Wydawca: Armoryka Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2014

Podróż do przeszłości. Reportaże z Krainy Księdza Jana ebook

Marcin Sawicki

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 266 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podróż do przeszłości. Reportaże z Krainy Księdza Jana - Marcin Sawicki

Podróż do przeszłości. Reportaże z Krainy Księdza Jana” - fragment książki opowiadającej o tajemniczej afrykańskiej krainie: „Etiopia jest niewygodna. Jest niewygodna, ponieważ zmusza turystę do namysłu. (…) Małżonka cesarza Etiopii, króla królów, Menelika II, słynąca z niebanalnej urody, nieprzeciętnej odwagi oraz nadzwyczajnej inteligencji pięknooka Taitu Bitul, miała sen. Władcy tej nieprzyjaznej ludziom, gęsto poharatanej pasmami górskimi ziemi, miewali już takie prorocze sny – wizje, które stanowiły inspirację do tworzenia rzeczy wielkich i wiekopomnych. Cesarzowi Lalibeli przed wiekami przyśniły się wspaniałe, ryte w ziemi kościoły, które zgodnie z jego wolą zmaterializowały się za sprawą wspólnego trudu ludzi i aniołów. Wizja cesarzowej o czarującym spojrzeniu skrojona już jednak była na miarę nie średniowiecznej, a modernizującej się Etiopii przełomu XIX i XX wieku. Nie bez przyczyny powiadało się o monarchini, której imię oznaczało „Słońce”, iż była prawdziwym światłem swojej krainy. Niektórzy twierdzili również, przytaczając na to solidne dowody, iż „miała rozum równy męskiemu i wspomagała Menelika we wszystkim, co tyczyło imperium”. Sen „Jej Cesarskiej Wysokości”, Itege Taitu, pozbawiony był mistycznych wizji, cudów i ingerencji sił nadprzyrodzonych. Cesarzowa wyśniła sobie… hotel. Taki z przestronnymi, komfortowo urządzonymi pokojami, bieżącą wodą i luksusową restauracją, zaopatrzoną w najlepsze, najbardziej wyszukane dania kuchni etiopskiej i zachodniej. Hotel dla spragnionych zarazem bezpiecznej oazy, namiastki dalekiej ojczyzny, ale jednocześnie żądnych doznania szczypty egzotyki. Miałem to niezwykłe szczęście, że ponad sto lat po cudownym śnie Itege Taitu, swoją pierwszą noc na etiopskiej ziemi spędziłem w hotelu ze snu cesarzowej...”

Opinie o ebooku Podróż do przeszłości. Reportaże z Krainy Księdza Jana - Marcin Sawicki

Fragment ebooka Podróż do przeszłości. Reportaże z Krainy Księdza Jana - Marcin Sawicki

MARCIN SAWICKI

PODRÓŻ DO PRZESZŁOŚCI

REPORTAŻE Z KRAINY KSIĘDZA JANA

_______

Armoryka

Projekt okładki: Juliusz Susak 

Fotografia na okładce: Marcin Sawicki

Copyright © 2014 by Wydawnictwo „Armoryka”

Wydawnictwo ARMORYKA

ul. Krucza 16

27-600 Sandomierz

tel +48 15 833 21 41

e-mail:wydawnictwo.armoryka@interia.pl

“Jan, z łaski Bożej i Pana Jezusa Chrystusa, Król królów, Pan nad Panami, do swojego przyjaciela Emanuela, cesarza Konstantynopola z pozdrowieniem, życzeniami zdrowia, bogactwa i nieprzerwanej łaski Boga. […]

Wasza Wysokość pewnie pragnie usłyszeć więcej i dowiedzieć się o bogactwach ziemi, która jest podległa naszemu berłu: Ja, Prezbiter Jan, Pan nad Panami, przewyższam wszystkich pod niebem swoimi cnotami, bogactwem i potęgą; nie mam sobie równych pod słońcem. Siedemdziesięciu dwóch królów daniny mi składa. Gorliwym się mienię chrześcijaninem i w całym mym królestwie chrześcijan pod opiekę biorę i datkami ich hojnie obdzielam. […]

