‌Wy­daw­nic­two ISKRY, War­sza­wa ‌2006 ‌

ISBN ‌978-83-244-0263-2

Wy­daw­nic­two ISKRY

ul. ‌Smol­na 11, ‌00-375 War­sza­wa

e-mail: ‌[email protected]

www.iskry.com.pl

Sprze­daż ‌wy­sył­ko­wa ‌i dys­try­bu­cja:

Do­bra 28 ‌sp. z o.o.

ul. ‌Ka­ba­re­to­wa 21, 01-942 ‌War­sza­wa

tel. (0-22) 864-95-17

Skład ‌wersji ‌elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Od autora

Wy­ja­śnić ‌war­to na wstę­pie, że ‌w książ­ce tej ‌– do­ty­czą­cej ‌przede ‌wszyst­kim War­sza­wy ‌– mniej po­świę­ci ‌się miej­sca ‌we­wnątrz­kra­jo­wym ‌czy ‌też za­gra­nicz­nym wo­ja­żom nie­gdy­siej­szych ‌miesz­kań­ców sto­li­cy, ‌a wię­cej ‌ich po­ru­sza­niu ‌się po ‌mie­ście i nie­zbyt da­le­ko ‌poza ‌jego ‌ro­gat­ka­mi. Wziąć trze­ba ‌pod uwa­gę, że dla ‌XIX-wiecz­ne­go miesz­kań­ca Sta­re­go Mia­sta ‌od­le­głą po­dró­żą była ‌zie­lo­no­świąt­ko­wa wy­pra­wa do ‌Lasu ‌Bie­lań­skie­go, ‌nie­dziel­na wy­ciecz­ka z ro­dzi­ną ‌do Pra­do ‌na Sa­skiej ‌Kę­pie, z prze­pra­wą ‌przez Wi­słę wy­na­ję­tą ło­dzią, czy wresz­cie uczest­nic­two w we­se­lu na Mo­ko­to­wie, któ­ry wte­dy znaj­do­wał się da­le­ko poza mia­stem.

Mowa więc bę­dzie o dy­li­żan­sach pocz­to­wych i o ko­lei, ale wię­cej uwa­gi po­świę­ci się kon­nym do­roż­kom i ta­kimż tram­wa­jom, omni­bu­som i „do­roż­kom sa­mo­cho­do­wym”, jak jesz­cze przed ostat­nią woj­ną ma­wia­no na tak­sów­ki, no i, oczy­wi­ście, wszel­kim no­win­kom tech­nicz­nym, w któ­re ob­fi­to­wać za­czął schy­łek wie­ku pary i elek­trycz­no­ści oraz po­czą­tek ubie­głe­go stu­le­cia.

Czy­tel­nik nie znaj­dzie tu jed­nak ani usys­te­ma­ty­zo­wa­nej wie­dzy o po­jaz­dach, ani hi­sto­rii ich ro­dza­jów; nie po­zna też szcze­gó­łów tech­nicz­nych do­ty­czą­cych ich bu­do­wy. Książ­ka trak­tu­je ra­czej o hi­sto­rii oby­cza­jów, a nie o dzie­jach tech­ni­ki. Nie za­do­wo­li, być może, wszyst­kich Czy­tel­ni­ków, da­le­ko jej bo­wiem do wy­czer­pa­nia te­ma­tu. Au­tor sta­rał się je­dy­nie po­ka­zać na pod­sta­wie wy­bra­nych pa­mięt­ni­ków, do­nie­sień daw­nych dzien­ni­ka­rzy i ga­ze­to­wych re­la­cji, czym i jak po­dró­żo­wa­no. Ze­brał tak­że po­nad trzy­sta ilu­stra­cji z epo­ki, ale wy­ko­rzy­stać dało się nie­ste­ty tyl­ko pew­ną ich część. Książ­ka nie ma am­bi­cji na­uko­wych; jest re­por­ta­żem z po­dró­ży „rze­mien­nym dy­sz­lem” po hi­sto­rii ko­mu­ni­ka­cji.

Dzię­ku­ję przede wszyst­kim Pre­ze­so­wi Wy­daw­nic­twa Iskry, Panu Dok­to­ro­wi Wie­sła­wo­wi Uchań­skie­mu, któ­ry jest zresz­tą spi­ri­tus mo­vens tej książ­ki, pod­pi­sał bo­wiem umo­wę na jej wy­da­nie już wte­dy, gdy ry­so­wał się tyl­ko bar­dzo ogól­ny pro­jekt; zmu­si­ło to au­to­ra do jej na­pi­sa­nia mimo nie­moż­li­wych do prze­wi­dze­nia trud­no­ści. Dzię­ku­ję też Dy­rek­to­ro­wi Wy­daw­nic­twa, Panu Krzysz­to­fo­wi Ob­łuc­kie­mu, za to, że wło­żył bar­dzo dużo ser­ca w pięk­ne i sta­ran­ne jej wy­da­nie, Pani Re­dak­tor An­nie Ku­bal­skiej za pro­fe­sjo­nal­ny osta­tecz­ny szlif, a tak­że Panu An­drze­jo­wi Ba­rec­kie­mu, że nadał książ­ce in­te­re­su­ją­cy i nie­ba­nal­ny kształt.

Po­nad­to dzię­ku­ję Pa­niom z czy­tel­ni var­sa­via­nów Bi­blio­te­ki Pu­blicz­nej na Ko­szy­ko­wej, a zwłasz­cza Pani Jo­an­nie Ja­szek-Bie­lec­kiej, za życz­li­wą po­moc; dzię­ku­ję tak­że Pa­niom z Za­kła­du Re­pro­gra­fii i Di­gi­ta­li­za­cji Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej: Han­nie Wró­blew­skiej i Jo­lan­cie Ko­tu­ni, oraz Panu Ada­mo­wi Dziu­rzyń­skie­mu z Za­kła­du Zbio­rów Mi­kro­fil­mo­wych Bi­blio­te­ki Na­ro­do­wej. Osob­ne sło­wa wdzięcz­no­ści na­le­żą się mo­jej Żo­nie, Ire­nie, któ­ra wy­ka­zy­wa­ła dużo wy­ro­zu­mia­ło­ści i cier­pli­wo­ści, gdy pi­sa­łem tę książ­kę, a jesz­cze wię­cej, gdy o niej roz­pra­wia­łem. Za­wsze mo­głem li­czyć na Jej po­moc, gdy to tyl­ko było moż­li­we.

Karetąi rzemiennymdyszlem

W dzi­siej­szych cza­sach sno­bi­stycz­ni wła­ści­cie­le eks­klu­zyw­nych aut li­cy­tu­ją się, kto ma cen­niej­szy i bar­dziej wy­szu­ka­ny sa­mo­chód, po­dob­nie w XVIII wie­ku – za­cho­wu­jąc od­po­wied­nie pro­por­cje – lu­dzie bo­ga­ci za­da­wa­li szy­ku, po­ka­zu­jąc się w kosz­tow­nych ka­re­tach. Im bar­dziej były zdob­ne i cią­gnię­te przez moż­li­wie naj­więk­szą licz­bę koni, tym po­wód do pu­sze­nia się by­wał więk­szy.

Tę przy­wa­rę ma­jęt­nych sno­bów już w dru­giej po­ło­wie XVII wie­ku pod­chwy­cił sta­ro­pol­ski sa­ty­ryk, Wa­cław Po­toc­ki. „O czym­że Pol­ska my­śli i we dnie, i w nocy? Żeby sześć za­przę­ga­no koni do ka­ro­cy!” – drwił w wier­szu Zbyt­ki pol­skie. W in­nym po­ema­cie uty­ski­wał na mod­ni­sia, któ­ry „trzy lata ko­la­są parą jeź­dził koni, dziś mu trze­ba ka­ro­cę, sze­ści fre­zów [koni fry­zyj­skich – S.M.] do niej”. Li­cy­to­wa­no się też na ilość. Wie­lu ary­sto­kra­tów trzy­ma­ło we wła­snych po­wo­zow­niach – za­rów­no w sto­li­cy, jak iw swych ro­do­wych do­brach – kil­ka, a na­wet kil­ka­na­ście róż­ne­go typu po­jaz­dów. Mniej ma­jęt­ni wy­prze­da­wa­li się, by ku­pić ka­re­tę – o nie­ja­kim szam­be­la­nie Igna­cym Ry­chłow­skim po­wia­da­no w War­sza­wie, że jeź­dzi po mie­ście swą ostat­nią wio­ską.

