Podróż z Doliny Harshdell - Beata Grynczel - ebook
Opis

Galandir Feidir jako mały chłopiec stracił matkę i ojca.
Nad grobami rodziców przyrzekł, że gdy dorośnie, zemści się na mordercach.

Culchie Trevedic jako dziecko została porzucona przez rodziców na jednej ze scabardzkich ulic. Dziewczynka szybko musiała się nauczyć, że wybór jest jeden: życie jej albo spotkanych w rynsztoku rzezimieszków.

Adi Cadan jest obiecującym młodym czarodziejem, jednak jego rodzina sprzeciwia się, by chłopak zajmował się tak dziwaczną profesją.

Thalianna jest elfią tropicielką, której oddział zostaje napadnięty i wyrżnięty przez bandę hobgoblinów, a ona sama trafia do niewoli.

Drogi Galandira, Culchie, Adiego i Thalianny krzyżują się w karczmie Doliny Harshdell. Każdy z tej czwórki szuka sposobu na uporanie się z wydarzeniami z przeszłości, które wywróciły ich życie do góry nogami. Razem rozpoczynają podróż, która zaprowadzi ich w wiele tajemniczych, a jednocześnie niebezpiecznych miejsc. Ale czy wspólna wędrówka była właściwą decyzją?

Podróż dopiero się rozpoczęła.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 291

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


1. Zemsta ponad wszystko

 

ZA OKNEM ZDĄŻYŁO SIĘ JUŻ ŚCIEMNIĆ, gdy coś huknęło w drzwi. Potem jeszcze raz. Drewniane wrota zadrżały pod siłą uderzenia. Wszyscy troje: elf, ludzka kobieta i młody półelfi chłopiec zerwali się z krzeseł ustawionych przy stole, natychmiast przerywając wieczorny posiłek. Jasnowłosa kobieta złapała swego syna za ramiona i popchnęła go w stronę kuchni, podczas gdy mężczyzna rzucił się do pokoju, gdzie trzymał broń. Matka wepchnęła chłopca za chłodny już piec kuchenny, stojący niemalże w rogu pomieszczenia. Pomiędzy ścianą a piecem było akurat tyle miejsca, by mogło się tam zmieścić szczupłe dziecko. Wskazała palcem, by chłopiec siedział cicho i nie się ruszał, póki ona po niego nie przyjdzie, zapewniła syna, że wszystko będzie w porządku i rzuciła się biegiem do swego elfiego męża.

Jednak nim zdążyła dobiec do pokoju, drzwi z hukiem wpadły do środka izby, uderzyły kobietę i odrzuciły ją pod ścianę. Do pomieszczenia wpadło czworo ludzi, a z pokoju wyszedł elf uzbrojony już w długi miecz. Warknął gniewnie i rzucił się w stronę intruzów; w chacie rozległ się szczęk metalu uderzającego o metal i krzyki, głównie przekleństwa i groźby.

Półelfi chłopiec przyglądał się wszystkiemu z szeroko otwartymi szarymi oczami, w których widoczne było przerażenie. Jego ojciec walczył dzielnie z trzema mężczyznami. Dwóch z nich wyglądało niemal identycznie, zapewne byli braćmi. Natomiast trzeci, barczysty człowiek o czarnych włosach związanych w warkocz, o ogorzałej skórze, szerokiej twarzy z krzywym, połamanym nosem, wyglądał na dowódcę bandy. Pozostali wołali na niego Thaald.

Chłopiec przeniósł spojrzenie na matkę. Kobieta o ostrych rysach twarzy, szkarłatnych włosach i z tatuażem na prawym policzku podeszła do leżącej blondynki, podniosła ją, przytrzymując za szyję i przycisnęła do ściany. Przez chwilę spoglądała jej w twarz, a potem ku przerażeniu półelfa po prostu wbiła miecz w brzuch jego matki i kilkakrotnie przekręciła ostrze. Przysłuchiwała się cierpieniom i jękom konającej kobiety, po czym puściła ją, a ta osunęła się z łoskotem na podłogę. Leżała zwrócona twarzą w stronę kuchni. Resztkami sił skierowała spojrzenie ku piecowi i uśmiechnęła się lekko, choć kosztowało ją to wiele wysiłku. Młody półelf, Galandir Feidir, przytknął drobną piąstkę do ust, tłumiąc jęknięcie i szloch, które wzbierały gwałtownie w jego gardle. Zaszklonymi szarymi oczami patrzył, jak jego matka powoli umiera. Jego oddech stał się ciężki, a szeroko otwarte oczy wyrażały przerażenie.

Wyglądało na to, że troje ludzi właśnie kończyło rozprawiać się z elfem. Chwilę później elf również leżał w kałuży własnej krwi, martwy. Bandyci zaczęli pałętać się po izbach chatki i zbierać cenniejsze przedmioty, a resztę rozrzucać po podłodze lub doszczętnie niszczyć to, co się dało zniszczyć.

Chociaż Galandir wiedział, że jego matka już nie przyjdzie po niego, gdyż leżała w przejściu pozbawiona życia, chłopiec zmusił się, by pozostać w ukryciu za piecem i zachować całkowitą ciszę. Przyglądał się napastnikom, mordercom jego rodziców, zapamiętując każdy szczegół ich wyglądu i przysłuchiwał się uważnie każdemu ich słowu. W czasie gdy oni szabrowali dom, półelf zdążył dowiedzieć się, że kobieta o szkarłatnych włosach to Ella, a dwaj bracia zwali się Lavin i Nastrid. Jednak chłopiec poświęcił najwięcej uwagi Thaaldowi, przywódcy tej bandy zbójów. Jego początkowe przerażenie zaczynało powoli przemieniać się w gniew, w niewyobrażalnie potężny gniew.

Kiedy mordercy opuścili już jego dom, półelf wciąż siedział skulony w swej kryjówce. Nie pamiętał, ile czasu tam spędził, ale gdy wreszcie opuścił ukrycie, wiedział jedno: zrobi wszystko, by dorwać tego Thaalda i odpłacić mu za jego czyny. Stojąc nad ciałami ojca i matki, złożył przysięgę, iż nie spocznie, póki ich nie pomści. Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, że przez cały ten czas z oczu sączą mu się wielkie, perliste łzy. Za oknem wciąż było ciemno, a przez wyważone drzwi wpadało do środka powietrze. Wszędzie leżały poniszczone i rozrzucone przedmioty, a między nimi widniały dwie kałuże zasychającej już krwi.

