Wydawca: Muza Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 462 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróżą każda miłość jest - Iwona Jurczenko-Topolska

On – kanadyjski biznesmen, emigrant polityczny z 68 roku, właśnie wrócił do kraju po dwudziestoletniej przerwie. Ona – znakomita dziennikarka. Po godzinnej znajomości decydują się na ślub i są szczęśliwym małżeństwem przez dwadzieścia jeden lat. Bajka?

Nie mogą mieć swoich dzieci, więc decydują się na adopcję rodzeństwa w wieku 3, 5 i 7 lat. Iwona, zwana Żabą, opowiada o tym z humorem, dystansem i bardzo szczerze. Książkę uzupełniają opowieści przyjaciół.

Żyli razem długo i szczęśliwie? Szczęśliwie, ale niedługo. Iwona zmarła osiem lat po tym jak Dzieci pojawiły się w ich rodzinie.

Krzysztof Topolski, mąż Iwony, pisze:

Zawsze będziemy Rodziną, choć Iwona odeszła. Bo Żaba siedzi sobie koło jakiejś dziurki w niebie, na leżaku, oczywiście kolorowym, i patrzy, czuwa, żeby nie stała się nam krzywda.

Opinie o ebooku Podróżą każda miłość jest - Iwona Jurczenko-Topolska

Fragment ebooka Podróżą każda miłość jest - Iwona Jurczenko-Topolska

Iwona Jurczyk-Topolska

Podróżą każda miłość jest

Projekt okładki: Aleksandra Szmak

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Zbigniew Katafiasz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Kędziorek

Części Życie Żaby orazPustki w domu moim… napisali:

Halina Bielawska, Elżbieta Brzoza oraz Dariusz Burliński

Wszystkie zdjęcia pochodzą z archiwum rodziny Topolskich

© for the text and photos by Krzysztof Topolski

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2014

Książka powstała we współpracy z Firmą Wydawniczą SEZAMM Małgorzata Maruszkin

ISBN 978-83-7758-661-7

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2014

Wydanie I

Podróżą każda miłość jest Za dużo każda miłość chce Choć gubią nas bezdroża serc Nie zawahamy się

Podróżą każda miłość jest Co różą wiatrów znaczy cel Poniesie nas, gdzie – nie wie nikt W jakie noce i dni

Czasu coraz mniej do odjazdu Coraz większy lęk przed złą gwiazdą Została nam ostatnia już Szansa, by z serca zetrzeć kurz

Bez miłości czas policzony Los nam bilet dał w jedną stronę A na drogę w nieznane – nadzieję Że znajdziemy

Pewnego dnia żyła sobie rodzina

Napisała: Mama

Zamówił: Pawełek

Rysunki: Ania, Pawełek, Dominik

Wydanie rodzinne 2005

Jako pierwsza dowiedziała się o tym Mama. Nie ma w tym nic dziwnego, bo prawie wszystkie mamy zwykle dowiadują się pierwsze o tym, że będą miały dziecko. Ale pewnego dnia Mama nagle dowiedziała się, a właściwie poczuła, że jest mamą trojga dzieci: Ani, Pawełka i Dominika. I to właśnie może się wydawać trochę dziwne, ale w życiu czasami tak już jest, że najpierw coś wydaje się dziwne, a potem okazuje się, że jest zupełnie normalne.

Dzieci nie wiedziały zupełnie nic. W tym także nie ma niczego dziwnego, bo naprawdę niewiele osób od razu poznaje tę tajemnicę.

Otóż powiadają, że gdy dziecko jest bardzo, bardzo nieszczęśliwe, to gdzieś tam wysoko nad gwiazdami rozpoczyna się wielkie szukanie. Chorym dzieciom szuka się lekarstwa. Smutnym dzieciom szuka się radości. Biednym dzieciom szuka się pomocy. A dzieciom, które mieszkają w Domu Dziecka – szuka się rodziców.

To jest bardzo trudne szukanie i nie zawsze udaje się znaleźć to, co najpotrzebniejsze. Zdarza się nawet, że coś się znajduje, lecz nie wiadomo, do kogo to należy. Na przykład tacy znalezieni rodzice mogą się wcale nie domyślać, że są znalezionymi rodzicami i że gdzieś są ich dzieci. I mogą się nigdy nie spotkać i mogą nawet nie wiedzieć, że się nigdy nie spotkali!

Tak powiadają i coś w tym musi być, bo właśnie w tym czasie, gdy Anię, Pawełka i Dominika przywieziono do Domu Dziecka, w domu Mamy i Taty zapanował dziwny niepokój. Drzwi trzaskały, choć nie było wiatru. Niespodziewanie gasło światło. Kominek pokazywał groźnie trzaskające iskry i dym, a nie pogodny ogieniek. Wciąż padał deszcz, choć miało być pięknie. Psy – Bubuś i Bambusia – przestały bawić się wesoło w ogrodzie, tylko węszyły czujnie po kątach. Nawet koty mruczały jakoś inaczej, a papug Meciuś każdego ranka głośno krzyczał, zamiast ładnie mówić „Dzień dobrrry”!

Cały dom zaczął robić się coraz większy i przez to coraz bardziej pusty, jakby kogoś w nim brakowało.

Mama i Tata długo rozmawiali, długo rozmyślali, zastanawiali się, znów rozmawiali i rozmyślali, aż w końcu się domyślili: są znalezionymi rodzicami! A więc gdzieś czeka ich dziecko!

– Trzeba natychmiast rozpocząć poszukiwania! – powiedział Tata.

Ale jak szukać? Tata zastanawiał się, czy jest to chłopiec, czy dziewczynka i ile może mieć lat. Mama całymi dniami myślała, czy jest to jedno dziecko, czy może dwoje, czy jest bardzo nieszczęśliwe i czy długo już czeka na rodziców? I gdzie może być?

– To są bardzo długie poszukiwania – zmartwiła się Mama. – Podobno mogą trwać nawet cały rok.

– Nie martw się – pocieszał Tata. – Na pewno znajdziemy.

Pewnego dnia do Mamy przyszła Ciocia Asia i poprosiła, żeby Mama poszła z nią do Domu Dziecka. Ciocia Asia jest lekarką i często chodzi do Domu Dziecka, by pomagać mieszkającym tam dzieciom.

I tak Mama zobaczyła Anię, Pawełka i Dominika. W Domu Dziecka mieszkało wiele dzieci, i małych, i dużych. Mama oczywiście nie wiedziała, że jest mamą Ani, Pawełka i Dominika, ale tak się jakoś stało, że patrzyła na wszystkich, ale widziała tylko tę trójkę.

Ania była bardzo zdenerwowana, gdy pokazywała ich pokój. Wciąż wygładzała pościel na łóżkach i głośno krzyczała na Dominika, który wieszał się na klamce i skrzypiał drzwiami. Pawełek nic nie mówił, tylko cichutko stał w kąciku i uśmiechał się tak, jakby był smutny.

– Mam siedem lat – powiedziała Ania.

– Ja tsy – powiedział Dominik.

Pawełek znów nic nie powiedział, więc Ania szybko powiedziała za niego:

– On ma pięć lat i mało mówi.

Ania pomyślała wtedy, że trzeba pokazać, jak bardzo są grzeczni, bo ta obca pani to może być jakaś ciocia, która ich gdzieś zabierze. Do Domu Dziecka czasem przychodziły różne ciocie, które zabierały dzieci do domów. Te dzieci zawsze potem wracały, ale i tak wszyscy w Domu Dziecka czekali, żeby je ktoś gdzieś daleko zawiózł. I Ania też chciała, żeby ją z braćmi też kiedyś ktoś zabrał. Do domu. Choć na chwilę.

Mama wróciła do domu bardzo przygnębiona. Wciąż myślała o dzieciach, które zobaczyła w Domu Dziecka.

O Ani, która z jakiegoś powodu obraziła się i nie chciała powiedzieć „do widzenia”, o Pawełku, który wciąż się uśmiechał i miał paznokcie obgryzione do krwi, i o Dominiku, który bez przerwy biegał długim korytarzem tam i z powrotem. Tam i z powrotem.

– Czy to możliwe – zastanawiała się głośno Mama – że właśnie spotkałam nasze dzieci?

Nikt jej nie mógł odpowiedzieć, bo nikogo nie było w domu. Tata był wtedy w Poznaniu. Mama zaraz zadzwoniła do Taty i wszystko opowiedziała.

– Mamy troje dzieci? – zdumiał się Tata.

– Ale czy to są na pewno nasze dzieci? – Mama aż rozpłakała się ze zdenerwowania, bo bardzo chciała, żeby Ania, Pawełek i Dominik byli dziećmi właśnie Mamy i Taty.

– Musimy się tego dowiedzieć! Ja zaraz przyjeżdżam – Tata też się bardzo zdenerwował. – Jeśli to są nasze dzieci, to trzeba je jak najszybciej zabrać do domu! Przecież nie możemy pozwolić, żeby nasze dzieci mieszkały w Domu Dziecka!

I tak się stało.

Tata przyjechał i dzieci przyszły z pierwszą wizytą do domu. Trzeba to było widzieć! Dom wypełnił się, rozgwarzył i zajaśniał. Tata się śmiał, Mama biegała za dziećmi po pokojach, Pawełek bez przerwy mówił, Ania dokładnie wszystko oglądała, Dominik trząsł klatką, w której Meciuś bardzo się oburzał i usiłował go dziobnąć, Bubuś i Bambusia skakały i szczekały, koty uciekły do stajni, kucyk Kubełek i koziołek Mieeeecio z zaciekawieniem przyglądali się, co się dzieje, a Ciocia Iwonka i Wujek Adam usiłowali zaprowadzić w tym wszystkim jakiś porządek…

A potem – gdy już wszyscy razem mieszkali, bawili się, rozrabiali, uczyli się siebie i mówili, jak bardzo się kochają – poszli do sądu, żeby to wszystko wyjaśnić.

Tak powstała nasza rodzina.

Mama i Tata są bardzo szczęśliwi, że mają swoje dzieci, a dzieci cieszą się, że mają takich kochanych rodziców.

I żyją sobie długo i szczęśliwie.

ŻYCIE ŻABY

Randka w ciemno

Opierali się, jak mogli.

Ona w tym czasie nieszczególnie szukała towarzystwa. Miała za sobą młodzieńcze małżeństwo, rozwód i długi związek ze starszym partnerem. Przedtem i potem było wiele fascynacji, szybko przechodzących w rozczarowanie. W końcu stwierdziła, że woli żyć samotnie niż obniżać poprzeczkę.

