Podróż z blogerką - Natalie Anderson - ebook
Opis

Stephanie Johnson prowadzi popularnego wideobloga. Jej działalnością zainteresował się Jack Wolfe, amerykański biznesmen, wydawca przewodników podróżniczych. Gdy przyjeżdża do Melbourne, Stephanie robi wszystko, by go przekonać do współpracy. Bardzo jej zależy na finansowym wsparciu, bo dzięki temu będzie mogła pomóc choremu bratu. Okazuje się jednak, że cel wizyty Jacka w Melbourne jest zupełnie inny, a spotkanie z nią to jedynie pretekst…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 152

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Natalie Anderson

Podróż z blogerką

Tłumaczenie: Aleksandra Górska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Tylko nie waż się zostawiać mnie z nim samą, rozumiesz? – Stephanie Johnson, Steffi Leigh dla biliarda subskrybentów jej bloga, zamknęła drzwiczki pasażera i spiorunowała wzrokiem przyjaciółkę.

– Nie denerwuj się. Przecież on nie jest niebezpieczny. – Tara grzebała w wielgachnej torebce, wchodząc na chodnik. Nie zadała sobie trudu, by spojrzeć na Steffi i zamknąć samochód.

– Gorzej niż niebezpieczny. On jest jak Bóg – upierała się Stephanie. Ponieważ całe jej życie leżało w rękach Jacka Wolfe’a. – A wiesz, że nie potrafię długo grać.

Dawała radę w trakcie półtoraminutowych filmików, które rejestrowała w kącie swojej sypialni, by potem wrzucić na vbloga. Ale udawać „Steffi Leigh” przez trzy godziny na spotkaniu w realu? Nie łudziła się, że jej się uda. Na pewno nie bez pomocy.

W roztargnieniu sięgnęła zębami do paznokcia, ale ugryzła materiał. Zapomniała, że ma na sobie eleganckie białe rękawiczki – po to właśnie, by zasłonić poobgryzane do żywego mięsa paznokcie. Cały ten pieczołowicie wypracowany wizerunek spod znaku vintage służył ukryciu jej prawdziwego, lekko pokręconego ja.

– Przestań trzeć twarz… – Tara zbliżyła się do niej z pędzelkiem do różu wzniesionym niczym broń. – I stój spokojnie…

Tak jakby to było możliwe. Szpilki z włoskim obcasem masakrowały Stephanie palce u nóg, żołądek podjeżdżał do gardła i było jej przeraźliwie zimno, pomimo że aplikacja pogodowa w jej smartfonie sygnalizowała już trzydzieści dwa stopnie. Machnięciem dłoni strząsnęła irytujący pędzel Tary i ponownie sprawdziła godzinę na wyświetlaczu komórki.

– Chodźmy. Nie możemy się spóźnić. – Nie potrzebowała różu. Pewnie i tak zrobi się czerwona jak burak, gdy tylko gość zada jej jakieś podchwytliwe pytanie.

Gdy zwróciła się w stronę hotelu, zalała ją kolejna fala paniki. Z pewnością nie minie nawet pięć minut, jak się obnaży. Ponieważ Steffi Leigh była całkowitą fikcją, zaś ona, Stephanie Johnson, tylko marną pozerką.

– Oczywiście, że możesz się spóźnić – zaoponowała Tara, znowu sięgając do torby. – Jesteś Steffi Leigh. Musisz mieć wejście.

Stephanie się skrzywiła. To i tak jej nie ominie, zważywszy, że wyglądała tak, jakby właśnie zeszła z katalogu krawieckiego z lat pięćdziesiątych: rozkloszowana sukienka ze zwężaną talią, giemzowe rękawiczki, szpilki i loki. Widziała, że ludzie, którzy ją mijali, odwracali głowy, prawdopodobnie zastanawiając się, czy nie bierze udziału w sesji zdjęciowej.

Pół biedy, gdyby rzeczywiście była modelką. Gdyby mogła ograniczyć się do pozowania i nie musiała zachwalać swojej strony jako inwestycji życia.

– Stephanie. – Tara podniosła głowę i zmierzyła ją wzrokiem. – Dasz radę to zrobić. Musisz. – Uśmiechnęła się. – Musisz żyć dalej.