Silne uczucia spowodowane wydarzeniami tego wieczoru oraz bezustanny potok łez wyczerpały młodego Galandira, dlatego chłopiec ułożył się na kuchennej podłodze i natychmiast zasnął. Następny dzień poświęcił na wykopanie przed domem grobów dla rodziców. Powtarzając złożoną przysięgę oraz imiona bandytów, spakował do worka jedzenie, ubrania i resztkę pieniędzy, które rodzice zachowali w ukrytym miejscu i rzucając ostatnie smutne spojrzenie ku grobom oraz okradzionemu domostwu, osiodłał konia ojca i skierował się w jedyne znane mu miejsce – do Silvenmoor.

Rodzina Feidir mieszkała z dala od miast. Osiedlili się na Pustkowiach Irontear, które stały się skupiskiem wielu takich oddalonych od siebie o pół dnia drogi domostw. Mieszkańcy sami zajmowali się uprawą roli i hodowlą zwierząt, a co jakiś czas udawali się do Silvenmoor lub Sulindal. Rodzina Feidir postępowała podobnie, a gdy ojciec Galandira wyruszał na targ miejski, chłopiec czasem mu towarzyszył i dzięki temu mógł zobaczyć choć niewielką cząstkę tego, co oferowało wspaniałe miasto.

***

Utrata rodziców i konieczność opuszczenia domu zmieniły całe jego dalsze życie. Chłopiec musiał szybko wydorośleć, by poradzić sobie w przyszłości. Ponad wszystko pragnął zemsty na Thaaldzie i jego kompanach, jednak by zmierzyć się z nimi, musiał nauczyć się walczyć. Galandir znał podstawy szermierki i posiadał już jakieś skromne umiejętności, których nauczył go ojciec, ale to było stanowczo za mało. Zamierzał zatrudnić nauczyciela, który wyszkoli go na wspaniałego wojownika. By to osiągnąć, potrzebował pieniędzy, których nie miał i które musiał samodzielnie zarobić.

Następne lata spędził na odkładaniu oszczędności; nie bał się podejmowania każdej pracy, która dawała mu jakikolwiek zarobek. Były to głównie sprzątanie, pomoc w karczmach, bieganie na posyłki i przekazywanie wiadomości, ale także praca w magazynach, która wymagała siły fizycznej. Lata ciężkiej pracy utrzymywały Galandira w dobrej kondycji, nabrał siły oraz wytrzymałości. Nauczył się zachowywać spokój, a przede wszystkim uzbierał dostateczną ilość złotych monet, by móc opłacić nauczyciela, który przybliży go o kolejny krok w jego najważniejszym życiowym celu.

Przez ten czas półelf stał się już młodym mężczyzną i w końcu udało mu się znaleźć w Silvenmoor Talaitha – elfa, który zgodził się wyszkolić go na prawdziwego wojownika. Przez kilka lat Galandir rozwijał swe umiejętności władania bronią, choć początki były trudne. Talaith okazał się naprawdę zręcznym wojownikiem, zachowywał spokój, mimo iż uczeń nieustannie popełniał błędy, i wytrwale powtarzał lekcje walki. Elfi nauczyciel pragnął lepiej poznać swego ucznia, by mu pomóc, jednak Galandir nieustannie utrzymywał dystans, skupiając się jedynie na władaniu mieczem.

Determinacja półelfa popychała go nieprzerwanie do przodu, aż w końcu bez problemu dorównywał swemu mistrzowi w pojedynkach. Rzadko zdarzało się, by to Talaith wygrywał walkę. Ostatecznie nadszedł dzień, gdy obaj uznali, iż Talaith nie zdoła już przekazać niczego więcej swemu uczniowi. Półelf stał się doskonałym wojownikiem o wielkich umiejętnościach, tak jak tego pragnął, i potrafił wprawiać swe ostrza w prawdziwy taniec śmierci. Wreszcie nadszedł wyczekiwany latami czas, by rozpocząć taniec śmierci z Thaaldem – mordercą jego rodziców.

Wykorzystując pieniądze, które mu pozostały, postanowił zatrudnić sieć szpiegów, którzy mieli mu dostarczyć informacje na temat poszukiwanego człowieka. Po rozpoczęciu współpracy z Kleithem, drobnym eleganckim mężczyzną o dużych, szarych i przenikliwych oczach, pozostało mu jedynie czekać, aż nowy znajomy ponownie skontaktuje się z nim i przekaże mu wszystko, czego się dowiedział.

Galandir Feidir cierpliwie znosił oczekiwanie. Przepełniała go chłodna chęć zemsty na bandycie, która towarzyszyła mu od tamtej pamiętnej nocy. Całe życie poświęcił w oczekiwaniu na moment, kiedy wreszcie zmierzy się z Thaaldem. W osiągnięcie tego celu włożył tyle trudu, poświęcił tak wiele lat. Kiedy dopadały go chwile słabości i zwątpienia, nie poddawał się dzięki wspomnieniu obietnicy złożonej nad ciałami matki i ojca, obietnicy, która stała się jego mantrą, wyznacznikiem życiowego celu.

Dzień, w którym Kleith skontaktował się z półelfem, miał być kolejnym, który pozostanie w pamięci wojownika na zawsze. Początkowa ekscytacja przemieniła się w rozczarowanie, a potem pustą rozpacz, która całkowicie pochłonęła półelfa. Informacje zdobyte przez wynajętego człowieka wyraźnie wskazywały, że owszem, niegdyś żył człowiek znany pod imieniem Thaald, który ze swoją niewielką bandą, w tym ekscentryczną kobietą, rabował i mordował. Jednak według Kleitha ów człowiek nie żył już od kilku lat.

