Podróż na koniec świata. Klątwa Helmsleyów - Nicholas Gannon - ebook + audiobook
Opis

Witaj w świecie, gdzie możliwa jest fantastyczna podróż na sam jego koniec… i do wielu innych miejsc! Archer Helmsley ponad dwa długie miesiące spędził w szkole z internatem. Teraz wraca do domu na ferie zimowe – w samą porę, by nareszcie spotkać się z dziadkami, słynnymi odkrywcami, którzy przed dwoma laty zaginęli na górze lodowej. Po mieście krążą jednak plotki. Czy dziadkowie Archera zmyślili historię z górą lodową? Archer jest pewien, że nie; że mówią prawdę. Żeby ratować ich reputację, będzie musiał stawić czoło wielu przeciwnościom. Klątwa Helmsleyów to zarazem odrębna historia i ciąg dalszy Podróży na koniec świata. Utrzymana w tradycji Roalda Dahla, Lemony Snicket i Briana Selznika, ta ponadczasowa opowieść skrzy się przepiękną grafiką, sarkastycznym humorem i urzekającą galerią postaci, dowodząc przy tym, jak ekscytujące może być odkrywanie nieznanego i poszukiwanie przygód na swoim własnym podwórku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 312

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 35 min

Lektor: Jarosław Łukomski

Popularność


Tytuł oryginału:

THE DOLDRUMS AND THE HELMSLEY CURSE

Text and illustrations copyright © 2017 by Nicholas Gannon

First published by Greenwillow Books, an imprint of HarperCollinsPublishers.

Zarówno niniejsza książka, jak i zawarte w niej odniesienia do wydarzeń historycznych, rzeczywistych osób, miejsc i organizacji to fikcja literacka. Pozostałe postaci, wydarzenia i dialogi stanowią wytwór wyobraźni autora i nie powinny być uznawane za rzeczywiste.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Debit

Copyright © 2019 for the Polish translation by Wydawnictwo Debit

Redakcja: Bożena Sęk

Korekta: Aleksandra Mól

Skład, łamanie i wykonanie okładki: Monika Drobnik-Słocińska

Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez uprzedniej pisemnej zgody właściciela praw jest zabronione. Informacji udziela Wydawnictwo Debit.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A jeśli ją kopiujesz, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

ISBN 978-83-8057-374-1

Wydawnictwo Debit Sp. z o.o.

ul. Fitelberga 1

40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

Zapraszamy do księgarni internetowej na naszej stronie:

www.wydawnictwo-debit.pl

www.facebook.com/WydawnictwoDebit

E-wydanie 2019

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Patricka i Gannona,

a także dla Zszywaczy i Wywrotek

PLOTKI I ŚNIEŻNE PŁATKI

Całe Rosewood huczało od plotek. Wirowały w powietrzu ponad zaśnieżonymi dachami i płynęły wzdłuż wąskich uliczek.

– Jak to możliwe? Minęły przecież dwa lata!

Wymieniano je szeptem w sklepach przy ulicy Kwiatowej i nad filiżanką kawy w Café Belmont.

– Chcesz powiedzieć, że wszystkich nas nabrali?

– A co niby jedli przez cały ten czas?

Powtarzano je ze śmiechem w szkolnych salach i całymi garściami pożerano w Słodkim Raju.

– Przecież na górze lodowej były chyba pingwiny?

– I co? Przetrwali, jedząc pingwiny?

Była to istna nawałnica plotek. Zalegały i piętrzyły się wyżej niż śniegowe zaspy. Setki odpowiedzi na jedno proste pytanie:

KRONIKA MIEJSKA

JAKIM CUDEM HELMSLEYOM UDAŁO SIĘ PRZEŻYĆ NA SZCZYCIE GÓRY LODOWEJ?

Ralf i Rachela Helmsleyowie byli bez wątpienia najsłynniejszymi obywatelami miasta. Para odkrywców i podróżników, których jeszcze do niedawna uznawano za zmarłych, miała wkrótce powrócić do wysokiego wąskiego domu przy wąskiej i krętej ulicy Wierzbowej. A już z całą pewnością nikt bardziej nie oczekiwał ich przybycia niż wnuk – Archer B. Helmsley.

– Archer jest niebezpieczny – słyszało się opinie. – W muzeum wypuścił na wolność tygrysy tylko po to, żeby się przekonać, czy zdoła im uciec.

– Podobno samym spojrzeniem umie sprawić, że żołędzie eksplodują.

– E, to przecież niemożliwe. Za to potrafi zmienić flaminga w szklankę lemoniady, kiedy chce mu się pić.

W rzeczywistości Archer nie potrafił żadnej z tych rzeczy. Istotnie, dzięki przyjaciołom i tratwie ratunkowej naprawdę umknął tygrysom. Miało to miejsce dwa miesiące wcześniej, podczas nieudanej ekspedycji mającej na celu odnalezienie dziadków, którzy zniknęli z życia Archera, gdy miał zaledwie dwa dni. W efekcie awantury, jaka wówczas wynikła, od dwóch miesięcy mieszkał w internacie szkoły o złowieszczej nazwie Kruczy Las. (Rodzice się uparli, że to dla jego dobra). Zanim wsiadł do pociągu jadącego na północ, dowiedział się, że dziadkowie mają się świetnie i wracają wreszcie do domu. Lecz dla niego nie było już odwrotu…

Tak więc ominęły go pierwsze plotki obiegające miasto oraz pierwsze płatki śniegu, które spadły na ulicę Wierzbową, a także całe mnóstwo tych, które spadły później. Początek zimy był wyjątkowo mroźny. Mróz był taki, że kiedy marszczyło się nos, istniała groźba, że pozostanie zmarszczony już na zawsze. Całe Rosewood przypominało morze bieli, a śniegu przybywało z każdym dniem.

DZWONIĄCE KALORYFERY

W piwnicy domu przy ulicy Wierzbowej 376 piec pracował pełną parą, pompując rurami gorącą wodę cztery kondygnacje w górę, aż do sypialni, gdzie posykiwał i dzwonił kaloryfer. Adelajda Belmont siedziała przy biurku, pisząc list:

Nie udało mi się jeszcze zobaczyć Twoich dziadków.

Ale całe miasto mówi tylko o nich...

Przerwała pisanie i spojrzała za siebie. Parę kroków od biurka stał jej przyjaciel i sąsiad Oliwer Glub.

– Niedługo będę mógł wjechać na sankach do twojego pokoju – rzekł z twarzą przylepioną do szyby.

Adelajda stanęła obok niego i razem patrzyli, jak śnieg zasypuje coraz grubszą warstwą ogrody domów przy Wierzbowej.

