Podróż do źródeł czasu - Alejo Carpentier - ebook + książka

Podróż do źródeł czasu ebook

Alejo Carpentier

4,7

Opis

Druga część wielkiego tryptyku powieściowego Alejo Carpentiera, Podróż do źródeł czasu (której oryginalny tytuł dosłownie można rozumieć jako „Zagubione kroki”), eksploatuje stary mit poszukiwania zaginionego Eldorado, krainy szczęścia odległej od koszmarów cywilizacji. „Świat na tyle tylko istnieje – pisał Rajmund Kalicki – na ile odciska się w naszej duszy”. Można tę powieść − której bohater wędruje przez równiny, dżungle i epoki, przez płaskowyż, góry i odmęty czasu − rozumieć nie tylko jako „metaforyczną podróż od kultury ku naturze, od miasta ku przyrodzie […], ale jako wędrówkę w głąb siebie, w głąb duszy”.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 374

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,7 (6 ocen)
5
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
zanoki

Nie oderwiesz się od lektury

Arcydzieło. Czytałem dwa razy. Kapitalna treść i forma, choć to wymagająca lektura
00

Popularność




Rozdział pierwszy

Niechaj będzie niebo, które nad tobą jest, miedziane: a ziemia, którą depczesz, żelazna. […] I macaj o południu, jako zwykł macać ślepy w ciemnościach…

Deuteronomium, XXVIII, 23,291

1

Minęły cztery lata i siedem miesięcy, odkąd byłem ostatni raz w tym domu z białymi kolumnami, z frontonem zdobnym w nasępione gzymsy, które mu nadawały surowy wygląd pałacu sprawiedliwości, i teraz, na widok niezmiennie tkwiących na swoim miejscu mebli i przedmiotów, doznałem jakby przykrego uczucia, że czas się cofnął. Koło latarni zasłona koloru wina, w miejscu, gdzie rosła pnąca róża – pusta klatka. Dalej wiązy, które pomagałem sadzić w dniach pierwszego entuzjazmu, kiedy wszyscy pracowaliśmy nad wspólnym dziełem. Wsparta o pień obłupany z kory stała kamienna ławka, z której niegdyś uderzeniem obcasa wydobyłem drewniany rezonans. Z tyłu, za domem, droga do rzeki, ze swymi karłowatymi magnoliami i ogrodzeniem z wygiętych ozdobnych prętów, w stylu Nowego Orleanu. Jak pierwszego wieczora, przeszedłem pod arkadami, nasłuchując tego samego głuchego odgłosu własnych kroków i przeciąłem ogród na ukos, żeby prędzej znaleźć się w miejscu, gdzie grupa niewolników naznaczonych żelazem, amazonki w spódnicach z trenem przerzuconym przez ramię i ranni żołnierze w łachmanach, prowizorycznie obandażowani, czekali na swoją kolej w ciemności cuchnącej kitem, starym filcem, potem nagromadzonym w tych samych, co przed czterema laty, surdutach. W porę wyszedłem ze strefy światła, gdyż w tej chwili dał się słyszeć strzał myśliwego i na deski sceny upadł ptak strącony ze środkowego fryzu. Krynolina mojej żony sfrunęła mi na głowę, bo znalazłem się akurat w tym miejscu, skąd miała wejść na scenę, zagradzając przejście i tak już dosyć ciasne. Żeby nie zawadzać, wsunąłem się do jej garderoby i tutaj czas wrócił znowu na właściwe miejsce: wszystko mówiło o tym, że te cztery lata i siedem miesięcy nie minęło bez zniszczeń, przygaszenia blasku, utraty świeżości. Koronki z ostatniego aktu jak gdyby poszarzały, czarny atłas ze sceny na balu utracił swoją piękną sztywność szeleszczącą przy każdym ukłonie niby uschłe liście unoszone wiatrem. Nawet ściany pokoju, dotykane stale w tych samych miejscach, nosiły ślady długiej zażyłości z makijażem, przywiędłymi kwiatami, z kostiumem. Siedząc teraz na kanapie, której zielone obicie zmieniło swój odcień wody morskiej na barwę pleśni, myślałem, skonsternowany, jak ciężkie musiało z czasem stać się dla Ruth to więzienie z desek i rekwizytów, ruchomych mostków, pajęczyn ze sznurka, malowanych drzew. W czasie pierwszych przedstawień owego dramatu z wojny secesyjnej, kiedy trzeba było pomagać młodemu autorowi zdanemu na usługi trupy, która świeżo wyszła z teatru eksperymentalnego, przewidywaliśmy nie więcej niż dwadzieścia wieczorów. Teraz dobiegaliśmy już tysiąc pięćsetnego przedstawienia i aktorzy, związani stale przedłużanymi kontraktami, nie mieli możliwości wycofać się, odkąd stowarzyszenie impresariów, wykorzystujących młodzieńczy zapał dla własnych celów, wzięło sprawę w swoje ręce. Toteż dla Ruth teatr ten – zamiast furtką otwartą na szeroki świat Dramatu dającą możność ucieczki – stał się Diabelską Wyspą. Krótkie eskapady, na które jej pozwalano, by mogła zagrać jakąś Porcję czy Ifigenię w przedstawieniach na cel dobroczynny, były niewielką pociechą, bo w każdym stroju Ifigenii czy Porcji publiczność widziała wiecznie tę samą, co dzień noszoną krynolinę, a w głosie, który miał być głosem Antygony, wszyscy odnajdywali infleksje kontraltu Arabelli; teraz na scenie Arabella (w sytuacji uważanej przez krytyków za cudownie inteligentną) uczyła się od Bootha poprawnej wymowy łacińskiej, powtarzając zdanie: Sic semper tyrannis. Trzeba było naprawdę talentu wielkiej tragiczki, by uwolnić się od takiego pasożyta karmiącego się jej krwią, od tego gościa, który zamieszkał w jej ciele, czepiając się go jak choroba. Nie brakowało jej chęci zerwania kontraktu. Ale za takie bunty płaciło się w jej zawodzie bezrobociem, toteż Ruth, która zaczęła się uczyć tej roli w trzydziestym roku życia, w trzydziestym piątym powtarzała wciąż te same słowa we wszystkie wieczory tygodnia i wszystkie popołudnia niedzielne, sobotnie i świąteczne, nie licząc przedstawień podczas letnich tournée. Sukces sztuki wyniszczał powoli jej odtwórców, starzeli się w oczach publiczności w swoich niezmiennych kostiumach i kiedy jeden z aktorów umarł na atak serca pewnego wieczora, wkrótce po spuszczeniu kurtyny, cały zespół zgromadzony nazajutrz na cmentarzu wystąpił, może nie zdając sobie z tego sprawy, w żałobnych strojach, które miały w sobie coś z dagerotypu. Z każdym dniem bardziej rozgoryczona i mniej pewna sukcesu w zawodzie, który mimo wszystko instynktownie i głęboko kochała, moja żona uległa automatyzmowi narzuconej pracy, tak jak ja poddałem się temu, którego wymagały moje zajęcia. Dawniej usiłowała przynajmniej ratować swój temperament aktorki przez stałe powtarzanie wielkich ról, w których pragnęła kiedyś wystąpić. Od Nory do Judyty, od Medei do Tessy przechodziła z roli w rolę ze złudzeniem jakiegoś odradzania się na nowo, ale złudzenie to zdławił wkrótce smutek monologów recytowanych przed lustrem. Nie znajdując normalnego sposobu uzgodnienia trybu naszego życia – bo godziny aktorki nie są godzinami urzędnika – w końcu zaczęliśmy sypiać oddzielnie. W niedziele późnym rankiem spędzałem chwilę w jej łóżku, wypełniając to, co uważałem za swój obowiązek małżeński, ale nie byłem pewien, czy moja inicjatywa odpowiada rzeczywistym pragnieniom Ruth. Prawdopodobnie ona również uważała, że powinna się poddawać tej cotygodniowej praktyce na mocy zobowiązania podjętego w chwili złożenia swego podpisu na blankiecie w urzędzie stanu cywilnego. Ja ze swej strony działałem pod wpływem przekonania, że nie powinienem wykluczać możliwości istnienia potrzeby, którą byłem w stanie zaspokoić, uciszając w ten sposób na cały tydzień pewne wyrzuty sumienia. W każdym razie to zbliżenie, choć machinalne, zacieśniało za każdym razem więzy rozluźnione rozbieżnością naszych zajęć. Ciepło naszych ciał stwarzało na nowo pewną intymność, która jakby pozwalała nam na chwilę powrócić do czegoś, co z początku było naszym ogniskiem domowym. Podlewaliśmy pelargonię zapomnianą od poprzedniej niedzieli, przewieszaliśmy jakiś obraz na inne miejsce, robiliśmy rachunki. Ale wkrótce dzwony w kościele przypominały nam o bliskości godziny obowiązku. I pozostawiając moją żonę na scenie w chwili rozpoczęcia się popołudniówki, miałem uczucie, że odprowadzam ją z powrotem do więzienia, gdzie odsiaduje dożywotni wyrok. Rozlegał się strzał, wypchany ptak spadał z trzeciego fryzu i kończyło się nasze wspólne życie Dnia Siódmego.

