Podróż marzeń - Nicola Marsh - ebook
Opis

Los nie oszczędzał Tamary Rayne, odbierając jej kolejno wszystkich, których kochała. Zdruzgotana nieudanym małżeństwem, głęboko zraniona niewiernością męża, postanawia wyruszyć w podróż do Indii, ojczyzny ukochanej matki. Ma nadzieję, że pielgrzymując do miejsc, o których tyle razy rozmawiały, zdoła odnaleźć wewnętrzny spokój oraz siłę, by od nowa ułożyć sobie życie. Ambitny plan Tamary staje pod znakiem zapytania, gdy w Delhi dołącza do niej nieproszony towarzysz podróży. Ethan Brooks, były wspólnik jej męża, nie ukrywa, jakie ma wobec niej zamiary...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 156

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Nicola ‌Marsh

Podróż ‌marzeń

TłumaczyłaMonika Krasucka

ROZDZIAŁ ‌PIERWSZY

Tamara ‌Rayne ‌szła ‌szybkim krokiem, wystukując ‌obcasami niecierpliwy rytm. Jej ‌celem była Ambrozja, najlepsza ‌restauracja ‌w Melbourne, ‌mekka smakoszy, ‌a dla ‌niej ‌bezpieczna przystań, ‌w której próbowała poukładać ‌sobie życie. ‌Ulubione ‌wysokie buty z lakierowanej skóry ‌w kolorze karmelu – cudne, ‌choć z powodu wysokich obcasów ‌zupełnie niepraktyczne ‌– chyba ‌przywoływały ‌deszcz, bo ilekroć ‌je wkładała, natychmiast zaczynało ‌padać.

Tak ‌jak teraz. ‌Ciężkie lodowate krople kapały ‌jej na głowę, a ona ‌nie miała jak ‌się przed nimi ‌osłonić. Nawet gdyby jakimś ‌cudem pamiętała o parasolu, ‌i tak ‌nie mogłaby go ‌otworzyć. Objuczona ‌ciężkimi torbami, z westchnieniem pomyślała ‌o rycerzu w lśniącej zbroi. ‌Kiedyś naiwnie wierzyła, że ‌będzie nim ‌Richard. Co za kosmiczna ‌pomyłka!

Łykając ‌daremne ‌łzy – ‌owoc ‌bezsilności i gniewu – ‌energicznie pchnęła ‌biodrem drzwi ‌restauracji, i szamocząc się ‌z torbami, wpadła wprost ‌na ‌upragnionego rycerza. ‌A raczej pirata ‌w drogim dizajnerskim garniturze, z wilgotnymi ‌od deszczu ‌ciemnymi włosami, zabójczym spojrzeniem ‌błękitnych oczu ‌i diabolicznym uśmiechem na ustach.

– Pomóc?

Sądząc ‌po tabunach kobiet przewijających ‌się ‌przez ‌życie ‌Ethana Brooksa, ten uśmiech ‌działał jak przynęta.

– Wróciłeś.

– Tęskniłaś?

– Nie bardzo.

Nie ‌chciała być niemiła, ‌ale sam ‌się o to ‌prosił. O co mu chodzi? ‌Flirtuje ‌z nią? Słabo ‌się znali, przez ostatni ‌rok widzieli się ‌raptem trzy razy, ‌i to wyłącznie ‌służbowo. Skąd ‌więc ta zaskakująca ‌poufałość?

– Szkoda. – Wzruszył ramionami i z szelmowskim uśmiechem wskazał pakunki: – Może jednak?

Tamara miała ochotę rzucić torby i wziąć nogi za pas. Rozsądek odniósł jednak zwycięstwo nad impulsem.

– Dziękuję ci. – Odetchnęła z ulgą, gdy uwolnił ją od ciężaru.

– Co ty tam dźwigasz? Cegły na piec tandoori, który zamówiłem?

– Nie, ale waży tyle samo.

Głos jej się załamał, żal chwycił za gardło z taką siłą, że z trudem przełknęła ślinę. A wszystko przez wzmiankę o tym nieszczęsnym piecu. Jej matka uwielbiała kurczaka tandoori i przyrządzała go po mistrzowsku. Zawsze starannie nacinała mięso, by przeszło marynatą z jogurtu i ziół. Potem cierpliwie nabijała je na szpikulec, lamentując nad stratą wspaniałego pieca, który zostawiła w Goa.