Stephanie popatrzyła na przyjaciółkę i poczuła przypływ fatalistycznej determinacji. Tak, da radę. Bo musi – nie przez wzgląd na siebie, tylko dla swojego brata.

Wsadziła telefon do torebki, wyprostowała się i wysunęła podbródek. Jest Steffi Leigh i dzisiaj postara się wejść w tę rolę jak nigdy.

Zagraj to! Ugraj! Wygraj!

Przeszła kilka metrów do wielkiego kolumnowego wejścia. Hotel Raeburn był jednym z najstarszych i z pewnością najbardziej reprezentacyjnym z wielu pięciogwiazdkowych hoteli w Melbourne i był miejscem jej spotkania z Jackiem Wolfe’em, prezesem zarządu globalnego konglomeratu medialnego, który od lat wydawał ogromnie popularne i cenione przewodniki turystyczne. Firma doskonale odnalazła się także w środowisku wirtualnym i teraz Jack chciał porozmawiać z nią o jej blogu.

Finansowanie społecznościowe już od lat było kluczem w świecie internetowych vloggerów. Każdy mógł zacząć nadawać online, ale skłonienie ludzi do tego, by płacili za to, by usłyszeć, co masz do powiedzenia? To była kura znosząca złote jajka.

Ale nagle w zasięgu Stephanie znalazła się jeszcze bardziej pożądana zdobycz. Bo teraz nie chodziło już tylko o garstkę wiernych fanów, gotowych płacić jej kilka dolarów dziennie, ani o parę reklam na stronę, tylko o sławnego dziedzica fortuny, oferującego jej sowitą sumkę. Stephanie zrobiłaby niemal wszystko za taką szansę. Tylko tak miała nadzieję wyciągnąć brata z równi pochyłej. Pchnąć go na studia, zapewnić mu nowy start.

Jednorazowy, natychmiastowy zastrzyk gotówki byłby prawdziwym darem niebios.

Zatem Jack Wolfe pod żadnym pozorem nie mógł się dowiedzieć, jak bardzo Stephanie oszukiwała. Że ta ogromna rzesza odbiorców, jaką jakimś cudem zgromadziła, opierała się na fasadzie, którą stworzyła w kąciku swojej małej sypialni. Gdyby ktokolwiek zobaczył kiedyś resztę tego pokoju…

Prezes zarządu Wolfe Enterprises z pewnością nie zobaczy. Przez najbliższe kilka godzin będzie widział tylko fasadę. Stephanie zaś musi sprawić, by ją kupił. Dosłownie.

Uśmiechnęła się, gdy boy w liberii przytrzymał przed nią drzwi, i przystanęła na chwilę w progu, starając się nie zrobić wielkich oczu na widok kolumnowego, wyłożonego marmurem holu. Od wieków nigdzie nie wychodziła. A chyba nigdy nie miała okazji być w równie luksusowym i wykwintnym miejscu.

– Wyskoczę do toalety – wymruczała Tara.

– Teraz?!

– Twój brat zabarykadował się w łazience, więc nie miałam czasu się załatwić przed wyjściem. – Tara wzruszyła ramionami.

Stephanie z miejsca zapomniała o bajkowym otoczeniu i popatrzyła na przyjaciółkę ze zgrozą.

– Nic mi nie wspomniałaś. Czy coś mu dolegało? – Nawet jeszcze teraz, kilka miesięcy po ostatniej operacji, potrzebował dużo odpoczynku.

– Nic a nic. Po prostu strzelił focha. Ten chłopak robi z tobą, co chce. – Posłała Steffi spojrzenie pełne dezaprobaty. – Odłóż telefon. Ostatnie, czego ci trzeba, to żeby szantażował cię emocjonalnie na dwie sekundy przed tym spotkaniem.

– Wcale mnie nie szantażuje – żachnęła się Stephanie, zawstydzona, że Tara tak łatwo przejrzała jej zamiary.

Przyjaciółka tylko pokręciła głową i ruszyła do toalety.

– Wcale nie – powtórzyła Stephanie pod nosem i sprawdziła czas na wyświetlaczu komórki, upewniając się przy okazji, czy nie ma wiadomości od Dana.

Nie było.