On – emigrant z 1969 roku, ojciec dwójki dorastających dzieci, kilka miesięcy po rozwodzie – odkrywał Polskę na nowo i zachłystywał się odnajdywanymi w starym kraju przyjaciółmi. Też nie był akurat spragniony damsko-męskich rozrywek.

Nie, w drugą niedzielę października 1990 roku Iwona Jurczenko i Krzysztof Topolski nie palili się do wspólnej kolacji.

Ale Danka się uparła. Niezrażona pierwszą odmową, zadzwoniła do Iwony ponownie. Z podobnym skutkiem. Gdy telefon zabrzęczał po raz trzeci, Iwona straciła cierpliwość.

– Weź słownik i przeczytaj, co oznacza słowo „nie” – rzuciła do słuchawki.

– Córuś?! – tym razem dzwoniła matka Iwony, Wanda Jurczenko-Barnowska. – Co się stało?

Iwona wyjaśniła, że przyjaciółka zamówiła z mężem stolik w „Kuźni” w Wilanowie i namawia ją na randkę w ciemno z kolegą Jurka, jakimś biznesmenem z Kanady. Najpewniej łysym grubasem wzrostu siedzącego psa.

– Nie mam na to najmniejszej ochoty – skwitowała.

– Ale dlaczego? – zdziwiła się Wanda. – Lalka, nie możesz ciągle siedzieć w domu. Przecież jedno spotkanie do niczego nie zobowiązuje. A może się okazać, że to ciekawy człowiek.

– Albo będą z Jurkiem gadać o wspólnych znajomych sprzed lat, albo o interesach. Jedno i drugie mnie w ogóle nie interesuje.

– Skąd wiesz? Czasem nie warto zakładać z góry. Ale oczywiście zrobisz jak zechcesz – i matka zmieniła temat, opowiadając, co słychać u siostry, braci, babci, ojca i znajomych, i jaka jest w Szczytnie pogoda.

Odłożywszy słuchawkę, Iwona znów pomyślała o biznesmenie z Kanady. „Nawet jeśli facet okaże się nudziarzem, to przynajmniej kolację zjem porządną, bo w lodówce pustki”, stwierdziła.

Tymczasem u Woźnickich Jurek urabiał Krzysztofa.

– Ty sobie nie myśl, że to taka zwykła laska – klarował przyjacielowi. – Ma na koncie sporo dobrych, ostrych wywiadów, przeprowadzonych jeszcze za komuny. Na przykład z dyrektorem Biura Śledczego SB, niejakim Pudyszem. Kiedy próbował przejąć inicjatywę i zaczął ją przepytywać, osadziła go: „Generale, użyję znanej panu formułki: To ja tu jestem od zadawania pytań”. Masz pojęcie, ile to wymagało odwagi?

Krzysztof miękł, a Danka znowu wybrała numer Iwony.

– Albo ty do nas przyjeżdżasz, albo my jedziemy po ciebie – oznajmiła stanowczo. – I wylądujesz w knajpie, tak jak stoisz czy siedzisz, w kapciach czy dresie – zagroziła.

– Ależ ja się zanudzę z facetem, który myśli pieniędzmi.

– Ten akurat myśli literaturą. Przyjechał do Polski wydać książkę. Bierz taksówkę i przyjeżdżaj po nas – Woźnicka odłożyła słuchawkę, zanim przyjaciółka zdążyła zaprotestować.

Uwinęli się z tym w niespełna godzinę: od pierwszej wymiany spojrzeń do decyzji o ślubie. Może poszłoby szybciej, bo Krzysztofa na widok Iwony – brunetki z nieprawdopodobnie długimi nogami – aż zatchnęło, ale Iwona z początku demonstracyjnie nie zwracała na Topolskiego uwagi.

Przeszli więc przez powitanie, przy którym on z przedwojenną galanterią pocałował ją w rękę, a ona nie raczyła nawet rzucić „dzień dobry”. Potem tłukli się do Wilanowa fiatem 125p, wykwitem myśli inżynieryjno-konstruktorskiej PRL-u, która nie przewidziała jednak miejsca na ręce trzeciej siedzącej z tyłu osoby, więc Krzysztof ulokował je w twardej tapicerce (prawą) i na oparciu za plecami Iwony (lewą), co ta skwitowała niechętnym spojrzeniem. Potem traktowała go jak powietrze. Wszedł w jej pole widzenia dopiero przy składaniu zamówienia w restauracji.

– Mnie pasuje chateaubriand, ale sama nie dam rady – powiedziała, przeglądając kartę dań.

– Mogę współpracować – Krzysztof zamienił upatrzonego schabowego z kapustą na kawałek krwistego befsztyka, byle tylko znaleźć się bliżej Iwony. Poświęcenie nie poszło na marne: tym razem obdarzyła go spojrzeniem mającym temperaturę powyżej zera bezwzględnego. Dalsze ocieplenie wywołały wznoszone przez Jurka toasty. Po kilku minutach fronty atmosferyczne ustawiły się tak, że Iwona rozmawiała już tylko z Krzysztofem, a Krzysztof tylko z Iwoną. Ale chcieli być jeszcze bliżej. W sąsiedniej sali było akurat wesele. Krzysztof poprosił więc Iwonę do tańca.

Chciałam koniecznie tańczyć, żebyśmy się mogli dotknąć, pamiętam jak bardzo chciałam, żeby już zagrali, bo to znaczyło znalezienie się w Twoich objęciach. Moje ciało zostało skłonione ku Tobie i nic już nie miałam do zrobienia. Mówiłam sobie „tak”, zanim mnie pocałowałeś, a kiedy mnie całowałeś, moje „tak” zamieniło się w krzyk. Och, jak ja się bałam, jak ja cudownie się bałam i jak bardzo mi było wszystko jedno, co sobie później pomyślisz. Chciałam, nareszcie chciałam, nie tylko się godziłam na Ciebie, ale chciałam Ciebie.

– Jureczku, zauważyłeś? – spytała Danka męża, gdy zostali sami. – Z tego coś będzie. Krzysiowi Iwona spodobała się od razu, a ona tylko udawała taką nieprzystępną. Woźniccy uśmiechnęli się zadowoleni z siebie. Tancerze wrócili do stołu.

– Pobieramy się! Bierzemy ślub! – zawołali jedno przez drugie, zapoczątkowując zwyczaj jednoczesnego myślenia i mówienia tego samego.

Woźniccy przestali się uśmiechać.

Tak się zdarza tylko w powieściach dla dorastających panienek i amerykańskich melodramatach – pisała potem Iwona do Krzysztofa. – W życiu, normalnym życiu – absolutnie nie. Poza naszym życiem, oczywiście, bo my też jesteśmy jak powieść.

– Schlaliście się – Jerzy pierwszy odzyskał głos. – Zastanówcie się chociaż do rana.

– Jestem trzeźwy jak świnia – zapewnił Krzysztof, trochę zdziwiony, że przyjaciele nie rozumieją oczywistości jego postępowania.

– Ludzie, owszem, zakochują się w sobie, ale na pewno pierwszego dnia nie decydują się na ślub – Danka chciała wprawdzie skojarzyć tych dwoje, ale nie w takim tempie. – Już wszystko o sobie wiecie?

– Wiemy, że absolutnie, na pewno, bezwzględnie i bezwarunkowo chcemy być razem – odpowiedziała Iwona. – A o sobie nie wiemy jeszcze nic.

Obudziłam się rano i było tak zwyczajnie, jak każdego innego dnia, nawet nie wiem – słońce czy pochmurno, poranna kawa, pościelone łóżko, jakiś artykuł, który w zasadzie powinnam napisać na jutro i nie wiedziałam – skąd to miałam wiedzieć: nie dzwoniły dzwony, nie śpiewały syreny, na niebie nie było żadnej komety – nie wiedziałam, że kiedyś wspomnienie tego dnia będzie mnie rzucać na kolana i zacznę dzielić czas przeszły na „przedtem” i „potem”.

A przecież już szliśmy do siebie, po różnych ulicach, ale już w tym samym mieście, jeszcze po różnych stronach jezdni, ale już tą samą ulicą i nawet gdy najeżyłam się wewnętrznie, spojrzawszy na Ciebie – już szłam do Ciebie.

Jesteś. Strasznie długo Ciebie nie było.

Biec przez życie

Szła do niego prawie 36 lat. Urodziła się w 1954 roku w Legnicy, jako druga córka Wandy i Piotra Jurczenko. Jej starsza siostra, Ania, zmarła, gdy Iwona miała półtora roku.

Potem rodzina przeniosła się do Pułtuska – i tam Iwona poszła do szkoły. Przynosiła same bardzo dobre stopnie. Przychodziło jej to bez wysiłku. Lekcje odrabiała tylko z obowiązku. „Trzeba, to trzeba”, mawiała. To motto towarzyszyło jej zresztą przez całe życie.

Mało się uczyła, za to nałogowo czytała. Prowadziła też drużynę zuchów i miała dużo serca dla zwierząt. – Książki, dzieci, zwierzęta – to były trzy największe pasje jej dzieciństwa – wspomina matka Iwony.

W 1971 roku rodzina – już inna, bo Wanda po rozwodzie ponownie wyszła za mąż, za Marka Barnowskiego – przeprowadziła się do Szczytna.

Opinia bardzo dobrej uczennicy, na której jechała w Pułtusku, nie przeszła za Iwoną do nowego miejsca. Trzeba było na nią dopiero zapracować i od czasu do czasu zamienić literaturę na podręczniki. Trzeba, to trzeba – nie przestała jednak pochłaniać książek tonami.

Na maturze Iwona napisała dwie prace z polskiego: za siebie i za koleżankę. Lecz przy egzaminach na studia zaczęły się schody. Zdać na prawo w Toruniu, owszem, zdała. Nie przyjęto jej jednak – zabrakło punktów za pochodzenie.

Poszła do pracy w bibliotece miejskiej i czekała na kolejną szansę za rok. Ponieważ w podobnej sytuacji był jeden z kolegów licealnych, Janusz zwany Jasiem, wspólnie przygotowywali się do drugiego podejścia. – Uczyliśmy się razem i właściwie chodziliśmy ze sobą przez rok – wspomina Janusz. Po zdanych egzaminach Iwona z nim zerwała. „Ja chcę przez życie biec, a on chce iść”, wyjaśniła.

Czy Ty naprawdę jesteś pewien, że ja to ja? Znaczy, ja dla Ciebie? Ja przy Tobie? Naprawdę to wiesz na pewno? Bo nie chciałabym, żeby – jakby co – moje uczucia Ci jakoś zaciążyły, do czegoś Ciebie dżentelmeńsko zobowiązywały. Nie chciałabym. Co do mnie – kocham Cię dożywotnio.