Dziś jednak niedzielny rytuał uległ pewnej zmianie z winy środka nasennego, który wziąłem nad samym ranem, żeby prędko zasnąć, bo przestałem zasypiać, jak dawniej, z chwilą przewiązania oczu czarną opaską zalecaną przez Mouche. Zbudziwszy się, spostrzegłem, że moja żona już wyszła. Nieład panujący w garderobie, kostiumy do połowy wyciągnięte z szuflad komody, porozrzucane po kątach tubki szminki teatralnej, pudry i flakony perfum zapowiadały niespodziewany wyjazd w podróż. Ruth wracała już ze sceny, ścigana odgłosem oklasków, rozpinając w pośpiechu haftki stanika. Zamknęła drzwi uderzeniem obcasa – robiła to dość często, by zniszczyć drzewo w tym miejscu – i zrzucona przez głowę krynolina rozpostarła się na dywanie. Uwolnione z koronek jej białe ciało wywarło na mnie przyjemne wrażenie nowości i zbliżyłem się już, by je popieścić, gdy nagość przykrył czarny aksamit pachnący tak jak skrawki tkanin, które moja matka w czasach mego dzieciństwa przechowywała w głębi mahoniowej szafy. Ogarnęła mnie nagła złość na ten głupi zawód aktorski, który stawał między nami niby miecz anielski w obrazkach z życia świętych; na dramat, który rozbił nasz dom, popychając mnie do innego, tego, gdzie na ścianie wymalowane były figury astralne i gdzie moje pożądanie zawsze znajdowało nastrój sprzyjający miłosnemu zbliżeniu. I po to, by pomóc tej karierze w jej trudnych początkach, by uszczęśliwić osobę, która wówczas była mi bardzo droga, wykrzywiłem własne przeznaczenie, szukając zabezpieczenia materialnego w pracy zawodowej, stając się jej niewolnikiem w tej samej mierze, co i moja żona. W tej chwili odwrócona plecami Ruth mówiła do mnie przez lustro, smarując tłustymi szminkami swoją niespokojną twarz; tłumaczyła mi, że zaraz po przedstawieniu cały zespół ma wyjechać na niespodziewane tournée po drugim wybrzeżu kraju i dlatego zabrała już swoje walizki do teatru. Zapytała mnie z roztargnieniem o film wyświetlany wczoraj. Miałem jej powiedzieć o jego sukcesie, przypomnieć, że skończenie tej roboty oznacza początek moich wakacji, kiedy zastukano do drzwi. Ruth wstała i znów zobaczyłem stojącą przede mną tę, która przestawała być moją żoną, żeby stać się bohaterką sztuki. Przypięła sobie różę do paska i z niewyraźnym gestem usprawiedliwienia wyszła, w chwili gdy kurtyna w stylu włoskim zaczęła się już podnosić, poruszając fale zastygłego powietrza, pośród zapachu kurzu i starego drzewa. Jeszcze raz odwróciła się do mnie z gestem pożegnania i weszła na ścieżkę wysadzaną karłowatymi magnoliami. Nie miałem odwagi czekać na następny antrakt, w czasie którego satyna zastąpi aksamit i nowa warstwa szminki przykryje pierwszą. Wróciłem do naszego mieszkania, gdzie nieład pospiesznego wyjazdu był jeszcze obecnością nieobecnej. Na poduszce odciśnięty ślad jej głowy, na stoliku do połowy opróżniona szklanka wody; fiolka z zielonymi kroplami i książka otwarta przy końcu rozdziału. Wydarta z notesu kartka, której nie zauważyłem przedtem, informowała mnie o nagłym wyjeździe: „Całuję. Ruth. PS W biurku jest butelka kseresu”. Ogarnęło mnie straszliwe uczucie samotności. Pierwszy raz od jedenastu miesięcy znalazłem się w biały dzień sam, nie mając nic do załatwienia i nie potrzebując biec na ulicę w obawie, że się dokądś spóźnię. Byłem z dala od zgiełku, pogrążony w ciszy, której nie mąciły ani dźwięki mechanicznej muzyki, ani podniesione głosy. Nic mnie nie nagliło i wyczułem w tym coś na kształt niejasnej groźby. W tym pustym pokoju, którego zapach zdradzał jeszcze czyjąś obecność, przerażała mnie możliwość rozmowy z samym sobą. Przyłapałem się na tym, że mówię półgłosem. Leżąc znów w łóżku i patrząc w sufit, odtwarzałem w pamięci ostatnie lata; widziałem je upływające od jesieni do Wielkanocy, od mroźnych wiatrów do uginającego się pod stopami asfaltu, i nie miałem czasu ich przeżyć, dowiadując się tylko z menu w restauracji, że przyleciały znowu dzikie kaczki, że skończył się sezon ostryg i że są już kasztany. Czasem także o mijających porach roku informowały mnie czerwone dzwony z papieru w oknach sklepowych albo przybycie ciężarówki z choinkami, których zapach w kilka sekund dokonywał przeobrażenia ulicy. Były wielotygodniowe luki w mojej egzystencji, okresy, które nie pozostawiały za sobą żadnego wyraźnego wspomnienia, śladu jakiegoś niezwykłego uczucia, jakiegoś trwałego wzruszenia, dni, kiedy każda czynność wywoływała we mnie obsesyjne wrażenie, że już jej kiedyś dokonałem w identycznych okolicznościach, że siedziałem w tym samym kącie, opowiadałem tę samą historię, patrząc na okręcik w szklanym przycisku do papieru; kiedy uroczyście obchodzono moje urodziny, pośród tych samych twarzy, w tych samych miejscach, przy dźwiękach tej samej chórem śpiewanej piosenki, niezmiennie przychodziła myśl, że dzisiejsza uroczystość różni się od zeszłorocznej tylko liczbą świeczek na torcie, który smakował tak samo, jak poprzednim razem. I wspinając się lub schodząc z pochyłego zbocza dni, wciąż z tym samym ciężarem na plecach, czerpałem siły tylko z impulsu paroksyzmów, z impulsu, który prędzej czy później ustąpi dacie naznaczonej już może w kalendarzu tegorocznym. Ale uciec, w tym świecie, który mi przypadł w udziale wyrokiem losu, wydawało mi się równie niemożliwe, jak spróbować przeżyć na nowo, w naszej epoce, pewne czyny z epoki bohaterów lub świętych. Wyznaczona nam została era Człowieka-Pszczoły lub Człowieka-Nikt, kiedy dusz nie sprzedaje się Diabłu, lecz Księgowemu lub Dozorcy Galerników. Rozumiejąc daremność buntu, po tym wyrwaniu z korzeniami, które kazało mi przeżyć dwie młodości – tę, co została po drugiej stronie oceanu, i tę, co skończyła się tutaj – nie widziałem, gdzie mógłbym znaleźć wolność, poza burzliwie spędzanymi nocami, kiedy korzystałem z każdego pretekstu, by oddać się najczęściej powtarzanym ekscesom. W dzień moja dusza pozostaje sprzedana Księgowemu, myślałem, drwiąc z samego siebie. Ale Księgowy nie wiedział, że nocą rozpoczynam dziwne wędrówki po zaułkach miasta, które jest niewidzialne dla niego, miasta w mieście, gdzie są domy stworzone po to, by zapomnieć o dniu, jak „Venusberg” albo Dom pod Konstelacjami; jeśli żądza rozniecona przez alkohol nie zawiedzie mnie do sekretnych apartamentów, gdzie wchodząc, traci się nazwisko. Przywiązany do mojej pracy pośród zegarów, chronografów, metronomów, w salach bez okien, ze ścianami obitymi filcem i materią izolującą, zawsze przy sztucznym świetle, co wieczór, znalazłszy się w ciemnej ulicy, instynktownie szukałem przyjemności, które pozwalały mi zapomnieć o mijaniu czasu. Piłem, gawędziłem z byle kim, pozwalałem się ciągnąć do pierwszej lepszej knajpy, dopóki nie padłem u stóp budzika, zwyciężony snem; by spać jak najmocniej, zawiązywałem oczy czarną opaską, w której musiałem wyglądać we śnie jak wypoczywający Fantomas. Ten komiczny obraz wprawił mnie w dobry humor. Wypiłem duży kieliszek kseresu, zdecydowany zagłuszyć to, co za dużo myślało wewnątrz mojej czaszki, i odnalazłszy w winie ciepło alkoholu wypitego wczorajszej nocy, wychyliłem się przez okno w pokoju Ruth, gdzie zapachy perfum zaczęła już zagłuszać uporczywa woń acetonu. Po szarych, chmurnych rankach przyszło lato, a za nim syreny okrętowe nawołujące od rzeki do rzeki ponad domami. Wysoko, w oparach ciepłej mgły sterczały szczyty miasta: nieosnute jeszcze patyną iglice kościołów chrześcijańskich, prawosławnej cerkwi, wielkie szpitale, gdzie urzędowały Białe Eminencje, pod gzymsami zbyt mocno osadzonymi z racji swej wysokości, według projektu architektów, którzy na początku stulecia zatracili poczucie stylów wobec rozciągnięcia linii pionowej. Ogromne i milczące przedsiębiorstwo pogrzebowe o nieskończenie długich korytarzach wyglądało – razem ze swoją synagogą i salą koncertową w środku – niby replika w szarym kolorze olbrzymiej kliniki położniczej z fasadą bez żadnych ozdób i rzędami podobnych do siebie okien, które zwykle liczyłem w niedzielę, leżąc w łóżku mojej żony, kiedy zabrakło nam tematu do rozmowy. Sponad asfaltu ulic wznosił się błękitnawy, rozgrzany opar benzyny, osiadający na podwórkach cuchnących śmietnikiem, gdzie zziajany pies rozciągał się na całą długość jak obdarty ze skóry królik w poszukiwaniu odrobiny chłodu na ciepławym bruku. Dzwony w kościele biły na Anioł Pański. Nagle nie wiadomo dlaczego zapragnąłem wiedzieć, jakiego świętego czczono w dniu dzisiejszym: 4 czerwca, świętego Francesca Caraccioli, stwierdzał wydany nakładem Watykanu tom, z którego niegdyś studiowałem hymny gregoriańskie. Święty absolutnie mi nieznany. Odszukałem Żywoty świętych wydane w Madrycie, książkę mego dzieciństwa, z której matka czytywała mi głośno obszerne wyjątki, ilekroć któraś z zesłanych przez Opatrzność chorób dziecięcych pozwalała mi nie iść do szkoły. Nie było tam nic o świętym Francesco Caraccioli. Za to znalazłem, przewracając kartki, kilka pobożnie brzmiących tytułów: „Róża przyjmuje odwiedziny niebiańskie”, „Róża broni się przed szatanem”, „Cud posągu, który się pocił”. Była także kwiecista girlanda z łacińskim napisem: Sanctae Rosae Limanae, Virginis. Patronae Principalis totius Americae Latinae. I ta strofa, w której święta przyzywała swego boskiego oblubieńca:

Gdzie jesteś, Panie mego serca,

Któż cię zatrzymał?

Spóźniasz się… i już południe,

A Ciebie nie ma.

Fala gorzkiego bólu ścisnęła mi gardło, gdy ów język mego dzieciństwa obudził dawne wspomnienia. Wakacje najwyraźniej mnie rozklejały. Wypiłem resztkę kseresu i znowu wychyliłem się przez okno. Dzieci bawiące się pośród czterech zakurzonych świerków w parku porzuciły na chwilę swoje zamki z szarego piasku, by z zazdrością przyglądać się starszym chłopcom, którzy wleźli do basenu fontanny miejskiej i pływali między strzępami gazet i niedopałków papierosów. Widok ten nasunął mi myśl, żeby iść gdzieś popływać. Nie powinienem siedzieć w domu sam, bez towarzystwa. Po bezskutecznym poszukiwaniu kąpielówek, które zapodziały się w szafach, uznałem, że najmądrzej będzie wsiąść w pociąg i pojechać do jakiegoś lasu, żeby odetchnąć świeżym powietrzem. Idąc na dworzec, zatrzymałem się przed gmachem Muzeum, gdzie otwarto dziś wielką wystawę sztuki abstrakcyjnej, jak głosiły ozdobne afisze kołyszące się w powietrzu wśród zapachu świeżego werniksu. Miałem już wejść na stopnie, gdy ujrzałem zatrzymujący się autobus do Planetarium i pomyślałem, że powinienem koniecznie je zwiedzić, by udzielić Mouche jakichś rad co do nowej dekoracji jej pracowni. Ale że autobus długo nie odjeżdżał, zacząłem spacerować tam i z powrotem, oszołomiony tyloma możliwościami, i przystanąłem na pierwszym rogu ulicy, by przyjrzeć się rysunkom, które robił kolorową kredką na trotuarze jakiś inwalida z piersią obwieszoną orderami. Wytrącony z niedorzecznego rytmu moich dni, wyzwolony na trzy tygodnie z instytucji, która mnie karmiła i kupiła już ode mnie parę lat egzystencji, nie wiedziałem, co robić z wolnym czasem. Byłem jakby chory od tego nagłego wypoczynku, zdezorientowany widokiem dobrze znanych ulic, niezdecydowany wobec pragnień, które pierzchały, nim zdążyły się rozwinąć i sprecyzować. Miałem ochotę kupić Odyseję albo najnowsze powieści kryminalne, albo komedie amerykańskie Lope de Vegi wystawione w oknie księgarni Brentano, żeby odnaleźć język mego dzieciństwa, język, którego nigdy nie używałem, mimo że mnożyć i dodawać umiałem tylko po hiszpańsku. Ale był tu także Prometheus Unbound i na jego widok czym prędzej uciekłem, gdyż tytuł tego poematu zanadto się łączył z dawnym projektem kompozycji, która po preludium zakończonym chorałem instrumentów dętych nigdy nie wyszła poza recitativo wstępne Prometeusza, poza okrzyk buntu: regard this Earth, made multitudinous with thy slaves, whom thou requitest for knee-worship, prayer and praise and toil and hecatombs of broken hearts with fear and self-contempt and barren hope2. Prawda, że wystawy, teraz, kiedy miałem czas zatrzymać się przed nimi, po wielu miesiącach niespoglądania w ich stronę, mówiły stanowczo za wiele. Tu mapa wysp w otoczeniu hiszpańskich galeonów i Róż Wiatrów, tu traktat na temat organografii, dalej portret Ruth w pożyczonych diamentach – reklama sklepu jubilerskiego. Na wspomnienie jej wyjazdu ogarnęło mnie nagłe rozdrażnienie: to ją ścigałem teraz, jedyną osobę, którą chciałem mieć przy sobie w to mgliste i duszne popołudnie, pod niebem ściemniającym się pośród jednostajnego ruchu pierwszych reklam świetlnych. Ale znowu stawał między nami jakiś tekst, jakaś scena rozdzielająca nasze ciała, które nie potrafiły już we współżyciu Dnia Siódmego odnaleźć radości naszych pierwszych zbliżeń. Za wcześnie jeszcze było, żeby iść do Mouche. Zmęczony torowaniem sobie drogi wśród tłumu, który sunął w przeciwnym kierunku, rozwijając srebrne papierki lub obierając pomarańcze palcami, zapragnąłem pójść gdzieś, gdzie były drzewa. Zdołałem już wyminąć tych, co wracali ze stadionów, dyskutując wśród ożywionej gestykulacji na tematy sportowe, gdy kilka kropel spadło mi na ręce. Po upływie czasu, którego nie umiałbym dziś określić, tak krótko zdawał się trwać w procesie, wówczas dla mnie niedostrzegalnym, rozszerzania się i kurczenia, przypominam sobie te krople niby igiełki rozkosznego dreszczu, przeszywające moją skórę, jak gdyby były pierwszą, niezrozumiałą wtedy dla mnie zapowiedzią spotkania. Spotkania banalnego w pewnym sensie jak wszystkie spotkania, których prawdziwe znaczenie ujawni się dopiero później w splocie ich konsekwencji… Początku całej historii należy niewątpliwie szukać w chmurze, która rozerwała się tego popołudnia z taką gwałtownością, że grzmoty burzy zdawały się przybywać z innej szerokości geograficznej.