Ruch ulicz­ny na pla­cu Zam­ko­wym

Ka­ro­ca dwu­przęż­na pa­rad­na (1774 rok)

„Wi­dzę, iże w ka­re­tach ko­cha­ją się damy” – wy­tknął tę sła­bost­kę ko­bie­tom We­spa­zjan Ko­chow­ski. To wła­śnie one – żony i ko­chan­ki – naj­czę­ściej pro­wo­ko­wa­ły do kup­na co­raz to now­szych mo­de­li. Była to ce­cha trwa­ła, cze­go wiek póź­niej do­wo­dzi bi­skup Igna­cy Kra­sic­ki. Ta­kie oto sło­wa wło­żył w usta mał­żon­ka Żony mod­nej: „Wy­jeż­dża­my do domu. Jej­mość w złych hu­mo­rach: – Czym po­je­dziem? – Ka­re­tą. – A nie na re­so­rach? Da­liż ja po re­so­ry. Szczę­ściem kasz­te­la­nic, co ka­re­tę an­giel­ską spro­wa­dził z za­gra­nic, zgrał się do sze­lą­ga. Ku­pi­łem”.

Po­dob­nie było w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku. Alek­san­der Błę­dow­ski, człek woj­sko­wy, chciał za­im­po­no­wać świe­żo po­ślu­bio­nej żo­nie z wyż­szych sfer, hra­bian­ce Hen­rie­cie Dzia­łyń­skiej. „Po obie­dzie – jak wspo­mi­na­ła w Pa­miąt­ce prze­szło­ści – do ko­cza an­giel­skie­go ka­zał za­prząc (…) czte­ry ko­nie an­gli­zo­wa­ne gnia­de, ro­słe, w cho­mą­tach ślicz­nych an­giel­skich, a kocz jak czół­no for­mę miał, na bia­ło la­kie­ro­wa­ny, ama­ran­to­wym suk­nem wy­bi­ty. Do ka­ry­kla [tak zwa­no wów­czas lek­ki po­wóz, w któ­rym stan­gret sie­dział z tyłu – S.M.] na dwóch ko­łach tak­że pięk­ne­go ko­nia za­przę­gli. Ci pa­no­wie sami się po­wo­zi­li, a my z Ane­tą ko­czem prze­jeż­dża­ły­śmy się. Umia­łam wte­dy czuć przy­jem­ność z uży­wa­nia i po­sia­da­nia pięk­ne­go ekwi­pa­żu”.

Po la­tach twier­dzi­ła: „Ze zgor­sze­niem mło­dych nie uwa­żam na za­prząż, a prze­jażdż­ki spa­ce­ro­we nic nie ba­wią”. Ba, ale po­gor­szył jej się znacz­nie do­tych­cza­so­wy po­ziom ży­cia w ma­jąt­ku, te­raz już na Wo­ły­niu. „Do go­spo­dar­stwa za­bie­rał się mój mąż – wspo­mi­na­ła – a że go­tów­ka prze­cho­dzi­ła to na dłuż­ki jesz­cze ka­wa­ler­skie, to na kar­tecz­ki [ileż to ka­ret i koni w nie prze­gra­no! – S.M.], więc za­mie­niał ka­ry­ki na ko­tły go­rzel­nia­ne, a cug sze­ścio­kon­ny an­gli­zo­wa­nych ska­ro­gnia­dych koni za sta­do dwu­dzie­stu kil­ku kla­czy. (…) Z tym wszyst­kim zo­sta­ły nam jesz­cze pię­cio­kon­na za­prząż kra­kow­ska z dzwo­necz­ka­mi i w ke­re­zji ha­fto­wa­nej fur­ma­ni i sied­mio­kon­na ru­ska za­prząż z bro­da­czem w czek­ma­nie, do do­roż­ki, li­nij­ki i wó­zecz­ków ko­nie i wierz­cho­wych mnó­stwo”; aku­rat wy­star­cza­ją­co, by jeź­dzić wła­sny­mi po­jaz­da­mi do Wied­nia, Karls­ba­du, Ode­ssy, nie mó­wiąc już o od­wie­dza­niu ro­dzi­ny i są­sia­dów.

Przed kra­kow­ską karcz­mą (1878 rok)

Wszy­scy sta­ra­li się zresz­tą za­pew­nić so­bie mi­ni­mum trans­por­to­we, nie­raz wca­le po­kaź­ne. Wspo­mi­na­ją­cy te same cza­sy Hen­ryk Go­le­jew­ski w Pa­mięt­ni­ku pi­sze, że jego wuj Sta­ni­sław „daw­ny wo­lan­cik żony za­mie­nił na ka­re­tę i parę po­jaz­dów war­szaw­skie­go wy­ro­bu”; no­ta­be­ne ucho­dzi­ły one wów­czas za cał­kiem nie­złe, je­śli nie naj­lep­sze.

Prócz ko­biet do czę­stej „zmia­ny mo­de­lu” skła­nia­ła pre­sja śro­do­wi­ska. „Kto z oszczęd­nych za­ży­wał ka­re­ty, któ­ra już z mody wy­szła, ale była jesz­cze moc­na i wy­god­na, urą­ga­li się z nie­go mod­ni utra­cju­szo­wie, mó­wiąc o nim, że jeź­dzi ko­ra­biem No­ego” – za­pi­sał świa­dek epo­ki, ksiądz Ję­drzej Ki­to­wicz, w Opi­sie oby­cza­jów za pa­no­wa­nia Au­gu­sta III.

Ka­re­ta an­giel­ska, o ja­kiej ma­rzy­ła każ­da żona mod­na, ucho­dzi­ła za naj­lep­szą przez całą dru­gą po­ło­wę XVIII wie­ku. Do do­bre­go jed­nak tonu na­le­ża­ło mieć stan­gre­ta Fran­cu­za. Nie­któ­rzy ma­gna­ci, wie­trząc do­brą ko­niunk­tu­rę, za­czę­li do swych mia­ste­czek spro­wa­dzać cu­dzo­ziem­skich maj­strów i urzą­dzać – we­dług świa­dec­twa

An­to­nie­go Ma­gie­ra – „kuź­ni­ce bar­dzo przed­nie” wy­twa­rza­ją­ce ka­re­ty.

„Że jed­nak we wszyst­kim prze­wa­żał gust cu­dzo­ziem­ski – pi­sze inny ów­cze­sny au­tor – prze­to zro­bio­ne w kra­ju po­wo­zy, by też naj­lep­sze, tra­ci­ły na­tych­miast swój sza­cu­nek, sko­ro się do­wie­dzia­no, iż były stwo­rze­nia­mi kra­jo­wy­mi”. Za­miast więc da­wać im ro­dzi­mą mar­kę – kła­dli na „ka­ro­se­rii” ozna­ko­wa­nie lon­dyń­skie, ber­liń­skie, pa­ry­skie czy też wie­deń­skie. Po­dob­nie ro­bi­li maj­stro­wie gdań­scy, wy­sy­ła­jąc wi­śla­ny­mi szku­ta­mi do sto­li­cy swe po­wo­zy, ską­di­nąd wca­le nie naj­gor­sze i uży­wa­ne już od XVII wie­ku.

– A dłu­goż tam jesz­cze bę­dzie­cie od nas obie­ra­li ko­pyt­ko­we?– Ha, póki pa­no­wie, będą mie­li ko­py­ta…– Pa­trzaj jaki dow­cip­ny! A wie­le już na­li­czy­łeś ko­pyt przy swo­ich ro­gat­kach ty mą­dra­lo!– Pań­skie pięć­set­ne…– Ma­ciek! Jedź­że do dja­bła, cze­go sto­isz i ga­pisz się!!!

Do­pie­ro przy­by­ły do War­sza­wy w 1768 roku sio­dlarz To­masz Mi­chał Dan­gel (1742-1808), no­bi­li­to­wa­ny przez Sta­ni­sła­wa Au­gu­sta miesz­cza­nin pru­ski, któ­ry wy­uczył się w Lon­dy­nie sztu­ki bu­do­wa­nia po­wo­zów, prze­ła­mał tę modę na cu­dzo­ziemsz­czy­znę i spra­wił, że wy­twa­rza­ne przez nie­go ka­re­ty zy­ska­ły naj­wyż­sze oce­ny. On sam do­ro­bił się wiel­kie­go ma­jąt­ku, któ­ry sza­co­wa­ny był w pierw­szej de­ka­dzie XIX wie­ku na nie­mal 1,5 mi­lio­na zło­tych pol­skich.