Mimo trzydziestu lat spędzonych w Melbourne nigdy nie przestała tęsknić za ojczyzną. Właśnie dlatego wspólnie z Tamarą zaplanowały sentymentalną podróż w jej rodzinne strony. Dla matki miał być to powrót do domu, dla Tamary okazja, by wreszcie poznać kulturę, którą mimo płynącej w jej żyłach hinduskiej krwi wciąż słabo znała.

Wymarzona podróż nigdy nie doszła do skutku. Z winy Richarda. Matka zmarła przed trzema laty, a Tamara nadal opłakiwała jej śmierć. I nigdy nie wybaczyła Richardowi, że pozbawił ją bezcennego przeżycia, jakim na pewno byłby wyjazd z matką do Indii.

Brak matki odczuwała wyjątkowo boleśnie. Zwłaszcza teraz bardzo za nią tęskniła. Khushi byłaby jej jedynym sprzymierzeńcem. Jej jednej mogłaby wyznać prawdę o Richardzie. Dzięki mądrości matki i jej wsparciu odzyskałaby wiarę w siebie i stanęła na nogi.

Aby ukryć piekące łzy, spojrzała w nieistniejący punkt wysoko ponad głową Ethana. Udawała, że nie dostrzega jego zaciekawionego spojrzenia.

– Ależ mnie bolą ręce od tego dźwigania – jęknęła.

Wiedziała, że o nic jej nie zapyta. Po śmierci Richarda był wyjątkowo powściągliwy, choć na pewno zauważył, że zamknęła się w sobie i wycofała z życia. Gdy od czasu do czasu spotykali się, by omówić kwestie prawne związane z udziałami w restauracji, nie poruszał z nią prywatnych spraw.

– Chciałabym wrócić do pracy – oznajmiła mu pół roku wcześniej. – Zgodzisz się, żebym recenzowała potrawy serwowane w Ambrozji?

– Jasne – odparł i jak zwykle o nic nie pytał.

Zaraz potem wyjechał w długą podróż służbową. Nie widziała w tym niczego dziwnego; Ethan zawsze trzymał ją na dystans. Podejrzewała, że jej nie lubi. Ilekroć zjawiła się tam gdzie on, odwracał się plecami lub w inny sposób okazywał jej brak zainteresowania. Nie zamierzała tracić czasu na domysły, skąd ta dziwna niechęć. Ethan był kolegą i wspólnikiem Richarda, i choćby dlatego podchodziła do niego z rezerwą. Domyślała się, że jak wszyscy uważa jej męża za doskonałego kucharza, utalentowanego restauratora, duszę towarzystwa i świetnego kumpla.

Gdyby ci ludzie wiedzieli, jaki był naprawdę...

– Wchodzisz? – Ethan uwolnił ją od reszty pakunków i otworzył szerzej drzwi.

Z ulgą przestąpiła gościnny próg jedynego miejsca, w którym czuła się jak w domu. Ambrozja: mityczny pokarm bogów. A dla Tamary nie tylko strawa dla zbolałej duszy, lecz przede wszystkim schronienie i bezpieczna przystań po nawałnicy, która przetoczyła się przez jej życie. Dziwne, zważywszy że Richard jako współwłaściciel i szef

kuchni współtworzył to miejsce. Tu go zresztą poznała przy okazji recenzowania najmodniejszej restauracji w Melbourne.

Teoretycznie więc powinna omijać to miejsce szerokim łukiem, a jednak od pół roku przychodziła tu w każdy poniedziałek. Uwielbiała atmosferę tego lokalu, jego przytulne wnętrze z dębową boazerią, ceglanym kominkiem i miękkimi fotelami. Gdzieżby indziej krytyk kulinarny mógł szlifować warsztat po dłuższej przerwie? Jeśli dodać do tego najlepszą gorącą czekoladę w mieście, staje się jasne, dlaczego Tamarę tak ciągnęło do Ambrozji.

Położyła torebkę na stoliku i, masując nadwerężone dźwiganiem ramiona, przyglądała się, jak Ethan rozpala w kominku. Co on tu robi?

Prawda, że miał w pełni zasłużoną opinię człowieka nieprzewidywalnego. Jego nastrój zmieniał się równie często jak wiosenny wiatr. Podwładni wprawdzie chwalili go jako szefa, ale nigdy nie wiedzieli, kiedy pokaże oblicze bezwzględnego biznesmena.