2

A więc chmura rozdarła się deszczem, podczas gdy szedłem za gmachem wielkiej sali koncertowej wzdłuż trotuaru, który nie dawał przechodniom najmniejszego schronienia. Przypomniałem sobie pewne żelazne schodki prowadzące do wejścia dla orkiestry, a że znałem kilku z tych, którzy tędy wchodzili w tym momencie, łatwo mi było dotrzeć do sceny. Słynny chór właśnie ustawiał się według głosów. Jeden z perkusistów, stukając zgięciem palców, uderzał w skóry kotłów, które na skutek upału przybrały wyższy ton. Ściskając skrzypce pod brodą, pierwszy skrzypek wydobywał „a” z fortepianu, podczas gdy rogi, fagoty i klarnety tonęły w zmieszanej fali gam, treli i akordów, które poprzedzają ustanowiony porządek nut. Ilekroć widziałem instrumenty orkiestry symfonicznej zajmujące miejsce za pulpitami, z niecierpliwością wyczekiwałem chwili, gdy czas przestanie wlec za sobą niepowiązane dźwięki i zostanie ujęty w ramy, zorganizowany i poddany woli ludzkiej przemawiającej gestami tego, który mierzy jego bieg. Ten ostatni często bywa posłuszny nakazom powziętym przed stu lub dwustu laty. Ale pod tytułami poszczególnych części były wydrukowane zalecenia ludzi, którzy – choć ich kości spoczywały we wspaniałych mauzoleach lub rozsypywały się w plugawym bezładzie wspólnego grobu – zachowali swoje prawa własności wobec czasu, narzucając chwile napięcia lub entuzjazmu ludziom przyszłości. Zdarzało się niekiedy, myślałem, że ta zagrobowa władza traciła moc lub, przeciwnie, rosła w sprzyjającym klimacie któregoś pokolenia. Tak więc gdyby ktoś zrobił bilans koncertów symfonicznych, mógłby uzyskać dowody, że w tym czy innym roku najobfitsze plony czasu zebrali Bach lub Wagner w porównaniu z nędznym dorobkiem Telemanna lub Cherubiniego. Co najmniej trzy lata nie byłem na koncercie symfonicznym. Wychodziłem ze studia tak nasycony złą muzyką albo dobrą muzyką użytą w nieznośnym celu, że absurdem wydawała mi się sama myśl zanurzenia się w czasie, który przybrał postać niemal dotykalną, poddaną ramom fugi czy formy sonatowej. Toteż doznałem przyjemności, jaką daje nowość, kiedy znalazłem się prawie niespodziewanie w ciemnym kącie pudeł kontrabasów, skąd mogłem obserwować, co się dzieje na scenie w ciemny deszczowy wieczór, podczas gdy uspokojone nieco grzmoty zdawały się toczyć nad kałużami sąsiedniej ulicy. Po ciszy przerwanej jednym gestem nastąpiła kwinta rogów przy akompaniamencie drżących trioletów drugich skrzypiec i wiolonczel, a nad nią zarysowały się dwie opadające nuty, jakby spadłe z pierwszych smyczków i altówek z miękkością, która wkrótce przeszła w dręczący niepokój, imperatywną potrzebę ucieczki przed straszliwym natarciem rozpętanej nagle siły… Podniosłem się z przykrością. Teraz, kiedy znajdowałem się w najlepszym nastroju do słuchania muzyki po tak długim okresie jej zaniedbywania, musiało nagle wyskoczyć „to”, rozbrzmiewające teraz crescendo za moimi plecami. Powinienem się był tego spodziewać, widząc chórzystów wchodzących na scenę. Ale mogło przecież chodzić o jakieś oratorium klasyczne. Gdybym wiedział, że to IX symfonia rozłożona jest na pulpitach, szedłbym dalej ulicą w strumieniach deszczu. Bo jeśli nie cierpiałem pewnych utworów muzycznych związanych ze wspomnieniem moich chorób dziecięcych, tym bardziej nie mogłem słuchać Freude, schöner Götterfunken, Tochter aus Elysium i unikałem jej jak ktoś, kto przez całe lata odwraca oczy od pewnych przedmiotów kojarzących się mu z myślą o śmierci. Poza tym jak wielu ludzi z mego pokolenia nienawidziłem wszystkiego, co brzmiało wzniośle. Oda Schillera wydawała mi się równie okropna jak wieczerza na zamku Montsalvat i Podniesienie Świętego Graala… Oto znów jestem na ulicy w poszukiwaniu jakiegoś baru. Gdybym musiał iść daleko, by wypić kieliszek alkoholu, prędko popadłbym w stan depresji, której ulegałem niekiedy i która zawsze wywołuje we mnie uczucie, że jestem w kręgu bez wyjścia, i rozpaczam, że nic nie mogę zmienić w moim życiu, wiecznie poddanym woli innych, ledwie pozostawiającej mi swobodę codziennego wyboru mięsa czy kaszy, jaką chciałbym zjeść na śniadanie. Zaczynam biec, bo deszcz pada coraz gwałtowniej. W chwili gdy mam skręcić na rogu ulicy, uderzam głową w otwarty parasol, wiatr wyrywa go z rąk właściciela i parasol wpada pod koła samochodu. Zmiażdżony wygląda tak komicznie, że wybucham śmiechem. A gdy oczekuję gniewnego okrzyku, czyjś kordialny głos woła mnie po imieniu. „Szukałem cię – mówi głos – ale zgubiłem twój adres”. I Konserwator Muzeum, z którym nie widziałem się już od przeszło dwóch lat, mówi, że ma dla mnie prezent, niezwykły prezent u siebie w domu, w tym starym domu z początku stulecia, z brudnymi szybami i żwirowanym podjazdem, który w tej dzielnicy wygląda jak anachronizm.