– W życiu nie widziałam tyle śniegu – powiedziała. – Te mury mają ze dwa metry, a już prawie nie widać, gdzie się zaczyna który ogród.

Oliwer mieszkał po przekątnej. Obok jego domu stał Dom Helmsleyów. Dom Archera. Ale okna w sypialni Archera były ciemne. Pozostawały takie od incydentu z tygrysami.

– Myślisz, że on wie, co się tu mówi o jego dziadkach? – spytał.

– Nie mam pojęcia. – Adelajda wróciła do biurka. – W listach nie poruszał nigdy tego tematu. A nawet gdybyśmy mogli mu o tym napisać, to naprawdę nie wiem, od czego mielibyśmy zacząć.

Oliwer też nie wiedział. Każdego dnia pojawiała się nowa plotka, jedna gorsza od drugiej.

Dziewczynka skończyła pisać, wsunęła list do koperty i podeszła do niego.

– Jestem gotowa – powiedziała.

ODRZUĆ TROSKI PRECZ

Przy drzwiach wejściowych włożyli płaszcze i owinęli się szczelnie szalikami. Adelajda wepchnęła drugi szalik do buta, żeby wypełnić puste miejsce wokół drewnianej nogi. Ostrożnie zeszli po schodach i zaczęli brnąć przez śnieżne okopy, które kiedyś były chodnikami. Słońce już zaszło, świeciły gwiazdy, a latarnie oświetlały im drogę.

– Gdybym nie wiedział, gdzie jestem – mruknął Oliwer, pomagając dziewczynce pokonać kolejny śniegowy wał – mógłbym pomyśleć, że naprawdę dotarliśmy na Antarktydę.

Na rogu minęli grupę kolędników.

Nadchodzi Narodzenia Dzień,

Więc raduj się, rzuć troski precz,

Odrzuć je precz, niech dzwonią

Srebrzyste serca dzwonów…

Skręcili w ulicę Kwiatową. Była to wijąca się aleja, przy której znajdowało się mnóstwo małych sklepików, w tym narożna kawiarnia ojca Adelajdy. Opatuleni po uszy właściciele sklepów, tkwiąc na drabinach, przystrajali witryny w lampki, girlandy i świąteczne dekoracje, podczas gdy klienci przystawali na zewnątrz, żeby popatrzeć.

– Uwaga na głowy! – krzyknął pan Bray ze sklepu Bray – Artykuły Piśmiennicze, kiedy zanurkowali pod drabiną. – Poza tym to przynosi pecha.

Zanim dotarli do kawiarni, twarze zdążyły im zesztywnieć i spurpurowieć od mrozu. Ale wewnątrz było tłoczno, ciepło i przytulnie. Wszędzie wokół parowały filiżanki z kawą. Adelajda zlustrowała zatłoczony kontuar. Barman uchwycił jej spojrzenie.

– Dwie gorące czekolady!? – wrzasnął, przekrzykując gwar.

Dziewczynka skinęła głową i pociągnęła Oliwera przez ciżbę do stolika w rogu. Gdy dotarli na miejsce, Oliwer zdjął szalik i przyjrzał się czemuś na blacie. Adelajda zrobiła to samo. Na stoliku leżała gazeta.

KRONIKA MIEJSKA

LODOWA MISTYFIKACJA!!!

Co dzień nowe pogłoski! Nasze miasto jest pijane od plotek. Nadszedł czas, by z mocą powiedzieć: „Dość!”. Nim jednak Państwo to uczynią, proszę wznieść kielichy raz jeszcze i pozwolić, byśmy to my napełnili je po raz ostatni. Nasza „Kronika” odkryła, że Helmsleyowie sfingowali własne zaginięcie. Tak, tak, słynna góra lodowa to zwykłe oszustwo!

Skąd mamy tę informację? Od człowieka, którego nazwisko, choć nie tak słynne jak Helmsleyów, niektórym z czytelników na pewno jest znane. Pan Herbert P. Birthwhistle, obecny prezes Stowarzyszenia, przebywa teraz w Szkocji, ale połączyliśmy się z nim telefonicznie.

„Wciąż gromadzimy dane – stwierdził pan Birthwhistle – jednakże już teraz mogę stwierdzić z całą pewnością, że na górze lodowej nie doszło do żadnego wypadku. Wiemy, że Helmsleyowie zeszli na lód, a następnie mimo intensywnych poszukiwań nie zostali odnalezieni. Jesteśmy przekonani, że zwyczajnie nie chcieli zostać odnalezieni”.

(Tych z Państwa, którzy nie są zaznajomieni z tematem, informujemy, iż Stowarzyszenie skupia grono podróżników i przyrodników, a jego siedziba mieści się na Cyplu).

„Wzdragam się mówić źle o koledze podróżniku – dodał pan Birthwhistle – więc nie będę wnikał w szczegóły. Faktem jest, iż w czasie swojej kadencji były prezes Ralf Helmsley podejmował kontrowersyjne, a nawet dziwaczne decyzje. Wielu członków żywiło obawy, że z wiekiem szwankuje mu umysł. Wielu było wręcz przekonanych, że jego poczynania przyniosą zgubę Stowarzyszeniu. Podjęto więc kroki, by usunąć go ze stanowiska. W obliczu skandalu Helmsleyowie zniknęli. No cóż, przypadki zaginięcia w lodach słynnych podróżników przeszły do legendy. Mam przykre wrażenie, że Ralf chciał się podłączyć do ich zacnego grona.

Nie wiem, jak Helmsleyom udało się przetrwać. Nie wiem również, dlaczego tak nagle postanowili wrócić do ojczyzny. Faktem jest, że wracają. Członkowie Stowarzyszenia zostali ostrzeżeni. A ja czuję się w obowiązku ostrzec również innych obywateli naszego miasta. Mówię to z ciężkim sercem, ale ci ludzie stanowią zagrożenie dla każdego z nas”.

– Niedobrze – stwierdziła Adelajda, wyrywając z gazety kartkę z artykułem.

Przez tłum przecisnął się jej ojciec i postawił przed nimi dwie filiżanki z gorącą czekoladą. Prędko wzięli je w dłonie, aby zagrzać zziębnięte palce.

– Miło cię znowu widzieć, Olryku – powiedział pan Belmont.

– Oliwerze – poprawiła go z uśmiechem Adelajda.

– Też ładnie.

Mroźny podmuch wionął przez kawiarnię, kiedy niska kobieta w kwiecistym płaszczu wpadła do środka.

– Ależ ziąb! – wykrzyknęła, zatrzaskując za sobą drzwi. – Potworny ziąb! Naprawdę nie do zniesienia. Nigdy w życiu, nigdy, przenigdy nie przeżyłam tak mroźnej zimy. To naprawdę musi być jakaś klątwa! O tak, to klątwa Helmsleyów!