Wolność i swoboda

W Toruniu zamieszkała w akademiku. Poczuła się dorosła i samodzielna. Pierwsze lata studiów to była sama rozrywka. Jej mama nazwała to „frywolnym trybem życia”.

Kiedy Wanda odziedziczyła mieszkanie na warszawskiej Ochocie, Iwona przeniosła się na uniwersytet. Dorabiała jako kierowniczka klubu studenckiego.

W tym okresie poznała Jurka Woźnickiego, który nieśpiesznie robił doktorat.

– Trudno powiedzieć, co bardziej przyciągało wzrok: długie, skórzane buty, kończące się nad kolanami, prawie tak samo długie, odsłonięte i niezwykle kształtne uda, czy też oryginalna w kroju spódniczka mini – tak Woźnicki wspomina pierwsze spotkanie z Iwoną. – Nie tylko na mnie zrobiła wrażenie. Przyglądali jej się chyba wszyscy, bo, po pierwsze, nikt nie miał takich butów, po drugie, nikt nie miał takiej spódnicy, a po trzecie, nikt nie miał takich nóg. Ona wiedziała o wszystkich jego podbojach. Aż w końcu poznała go z przyszłą żoną – ale to było później, gdy skończyła już studia.

Na razie starała się jednak wydłużyć ten błogi okres dziekankami. W studenckie życie wciągała też siostrę. – Zabierała mnie ze sobą nawet gdy szła na prywatkę, gdzie nie bardzo pasowałam – opowiada Ewa Sawicka, stryjeczna siostra Iwony. – Imponowała mi starsza siostra, która traktowała mnie po partnersku. No i świetnie się u niej czułam, bo ona nigdy niczego nie chciała. Na przykład: nie musiałam sprzątać.

Cały człowiek składa się z okruchów wspomnień, z żalu za przeszłym kiedyś deszczem na jakiejś ulicy i z miejsc, gdzie już go nie ma, ze zgubionych chusteczek do nosa i z innego człowieka, który kiedyś dał nam coś z siebie, i ze swoich wyobrażeń o tym, co się nie udało.

Awanturne historie

Po studiach Iwona chciała zostać karnistką, ale ponieważ nie dostała się na aplikację, postanowiła przeczekać w dziale listów i interwencji gazety „Chłopska Droga”. Pewnego dnia przyszedł do niej ówczesny szef z jakimś listem w garści i zamiast jak zwykle zrobić awanturę, że jeszcze nie ma odpowiedzi, rzekł: – Pojedzie tam pani, sprawdzi i napisze z tego reportaż.

Co to jest reportaż, przeczytała w encyklopedii. Wyjaśnienie było mętne, ale niezrażona pojechała na miejsce, porozmawiała z ludźmi, obejrzała wszystko – i opisała. Wydrukowali, zapłacili i wysłali ją na kolejny reportaż. Była zachwycona, że nie musi już odpowiadać na listy. Dziennikarstwo ją wciągnęło. Swoje – jak mawiała – awanturne historie pisała niekiedy do spółki z Anną Turską. Czasami zaś jeździły razem zbierać materiały – Ania miała samochód – i każda pisała swój reportaż.

– Nigdy nie konkurowałyśmy ze sobą, potrafiłyśmy się świetnie dogadać – mówi Anka. – To właśnie Iwona wciągnęła mnie w dziennikarstwo śledcze. Wymagało dużo pracy, czasu i zaangażowania, a często i pomysłowości, graniczącej z brawurą. Czasem jednak efekt był fantastyczny, załatwiałyśmy sprawy nie do załatwienia. Oczywiście, na skalę i możliwości tamtych lat.

Jeszcze w dziale listów i interwencji Iwona poznała Dankę. Pierwszego kwietnia 1982 roku sekretarz redakcji przyprowadził stażystkę. – Mam nadzieję, że to nie jest primaaprilisowy żart i naprawdę nie będę tu już jedyną kobietą – ucieszyła się Iwona. I natychmiast nadała nowej koleżance przydomek Ruda.

– Spodobała mi się jej bezpośredniość i spontaniczność – wspomina Danka. To Iwona poznała ją z późniejszym mężem, Jerzym Woźnickim.

Chodziło o zemstę. Na imieninach Iwony Jurek miał uwieść, rozkochać i porzucić dziewczynę, która coś tam Iwonie i jej przyjaciółkom zawiniła.

– Intryga trochę jak z Niebezpiecznych związków – mówi Woźnicki. – Dziś może brzmi to dziwnie i mało pochlebnie, ale cóż, byliśmy młodzi i pełni szalonych pomysłów.

Szatański plan spalił na panewce, bo Iwona zaprosiła też Dankę – i Jerzy nie był już zainteresowany żadną inną. Jego jedyną zdobyczą tego wieczoru był numer telefonu Rudej. Dla fasonu odczekał dwa tygodnie i zadzwonił, by zaprosić ją na randkę. Ale ponieważ Danka do tego czasu zapomniała już, jak Woźnicki wygląda, poprosiła Iwonę, by z nią poszła.

I to Iwona uratowała sytuację. Absztyfikant się spóźniał. Ruda już po pięciu minutach czekania chciała z godnością odejść, ale przyjaciółka przekonywała, że Jurek nigdy się nie spóźnia, że musiało stać się coś poważnego i że trzeba dać mu szansę. W końcu zajechał z piskiem opon.

– Iwonka miała jakiś szósty zmysł – wspomina. – Ona wcześniej niż my wiedziała, że jesteśmy dla siebie stworzeni. Już po tej pierwszej, tak niefortunnie rozpoczętej randce powiedziałem rodzicom, że się żenię.

Tymczasem Iwona pisała coraz lepsze „awanturne historie”. Po wygraniu dorocznego konkursu „Prawa i Życia” na reportaż zaczęła współpracę z tą redakcją i w grudniu 1985 roku na dobre przeniosła się tam z „Chłopskiej Drogi”. – Nazywałem ją dziennikarką rewolwerową: wszędzie wejdzie, ze wszystkimi porozmawia – mówi Roman Kruszewski, który był sekretarzem redakcji „Prawa i Życia”. – Publikowaliśmy materiały pozostające na granicy ingerencji cenzury. Dzięki temu w opinii czytelników „Prawo i Życie” było gazetą, która nie kleiła się do rąk od wazeliny, którą PRL-owska władza tak lubiła.

Pod koniec lat 80. wolno było zaznaczać na łamach ingerencje cenzora: zamiast zakazanego fragmentu tekstu pozostawiać białą plamę z pieczątką: CENZURA. Pierwszy zgodę na tę białą plamę otrzymał „Tygodnik Powszechny”, po nim – „Prawo i Życie”. Pieczątka pojawiła się w wywiadzie Iwony z Adamem Bieniem, ostatnim z żyjących bohaterów procesu moskiewskiego. Rozmawiała też m.in. z Wojciechem Jaruzelskim, Jerzym Pawłowskim – szermierzem skazanym za szpiegostwo na rzecz CIA, Mieczysławem Rakowskim przed wyborami w 1989 roku.

– Nie miało dla niej znaczenia, czy rozmówca był z obozu władzy, czy z opozycji, z prawej czy lewej strony barykady – podkreśla Kruszewski. – To były zawsze dobre wywiady, bo nie bała się zadawać trudnych pytań – dodaje. Chwali też jej reportaże: – Miała świetne pióro i jej teksty z marszu nadawały się do druku.

Jako dziennikarka „Prawa i Życia” Iwona zaczęła też pisać książki. „Pewnego dnia przyszedł do mnie mój ówczesny szef i powiedział, że o aferze «Żelazo» warto by napisać książkę – wspominała. – «Dobrze» – odpowiedziałam posłusznie, bo zaraz sobie wykombinowałam, że książka to taki większy reportaż, pisanie trwa długo, więc przynajmniej przez jakiś czas redakcja nie będzie mnie gnębić terminami oddania tekstów, których z racji niechęci do ciężkiej pracy nie oddałam na czas. Potem napisałam jeszcze dwie książki (też reportażowe), o szpiegach. Zawsze pisałam z kimś, bo miałam nadzieję, że współautor odwali za mnie najgorszą robotę”.

Nawet nie wiedziałam, jak bardzo byłam do tej pory samotna; teraz widzę. Praca, rodzina, przyjaciele. Tak, to było niesłychanie ważne, bo to było wszystko, co miałam, i wszystko, na co godziłam się, że mogę mieć. To dużo, jeśli o tym myśleć w ten sposób – i ja tak myślałam. Teraz też tak myślę, ale jednak człowiek musi mieć w życiu coś najważniejszego. Jakiś ratunek ostatni, czy ja wiem, choćby ogarek świecy, gdy dopadnie go ciemność. Dostałam nagle od życia odłamek gwiazdy i umieściłam go na tej szali owej wagi, na której waży się swoje życie, gdzie nie stanął dotąd żaden inny człowiek. Żaden. Nigdy. Ani żadna rzecz. Nic. Rozumiesz?

Poprzeczka

Pierwsze małżeństwo Iwony trwało kilka lat. Rozstali się w zgodzie.

– To był sympatyczny człowiek, ale babiarz – wspomina mama Iwony. – Iwonka mówiła, że nigdy już z nikim się na stałe nie zwiąże. Martwiącej się tym stanem rodzinie wyjaśniała, że poprzeczkę dla przyszłego związku ustawiła tak wysoko, że jej chyba nie sięgnie. A jak nie sięgnie, to zostanie sama.

A potem którejś niedzieli dała się Rudej wyciągnąć na kolację do Wilanowa.

Jestem wobec Ciebie taka odsłonięta, jakbym latami całymi czekała, żeby zburzyć ten mur. Ja, pozorny ekstrawertyk, informujący powszechnie o wszystkim – gdy bolał mnie ząb albo chciałam zmienić fryzurę, pół Warszawy debatowało nad wyborem dentysty czy kształtem głowy – zawsze największe radości i największe dramaty zamykałam w swoich czterech ścianach i jeszcze zasłaniałam okna. Jedna Kalina to kiedyś odkryła i powiedziała, że przy pozorach otwartości i przyjaznego traktowania całego świata jestem naprawdę potwornie nieufna, jakbym wciąż czekała na cios.

Dworzec Gdański

Opowiadając o sobie, Iwona zazwyczaj pomijała to, co najważniejsze: głębokie uczucia, skryte pragnienia i lęki. Ale miłości do Krzysztofa nie ukrywała. O niespodziewanym finale randki w ciemno i jej dalekosiężnych konsekwencjach opowiadała na prawo i lewo – w tych nielicznych chwilach, których nie spędzała z narzeczonym.