Nie wiedziała, czy nie powinno jej to jeszcze bardziej zaniepokoić.

Ale Tara miała rację: to nie był dobry moment. Dan będzie musiał zaczekać kilka godzin. W końcu to w jego interesie się tu zjawiła. Ruszyła zatem w kierunku recepcji, by poprosić o poinformowanie Jacka Wolfe’a, że jest już na miejscu. Zauważyła samotnego mężczyznę stojącego tyłem do niej w przeciwległym kącie holu. W ręce trzymał elegancką skórzaną aktówkę i rozmawiał przez telefon. Jego postawa emanowała siłą… strój – poczuciem władzy. A jego amerykański akcent niósł się po pustym pomieszczeniu.

– Nie obchodzi mnie, że jest zajęty. Już dość się naczekałem – warknął. – Proszę umówić spotkanie. Teraz.

Odwracając się, stuknął palcem w wyświetlacz telefonu, a potem schował urządzenie do kieszeni.

Stephanie uniosła brwi w reakcji na opryskliwość jego tonu i aroganckie żądanie. Najwyraźniej gość nawykł do wydawania poleceń, ale nie czynił tego grzecznie. Nie spuszczała go z oka. Ciemnowłosy, opalony, oczy błękitne jak ocean. Byłby atrakcyjny, gdyby nie gniew bijący od jego sztywnej postawy. Przystanęła, gdy zobaczyła, że to coś więcej niż gniew. Wyglądał na zranionego. Przez ułamek sekundy wydawał się całkowicie bezbronny i zaparło jej dech w piersi na widok tak zbolałej miny. Natychmiast zalała ją fala współczucia. Taki wyraz twarzy u mężczyzny tego pokroju musiało wywołać prawdziwe nieszczęście. A ona rozumiała, co to jest nieszczęście. Była za pan brat z bólem.

Nagle zesztywniał, podniósł głowę i spojrzał wprost na nią. Właśnie, gdy się na niego gapiła.

W jednej chwili wyraz jego twarzy się zmienił. Stwardniał.

Zmrużył niebieskie oczy i obrzucił ją powoli bezczelnym spojrzeniem, oceniając każdy centymetr jej ciała. Od stóp w butach na szpilkach po idealnie ufryzowane włosy.

Stephanie znieruchomiała i tylko mrugała zszokowana. W końcu nieznajomy zacisnął usta, dając wyraz totalnej dezaprobacie.

W porządku, nie miała urody topmodelki ani potencjału gwiazdy okładki „Cosmo”, ale nie była taka zła. A teraz, po zabiegach Tary, była naprawdę niczego sobie. A niezależnie od tego, to lekceważące, pełne pogardy spojrzenie było po prostu bardzo niegrzeczne.

Wstydził się, że słyszała jego rozmowę i stąd taka reakcja? Nie zamierzała podsłuchiwać – to on nie zadał sobie trudu, by ściszyć głos, tak by otoczenie nie słyszało jego konwersacji.

Teraz już wcale nie była taka pewna, że widziała w jego oczach rozpacz. I czy naprawdę przez chwilę mu współczuła?

Nie zamierzała dać po sobie poznać, że uraził jej dumę. Wykrzesując z siebie każdy gram Steffi Leigh, na jaki mogła się zdobyć, posłała mu swój najbardziej olśniewający uśmiech – choć nieszczery. Po czym, nie czekając na jego rekcję, odwróciła się plecami i podeszła do recepcjonisty.

– Czy mogłaby pani dać znać panu Jackowi Wolfe’owi, że czeka na niego Steffi Leigh?

– Ja jestem Jack Wolfe – odezwał się niski głos tuż za jej plecami.

Stephanie zrzedła mina. Wiedziała już wcześniej – akcent go zdradził. Po prostu nie chciała, by to była prawda.

Uśmiechnęła się w podziękowaniu do recepcjonistki, ale ta w ogóle nie zwracała na nią uwagi. Była zbyt zajęta robieniem słodkich oczu do mężczyzny za plecami Stephanie.

Tak, tego nie można mu było odmówić – ściągał na siebie zainteresowanie każdej kobiety w pobliżu.

Z trudem panując nad nerwami, od których żołądek podjeżdżał jej do góry, odwróciła się do niego twarzą.