Na roz­staj­nej dro­dze (1881 rok)

Nie­wiel­ki warsz­tat przy Ry­mar­skiej ry­chło zmie­nił się w spo­rą ma­nu­fak­tu­rę na Se­na­tor­skiej. Zna­la­zło tu za­trud­nie­nie oko­ło 300 rze­mieśl­ni­ków, głów­nie miej­sco­wych stel­ma­chów, ko­wa­li, sio­dla­rzy, la­kier­ni­ków, pa­sa­mo­ni­ków i ślu­sa­rzy. „Ci, pra­cu­jąc ra­zem – za­chwy­cał się Inf­lant­czyk Fry­de­ryk Schulz, któ­ry zwie­dzał ów za­kład – byli w sta­nie po­sta­wić po­wóz w nad­zwy­czaj nie do wia­ry krót­kim cza­sie, je­śli­by żą­da­ją­cy nic so­bie go­to­we­go nie mógł wy­brać, gdyż za­wsze było dwa­dzie­ścia do trzy­dzie­stu ekwi­pa­żów na skła­dzie. Naj­now­sze­go sma­ku for­my, ozdo­by, ulep­sze­nia, róż­ne ro­dza­je po­wo­zów rzad­ko kogo nie za­do­wo­li­ły. (…) W Niem­czech nie ma żad­ne­go za­kła­du na taką ska­lę, na­wet fa­bry­ka Kauf­ma­na w Wied­niu w po­rów­na­niu do tej mało jest zna­czą­ca, cho­ciaż wy­ra­bia po­wo­zy sma­kow­ne, trwa­łe, a sprze­da­je one o jed­ną trze­cią ta­niej”.

Po­wóz wiej­ski (1879 rok)

Ka­re­ty upo­wszech­ni­ły się w Pol­sce na do­bre w roz­rzut­nych cza­sach sa­skich. Wzór wów­czas bra­no – pi­sał w Es­te­ty­ce mia­sta sto­łecz­ne­go War­sza­wy cy­to­wa­ny już An­to­ni Ma­gier – „z ka­ret drez­deń­skich, któ­rych pu­dła, za­wsze od dołu eso­wa­to zwę­żo­ne, sny­cer­ską wy­zła­ca­ną ro­bo­tą zdo­biąc kra­wę­dzie, czte­ro­ma lub sze­ścio­ma u góry gał­ka­mi się koń­czy­ła, ze­wnątrz pu­dło ma­lo­wa­no w róż­ne fi­gu­ry ale­go­rycz­ne, we­wnątrz zaś sie­dze­nia ada­masz­kiem, try­pą [tka­ni­ną po­dob­ną do ak­sa­mi­tu – S.M.] lub ak­sa­mi­tem by­wa­ły po­kry­wa­ne”. Za­wie­sza­no je na rze­mien­nych pa­sach, przez co chwia­ło się na boki. Dla­te­go taką ka­re­tę na­zy­wa­no ko­leb­ką.

Na jej stop­niach sta­ło 2 haj­du­ków; trzy­ma­li się drzwi­czek. Nie oni jed­ni: po­jazd z przo­du, z bo­ków i z tyłu ob­wie­szo­ny był haj­du­ka­mi, pa­ju­ka­mi i pa­zia­mi. „Nie tyl­ko za­tem oka­za­łość – twier­dził Ma­gier – ale i po­trze­ba wy­ma­ga­ła uży­cia ca­łe­go cugu, czy­li sze­ściu koni, do prze­wo­że­nia cięż­kie­go po­jaz­du kil­ku­na­stu ludź­mi na­ła­do­wa­ne­go”. Ka­re­tę ota­cza­li nad­to dwo­rza­nie na ko­niach.

„Ka­re­ty wiel­kich pa­nów i kró­lew­skie od wiel­kiej pa­ra­dy – no­to­wał spo­strze­że­nia Ki­to­wicz, któ­ry ta­kie ka­wal­ka­dy wi­dział nie­jed­no­krot­nie na wła­sne oczy – były naj­przód po wiersz­chu rzeź­bą roz­ma­itą, ma­lo­wa­niem chiń­skim, ko­ro­na­mi, czy­li lisz­twa­mi brą­zo­wy­mi, w ogniu suto wy­zła­ca­ny­mi, ad­or­no­wa­ne [przy­ozda­bia­ne – S.M.], w środ­ku zaś ak­sa­mi­tem i ga­lo­na­mi zło­ty­mi suto wy­bi­ja­ne, z okna­mi zwier­cia­dło­wy­mi, a nie­któ­re skła­da­ły się całe z ta­flów zwier­cia­dło­wych w ramy bo gate osa­dzo­nych i z tyłu, i z przo­du, i po bo­kach”.

Ki­to­wi­czow­ski opis ów­cze­snej ka­re­ty, nie­wąt­pli­wie z na­tu­ry, jest tak pe­łen szcze­gó­łów, że mógł­by po­słu­żyć do spo­rzą­dze­nia jej re­pli­ki. Zo­staw­my je na boku, od­no­tuj­my tyl­ko, że „tyl­ne koła były wy­so­kie, przed­nie zaś ni­ziuch­ne dla po­to­czy­sto­ści, ale za to stan­gret mu­siał naj­mniej­szy pień albo ka­mień omi­jać, aby osią przed­nią lub pu­dłem o nie­go nie za­wa­dził. (…) Sta­ra­no się, aby drzwi jak naj­dych­tow­niej były osa­dzo­ne, a to dla­te­go, żeby nie­ła­twie mo­gła się wci­snąć do ka­re­ty woda lub kał [daw­niej bło­to – S.M.], gdy ka­re­ta ni­sko osa­dzo­na przez jaki bród lub ka­łu­żę głę­bo­ką prze­cho­dzi­ła. I kie­dy drzwi były ob­lu­zo­wa­ne, za­wsze się w ta­ko­wym ra­zie bło­ta lub wody do ka­re­ty na­gar­nę­ło, uma­czaw­szy i uwa­law­szy nogi sie­dzą­cym w ka­re­cie jak­by pie­chot­nym, je­że­li z nimi uciec na sie­dze­nia – dla cia­sno­ści wie­lo­ścią osób sie­dzą­cych spra­wio­nej – nie mo­gli albo nie zdą­ży­li”.

Czyż moż­na dzi­siej­szym ję­zy­kiem od­dać tak pla­stycz­nie, jak zro­bił to ksiądz Ki­to­wicz, owo ta­pla­nie się w bło­cie bę­dą­cym wów­czas, z wy­jąt­kiem Sta­re­go Mia­sta i Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia, czymś zwy­czaj­nym w ów­cze­snej sto­li­cy? Rów­nie barw­nie opi­sał gdzie in­dziej no­win­kę tech­nicz­ną, któ­ra cho­ciaż czę­ścio­wo wy­eli­mi­no­wa­ła te nie­do­god­no­ści. Były to że­la­zne re­so­ry, dzię­ki któ­rym pu­dło ka­re­ty pod­nio­sło się do góry.

No­wo­mod­ne po­jaz­dy nie mia­ły już po­szy­cia ze skó­ry, ale były we­dług Ma­gie­ra „opo­ną tyl­ko z płót­na wo­sko­wa­ne­go, czy­li ce­ra­tą czar­ną, ob­szy­wa­ne”. Ce­ra­ta wła­śnie wów­czas we­szła w modę. Ro­bio­no z niej pa­ra­so­le, zwa­ne bal­da­chim­ka­mi, a tak­że wy­kła­da­no nią sto­ły.

Ka­re­ty wą­skie, w któ­rych sie­dzia­ły 2 oso­by na­prze­ciw­ko sie­bie, z fran­cu­ska na­zy­wa­no vis-à-vis; spo­lsz­czo­ne to zo­sta­ło na wi­za­wy lub wi­zaw­ki. Sie­dzą­cy ty­łem do jaz­dy prze­ży­wał nie­kie­dy sen­sa­cje, zwłasz­cza gdy ka­ret­ką moc­no trzę­sło i za­rzu­ca­ło na za­krę­tach. W ich miej­sce wpro­wa­dzo­no w dru­giej po­ło­wie XVIII wie­ku jed­no­oso­bo­we so­li­ter­ki, in­a­czej zwa­ne ego­ist­ka­mi; po­noć cza­sem za­przę­ga­no do nich – wie­rzyć się nie chce, ale tak przy­najm­niej twier­dził pi­sarz Zyg­munt Kacz­kow­ski – na­wet 6 koni. So­li­te­rek ry­chło za­nie­cha­no, jako że były – jak to spo­strzegł nie­oce­nio­ny Ki­to­wicz – „nie­ludz­kie i smut­ne, oso­bli­wie w dro­dze”.