– Klątwa Helmsleyów – powtórzyło kilka głosów. „Kronika” ukuła to sformułowanie, żeby wyjaśnić czytelnikom, dlaczego borykają się z tak ostrą zimą, że najstarsi mieszkańcy Rosewood nie pamiętają podobnej.

– Im bliżej są Helmsleyowie, tym zimniej się robi – mruknął ktoś. – Wiozą ze sobą tę górę lodową czy co?

– Port powinien zostać zamknięty. Nie wolno ich wpuścić!

Kobieta w kwiecistym płaszczu pokiwała energicznie głową na znak zgody i z niejakim trudem wcisnęła się między gości przy barze.

– Poczwórną! Proszę mi zrobić poczwórną kawę. I żeby była gorąca!

– Klątwa... Akurat mróz wcale nie szkodzi interesom – mruknął pan Belmont i wrócił za kontuar.

Oliwer wytarł czekoladowe wąsy.

– Ja tam nie wierzę w żadne klątwy – szepnął.

Adelajda zwróciła mu uwagę, że ma również czekoladową brodę.

– Ja też nie – odpowiedziała. – Ale musisz przyznać, że to wszystko jest bardzo dziwne.

– Tata mówi, że „Kronika” to szmatławiec. – Oliwer jeszcze raz przebiegł wzrokiem artykuł. Jego ojciec, pan Glub, był właścicielem znacznie mniejszej gazety, „Kuriera Prowincjonalnego”. – Dziadkowie Archera mieliby stracić rozum? Chcieli zniknąć?

– Ale kto by to wymyślił? – zastanawiała się Adelajda, mieszając palcem parę unoszącą się znad filiżanki. – Naprawdę nie wierzysz w ani jedno słowo?

Chłopiec otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale zamiast tego wlał w nie kolejny łyk czekolady.

TRZY GODZINY POCIĄGIEM

– Chodźmy już – powiedział, dopijając resztę. – Zaraz odbierają pocztę.

Wyszli z kawiarni i przeszli na drugą stronę ulicy. Skrzynka pocztowa tonęła w śniegu. Oliwer odkopał klapkę i mocno szarpnął, żeby ją otworzyć. Adelajda wrzuciła list do środka.

– A właśnie, jak daleko jest do Kruczego Lasu? – zapytała.

– Trzy godziny pociągiem.

I właśnie pociąg miał wieźć ich list. Wieczorem został wyjęty ze skrzynki, następnie trafił do sortowni, a potem – w brudnym worku – na stację kolejową, gdzie wrzucono go do wagonu pocztowego. Pociąg ruszył na północ, przejechał przez Rosewood, łomocząc na stalowym wiadukcie spinającym brzegi zamarzniętego Kanału, i wydostał się z miasta. Prześliznął się niczym wąż torami nad skalistym wybrzeżem, wypluł dym wysoko ponad ośnieżone sosny, aż w końcu dotarł do wioski Stonewick. Tam listy posortowano od nowa i wrzucono do pocztowej furgonetki. Samochód zagłębił się w gęsty sosnowy las, minął krzywą bramę z kutego żelaza i wjechał na polanę, gdzie nad krawędzią klifu wznosiła się szkoła z internatem.

ROZDZIAŁPIERWSZYKRUCZY LAS

Archer nie mógł zasnąć. Wyciągnął skostniałą dłoń i pokręcił gałką przy kaloryferze. Bez rezultatu. Ogrzewanie, jak wiele rzeczy w Kruczym Lesie, również było koszmarne.

Po drugiej stronie pokoju głośno chrapał jego współlokator, Beniamin Birthwhistle.

Szczelnie opatulony w koc Archer na paluszkach potuptał do biurka i wyjrzał przez zwichrowane okno. Poranny śnieg opadał na morskie fale, które rozbijały się o przybrzeżne skały. Widok był raczej z gatunku ponurych, ale Archerowi się podobał. Ten poszarpany brzeg morski prowadził prosto do Rosewood.

Wziął z biurka pióro i zaznaczył kolejny „X” w kalendarzu.

– Jeszcze jeden dzień – mruknął.

Jutro po południu odjeżdża pociąg do Rosewood. Jutro spotka się z Oliwerem i Adelajdą. Ale czy prócz tej dwójki ktokolwiek na niego czeka? Rodzice nie odzywali się do niego, odkąd wyjechał do szkoły, co raczej go nie dziwiło. Ale podczas dwóch i pół miesiąca, które spędził na wygnaniu, nie miał również żadnych wieści od dziadków. Ani słowa odkąd przysłali mu pocztą kawałek góry lodowej. Czy są już w domu? Nie wiedział. I to go niepokoiło.

Za jego plecami Beniamin przestał chrapać. Archer obejrzał się przez ramię.

– Czemu się tak wcześnie zerwałeś? – spytał Beniamin, mrugając zaspany.

– Jest za zimno. Nie mogłem spać.

Beniamin wytknął stopy spod koca. Były dwukrotnie większe, niż powinny.

– Masz spuchnięte stopy – powiedział Archer, siadając przy biurku. – Pająk wrócił? Ugryzł cię?

Beniamin wyszczerzył się i pokręcił głową.

Poprzedniego wieczoru chłopcy stoczyli regularną bitwę z wielkim pająkiem, który zakradł się do ich pokoju. Archer cisnął w niego lampą, następnie trzema książkami i ku przerażeniu Beniamina kwiatkiem w doniczce. Ale ośmionogie monstrum umknęło, nie odniósłszy obrażeń.

– Nie, to tylko skarpetki. – Beniamin stłumił ziewnięcie. – Nałożyłem cztery pary. – Przeczesał palcami długie zmierzwione włosy. Z czupryny na podłogę wypadł liść. – Zastanawiam się, skąd wziął się ten pająk.

Archerowi wydawało się to oczywiste. Połowę pokoju należącą do Beniamina zajmowały gęsto upchane rośliny doniczkowe, a biurka prawie nie było spod nich widać. Rośliny były zresztą dziwne; nie widywał takich w ogrodach przy ulicy Wierzbowej.

Archer pochylił się, żeby przyjrzeć się zielsku stojącemu na biurku.

– To wygląda jak wylęgarnia pająków.

– Chodzi ci o mój oczeret? – spytał Beniamin. – Czy o didactusa, który wykiełkował wczoraj? Jeśli ma różowo nakrapiane liście, to zwykły knotek.

Archer mieszkał z Beniaminem wystarczająco długo, by wiedzieć, że to żadne z nich. Roślina miała długie spiralne łodygi pokryte guzami, które wyglądały, jakby coś chciało się z nich wydostać.

– A! – Beniamin sztywno przykuśtykał do biurka. – To Paria glavra. Uważaj, może być trochę nieprzyjazna.