Przewodniki spod znaku Wolfe adresowane były do samodzielnych turystów. Tych równych gości, którzy dawali radę zwiedzić piętnaście krajów przez dziewięć miesięcy jedynie z małym plecaczkiem, a mimo to wyglądali modnie i stylowo na każdym etapie wyprawy. Ale Jack Wolfe nie miał na sobie szybkoschnącej koszuli, tylko szyty na miarę, perfekcyjnie dopasowany garnitur. A swoją koszulę ewidentnie wybrał tak, by podkreślała oszałamiający błękit jego oczu.

– Wygląda pani kropka w kropkę jak na profilu swojego bloga, panno Leigh. – Nie zabrzmiało to w jego ustach jak komplement.

Zatem rozpoznał ją, a mimo to zmierzył wcześniej spojrzeniem pełnym zimnego lekceważenia. Miło.

– Proszę mówić mi Steffi – zaproponowała uprzejmie, wyciągając dłoń. Postanowiła udawać, że wcześniejsza nieprzyjemna wymiana spojrzeń nie miała miejsca i zignorować jego gburowatość.

– A nie Steffi Leigh? – Uścisnął mocno jej dłoń.

– Wystarczy Steffi.

Rękę i ramię przeszyła jej fala gorąca i Stephanie ucieszyła się, że ma na sobie rękawiczki. Bo nawet przez bawełnę czuła ciepło jego ciała i nie mogła oderwać wzroku od jego oczu. Dawno nie widziała tak przystojnego mężczyzny. W porządku, tak naprawdę nigdy wcześniej nie widziała na żywo kogoś równie przystojnego.

I nigdy wcześniej przed żadnym mężczyzną nie miękły jej nogi.

Spokojnie, to na pewno tylko nerwy. Albo jakiś pierwotny neandertalski kobiecy instynkt, który każe jej lgnąć do najsilniejszego faceta w pobliżu. Ona, Stephanie, potrafi jednak lepiej spożytkować swój umysł.

Tara się myliła. Ten mężczyzna jest niebezpieczny.

– Czy Steffi to zdrobnienie od Stephanie? – spytał.

Skinęła głową, czym prędzej zabierając dłoń. Teraz już nikt nie nazywał jej Stephanie, z wyjątkiem brata. A i on robił to tylko wtedy, gdy był na nią wściekły. Czyli, niestety, dość często.

– Stephanie to śliczne imię – rzucił Jack Wolfe. Ale chłód jego głosu sprawił, że komplement zabrzmiał jak reprymenda.

Czy coś sugerował w odniesieniu do jej pseudonimu? Zacisnęła zęby, nie przestając się uśmiechać, i przywołała cały urok swojego alter ego.

Steffi Leigh zawsze zachowywała się tak, jakby mogła każdego owinąć sobie wokół palca. Fakt, że gość przed nią wyglądał, jakby był z tytanu, nie oznaczał jeszcze, że nie mogła udawać.

– Może pstrykniemy sobie selfie, żeby upamiętnić tę chwilę? – Zaśmiała się uroczo.

– Nie.

Stanowcze. Bezapelacyjne. I całkowicie obojętne.

Ładny początek. Przygryzła wnętrze policzka. Ale przecież to właśnie Steffi Leigh chciał, to jej osobowość i wizerunek zaprawione szczyptą popkultury zamierzał nabyć.

– Nie? W takim razie sama się obsłużę. – Postanowiła, że nie da mu się zapędzić w kozi róg. Uniosła telefon i szybko pstryknęła fotkę. Nigdy jej nie wykorzysta, ale on nie musiał o tym wiedzieć.

– Często to pani robi? – spytał niskim głosem.

– Tak często, jak trzeba. – Uśmiechnęła się do niego, puszczając mimo uszu sarkazm słyszalny w jego tonie. – Moi fani lubią moje zdjęcia.

Większość zdjęć, które publikowała, nie przedstawiała tak naprawdę jej – zwykle umieszczała odjechane fotki jakiegoś nowego produktu albo zabawne memy.

– Zmierza pani przez następne dwie godziny podrasowywać zdjęcie filtrami i Photoshopem?