– Kalina, zakochałam się! Wariacko i bez reszty – zadzwoniła do dawnej koleżanki z pracy.

– W kim? Długo się znacie? – Kalina była zaskoczona entuzjazmem, którego Iwona od dawna nie wykazywała, mówiąc o mężczyznach.

– Nie znasz go. Nie było go w kraju dwadzieścia lat. Niedawno wrócił.

– Dwadzieścia lat? Czyli wyjechał w 68 albo trochę później?

– Tak, w 69, zaraz jak wyszedł z pudła.

– To znaczy, że był związany z wydarzeniami marcowymi. Wiesz, ja wtedy studiowałam na polibudzie i wielu aktywnych znałam. Ten twój to jak ma na imię?

– Krzysztof.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– Czy… czy to jest może Krzyś Topolski? – zapytała niepewnie Kalina.

– Taaak… – odpowiedziała Iwona, nagle zaniepokojona.

– Nie, nie, nic z tych rzeczy – Kalina właściwie zinterpretowała zmianę tonu koleżanki. – Po prostu znałam go w studenckich czasach.

– I co ty na to, że kocham go nieprzytomnie?

– To super! Pamiętam Krzysia jako wspaniałego człowieka. Ostatni raz widziałam go na schodach uczelni, tuż przed jego wyjazdem z Polski. To było krótkie i bardzo smutne spotkanie.

Wyjeżdżając, Topolski miał 22 lata i głębokie przekonanie, że do Polski nie wróci.

Urodził się w 1947 roku. Jego rodzice pochodzili ze Lwowa. Po czteroletniej tułaczce po ZSRR osiedlili się w Katowicach: matka, Paula, studiowała medycynę, ojciec, Fryderyk, przedwojenny komunista, uruchamiał kopalnie. Jego poglądy nie zawsze zgadzały się z linią partii, ale fachowość i umiejętności organizatorskie okazały się dla stalinowskiego pędu do zbrojeń tak pożądane, że Topolski-senior został szefem całej zbrojeniówki. Potem uzbrojona już ojczyzna zrobiła go wiceministrem budownictwa. Rodzina przeniosła się do Warszawy. Tam Krzyś poznał Jurka Woźnickiego. Nie należał do potulnych, nic też dziwnego, że gdy w 1962 roku Adam Michnik skrzyknął Klub Poszukiwaczy Sprzeczności, młody Topolski z zapałem biegał na spotkania.

Jako student Politechniki Warszawskiej próbował jeszcze uczyć się i pracować w myśl socjalistycznych haseł. Wstąpił do ZMS-u i zaczął tworzyć studenckie ośrodki dyskusyjne. W samej Warszawie działało ich kilkanaście. Kariery działacza Krzysztof jednak nie zrobił, gdyż szybko wyszedł zeń wichrzyciel: na jednym ze spotkań, po usunięciu z partii Leszka Kołakowskiego, rzucił ówczesnemu I sekretarzowi KW PZPR w Warszawie, Józefowi Kępie, swoją czerwoną legitymację ZMS-u. Z politechniki próbował się potem przenieść na Uniwersytet Warszawski, ale miał już szlaban. Ze względu na ojca, wiceministra, pozwolono mu studiować socjologię w Łodzi. Był rok 1967. Gomułka mówił o „syjonistycznej piątej kolumnie”. W marcu 1968 roku, po zdjęciu z repertuaru Teatru Narodowego „Dziadów” w reżyserii Kazimierza Dejmka, studenci wyszli na ulice. Wielu zapłaciło za to relegowaniem z uczelni. Zaczęły się też aresztowania. Po Topolskiego smutni panowie przyszli 10 marca. Następne pół roku spędził w areszcie przy Rakowieckiej. Trzymano go w słynnym pawilonie bezpieki, w „dwunastce”, a ponieważ stawiał się w śledztwie, często lądował w karcerze dwa piętra pod ziemią, obok celi, w której wykonywano wyroki śmierci.

Proces zaczął się we wrześniu. Jako świadek obrony zgłosił się Jerzy Woźnicki. – Wciąż pamiętam nienawistne spojrzenia ubeków – wspomina. W ich towarzystwie spędził na sądowym korytarzu jeden dzień i kilka godzin następnego. – W końcu mnie przesłuchali. Powiedziałem, jakim porządnym facetem jest Krzyś. Nie liczyłem, że moje zeznania coś zmienią, ale przynajmniej mogę patrzeć w lustro i wciąż mam najlepszego przyjaciela – mówi.

Topolski dostał półtora roku i trafił do więzienia w Strzelcach Opolskich. W Strzelcach więźniowie szyli buty. On wprawdzie nie umiał szyć, ale za to jeden ze strażników nie umiał pisać. Krzysztof został więc mistrzem szewskim, kontrolującym pracę innych, a strażnik przestał się martwić o prace pisemne dzielące go od matury i oficerskich gwiazdek.

Wyszedł przed terminem, pod koniec marca 1969 roku. Czekało nań jednak powołanie do wojska, do jednostki w Orzyszu, gorszej niż więzienie. Salwował się ucieczką do domu wariatów: znajomy profesor załatwił mu skierowanie na oddział nerwic szpitala w Komorowie. Najmilej z tego okresu Krzysztof wspomina wybory do sejmu w maju 1969 roku. Na oddziale nerwic leżało około czterdziestu pacjentów i nie byli ubezwłasnowolnieni. Ze dwudziestu na wyborczą niedzielę dostało przepustki do domów. Dla pozostałych lokal wyborczy urządzono w szpitalu. Urna stanęła w oszklonym wykuszu. Obsługiwał ją tylko jeden człowiek. – Oczywiście, był szpitalną wtyką esbecji – mówi Krzysztof.

Głosowanie zaczęło się o 8.00 i miało trwać do 20.30. Z oddziału nerwic wszyscy poszli do urny z samego rana – wszyscy oprócz Topolskiego. Po paru godzinach przysłali do niego pielęgniarkę. „Zastanawiam się, na kogo głosować” – powiedział jej. I dalej siedział w pokoju. Pogoda tego dnia była piękna, słońce grzało jak szalone. Na zewnątrz było ze 25 stopni, w pozbawionej cienia szklanej klatce z urną – na pewno grubo powyżej 30. Pielęgniarka przychodziła po Krzysztofa jeszcze kilka razy, ale puszczał jej ponaglenia mimo uszu. Na niebie słońce wspinało się coraz wyżej. Pilnujący urny terapeuta nie mógł opuścić swojej wysuniętej placówki nawet na sikanie, spocony i zdenerwowany czekał na ostatniego pacjenta. I tak upłynęło 12 godzin. Tuż przed porą zamknięcia lokalu wyborczego Krzyś w końcu zszedł na dół. Stanął przed urną i uroczyście powiadomił dyżurującego tam faceta, że nie może głosować, gdyż sąd pozbawił go praw obywatelskich.

W Komorowie został do czerwca 1969 roku. Wcześniej już postanowił wyemigrować z Polski. Obiecano mu „psi paszport” – w jedną stronę, co łączyło się z pozbawieniem obywatelstwa polskiego, jednak wydanie dokumentu uzależniono od zgody właściwego sądu penitencjarnego. „Niezależny” sąd nie miał instrukcji na taką okoliczność. Nikt w całym sądzie nie chciał się wychylić z podejmowaniem decyzji. Krzysztof wrócił do Warszawy, ale nie odpuścił. Poszedł do sądu wojewódzkiego. Znów trafił na mur. Pukał do kolejnych drzwi i w końcu jakiś odważny sędzia, niemający z całą sprawą nic wspólnego, wysłuchał go i podpisał odpowiednie papiery. „Szerokiej drogi, młody człowieku. Niech pan nie myśli, że wszyscy jesteśmy tacy” – powiedział na pożegnanie.

Dwudziestego czerwca 1969 roku z „rampy oświęcimskiej”, jak nazywano wtedy Dworzec Gdański, Krzysztof wyjeżdżał z Polski, wiedząc, że nigdy nie będzie mógł wrócić, nawet na jeden dzień. Przez 20 lat emigracji Polska nigdy nie przestała być dla niego ojczyzną. Powtarzał sobie wiersz ukochanego poety, Juliana Tuwima:

Najukochańsza moja, wieczna i jedyna,

Zza oceanu ślę tę garstkę smutnych słów

O tym, że kocham cię, że tęsknię, że wspominam

I jedną myślą żyję: że cię ujrzę znów[1].

Jeżeli więc jesteś, to ja się czuję w mocy udźwignąć sercem i miłością do Ciebie Twoje życie, w którym mnie nie było, wszystkie Twoje głupstwa i nierozsądki, rzeczy nieważne i sprawy najważniejsze, Twoje dzieci, Twoją Kanadę i emigracyjne fobie, i Twoje 20 lat poza Polską, i wszystkie dzisiejsze zadziwienia.

Izba

Nazajutrz po oświadczynach świeżo upieczony narzeczony wylądował… w izbie wytrzeźwień.

Po pamiętnej kolacji Iwona i Krzysztof każdy dzień jego pobytu w Polsce mieli oczywiście spędzać razem. Tyle że on już wcześniej na poniedziałkowy wieczór zaprosił grono przyjaciół i dawnych kolegów szkolnych do „Holiday Inn”. Iwona przyjęła to ze zrozumieniem: – Idź i baw się dobrze.

Poszedł. Wieczór był udany, a jego podsumowanie zawarte w przyniesionym przez kelnera rachunku całkiem akceptowalne. Okazało się jednak, że – w 1990 roku – hotelowa restauracja podejrzaną formę płatności kartą akceptowała tylko do 150 dolarów, a rachunek opiewał na dwukrotność tej kwoty. W Krzysztofie zaczęło się coś gotować. Trzymał jednak nerwy na wodzy. Nie będzie się przecież awanturował na pierwszym spotkaniu z od lat niewidzianymi kumplami, zwłaszcza że wśród jego gości było kilka osób na poważnych stanowiskach, paru polityków, a nawet minister ościennego państwa. Z kieszeni marynarki wyjął swoją kanadyjską wizytówkę.

– W takim razie w sprawie reszty rachunku proszę się skontaktować z moją sekretarką – oznajmił, uznając sprawę za zakończoną.

Kelner był już jednak pewny, że dziwny gość próbuje się wykręcić sianem: najpierw kawałek plastiku, teraz kawałek tektury… O nie, bratku. Wezwał ochronę: dwóch cherlaków, prawdopodobnie wyrzuconych zza ubeckich biurek w trakcie pospiesznej weryfikacji.