Gdy Galandir usłyszał wieści, dotarło do niego, że właśnie stracił swój jedyny cel. To właśnie on napędzał mężczyznę, dodając mu sił, gdy jednak okazało się, iż nie ma już kogo ścigać, życie mężczyzny wypełniło się bezgraniczną pustką. Nie wiedział, co dalej począć. Do tej pory każdy dzień spędzał, ciężko pracując, jednocześnie wyrzekał się jakichkolwiek przyjemności i radości z życia. Kiedy jego cel zniknął, do półelfa dotarło, że wiedzie niezwykle jałową egzystencję, która nawet nie zasługuje, by nazywać ją życiem. Czuł się zagubiony jak małe dziecko porzucone w tłumie. Był pozbawiony jakichkolwiek nadziei czy marzeń. Nie pozwalał sobie wierzyć i tworzyć złudzeń, iż kiedykolwiek będzie mu dane posmakować rozkoszy życia i że ponownie zostanie ono wypełnione muzyką radości, jak wówczas, gdy był małym chłopcem.

Nic już nie czekało na Galandira we wspaniałym i potężnym Silvenmoor. To miejsce tylko przypominało mu o poniesionej porażce i stracie, dlatego postanowił opuścić je i udać się jak najdalej. Jego docelowym miejscem miała być Dolina Harshdell i leżące w niej trzy miasteczka.

Nie mając nikogo ani niczego, Galandir Feidir opuścił znane mu tereny, by dotrzeć do dzikich, wiecznie zmarzniętych i niezwykle niebezpiecznych ziem Północy. Instynkt przetrwania utrzymywał go przy życiu przez wiele lat, więc półelf nie wahał się ani chwili przed wyruszeniem w nieznane. To miała być długa podróż, a on miał wędrować pieszo, jednak wiele wskazywało na to, że jeśli nie zboczy z traktu, uda mu się dotrzeć do Doliny Harshdell jeszcze przed nastaniem mroźnej zimy. Być może tam będzie mu dane zasmakować rozkoszy życia.

2. Moment zrozumienia

 

ŻYCIE NA SCABARDZKICH ULICACH nie było łatwe. Zwłaszcza gdy nie miałeś domu, pieniędzy, rodziny lub kogokolwiek, kto by się tobą zaopiekował. Wiele dzieciaków wiodło właśnie takie życie w Scabard. Czasem niektórym z nich poszczęściło się i ktoś zgarniał ich z ulicy, przyjmując pod swój dach i dając nowe życie. Niektóre musiały ciężko pracować, by zarobić jakieś marne pieniądze na tyle jedzenia, by przeżyć do następnego dnia. Ci mieli nieco więcej szczęścia. Większość młodych uliczników nie była dość silna, by przetrwać w takich warunkach, i po prostu umierali w rynsztoku lub padali czyjąś ofiarą. Te silniejsze, które były dostatecznie sprytne i zdeterminowane, robiły co tylko mogły, by ujrzeć kolejny dzień. To właśnie w tej ostatniej grupie byli przyszli złodzieje, mordercy oraz inni przestępcy wszelakiego pokroju. Bo tego nauczyło ich życie: rób wszystko, bez względu na koszty, byle przeżyć.

Do tej grupy należała pewna dziewczynka, której los nigdy nie oszczędzał. Nazywała się Culchie Trevedic. Jako dziecko została porzucona przez rodziców, którzy najwidoczniej nie mogli dłużej pozwolić sobie na utrzymanie jeszcze jednej głowy do wyżywienia. A może zwyczajnie jej nie chcieli. Dziewczynka nie pamiętała dokładnie, dlaczego pewnego dnia matka wzięła ją na spacer w nieznane rejony miasta i po prostu porzuciła bez słowa, nigdy już nie wracając. Po latach nawet nie pamiętała twarzy rodziców. Skazana na okrutny los i życie na ulicy, musiała nauczyć się walczyć o przetrwanie. W zaskakująco krótkim czasie odkryła mroczniejszą stronę samej siebie, i kradzież przestała stanowić dla niej problem. Dziecięca niewinność szybko opuściła tę kilkuletnią wtedy dziewczynkę.

Parę lat później nauczyła się, że dzięki swemu wyglądowi ma przewagę nad innymi. Umorusana twarzyczka okolona burzą czarnych loków i te wnikliwe niebieskie oczy wywoływały w ludziach litość. Nie zdawali sobie sprawy, że za tą fasadą kryje się dziki charakter, a nim mieli okazję się o tym dowiedzieć, najczęściej kończyli bez sakiewki lub martwi i ograbieni z wszelkich kosztowności. Mała Culchie nie wahała się wbić ostrza w czyjeś serce i patrzeć, jak życie uchodzi z ofiary. Wybór dla niej był prosty: przeżyją oni lub ona. Oczywiście dziewczyna ceniła swoje życie ponad ich.

Brudne ulice Scabard stały się dla niej domem. Śmierdzące rynsztoki, niebezpieczne okolice portu, które po zmierzchu były pełne pijaków, opuszczone magazyny i niewielkie domostwa, przemykanie z cienia w cień oraz unikanie tych, którzy nie lubili, gdy ktoś wkraczał na ich teren łowny – to wszystko było codziennością, do której przywykła. Dzięki sile, sprytowi oraz determinacji udało jej się przeżyć.

Gdy osiągnęła wiek młodzieńczy i liczyła szesnaście wiosen, to ona stała się postrachem dla innych wychowanków ulicy. Ulicznicy uważali, by nie wkraczać jej w drogę i nie przebywać na jej terenie łownym, który szybko rozszerzał się na kolejne ulice. Culchie zdążyła wyrobić sobie reputację sprytnego i niebezpiecznego łotrzyka, zabójcy. Gdy stała się coraz lepsza w profesji, za którą karano śmiercią, jej życie nieco się poprawiło, przynajmniej na tyle, by nie musiała już sypiać w rynsztokach pośród bezdomnych i chorych, razem z odchodami, pchłami i innymi insektami. Jednak oznaczało to również większe niebezpieczeństwo, gdyż ktoś mógłby zechcieć pozbyć się jej jako konkurencji, żeby przejąć tereny scabardzkich ulic, które umownie należały do niej.

Również to było przyczyną, która ściągnęła na nią uwagę pewnej gildii najemników, o czym przekonała się pewnego dnia, co zmieniło jej całe życie. Dziewczyna słyszała plotki krążące po ulicach na temat owych najemników. Nie mieli zbyt pochlebnej opinii. Owszem, solidnie wykonywali swoje usługi – czasem nawet nazbyt solidnie – jednak wielu twierdziło, iż gildia jest jedynie przykrywką dla prawdziwych celów jej członków.