– Nie korzystam z tych narzędzi. Większość zdjęć wrzucam bez ulepszaczy.

Znowu obrzucił ją spojrzeniem od stóp do głowy.

– Tak. W to akurat wierzę. Najwyraźniej dwie godziny nakładała pani ulepszacze bezpośrednio na siebie.

Nie było to dalekie od prawdy. Nałożenie idealnie rozprowadzonych warstw korektora, podkładu, różu, pudru i cieni do powiek rzeczywiście zajęło Tarze niemal dwie godziny, i Stephanie dałaby rękę sobie uciąć, że cała ta mieszanka powoli zaczynała z niej spływać.

O co chodzi gościowi? Dlaczego jest taki uszczypliwy, skoro to on wystąpił z propozycją spotkania? Ale to ona go potrzebowała. Zatem musi robić dobrą minę do złej gry.

– Trafiona zatopiona. – Nadal się do niego uśmiechała spod umalowanych mocno rzęs.

– Jak bez tego wszystkiego pani wygląda?

– Jeszcze bardziej zniewalająco – odgryzła się, nie mogąc zapanować nad irytacją.

– Chciałbym to zobaczyć.

Po moim trupie.

Spiorunowała go wzrokiem. Gość najwyraźniej miał ją za jakąś głupiutką wymalowaną lalkę.

Protekcjonalny palant.

I wtedy nagle się uśmiechnął.

Stephanie o mały włos nie jęknęła, gdy po raz kolejny przeszył ją prąd. Wcześniej Jack Wolfe był po prostu bardzo przystojny, ale teraz wyglądał wprost nieziemsko. Młodziej, weselej, trochę psotnie. Tak. Całkowity przeszczep osobowości.

Lepiej by dla niej było, gdyby pozostał przy poprzedniej wersji.

– Przepraszam, jeśli byłem szorstki – oznajmił. I nadal taki był, tyle że z dodatkiem zniewalającego uśmiechu. – Coś mnie wcześniej wytrąciło z równowagi.

To tak jak ją teraz. Musiała się w końcu opanować.

I nagle przypomniała sobie, że przyjechała tu z planem. Wiedziała przecież, że nie da rady prowadzić z nim trzygodzinnej pogawędki. Steffi Leigh pojawiała się tylko w dwudziestosekundowych zajawkach, a potem korzystała z tego, co miała pod ręką – produktów, gadżetów, zestawień – by wypełnić czas. Zatem zabierze Jacka Wolfe’a na wycieczkę.

– Nie ma sprawy. Nikt nie jest idealny – rzuciła gładko. – O, proszę, idzie Tara. – Wskazała szczupłą kobietę podążającą w ich kierunku i w duchu podziękowała Opatrzności. – To moja asystentka.

Ale Jack nawet nie spojrzał na Tarę. Nie odrywał błękitnych oczu od Steffi.

– Porywamy pana – dodała Stephanie z ożywieniem.

– Porywacie mnie? – Jack jeszcze raz zerknął na jej sukienkę. Potem popatrzył po sobie. Uniósł brew. – Ma pani ze sobą chloroform?

Okej, dzieliła ich różnica wzrostu. Duża. Ale fakt, że Steffi była niska i drobna, nie oznaczał jeszcze, że nie miała siły. Albo sprytu.

– Urok jest skuteczniejszy. – Uśmiechnęła się.

– Urok, mówi pani? – W oku pojawił mu się błysk. – Nie jestem pewien, czy tak bym nazwał to, co pani ma.

W Stephanie zawrzała krew, ale postanowiła nie dać się sprowokować i spytać, co jego zdaniem w takim razie ma. Nie zareagowała na ten niski, niepokojąco seksowny śmiech.

– Tara będzie dziś naszym szoferem – rzuciła. Szoferem, wizażystką, pomocnicą. Zbawcą.

– Przepraszam. – Tara zbliżyła się. Stała ze spuszczonym wzrokiem i pocierała ręce. – Był tam krem do rąk, który musiałam wypróbować, tylko że miał…

– Tara… – przerwała pospiesznie Stephanie, nie chcąc, by kosmetyczna obsesja przyjaciółki zraziła potencjalnego inwestora. – To jest Jack Wolfe.