Krzysztof przestał się bawić w dyplomację i dał upust emocjom. Ochroniarze najwidoczniej trenowali boks z mniejszym zapałem od niego, bo już po chwili leżeli na podłodze, niezdolni do dalszej pracy. Minister ulotnił się po angielsku. Wtedy ktoś z obsługi hotelowej zadzwonił po funkcjonariuszy, którzy weryfikację przeszli pomyślnie.

Z władzą Krzysztof już się nie bił. Nie wiedząc, co robić, mundurowi zabrali sprawcę do radiowozu i zawieźli do izby wytrzeźwień. Na widok tamtejszych apartamentów Krzysztof zaczął się stawiać. Ale trzech osiłków nie takich klientów obsługiwało: po kilku minutach leżał solidnie związany. Nie zakneblowali go jednak, więc całą noc wykrzykiwał, że uwięzili go faszyści.

O piątej rano przyszedł znany polityk „ze styropianu”, którego współbiesiadnicy Topolskiego wezwali na ratunek.

– Krzysiek, kurwa, zamknij mordę – powiedział.

Uwolniony Krzysztof pojechał najpierw do hotelu uregulować rachunek, a potem do mieszkania, które wynajął na pobyt w Warszawie. „I co teraz? – myślał gorączkowo. – Przecież nie mogę jej okłamywać”.

Iwona wysłuchała spokojnie.

– No i czemuś do mnie od razu nie zadzwonił? – powiedziała. – Sama bym to załatwiła. Ja ich wszystkich znam.

Mam problem ze skonkretyzowaniem sobie jakiegoś tematu, o który będziemy się kłócić (Ty ostatnio poddałeś myśl, że o to, „kto kogo bardziej kocha”. Rozważyłam to bardzo głęboko i wyszło mi, że ja Ciebie). Stwierdziłam, że trzeba to przerobić w praktyce, bo nic mi na myśl nie przychodzi. Chyba się w ogóle nie będziemy kłócić, bo ja Ciebie tak bardzo czuję, że jeśli będziesz w złym humorze, który wyładujesz na mnie (bo ja najbliżej mieszkam), to ja – wiedząc, że następnego dnia sama mogę być w takim humorze – będę wiedziała, że należy chodzić na palcach, by nie drażnić tygrysów, a potem sam się z tego będziesz śmiał. Koniecznie muszę sprawdzić, co wyprawiasz, gdy jesteś strasznie zły.

Co powie mama

Kiedy już bliżsi i dalsi znajomi poznali historię polsko-kanadyjskiej wielkiej miłości, trzeba było wreszcie powiedzieć i rodzinie. Tego się trochę obawiała. Coup de foudre w zderzeniu z tradycyjną, herbową familią mógł wywołać burzę. Iwona wyobrażała sobie nieuniknioną serię pytań matki: kto? co? jak? kiedy? dlaczego? Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. Jakby nie liczyło się tylko to, że kocha i jest szczęśliwa…

W końcu sięgnęła po telefon.

– Iwonka? – W głosie mamy brzmiało zdziwienie podszyte niepokojem. Zwykle to ona dzwoniła raz lub dwa razy w tygodniu, żeby telefonicznie „przesłuchać” córkę: co robiła, gdzie była, z kim rozmawiała, kogo poznała. – Lalka, coś się stało? – spytała teraz.

– Nie, mamo, nic takiego. Dzwonię tylko, żeby ci powiedzieć, że wychodzę za mąż.

– Co ty mówisz, dziecko?! Zwariowałaś? Za kogo? Znam go? Kto to? Skąd? Jak długo się znacie? – wyrzucała z siebie jedno pytanie za drugim. Iwonę cała sytuacja zaczynała śmieszyć.

– Mówię, że wychodzę za mąż. Nie, nie zwariowałam. Za Krzysztofa – odpowiadała kolejno. – Nie, nie znasz go. Kto to? Miłość mojego życia. Skąd? Z Kanady. Znamy się od kilku dni. To kolega Danki i Jurka, z którymi poszłam na kolację, do czego sama mnie zresztą namawiałaś. Gdybyś chciała jeszcze spytać, kiedy podjęłam decyzję o ślubie, to od razu ci powiem: kilka dni temu.

– To znaczy kiedy?

– Jak tylko się poznaliśmy… No, może po godzinie.

– Córcia! Ty naprawdę zwariowałaś!

– Nie, mamo, nie zwariowałam. Nigdy w życiu nie byłam niczego tak pewna i nigdy nie byłam taka szczęśliwa – Iwona odłożyła słuchawkę i zaczęła się szykować do wyjścia. Wybierali się z Krzysztofem do teatru.

Tymczasem w oddalonym od Warszawy o 170 km Szczytnie mama Iwony, ciągle ze słuchawką w ręku, obwieściła koniec świata – Iwona wychodzi za mąż za faceta, którego zna od kilku dni.

Komunikat na chwilę ogłuszył rodzinę, a kiedy pierwszy szok minął, Wanda poczuła się jak przestępcy, których jako prokurator brała w krzyżowy ogień pytań. W końcu nad chaosem zapanowała Abunia: – Iwonka wybrała i to jej decyzja. Koniec dyskusji – stanęła w obronie wnuczki babcia, która na co dzień zachowywała się raczej tak, jakby przepraszała, że żyje.

Abunia, jak ją Iwona później opisze w liście do Krzysztofa, była jedyną osobą pamiętającą czasy świetności rodziny, czyli jedyną prawdziwą damą. Mądra i dobra, nigdy nie porzuciła swojej życiowej filozofii, że człowiekiem godnym i szlachetnym można być pod każdą szerokością geograficzną i w każdym ustroju. Ba, nie tylko można – należy. Tę filozofię przejęła od niej Iwona.

Człowiek musi mieć coś najważniejszego, a Ty stałeś się ważniejszy niż wszystko. Biała laska w ręku niewidomego, radar w mózgu, dar, spełnienie, dotknięcie niewyobrażalnego. Skrzydło. Niewiarygodne, więc jeszcze musi być ta pieczęć, że gdzieś jesteś, naprawdę jesteś. Tęsknota za tym, czego nie ma na Ziemi, za przeżyciem, któremu nie odpowiada nic realnego.

Dwa tygodnie

Nie była w stanie napisać jednego rozsądnego zdania. – Myślę tylko o nim – wyznała Ance Turskiej. – Reszta świata nie istnieje. Rzeczywistość stała się taka odległa, tak mało ważna.

Anka podchodziła do życia pragmatycznie. Znała dotychczasowe przypadki miłosne przyjaciółki: w większości krótkotrwałe, a jeśli dłuższe, to pechowe. Od poznania Krzysztofa Iwona była w nieustającej euforii, co trochę niepokoiło Ankę. – Iwona, miłość to cudowna rzecz, ale życie składa się z wielu elementów – próbowała tłumaczyć zakochanej. – Jak teraz o nich zapomnisz, to one ci o sobie przypomną, niekoniecznie z czułością.

Sprowadzenie Iwony na ziemię okazało się jednak niemożliwe. Nawet nie słuchała. – Będzie w kraju jeszcze dwa tygodnie, później wraca do Kanady – mamrotała. – Nie ma sensu, żebym siedziała w redakcji. Wezmę urlop.

W redakcji uznano, iż lepiej ją stracić na krótko niż na zawsze. I co to za dziennikarz śledczy, który buja w obłokach.

Kalinka opowiedziała mi dziś przezabawną historię, jak obserwowała nas podczas promocji książki. Mówiła: Krzysztof najpierw (w momentach, gdy nie trzymał Ciebie za rękę, w rzadkich momentach – dodała) obrzucał salę jednym krótkim spojrzeniem, ustalając aktualne miejsce mojego pobytu, a potem podchodził i jednym władczym (ale takim ładnym) ruchem zgarniał mnie i byłam już dokładnie cała jego. A ja się poddawałam temu z miną absolutnie zachwyconą, jakby mnie właśnie odnalazł biedną i zagubioną w ciemnym lesie pełnym wilków. Tak się właśnie czuję, jakbyś mnie odnalazł w ciemnym lesie pełnym wilków i zaprowadził do jutra. Już jestem bezpieczna. Już się niczego nie boję.

Żaba

Iwona miała na Żoliborzu całe dwadzieścia metrów i czterdzieści centymetrów kwadratowych niezadłużonej powierzchni. W tym mieszkaniu pewnego październikowego ranka 1990 roku obudził się Krzysztof. Ściśle rzecz biorąc, ani miejsce pobudki, ani sam jej fakt nie były zaskakujące. Tym, co absolutnie nie mieściło się w zmaltretowanej wysokoprocentowymi napojami głowie Topolskiego, był sposób, w jaki przywrócono go do świadomości.

– Krzysiu… Krzysiu, dobrze się czujesz? – łagodnie spytała Iwona. – Tu masz kefir. Pomoże ci.

„Albo mi się to śni, albo jeszcze nie wytrzeźwiałem” – pomyślał wczorajszy birbant. Choć mało przytomny, doskonale pamiętał, że poprzedniego dnia wypił, i to o wiele za dużo.

A tu co, kefir?! Brak wymówek, kwaśnych min i pełnych wyrzutu spojrzeń ze strony krzątającej się po pokoju kobiety wywoływał ostry dysonans poznawczy. Życiowe doświadczenie Krzysztofa wskazywało bowiem, że jak mężczyzna pije, to kobieta się wkurza.

Ostrożnie sączył nabiał z butelki i podejrzliwie obserwował Żabę. Znali się już cztery dni. W którym momencie Iwona została Żabą, trudno powiedzieć. Samo wyszło. Bardziej to odgadł, niż wymyślił: Żaba. Nie jakaś żabcia czy żabunia. Krzysztof mówił „Żaba” tak, że Iwona od razu wiedziała: jest dla niego wszystkim i jest jedyna.

– Żaba… – tym razem wyszło mu to dość blado. – Żaba, jak ja się tu znalazłem?

Poprzedniego wieczoru była promocja Aliantów, książki, którą Krzysztof napisał w Kanadzie wspólnie z Jarosławem Abramowem-Newerlym. Topolski, który pasjonował się historią XX wieku, odpowiadał za część faktograficzną. Abramow-Newerly – za fabułę. Na promocję przyszło wiele osób ze świata polityki i kultury, w większości bliższych i dalszych przyjaciół Krzysztofa. Wódki zabrakło już na początku wartkiej dyskusji (o sztuce).