Sprężyny fotela, niejednakowo rozluźnione, wrzynały się teraz w moje ciało niby włosiennica, narzucając mi pewną sztywność pozycji niezgodną z moimi obyczajami. Widzę siebie, nastroszonego jak dziecko zabrane na wizytę, w znajomym lustrze, oprawnym w ciężką rokokową ramę uwieńczoną herbami Esterházych. Narzekając na swoją astmę, gasząc papierosa, który go dusi, by zapalić innego, z dodatkiem mięty, po którym zaczyna kaszleć, Konserwator Muzeum Organograficznego drepcze po ciasnym pokoju pełnym cymbałów i bębenków azjatyckich, przygotowując herbatę, do której na szczęście poda rum z Martyniki. Na ścianie między dwiema półkami wisi quena indiańska. Na biurku w oczekiwaniu na swoją fiszkę leży sakabusza z czasów podboju Meksyku, niezwykle cenny instrument, który zdobi głowa potwora okryta srebrną łuską, z oczyma z emalii i otwartą paszczą, wyszczerzając na mnie dwa rzędy miedzianych zębów. „Należała do Juana de San Pedro, trębacza nadwornego Karola V i słynnego rycerza ze świty Hernána Cortésa” – tłumaczy mi Konserwator, sprawdzając, czy herbata naciągnęła. Potem nalewa rumu do kieliszków, robiąc uwagę – dość komiczną, zważywszy, kto go słucha – że odrobina alkoholu od czasu do czasu jest ze względów atawistycznych bardzo dobrze przyswajana przez organizm, gdyż człowiek na przestrzeni całej historii i na wszystkich szerokościach geograficznych zawsze potrafił wynaleźć jakiś napój, którym mógłby się upić. Ponieważ prezent dla mnie znajduje się na innym piętrze, dość daleko od pokoju, gdzie jesteśmy, i poszła go szukać głucha służąca, która chodzi bardzo powoli, spoglądam na zegarek, udając, że przypomniałem sobie nagle o pilnym spotkaniu. Ale mój zegarek, którego nie nakręciłem wczoraj wieczorem, jak to spostrzegam teraz, żeby się oswoić z rzeczywistością moich rozpoczynających się wakacji, stoi na godzinie trzeciej dwadzieścia. Pytam o godzinę tonem zaaferowanym, ale słyszę w odpowiedzi, że godzina nie jest ważna, że z powodu deszczu ściemnia się przedwcześnie tego czerwcowego popołudnia, jednego z najdłuższych w roku. Pokazując mi swoje najnowsze zdobycze, jak Panguelingua z czasów mnichów z klasztoru Sankt-Gallen, wydanie princeps Traktatu o szyfrowanym basie dla gry na gitarze, jak również rzadkie wydanie Oktoechos św. Jana z Damaszku, Konserwator próbuje oszukać moją niecierpliwość, wzrastającą jeszcze bardziej pod wpływem niezadowolenia, że pozwoliłem się zaciągnąć do tej graciarni, gdzie nie mam już nic do roboty, pośród tych wszystkich harf hebrajskich, rebafów, fletów i szałamai, kołków do naciągania strun i szyjek skrzypcowych, organów ręcznych o dziurawych miechach, bezładnie nagromadzonych w ciemnych kątach. Już mam oświadczyć tonem stanowczym, że przyjdę po prezent później, kiedy ukazuje się służąca, zdejmując kalosze. Prezent, jaki mi przyniosła, to płyta nagrana do połowy, bez napisu; Konserwator nakłada ją na gramofon, starannie wybierając igłę z miękkim końcem. Przynamniej, mówię sobie, nie będzie to trwało długo: około dwóch minut, sądząc po szerokości pasa z rowkami. Odwracam się, żeby napełnić swój kieliszek, kiedy słyszę nagle za sobą świergotanie ptaka. Zdumiony patrzę na staruszka, który uśmiecha się łagodnym ojcowskim uśmiechem, jakby mi ofiarowywał bezcenny dar. Chcę go spytać, co to jest, ale nakazuje mi milczenie, wskazując na kręcącą się płytę. Teraz na pewno usłyszymy coś innego. Jesteśmy w połowie nagrania, a ten monotonny świergot trwa nadal, przerywany krótkimi chwilami ciszy, jak gdyby jednakowej długości. Nawet nie bardzo muzykalny jest ten ptak, gdyż nie ma trylu ani portamento i wydaje z siebie tylko trzy nuty, zawsze te same, a tembr jego głosu brzmi jak alfabet Morse’a w kabinie telegrafisty. Płyta wkrótce się kończy. Nie rozumiem, na czym polega dar tak wychwalany przez człowieka, który w swoim czasie był moim nauczycielem, ani co ja mam wspólnego z tym dokumentem interesującym co najwyżej ornitologa. Niedorzeczna audycja kończy się i Konserwator rozpromieniony niewytłumaczalną radością pyta: „Słyszysz? Rozumiesz to?”, i tłumaczy, że świergotanie nie jest głosem ptaka, ale instrumentu z terakoty używanego przez pierwszych Indian na kontynencie do naśladowania głosu ptaka, którego chcą złowić zgodnie z praktyką rytualną, zapewniającą pomyślny wynik łowów. „Oto pierwsze potwierdzenie twojej teorii” – mówi mi staruszek, ściskając mnie wśród ataku kaszlu. A że nie bardzo rozumiem, co chce powiedzieć, ogarnia mnie, podczas gdy płyta zaczyna kręcić się na nowo, wzrastająca irytacja, którą podniecają dwa jednym haustem wypite kieliszki. Ptak, który nie jest ptakiem, razem ze swoim śpiewem, który nie jest śpiewem, tylko jego magiczną imitacją, znajduje w moim sercu nieznośny rezonans; przypomina mi pracę napisaną przeze mnie już tak dawno – nie przerażają mnie lata, ale raczej niepotrzebna szybkość ich biegu – na temat początków muzyki i organografii pierwotnej. Były to czasy, kiedy wojna przerwała kompozycję mojej ambitnej kantaty Prometheus Unbound. Po powrocie czułem się tak bardzo innym człowiekiem, że skończone preludium i szkice pierwszej sceny zostały spakowane i złożone na dnie szafy, podczas gdy moje zainteresowania zwróciły się w stronę techniki i tej namiastki muzyki, jaką dają film i radio. W złudnym zapale, z jakim broniłem tych sztuk stulecia, twierdząc, że otwierają nieskończone perspektywy dla kompozytorów, szukałem prawdopodobnie ulgi w poczuciu winy w stosunku do porzuconego dzieła, a także usprawiedliwienia dla mojej pracy w przedsiębiorstwie handlowym, którą podjąłem, kiedy Ruth i ja naszą ucieczką złamaliśmy życie pewnego wspaniałego człowieka. Po wyczerpaniu okresu miłosnej anarchii przekonałem się szybko, że powołanie mojej żony nie da się pogodzić z tym rodzajem współżycia, jakiego pragnąłem. Dlatego próbowałem uczynić mniej przykrą jej nieobecność związaną z przedstawieniami i sezonem teatralnym, przyjmując pracę, którą mogłem wykonywać w niedzielę i dni wolne, bez tej ciągłości celu, jakiej wymaga praca twórcza. W ten sposób znalazłem drogę do domu Konserwatora, którego Muzeum Organograficzne było chlubą czcigodnego uniwersytetu. Pod tym samym dachem zawarłem znajomość z pierwotnymi instrumentami perkusyjnymi: wydrążone pnie, litofony, szczęki zwierząt i bransolety, z których człowiek wydobywał dźwięki w pierwszych dniach swego pojawienia się na planecie najeżonej jeszcze szkieletami mastodontów, kiedy obrał drogę, która go miała zaprowadzić do Missa Papae Marcelli i Die Kunst der Fuge. Ulegając tej szczególnej formie lenistwa skłaniającej do energicznego oddania się pracom niezupełnie tym, którymi powinniśmy się zająć, z prawdziwą pasją oddałem się metodom klasyfikacji i studiom morfologicznym tych przedmiotów z drzewa, gliny, miedzi, z trzciny, z wnętrzności i skóry kozła, tych pierwszych sposobów wydobywania dźwięków uwiecznionych z tysiącletnią siłą w cudownym werniksie rzemieślników z Cremony albo w uroczystej piszczałce teologicznej organów. Nie zgadzając się z ogólnie przyjętymi koncepcjami na temat początków muzyki, zacząłem opracowywać pomysłową teorię, która tłumaczyła narodziny pierwszej ekspresji rytmicznej chęcią naśladowania kroków zwierząt lub śpiewu ptaków. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fakt, że pierwsze rysunki renów i bizonów na ścianach jaskiń należy zawdzięczać magicznemu podstępowi mającemu zapewnić dobre wyniki polowania – zdobyć łup poprzez uprzednie zawładnięcie jego obrazem – nie byłem daleki od prawdy, twierdząc, że pierwsze rytmy były rytmami kłusa, galopu, skoku, świergotania i trylu i że szukano ich, uderzając ręką o przedmiot wydający dźwięk albo dmuchając w pustą trzcinę.