I tak spotkanie Jaoffa, chłopaka starszego od niej o trzy lata, sprowadziło młodą Culchie do gildii. Wysoki, rudowłosy młodzieniec o zielonych oczach wyjaśnił jej, że mistrz gildii jest zainteresowany jej talentami i chciałby, by dziewczyna do nich dołączyła. Noszący na głowie kapelusz z szerokim rondem chłopak był dość przystojny i choć wydawał się nieco ekscentryczny, przedstawił niebieskookiej dziewczynie zupełnie nowy świat.

Culchie spędziła kolejne sześć lat w gildii, pod opieką mistrza Sevosa Ederada. Szkoliła swe umiejętności wraz z innymi, podobnymi do niej; nauczyła się sztuki pisania i czytania oraz wielu innych przydatnych rzeczy, które odróżniały ją od zwykłych, prostych uliczników. Stała się osobą zdystansowaną, chłodną w relacjach z innymi. Uczucia się dla niej nie liczyły i sama nigdy nie ujawniała swych emocji. Przybieranie maski spokoju opanowała wręcz do perfekcji.

Przyszedł czas, gdy gildia najemników ogłosiła swój upadek. Jednak nie oznaczało to wcale, że Culchie będzie musiała wrócić na ulicę. Mistrz Sevos Ederad, stojący na czele tej organizacji, od lat przygotowywał się do tego dnia, to była część jego planu. W tajemnicy werbował w swe szeregi takich jak Culchie Trevedic i pomagał im rozwijać talenty, które posiadali. Upadek gildii najemników był jedynie początkiem gildii łotrzykowskiej pod nazwą Bractwo. Siedziba Bractwa przeniosła się w inne rejony miasta, a organizacja, działając w ukryciu przed strażnikami Scabard, szybko się rozwijała.

Bractwo stało się dla Culchie namiastką rodziny, której nie miała, miejscem, do którego wracała i które nazywała domem. Wykazawszy się niezwykłym sprytem, dostawała najtrudniejsze, ale i najbardziej zaszczytne zlecenia. Bractwo zajmowało się wszystkim, co wykraczało poza prawo, a kobieta nie miała najmniejszych oporów przed wykonywaniem tego, co było od niej wymagane. Jej życie w Bractwie trwało kolejne cztery lata, podczas których udało jej się wspiąć na najwyższy szczebel w hierarchii organizacji, co było niemałym i imponującym osiągnięciem dla kogoś tak młodego. Dostała się do elity gildii i patrząc z tego miejsca na świeżo zwerbowanych nowicjuszy, dostrzegała, jak długą drogę pokonała w tak krótkim czasie.

Zdążyła się również nauczyć, że w tym miejscu nie istnieje zaufanie, pomimo że Bractwo było czymś w rodzaju jednej wielkiej rodziny. Owszem, istniał kodeks honorowy, według którego nie można było zabić innego członka gildii, jednak jak się kilkakrotnie okazało, był to jedynie kodeks umowny, którego czasem nie przestrzegano. Zawsze trzeba było pamiętać, by uważać, do kogo odwracało się plecami.

Jako młoda kobieta, mająca już dwadzieścia sześć lat, była najlepsza nawet pośród członków elitarnej grupy, stojącej w hierarchii bezpośrednio pod mistrzem Bractwa. Wszystko wiodło się pomyślnie do dnia, w którym zauważyła coś nowego i jednocześnie niepokojącego. Pozostali członkowie gildii zaczęli rzucać w jej stronę niespokojne spojrzenia, szeptali za jej plecami, obserwowali dokładnie każdy ruch i słuchali każdego wypowiedzianego słowa. Były to głównie osoby na wyższych pozycjach, znajdujące się tuż pod elitarną grupą, osoby, które miały już okazję ją poznać. Kobieta zaczynała rozumieć, że coś się dzieje, w coś jest uwikłana, choć jeszcze nie wiedziała, o co dokładnie chodzi.

Kilka dni później miała okazję dowiedzieć się, co było powodem tego poruszenia w Bractwie. Przemierzając budynek, w którym znajdowała się siedziba organizacji, została przypadkowym świadkiem rozmowy, która nią dogłębnie wstrząsnęła. I to właśnie ta podsłuchana rozmowa skłoniła ją do podjęcia decyzji…

***

Głosy dochodzące zza drzwi były jej doskonale znane: mistrz Sevos Ederad oraz Nastler – jeden z zabójców, należący wraz z nią do elity.

– Nastler, wybrałem cię do tego zadania, bo jesteś dobry w swoim fachu – odezwał się niski głos należący do mistrza Sevosa. – Trevedic stała się zbyt niebezpieczna dla mojej pozycji, a ja nie lubię takich sytuacji.

– No więc co zrobimy, szefie? – padło pytanie Nastlera.

– To chyba jasne: panna Culchie Trevedic ma zniknąć. I to bezpowrotnie, zrozumiano?

– Oczywista sprawa.

– Dziewczyna jest dobra, nawet zbyt dobra w tej profesji. I to jest problem. Uczeń nie może przerosnąć mistrza. Zresztą wam chyba też nie podoba się, że to ona jest na szczycie, co Nastler?

– Eee, no tak. Dostaje najlepsze zlecenia, psia mać.

– A więc sprawa jest prosta. Weź ze sobą jeszcze kogoś… może tę małą blondi, Merillę. Dziewczyna wie, jak załatwiać takie interesy. Dorwijcie Culchie, jak będzie gdzieś poza siedzibą Bractwa i zajmijcie się nią. Czeka was sowita zapłata za trud i moja wdzięczność.

– Coś jeszcze, szefie?

– Tak. Nie zawiedź mnie, Nastler. Wiesz, że tego nie lubię.