Ka­re­tę cał­ko­wi­cie przy­kry­tą na­zy­wa­no też po­jaz­dem. „Imię po­wo­zu – pi­sze Ki­to­wicz – słu­ży­ło ko­la­skom pół­kry­tym, ko­la­skom nie­przy­kry­tym, fa­eto­nom, po­tem ka­riol­ka­mi prze­zwa­nym, oprócz któ­rych były w uży­wa­niu skarb­ni­ki, ka­ra­bo­ny, ry­dwa­ny i wóz­ki małe, któ­rych naj­wię­cej uży­wa­ły do jaz­dy bia­ło­gło­wy, du­chow­ni za­kon­ni i ple­ba­ni, tu­dzież uboż­sza szlach­ta wie­kiem ob­cią­żo­na”. Nie był­by sobą, gdy­by nie do­dał sma­ko­wi­tej dyk­te­ryj­ki: „Gdy któ­ra szlach­cian­ka je­cha­ła wóz­kiem, a pod­czas desz­czu za­wi­nę­ła spód­ni­cę nad gło­wę, przez szy­der­stwo mó­wio­no o niej: Je­dzie pół­kryt­kiem”.

Znaw­cy cza­sów sta­ro­pol­skich pre­cy­zu­ją, że fa­eto­na­mi na­zy­wa­no lek­kie re­so­ro­wa­ne po­wo­zy, otwar­te, bez drzwi­czek, za to z pod­no­szo­ną budą. Skarb­ni­ki na­to­miast lub skarb­nicz­ki (wy­wo­dzą­ce się z wozu skar­bo­we­go i wo­zów po­dróż­nych do prze­wo­że­nia ba­ga­żu) – jak twier­dzi Zyg­munt Glo­ger – były to po­rząd­ne, pa­ro­kon­ne po­jaz­dy, któ­ry­mi zie­mia­nie jeź­dzi­li do ko­ścio­ła, za in­te­re­sa­mi, a ko­mi­sa­rze i ple­ni­po­ten­ci ob­jeż­dża­li fol­war­ki. Z ko­lei ko­cze – to pół­kry­te po­wo­zy, dwu – lub czte­ro­kon­ne, a na­wet cza­sem – chy­ba za­leż­nie od fan­ta­zji wła­ści­cie­la – sze­ścio­kon­ne. Zda­niem Ma­gie­ra: „Ko­cze, basz­tar­dy i lan­da­ry były to po­wo­zy słu­żą­ce tyl­ko do po­dró­ży”. Te, w któ­rych moż­na było wy­god­nie za­paść w sen pod­czas dłu­gich wo­ja­ży, na­zy­wa­no do­rme­za­mi (od fran­cu­skie­go do­rmir – spać) lub le­żaj­ka­mi. Ka­ra­bo­na­mi na­zy­wa­no w nie­któ­rych re­gio­nach ro­dzaj kry­te­go po­jaz­du, ry­dwan zaś to ra­czej okre­śle­nie prze­no­śne, li­te­rac­kie. Dla po­rząd­ku do­daj­my, że Ki­to­wicz wspo­mi­nał jesz­cze o „bie­dzie”: „Wóz­ku ma­łym jak skrzyn­ka, na dwóch kół­kach, o jed­nym ko­niu, mię­dzy dwa drą­gi wprzę­żo­nym”. Za ta­ki­mi „bie­da­mi” uga­nia­ła się nie­sfor­na mło­dzież, na­śmie­wa­jąc się, „póki im z oczu nie ucie­kła”.

Do­bit­ka dla wzmoc­nie­nia wra­żeń, z po­by­tu w gó­rzy­stych oko­li­cach (1878 rok)

– Czy za­uwa­ży­łaś moja ko­cha­na, ja­kie te­raz nie­wy­god­ne po­wo­zy ro­bią?– Rze­czy­wi­ście, bo na­wet nie moż­na wy­god­nie nogi na nogę za­ło­żyć.(1879 rok)

Ja­siek. – Hej sa­ła­ta! a ba­tem go tam!!!(1875 rok)

Ową roz­ma­itość naj­le­piej wi­dać w przy­po­mi­na­ją­cym dzie­cin­ną wy­li­czan­kę wier­szy­ku Fran­cisz­ka Mo­raw­skie­go, po­ety z po­cząt­ku XIX wie­ku, przy­to­czo­nym przez Jana Sta­ni­sła­wa By­stro­nia w Dzie­jach oby­cza­jów w daw­nej Pol­sce:

Po wszyst­kich ra­zem dro­gach tęt­nią i tur­ko­cą

Ta­ra­daj­ka za ko­czem, ko­czyk za ka­ro­cą,

Tu się ci­sną przez gro­ble lub też drą przez lasy

I lek­kie so­lier­ki, i cięż­kie ko­la­sy;

Tam znów dez­obli­żant­ki, do­rme­zy, skarb­nicz­ki,

A czwa­łem i na prze­łaj gra­nicz­ka­mi brycz­ki.

Róż­no­rod­ność po­jaz­dów wi­dział jesz­cze pod ko­niec wie­ku XIX Kle­mens Ju­no­sza (Sza­niaw­ski), któ­ry w Szki­cu z ży­cia szlach­ty za­go­no­wej. Pa­no­wie bra­cia pi­sał: „Na dro­gach wi­dzieć było moż­na i po­wo­zy pań­skie, i brycz­ki, i dryn­du­le róż­ne, i chłop­skie wa­sąż­ki”. Do­daj­my jesz­cze, że czę­stym wi­do­kiem na dro­gach były wóz­ki kwe­star­skie, któ­ry­mi bra­cisz­ko­wie te­le­pa­li się od dwo­ru do dwo­ru, zbie­ra­jąc dat­ki i wik­tu­ały. „Któż tam za­je­chał przed ga­nek tą nędz­ną bry­czy­ną? Pew­no ja­kiś szlach­cic z proś­bą albo ber­nar­dyn po kwe­ście” – za­nie­po­ko­jo­ny py­tał bo­ha­ter jed­nej z po­wie­ści Kra­szew­skie­go. Obaj po­dróż­ni nie byli tak upra­gnio­ny­mi go­ść­mi, jak pa­no­wie bra­cia z są­siedz­twa, któ­rym cza­sem zdej­mo­wa­no koła od wa­są­ga, by na­cie­szyć się dłu­żej ich to­wa­rzy­stwem, wy­mie­nić no­win­ki ze świa­ta, po­pić i po­grać w kar­cię­ta.

„Naj­po­pu­lar­niej­szym po­wo­zem w Pol­sce XVIII wie­ku – jak wy­czy­tać moż­na w pio­nier­skiej i bar­dzo wni­kli­wej pra­cy Te­re­sy Żu­raw­skiej Pol­skie po­wo­zy: – była nie­wąt­pli­wie ko­la­ska. Nie obe­szły się bez niej re­zy­den­cje ma­gnac­kie, dwo­ry i dwor­ki szla­chec­kie”. Był to po­jazd naj­czę­ściej dwu­oso­bo­wy.

Na osob­ną wzmian­kę za­słu­gu­ją „ba­ła­gu­ły”, wóz­ki z dasz­kiem, któ­re prze­mie­rza­ły wschod­nie ru­bie­że Rze­czy­po­spo­li­tej. Ma­lo­wał je Jó­zef Brandt, opie­wał współ­cze­sny mu lwow­ski po­eta Bo­le­sław Czer­wień­ski, któ­ry w dru­giej po­ło­wie XIX wie­ku w jed­nym z wier­szy z no­stal­gią py­tał: „Któż dziś o karcz­mach, po­sta­jen­nych, o ba­ła­gul­skich cno­tach wie? Gdzież ba­ła­gu­ły?”. Prze­cho­dzi­ło to już wów­czas w prze­szłość, po­dob­nie jak cała ba­ła­gulsz­czy­zna – włó­czę­gow­ski i bez­tro­ski styl ży­cia.

W cza­sach sta­ro­pol­skich, a jesz­cze i w XIX wie­ku, ci, któ­rzy nie mie­li wła­snych po­jaz­dów, po­dró­żo­wa­li „rze­mien­nym dy­sz­lem”. Tak się mó­wi­ło, gdy ktoś zba­czał z dro­gi, wstę­pu­jąc tu i ów­dzie, ale tak­że i wte­dy, gdy, ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, za­bie­rał się z kim po­pa­dło. Był to jak­by od­po­wied­nik dzi­siej­sze­go au­to­sto­pu.