Byłem prawie zły teraz, patrząc na kręcącą się płytę i myśląc, że moja ciekawa – a może i słuszna – teoria została odłożona do lamusa marzeń, jak tyle innych rzeczy, których epoka ze swoją tyranią dnia powszedniego nie pozwala mi zrealizować. Nagle ręka unosi diafragmę znad płyty, gliniany ptak przestaje śpiewać. I następuje to, czego się najbardziej obawiałem: Konserwator serdecznym gestem zaciąga mnie do jakiegoś kąta i pyta, jak wyglądają moje studia, dodając, że ma dziś dużo czasu, żeby mnie posłuchać i podyskutować. Chciałby poznać moje odkrycia i moje nowe metody, rozpatrzyć moje wnioski dotyczące początków muzyki, których zamierzałem niegdyś poszukiwać na podstawie mojej teorii mimetyzmu magiczno-rytmicznego. Ponieważ nie mogę mu się wymknąć, zaczynam kłamać, wymyślać przeszkody rzekomo opóźniające moją pracę. Ale jasne, że nieprzyzwyczajony do tej taktyki popełniam śmieszne błędy w użyciu terminów technicznych, plączę klasyfikacje i nie znajduję danych istotnych, choć zdawało mi się, że je znam bardzo dobrze. Próbuję oprzeć się na bibliografii, po to tylko, by się dowiedzieć – z ironicznego sprostowania mego słuchacza – że dzisiaj specjaliści ją zarzucili. I kiedy już mam się uczepić domniemanej konieczności połączenia niektórych pieśni pierwotnych nagranych ostatnio przez badaczy, doznaję wrażenia, że mój głos brzmi tak fałszywie, odbijany przez miedziane gongi, że grzęznę w pół zdania o niewybaczalnym zapomnieniu wygłosu organologicznego. Lustro pokazuje mi, jak żałośnie w tej chwili wyglądam, niby szuler przyłapany z talią znaczonych kart w rękawie. Wydaję się sam sobie taki brzydki, że mój wstyd zmienia się nagle w złość i wybucham grubiańsko, pytając Konserwatora, czy jego zdaniem dużo ludzi w naszych czasach może wyżyć ze studiów nad instrumentami pierwotnymi. Wiadomo mu przecież, że w młodości zostałem wyrwany z korzeniami z mego środowiska, oślepiony przez fałszywe pojęcia, popchnięty w ramiona sztuki, która żywi tylko najgorszych handlarzy z Tin-Pan-Alley, potem przez wiele miesięcy wleczono mnie jako tłumacza wojskowego przez świat w gruzach, a wreszcie znowu wyrzucono na bruk miasta, gdzie trudniej niż w jakimkolwiek innym miejscu było borykać się z nędzą. Och, znałem z doświadczenia straszliwą dolę tych, co w nocy piorą swoją jedyną koszulę, chodzą po śniegu z dziurawymi podeszwami, palą połówki papierosów i gotują w szafie, a w końcu ulegają takiej obsesji głodu, że ich inteligencja ogranicza się do jedynej myśli: o jedzeniu. To rozwiązanie było równie jałowe, jak sprzedawanie od wschodu do zachodu słońca najlepszych godzin swego życia. A zresztą – krzyczałem teraz – wewnątrz mnie jest pustka, pustka! Niewzruszony, daleki Konserwator patrzy na mnie ze zdumiewającym chłodem, jakby oczekiwał tego nagłego wybuchu. Wtedy znowu zaczynam mówić, ale głosem głuchym, z pośpiechem, jakby czerpiąc siłę z jakiejś ciemnej egzaltacji. I tak jak grzesznik wytrząsa przed konfesjonałem czarny worek swoich nieprawości i pożądań, dając się ponieść pewnego rodzaju euforii samooskarżenia, która dochodzi aż do pragnienia przekleństwa, odmalowuję przed moim dawnym mistrzem w najczarniejszych barwach, w najbrzydszych, najbrudniejszych odcieniach całą bezużyteczność mego życia, ogłupionego za dnia, pogrążonego w nieświadomości w ciągu nocy. Tak bardzo przygniatają mnie moje własne zdania – jak gdyby wypowiedziane przez kogoś innego, przez sędziego, którego nosiłem w sobie, nie wiedząc o tym, i który wykorzystywał teraz moje środki fizyczne do wyrażenia swojej myśli – że słuchając ich ze zgrozą, widzę, jak trudno stać się na nowo człowiekiem, kiedy się nim być przestało. Między mną obecnym a mną takim, jakim chciałbym być kiedyś, pogłębia się w ciemnościach przepaść straconych lat. Zdawało mi się teraz, że ja umilkłem, a sędzia dalej przemawia przez moje usta. Żyliśmy razem, w jednym ciele, on i ja podtrzymywani jakąś ukrytą konstrukcją, która była już w naszym życiu, w naszym ciele obecnością naszej śmierci. Wewnątrz istoty, której obraz odbijało lustro w barokowych ramach, prowadzili w tej chwili dialog Kaznodzieja i Libertyn, główne postacie każdej budującej alegorii, każdego przykładnego moralitetu. Uciekając od lustrzanej tafli, moje oczy wędrują w stronę biblioteki. Ale tam, w kącie przeznaczonym dla muzyki renesansu, na grzbiecie oprawnego w cielęcą skórę tomu, obok Psalmów pokutnych widzę wydrukowany tytuł, jakby umieszczony tu celowo: Representazione di anima e di corpo. Było coś z momentu zapuszczenia kurtyny, wygaśnięcia ognia w milczeniu, które znowu zapadło i któremu Konserwator w okrutny sposób pozwolił trwać. Nagle zrobił jakiś dziwaczny gest, który przywiódł mi na myśl nieistniejącą władzę rozgrzeszenia. Wstał powoli i podnosząc słuchawkę, nakręcił numer telefonu rektora uniwersytetu, w którego gmachu mieściło się Muzeum Organograficzne. Ze wzrastającym zdumieniem, nie odważając się oderwać wzroku od podłogi, usłyszałem wielkie pochwały pod moim adresem. Przedstawiono mnie jako człowieka wyjątkowo powołanego do pozyskania kilku eksponatów brakujących w galerii pierwotnych instrumentów muzycznych Ameryki, kolekcji dotychczas niekompletnej, mimo że – jeśli chodzi o wartość dokumentalną – jedynej na świecie. Nie rozwodząc się zbytnio nad moimi zdolnościami, Konserwator podkreślił fakt, że moja odporność fizyczna, wypróbowana w wojnie, pozwoli mi prowadzić poszukiwania w krajach trudno dostępnych dla starych specjalistów. Poza tym hiszpański to język mego dzieciństwa. Każdy przytoczony argument tak podnosił moje walory, że w oczach niewidzialnego rozmówcy powinienem urosnąć do postaci na miarę młodego von Hornbostela. Z przerażeniem zauważyłem niezłomną ufność, jaką we mnie pokładano, wierząc, że potrafię przywieźć stamtąd, pośród innych niezwykłych instrumentów tubylczych, bęben i pałeczkę do wymierzania rytmu, które zignorowali Schaeffner i Curt Sachs, oraz słynny dzban z trzciny cukrowej, używany przez Indian w czasie uroczystości pogrzebowych opisanych przez brata Servando de Castillejos w jego traktacie De barbarorum Novi Mundi moribus z 1561 roku; dzban ten nie figurował w żadnych zbiorach organograficznych, mimo że fakt przetrwania do naszych czasów szczepu, który według świadectwa mnicha używał tego dzbana jako rytualnego instrumentu muzycznego, wskazywałby na przetrwanie obyczaju zasygnalizowanego niedawno przez podróżników i kupców. „Rektor czeka na nas” – powiedział mój nauczyciel. Pomysł ten wydał mi się nagle tak niedorzeczny, że miałem ochotę się roześmiać. Próbowałem znaleźć jakiś uprzejmy wybieg, tłumaczyć się moją ignorancją, odejściem od wszelkiej pracy intelektualnej. Utrzymywałem, że nie znam ostatnich metod klasyfikacji opartych na ewolucji morfologicznej instrumentów, a nie na ich rezonansie i sposobie grania na nich. Ale Konserwatorowi najwidoczniej tak zależało na wysłaniu mnie tam, gdzie wcale nie chciałem jechać, że uciekł się do argumentu, któremu nie mogłem przeciwstawić nic rozsądnego: praca ta mogła doskonale zostać wykonana podczas moich wakacji. Chodzi tylko o to, czy z miłości do trocin barowych wyrzeknę się możliwości przepłynięcia wzdłuż czarodziejskiej rzeki. Prawdę mówiąc, nie miałem żadnej dostatecznie ważnej racji, by odrzucić tę propozycję. Wprowadzony w błąd milczeniem, które wziął za zgodę, Konserwator wyszedł do sąsiedniego pokoju po płaszcz, bo deszcz dzwonił teraz mocno o szyby. Wykorzystałem tę sposobność, by uciec. Chciało mi się pić. W tej chwili interesowało mnie tylko to, by jak najprędzej znaleźć się w pobliskim barze, gdzie na ścianie wisiały fotografie koni wyścigowych.