– To pan? – Tara w końcu przestała podziwiać swoje dłonie i popatrzyła na mężczyznę. Jej oniemiała z zachwytu mina byłaby komiczna, gdyby nie irytujący fakt, że gość najwyraźniej działał tak na wszystkie kobiety.

– Obawiam się, że tak – odpowiedział Jack z zaskakującą łagodnością. – A wolałaby pani kogoś innego?

– Nie. Taki jest pan… idealny.

– Dziękuję bardzo. – Rzucił Stephanie spojrzenie z ukosa i powtórzył jeszcze łagodniej. – Słyszała pani? Idealny.

Stephanie obrzuciła go chłodnym wzrokiem i odwróciła się do Tary. Przyjaciółka stała z otwartymi ustami i popatrywała to na nią, to na Jacka okrągłymi oczyma. Potem się uśmiechnęła.

Nie był to uśmiech, który wzbudził zaufanie Stephanie.

– Może pójdę po samochód? – zaproponowała raźno Tara. – Podjadę pod główne wejście. – Co rzekłszy, ku zgrozie Stephanie, równie raźno się oddaliła.

– Tak jak mówiłam, porywamy pana. Na wycieczkę po Melbourne ze Steffi Leigh. – Jeszcze raz przywołała na twarz swój najlepszy uśmiech. – Dopiero co przyjechał pan do Australii, prawda?

Skrzywił się.

– A może chciałby pan zostać w hotelu na podwieczorek? – Stephanie zrzedła mina. – Moglibyśmy przejrzeć dokumenty, które przyniosłam.

– Nie jestem głodny.

Czyżby? Bo wyglądał na wygłodzonego. Miał około metra osiemdziesięciu pięciu i bardzo szczupłą, umięśnioną sylwetkę, niczym gepard trzymany w klatce na skąpych racjach żywienia, tak by utrzymał maksymalną wydolność i biegał jak błyskawica.

– Jest pan pewien?- zawahała się.

Skinął głową.

– Zatem ustalone. – Uśmiechnęła się, zaciskając zęby. – Kontynuujemy porwanie.

Nie czekając na jego reakcję, odwróciła się i ruszyła rozległym holem do drzwi.

Poszedł za nią.

– A dlaczego pani nie może prowadzić? – spytał.

– Bo będę zabawiać pana rozmową.

– Wydaje mi się, że wielozadaniowość to specjalność kobiet.

– A mnie się wydaje, że lepiej się skupić na jednym zadaniu, tak by móc je jak najlepiej wykonać.

– W takim razie ja poprowadzę.

– Słucham?

– Ja poprowadzę.

Tak jakby Tara zgodziła się powierzyć mu swój ukochany samochód. Albo tak jakby on chciał być widziany za jego kółkiem, gdy już go zobaczy.

– A będzie pan w stanie prowadzić i słuchać jednocześnie?

– To będzie zależało od tego, jak bardzo interesujące będzie to, o czym zamierza pani mówić.

Teraz rzucił jej rękawicę. Stephanie się wyprostowała. Czyżby wyczuwał jej desperację? Nie mogła pozwolić, by się zorientował, jak bardzo zależy jej na tej transakcji.

– Tara może prowadzić, zatem to nie powinno być problemem.

– A do kogo należy blog? Do pani czy do Tary? – Przystanął, zmuszając ją, by też się zatrzymała i spojrzała mu w twarz.

– Do mnie.

– W takim razie to z panią muszę negocjować. I tylko z panią.

Domaganie się spotkania sam na sam było rzeczą niekonwencjonalną, może nawet graniczącą z brakiem profesjonalizmu. Ale czy mogła protestować, skoro powiedziała otwarcie, że zamierza go porwać?

– Naprawdę chce pan go prowadzić? – Wskazała na starego mercedesa z opuszczanym dachem podjeżdżającego właśnie pod wejście. W ultra kobiecym kolorze pastelowej żółci nie był to samochód, który mężczyzna taki jak Jack chciałby prowadzić. Jednak on tylko spytał skonsternowany:

– Gdzie zamierza pani siedzieć?

– Pośrodku na tylnym siedzeniu.

– Jest pani akrobatką? – Obrzucił pełnym niedowierzania spojrzeniem maleńkie tylne siedzenie.