– Nieprzyjazna? – przestraszył się Archer i szybko zabrał rękę.

Beniamin otworzył swój notes i zlustrował uważniej roślinę.

– Jak większość roślin z gatunku Paria, zaczyna niewinnie – wyjaśnił. – Ale z czasem stają się niebezpieczne. Śmiertelnie niebezpieczne.

Archer strząsnął z siebie koc i rzucił się do umywalki myć ręce. Ostatnią rzeczą, jakiej sobie życzył, była śmierć jeszcze przed spotkaniem z dziadkami.

– Na razie nie wypuściła kolców. – Beniamin zmierzył narośle piórem. – Ich musisz się wystrzegać.

Nieważne, kolce czy nie kolce, Archer zdążył się już nauczyć, że nie wolno dotykać roślin Beniamina, zanim się nie upewni, że to bezpieczne. Porządnie namydlił ręce, podczas gdy kolega notował w zeszycie postępy wzrostu i inne obserwacje – prawie jakby odrabiał zadanie domowe! Powiedział mu kiedyś, że gdyby Archer wiedział, do czego zdolne są rośliny, sam by zrozumiał jego pasję. Na razie jednak Archer nie silił się na głębsze refleksje – poza tą, że patykowaty tułów kolegi zwieńczony kiścią bujnych wijących się włosów łudząco upodabnia go do jego roślin.

– Po śniadaniu chciałbym sprawdzić pocztę – bąknął. Wytarł ręce i włożył buty.

– Znowu? – zdziwił się Beniamin, usiłując wciągnąć przez głowę trzeci sweter. – Ha! To dlatego nie możesz spać. Wcale nie chodzi o zimno, tylko o twoich dziadków, prawda?

Nie mylił się. Archer nie spał już od tygodnia.

– Może w końcu napisali...

Beniamin przysiadł na łóżku, żeby zawiązać sznurowadła. Obserwował, jak Archer przyciska ucho do drzwi. W Kruczym Lesie było niewielu uczniów, ale nawet ta garstka, spotykając się w mrocznych zakurzonych korytarzach, stawała się z miejsca czymś na kształt wyjącej hordy barbarzyńców.

– Może zaczekajmy jeszcze chwilę – zaproponował Archer. – Chyba że chcesz znów zostać stratowany.

– To było straszne – zaśmiał się Beniamin. Wyjął z kufra koszulę z kołnierzykiem. – Popatrz, ślad buta j e s z c z e  się nie sprał!

Plan zajęć w Kruczym Lesie był bardzo napięty, za spóźnienia groziły surowe konsekwencje. Archerowi często zdarzało się spóźniać, lecz jakoś nigdy nie wpadł w tarapaty.

Beniamin wrzucił koszulę z powrotem do kufra.

– Masz szczęście, że pan Churnick cię lubi.

SZCZĘŚLIWE NASTĘPSTWA

Pan Churnick był dyrektorem szkoły. Ten krępy, czerstwy mężczyzna miał duże zęby, na których często pozostawały okruchy sernika. Pan Churnick bardzo lubił sernik. Lubił też Archera, co było zaskakujące, zważywszy, jak powitał go w szkole.

– Nie mam w zwyczaju przyjmować trudnych dzieci do swojej szkoły, Archerze Helmsleyu. Jednakże Kruczy Las przeżywa ciężkie czasy i choć czynię to wbrew sobie... no cóż, usiądź.

Mama Archera nie pominęła najmniejszego szczegółu przelicznych zbrodni, jakich dopuścił się jej syn. Wszystko znalazło się w teczce pana Churnicka. Począwszy od rozmów z wypchaną fauną, na incydencie z tygrysami skończywszy.

– Wypuściłeś tygrysy na wolność, zgadza się? – mamrotał pan Churnick, studiując listę. – Setki osób omal nie straciły życia? Ale z twoich akt wynika, że masz na sumieniu tylko jedną ofiarę. Szczęśliwie się składa. Widzę, że poważny uszczerbek odniosła niejaka pani Murk... pani Murkley?! Naprawdę załatwiłeś panią Murkley?! Ale przecież ona jest... a ty, no cóż... Załatwiłeś ją za pomocą NIEDŹWIEDZIA POLARNEGO???

Pani Murkley niegdyś uczyła w Kruczym Lesie, a następnie została nauczycielką Archera w Akademii pod Wierzbami. Archer, Oliwer i Adelajda nie wiedzieli, dlaczego odeszła z poprzedniej szkoły. Niemniej, znając ją jako sadystycznego potwora, przypuszczali, że ma na sumieniu coś okropnego. Może równie okropnego jak przygniecenie nauczyciela polarnym niedźwiedziem.

– Nosił wilk razy kilka! Trafiła kosa na kamień, co, Archer? – Pan Churnick śmiał się tak bardzo, że omal nie spadł z krzesła. – Sprawiedliwości w końcu stało się zadość! Dzięki tobie, chłopcze. Jak to się stało, że dotąd o tym nie słyszałem? No cóż, przypuszczam, że jak to mówią, dobre wieści podróżują wolniej niż złe.

Archer nie miał wówczas pojęcia, co tak ucieszyło pana Churnicka. Beniamin również nie potrafił wyjaśnić tej zagadki. Mieszkał w Kruczym Lesie jedynie czasowo, kiedy jego ojciec, który był przewodnikiem, wyjeżdżał na długie wyprawy. (Beniamin nigdy nie wspominał o matce i Archer nie był pewien, czy w ogóle ją ma). W końcu jednak udało się rozwikłać zagadkę.

Mimo iż szczegóły sprawy pani Murkley w zależności od źródła różniły się nieco, układały się w spójny scenariusz. Chłopiec imieniem Filip spadł z wysokości czterech pięter i byłby niechybnie zginął, gdyby nie wylądował w gęstym krzewie przystrzyżonym na kształt kruka. Wybuchł potężny skandal zogniskowany wokół nauczycielki. Niczego nie udowodniono, ale większość rodziców zabrała swoje dzieci ze szkoły. Kruczy Las znalazł się na skraju bankructwa. I to dało się poznać. W pomieszczeniach nie sprzątano, oświetlenie z reguły szwankowało, ogród był zapuszczony, a jedzenie… lepiej nie mówić.

LIST BENIAMINA

Chłopcy pobiegli do jadalni i zajęli swoje zwykłe miejsca w rogu. Żałośnie wyglądający pracownik stołówki z hukiem postawił przed nimi miski. Archer uniósł łyżkę i przyjrzał się podejrzliwie białej grudkowatej brei.

– Owsianka jest coraz gorsza – stwierdził Beniamin, zaglądając z rozpaczą do swojej miski.

– Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe. – Archer oblizał łyżkę i natychmiast tego pożałował. – Smakuje jak tektura z klejem.

– Albo ze smalcem? – zasugerował Beniamin.

Dwie spore dłonie oparły się na ramionach Archera.

– Dzień dobry, chłopcy. – To pan Churnick robił swój poranny obchód. – Mój Boże! Archer, jesteś zziębnięty na kość. Przykro mi z powodu ogrzewania. Robię co mogę, ale musimy oszczędzać. – Dyrektor wysunął głowę nad ramieniem Archera i zlustrował zawartość misek. – No, przynajmniej jedzenie się trochę poprawiło.

– Czy moglibyśmy zrezygnować dziś ze śniadania? – spytał Archer, wkładając łyżkę z powrotem do miski. – Chciałbym sprawdzić pocztę.

Pan Churnick rozejrzał się wkoło.

– Dobra. Tylko po cichu i szybko. Nie róbcie przedstawienia.

Kiedy wyszli z jadalni, pan Churnick odchrząknął z zakłopotaniem.

– Tak w zasadzie mam do ciebie pytanie – rzekł półgłosem. – Chodzi o Akademię pod Wierzbami. Co sądzisz o tej szkole?

Pomijając to, że został z niej wydalony, Archer nie miał jej nic do zarzucenia.

– Była w porządku, to znaczy… zanim pojawiła się pani Murkley...

– To mnie właśnie intryguje. Omawiałem różne sprawy z panią dyrektor Thimbleton, ale nie wyjaśniła, dlaczego zatrudniła tę zmorę po tym, jak ją wylałem. Decyzja co najmniej dyskusyjna! Miałem nadzieję zasięgnąć opinii u kogoś jeszcze.

– Proszę porozmawiać z panią Whitewood, bibliotekarką – poradził Archer. – Jest przemiła.

– Dzięki za radę. A ty spróbuj nie spóźnić się znów na lekcję. Mam wrażenie, że nauczyciele zaczynają się orientować, że świstki z karami, które ci wlepili, znikają z mojego gabinetu.

Pan Churnick klepnął Archera w plecy z taką siłą, że omal nie wprasował go w ścianę, a następnie zostawił chłopców przed pomieszczeniem, gdzie zostawiano przesyłki. Pokój pocztowy w Kruczym Lesie był maleńką komórką, pełną kurzu jak wszystko wokół. Pod ścianami znajdowały się drewniane przegródki na listy. Beniamin wepchnął się przed Archerem i wpadł na mały stolik. Leżąca na nim sterta gazet zsunęła się do pustego wózka. Archer runął do swojej przegródki, widząc w niej list i dwie paczki.

– To od dziadków? – spytał Beniamin, wyjmując list ze swojej przegródki. W jego głosie zabrzmiał niepokój.

– Nie, od Oliwera i Adelajdy – odparł Archer, zdrapując z koperty czekoladowy kleks. – Za to pani Glub przysłała nam ciasteczka.

Beniamin udał, że mdleje.

Mama Oliwera była bez wątpienia najbardziej utalentowanym cukiernikiem w całym Rosewood. Archer nie miał wątpliwości, że gdyby nie przysyłane przez nią paczki, już dawno umarłby z głodu. Beniamin był jej równie wdzięczny.

– Obie paczki są dla nas?

– Nie. W jednej jest sernik dla pana Churnicka – powiedział Archer, badając nawilgły papier. – Mam nadzieję, że się nie zgniótł.

Wsunął przesyłkę z powrotem do przegródki, zabrał list i drugą paczkę i ruszyli w kierunku głównego wyjścia. Archer zdjął kurtkę z wieszaka, drugą podał Beniaminowi. Kurtki były dla dorosłych i sięgały im sporo poniżej kolan, ale chłopcy się tym nie przejmowali. Wyszli na zewnątrz przez ciężkie dębowe drzwi, a następnie ruszyli chodnikiem z kamiennych płyt w stronę morskiego brzegu.

– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego dziadkowie się nie odzywają – powiedział Archer, w ostatnim momencie łapiąc równowagę na śliskim podłożu. – Ani rodzice. Wszyscy milczą jak zaklęci.

– Ty przynajmniej jedziesz jutro do domu – westchnął Beniamin. – A ja na świąteczne śniadanie dalej będę jadł tę breję.

Archer się skrzywił. Ojciec Beniamina wciąż był w podróży i biedak musiał spędzić całe ferie w internacie. Archer nie wiedział wiele na temat pana Birthwhistle’a, ale nie mógł pozbyć się uczucia, że kiedyś już spotkał się z tym nazwiskiem. Powiedział o tym Beniaminowi, który stwierdził, że pewnie mu się wydawało.

Gdy dotarli do tarasu z widokiem na morze, Archer użył przydługiego rękawa, żeby zmieść śnieg z ławki. Usiedli. Otworzył paczkę z wypiekami i podał Beniaminowi babeczkę z nadzieniem orzechowym. Chłopiec wziął ją w dłonie z nabożnym szacunkiem, niczym świętą relikwię. Archer parsknął śmiechem i wyjął list z koperty.

Drogi Archerze,

mam nadzieję, że radzisz sobie w Kruczym Lesie. U nas wszystko w porządku. To znaczy Oliwer ma podbite oko. Wdał się w szkole w bójkę z Karolkiem Brimble. Ten głupek znowu stroił sobie żarty z Ciebie i Twojej rodziny, więc Oliwer rzucił się na niego z pięściami.

Myślę, że Oliwer sam chciałby Ci opowiedzieć o naszej nowej sąsiadce. Nazywa się Kana Misra i chyba bardzo go lubi! (Oliwer zawsze się wścieka, kiedy mu to mówię).

Jeszcze nie widziałam Twoich dziadków, choć wszyscy w mieście mówią tylko o nich. Miałeś już jakieś wieści? Pewnie wkrótce przyjadą. I ty też!

Tęsknimy.

Adelajda

Drogi Archerze,

Brimble znowu żartował sobie z Ciebie w szkole. Oczywiście Adelajda musiała zareagować i wciągnęła w tę awanturę jeszcze mnie. Nie jestem pewien, co się wydarzyło, ale jakimś cudem to ja oberwałem. Adelajda zawsze była ryzykantką, a z wiekiem robi się coraz gorsza.

Zapomniałem napisać w ostatnim liście, że mamy nową sąsiadkę. Wprowadziła się do tego domu, gdzie mieszkała pani Murkley. Nazywa się Diptikana Misra. Nie miałem z nią lekcji, ale to ta dziewczyna o ciemnych włosach i jasnoniebieskich rybich oczach, które sprawiają wrażenie, że nie widzą tego, na co patrzą. Przyprawia mnie o dreszcze. Zauważyłem ostatnio, że cały czas się na mnie gapi. Pewnie mnie nawet szpieguje. Wprawdzie Adelajda twierdzi co innego, ale nie mam ochoty o tym rozmawiać.