Tamara była zadowolona, że przez pół roku ma restaurację tylko dla siebie. W przeciwieństwie do personelu i stałych bywalców, w obecności Ethana czuła się spięta i zestresowana. Pewne cechy jego charakteru, takie jak wyniosłość, nieustępliwość, energia, którą emanował, zdradzały człowieka nawykłego do wydawania poleceń, urodzonego zwycięzcę, który nie pozwoli odebrać sobie steru.

Płomienie strzeliły w górę, a Ethan odwrócił się tak szybko, że ledwie zdążyła umknąć spojrzeniem. Które, ku jej zdumieniu, zatrzymało się na dłużej na tej części jego anatomii, która nie powinna w ogóle jej interesować. Po raz pierwszy popatrzyła na niego jak kobieta na mężczyznę. Czy dlatego zrobiło jej się duszno i poczuła się winna?

Od śmierci Richarda minął rok, a dwa lata, odkąd ostatni raz była z mężczyzną, co w dużym stopniu tłumaczyło, dlaczego zagapiła się na pośladki Ethana.

Po ciężkich przeżyciach ostatnich lat miała prawo czuć się emocjonalnie wypalona, wewnętrznie odrętwiała i pusta. Ale jeszcze nie umarła! Każda normalna kobieta na jej miejscu z przyjemnością popatrzyłaby na zgrabny męski zadek.

– Przyniosę ci coś do picia, ale najpierw musisz mi powiedzieć, co jest w tych torbach.

Zwlekała z odpowiedzią. Nie miała ochoty pokazywać mu efektów półrocznej pracy. Uważała Ambrozję za swoje zacisze, miejsce inspiracji, a on kalał je swą obecnością. Śmieszne, przecież jako właściciel miał prawo przychodzić tu, kiedy tylko zechce.

– Marzę o gorącej czekoladzie.

– Już się robi... – Zawiesił głos i spojrzał znów na torby. – Wiesz, że nie odpuszczę, dopóki się nie dowiem. Więc?

Przyszpilił ją przenikliwym spojrzeniem człowieka, który nie uznaje słowa „nie”.

Przesunęła palcami po jutowym worku, w którym zamknęła swoją przyszłość. Już miała burknąć: „pilnuj swoich spraw”, ale pomyślała, że w końcu poszedł jej na rękę, gdy postanowiła odbudować pozycję zawodową. Miała wobec niego dług wdzięczności, więc odrobina uprzejmości nie zaszkodzi.

– Powiem ci, jak do czekolady dorzucisz kilka słodkich pianek.

– Umowa stoi. – Zasalutował i błyskawicznie stanął za barem.

Aha, pan pirat jest dziś w szczytowej formie. Jeszcze bardziej pewny siebie, bezczelny i zaczepny. Na szczęście ona jest odporna na jego łobuzerski wdzięk.

A jednak cieszyło ją, że skupia na sobie jego uwagę. Pochlebiało jej, że znany uwodziciel testuje na niej swoje legendarne sztuczki.

Z ulgą opadła na krzesło i, czekając na czekoladę, próbowała rozruszać zdrętwiałe palce stóp. Buty na obcasie to porażka, zwłaszcza w taką pogodę. Zmaltretowany kręgosłup boleśnie dał o sobie znać, gdy poruszyła się na krześle. Ciężkie torby też zrobiły swoje. Nie miała wyjścia, musiała je przynieść.

To się nazywa: wziąć sprawy w swoje ręce. Stawką jest jej być albo nie być w zawodzie. Czuła się gotowa do powrotu, ale nigdy nie zaszkodzi posłuchać opinii kogoś, kto jak Ethan zna restauracyjny biznes od podszewki.

– Proszę bardzo. Gorąca czekolada z piankami. – Postawił przed nią wysoki kubek, a sam usiadł naprzeciwko z filiżanką mocnej kawy. – Jak widzisz, wywiązałem się z umowy. Teraz pora na ciebie. Co tam masz?

– Moment. Najpierw łyk czekolady. Kobiecy mózg potrzebuje paliwa.

Pochyliła się nad parującym kubkiem i chłonęła boski aromat czekolady. Potem przymknęła oczy i upiła solidny łyk; lepka słodycz rozpłynęła się po jej podniebieniu, przyjemnie drażniąc kubki smakowe...