Fry­de­ryk Schulz ze zdzi­wie­niem spo­strzegł, że „pu­blicz­ność kon­na i po­jaz­do­wa”, zwłasz­cza za „cza­sów sej­mo­wych, jest tak świet­na jak w in­nych wiel­kich eu­ro­pej­skich mia­stach. Po­cząw­szy od za­moż­ne­go kup­ca, nikt już nie cho­dzi pie­szo, naj­mniej zaś ko­bie­ty, chy­ba po­go­da bar­dzo pięk­na, dro­ga krót­ka, a bruk czy­sty”; zwłasz­cza to ostat­nie na­le­ża­ło do rzad­ko­ści. Stąd wy­ni­ka – twier­dził – „że le­d­wie w któ­rym mie­ście eu­ro­pej­skim spo­ty­ka się tyle po­wo­zów w ru­chu co w War­sza­wie, tak iż bez prze­sa­dy li­czyć moż­na, że jed­ne­go dnia cza­su sej­mu lub wiel­kie­go balu wię­cej ekwi­pa­żów wi­dzi się w War­sza­wie niż w prze­cią­gu czte­rech ty­go­dni w Ber­li­nie. (…) Prze­jażdż­ki w pięk­ne dni lata i zimy na­le­żą do ulu­bio­nych za­baw wiel­kie­go świa­ta War­sza­wy. Gdzie in­dziej kto trzy­ma ko­nie i po­wóz, tymi się zwy­kle do prze­jażdż­ki po­słu­gu­je, tu­taj do nich osob­ne po­wo­zy i ko­nie być mu­szą”. Po­więk­sza­ło to tłok na mie­ście, po­dob­nie jak to, że po­jaz­dy zu­ży­te, „przez moż­niej­szych od­rzu­co­ne”, też nie scho­dzi­ły z ulic, lecz szły w inne ręce i słu­ży­ły „do wi­zyt i in­te­re­sów”.

Brycz­ka ukra­iń­ska (1874 rok)

Czwór­ka kra­kow­ska (1878 rok)

Na trak­cie (1879 rok)

Po­wrót z jar­mar­ku (1880 rok)

Tak też by­wa­ło w pierw­szej po­ło­wie XIX wie­ku. Hra­bian­ka Dzia­łyń­ska w Pa­miąt­ce prze­szło­ści pi­sze, że pod­czas przy­jaz­du po­wo­zem do sto­li­cy ze swe­go od­le­głe­go ma­jąt­ku, „ma­jąc swe ko­nie, uży­wa­li­śmy spa­ce­ru i dru­gim tej przy­jem­no­ści udzie­la­li”. Jeź­dzi­li spa­ce­rem do Ogro­du Sa­skie­go, Wiej­skiej Kawy, Fra­sca­ti i urzą­dza­li „prze­jażdż­ki do Bie­lan i in­nych oko­lic War­sza­wy”; Ła­zien­ki dla spa­ce­rów po­wo­za­mi i kon­no udo­stęp­nio­no dużo póź­niej.

Wiej­ska Kawa był to lo­kal w daw­nym dwor­ku przy uli­cy Wiej­skiej, a więc ów­cze­śnie na przed­mie­ściu, gdzie, jak za­świad­cza Ka­zi­mierz Wła­dy­sław Wój­cic­ki w książ­ce War­sza­wa i jej spo­łecz­ność: „La­tem mniej było ści­sku, ale zi­mo­wą porą, szcze­gól­nie gdy się san­na usta­li­ła, od go­dzi­ny dru­giej po obie­dzie do póź­nej nocy dzwon­ki cią­gle dzwo­ni­ły, bo san­ki bez prze­rwy przy­wo­zi­ły go­ści. (…) Naj­wyż­sza ary­sto­kra­cja jak oby­wa­te­le i za­moż­niej­si kup­cy i rze­mieśl­ni­cy tu się gro­ma­dzi­li”. Przy­cią­ga­ła ich wy­bor­na kawa, do któ­rej po­da­wa­no smacz­ne baby; żeby już za­koń­czyć tę sma­ko­wi­tą, ale przy­dłu­gą nie­co dy­gre­sję, do­daj­my, że słyn­ny też był tu­tej­szy poncz za­pra­wia­ny ana­na­sa­mi.

Schulz, mimo że na Pol­skę pa­trzył cza­sem tak­że kry­tycz­nie, wię­cej zro­bił dla po­zy­tyw­ne­go ob­ra­zu na­sze­go kra­ju w ów­cze­snej Eu­ro­pie niż ja­kiś inny au­tor.

O tym, że był uważ­nie czy­ty­wa­ny, świad­czy fakt, iż hi­sto­ryk Ja­cqu­es Da­ma­se w mo­no­gra­fii o ka­re­tach Kut­schen cy­tu­je spo­ry frag­ment jego re­la­cji z na­szej sto­li­cy. Za­miesz­cza też ob­raz Ca­na­let­ta ilu­stru­ją­cy w 1778 roku ob­fi­tość ka­ret na pla­cu Zam­ko­wym.

Ów­cze­śni ma­la­rze nie przed­sta­wia­li ru­chu ulicz­ne­go na swych ob­ra­zach, ale spo­lo­ni­zo­wa­ny Bel­lot­to czy­nił to z upodo­ba­niem na licz­nych pej­za­żach War­sza­wy z fo­to­gra­ficz­ną wręcz do­kład­no­ścią.

Inf­lant­czyk chy­ba jed­nak prze­sa­dził (je­śli cho­dzi o oszczęd­ny Ber­lin, to może aku­rat nie) z tą ogrom­ną licz­bą ka­ret w War­sza­wie. Da­ma­se po­da­je, że w 1658 roku po Pa­ry­żu jeź­dzi­ło 320 ka­ret pry­wat­nych i pu­blicz­nych, a 100 lat póź­niej licz­ba ich wzro­sła do po­nad 14 ty­się­cy. Po­dob­ny wzrost, we­dług nie­go, na­stą­pił i w in­nych mia­stach eu­ro­pej­skich. Nie wy­da­je się jed­nak, by i u nas roz­wi­nę­ło się w ta­kim stop­niu, cho­ciaż War­sza­wa w cza­sach sta­ni­sła­wow­skich bar­dzo się roz­ro­sła, a i lu­dzi za­moż­nych, któ­rych stać było na po­wo­zy, też przy­by­ło.

Ma­gier rów­nież twier­dził, że „licz­ba ka­ret w War­sza­wie była nie­skoń­czo­na”, ale ów ogól­nik spro­wa­dzić trze­ba do paru ty­się­cy, sko­ro Da­ma­se licz­bę ka­ret w Wied­niu sza­co­wał na 3 ty­sią­ce pry­wat­nych i 200 pu­blicz­nych. U nas owych vo­itu­re de re­mi­se – po­wo­zów do na­ję­cia zwa­nych re­mi­za­mi (po­tem, gdy wy­raz ten zlek­sy­ka­li­zo­wał się, re­mi­za­mi za­czę­to na­zy­wać też po­wo­zow­nie) – mu­sia­ło być nie­zbyt dużo, bo wiel­cy pa­no­wie wsty­dzi­li się nimi jeź­dzić; osób uboż­szych z ko­lei nie było na nie stać (wy­na­ję­cie po­wo­zu na pół dnia we­dług Ma­gie­ra kosz­to­wa­ło czer­wo­ne­go zło­te­go, czy­li zło­te­go du­ka­ta).

O ile wiel­cy pa­no­wie ze wzglę­dów am­bi­cjo­nal­nych wsty­dzi­li się jeź­dzić wy­na­ję­ty­mi ka­re­ta­mi, to przy­by­sze z in­nych kra­jów nie mo­gli się ich wprost na­chwa­lić. W Pol­sce sta­ni­sła­wow­skiej w oczach cu­dzo­ziem­ców są tego licz­ne śla­dy. Jo­hann Erich Bie­ster pi­sał: „Na po­chwa­łę w War­sza­wie za­słu­gu­je do­bra woda i wy­naj­mo­wa­ne po­wo­zy”, Jo­hann Jo­seph Kausch zaś, ja­dąc przez Kra­ków na Śląsk, stwier­dził z pew­nym roz­cza­ro­wa­niem: „Wie­dząc, że war­szaw­skie po­jaz­dy naj­mo­wa­ne są naj­lep­sze na świe­cie, nie­ma­ło się zdzi­wi­łem, do­wie­dziaw­szy się, że nie ma tu co szu­kać po­dob­nych wy­gód”. Z ko­lei Jo­hann Ber­no­ul­li swo­je sto­łecz­ne wra­że­nia ko­mu­ni­ka­cyj­ne pod­su­mo­wał w ten spo­sób: „Wy­naj­mo­wa­ne w War­sza­wie po­wo­zy są ład­ne i wy­god­ne, fia­kry zaś bar­dzo nędz­ne; spo­ty­ka się rów­nież lek­ty­ki”.