***

Culchie miała okazję poznać umiejętności Nastlera i Merilli. Dziewczyna miała zaledwie dwadzieścia lat, a tak wysoko zaszła. Z pozorów była jedynie drobną blondyneczką o krótkich włosach i niebieskich oczach, zdawała się zupełnie bezbronna i niewinna, jednak Culchie wiedziała, jak bardzo wygląd może być mylący i zgubny w przedwczesnej ocenie. Natomiast Nastler był mężczyzną przed trzydziestką, miał ogorzałą skórę, brązowe włosy i charakterystyczną kozią bródkę. Należał do osób pewnych siebie i było to dostrzegalne w jego ruchach.

Podsłuchana rozmowa wyjaśniła dziwne zachowanie członków gildii wobec Culchie. Kobiecie ciężko było uwierzyć, iż lata doskonalenia swoich umiejętności zaprowadziły ją do miejsca, w którym osoba, która ofiarowała jej tak wiele, wbija jej teraz nóż w plecy. Dotarło do niej, że wszystko wokół było jedynie iluzją. Ci ludzie byli chętni do wyeliminowania jej za sakiewkę złotych monet. Nic dla nich nie znaczyły lata, gdy działali ramię w ramię. Instynkt przetrwania kazał Culchie uciekać, opuścić Bractwo i nigdy do niego nie wracać. Zaskoczyło ją, że poczuła się zdradzona i zraniona. Uczucia były dla niej czymś obcym, jednak w tamtej chwili uderzyły w nią silną falą, z którą musiała się uporać. W siedzibie Bractwa nie było już dla niej miejsca, a pozostanie w Scabard mogło okazać się nader kłopotliwe. Dolina Harshdell i trzy miasteczka znajdujące się w niej zdawały się na tę chwilę dobrym miejscem, by zniknąć w tłumie.

Jeszcze tego samego dnia, niedługo po usłyszanej rozmowie, Culchie niezauważalnie wyszła ze znajdującego się w zaniedbanym zaułku budynku gildii. Nim jednak zdążyła opuścić uliczkę, na drodze przed nią pojawiły się dwie postacie. Sądzili, że mają przewagę nad kobietą, jednak Culchie Trevedic była o krok przed nimi. Spodziewała się ich.

***

Nastler stał tuż obok jasnowłosej Merilli, znacznie górując nad dziewczyną. Twarz mężczyzny wykrzywiał uśmiech nienawiści, natomiast młoda kobieta trzymała emocje na wodzy. Oboje dzierżyli w dłoniach połyskujące sztylety. Pomimo iż był środek dnia, żadne z nich nie wahało się przed rozlaniem czyjejś krwi. Zaułek, w którym znajdowała się siedziba Bractwa, leżał na uboczu miasta i rzadko ktoś do niego zaglądał.

Ulica szeroka na dwa jardy była niegdyś brukowana, jednak teraz w wielu miejscach widoczne były dziury. Gonione przez wiatr śmieci kręciły się wokół nóg, a potem pędziły dalej. Po obu stronach znajdowały się stare, opuszczone magazyny, sklepy bądź częściowo zrujnowane domostwa, w których nie mieszkał nikt prócz wiecznie głodnych szczurów i karaluchów. Okna zostały zabite deskami, ale zręczny łotrzyk bez większego problemu mógł wdrapać się na dachy, które prawie stykały się ze sobą.

– Stajesz się problemem, Culchie. Zaszłaś zbyt wysoko – rzekła blondynka nieco piskliwym głosem, postępując z towarzyszem kilka kroków w przód. Odległość między zabójcami a czarnowłosą kobietą zmniejszyła się teraz do około pięciu jardów.

– Nie chcecie tego – odparła jedynie Culchie, a głos miała chłodny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. – Wycofajcie się, póki jeszcze możecie.

– Trochę za późno na to. Decyzja już zapadła – warknął Nastler i szybkimi susami skierował się w stronę kobiety. Drobna blondynka ruszyła w ślad za nim.

Culchie błyskawicznie rzuciła się ku ścianie jednego z budynków i kilkoma zręcznymi ruchami wspięła się na dach parterowego domu. Spojrzała z góry na dwoje przeciwników i z kamienną twarzą wydobyła miecz oraz sztylet. Dała im szansę na wycofanie się, jednak oni jej nie wykorzystali. Nie zamierzała ich ostrzegać po raz kolejny.

– No co? – zakpiła. – Chyba mieliście mnie złapać. A może już się zmęczyliście, co Nastler?

– Zamknij się – warknął mężczyzna. – Merilla, właź na górę.

Gdy Nastler obserwował górującą nad nimi przeciwniczkę, młoda dziewczyna zaczęła wspinać się na dach. Culchie wykonała skok, który zakończyła kilkoma przewrotami, by złagodzić upadek. Choć wysokość nie była wielka, to lądowanie na bruku nigdy nie należało do ulubionych czynności kobiety. Znajdowała się teraz tuż za plecami mężczyzny, który właśnie się odwracał ku niej, gdy ostrze sztyletu czarnowłosej przemknęło wzdłuż boku jego torsu, otwierając bolesną ranę. Człowiek ryknął gniewnie ze słyszalnym bólem w głosie. Pozostałe wydarzenia potoczyły się szybko i lawinowo.

Merilla, dostrzegając zmianę, która nastąpiła, zaprzestała wspinaczki i rzuciła się biegiem na pomoc swemu towarzyszowi. Culchie znalazła się pomiędzy rozszalałą dwójką zabójców, którzy próbowali dosięgnąć ją swymi ostrzami. Czarnowłosa sparowała wymierzony przez blondynkę atak z lewej strony, jednocześnie wykonując szeroki zamach krótkim mieczem, co poskutkowało tym, że mężczyzna był zmuszony do odskoku w tył. Gwałtowny manewr sprowadził na niego nagłą falę bólu promieniującego ze zranionego wcześniej boku, co dało kobiecie kilkusekundową przewagę. Zwróciła się w bok, jednak tak, by mieć mężczyznę cały czas na widoku, i wykonała krótką serię pchnięć i cięć, zamachując się co chwilę i zmuszając dziewczynę do parowania sztyletem i uskakiwania na boki. Kilka razy dostrzegła lukę w jej obronie, co wykorzystała, obdarowując dziewczynę nowymi ranami.