Bezpiecznej podróży.

Oliwer

PS Przyjęcie świąteczne odbędzie się w dniu twojego przyjazdu. Twój tato powiedział mojemu, że przyjdziesz.

PPS Mam Ci coś do opowiedzenia na temat Słodkiego Raju, ale skończyło mi się miejsce, więc zaczekam, aż przyjedziesz.

Archer już nie mógł się tego doczekać.

– Porozmawiam z panią Glub, jak przyjadę do domu – rzekł, składając listy i wpychając je do koperty. – Będę ci wysyłał tyle ciastek, ile się da. Dodatkowo myślałem o tym, że jeśli zostawię tu większość rzeczy i pojadę z pustą walizką, to będę mógł ją załadować…

– Ja też jutro wyjeżdżam. – Beniamin opuścił list na kolana. – Mój tata skrócił podróż. Już jest w drodze do Rosewood.

– Czy to znaczy, że po świętach już tu nie wrócisz?

Beniamin pokiwał głową. Będzie chodził do swojej dawnej szkoły, małej prywatnej instytucji zwanej nie wiedzieć czemu Akademią Lakoniczną. Archer był zły i trochę zazdrosny. W tajemnicy sam liczył po cichu, że rodzice pozwolą mu zostać po świętach w Rosewood. Ale znając matkę, był prawie pewien, że nie będzie chciała o tym słyszeć. Teraz jego jedyny przyjaciel w Kruczym Lesie ma wyjechać? No, przynajmniej dla niego to dobra wiadomość.

Tymczasem Beniamin wcale nie wyglądał na zachwyconego. Wręcz przeciwnie.

– Coś się stało? – spytał Archer.

Beniamin nadgryzł babeczkę i zaczął powoli żuć.

– Tak sobie myślałem o twoich dziadkach – odezwał się w końcu. – Zawsze mówisz o nich w samych pięknych słowach, a jeśli wcale nie są tacy, za jakich ich uważasz? – Odgryzł następny kęs. – Przecież musiał być jakiś powód, że twoja matka nie dopuszczała ich do ciebie przez dwanaście lat.

Archer wydłubał orzecha ze swojej babeczki. Miał tylko dwa dni, kiedy jego rodzice pokłócili się z dziadkami i wymogli na nich, żeby nie widywali się z Archerem do czasu, aż skończy dwanaście lat.

– Moją mamę drażni to, kim są – wyjaśnił, wkładając orzech do buzi. – Nie podoba jej się zawód odkrywcy. I nie chce, żebym ja tak skończył.

– A co, jeśli nie podoba jej się to,  j a c y  są? – spytał Beniamin. – Co, jeśli wcale nie są tacy fajni? Może są po prostu niebezpieczni?

Archer już miał parsknąć śmiechem, ale śmiech jakoś pozostał w środku. Beniamin mówił śmiertelnie poważnie.

– Czemu niby mieliby być niebezpieczni?

– Chcę tylko powiedzieć, że w ogóle ich nie znasz, Archer. Licz się z tym, że coś może cię zaskoczyć.

Przez resztę dnia wyglądało na to, że Beniamin ma jeszcze mnóstwo do powiedzenia, lecz choć Archer naciskał, nie wrócił już do tematu. Kiedy wieczorem znaleźli się w pokoju, Beniamin od razu położył się do łóżka, mimo że był to ich ostatni wspólny wieczór w szkole. Zaniedbał nawet codziennej inspekcji swoich roślin.

– Czemu nie chcesz mi powiedzieć, co cię gryzie? – spytał Archer.

Beniamin nakrył głowę kocem.

– Jestem zmęczony. To wszystko. A jutro długa podróż przed nami.

Archer zabębnił palcami w blat biurka. Beniamin nigdy się tak nie zachowywał. Może nie chce wracać do domu? Rzadko wspominał o swoim ojcu. Możliwe, że nie dogadywali się za dobrze. Bardziej jednak martwiło Archera to, co powiedział o jego dziadkach – że mogą być niebezpieczni. Dlaczego to powiedział?

Zgasił światło i wpełzł do łóżka. Kiedy zegar w holu wybijał północ, wciąż nie spał. Niebezpieczni? Archer spojrzał w stronę, gdzie stało łóżko Beniamina. Chłopiec leżał z głową wciąż przykrytą kocem. Ale nie chrapał. A przecież wiadomo było, że Beniamin zawsze chrapie.

ROZDZIAŁDRUGIDZIWNE POŻEGNANIE

Ostatnie lekcje w Kruczym Lesie ciągnęły się niemiłosiernie, a milczenie Beniamina tylko pogarszało sprawę. Gdy zadźwięczał dzwonek końcowy, czerwony kufer Archera czekał już spakowany.

– Idź na autobus. Nie czekaj na mnie – mruknął Beniamin, usiłując wygospodarować w swoim bagażu miejsce na doniczkę z Paria glavra.

Archer wytaszczył kufer na korytarz i poszedł do gabinetu pana Churnicka. Nie zastał go tam, więc zostawił sernik na biurku wraz z podziękowaniami. W drodze powrotnej wpadł na Beniamina, którego chyba nie ucieszył jego widok. Mimo to już razem ruszyli tam, skąd dobiegały podniesione głosy nauczycieli. Długi ogonek uczniów starał się wepchnąć do autobusu. Gdy zajęli miejsca, Archer spostrzegł pana Churnicka, który wybiegł z budynku. Dyrektor dopadł autobusu i patrząc w okna, szukał kogoś, aż znalazł się twarzą w twarz z Archerem. Wtedy coś powiedział, lecz akurat w tym momencie silnik zagrzmiał i autobus ruszył. Archer mógł jedynie machać ręką, patrząc, jak postać dyrektora robi się coraz mniejsza.

Na stacji Stonewick tłumek rozentuzjazmowanych uczniów załadował się do pociągu.

– Trzy tygodnie bez szkoły! – zawołał ktoś. Odpowiedział mu chóralny okrzyk radości.

Beniamin usadowił się naprzeciwko Archera. Pogrzebał w skórzanym tornistrze i wyjął z niego książkę w zielonej oprawie, którą położył sobie na kolanach. Beniamin często ją studiował. Była pełna przepięknych szczegółowych ilustracji ukazujących rośliny i ich części.

– Wiesz, że w Rosewood działa coś takiego jak Stowarzyszenie? – spytał Archer. – Nigdy tam nie byłem i nie wiem o nim zbyt wiele, ale skupia odkrywców i przyrodników. Mój dziadek był kiedyś jego prezesem. Mam nadzieję, że uda mi się tam pójść, kiedy wrócę do domu. Tobie pewnie też by się tam spodobało. Na pewno mają mnóstwo speców od roślin.