Nasze królestwo sięga poza Indie […]. Siedemdziesiąt dwie prowincje, z których tylko kilka jest chrześcijańskich, są nam podległe. Każda ma swojego własnego króla, ale wszyscy są naszymi wasalami. W naszym kraju żyją słonie, dromadery, wielbłądy, krokodyle, dzikie osły, białe i czerwone lwy, dzikie niedźwiedzie, gryfy, tygrysy, lamy, hieny, dzikie konie, dzikie woły, i jednoocy ludzie z rogami, ludzie z oczami z przodu i z tyłu, centaury, satyry, pigmeje, wielkie giganty, cyklopy, feniksy i każdy rodzaj zwierząt. Na naszym terytorium mieszka dwanaście ludów żywiących się ludzkim mięsem. Kiedy ktoś z nich umiera, to jego przyjaciele i krewni uważają za swój obowiązek skonsumowanie jego zwłok. […]

Nasza ziemia miodem i mlekiem płynie. Nie rosną u nas trujące zioła, nie ma żadnych skorpionów, ani wężów pełzających w trawie, ani groźnych zwierząt. Przez naszą ziemię przepływają rzeki. […] W jej toniach można znaleźć szmaragdy, szafiry, topazy, onyksy, chryzolity, rubiny, beryle, diamenty i inne drogie kamienie….”

(Rzekomy list Księdza Jana do cesarza bizantyjskiego, Manuela I Komnena z 1165 r.)

HOTEL, KTÓRY PRZYŚNIŁ SIĘ CESARZOWEJ TAITU

„Etiopia jest niewygodna. Jest niewygodna, ponieważ zmusza turystę do namysłu.

 Turysta nie po to gdzieś jedzie, żeby się namyślać”.

(I. Karpowicz)

Małżonka cesarza Etiopii, króla królów, Menelika II, słynąca z niebanalnej urody, nieprzeciętnej odwagi oraz nadzwyczajnej inteligencji pięknooka Taitu Bitul, miała sen. Władcy tej nieprzyjaznej ludziom, gęsto poharatanej pasmami górskimi ziemi, miewali już takie prorocze sny – wizje, które stanowiły inspirację do tworzenia rzeczy wielkich i wiekopomnych. Cesarzowi Lalibeli przed wiekami przyśniły się wspaniałe, ryte w ziemi kościoły, które zgodnie z jego wolą zmaterializowały się za sprawą wspólnego trudu ludzi i aniołów. Wizja cesarzowej o czarującym spojrzeniu skrojona już jednak była na miarę nie średniowiecznej, a modernizującej się Etiopii przełomu XIX i XX wieku. Nie bez przyczyny powiadało się o monarchini, której imię oznaczało „Słońce”, iż była prawdziwym światłem swojej krainy. Niektórzy twierdzili również, przytaczając na to solidne dowody, iż „miała rozum równy męskiemu i wspomagała Menelika we wszystkim, co tyczyło imperium”. 

Sen „Jej Cesarskiej Wysokości”, Itege Taitu, pozbawiony był mistycznych wizji, cudów i  ingerencji sił nadprzyrodzonych. Cesarzowa wyśniła sobie… hotel. Taki z przestronnymi, komfortowo urządzonymi pokojami, bieżącą wodą i luksusową restauracją, zaopatrzoną w najlepsze, najbardziej wyszukane dania kuchni etiopskiej i zachodniej. Hotel dla spragnionych zarazem bezpiecznej oazy, namiastki dalekiej ojczyzny, ale jednocześnie żądnych doznania szczypty egzotyki. Słowem, wyśniła Itege, komfortową przystań dla zachodnich dyplomatów, podróżników i naukowców, którzy coraz śmielej i liczniej pojawiali się na cesarskim dworze w Addis Abebie. Ciekawa świata cesarzowa słyszała, że istnieją takie przytułki w odległej Europie, której cywilizacja tak zafascynowała jej wojowniczego małżonka, Menelika II. Zapragnęła zatem, aby także w nowej cesarskiej stolicy hotelu co się zowie nie zabrakło. Taitu była kobietą zdecydowaną i do bólu konsekwentną. Trudno było ją zbić z raz obranej drogi, zarówno w życiu osobistym, jak i polityce. Zaś jej mąż, zapalony monarcha-reformator, zawsze chętnie widział w swoim władztwie wszelkie przejawy nowoczesności. Toteż jej wola szybko została wcielona w życie. W roku 1907 Addis Abebę uświetnił pierwszy z prawdziwego zdarzenia hotel. Symbol nowej Etiopii. 