– Rozmiar jest mylący – wymruczała Stephanie, wychodząc z hotelu. Chciała ostrzec przyjaciółkę, że nastąpiła nieoczekiwana zmiana planów.

Ale Jack ją uprzedził. Gdy tylko Tara wyłączyła silnik, oznajmił:

– Steffi zgodziła się, żebym to ja prowadził.

– Naprawdę? Nie ma sprawy. – Tara uśmiechnęła się, odpięła pas i wysiadła z auta. – To może ja tu zaczekam i spróbuję dowiedzieć się czegoś więcej o tym kremie. Może warto będzie wrzucić info na stronę, Steffi.

Stephanie stała za daleko, by dać jej kuksańca w bok albo przydepnąć dyskretnie stopę. Więc tylko spiorunowała przyjaciółkę wzrokiem.

– Nie przeszkadza ci, że oddajesz brykę w obce ręce? – spytała znacząco.

– Wcale. – Tara nawet nie spojrzała na nią, gdy z uśmiechem opuszczała kluczyki na wyciągniętą dłoń Jacka. – Jestem pewna, że się nią pan dobrze zaopiekuje.

Bryką? Czy Steffi?

Jack sprawiał wrażenie rozbawionego.

– Słynę z opiekuńczości.

Steffi nie pozostawało nic innego, jak krótko uściskać przyjaciółkę.

– Sprawdzisz co z Danem? – wyszeptała jej szybko do ucha. Od miesięcy nie zostawiała brata na tak długo.

– Oczywiście. – Tara odwzajemniła uścisk. – Nic się stanie. To tylko kilka godzin. Baw się dobrze.

Jak niby miała się dobrze bawić z wilkiem? Mimo to Stephanie czuła w żyłach dziwne napięcie. Podniecenie. Zaczynała ją ekscytować perspektywa negocjacji z tym mężczyzną, uzyskania od niego tego, czego chciała. Zamierzała zdobyć ten kontrakt.

– Hej, Jack. Miło było pana poznać. – Tara pomachała biznesmenowi i w oka mgnieniu zniknęła w hotelu.

Jack podszedł do drzwi kierowcy.

– Wie pan, że tutaj obowiązuje ruch lewostronny?

– Jestem tego świadom. – Wsiadł do środka i rzucił aktówkę na tylne siedzenie.

Kiedy Stephanie usadowiła się w środku, on miał już zapięte pasy i przesuwał dłońmi po kierownicy.

– Jest pan pewien, że nie chce, żebym to ja prowadziła? – Stephanie nie wiedziała, czy da radę siedzieć tak blisko niego. Wydawał się teraz jakiś większy.

Uśmiechnął się tylko w odpowiedzi i Stephanie postanowiła zignorować zdradziecką falę ciepła, jaka na ten widok rozeszła się po całym jej ciele. Niemożliwe, żeby leciała na kogoś tak aroganckiego.

– Wysłuchiwanie moich wskazówek może być męczące.

– Poradzimy sobie bez pani wskazówek.

Bez?

– Ale przecież nie wie pan, dokąd chcę go zabrać.

– Ale wiem doskonale, dokąd sam chcę jechać.

Zacisnęła usta w nagłym olśnieniu. Był już wcześniej w Melbourne, a teraz zamierzał pojechać w jakieś znane sobie miejsce. Ukradł jej plan porwania.

– Nie lubi pan tracić kontroli? Woli pan dyrygować i dyktować ludziom, co i jak mają robić, prawda? Dlatego wydaje pan przewodniki turystyczne. Żeby mówić ludziom gdzie i jak powinni jechać?

Nie zabrzmiało to jak tekst słodkiej Steffi Leigh.

– To pani dyktuje ludziom, jakiego koloru lody włoskie powinni jeść, żeby wyglądać „cool i na luzie” – zakpił. – Tak jakby smak już się zupełnie nie liczył.

– Źle pan to zrozumiał. Smak to podstawa.

– Naprawdę? W takim razie czego pani zdaniem powinienem posmakować?

Puściła mimo uszu aluzję.

– Poza tym wydawało mi się, że podróżowanie w duchu przewodników Wolfe’a zakłada wybieranie mniej uczęszczanych dróg… zdanie się na przewodnictwo miejscowych.