Z re­miz ko­rzy­sta­no jesz­cze i w XIX wie­ku; uży­wa­li ich prze­waż­nie lu­dzie wol­nych za­wo­dów, jak le­ka­rze czy ad­wo­ka­ci, któ­rym utrzy­my­wa­nie wła­sne­go po­jaz­du z róż­nych przy­czyn nie bar­dzo było na rękę. „Jeź­dzi po mie­ście na­ję­tą mie­sięcz­nie re­mi­zą” – czy­ta­my w jed­nym z ów­cze­snych pa­mięt­ni­ków. Ka­re­ty wy­naj­mo­wa­no, uda­jąc się na bale, re­du­ty, do te­atru, na to­wa­rzy­skie spo­tka­nia.

Z ży­cia War­sza­wy (1889 rok)

Dziw­ny mo­stek– Go­spo­da­rzu, a do­bre tam dro­gi da­lej.– Nie­złe, ino tam bę­dzie taki mo­stek, co go nie ma.

Z wy­na­ję­te­go po­wo­zu ko­rzy­stał też – we­dług bacz­ne­go ob­ser­wa­to­ra ży­cia sto­li­cy, Bo­le­sła­wa Pru­sa – wzbo­ga­co­ny ku­piec Sta­ni­sław Wo­kul­ski. W Wiel­ką Nie­dzie­lę, gdy za­je­chał nim do hra­bi­ny Ka­ro­lo­wej, „za­stał już dłu­gi sze­reg ekwi­pa­żów bar­dzo roz­ma­ite­go do­sto­jeń­stwa. Były tam ele­ganc­kie do­roż­ki, ob­słu­gu­ją­ce zło­tą mło­dzież, i do­roż­ki zwy­czaj­ne, wzię­te na go­dzi­ny przez eme­ry­tów; sta­re ka­re­ty, sta­re ko­nie, sta­ra uprząż i służ­ba w wy­tar­tej li­be­rii, i nowe, pro­sto z Wied­nia, po – wo­zi­ki, przy któ­rych lo­ka­je mie­li kwia­ty w bu­to­nier­kach, a fur­ma­ni opie­ra­li bat na bio­drze, jak mar­szał­kow­ską bu­ła­wę”. W póź­niej­szym cza­sie, jak wie­lu in­nych no­wo­bo­gac­kich, Wo­kul­ski ku­pił so­bie wła­sny po­wóz, któ­re­go utrzy­ma­nie kosz­to­wa­ło go 1000 ru­bli mie­sięcz­nie, aku­rat jed­ną trze­cią tego, ile by pła­cił, utrzy­mu­jąc ba­let­nicz­kę – co wy­li­czył skru­pu­lat­ny au­tor Lal­ki. Ale po­wróć­my do koń­ca XVIII wie­ku.

Jak w epo­ce ka­ret wy­glą­dał w War­sza­wie ruch ulicz­ny? Przed­wo­jen­ny znaw­ca te­ma­tu, Ta­de­usz Ze­brow­ski, rzecz przed­sta­wił syn­te­tycz­nie, a przy tym barw­nie: „Prze­su­wa­ły się cięż­kie ka­ro­ce, nie­rzad­ko czte­ro­kon­ne i sze­ścio­kon­ne, oto­czo­ne haj­du­ka­mi ja­dą­cy­mi wierz­chem, pę­dzi­ły ko­cze i ka­riol­ki spa­ce­ro­we mło­dzie­ży ma­gnac­kiej. Prócz po­jaz­dów uży­wa­nych do ko­mu­ni­ka­cji miej­skiej spły­wa­ła moc wszel­kie­go ro­dza­ju wo­zów, przy­by­wa­ją­cych z pro­win­cji. Pod­wo­dy chło­pów do­wo­żą­cych żyw­ność do mia­sta wstrzy­my­wa­ły ruch na uli­cach i za­ta­ra­so­wy­wa­ły pla­ce pod­czas po­pa­sa­nia koni. Po­trze­by ko­mu­ni­ka­cji li­sto­wej, z bra­ku pocz­ty miej­skiej i sze­rzej zor­ga­ni­zo­wa­nej pocz­ty kra­jo­wej, rzu­ca­ły na uli­ce sze­re­gi goń­ców pie­szych i kon­nych, pę­dzą­cych w po­śpie­chu. A wśród tych wy­mi­ja­ją­cych się bez­ład­nie po­jaz­dów i kon­nych, umy­ka­jąc i chro­niąc się, su­nął licz­ny tłum pie­szych nie za­bez­pie­czo­nych od stra­to­wa­nia urzą­dze­niem chod­ni­ków. (…) Je­śli do­dać do tego zły stan bru­ków, wy­bo­je i ka­łu­że, czę­sto spo­ty­ka­ne kupy drze­wa i nie­czy­sto­ści, upar­cie trzy­ma­ją­ce się na­wet przed fron­ta­mi ma­gnac­kich pa­ła­ców, po­mi­mo kar na­kła­da­nych przez Ko­mi­sję Bru­ko­wą – to ła­two po­jąć, że trud­no było swo­bod­nie prze­je­chać, a tym bar­dziej przejść przez bar­dziej oży­wio­ne uli­ce”.

Wdzięcz­ność za wdzięcz­ność– Jak ty po­win­naś być mi wdzięcz­na, że ra­zem z tobą jadę po­wo­zem.– To chy­ba ty mnie, bo wszy­scy wie­dzą, żeś goły jak świę­ty tu­rec­ki.

Na „fo­to­gra­fiach” Ca­na­let­ta wy­raź­nie wi­dać, że na uli­cach War­sza­wy każ­dy jeź­dził i cho­dził, jak chciał. Po­wo­zy mi­ja­ły się i z pra­wej, i z le­wej stro­ny, pę­dzi­ły środ­kiem jezd­ni lub pod ścia­na­mi gma­chów, a pie­si snu­li się i przy­sta­wa­li bez żad­ne­go po­rząd­ku. Mu­sia­ło to być przy­czy­ną wie­lu wy­pad­ków, zwłasz­cza że mię­dzy tym wszyst­kim ga­lo­po­wa­li jeźdź­cy.

Nic więc dziw­ne­go, że to wła­śnie prze­ciw­ko nim wy­mie­rzo­ny zo­stał pierw­szy prze­pis ju­rys­dyk­cji mar­szał­kow­skiej po­rząd­ku­ją­cy ruch na uli­cach. W 1767 roku, gro­żąc wy­so­ką karą 100 grzy­wien, za­ka­za­ła, „aby nikt z siły wy­pusz­czo­nym ko­niem po uli­cach nie cwa­ło­wał”. Po paru la­tach za­le­co­no, aby nikt ka­re­tą lub in­nym po­jaz­dem „zbyt spiesz­no nie prze­jeż­dżał, ale w umiar­ko­wa­niu z ostroż­no­ścią cho­dzą­cych pie­szo lu­dzi jeź­dził”. Kto od­pro­wa­dził ła­mią­ce­go ten za­kaz do war­ty mar­szał­kow­skiej, mógł w na­gro­dę otrzy­mać grzyw­nę; zna­jąc ów­cze­sne sto­sun­ki w tym wzglę­dzie, moż­na wąt­pić, by tak rze­czy­wi­ście by­wa­ło.

Naj­bar­dziej szcze­gó­ło­we Ob­wo­ła­nie wzglę­dem jeż­dże­nia po War­sza­wie wy­dał 8 lu­te­go 1781 roku mar­sza­łek wiel­ki ko­ron­ny Sta­ni­sław Lu­bo­mir­ski. Ob­wo­ła­nie… przy­po­mi­na­ło, że ruch ko­ło­wy może się od­by­wać tyl­ko środ­kiem uli­cy, a boki pod do­ma­mi prze­zna­czo­ne są dla pie­szych, re­gu­lo­wa­ło też róż­ne szcze­gó­ło­we kwe­stie.