Miałem to niezwykłe szczęście, że ponad sto lat po cudownym śnie Itege Taitu, swoją pierwszą noc na etiopskiej ziemi spędziłem w hotelu ze snu cesarzowej. Tej samej pięknookiej Itege, od której, wedle mniemania cesarskiego panegirysty H. W. Selassie, „słońce przyjęło swą nazwę”.

Do hotelu ze snu Itegue Taitu trafiłem jednak bardziej z przypadku niż z wyboru. W planach był raczej jakiś tani nocleg, których sporo w okolicach Piazzy. Tam pojechaliśmy. Ja, Karolina i Justyna. Taksówkarz żółtej, starej i mocno zdezelowanej łady, jednej z dziesiątek podobnych na parkingu w pobliżu międzynarodowego lotniska Bole w Addis Abebie, nie należał do szczególnie uczynnych. Gestem głowy niedbale wskazał bagażnik, żeby sobie tam zapakować plecaki. Bagażnik nie domykał się, więc niechętnie wygramolił się zza kółka, aby poskromić niepokorne drzwiczki. Zanim kierowca ruszył wreszcie pustymi ulicami przestronnej Bole Road, zmuszony był prosić kolegów po fachu, żeby pomogli popchać auto. Dopiero wtedy silnik, jakby niechętnie zerwany z błogiego snu, zaskoczył. Taksówkarz, równie zaspany, w żółwim tempie pokonywał kolejne kilometry. W ciasnej ładzie nie dopinały się pasy bezpieczeństwa i czuć było intensywny zapach benzyny.

- Skąd jesteś? – zapytał bez cienia zainteresowania w głosie.

- Z Polski – odpowiedziałem, a on ze zrozumieniem pokiwał głową. Ziewnął. I zamilkł. Najwidoczniej uznał, że ta wymiana informacji wystarczy za całą konwersację. Powoli zresztą dopadała go irytacja. Najwidoczniej nie znał drogi. Podałem oczywiście nazwę ulicy, ale ta niewiele mu mówiła. Są w Addis Abebie określenia ulic oficjalne i te nieoficjalne, ludowe. Te pierwsze pozostają dość stabilne. Te drugie zmieniają się, ewoluują, przeistaczają. Weź się tutaj zorientuj, człowieku… Toteż zdenerwowany kierowca miotał pod nosem najgorsze amharskie przekleństwa. Zatrzymywał się co jakiś czas. Tam gdzie dostrzegł jakieś snujące się sennie grupki ludzi. Nielicznych o tej porze. Pytał o drogę, tamci coś tłumaczyli, wskazywali. A potem znowu się zatrzymywał i ponownie pytał. Wreszcie znalazł właściwy hotel. Pożegnał się zdawkowo, tak samo jak wcześniej przywitał. Widziałem jeszcze jak odpalał swoją wysłużoną żółtą ładę, rozpędzając ją z górki. Silnik szczęśliwie zaskoczył. Z pewnością głęboko odetchnął z poczuciem ulgi. Gdyby nie zapalił, musiałby pewnie czekać do rana, aż znajdzie się kilku śmiałków, żeby pchnąć.

Hotel Baro znajduje się za wysokim metalowym płotem. Tutaj zostawił nas z całym majdanem mrukliwy taksówkarz. Trzeba dzwonić i czekać aż cieć otworzy. Wychyla się po jakimś czasie zaspany i po same uszy owinięty w koc. Oświetlenie słabe, więc trudno rozpoznać rysy twarzy. 

- Nie ma miejsc – odbiera nadzieję. – Spróbuj naprzeciwko.