– Sucho, a tu wszystkim chce się jeszcze pogadać… – powiedział jeden z przyjaciół Krzysztofa. Autor fetowanej książki „aluzju poniał” i pomyślał o pobliskiej „Rycerskiej”, którą pamiętał z czasów studenckich. A że co najmniej 50 osób czuło jeszcze niedosyt (wymiany myśli, naturalnie), chodnikiem ruszył hałaśliwy korowód.

– Jest prawie 22. Zamykamy – kelner-atleta wystąpił w roli cerbera i zatarasował sobą drzwi, usiłując ostudzić szlachetny zapał do analiz literackich.

Krzysztof nie mógł jednak zawieść przyjaciół.

– Prowadź do kierownika – zażądał. Doprowadzony przed oblicze, przedstawił sprawę krótko: – Przed pańskim lokalem czekają moi goście. Oni wchodzą, jedzą i piją. Ja płacę – i żeby nie być gołosłownym, wyjął sto „zielonych” i położył na biurku. – To wstępna rekompensata za utrudnienia i gratyfikacja za gościnność. Na ten widok kierownik z miejsca wprowadził nocną zmianę. – Panie Władku! – krzyknął do umięśnionego kelnera. – To ważna delegacja z Ministerstwa Kultury. Proszę wpuścić gości i zamknąć drzwi.

Impreza rozpoczęła się na nowo. Wśród „literatów” znalazło się nawet czworo Szwedów, którzy akurat przechodzili obok w poszukiwaniu otwartego lokalu. Bawili się świetnie, a kiedy na koniec okazało się, że nie muszą płacić, byli bliscy złożenia wniosku o polskie obywatelstwo.

Krzysztof, jako gospodarz, podchodził do każdego dyskutanta, pełen dumy przedstawiał Iwonę oraz opowiadał krótką i niewiarygodną historię ich znajomości. Z każdym też wychylał toast za pomyślność związku i zdrowie przyszłej żony. Być może zbyt sumiennie, bo w pewnej chwili urwał mu się film.

– I co, nie jesteś na mnie zła? – spytał teraz z niedowierzaniem.

– Za co? Spiłeś się, ale to był twój wieczór, miałeś pełne prawo – odpowiedziała Iwona.

To nie mogło się dziać naprawdę. „Ideałów nie ma, anioły są tylko w niebie, a i to nie na pewno – pomyślał. – Ona się tym kefirem usprawiedliwia. Albo wywinęła jakiś numer, albo czuje się winna, że mnie wczoraj nie powstrzymała. Pewnie każdy kelner dopisywał do rachunku swoją datę urodzin, a jak któryś był miłośnikiem historii, to i daty bitew. Jak nic, pół nowej fabryki poszło w promile”.

– Trzymaj – Iwona podała mu solidnie wypchany portfel. Jego własny. – Wiem, wiem – pokiwała głową, gdy zrobił okrągłe oczy. – Myślisz, że wszystko przeputałeś. Niewiele brakowało. Ale gdy przekroczyłeś masę krytyczną, zabrałam ci portfel. I zapowiedziałam Oberkelnerowi, że od tej chwili są tylko schabowe i czysta. Wszystko inne, zwłaszcza droższe, wyszło.

Kobiety zakochanej i roztropnej zarazem Krzysztof nie widział jeszcze nigdy. A gdy się tak na tę swoją Żabę gapił, przypomniało mu się, jak parę dni temu usiłował wytłumaczyć Jurkowi Woźnickiemu decyzję o ślubie: „Rozmawialiśmy, tańczyliśmy i nagle dla nas obojga stało się jasne, że tak musi być zawsze. O czymś takim każdy marzy, ale nikt rozsądny nie uwierzy, że to się może zdarzyć naprawdę. Nam się zdarzyło”.

I pomyśleć, że kiedy fabuła Aliantów wymagała, by główny bohater na krótko przed tragicznym lotem spędził dzień na przepustce w Nowym Jorku, poznał tam dziewczynę i z miejsca się oświadczył – zdegustowany Krzysztof zostawił tę pretensjonalną scenę współautorowi, mówiąc: „Ja w takie pierdoły nie wierzę”.

Wciąż we mnie jest to zachwycone zdumienie, że jednak jesteś. Mówiłeś kiedyś, że zrobiłeś sobie matematyczne wyliczenie, że nie spotkasz kobiety takiej, jaką chcesz. Ja nie robiłam takich wyliczeń, ja je robię teraz i wciąż mi wychodzi, że to JEST zupełnie niemożliwe, absolutnie niemożliwe, że to się nie mogło stać.

Padało, gdy Iwona odprowadzała Krzysztofa na lotnisko.

– Żaba, to tylko dwa miesiące. Na święta będę z powrotem – pocieszał ją. – Likwiduję wszystkie interesy, zamykam kanadyjski rozdział i przenoszę się ze wszystkim do Polski, do ciebie. Wierzysz mi?

– Oczywiście, Krzysiu – odpowiedziała. I od razu zaczęła za nim tęsknić.

Długo stała w terminalu. Śledziła każdy ruch Krzysztofa, gdy przechodził odprawę celną, zdawał bagaże i oddalał się szerokim korytarzem do wyjścia. Gdy znikł jej z oczu, przeniosła się do okna, popatrzeć na startujący samolot. Chwilę jeszcze obserwowała smugę na niebie. W końcu wsiadła do taksówki. „Wierzę, oczywiście, że wierzę – w myślach znowu odpowiedziała na zadane przez Krzysztofa pytanie. – Ale czemu on mnie o to spytał? A jak się nie uda? Jeśli nie załatwi wszystkich spraw? Jeśli coś się stanie? Jeżeli nie wróci? Nie, to niemożliwe. Wróci. I już nigdy, przenigdy nie rozstaniemy się na tak długo”.

Może myślisz o mnie i przyjdziesz do mnie nocą, i zasnę z głową na Twoim ramieniu. Mój Boże, moje ciało w Twoich dłoniach, kiedy o tym myślę, to jakby cios w brzuch i w piersi, oddech na krawędzi płaczu, drżenie Twojej skóry, mój nieskończony ogrom, ciężar własnej wartości nie do uniesienia. Wrócisz tu i znów będziemy się całować, zanim zdążysz zdjąć płaszcz. I nie rozstaniemy się na żaden smutek, i podarujemy sobie każą radość.

Kanadyjczyk

W Kanadzie Krzysztof mieszkał 19 lat. Po wyjeździe z Polski najpierw trafił jednak do Szwecji – ten kraj zgodził się przyjąć „marcowych” emigrantów i pomóc im zacząć nowe życie. Na Krzysztofa czekała rodzina człowieka, któremu Topolski-senior pomagał w czasach stalinowskich. Czekał też przyjaciel, Gabriel Wróblewski (późniejszy mąż Małgorzaty Pieczyńskiej), który wyjechał do Szwecji kilka miesięcy wcześniej i zdążył już tam się urządzić. Krzysztof mieszkał, gdzie się dało, i robił, co popadło. Po dwóch latach wyruszył do Kanady. Ponieważ znał się tylko na samochodach, zaczął nimi handlować. I odkrył w sobie talenty wcześniej nieznane: po miesiącu, dwóch sprzedawał trzy razy więcej niż rodowici Kanadyjczycy pracujący w firmie od lat. – To pewnie przez pochodzenie. Żydzi są urodzonymi handlarzami – śmiał się, opowiadając o tym Iwonie.

Dostał kanadyjskie obywatelstwo, ożenił się z Wandą, która tak jak on wyjechała z Polski po marcu ’68. Dzieci, syna Jerzyka i córkę Anię, wychował na Kanadyjczyków, żeby nie obciążać ich piętnem emigrantów.

Biznes się rozwijał. Ze wspólnikiem Topolski stworzył największe centrum obrotu używanymi samochodami osobowymi w Ameryce Północnej. Potem przyszedł czas na autobusy, ciężarówki i wszystko, co się rusza – według prostej zasady: kupić taniej, sprzedać drożej.

Na początku bardzo tęsknił za Polską. Żeby nie zwariować, powiedział sobie jednak: było i nie ma. Ale gdy wybuchła „Solidarność”, pomagał, na ile mógł. Aż pewnego dnia w sierpniu 1988 roku do biura Krzysztofa pofatygował się przedstawiciel polskiej ambasady. Od ówczesnego premiera PRL, Mieczysława Rakowskiego, przyniósł zaproszenie na konferencję tych, którym powiodło się na obczyźnie i których kraj zaczął potrzebować, choć wcześniej ich nie chciał. Topolski był tak zdumiony, że w pierwszej chwili pomyślał, iż to wyszukany żart kolegów. Ale pan z ambasady na dowcipnisia nie wyglądał.

Warszawa powitała Krzysztofa deszczem. Było szaro i buro. Poznań okazał się jeszcze bardziej ponury. Targi – żałośnie ubogie, a konferencja nielepsza. „W was ostatnia nadzieja” – agitował premier Rakowski, licząc, że zagraniczny biznes polskiego pochodzenia uratuje padającą gospodarkę dogorywającego ustroju. Szwankować musiał nawet wywiad, bo najwyżej połowę zaproszonych stanowili rzeczywiście ludzie biznesu. Krzysztof wrócił do Warszawy powspominać. Wzruszył go widok dziury w płocie, przez którą z Jurkiem Woźnickim przechodzili w drodze do szkoły.

O jego przyjeździe wiedział tylko jeden przyjaciel, Andrzej Woyciechowski. Poznali się w pierwszej klasie podstawówki. Przed maturą wspólnie napisali szopkę noworoczną, parodiując w niej nauczycieli. A na studiach – Woyciechowski poszedł na romanistykę – założyli kabaret, angażując do niego między innymi licealistę Janusza Weissa. Teraz na prośbę przyjaciela Woyciechowski – polski korespondent „Libération” i „Le Monde” – zorganizował w „Baszcie” przyjęcie, zapraszając kilkanaście najbliższych Krzysiowi osób, którym jednak nie powiedział, o co chodzi. Gospodarz imprezy zamienił się z kelnerem na marynarki i witał gości w progu. Pierwszy przyszedł Jan Lityński z żoną. Krzyś-kelner grzecznie spytał, czy mają zamówiony stolik. Janek zerknął raz, drugi… Gdy już zdołał zaczerpnąć powietrza, wykrztusił: „Krzysieeek?!”.

Zaproszeni, w większości „komandosi” z marca ’68, schodzili się przez godzinę. Biała kelnerska marynarka była upstrzona szminką i mokra od łez, a Krzysztofa plecy bolały od powitalnych niedźwiadków. A potem opowiadali sobie dwadzieścia lat życia i wspominali dawne czasy.