– Chce pani mną przewodzić? – Roześmiał się serdecznie i ciepły ton słyszalny w jego śmiechu zamknął jej usta. Czy to naprawdę ten sam mężczyzna, który przed chwilą wyszczekiwał ostre polecenia do telefonu, a potem zmierzył ją spojrzeniem pełnym nieskrywanej wrogości? Teraz był uosobieniem czaru.

Przekręcił kluczyk w stacyjce i wolno wyjechał na ulicę.

– Kto to jest Dan? – spytał.

Stephanie ugryzła się w język, żeby nie odparować „A co to pana obchodzi”.

– Mój kot.

– Kot? – powtórzył i wbił wzrok w drogę przed nimi. – Nie wygląda mi pani na kociarę. Raczej na miłośniczkę torebkowych piesków.

– Dawno przebrzmiała moda – wymruczała. – A poza tym najwyraźniej celem mojego życia jest obalenie pańskich stereotypowych założeń co do takich głupiutkich stworzeń jak ja.

– Nigdy nie powiedziałem, że jest pani głupiutka.

– Nie musiał pan. Pańskie spojrzenie było wystarczająco wymowne.

– Moje spojrzenie?

– To, które mi pan posłał, gdy mnie pan zobaczył w hotelu.

– Co niby mówiło?

– Że nie może pan uwierzyć, że będzie musiał odbyć biznesowe spotkanie z taką bezmózgą trzpiotką.

Zatrzymał się na czerwonym i spojrzał jej w oczy.

– A teraz jak na panią patrzę?

Przypomniała sobie wcześniejsze uwagi na temat akrobatki oraz smaku i dojrzała niehamowaną prowokację w jego spojrzeniu.

– Jakby był pan bardziej wygłodniały, niż twierdzi, że jest.

Zapadło pełne napięcia milczenie.

– Wielkie oczy i długie zęby? – odpowiedział w końcu. – Boi się pani, że jestem złym wilkiem?

– A nie jest nim pan?

– Myli mnie pani z moim bratem, Georgem. Ja nie jestem wilkiem, nie tak naprawdę. – Na ułamek sekundy w jego oczach znowu pojawiło się przygnębienie, ale zamrugał i zaraz zniknęło.

– A to pech – mruknęła.

– A miała pani ochotę na spotkanie z drapieżnikiem? Zamierzała pani dać się złapać i pożreć?

– Zamierzałam się wyrwać. – Gdy tylko to powiedziała, dotarło do niej, że to prawda. Naprawdę chciała tego popołudnia wyrwać się na kilka godzin. Uciec od swojego maleńkiego mieszkanka, brata, bloga.

Zmierzył ją badawczym spojrzeniem.

– Zaskakuje mnie pani.

– Bardzo się cieszę.

– Stephanie… – urwał, bo nagle rozległ się dzwonek jego komórki. Popatrzył na wyświetlacz i jego twarz znowu zamieniła się w sztywną maskę. – Przepraszam. Muszę odebrać.

Zjechał na pobocze, puszczając mimo uszu klakson samochodu z tyłu.

– No i? – spytał ostro i chwilę słuchał odpowiedzi. – Dobrze. Będę.

Wsadził telefon do kieszeni marynarki, ale nie ruszył. Dłoń na kierownicy zacisnęła się w pięść. Stephanie przebiegła językiem po wyschniętych wargach, niepewna, czy powinna się odezwać. Czuła, że na nią parzy – nie wiedziała, czy sama chce na niego spojrzeć.

W końcu to zrobiła i momentalnie pogrążyła się w niebieskiej otchłani jego oczu. I znowu powietrze między nimi zaczęło iskrzyć od prądu.

– Steffi Leigh… – wymruczał wolno, używając jej pseudonimu z sieci. – Czy naprawdę chcesz uciec?

Tytuł oryginału: Tycoon’s Terms of Engagement

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2015

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

Korekta: Anna Jabłońska

© 2015 by Natalie Anderson

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2017

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne.

Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-516 Warszawa, ul. Starościńska 1B, lokal 24-25

www.harlequin.pl

ISBN 978-83-276-2997-5

Konwersja do formatu EPUB: Legimi Sp. z o.o.