Próbuję. Ale tam słyszę to samo. Wokół ciemno i nie bardzo wiadomo, dokąd teraz iść. Moim poczynaniom, a raczej mojej bezradności, przypatruje się postać w ciemnej kurtce i czarnej czapce na głowie. Nie jest aż tak zimno, ale Etiopczycy źle znoszą tutejszą chłodną, lipcową pogodę. Aura w Addis Abebie, przynajmniej o tej porze roku, daleko odbiega od potocznych wyobrażeń na temat spieczonej słonecznym żarem Afryki. Nawet nie zauważyłem, kiedy tajemniczy przybysz w czerni się pojawił. Zmaterializował się nagle z ciemności niczym jakiś duch – zara. Niewidzialny człowiek z etiopskich legend. Może wyłonić się nagle z drzewa przydrożnej akacji, wyjść spod kamienia bądź z wody. Zara - sprawca nagłych nieszczęść i tajemniczych chorób. Poczułem na sobie badawczy wzrok tajemniczego przybysza. A może zjawy. Było to rzeczywiście do tego stopnia intensywne spojrzenie, jakby właśnie zamierzał rzucić na mnie zły urok. Ale nie…

- Szukasz hotelu? Pomogę Ci. Znam kilka bardzo dobrych hoteli w okolicy – zaproponował.

Cóż, nie ma wyjścia. Trzeba zdać się na (zapewne niebezinteresowną) pomoc nocnego przybysza. A może mrocznej zjawy? Podążam w ślad za nim. Prowadzi mnie do obszernego hotelowego budynku, który czworokątną bladoszarą plamą ledwie odcinał się na tle gęstej jak smoła nocy. W pobliżu rozłożyły się oświetlone bramy dyskotek, skąd dobiegają skoczne rytmy amharskiego popu i dzikie porykiwania miejscowej złotej młodzieży. Krótkie spódniczki dziewcząt odsłaniają obietnicę szybkiej i taniej miłości. Nie taką okolicę dla swojego hotelu wyśniła sobie zapewne cesarzowa Taitu.

- Idź, zapytaj o pokoje. Jeśli się spodoba, zostań. Ja poczekam – i oczywiście poczekał cierpliwie na wynagrodzenie. Zamyślony, nieruchomy, obwiązawszy szczelnie szyję i twarz ciepłym szalikiem. Potem rozpłynął się w ciemnościach. Jak niewidzialny człowiek zara z etiopskich legend.

Pokój się spodobał. Cena podana przez recepcjonistę zawiniętego szczelnie w białe prześcieradło mniej. Następnego dnia trzeba będzie jeszcze raz spróbować szczęścia w Hotelu Baro. Póki co wkraczam ostrożnie, czując pod stopami skrzypiące deski, do hotelu, który przyśnił się pięknej cesarzowej ponad sto lat temu i do dzisiaj nosi jej imię. A wewnątrz masywne schody na piętro, afrykańskie pejzaże, antyczne, masywne, rzeźbione w drewnie meble. Ze ścian groźnie, albo jakby prześmiewczo, a czasami wręcz demonicznie spoglądają puste oczodoły afrykańskich masek, plemienne rękodzieło. Wnętrze z duszą, chociaż wszystko jakieś zakurzone, nadpsute, niekompletne, naznaczone wyraźnie piętnem upływającego czasu. W pokoju nie domykają się przesuwane drzwi do łazienki. Zimna woda z pokrytego rdzą kranu. Masywna drewniana szafa, której wnętrze pachnie kurzem. Piękny balkon z rzeźbioną balustradą, z którego rano podziwiać wyłaniającą się z mgły i smogu stolicę. Oraz duże łóżko. Wygodne łóżko. Kuszące łóżko. Zapowiadające dobrze przespaną noc. W głowie zamigało jeszcze (i szybko zgasło) wspomnienie-obrazek z lotniska w Istambule. Kolejka do odprawy. Migający zielony napis „boarding time” na ciemnej tablicy. Pośród pasażerów sami Afrykanie. Urzędnik lotniska sprawdza uważnie mój bilet. Czy aby nie pomyliłem bramki.

- Addis Abeba? – Upewnia się, spoglądając znad świstka papieru. W jego głosie wyczuwam nutę zaskoczenia z wyraźną domieszką politowania.