Kiedy Culchie usłyszała tuż za sobą stłumione sapnięcie, rzuciła się na kolano i kucnęła akurat w momencie, gdy sztylet przeciwnika miał wbić się w jej plecy. Następnie wysunęła w tył łokieć prawej ręki i mężczyzna nadział się na niego podbrzuszem, jęcząc z bólu i zginając się wpół. Nim zdążył zareagować i odzyskać trzeźwość myślenia, Culchie wymierzyła silne uderzenie rękojeścią sztyletu prosto w jego twarz. Mężczyzna przewrócił się z zakrwawionym i połamanym nosem oraz rozciętym czołem, wyłączony z walki na kolejne kilkadziesiąt sekund.

Cały manewr trwał zaledwie parę sekund, dlatego Merilla nie zdążyła zaatakować ponownie, chociaż przesunęła się w przód o parę kroków. Widocznie nie chciała popełnić błędu swego towarzysza. Culchie ruszyła w jej stronę bez wahania, tnąc z boku na bok swym mieczem. Podczas gdy dziewczyna próbowała parować lub unikać tego ostrza, drugie, znacznie krótsze, nieustannie wysuwało się w jej stronę, chcąc ją użądlić i skosztować krwi. Dostrzegając, iż to nie odnosi większego skutku, gdyż Merilla mogła jeszcze przez długi czas tak uskakiwać, Culchie postanowiła zastosować inną taktykę. Udając, że ostrze miecza zaczyna już ciążyć jej w dłoni, wykonywała cięcia znacznie wolniej, spowolniła również swój ruch, czekając, aż dziewczyna złapie haczyk i sama wyprowadzi atak sztyletem. Kobieta nie musiała czekać zbyt długo i przewidywany cios nadszedł chwilę później. Dziewczyna, będąc w takiej pozycji, odsłoniła się na ewentualne ataki przeciwniczki. Gdy jej ręka wysunęła się, mknąc do przodu, Culchie ustawiła lewą dłoń ze sztyletem do sparowania, jednak w ostatniej chwili kopnęła mocno w rękę zabójczyni, która zawyła z bólu i wypuściła broń. Cios prawdopodobnie złamał którąś z kości, jednak niezbyt to interesowało kobietę, która już wyprowadziła kolejny szybki atak, którym było pchnięcie miecza w klatkę piersiową Merilli. Siła ciosu wypchnęła z płuc dziewczyny całe powietrze i powaliła ją na ziemię.

Odkopując stopą sztylet blondynki na bok, Culchie zwróciła się twarzą w stronę obitego Nastlera. Mężczyzna zaczął się powoli podnosić i był już na klęczkach. Kobieta podbiegła do niego, trzymając w lewej dłoni sztylet zwrócony ostrzem do tyłu, a prawą ręką, wciąż dzierżącą miecz, zamarkowała atak, którego nie zamierzała wyprowadzić do końca. Z rozpędem wybiła się tuż przed mężczyzną, który zgodnie z jej oczekiwaniami, próbował zasłonić się sztyletem. Jednak nie zaatakowała mieczem, lecz gdy przelatywała nad przykucniętym zabójcą, ostrze jej krótszej broni gładko przejechało po odsłoniętej skórze jego szyi. Gdy Culchie wylądowała, kucając, a następnie się odwróciła, Nastler wciąż był w przykucniętej pozycji, a chwilę później padł twarzą na bruk, roztaczając wokół siebie plamę szkarłatnej krwi. Jeśli jeszcze żył, były to jego ostatnie chwile, gdyż nikt nie mógł przeżyć z takimi ranami. To samo tyczyło się jego drobnej towarzyszki, leżącej po drugiej stronie zaułka i niemiotającej się już z bólu.

Culchie wyprostowała się i obrzuciła chłodnym spojrzeniem krwawą scenę na brudnej ulicy. Wytarła swą broń z krwi o ubrania martwych już zabójców i chowając ją do pochew przy pasie, opuściła zaułek spokojnym krokiem.

***

Kobieta głęboko zaczerpnęła świeżego, chłodnego późnojesiennego powietrza i oczyściła myśli ze wspomnień. Podążając traktem ku miasteczkom Doliny, przywoływała dwa szczególne wspomnienia, dzięki którym nabierała siły i pewności potrzebnych, by wytrwać w postanowieniu. Była zdecydowana, by porzucić swą profesję i opuścić Scabard na dobre. Ruszyła w stronę Doliny Harshdell z nadzieją, że być może tam znajdzie rozwiązanie pozwalające na rozpoczęcie nowego, innego życia. Do tej pory znała jedynie ścieżkę, która była niezgodna z powszechnie panującym prawem. Kradła, zabijała, oszukiwała i uciekała. Jej życie było pozbawione jakichkolwiek uczuć i radości, a nagle zapragnęła spróbować czegoś innego, czegoś nowego. Być może, jeśli zaprzestanie używania swych wyuczonych przez lata talentów, które do tej pory pozwalały jej przeżyć, znajdzie jakieś miejsce, które naprawdę będzie mogła nazwać domem. Miała nadzieję, że nie jest dla niej za późno na zmianę życiowej drogi.

Nie pozwalając sobie ani razu na chwilę zwątpienia bądź słabości, kroczyła ku nowemu miejscu. Panująca wkoło szara i chłodna jesień powoli dobiegała końca, jednak kobieta stwierdziła, że prawdopodobnie zdąży dotrzeć do Doliny Harshdell, nim nastanie zima i mróz skuje tundry Północy.

3. Wyrzutek

 

MASZ ZAPRZESTAĆ TYCH DURNYCH ZABAW! A zaczniesz od cholernej magii. Rozumiesz, co do ciebie mówię?! – kobieta w średnim wieku ledwo powstrzymywała swój gniew. Jej głos momentami drżał niebezpiecznie, jednak ciężko było stwierdzić, czy to dlatego, że jest bliska płaczu, czy też dopiero zaczyna gniewnie wyrzucać z siebie to, co ma na myśli.

– Zajmiesz się w końcu czymś pożytecznym – dodał szorstko mężczyzna stojący tuż obok kobiety, kładąc dłoń na jej ramieniu w geście wsparcia i pocieszenia. – Razem z matką uznaliśmy, że przeniesiesz się na ziemię, którą wykupiliśmy, do wioski leżącej…

– Nie! – przerwał buńczucznie młodzieniec o brązowej czuprynie i orzechowych oczach, w których widoczne były sprzeciw i determinacja. – Już wam mówiłem, że nie zamierzam porzucić swych nauk, czy to wam się podoba, czy też nie!