3

Na fortepianie leżała kartka: Mouche prosiła, żeby na nią czekać. Dla zabicia czasu zacząłem bawić się klawiszami, łącząc akordy bez celu, ustawiwszy szklankę na brzegu ostatniej oktawy. Pachniało świeżą farbą. Za pudłem fortepianu zaczynały nabierać precyzji szkice Hydry, Okrętu Argo, Łucznika i Warkocza Bereniki, które wkrótce dodadzą pożytecznej oryginalności pracowni mojej przyjaciółki. Po wielu drwinach z jej wiedzy astrologicznej musiałem w końcu schylić czoło wobec korzyści realnych z tego zajęcia. Stawiała horoskopy drogą korespondencyjną, dysponując sama swoim czasem i z wyjątkowo zabawną powagą udzielając niekiedy w drodze łaski konsultacji osobistych, o które zabiegano dość często. Tak więc od Jowisza w znaku Raka do Saturna w znaku Wagi, czerpiąc wiedzę z ciekawych traktatów, Mouche kreśliła pędzelkiem umaczanym w gwaszu albo piórem i atramentem Mapy Przeznaczenia, wędrujące potem do odległych zakątków kraju i opatrzone znakami zodiaku, które pomagałem jej przybrać w bardziej uroczystą szatę napisami w rodzaju „De Coeleste Fisonomica, Prognosticum Super Coeleste” lub inną pięknie brzmiącą łaciną. Ludzie – myślałem niekiedy – muszą być bardzo przerażeni swoją własną epoką, żeby się tyle pytać astrologów, tak pilnie studiować linie swoich rąk, charakter swego pisma, niepokoić wróżbami z fusów kawy, odmładzając najstarsze praktyki czarnoksięskie z braku możliwości odczytywania losów z wnętrzności świętych zwierząt i obserwowania lotu ptaków przy użyciu pałeczki augura. Moja przyjaciółka, która mocno wierzyła we wróżki z zawoalowaną twarzą i kształtowała swoją umysłowość na wielkiej wyprzedaży surrealistycznej, czerpała nie tylko korzyści, ale i przyjemność z kontemplacji nieba w zwierciadle ksiąg i operowania pięknymi nazwami konstelacji. To był jej sposób uprawiania poezji; po jedynej próbie użycia do tego celu słów, wydrukowanych w cieniutkiej broszurce ilustrowanej fotomontażami potworów i posągów, nie robiła sobie złudzeń co do oryginalności swego talentu, gdy minęło pierwsze odurzenie wywołane zapachem farby drukarskiej. Poznałem ją dwa lata temu, podczas jednej z tych licznych, zawodowych nieobecności Ruth i jakkolwiek moje noce zaczynały się i kończyły w jej łóżku, wymieniliśmy niewiele czułych zdań. Czasem kłóciliśmy się straszliwie, by potem z gniewem złączyć się w miłosnym uścisku, podczas gdy nasze oczy, tak bliskie, że nie mogły się widzieć, ciskały sobie obelgi, które przywrócona zgoda odczuć cielesnych zamieniała w brutalne pochwały doznawanej rozkoszy. Mouche, z natury uprzejma i raczej wstrzemięźliwa, jeżeli chodzi o słownik, używała w takich momentach języka prostytutki i trzeba jej było odpowiadać tak samo, by tym żywsza była przyjemność wyrastająca z tego bagna słów. Trudno mi było powiedzieć, czy łączyła mnie z nią miłość prawdziwa. Czasem doprowadzała mnie do rozpaczy swoim dogmatycznym przywiązaniem do stylu kawiarń z Saint-Germain-des-Prés i po jałowych dyskusjach na ten temat uciekałem z jej domu z zamiarem niepowracania tam więcej. Nazajutrz jednak roztkliwiałem się na samą myśl o jej impertynencjach i wracałem do jej ciała, potrzebnego mi, bo znajdowałem w nim tę egoistyczną, żądającą wszystkiego dla siebie zwierzęcość, która potrafiła zmienić rodzaj mego wieczystego znużenia, przenosząc je z płaszczyzny nerwowej na fizyczną. Kiedy to osiągnąłem, czasami przychodził na mnie sen, taki sam jak ten, tak rzadko i tak gorąco upragniony, który zamykał mi oczy po dniu spędzonym na wsi, jednym z tych nielicznych dni roku, kiedy zapach drzew, wywołując rozprężenie całej mojej istoty, odurzał mnie i usypiał. Znudzony oczekiwaniem uderzyłem z furią pierwsze akordy wielkiego koncertu romantycznego, ale w tej samej chwili otworzyły się drzwi i pokój napełnił się ludźmi. Mouche z twarzą zarumienioną, jak zwykle gdy wypiła parę kieliszków, wróciła z obiadu w towarzystwie swego malarza. Prócz tego byli dwaj moi asystenci, których nie spodziewałem się tu spotkać, i dekoratorka z parteru, zawsze na straży moralności innych kobiet, oraz tancerka, która w tym czasie przygotowywała balet na zwykłych rytmach wybijanych rękoma. „Mamy niespodziankę” – oznajmiła, śmiejąc się, moja przyjaciółka. I natychmiast montują projektor z kopią wyświetlanego wczoraj filmu, którego wielki sukces zadecydował o niezwłocznym rozpoczęciu moich wakacji.