Kiedy nad ranem opuszczam cesarski hotel ze snu pięknookiej cesarzowej, kłania mi się uprzejmie staruszek w obdartej liberii koloru ciemnej, przekwitłej zieleni. Uśmiecham się do niego, mijając dwie palmy strzegące wejścia do drewnianego budynku, który w świetle poranka nabiera wyrazistości czystej bieli, tracąc uprzednią, nocną, trupią bladość. Wyobrażam sobie, że dzisiejszy staruszek stanął tutaj jako zupełnie nieopierzony gołowąs, jeszcze w owym pamiętnym dla stolicy 1907 roku, kiedy to ziściło się senne marzenie Itege Taitu. Witał pierwszych gości. Kłaniał się wówczas, tak samo życzliwie i pogodnie, w kierunku wytwornych dyplomatów, dumnych arystokratów oraz nieustraszonych poszukiwaczy przygód. I stoi tak nieprzerwanie przez te wszystkie lata, starzejąc się nieubłaganie wraz z hotelem ze snu cesarzowej Taitu. Podczas gdy najdostojniejsi goście zdążyli już się przenieść do odgrodzonego od miasta solidnym murem hotelu Sheraton, zaopatrzonego w pięknie podświetlany nocą basen, który zasilają turkusowe wody, odświeżając gorące źródła. Być może te same, w których pławiła się niegdyś swoje pożądane przez wielu piersiaste ciało sama pięknooka Taitu wraz ze swoim barwnym fraucymerem..

NOWY KWIAT

„W Addis Abebie wszystko było chaotyczne i niedorzeczne

 człowiek zawsze spodziewał się niezwykłości, a przecież zawsze był zaskoczony.”

(E. Waugh, Daleko stąd. Podróż afrykańska)

Addis Abeba w języku amharskim oznacza „Nowy Kwiat”. Takie określenie dla nowej stolicy wybrała sama pięknooka cesarzowa Taitu. Kapryśną władczynię, cierpiącą na reumatyczne bóle, urzekło piękno tutejszego krajobrazu oraz ciepło źródeł Filuoha. Do tej pory cesarska para rezydowała w wyżej położonym, oddalonym o kilkadziesiąt kilometrów od współczesnej stolicy, Entoto. Klimat jednak był tam dokuczliwy – zimny, wietrzny i deszczowy. W miejscu zaś, gdzie obecnie wznosi się Addis Abeba temperatura powietrza była trochę wyższa, a klimat łagodniejszy. Nie występowały też typowe dla obszarów tropikalnych upały, które w połączeniu z dużą wilgotnością powietrza czyniłyby miejsce uciążliwym dla mieszkańców. 

Ale nie tylko o klimat chodziło. Entoto świetnie się sprawdzało w warunkach ciągłych wojen, jakie przyszło stoczyć małżonkowi pięknej Taitu, Menelikowi II w wieloletniej walce o tron. Ale kiedy krwawe zmagania dobiegły końca, a władza i autorytet cesarza umocniła, pojawiła się potrzeba stworzenia nowej, wygodniejszej i bardziej reprezentacyjnej stołecznej metropolii od nieco staroświeckiego i ukrytego w trudnodostępnych górach Entoto. Stolicy, która mogłaby się stać godną siedzibą dworu cesarskiego, miejscem spotkań poważnych mężów stanu, wygodnym i bezpiecznym miejscem dla zagranicznych placówek dyplomatycznych. W zamyśle cesarskiej pary miała to być zatem prawdziwie nowoczesna metropolia. Taka, do której chętnie ściągaliby cudzoziemscy przedsiębiorcy, aby zakładać firmy, sklepy, hotele, budować murowane domy i rezydencje. Nowa lokalizacja wyrażała pewien określony ideowy program: miała w większym stopniu odpowiadać strategicznym, ekonomicznym i politycznym celom nowego cesarstwa.

Rozpoczynając swoje ambitne przedsięwzięcie, cesarska para szła pod prąd uświęconej wiekami tradycji. Wcześniej nie było w Etiopii stolicy w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Władcy zakładali liczne rezydencje w różnych częściach kraju, a centra polityczne przenosili dość często w zależności od potrzeby. Rzadko też budowali pałace, mieszkając po prostu w namiotach. Prowadząc niezliczone kampanie wojenne przeciwko coraz to nowym politycznym adwersarzom, najchętniej rezydowali w miejscach o ważnym położeniu strategicznym, pełniących jednocześnie funkcje obronne. Takich jak zniszczona w 1868 r. na skutek brytyjskiej interwencji przeciwko rządom brutalnego i zapalonego reformatora w jednej osobie, negusa Teodora II, Mekdela. 