Wie­lo­krot­nie prze­pi­sy te po­wta­rzał i roz­wi­jał jego na­stęp­ca na tym urzę­dzie – Mi­chał Je­rzy Mni­szech. Chy­ba jed­nak nie bar­dzo wie­rzył w ich moc, sko­ro uznał, że każ­dy musi dbać o sie­bie. Ape­lo­wał więc, „aby każ­dy pie­szy środ­kiem uli­cy cho­dzić nie wa­żył się, ile gdy sze­ro­kość ulic ła­twe bo­ka­mi przej­ście każ­de­mu wska­zu­je, a prze­cho­dzą­cy z ko­niecz­nej po­trze­by w po­przek uli­cy, jak naj­pil­niej­szą bacz­ność wzglę­dem usu­nię­cia się dla po­jaz­dów lub kon­no ja­dą­cych za­cho­wał; gdyż in­a­czej sprze­ci­wia­ją­cy się te­raź­niej­sze­mu za­ka­zo­wi w przy­pad­ku ob­ra­że­nia sie­bie, wła­snej nie­ostroż­no­ści zda­rze­nie to przy­pi­sać bę­dzie mu­siał”. Jak z tego wi­dać, biu­ro­kra­tycz­ny styl dla wy­ra­że­nia naj­prost­szych my­śli ma od­wiecz­ne tra­dy­cje.

Daw­ni Po­la­cy byli na­ro­dem nie­zwy­kle ru­chli­wym, lu­bią­cym po­dró­że da­le­kie i bli­skie. Pe­re­gry­no­wa­li do Zie­mi Świę­tej i Rzy­mu, do Czę­sto­cho­wy i in­nych miejsc świę­tych, nie tak już od­le­głych od ro­dzin­ne­go gniaz­da. Wo­ja­żo­wa­li do Pa­ry­ża, Lon­dy­nu i in­nych miast sław­nych z mody, ży­cia dwor­skie­go i to­wa­rzy­skie­go. Wy­jeż­dża­li też z kra­ju na lata całe, by czer­pać wie­dzę wprost z kry­ni­cy – z uzna­nych i re­no­mo­wa­nych uczel­ni.

Wła­dy­sław Ło­ziń­ski w Ży­ciu pol­skim w daw­nych wie­kach przy­ta­cza licz­ne opi­nie na te­mat sar­mac­kiej mo­bil­no­ści. Nun­cjusz Ful­wiusz Rug­gie­ri spo­strzegł już w 1565 roku, że szlach­ta była w cią­głym ru­chu do krew­nych i do przy­ja­ciół i że nie od­stra­sza­ła jej na­wet stu­mi­lo­wa od­le­głość od po­dró­ży bez słusz­nej po­trze­by. Tak­że XVI-wiecz­ny hi­sto­ryk, Krzysz­tof War­sze­wic­ki, któ­ry sam zjeź­dził ka­wał Eu­ro­py, jako że od­by­wał stu­dia w Lip­sku, Wit­tem­ber­dze i Bo­lo­nii, przy­ta­czał nie­miec­ką przy­po­wieść, we­dług któ­rej ży­cie Po­la­ka upły­wa na: de­kla­ma­cji, hu­lan­ce i po­dró­żach. Rów­nież XVI-wiecz­ny hi­sto­rio­graf Mar­cin Kro­mer zo­sta­wił o Po­la­kach zna­mien­ną opi­nię: com­plu­res li­ben­ter pe­re­gri­na­tur, co ozna­cza, że dość dużo i chęt­nie po­dró­żo­wa­li. Z ko­lei Fran­cuz Jean La­bo­ureur, sam dużo wę­dru­ją­cy, na­zwał Po­la­ków les plus grands de voy­ageurs l’Eu­ro­pe, czy­li naj­więk­szy­mi po­dróż­ni­ka­mi kon­ty­nen­tu, za­po­mi­na­jąc chy­ba o An­gli­kach.

Od­daj­my głos sa­me­mu Ło­ziń­skie­mu: „Naj­bliż­szym ce­lem po­dró­ży by­wa­ła sto­li­ca wo­je­wódz­twa lub pierw­sze z brze­gu znacz­niej­sze mia­sto z gro­dem, zaś Lu­blin i Piotr­ków jako sto­li­ce try­bu­nal­skie, Kra­ków i War­sza­wa jako sto­li­ce kró­lew­skie, Gdańsk i To­ruń jako głów­ne sto­li­ce han­dlu rol­ny­mi pło­da­mi wy­ma­ga­ły dłuż­szej po­dró­ży i dłuż­sze­go po­by­tu. Naj­zwy­klej­sze, bo naj­czę­ściej po­trzeb­ne, były jaz­dy do gro­du na kwe­re­le i rocz­ki są­do­we, bo nie było pra­wie szlach­ci­ca, któ­ry by nie cha­dzał do pra­wa, nie po­trze­bo­wał ob­la­to­wać ja­kie­goś przy­wi­le­ju, mu­ni­men­tu, in­ter­cy­zy; ak­ty­wo­wać cze­goś ku wiecz­nej rze­czy pa­mię­ci, ob­du­ko­wać, ma­ni­fe­sto­wać się lub pro­te­sto­wać. Rocz­ki i kwe­re­le spro­wa­dza­ły do gro­du licz­ną szlach­tę, sej­mik i oka­zo­wa­nie by­wa­ły już wiel­ki­mi zjaz­da­mi. (…) W każ­dą dal­szą niż sej­mik dro­gę, a nie­kie­dy na­wet i na sam sej­mik, je­że­li się miesz­ka­ło da­le­ko od mia­sta, w któ­rym się od­by­wał, wy­bie­ra­no się tak, jak się dziś już nie wy­bie­ra­my za da­le­kie mo­rza. Na­wet mier­nej for­tu­ny szlach­cic, je­śli mu wiek lub zdro­wie nie po­zwa­la­ły od­by­wać po­dró­ży kon­no, po­dró­żo­wał małą ka­ra­wa­ną. Ko­leb­ka dla pana, ka­re­ta dla pani, wóz z kuch­nią, wóz skarb­ny na po­ściel, gar­de­ro­bę, ser­wis po­dróż­ny, kil­ka luź­nych koni w re­zer­wie, gro­mad­ka cze­la­dzi – to wszyst­ko już skła­da­ło się na wca­le po­kaź­ny ta­bor, bez któ­re­go prze­cież dla bez­pie­czeń­stwa i wy­go­dy obejść się było nie­po­dob­na. (…) Cóż do­pie­ro, kie­dy się wy­bie­rał w dro­gę ma­gnat, zwłasz­cza kie­dy je­chał na sejm, na zjazd jaki uro­czy­sty, na elek­cję, ko­ro­na­cję lub gody kró­lew­skie do sto­li­cy i mu­siał za­bie­rać z sobą wszyst­kie splen­do­ry swe­go sta­nu, zbro­je, sza­ty, klej­no­ty, sre­bra; pro­wa­dzić z sobą dwo­rzan i mi­li­cję”.

Po­dróż w cza­sie od­wil­ży (1893 rok)

W nie­dzie­lę do ko­ścio­ła (1879 rok)

Ogrom­ne wra­że­nie na mło­dym miesz­kań­cu Lu­bli­na – Ka­je­ta­nie Koź­mia­nie – wy­wo­łał „prze­jazd z Pu­ław ksią­żę­cia Ada­ma Czar­to­ry­skie­go, ge­ne­ra­ła ziem po­dol­skich, na Po­do­le do dóbr swo­ich”, o czym pi­sze w Pa­mięt­ni­kach. „Już w wi­gi­lię prze­jaz­du tego księ­cia prze­cho­dzi­ły wiel­błą­dy nio­są­ce na so­bie roz­ma­ite cię­ża­ry, ubra­ne i ocheł­zna­ne w roz­ma­ite trzę­si­dła, dzwon­ki, któ­ry­mi po­trzą­sa­ły; pro­wa­dzi­li je uda­ni Ara­bo­wie czy Tur­cy, pierw­szy raz wi­dzia­łem te go­rą­ce­go kli­ma­tu zwie­rzę­ta. (…) Na­za­jutrz całe Kor­ce i część Kra­kow­skie­go Przed­mie­ścia na­peł­ni­ły się licz­ny­mi po­jaz­da­mi, ka­re­ta­mi, ko­cza­mi, lan­da­ra­mi, bry­ka­mi; tłok był nad­zwy­czaj­ny, bo nie­ła­two moż­na było po­mie­ścić taką ka­wal­ka­dę. Ksią­żę przy­je­chał sze­ścio­kon­nym po­jaz­dem; fur­ma­ni, fo­ry­sie w fe­re­zjach, a przy po­jeź­dzie haj­du­cy wy­so­kie­go wzro­stu. (…) Naj­wię­cej mnie ude­rzy­ło czte­rech czy sze­ściu po­ko­jow­ców szlach­ty na dziel­nych ko­niach w ubio­rze ta­tar­skim, z saj­da­ka­mi, strza­ła­mi i łu­ka­mi ota­cza­ją­cy po­jazd księ­cia”.