Teraz, po zgaszeniu światła, przed moimi oczyma roztaczają się na nowo znane obrazy: połów tuńczyka przy niezrównanym rytmie almadrabas, rozpaczliwy popłoch kłębowiska ryb oblężonych przez czarne łodzie, lampryski wyłaniające się ze szczelin w swoich skalnych wieżycach, rozciągająca się, oplątująca wszystko miazga, przybycie węgorzy i rozległa miedzianej barwy winnica Morza Sargassowego. A potem martwa natura: ślimaki i haczyki wędek, las korali i fascynująca bitwa skorupiaków, zdjęcia tak zręcznie powiększone, że langusty wyglądają jak straszliwy zastęp opancerzonych smoków. Była to dobra robota, słyszeliśmy znowu najlepsze momenty partytury, płynne arpeggia celesty, miękkie portamento fal Martenota, przypływy dźwięku harf, orgię ksylofonu, fortepianu i perkusji, w czasie gdy rozgrywała się bitwa. Kosztowało to trzy miesiące dyskusji, wahań, eksperymentów i przykrości, ale rezultat był zdumiewający. Sam tekst, napisany przez młodego poetę przy współpracy z oceanografem i pod kierownictwem specjalistów naszego przedsiębiorstwa, godny był umieszczenia w jakiejś antologii tego rodzaju. A jeśli chodzi o montaż i imaginację muzyczną, nie znajdowałem żadnego zarzutu, jaki mógłbym sam sobie postawić. „Arcydzieło” – mówiła Mouche w ciemnościach. „Arcydzieło” – chórem powtórzyli inni. Gdy zapalono światła, wszyscy zaczęli mi winszować, domagając się powtórzenia projekcji. A po drugim pokazie, ponieważ ciągle napływali goście, proszono mnie o trzeci. Ale po każdym nowym egzaminie, kiedy widziałem w girlandzie wodorostów słowo „Koniec” wieńczące to wzorowe dzieło, byłem z niego coraz mniej dumny. Pewna prawda zatruwała moją satysfakcję: fakt, że cała ta zaciekła praca, przykładny pokaz dobrego gustu, opanowania rzemiosła, wybór i koordynacja moich współpracowników i asystentów dały w rezultacie film reklamowy, zamówiony w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem, przez konsorcjum rybackie prowadzące zagorzałą walkę przeciwko sieci kooperatyw. Ekipa techników i artystów męczyła się przez całe tygodnie w ciemnych salach, po to, żeby zrealizować dzieło kinematografii, którego jedynym celem było zwrócić uwagę pewnej publiczności na pewną akcję przemysłową, zdolną doprowadzić do coraz liczniejszego rozmnażania się ryb. Miałem wrażenie, że słyszę głos mego ojca, tak jak w szarych dniach jego wdowieństwa, kiedy tak chętnie cytował Pismo Święte. „To, co krzywe, nie da się wyprostować, a czego nie ma, tego nie można liczyć”3. Zawsze miał tę maksymę na ustach i stosował ją przy każdej okazji. Proza Eklezjasty miała dla mnie w tej chwili gorzki smak, kiedy myślałem, że Konserwator na przykład wzruszyłby ramionami na widok tej pracy, uważając, że można ją porównać do kreślenia liter dymem na niebie albo do mistrzowskiego rysunku, który wywołuje ślinkę w ustach gapia stojącego w południe przed ogłoszeniem zapraszającym na chrupiące rogaliki. Uznałby mnie za wspólnika tych, którzy szpecą pejzaż, rozlepiaczy afiszów, szarlatanów reklamujących cudowny lek. Ale Konserwator – myślałem ze złością – reprezentuje pokolenie zatrute kultem wzniosłości, przeżywające wzruszenia miłosne w lożach Bayreuth, pachnących wytartym czerwonym pluszem. Przybywali nowi goście, zasłaniając głowami światło projektora. „Właśnie na reklamie rozwijają się technicy” – zawołał tuż koło mnie, jak gdyby odgadując moje myśli, malarz rosyjski, który niedawno porzucił malarstwo olejne dla ceramiki. „Mozaiki w Rawennie nie były niczym innym jak tylko reklamą” – powiedział architekt, który lubił sztukę abstrakcyjną. Nowe głosy wyłaniały się z cienia. „Całe malarstwo religijne to reklama”. „Tak samo jak niektóre kantaty Bacha”. „Gott der Herr ist Sonn und Schild czerpie źródło z autentycznego sloganu”. „Film to praca zespołu: fresk powinien być wykonywany przez zespoły, sztuka przyszłości będzie sztuką zespołów”. W miarę jak przybywali inni zaproszeni, z butelkami, rozmowy zaczęły się dzielić. Malarz pokazywał serię rysunków przedstawiających kaleki i ludzi obdartych ze skóry, zamierzał je umieścić na swoich ceramikach jako plansze anatomiczne symbolizujące ducha epoki. „Prawdziwa muzyka jest czystą spekulacją na frekwencjach” – powiedział mój asystent od nagrywania, rzucając na klawisze fortepianu chińskie kości do gry, aby wykazać, jak przypadek może nam przynieść temat muzyczny. Wszyscy usiłowaliśmy się wzajemnie przekrzyczeć, kiedy gromkie „Halt!”, rzucone od drzwi basowym głosem, unieruchomiło każdego niby statuę w gabinecie figur woskowych, w połowie gestu lub wymawianego właśnie słowa czy też w momencie wypuszczania z ust kłębu dymu. Jedni zatrzymali się w pół kroku, inni trzymali w ręku kieliszek w pół drogi od stołu do ust. („Oto ja. Siedzę na kanapie. Miałem właśnie potrzeć zapałką o pudełko. Klocki Viktora Hugo przypomniały mi wiersz Mallarmégo. Ale moje ręce miały zapalić zapałkę bez zlecenia świadomości. A więc spałem. Spałem tak samo jak ci, co mnie otaczają”). Padła inna komenda z ust nowo przybyłego i każdy dokończył zawieszone w próżni zdanie, gest lub krok. Było to jedno z licznych ćwiczeń, które X.T.H. (nie nazywaliśmy go nigdy inaczej jak inicjałami, co w praktyce brzmiało Eks-ti-ejcz) miał zwyczaj narzucać nam, żeby nas „obudzić”, jak mówił, wprawić nas w stan świadomości i analizy naszych aktów obecnych bez względu na ich błahość. Odwracając na swój użytek wyznawaną przez nas powszechnie zasadę filozoficzną, twierdził, że „ktokolwiek działa w sposób automatyczny, jest esencją bez egzystencji”. Mouche z powołania entuzjazmowała się aspektami astrologicznymi jego doktryny, której podstawy były nader atrakcyjne, ale potem zanadto, w moim pojęciu, gmatwały się w mistyce Wschodu, pitagoryzmie tybetańskich „tantr” i nie wiem czym jeszcze. Fakt, że Eks-ti-ejcz potrafił zmusić nas do serii praktyk pokrewnych asanom joginów, każąc nam oddychać w określony sposób, licząc czas wdechów i wydechów według mantr. Mouche i jej przyjaciele zamierzali w ten sposób osiągnąć stan równowagi, co zawsze wydawało mi się wątpliwe, zwłaszcza u ludzi szukających codziennie w alkoholu obrony przed zniechęceniem, udręką niepowodzeń, niezadowoleniem z własnej osoby, przed obawą odrzucenia rękopisu lub po prostu przed twardą bezwzględnością tego miasta wiecznej bezosobowości wewnątrz tłumu, wiecznego pośpiechu, gdzie spojrzenia spotykały się tylko przypadkiem, a uśmiech osoby nieznajomej zawsze krył w sobie jakąś propozycję. Eks-ti-ejcz próbował teraz wyleczyć tancerkę z nagłej migreny przez położenie ręki na czole. Oszołomiony gwarem rozmów obracających się jak w kalejdoskopie, od dasein do boksu, od marksizmu do uporu, z jakim Viktor Hugo chciał zmodyfikować dźwięk fortepianu, wkładając pod struny kawałki szkła, kule z bibułki i łodygi kwiatów, wyszedłem na taras, gdzie deszcz popołudniowy oczyścił karłowate lipy Mouche z sadzy nieuchronnie wyrzucanej w lecie przez kominy fabryki po drugiej stronie rzeki. Zawsze bardzo mnie bawiło na tych zebraniach dziwaczne migotanie myśli przeskakującej od kabały do egzystencjalistycznej angoisse, poprzez projekty założenia farm na Zachodzie, gdzie sztukę niektórych artystów finansują dochody z hodowli kur rasy Leghorn lub Rhode Island Red. Zawsze lubiłem te nagłe przeskoki od spraw transcendentalnych do dziwactw, od teatru elżbietańskiego do gnozy, od platonizmu do akupunktury. Miałem nawet zamiar nagrać pewnego dnia za pomocą magnetofonu ukrytego pod którymś z mebli te rozmowy wykazujące zawrotność eliptycznego procesu myśli i języka. W tej gimnastyce umysłowej, w tych akrobacjach kultury znajdowałem poza tym usprawiedliwienie licznych nieprawidłowości moralnych, które u innych byłyby dla mnie czymś ohydnym. Ale wybór między rodzinami ludzi nie nasuwał żadnych wątpliwości. Z jednej strony byli kupcy, przedsiębiorcy, dla których pracowałem w dzień i którzy umieli wydawać zarobione pieniądze wyłącznie na rozrywki tak głupie, tak odarte z wyobraźni, że siłą rzeczy czułem się zwierzęciem przynależnym do innego gatunku; z drugiej – ci, którzy zgromadzili się tutaj, szczęśliwi, że wypróbowali kilka butelek alkoholu, zafascynowani nadprzyrodzoną władzą obiecaną przez Eks-ti-ejcza, zawsze przejęci wielkimi projektami. W nieubłaganym porządku nowoczesnego miasta realizowali pewną formę ascezy, rezygnując z dóbr materialnych, cierpiąc głód i różne braki w zamian za problematyczne odnalezienie samych siebie w dokonanym dziele. A jednak tego wieczora ci ludzie męczyli mnie zupełnie tak samo jak ci, którzy reprezentowali cyfry i zysk. To dlatego, że w głębi ducha byłem pod wrażeniem sceny w domu Konserwatora i nie dałem się oszukać entuzjazmowi wzbudzonemu przez reklamowy film, który kosztował mnie tyle wysiłku. Paradoksy wypowiadane na temat reklamy i sztuki zespołowej były tylko sposobami znęcania się nad przeszłością, szukaniem usprawiedliwienia dla znikomych rezultatów osiągniętych na własnym polu działania. Tak niewielkie zadowolenie dawało mi ostatnio zrealizowane dzieło przez swój śmiechu godny cel, że kiedy Mouche podeszła do mnie z gratulacjami, zmieniłem szybko temat rozmowy, opowiadając, co mnie spotkało tego popołudnia. Ku memu zdumieniu rzuciła mi się na szyję, wołając, że ta wiadomość jest formidable, gdyż potwierdza jej niedawny proroczy sen, w którym widziała siebie latającą w powietrzu pośród ogromnych ptaków o szafranowych piórach, co oznacza niewątpliwie podróż i powodzenie, zmianę losu poprzez zmianę miejsca pobytu. I nie dając mi czasu na sprostowanie pomyłki, rzuciła się w odmęty wielkich frazesów o pragnieniu ucieczki, wołaniu Nieznanego, o zesłanych przez Los spotkaniach tonem, który przywodził na myśl holowane okręty i bajeczne Florydy Statku pijanego. Przerwałem jej wkrótce, opowiadając, jak uciekłem z domu Konserwatora, nie skorzystawszy z jego oferty. „Ależ to zupełny idiotyzm! – zawołała. – Mogłeś pomyśleć o mnie”. Zwróciłem jej uwagę, że nie dysponuję odpowiednimi funduszami, by opłacić jej wycieczkę w tak odległe kraje, że zresztą w każdym wypadku uniwersytet pokryłby koszta wyjazdu tylko jednej osoby. Po niemiłej chwili milczenia, kiedy jej oczy przybrały brzydki wyraz niechęci, Mouche zaczęła się śmiać. „I pomyśleć, że mieliśmy tu malarza Venus Cranacha”. Moja przyjaciółka wytłumaczyła mi, co jej przyszło do głowy: żeby dotrzeć do krajów, gdzie żyły ludy grające niegdyś na instrumentach poszukiwanych przez Muzeum, trzeba najpierw było jechać do wielkiego miasta tropikalnego słynnego ze swoich pięknych plaż i swego folkloru; chodziło po prostu o to, żeby tam pobyć, urządzając od czasu do czasu wyprawy do lasów, podobno blisko położonych, i żyjąc beztrosko, póki starczy pieniędzy. Nikt nie będzie wiedział, czy ściśle trzymam się marszruty, jakiej wymaga powierzona mi funkcja. Żeby w końcu wyjść z honorem, po powrocie wręczyłbym zdobyte instrumenty „prymitywne”, autentyczne, naukowo zbadane, wiarygodne i wykonane zgodnie z moimi szkicami i pomiarami przez zaprzyjaźnionego malarza, zapalonego wielbiciela sztuk prymitywnych i tak szatańsko zręcznego, jeśli chodzi o wszelkie prace rzemieślnicze, kopiowanie i reprodukcję, że żył wyłącznie z podrabiania wielkich stylów, rzeźbił madonny katalońskie z XIV wieku z wytartymi złoceniami, stoczone przez robaki, tu i ówdzie popękane, a najznakomitszym jego osiągnięciem była sprzedaż zarządowi muzeum w Glasgow Venus