Ze stanu ekstazy wyrwał ją dziwny dźwięk. Zaskoczona otworzyła oczy i spojrzała pytająco na Ethana. Natychmiast uciekł spojrzeniem w bok, ale i tak dostrzegła zagadkowy, mroczny wyraz jego oczu.

– Miał być jeden łyk, więc do rzeczy – ponaglił, klepnąwszy pierwszą z toreb.

– Wy, biznesmeni, jesteście w gorącej wodzie kąpani! Cierpliwości! – mitygowała go, jednocześnie otwierając torbę.

– Co to? – Przechylił głowę, usiłując odczytać napis na grzbiecie grubego folderu.

– Kompletna lista restauracji w Melbourne. Pracowałam nad nią przez pół roku.

Spojrzała na swoje dzieło. Tak wiele od tego zależy, jej cała zawodowa przyszłość. Na myśl o tym poczuła nerwowy skurcz żołądka.

– Jestem gotowa – wyznała cicho.

Ethan patrzył na nią ze zrozumieniem. Zdawało jej się, że czyta w jej myślach. Odwrotnie niż Richard, który po trzech latach małżeństwa nigdy nie potrafił odgadnąć ani zrozumieć, o co jej chodzi. Sądząc po tym, jak z nią postąpił, nie tyle nie potrafił, co po prostu nie próbował, bo nic go to nie obchodziło.

– Wracasz do pracy?

– Uhm... Dzięki wspaniałym daniom szefa tutejszej kuchni poczułam, że mogę wrócić do recenzowania potraw. Myślisz, że zwariowałam? – Nerwowo przygryzła dolną wargę.

– Zwariowałaś? Co ty mówisz? Uważam, że to świetny pomysł. Potrzebujesz nowych wyzwań, czegoś, co cię pochłonie, pozwoli zapomnieć o stracie Richa.

Nie mogła znieść litości, z jaką na nią patrzył. Mdliło ją na myśl, że znów musi pozować na pogrążoną w żałobie wdowę. Udawać, że boleje nad stratą męża.

W rzeczywistości jego śmierć niewiele ją obeszła.

Była to naturalna reakcja po tym, co jej zrobił. Zaledwie cztery miesiące po ślubie poczuła gorzki przedsmak czekającej ją przyszłości. Wychodziła za mąż święcie przekonana, że Richard nigdy jej nie zawiedzie i zapewni jej wszystko to, co uważała za najważniejsze – stabilizację i poczucie bezpieczeństwa, które utraciła jako dziesięcioletnia dziewczynka z chwilą śmierci ojca.

Niestety, czas pokazał, że Richard nie był w stanie spełnić nadziei, które w nim pokładała. Sądząc po otaczającym go wianuszku wielbicieli, tylko ona znała jego prawdziwe oblicze. A była to prawda wyjątkowo przygnębiająca i smutna.

Richard Downey, pierwszy kucharz Australii i popularny celebryta, w życiu prywatnym okazał się łajdakiem. Tamara nie mogła nikomu o tym powiedzieć, więc kipiąc ze złości, tak jak teraz, robiła dobrą minę do złej gry i udawała przed jego znajomymi, że wszystko jest w porządku.

Gdyby Richard nie zmarł nagle na atak serca, pewnie któregoś dnia zabiłaby go własnymi rękami. Za to, że zmienił jej życie w koszmar. I za wszystkiego jego brudne sprawki, które wyszły na jaw już po jego śmierci.

– Nie wracam do pracy z powodu Richarda. Robię to dla siebie.

Umilkła, zaskoczona goryczą swoich słów. Powinna się bardziej kontrolować. Nie może obarczać Ethana ciężarem niechęci i żalu do męża. Dość już czasu zmarnowała na analizowanie historii swojego nieudanego małżeństwa, na obwinianie samej siebie i podsycanie własnej wściekłości. Okrągły rok upłynął jej na bezsensownym gdybaniu.

Co by było, gdyby wcześniej dowiedziała się o zdradach? Gdyby umiała sprzeciwić się Richardowi i zawalczyła o siebie, zamiast dla dobra jego interesów potulnie bawić się w grę pozorów?

Gdyby pojechała z matką do Indii, gdy ta pierwszy raz ją o to poprosiła? Czy gdyby zrobiła którąś z tych rzeczy, jej życie stałoby się lepsze?