Beniamin wciąż gapił się w książkę, choć Archer mógłby przysiąc, że przestał czytać.

– Brzmi interesująco – powiedział, przewracając kartkę. – Tak przy okazji, na tych speców mówi się botanicy.

Archer zerknął przez okno.

W miarę jak pociąg zmierzał na południe, ośnieżone sosny ustępowały miejsca coraz liczniejszym budynkom. Trzy ciche i bardzo długie godziny później przejechali nad zamarzniętym Kanałem i znaleźli się w Rosewood. Uczniowie stłoczyli się przy oknach, patrząc na światła miasta migoczące w wieczornym mroku. Beniamin odsunął czyjś łokieć sprzed twarzy i uśmiechnął się do Archera, choć uśmiech znikł tak szybko, że Archer uznał go za przywidzenie.

Gdy wjechali na stację, rozpętało się zamieszanie. Obsługa pociągu wyładowywała bagaże, ustawiając je na peronie. Archer i Beniamin przeciskali się między szczęśliwymi członkami rodzin, którzy odnajdywali się w ciżbie. W końcu i oni odszukali swoje bagaże. Archer po raz ostatni spróbował się dowiedzieć, co gryzie przyjaciela.

– Archer, w Kruczym Lesie fajnie się nam razem mieszkało – powiedział Beniamin, szukając kogoś w tłumie. – Ale… no, powinienem był coś ci powiedzieć. Nie chciałem tego robić. A nawet gdybym powiedział, chybabyś mi nie uwierzył. Wkrótce sam zrozumiesz. I pewnie mnie znienawidzisz. – Beniamin złapał za rączkę kufra i pomachał do pulchnej kobiety, która właśnie spieszyła w ich stronę. – To pani Fig. Zatrzymam się u niej do powrotu taty.

– Witaj w domu, Beniaminie! – wykrzyknęła kobieta, zamykając chłopca w uścisku, który łatwo mógł go przepołowić. Jej jadowicie zielony płaszcz raził w oczy, a radosny grymas na twarzy wprawiał w przerażenie. – Digby nie mógł się nacieszyć, gdy usłyszał, że spędzisz z nami święta!

Radosny świąteczny nastrój pani Fig opadł nieco, kiedy spostrzegła Archera.

– A, to ty – powiedziała, łapiąc za drugą rączkę kufra i odsuwając Beniamina na bezpieczny dystans. – Archer Helmsley, prawda? Pamiętam cię. Przez ciebie mój Digby o mało nie został pożarty przez tygrysy. A teraz jeszcze ta afera z twoimi dziadkami… – Pani Fig pomachała mu przed twarzą palcem, który jako żywo przypominał serdelek. – Powinniście się wszyscy wstydzić! Pospiesz się, Beniaminie! Nie powinieneś się zadawać z nim ani z nikim innym z tej okropnej rodziny.

I naraz Beniamin po prostu zniknął.

Archer przysiadł na kufrze, zastanawiając się, co mu się stało. Może w Kruczym Lesie zjadł o jedną miskę za dużo upiornej owsianki?

– Archer! Tutaj! Przepraszam za spóźnienie.

Tata torował sobie drogę przez tłum. Pan Helmsley, wysoki i szczupły prawnik, wykonywał powszechnie poważany zawód, ale – o dziwo! – swoim wyborem rozczarował własnych rodziców.

– Słyszeliśmy, że wiejskie powietrze czyni cuda – powiedział, ściskając Archera i uważnie się mu przyglądając. – Pan Churnick od twojego przyjazdu nie mógł się ciebie nachwalić. Matka z początku nie mogła uwierzyć. Schudłeś? Nie bardzo miałeś z czego.

– Jedzenie w Kruczym Lesie jest koszmarne – wyjaśnił Archer z uśmiechem. Zazwyczaj trudno było mu się dogadać z rodzicami, ale zawsze lepiej czuł się w towarzystwie ojca.

– Czyli taka sama kuchnia jak w mojej szkole z internatem. Nadal mam po niej w nocy koszmary. – Pan Helmsley zerknął na zegar. – Za to na przyjęciu u państwa Glubów będzie mnóstwo pyszności. I lepiej się pospieszmy, inaczej matka wkroi nas do zupy.

Wytaszczyli kufer Archera na ulicę i wstawili go do taksówki. Kiedy ruszyli, Archer nie mógł uwierzyć własnym oczom. Zaspy sięgały niemal dachu samochodu. Rosewood dosłownie tonęło w śniegu.

– Miałeś jakieś wieści od dziadków? – spytał tato, ścierając krawatem śnieg z okularów.

– Nie – odparł Archer. – Nie napisali do mnie ani razu. – Odwrócił się do ojca, nagle bardziej przestraszony niż zdenerwowany. – Wrócili?

– Jeszcze nie. I nie traktuj tego osobiście, Archer. Zachowują się tajemniczo, odkąd gruchnęła wieść, że być może żyją. Z tego, co słyszałem, a słyszałem niewiele, powinni wrócić lada dzień.

OKROPIEŃSTWO POWRACA

Taksówka zatrzymała się przed domem. Archer z ojcem wnieśli czerwony kufer po śliskich schodach i z hukiem postawili go na podłodze w holu. Mama Archera, zawsze przykładna i ułożona, mogła służyć za wzór porządnej obywatelki. Dziś jednak bardziej przypominała roztrzepaną panią Glub.

– Och! Myślałam, że to oni – westchnęła.

– Są jakieś wieści? – zapytał tato.

– Nie. I wiem, że uważasz to za zbyteczne, ale koniecznie musisz przejrzeć broszury. Te instytucje naprawdę mogą im pomóc.

Pani Helmsley ruszyła przez hol i zbliżyła się do Archera ostrożnie jak ktoś, kto podchodzi do miny przeciwpiechotnej, nie wiedząc, czy czasem nie jest uzbrojona. Następnie cmoknęła syna w czoło i zaczęła się mu uważnie przyglądać.

– Pan Churnick jest chyba cudotwórcą – powiedziała, zakładając ręce za plecy. – Powiedział mi, że jesteś jednym z najlepszych uczniów, jakiego kiedykolwiek miał. Zastanawiał się nawet, czy twoje… skłonności to już nie przeszłość.

Skłonności. Tego słowa mama używała, kiedy chciała nazwać różne rzeczy, które robił Archer, a ona ich nie akceptowała. Jak na przykład przypadkowe, oczywiście, podpalenie jednego z gości na kolacji. Archer podejrzewał, że ma to coś wspólnego z podobieństwem do dziadków, ale że nie miał szansy ich poznać, nie był pewien.