To spotkanie z przyjaciółmi sprawiło, że Krzysztof przyjeżdżał do Polski coraz chętniej. Nie podobało się to jego żonie, chowającej urazę do kraju, który ją odrzucił. Kiedy w styczniu 1990 roku znów wyruszał do Polski, Wanda ostrzegła: „Jak wrócisz, mnie już w domu nie będzie”. Po powrocie znalazł informację: „Jestem u mamy, teraz ty prowadzisz dom i zajmujesz się dziećmi”. Jerzyk miał wtedy 17 lat, Ania – 14. Niedługo potem Topolscy wzięli rozwód. Po czym Krzysztof przyleciał do Polski, a Woźniccy ustawili mu randkę w ciemno.

Bardzo za Tobą tęsknię i dlatego robię sobie powódź słów, żeby nie wybuchnąć któregoś dnia w słuchawce, że przyjedź, natychmiast przyjedź, bo tu się odbywa jakieś umieranie z tęsknoty.

Powiedz mi, że to niedługo, że to wszystko przyjdzie i będzie, tylko trzeba kupić poduszkę, jeszcze nie możesz przyjechać, bo ja przecież jeszcze nie kupiłam poduszki, nie napisałam książki, nie wybrałam zasłon na wspólne okno, nie zrobiłam jeszcze tych wszystkich rzeczy, które muszę robić bez Ciebie. Powiedz mi, że przyjedziesz. Powiedz to wszystko, co mówią sobie ludzie odnajdujący się po to, by ze sobą zostać, a nie znów odejść.

Dwa miesiące

W mieszkaniu na Żoliborzu zostały po Krzysztofie jego wizytówki, tabletki przeciwbólowe, zużyta bateria od aparatu, pusty flakon po wodzie kolońskiej, mydło irysowe i ręcznik na drzwiach łazienki.

Iwona nie lubiła pisać listów, ale teraz były formą rozmowy z Krzysiem. Jedyną dostępną – oprócz telefonów zza oceanu: uzyskanie połączenia w drugą stronę graniczyło wtedy z cudem.

Od Ciebie do mnie jest bliżej niż ode mnie do Ciebie. Ty możesz mnie dosięgnąć nawet wtedy, gdy mnie nie widzisz, w zapamiętanym pokoju, tu książki, tu telewizor, miejsce na gazety, biurko, na którym zawsze jest bałagan. Masz to ze sobą i myślisz: książki, tapczan, zielona serweta, stolik na kółkach, telefon przy łóżku, teraz może czyta, teraz pisze wywiad z Adamem, teraz może śpi. A może płacze, może się uśmiecha. Dla Ciebie to jest tak, jakbyś tu prawie był. Podnosisz słuchawkę telefonu i ja tu jestem. Ale ode mnie do Ciebie nie ma nic, nic nie mogę zrobić, żeby się do Ciebie przybliżyć, jakikolwiek tam jesteś, za drzwiami tamtego, kanadyjskiego mieszkania na jakiejś obcej ulicy, stajesz się nieznanym kształtem na nieznanym terytorium. Nie wiem, na co patrzysz, wyglądając przez okno, jak wygląda Twój szlafrok i czy też wisi na drzwiach łazienki, jak odbija się w tamtym lustrze Twoja twarz, gdy się golisz rano.

Mogę się zagłuszyć tylko pracą, więc natychmiast robię się upiornie pracowita – pisała Krzysztofowi. Z innym Krzysztofem, Kilijankiem, kolegą z „Prawa i Życia”, pisała wtedy książkę Żelazo o aferze z lat 80.: wyszło na jaw, że polski wywiad współpracował ze złodziejskimi szajkami grasującymi na Zachodzie. Kilijanek studiował akta w prokuraturze, a Iwona wydzwaniała do już namierzonych rozmówców i szukała innych, którzy w tym czasie byli na szczycie i mogli coś wiedzieć.

Kiedy zabrali się do pisania, pracowali u Iwony, bo przecież czekała na telefony od Krzysia. Kilijanek był zresztą raz świadkiem takiej rozmowy, więc rozumiał, że Iwona nie zgodzi się na pisanie gdzie indziej. Co jakiś czas wydzieramy sobie dramatycznie raport Pożogi albo wzajemnie się oskarżamy, że ktoś gdzieś położył niezwykle ważny dokument – relacjonowała Iwona Topolskiemu w liście w sobotę wieczorem. – Rano Kilijanek był pewien, że zdążymy, a ja w czarnej rozpaczy, że nie ma siły, nie zdążymy. Po południu Kilijanek wrócił z domu z gołąbkami, które przygotowała jego mama, oraz z pewnością, że nie wyrobimy się, fizycznie nie zdążymy. Za to ja, bo się przespałam i nabrałam lepszego humoru, właśnie stwierdziłam, że w zasadzie mamy już pół książki i na pewno zdążymy.

Zdążyli. Żelazo ukazało się pod koniec 1990 roku.

Co Ty ze mną zrobiłeś, że umiem być z Tobą nawet wtedy, gdy Ciebie nie ma? Jak mnie nauczyłeś takiej bezbrzeżnej ufności, pozbawiłeś strachu przed bezbronnością wobec Ciebie, dałeś poczucie, że mam cały świat? Jestem silna, jestem szczęśliwa, pełna wiary we własną moc, pełna zachwytu nad moim własnym, niewiarygodnym wypełnieniem.

Zaocznie przyjęty

Cztery godziny w autobusie PKS tłukącym się po wyboistej i dziurawej drodze krajowej nr 57 trudno uznać za podróż marzeń. Mimo to właśnie na taką eskapadę mama Iwony przeznaczyła z trudem wygospodarowany wolny dzień. Wiedziała, że facet, w którym Iwona nagle zakochała się jak nastolatka, wrócił do Kanady. „Poleciał, to może i uczucie przeleci” – mówiła sobie. Chciała dla córki stałego związku, a decyzja o ślubie podjęta po godzinie znajomości mogła wróżyć wszystko oprócz wielu lat małżeńskiego szczęścia. „Z powrotem wejdzie w swój biznes, życie i ludzi i mu się odwidzi” – myślała Wanda o Krzysztofie, zbliżając się do mieszkania Iwony. „Przecież nikt normalny nie rzuci wszystkiego i nie przeniesie się do Polski, szczególnie teraz, gdy nie wiadomo, co i jak” – pocieszała się.

Weszła po schodach. Zza drzwi dochodziły jakieś odgłosy, ale na pukanie długo nikt nie reagował. W końcu usłyszała zgrzyt zamka. Nacisnęła klamkę, lecz drzwi ustąpiły tylko na centymetr.

– Lalka?! Co się dzieje?

– Mama? Poczekaj chwilę, tylko ten gar odsunę.

Wanda usłyszała chrobot i szuranie. Drzwi otworzyły się na tyle, że mogła się wcisnąć do niewielkiego przedpokoju. Prawie całą jego powierzchnię zajmował kocioł do gotowania bielizny, po brzegi wypełniony różami.

– Tak, to od niego. A ty przyjechałaś pewnie, żeby mi Krzysia z głowy wybijać – dokończyła Iwona. Nie bez trudu obie weszły do pokoju.

– Dawno nie byłaś w domu, trochę się wszyscy niepokoimy – zaczęła mama dyplomatycznie. – No i ta historia z twoim ślubem…

– To rzecz postanowiona – kategorycznie stwierdziła Iwona. – Miłość to coś niewytłumaczalnego. Po prostu zjawiła się i jest. Ja sama tego nie rozumiem.

– Dziecko, takie historie zdarzają się tylko w romansidłach – Wanda apelowała do rozsądku córki. – Już raz się sparzyłaś. Nie można pochopnie podejmować tak poważnych decyzji.

– Podjęłam tę decyzję w pełni świadomie. Nigdy w życiu nie byłam niczego tak pewna jak tego, że resztę życia chcę spędzić z Krzysiem.

– Przecież ty go nawet nie znasz! Nie da się poznać człowieka w kilka dni.

– Wiem o nim wszystko, co trzeba.

– Skąd? – najeżyła się Wanda.

– Sam mi powiedział – odparła z prostotą Iwona. Matka obrzuciła ją wzrokiem, w którym oburzenie mieszało się z niedowierzaniem, że można być aż tak naiwnym.

– Całe zawodowe życie miałam do czynienia z takimi, co to samiutką prawdę mówili, a później trafiali za kratki – skomentowała z wyżyn prokuratorskiego doświadczenia.

– Krzyś też siedział.

– Co?! – Wanda podskoczyła z przerażenia.

– Oj, mamo, za politykę. W 68.

Taka odsiadka po zmianie ustroju wręcz dodawała splendoru. Wanda nie wiedziała, co powiedzieć. Wtedy rozległo się pukanie do drzwi.

– Pani Iwona Jurczenko? – spytał doręczyciel, gdy Iwona powtórzyła hałaśliwą procedurę otwierania drzwi. – Te paki aż z Kanady przyleciały. Ciężkie jak cholera – mruknął. Zachęcony sutym napiwkiem, wniósł paczki do pokoju, z trudem przepychając się obok gara z różami.

Przyglądająca się tej scenie Wanda nabierała pewności, że żadne argumenty nie przekonają córki. Iwona jaśniała już na dźwięk jego imienia. „Najwidoczniej moja córka odkryła miłość, w którą nie wierzą chyba nawet sami autorzy romansów” – stwierdziła w duchu.

– Co to? Otworzysz? – spytała głośno.

– Nie, później. To jego rzeczy. Mówiłam ci przecież, że sprowadza się do Polski na stałe.

– Wspominałaś tylko, że pojechał. W ogóle zbyt wiele to mi o nim nie opowiedziałaś.

Nadrabianie zaległości trochę potrwało. Zbierając się na ostatni autobus do Szczytna, Wanda nie bez zdziwienia skwitowała: – Mówisz o nim, jakbyś czytała z książki. Można człowieka poznać w tak krótkim czasie?

– Można, mamuś, można – Iwona przytuliła się do niej. – Trzeba tylko kochać.

Kocham Cię do obłąkania – pisał Krzysztof z Kanady – sam nie rozumiem, jak to uczucie jest takie jednoznaczne, tak wszystko obejmujące, tak namiętne i gorące, że naprawdę nie ma słów, by je opisać. Czuję, że Ty i ja to jakaś absolutna i doskonała jedność, jedność absolutnie wszystkiego, co ma w życiu jakikolwiek sens. Boże, co za szczęście, że Ciebie spotkałem! Wiem, że piszę „górnolotne wyznania panienki w pamiętniku”, ale zupełnie się tego nie wstydzę.