– Naprawdę nie chciałem budzić bolesnych wspomnień...

– To nie twoja wina. – Potrząsnęła głową tak energicznie, jakby mogła w ten sposób uwolnić się od czarnych myśli. – I tak nie ma dnia, żebym o tym nie myślała.

Ethan przyjrzał jej się uważnie, jakby... – właśnie, po co? Żeby się upewnić, czy naprawdę już nie rozpacza? Nie jest kompletnie załamana? Czy po latach odgrywania roli szczęśliwej żony człowieka, który miał ją gdzieś, faktycznie może wrócić do pracy?

– Powinnaś wyjechać – stwierdził z przekonaniem. – Odpocznij, zanim znowu wciągnie cię wyścig szczurów. Zwróć uwagę, że mówi ci to niereformowalny pracoholik. Jak już ruszysz do boju, nie będziesz miała chwili dla siebie.

Otworzyła usta, by zaprotestować. Chciała mu powiedzieć, że wcale jej nie zna, więc niech się wypcha razem ze swoimi radami. Nie zdążyła. Uciszył ją, kładąc palec na jej ustach. Prosty gest, a jak skuteczny! Wręcz obezwładniający! Powinna mu powiedzieć, żeby się zamknął i zabierał łapy, ale nie była w stanie wydobyć z siebie głosu.

– Potraktuj to jak przyjacielską radę – dodał, cofając dłoń. – Od dawna obserwuję, co się z tobą dzieje. Mam wrażenie, że ostatnio jest o niebo lepiej. Moim zdaniem już najwyższy czas.

– Na co?

– Na to, żebyś zajęła się sobą. Zakończyła żałobę i zaczęła żyć. – Wskazał plik folderów. – Słyszałem, że jesteś doskonałym recenzentem kulinarnym, jednym z najlepszych w Melbourne. A tak szczerze? Cóż, obawiam się, że nie jesteś w najlepszym stanie psychicznym. Prawie się rozpłakałaś na wspomnienie o tandoori. Powiedziałaś, że codziennie myślisz o Richu. Z takim nastawieniem trudno ci będzie podjąć stałą pracę. Skończy się na tym, że nie będziesz potrafiła odróżnić tatara od dobrze wysmażonego steku, że nie wspomnę już o pisaniu na ten temat.

Powinna go nienawidzić za te słowa. Poczuła się dotknięta. Ale, jak mówią, prawda w oczy kole.

– Skończyłeś? – Od razu wiedziała, że popełnia błąd. Pytanie zabrzmiało bowiem jak wyzwanie, a Ethan znany był z tego, że zawsze podejmował rękawicę.

– Nie, to dopiero początek...

Zanim zdążyła wyczuć, na co się zanosi, pochylił się i pocałował ją w usta.

Ten niespodziewany pocałunek miał prawdziwie magiczną moc. W pierwszej chwili ją przeraził, by za moment wprowadzić w stan euforii. Wyraźnie czuła, jak pod jego wpływem pogrążone w letargu ciało budzi się do życia. W ułamku sekundy wypełnił ją żar, o jakim nawet nie śniła. Gdyby była w stanie trzeźwo myśleć, natychmiast odepchnęłaby Ethana, który poczynał sobie coraz śmielej. Szok sprawił, że straciła głowę i zanim zastanowiła się, co robi, odwzajemniła pocałunek.

Musiał to być desperacki krzyk zranionego ego, które błaga o odrobinę uwagi. Na szczęście dotarło do niej, co wyczynia. Serce, które od paru chwil śpiewało radosną pieśń, na sekundę zamarło.

Ethan, znany playboy, przyjaciel Richarda, facet, którego ledwie zna, ją całuje. A ona mu na to pozwala.

Czując na plecach lodowaty dreszcz, odskoczyła na bezpieczną odległość. Spojrzała na niego wystraszona, nie mogąc znaleźć słów, by wyrazić swoje święte oburzenie. Miała świadomość, że nie on powinien być obiektem jej wściekłości. W pierwszej kolejności była zła na siebie, bo odwzajemniła pocałunek. I odebrała to jak przyjemność.

– Nie oczekuj przeprosin – uprzedził.

Jego oczy lśniły z pożądania, a ją przebiegł miły dreszcz. Świadomość, że bodaj na krótką chwilę stała się obiektem namiętności, zdumiewała ją i jednocześnie uskrzydlała.