– Czy to oznacza, że nie muszę już wracać do Kruczego Lasu? – spytał z nadzieją.

W jednej chwili zrozumiał, że zadał głupie pytanie. Mama z całą pewnością była przekonana, że mina przeciwpiechotna nadal wymaga uwagi sapera.

– Pan Churnick wykonał wspaniałą robotę. Musisz pozostać pod jego opieką. A ja chciałabym poznać sekrety jego warsztatu – mruknęła.

– Ale chcemy ci powiedzieć coś, co z pewnością cię ucieszy – oświadczył pan Helmsley i przekazał głos żonie.

– Tak. Po namyśle zgodziliśmy się z ojcem, że twoje postępy utrwalą się jedynie wtedy, gdy będziesz spędzał więcej czasu poza domem w trakcie przerwy świątecznej.

Archerowi broda opadła prawie do ziemi. Odkąd dziadkowie zaginęli, był dosłownie więźniem we własnym domu.

– A teraz pędź na górę i się umyj. Pachniesz jak stary wagon kolejowy. Glubowie oczekują nas lada chwila.

Rodzice zniknęli w korytarzu. Archer stał jak wmurowany, patrząc na rodzinne skarby i wypchane zwierzęta przywiezione przez dziadków. Jego stary przyjaciel borsuk tkwił na małym stoliku wystrojony w świąteczny sweterek.

– Witaj w domu, Archer – pisnął żałośnie. – Pomożesz mi zdjąć to z grzbietu? Dlaczego ona co roku mi to robi?

– Sądzi, że wyglądasz w tym jak dżentelmen – odparł Archer, ściągając sweterek z borsuka.

– Nie byłem dżentelmenem za życia i doprawdy nie wiem, dlaczego coś takiego musi spotykać mnie po śmierci – fuknął borsuk, kiedy Archer wygładzał mu futro. Zniżył głos do szeptu: – Aczkolwiek bardzo się cieszę, że wróciłeś. Muszę stwierdzić, że dzieje się tu coś dziwnego. Dlaczego Beniamin bał się, że go znienawidzisz? Dlaczego dziadkowie się nie odzywają? I co takiego zrobili pani Fig, że ich nie cierpi? Nie mam pewności, o co chodzi, ale nie wygląda to dobrze.

Archer patrzył na borsuka w osłupieniu.

– Skąd o tym wszystkim wiesz?

– Wiem, bo ty o tym wiesz.

– Co się dzieje? – krzyknął struś z drugiego pokoju. – Z tym abażurem na głowie nic nie widzę! Czy to coś wróciło? Nie mówcie mi tylko, że to okropieństwo z brudnymi łapami znów będzie mnie dręczyć!

ZWYKŁE ŚWIĄTECZNE PRZYJĘCIE

Tuż obok dom państwa Glubów był pełen ludzi, muzyki i wszelkich wspaniałości. Wszyscy zgromadzili się w pokoju, który mimo obłażącej farby i luźnych desek w podłodze nazywany był Wielkim Salonem. I rzeczywiście był wielki. Przy płonącym kominku na kanapie w szkocką kratę siedziała Adelajda. Trzy wysokie okna wychodziły na zaśnieżony ogród.

Oliwer wpadł do pokoju i osunął się na kanapę obok niej.

– Dołożę drewna – powiedział, wyciągając skostniałe dłonie w stronę ognia. – Na zewnątrz jest lodowato. Może ty pójdziesz następnym razem?

Adelajda wskazała drewnianą nogę. Oliwer przewrócił oczami.

– Jak długo masz zamiar się tym zasłaniać?

Dziewczynka się uśmiechnęła i rozsiadła wygodniej.

W kącie pokoju Klara, młodsza siostra Oliwera, czołgała się pod choinką przystrojoną w lampki i ozdoby ze sreberek.

– Co ona tam robi? – spytał Oliwer powoli.

– Wyciąga swoje prezenty na wierzch, a twoje wpycha głębiej.

Klara zerknęła przez ramię na Adelajdę i obie zaczęły chichotać.

– Nie podoba mi się to wszystko – mruknął Oliwer, odwracając się do ognia. – Żebyście się czasem za bardzo nie zaprzyjaźniły. Zabraniam.

Z drugiego końca pokoju dobiegały niebiańskie zapachy. Pani Glub kursowała pomiędzy kuchnią a salonem, dbając, by długi stół nieprzerwanie tonął pod stertą pyszności.

– Uwaga! – zawołała, stawiając na stole korzenne ciasto z orzesznikiem. – Potwornie gorące!

Pani Whitewood, zaproszona na prośbę Adelajdy, siedziała przy stole, nakładając na talerze i objaśniając barmanowi Emerykowi, jakie ma obowiązki w bibliotece. Ale jasne było, że Emeryka znacznie bardziej interesują obowiązki ciążące na wypiekach pani Glub. A wiadomo, że obowiązkiem ciasta jest zostać zjedzonym.

– Ten strudel jest wyborny – powiedział, zerkając na pana Belmont. – Powinniśmy sprzedawać takie w kawiarni.

Pan Belmont nie zwracał na niego uwagi. Podarował państwu Glubom na święta ekspres do kawy i właśnie objaśniał jego działanie, parząc nową mieszankę, nad którą pracował od jakiegoś czasu i wreszcie był z niej zadowolony.

– I wtedy po prostu ciągniesz za tę dźwigienkę…

Małą filiżankę wypełnił ciemny parujący napar.

– Niezwykłe! – powiedział pan Glub i skosztował kawy. – A co więcej, przepyszne! Ale powiedz mi, Franciszku... cóż to za smak? Czekaj, czekaj... Orzech laskowy? Tak! Zdecydowanie orzech laskowy.

– Powinno być toffi – powiedział pan Belmont, marszcząc brwi. – Nuta toffi?

– Toffi? – Pan Glub wypił kolejny łyk. – Fascynujące! Jesteś geniuszem, Franciszku. Nie miałem pojęcia, że toffi może smakować orzechowo.

Pan Belmont otworzył notes i wykreślił coś z niego, mrucząc pod nosem po francusku. Z kuchni wróciła pani Glub, tym razem z tacą ciastek wiśniowo-migdałowych. Zachęciła dzieci ruchem głowy.

– Lubię twoją rodzinę – westchnęła Adelajda. – Chciałabym, żeby moja też taka była.

– No pewnie – zgodził się Oliwer. – Są świetni. Ale gdzie jest Archer?

– Helmsleyowie powinni tu być lada chwila – powiedziała pani Glub, stając za ich plecami. – Tak więc powtórzę po raz ostatni: Archer nie może się dowiedzieć o tym, co gazety wypisują o jego dziadkach.

– Ale to przecież są  j e g o