Do Szczytna mama Iwony wróciła odmieniona. Długa rozmowa przekonała ją, że nie musi się o córkę martwić. „Chciała przez życie biec, a teraz frunie nad ziemią” – uśmiechała się do siebie.

W domu powitała ją spragniona wieści rodzina.

– Jest, jak ma być – oznajmiła Wanda. – Iwonka wybrała dobrze i nie mamy powodów, by się czymkolwiek przejmować. Po czym zdała obszerną relację z wizyty w Warszawie. Krzysztofa zaocznie przyjęto do familii.

A było to grono spore. Jeszcze w listopadzie Krzysztof poprosił, żeby Iwona zrobiła listę członków swojej rodziny i napisała, co każdy chciałby dostać na święta. Wykaz, który wkrótce powędrował do Kanady pocztą lotniczą, obejmował 11 osób. Sugerowane prezenty były dość neutralne – z wyjątkiem podarunku dla Abuni.

– Żaba, co to za prezent: farba do wanny? – spytał Krzysztof przy najbliższej okazji.

Iwona zaśmiała się do słuchawki. – Nasz dom w Szczytnie jest taki jeszcze przedwojenny i prawie wszystko w nim też – wyjaśniła. – Wanna jest piękna, żeliwna i duża, ale emalia z niej już miejscami zlazła. I Abunię to boli. Tata chce tę wannę odnowić, żeby znów była cudna, ale nie ma czym. Dlatego takiego dziwnego prezentu chcą.

– Ale jak ja tę puszkę czy dwie pod choinką postawię? Będzie śmiesznie.

– Nieważne. Abunia i tak będzie uszczęśliwiona.

Przy okazji listy prezentów Iwona przedstawiła Krzysztofowi wszystkich członków rodziny, z którymi mieli zasiąść przy wigilijnym stole. Oprócz babć (Abuni i Andzi, matki ojczyma), matki (Mama to Mama. Dźwiga to wszystko i dzięki niej jest jak jest) i stryjecznej siostry Ewy (wyrosła na strasznie fajnego, mądrego „ludzia”) scharakteryzowała m.in. swojego ojczyma.

Iwona miała też dwóch młodszych braci: Jarka i Krzyśka. Jarek zachowywał się wobec siostry jakby był od niej starszy. Zawsze źle reagowała na nieznoszący sprzeciwu ton, podniesiony głos, mówienie czegoś, czego się naprawdę nie myśli, by zranić kogoś w kłótni. Nie akceptowała więc, gdy Jarek ex cathedra mówił jej, co ma robić i jak się zachowywać. Można mnie zaprowadzić dowolnie daleko – pisała Topolskiemu – ale drogą pertraktacji i wytłumaczenia, że tak trzeba albo tak byłoby lepiej, a nie w sposób: masz tak zrobić.

Krzysztof wylądował w Warszawie 20 grudnia 1990 roku. Iwona czekała na lotnisku.

Zamkniemy za sobą drzwi, wyłączymy telefon i… och, mój Boże. Nie sądzę, żeby wystarczyło nam 48 godzin. Ale na Wigilię nie możemy się spóźnić. Jak już nie będziemy mieli sił, żeby się kochać, to będziemy się całować. Pytałeś, jaki program przewiduję na czwartek i dni następne. Właśnie taki. Ewentualnie możemy coś zjeść.

Staroświeckie oświadczyny

Dwudziestego trzeciego grudnia pożyczonym od Jurka Woźnickiego samochodem ruszyli do Szczytna.

– Jesteśmy prawie na miejscu, jeszcze ze sto metrów – powiedziała Iwona, gdy skręcali przy kościele.

Krzysztof zatrzymał samochód. Mimo solidnego mrozu wysiadł, by zapalić papierosa. Zapalniczka drżała mu w dłoni. – Co jest? – skarcił sam siebie. Miał 43 lata, nie powinien zachowywać się jak spietrany uczniak. Wrócił do samochodu i po chwili stanęli przed rodzinnym domem Iwony.

Przyjeżdżając do Szczytna, człowiek ma to wspaniałe uczucie, że wszyscy na niego czekali, cały dom, wszyscy się cieszą – opisywała wcześniej Krzysztofowi. I rzeczywiście było tak jak w jej listach: trafili w sam środek pełnego obłędu. Rodzina kłębiła się w korytarzu gotowa do powitalnych uścisków, psy Dupek i Aza szczekały jeden przez drugiego.

– Mamo, tato, to jest właśnie Krzysztof, mój Krzyś – Iwona przedstawiła narzeczonego. Ten, uzbrojony w trzy bukiety róż, ucałował najpierw dłoń przyszłej teściowej, a potem Abuni. Trzeci bukiet przypadł Iwonie.

– A więc to jest ten tajemniczy mężczyzna, który zrobił taką rewolucję w życiu naszej Iwonki – stwierdziła Abunia, gdy siedzieli przy kawie, herbacie i domowym cieście.

– Były nawet i takie domysły, że jest pan Murzynem – wtrąciła Wanda.

– Jak widać nie – odpowiedział Krzysztof ze śmiechem. – Ale jestem Żydem.

– My nie mamy żadnych obiekcji co do przekonań czy religii – zapewnił Marek Barnowski, ojczym Iwony. – Witaj w rodzinie.

– Jeszcze nie – Krzysztof zerwał się z krzesła. – To dopiero za chwilę.

Stanął przed rodzicami Iwony, którzy też unieśli się z siedzeń. Oświadczyny miały być staroświeckie.

– Pani Wando, panie Marku, kocham waszą córkę i niczego tak nie pragnę, jak tego, by została moją żoną. Dlatego proszę was o jej rękę. Czy zgodzicie się oddać mi ją na zawsze?

Barnowscy, choć nieprzygotowani na tę scenę, szybko weszli w rolę.

– Panie Krzysztofie, każdy rodzic pragnie tylko szczęścia swego dziecka. Jeśli więc i Iwona pana kocha i chce z panem być, nie możemy wam stawać na drodze – odpowiedziała Wanda.

– Iwonko, czy zechcesz zostać moją żoną? – Krzysztof uklęknął przy jej krześle.

– Tak. Chcę. Bardzo.

– To i ja wam, moje dzieci, błogosławię – zakończyła Abunia, ocierając łzy.

Strasznie się cieszę na ten przyjazd. Więc najpierw będzie zamieszanie z witaniem się, przedstawianiem, całowaniem itd., a potem możesz się nie przejmować, bo najważniejszym problemem będzie, czy galaretka stanęła, a w ogóle potrzebna będzie niewątpliwie męska ręka do kręcenia maku, więc zanim przyjdzie do siadania do stołu, to będziesz już zaprzyjaźniony z całym domem. Ewa ze Zbyszkiem i Jarek z Krysią i dziećmi najpierw odbywają wstępne kolacje wigilijne u teściów, potem przychodzą do domu (jak to dobrze, że my nie będziemy musieli jeść dwóch kolacji jednego wieczoru!).

Jednocześnie z przygotowaniami odbywają się tajemnicze narady w różnych częściach domu, co raz ktoś znika i w głębokiej tajemnicy przygotowuje prezenty. Po domu należy wtedy się poruszać ostrożnie i na okrzyki: „Nie wolno! Nie wchodzić!” natychmiast zamykać drzwi. Przed samą kolacją – czy jest pierwsza gwiazdka? – gdy są już dzieci i nakryty stół, i wszystko gotowe, na chwilę otwiera się okno, „by wleciały aniołki z prezentami”. Pamiętam, pamiętam z dzieciństwa to wspaniałe uczucie, przez dom przelatuje chłodne powietrze, za zamkniętymi drzwiami słychać jakieś szmery, rośnie napięcie, Dziadzio, oddelegowany zwykle do pilnowania dzieci, na usilne błagania wychodzi co i raz z pokoju, żeby zajrzeć, czy Święty Mikołaj już przyszedł, potem wraca i, podkręcając wąsa, z zabawną miną mówi: „Jeszcze go nie było, ale jakby mi coś mignęło w korytarzu, czy jesteście pewni, że byliście grzeczni?”. Teraz jest podobnie.

Wreszcie siadamy do stołu. Nikt nie patrzy pod choinkę i wszyscy, oczywiście ukradkiem spoglądają. Choinka musi być do sufitu – czasem stoi na krześle – na samej górze jest archaiczna gwiazda, już nie pamiętam skąd, ale strasznie stara i zawsze tam umieszczana, a na gałęziach zawieszane jest wszystko, łącznie z jakimiś niezwykłymi, z lekka wymiętymi łańcuchami i zabawkami, które się uchowały jeszcze z czasów, gdy Jarek i ja spędzaliśmy przedwigilijny wieczór na robieniu ozdób choinkowych z kolorowych papierków. Wszyscy stoją przy swoich miejscach przy stole i Ojciec – jako głowa domu – wygłasza życzenia dla całej rodziny, zwykle kończąc je: „i obyśmy się w przyszłym roku spotkali w tym samym gronie”, a potem dodaje: „ewentualnie powiększonym o jeszcze jedną osobę” i wtedy wszyscy patrzą na mnie i się śmieją. W tym roku będziemy się śmiali my oboje. Na razie nie poruszam tematu, kto i gdzie będzie spał. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie normalnie, czyli rodzina wie, że mieszkamy razem, więc chyba będzie nienaturalne, jeśli rozdysponują nam osobne spanie? Ja sobie tego nie wyobrażam. Uprzedzam Cię, że prawdopodobnie będziemy spali w „salonie” na okropnej, pozapadanej wersalce. Ja tam zawsze śpię i do spania nadaje się tylko jedna połowa, najwyżej będę spała – cóż za znakomity pretekst! – dokładnie na Tobie. Wytrzymasz? Będziemy się kochać po cichutku, pod kołdrą, żeby nikt nie słyszał.

– Ty też? – spytał Krzysztofa przy opłatku Marek Barnowski. – To chrześcijańska tradycja, a nie wiem, jak do niej podchodzisz.

– My, Żydzi – odparł Krzysztof żartobliwie patetycznym tonem – daliśmy chrześcijaństwu początek, więc możemy brać i jego koniec.

Gdy już każdy każdemu złożył życzenia, na stół wjechał barszcz, a za nim reszta wigilijnych potraw. Przy prezentach Krzyś z ulgą zauważył, że puszka emalii wzbudziła autentyczną radość.

– Dla was mamy te dwa gustowne pucharki – powiedziała Wanda, wręczając jeden prezent obojgu. – To tak symbolicznie, byście byli jak one: zawsze obok siebie. Bo osobno nie mają tyle uroku. I w związku z tym pytanie: na kiedy planujecie ślub?

– Jak najszybciej – odpowiedzieli oboje.

Zaraz