– Chciałem ci tylko udowodnić, że wciąż tętni w tobie życie. Pamiętaj o tym. Zanim wrócisz do pracy, koniecznie zrób coś, o czym od dawna marzysz.

Miał rację, musiała to przyznać. A niech go wszyscy diabli, razem z tym jego terapeutycznym pocałunkiem! Od dawna wynajdywała wymówki, byle tylko zyskać na czasie i odsunąć ostateczną decyzję o podróży. Ethan w ułamku sekundy rozwiał jej wątpliwości.

Musi wyjechać, musi opuścić Ambrozję, bo po tym, co się właśnie wydarzyło, codzienne spotkania z nim będą ponad jej siły.

– Nie wierzę, że to zrobiłeś. – Pokręciła głową, spoglądając na niego wyniośle.

Wzruszył ramionami i rozparł się na krześle z miną zadowolonego z siebie samca.

– Nie ty jedna. Ciągle to słyszę od różnych osób, więc temat jest trochę ograny. Lepiej porozmawiajmy o twojej podróży.

– Lepiej nie – burknęła, zirytowana jego uporem i własnym niecierpliwym oczekiwaniem na to, co ją czeka.

Planowała podróż życia od bardzo dawna, razem z matką. W starej pozytywce, prezencie od ojca na trzecie urodziny, wciąż trzymała program, który wspólnie wymyśliły. Ilekroć słyszała dobrze znaną melodię, zbierało jej się na płacz z żalu za tym, co bezpowrotnie utraciła. A gdyby tak pojechała do Indii sama?

Nie, to niedorzeczny pomysł. Wyprawa z matką byłaby wystarczająco wzruszającym przeżyciem, a co dopiero bez niej. Tamara poczuła pod powiekami igiełki łez. Starała się je ukryć, bo nie chciała, by Ethan kolejny raz widział, jak się rozkleja. Naprawdę musi tak się w nią wpatrywać? Najlepiej, jeśli przestanie wtrącać się w jej sprawy.

– Wyobraź sobie słoneczną plażę i grzywy fal. Jakiś cudowny tropikalny zakątek, który w niczym nie przypomina wietrznego i deszczowego Melbourne.

Instynktownie poruszyła zziębniętymi palcami rąk i stóp. Myśl o wyjeździe do ciepłych krajów wydała jej się kusząca.

Indie były idealne pod wieloma względami. Podniecona myślą o ucieczce od rzeczywistości zaczęła kartkować jeden z folderów, szukając broszury, którą kiedyś tam włożyła. Kiedy wraz z matką planowały wyprawę, miała ich setki. Pomagały jej zanurzyć się w kulturze i historii cudownego kraju matki, poczuć namiastkę niezwykłej atmosfery.

Spoglądała na zdjęcia kamiennego miasta Jodhpur, z górującą nad nim potężną twierdzą Mehrangarh i wspaniałymi pałacami Moti Mahal, Sheesh Mahal, Phool Mahal, Sileh Khana i Daulat Khana. Podziwiała fotografie zrobione w parku narodowym Ranthambhore, najwspanialszym hinduskim sanktuarium dzikiej przyrody, które stało się bezpiecznym schronieniem dla zagrożonych wyginięciem tygrysów bengalskich.

Pragnienie, by wreszcie poznać ten magiczny kawałek świata, z wolna przeradzało się w obsesję. Ilość materiałów dotyczących Indii rosła w błyskawicznym tempie, a ponieważ Richard nie chciał słyszeć o jej wyjeździe, chowała je przed nim w książkach, kolorowych pismach i notatkach dotyczących pracy.

Znów poczuła radosne podniecenie. Ciekawe, czy tym razem z płomyczka strzeli płomień. Czy w końcu uda jej się zrealizować plan...

Niecierpliwie przerzucała kartki, aż wreszcie znalazła ulotkę, na której widniał legendarny Tadż Mahal i luksusowy pociąg zwany „pałacem na kółkach”.

– Należysz do gatunku wkurzających upartych facetów, którzy nigdy się nie poddają. A więc proszę bardzo. Obejrzyj sobie. – Podsunęła mu ją pod nos.

– Indie? – zdziwił się.

– Od lat marzę, żeby tam pojechać, ale jakoś się nie składa – odparła, zahipnotyzowana egzotyką zdjęcia.