– Adi Cadan! – młoda kobieta zawołała piskliwym głosem, zwracając się do swego brata. – Wysłuchaj do końca, co matka i ojciec mają do powiedzenia i nie przerywaj im.

– Nie wtrącaj się, Amelie! – odparł jej chłopak, który był głównym bohaterem całego zamieszania rozgrywającego się w sporym saloniku. – Dlaczego to Finn nie może się przenieść i zająć tą wioską?

– Ponieważ Finn zostaje tutaj, by przejąć moją pozycję w stosownym czasie – rzekł poważnie ojciec.

– Adi – podjęła Amelie, która była kobietą o długich falowanych blond włosach, upiętych w misterną fryzurę. – Ja mam męża i spodziewamy się naszego pierwszego dziecka. Finn ma przejąć majątek ojca, co też jest dużą odpowiedzialnością. A ty? Ty zajmujesz się jakimiś durnotami, z których nie ma żadnego pożytku! Może byś chociaż raz pomyślał o swojej rodzinie, a nie tylko o sobie?

– Amelie, już… – zaczął młodzieniec, jednak matka mu przerwała.

– Twoja siostra ma rację, Adi – rzekła gniewnie. – Czy ci się to podoba, czy nie, teraz masz zająć się rodziną i będziesz robił to, co ci z ojcem zaplanowaliśmy!

– Wiecie co? Mam tego dość! – rzucił Adi i bez dalszych wyjaśnień skierował się w stronę drzwi.

– Adi! – chłopak usłyszał jeszcze za sobą głos Finna.

Jego starszy brat nie mógł nic poradzić w tej sytuacji, ale próbował jakoś załagodzić decyzję rodziców. Rozumiał, że magia jest czymś ważnym dla młodszego brata i było mu żal, że musi ją porzucić.

– Zamknij się, Finn! – odwarknął przepełniony wściekłością Adi i wyszedł pospiesznie na ulicę, by jak najbardziej oddalić się od rodzinnego domu.

Kiedy cała rodzina zebrała się tego dnia, wiedział, że to nie skończy się dobrze. Od początku rozmowa była jedną wielką kłótnią, podczas której każdy próbował przekrzyczeć każdego. Adi miał nieprzyjemne wrażenie, że wszyscy są przeciwko niemu. Nienawidzili tego, że miał talent magiczny i poświęcał tak wiele czasu na rozwijanie go. Chcieli mu narzucić decyzję, z którą on się nie zgadzał.

Skręcił w jakąś brukowaną uliczkę, nawet nie zwracając uwagi, gdzie podąża. Minął jeden z piętrowych budynków, na parterze którego widniała witryna sklepowa. Ciepłe promienie słońca padały na jego twarz, wykrzywioną w grymasie niezadowolenia. Lato powoli zbliżało się ku końcowi, a on potrzebował czasu, by wszystko przemyśleć. Nie zgadzał się z decyzją, jaką podjęła rodzina. Słowa starszej siostry niezmiernie go zabolały. Pomimo że nie podzielał ich zdania, a oni nie potrafili zrozumieć, że magia jest istotną częścią jego życia, kochał ich z całego serca. W końcu to jego rodzina, a on nie chciał jej stracić. Nie chciał też zostać pozbawiony swoich marzeń i pragnień, które wiązały się z magią…

Amelie, jego starsza siostra, poślubiła syna pochodzącego z zamożnego rodu kupieckiego, dzięki czemu ich rodzina powiększyła swój majątek. Dziewczyna nigdy nie przeciwstawiła się decyzji, którą podjęli rodzice. Również Finn, najstarszy z trojga rodzeństwa, nie sprawiał tylu kłopotów co Adi. Oni byli pogodzeni z faktem, że muszą poświęcić się dla rodziny i posłusznie wykonać polecenia matki i ojca. Już dawno pozbyli się pragnień o wyborze własnej ścieżki życiowej. Jednak Adi taki nie był. Chłopak nie chciał zajmować się handlem jak jego rodzina. Sprzedaż drogich materiałów, pochodzących z egzotycznych krain, nie była zajęciem odpowiednim dla niego. Od wielu lat pobierał nauki u elfiego czarodzieja, który twierdził, że młodzieniec ma niezwykły talent, który szkoda by było zmarnować. Adi pragnął czegoś więcej niż zwyczajne życie, jakie wiedli członkowie jego rodziny.

Wędrując przez wiele następnych godzin po brukowanych ulicach Sulindal, miasta, w którym spędził całe życie, miał dostatecznie wiele czasu, by przemyśleć decyzję ojca i matki i podjąć własne postanowienia. Gdy w końcu zaczęło mu świtać w głowie pewne rozwiązanie, zdawał sobie sprawę, że może to być dość ryzykowny pomysł. Mimo wszystko był gotów podjąć ryzyko wiążące się z tą decyzją, zwłaszcza jeśli daje ona choć cień szansy na kontynuowanie nauk u elfiego czarodzieja. Przeniesienie się do wioski odległej o trzy dni drogi od Sulindal uniemożliwiłoby mu dalszą naukę magii. Cały swój czas musiałby poświęcić na sprawy wioski Isthmus, handel zbożem, z którego utrzymywała się osada, spławiając towar rzeką aż do Bellaru, oraz rozwiązywać problemy wieśniaków jako tamtejszy zarządca.

Kiedy chmury na błękitnym niebie zaczęły przybierać złotawy odcień zachodzącego słońca, Adi Cadan ruszył w drogę powrotną, kierując się w stronę rodzinnego domu. Miał wieści, które chciał przekazać rodzinie, i liczył, że nikt nie odkryje jego oszustwa. Gdy już dotarł do znajomego sporego budynku, wbiegł po schodach prowadzących do części mieszkalnej, znajdującej się nad sklepem, w którym jego rodzice handlowali materiałami. Kiedy domownicy usłyszeli, że wrócił, chłopak nie zdążył postawić nawet pięciu kroków, gdy usłyszał ostry głos matki, kierującej swe słowa w jego stronę.