Ba­ła­gu­ła (1876 rok)

Wy­staw­nie jeź­dzi­li ma­gna­ci tak­że za gra­ni­cę, cho­ciaż nie wszy­scy. Ksią­żę Adam Czar­to­ry­ski po­dró­żo­wał do Wied­nia i do Włoch tyl­ko „z nie­wiel­kim pocz­tem”, jak w Pa­mięt­ni­kach za­świad­cza z ko­lei Ju­lian Ur­syn Niem­ce­wicz, któ­ry jako se­kre­tarz księ­cia od­był z nim ów wo­jaż. Nie mu­sia­ło mu to zbyt­nio im­po­no­wać, bo nie mniej wy­staw­nie po­dró­żo­wa­ło się w jego ro­dzi­nie: „Gdy już rząd suty, tur­ku­sa­mi sa­dzo­ny, do­brze przy­mie­rzo­ny był na ru­ma­ka i dwóch pa­cho­li­ków na nowo ubra­nych, wy­ru­szył oj­ciec mój na elek­cję w ko­la­sie z pa­ju­kiem Teo­do­rem na tłu­mo­ku i chłop­cem Za­wi­stow­skim na koź­le; szedł za nim duży wóz­ko­wa­ny z po­ście­lą i kuch­nią”. Do War­sza­wy wów­czas trze­ba się było prze­pra­wiać pro­mem. W cza­sie sied­mio­let­nich stu­diów w Szko­le Ry­cer­skiej 2 razy tyl­ko – ze wzglę­du na od­le­głość – od­wie­dził ro­dzi­ców. Owszem, to­wa­rzy­szył księ­ciu, gdy ów je­chał do Gra­no­wa na Ukra­inie. „Ksią­żę – pi­sał – wy­je­chał roz­sta­wio­ny­mi fur­man­ka­mi, my na let­kich wo­zach ukra­iń­skich to­cząc się w cwał po nie­zmier­nych rów­ni­nach ko­zac­kich”.

Tak­że za­gra­nicz­ni re­por­ta­ży­ści, któ­rzy w tych la­tach zwie­dza­li nasz kraj, spo­ty­ka­li na dro­gach ma­gna­tów, któ­rzy cią­gnę­li do sto­li­cy z ca­łym dwo­rem, z wo­za­mi ta­bo­ro­wy­mi wio­zą­cy­mi wy­po­sa­że­nie po­trzeb­ne do urzą­dze­nia noc­le­gu, ba, mie­li na­wet spe­cjal­ne wozy sy­pial­ne, owe do­rme­zy.

Z re­la­cji tych cu­dzo­ziem­ców wie­my, że szlach­ta też urzą­dza­ła się wy­god­nie. „Wio­zą ze sobą wszyst­ko na kry­tych skó­rą wo­zach, w któ­rych śpią w nocy” – dzi­wił się Ja­cqu­es Ber­nar­din de Sa­int-Pier­re. „Wożą ze sobą – spo­strzegł Jo­hann Ber­no­ul­li – po­ściel, na­czy­nia ku­chen­ne, żwność, jed­nym sło­wem – pół go­spo­dar­stwa”. Jo­hann Jo­seph Kausch pi­sał z ko­lei, że szlach­ci­ce „za­bie­ra­li po­ściel, na­wet gdy je­cha­li do są­sia­da, mie­li ha­ma­ki, któ­re przy­śru­bo­wy­wa­li do su­fi­tu w staj­ni, bo wolą no­co­wać we wspól­nym po­miesz­cze­niu z koń­mi”. Nie było w tym nic dziw­ne­go, bo na ru­ma­ki trze­ba było bar­dzo uwa­żać, by nie pa­dły łu­pem ko­nio­kra­dów, a i wa­run­ki w przy­droż­nych go­spo­dach nie były lep­sze od sta­jen­nych.

Wjazd do ma­łe­go mia­stecz­ka

W XIX wie­ku dłu­go jesz­cze kul­ty­wo­wa­no daw­ne tra­dy­cje; choć za­czę­ły już jeź­dzić wozy pocz­to­we, cią­gle pre­fe­ro­wa­no trans­port wła­sny, szcze­gól­nie na kre­sach. Tam albo nie było ta­kich moż­li­wo­ści, albo po pro­stu chcia­no do­je­chać na miej­sce bez prze­sia­dek i zwią­za­nej z nimi mi­trę­gi.

Bab­ka cy­to­wa­nej już tu Hen­rie­ty Błę­dow­skiej z Dzia­łyń­skich – któ­ra żyła jesz­cze w XVIII wie­ku – to „typ praw­dzi­wej daw­nej ary­sto­krat­ki pro­win­cjo­nal­nej, gdyż rzad­ko i na krót­ko w sto­li­cy by­wa­ła”. Na­to­miast „oko­licz­ną szlach­tę uprzej­mie przyj­mo­wa­ła i u nich by­wa­ła”; po­tra­fi­ła wy­pa­trzeć z da­le­ka przez okno i za­pra­sza­ła ich na obiad lub po­czę­stu­nek. W dal­sze po­dró­że, jak na wy­bo­ry do Ży­to­mie­rza, „przy­jeż­dża­ła dwor­no, z kuch­nią i kre­den­sem i co­dzień uczty, obia­dy da­wa­ła”.

Na­to­miast mat­ka Hen­rie­ty nie uni­ka­ła i po­dró­ży dal­szych, jako że „mia­ła pasz­port rocz­ny i nie­raz wie­czo­rem wo­ła­ła ka­mer­dy­ne­ra, mó­wiąc: «Ju­tro o ósmej z rana wy­jeż­dżam za gra­ni­cę, żeby wszyst­ko było go­to­we». (…) Wy­jeż­dża­li­śmy – wspo­mi­na pa­mięt­ni­kar­ka – punkt o go­dzi­nie na­zna­czo­nej, za­wsze jed­nym po­jaz­dem opa­ko­wa­nym, z pro­wi­zja­mi, aby się w dro­dze po ta­kie do Ży­dów nie uda­wać. Dzień i noc ja­dąc, w domu zjadł­szy obiad w wi­gi­lią wy­jaz­du, do­pie­ro w Bro­dach coś cie­płe­go się ja­dło”. Za­wsze bra­li ze sobą w dro­gę ap­tecz­kę.

Kocz po­dróż­ny (1894 rok)

Dzie­ci od ma­łe­go były przy­zwy­cza­ja­ne do tru­dów po­dró­ży. „Przy­je­chaw­szy na noc­leg do karcz­my – czy­ta­my da­lej – roz­ście­la­no nam prze­ście­ra­dło na zie­mi go­łej lub tap­cza­nie i nic wię­cej, mó­wiąc, że ani sło­my, ani sia­na nie ma. Sa­lop­ka­mi przy­kry­wa­li­śmy się. Mat­ka tak­że dla przy­kła­du do­bre­go po­dob­ne mia­ła po­sła­nie. Na prze­ką­skę je­dli­śmy chleb czar­ny. Tak nas chcia­ła za­har­to­wać, jako pol­skie dzie­ci, któ­rych prze­zna­cze­niem jest być na­ra­żo­ny­mi na wszel­kie od­mia­ny losu. Naj­gor­sze sie­dze­nia mie­li­śmy w po­wo­zie, słu­żą­ca obok mat­ki sie­dzia­ła, a my lub na stop­niu, lub szka­tuł­ce od­by­wa­li­śmy po­dró­że”.

Zda­rza­ło się jed­nak i po­dró­żo­wać wy­god­niej. Jeź­dzi­li do Ka­mień­ca la­tem, po­dzi­wia­jąc pięk­no oko­li­cy, po­je­cha­li też zi­mo­wą porą „ka­re­tą po­czwór­ną, brat mój ko­czem, słu­żą­ce dru­gim, w sa­niach kry­tych ku­charz z kre­den­sem. Zro­bi­ło to wiel­kie wra­że­nie w mie­ście. Nim zna­lazł stan­cję ka­mer­dy­ner, sta­li­śmy na wy­sta­wie i wzbu­dza­li cie­ka­wość ogól­ną”.

PRZY­PA­DEK W PO­DRÓ­ŻY