Już dawno powinna była wywalić te broszury. Zatrzymała je, bo dzięki nim czuła duchową łączność z matką. Patrząc na nie, wspominała dzień swoich szesnastych urodzin, które razem z matką świętowały, jedząc przepyszne hinduskie potrawy. A potem z wypiekami na twarzy przeglądały katalogi biur podróży. Śmiały się przy tym, płakały i obejmowały jak dziewczynki, które planują pierwszy w życiu biwak.

Tamara pragnęła poznać tę część rodzinnej historii, o której wiedziała tak niewiele. Egoizm Richarda skutecznie jej to uniemożliwił. Mimo przeszkód nie porzuciła marzeń. Czuła, że nadszedł czas, by nadać im realny kształt. Z jednej strony bardzo chciała jechać, z drugiej zaś wyprawa bez matki nie mogła być tą, o której śniła.

– Muszę się dobrze zastanowić – westchnęła, z roztargnieniem zaginając i prostując róg okładki.

– Uhm... – Ethan pstryknął palcami – tyle że nie ma nad czym. Jedziesz! – dodał z przekonaniem.

– Nie mogę! – szepnęła przez zaciśnięte gardło.

Wybierze inne miejsce, równie ciekawe, ale nie budzące tylu bolesnych wspomnień. W Indiach wszystko będzie przypominało jej matkę, potęgując tęsknotę.

– Oczywiście, że możesz. – Stuknął palcem w broszurę. – Uwolnij się od tego, co cię blokuje. Zacznij od nowa.

Pokręciła głową, chowając twarz we włosach.

– Nie dam rady jechać tam sama. Miałam odbyć tę podróż razem z mamą. To było jej największe pragnienie – wyznała łamiącym się głosem.

Wstała od stolika i, podszedłszy do kominka, wyciągnęła przed siebie zziębnięte dłonie. Gdyby przyjemne ciepło ognia mogło przeniknąć do najbardziej mrocznych zakątków jej duszy...

– Nie będziesz sama.

Ethan stanął tuż za nią. Ciepło jego ciała rozgrzewało ją mocniej niż to bijące od płomieni. Otulało ją jak miękki koc, dawało pewność i oparcie, obiecywało bezpieczeństwo.

– Nie będziesz sama, bo pojadę z tobą.

– Ale...

– Żadnych „ale”. I tak planowałem wyjazd do Indii. Chcę ściągnąć do Ambrozji najlepszego kucharza z Delhi. To po pierwsze. Po drugie potrzebujesz towarzystwa, a po trzecie – wyliczał – od dawna mam ochotę wybrać się w podróż słynnym „pałacem na kółkach”, ale dotąd nie było okazji. Więc w jakimś sensie wyświadczysz mi przysługę.

– Jak mam to rozumieć? – zapytała podejrzliwie.

– Słyszałem, że to niezwykła podróż, zwłaszcza gdy odbywa się ją w pięknym towarzystwie.

Jego uśmiech skusiłby samego diabła. Przeklęty pirat! Co ja najlepszego wyprawiam, pomyślała. Facet jest ostatnią osobą, z którą wybrałaby się w daleką podróż, ba, nie poszłaby z nim nawet po zakupy do supermarketu. Zwłaszcza po tym, co przed chwilą zrobił. Piękne towarzystwo... Akurat.

– Twoja mama na pewno chciałaby, żebyś pojechała do Indii.

No nie! Dobry jest! I w dodatku mówi prawdę.

Mama chciałaby, żeby odwiedziła stan Goa i poszła na plażę, na której poznali się z ojcem. I żeby wybrała się w magiczną podróż pociągiem przez Indie, zwiedziła Tadż Mahal – co było kolejnym niespełnionym marzeniem matki. Tamara od dawna pragnęła dotrzeć do swych korzeni, odnaleźć swoją tożsamość.

Pod wpływem nagłego impulsu – drugiego w zadziwiająco krótkim czasie, choć o pierwszym wolała jak najszybciej zapomnieć – uderzyła broszurą o otwartą dłoń. Decyzja zapadła.

– Jadę! – powiedziała, lekko przytłoczona myślą, na co się porywa.

– Świetnie! W takim razie zaczniemy od tego...

– Jadę sama!

– Ale...

– Przecież nawet cię nie znam – rzekła, starając się nie myśleć o tym, jak cudownie się czuła, gdy ją całował.