– Ty wredny szczeniaku! – zaczęła, mierząc w niego złowrogo palcem wskazującym. – Ostrzegam cię po raz ostatni. Jeśli nie zaczniesz zachowywać się odpowiedzialnie i nie porzucisz tych durnowatych nauk u elfa, to wiedz, że staniesz się wyrzutkiem, a my się ciebie wyprzemy. Zastanów się nad konsekwencjami swych poczynań!

– Chciałem tylko powiedzieć, że udam się do tej wioski, tak jak zaplanowaliście z ojcem – odparł chłodno młodzieniec, spoglądając prosto w oczy matki i wytrzymując jej spojrzenie pełne gniewu i frustracji. – Idę się spakować, zamierzam wyruszyć jak najszybciej.

– Mądra decyzja – skomentowała jego siostra, która akurat wkroczyła do pomieszczenia, stanęła tuż obok matki i położyła dłoń na jej ramieniu.

Kobiety odprowadziły wzrokiem chłopaka, który skierował się do swego pokoju, i wróciły do kuchni, gdzie podjęły przerwaną dyskusję, zupełnie jakby scena, która przed chwilą się rozegrała, nigdy nie miała miejsca. Adi odszukał swój plecak i zaczął do niego upychać kilka zmian odzieży, dwie księgi, które pożyczył od swego nauczyciela i których nie chciał tu zostawiać. Pozbierał jeszcze kilka innych drobiazgów, które również wrzucił do plecaka, i po upływie mniej niż pół godziny był już gotowy, by opuścić dom. Po drodze wyjął z rodzinnego skarbca sporą sumę pieniędzy, tak by wystarczyło mu na jakiś czas na opłacanie nauk oraz na inne wydatki.

Nie wiedząc, co ma powiedzieć, pożegnał rodzinę długim spojrzeniem, po czym bez słowa opuścił dom. Jednak kiedy oddalił się o kilka uliczek, nie skierował się w stronę bramy miejskiej, która prowadziła do Isthmus, gdzie miał się udać. Wolnym krokiem ruszył ku dzielnicy, w której mieszkał jego elfi nauczyciel. Nie miał do kogo się zwrócić, a wiedział, że Eloret Blyth udzieli mu pomocy, jeśli przedstawi mu swą obecną sytuację.

Kwadrans później stał przed drewnianymi drzwiami, wahając się, czy zapukać. Budynek był jednopoziomowy, zupełnie nie wyróżniał się spomiędzy innych budynków. Adi wziął głęboki oddech, zebrał całą swą odwagę i zapukał dwa razy. Drzwi po krótkiej chwili się otworzyły, a w progu stał elf. Trudno było ocenić, ile może mieć lat, głównie ze względu na długowieczność tej rasy, ale mężczyzna wyglądał na dwadzieścia kilka lat – choć na pewno był znacznie starszy. Jego długie, jasne włosy, związane w koński ogon, opadały na plecy, a bystre i błyszczące zielone oczy spoglądały uważnie na gościa. Elf miał na sobie jasną, niemalże białą luźną koszulę oraz brązowe skórzane spodnie.

– Adi – odezwał się jako pierwszy ze zdziwieniem w głosie. – Co ty tutaj robisz? Przecież dzisiaj nie masz nauk.

Młodzieniec opuścił wzrok, wbijając orzechowe oczy w swoje buty, zupełnie zmieszany. Jak do tej pory zawsze wiedział, co powiedzieć, nawet w sytuacji, gdy powinien milczeć. Był typem osoby, która zawsze znajdzie sposób, by przysporzyć komuś kłopotów lub samemu się w nie wpakować. To było dla niego coś zupełnie nowego, gdy stał w progu domu elfa, nie wiedząc, co ma rzec. Szurnął nogą i zaczął niepewnie:

– Mistrzu, bo widzisz… Chyba wpakowałem się w kłopoty…

– Ach, ale to chyba dla ciebie nic nowego, nieprawdaż? Może wejdziesz i opowiesz od początku, o co chodzi? I po co ci ten plecak, Adi?

– No właśnie… To część tych kłopotów.

Elf przepuścił młodzieńca i obaj skierowali się do pokoju, w którym stało biurko zarzucone masą książek. Zrobiwszy miejsce na fotelu, elf wskazał chłopakowi, by usiadł, a sam zajął siedzisko przy biurku.

– No to o co chodzi, Adi?

Młody czarodziej niepewnie zaczął opowiadać o decyzji rodziny i o jego pomyśle, by dalej pobierać nauki u elfa. Kiedy opowiadał o tym, jak matka oznajmiła mu, że jeśli nie wyrzeknie się magii, to rodzina go odrzuci, głos kipiał mu furią, jednak w oczach dało się dostrzec odrobinę strachu wymieszaną z niedowierzeniem. Gdy skończył i zapytał mistrza, czy może u niego zostać na jakiś czas, zapadła chwila ciszy.

– Adi, rozumiem, że magia jest dla ciebie ważna, a więc tym bardziej rozumiem, co tobą kierowało, gdy podejmowałeś taką decyzję – Eloret Blyth zawahał się na krótki moment – ale czy jesteś pewien, że to ta właściwa?

– Nie – jęknął chłopak. – Nie jestem tego pewien, ale wiem, że nie pozwolę sobie odebrać tego, czego pragnę. Nie zgadzam się z nimi i z ich decyzjami. Oni nienawidzą tego, że władam magią i poświęcam jej tyle czasu. Pragną kierować moim życiem, jakbym był jedynie ich kukiełką, a ja na to nie pozwolę.

– No dobrze. W takim razie możesz zostać tutaj i kontynuować naukę. A co jeśli spotkasz kogoś ze swej rodziny i ta osoba cię dostrzeże?

– Sulindal jest dużym miastem. Bez problemu mogę tutaj mieszkać, tak że nawet nie będą o tym wiedzieć. Dziękuję, mistrzu, to naprawdę wiele dla mnie znaczy.

– Oczywiście. Zawsze możesz na mnie liczyć, Adi. – Elf posłał ciepły uśmiech w stronę swego ucznia, a być może i przyjaciela. – No cóż, muszę wracać do swych zajęć. A ty możesz zająć pokój, w którym ćwiczysz zaklęcia.

Młody czarodziej