Takie wzniosłe idee przyświecały założeniu stolicy o poetyckiej nazwie. Może i kiedyś nawet rzeczywiście był to „Nowy Kwiat”, którego zadaniem było przydać prawdziwego blasku Etiopii pod światłymi rządami Menelika II i Itege Taitu. Po dawnej, wielce urokliwej okolicy, która tak bardzo urzekła cesarzową, rychło nie pozostał prawie ślad. Addis jest położona na dość znacznej wysokości (2240 m.n.p.m.). Noce często bywają chłodne i wietrze. Żeby się ogrzać wycinano lasy, potem je karczowano, aż w końcu wyrywano nawet korzenie. Drewno wykorzystywano też obficie do budowy domów. A tych w Addis przybywało coraz więcej z każdym rokiem, bo miasto rozrastało się w bardzo szybkim tempie. Brak drzew oznaczał jednak jałowienie gleby. Kiedy przychodziła pora deszczowa, urodzajna ziemia spływała, pozostawiając w ciągu paru zaledwie lat niemal zupełnie niepłodne podglebie. Mieszkańcom Addis Abeby w oczy zaczęła zaglądać śmierć głodowa, a sytuacja do tego stopnia stała się dramatyczna, że nawet cesarz zaczął przemyśliwać nad przeniesieniem stolicy w inne miejsce. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności Menelik II, chętnie nadstawiający ucha na zagranicznych doradców, postanowił skorzystać z rady pewnego cudzoziemca, francuskiego profesora historii, Mondom Vidailhet. Ten zaś widząc, że w stolicy źle się dzieje, zalecił sprowadzenie z Australii drzew eukaliptusowych i zasadzenie ich. Na próbę. Bahr daf („drzewo zza wody”) przyjęły się znakomicie i Addis Abeba w ciągu niedługiego czasu zamieniła się w prawdziwy eukaliptusowy park. Australijska roślina ocaliła od zagłady i porzucenia afrykańską metropolię. Chroni do dzisiaj. Wspinając się na pałacowe wzgórza dawnej stolicy Entoto mija się dziesiątki kobiet, od wesołych nastolatek, po sterane życiem staruszki, transportujących wysuszony chrust podwieszony na szelkach ze sznurków, które obejmują ramiona i brzuch. Wszystkie zmierzają w kierunku przedmieść stolicy. Plecy uginają się pod ciężarem powiązanych w pęki ponad dwumetrowej długości, po twarzach ściekają strużki potu. Co jakiś czas kobiety przystają, aby odpocząć przy betonowych murkach wzdłuż drogi. Odwrócone wątłymi plecami do stolicy, której majestatyczny widok roztacza się z eukaliptusowych wzgórz Entoto, i która gotowa jest przyjąć, wchłonąć cały ten ładunek. A później zażądać jeszcze więcej.

W ciągu stu lat, które minęły od momentu założenia stolicy oraz zasadzenia eukaliptusowych gajów sporo się zmieniło. W wielkim tempie następował przyrost tkanki miejskiej. Addis Abeba, która jeszcze nie tak dawno było zlepkiem kilku sąsiadujących ze sobą wiosek, w krótkim stosunkowo czasie napęczniała do takich rozmiarów, że mogła spokojnie konkurować z największymi stolicami Afryki. Zewsząd ściągali ludzie. Budowali tu domy, rezydencje, zakładali rodziny, wychowywali liczne potomstwo. Powstawały tu wielkie firmy, zakłady produkcyjne, a siedzibę znalazły prestiżowe organizacje międzynarodowe. Pod tym względem niewiele się zmieniło. Nieprzerwanie z bliższych i dalszych wsi od ponad wieku wyruszają do miasta tysiące, setki tysięcy ubogich rolników w nadziei znalezienia pracy. Każdego dnia poszerzają się rzesze bezrobotnych żebraków. Bez ładu i składu powstają prowizoryczne domy. Dlatego - jak w większości wielkich metropolii - zabudowa w Addis Abebie jest chaotyczna i bezładna. Domy z tektury, kryte falistą blachą niesfornie zwracające się w różne strony, zbite w kupy, poprzedzielane plątaniną większych i mniejszych uliczek oraz rynsztoków. Cesarskie pałace gubią się gdzieś pośrodku zapuszczonych, cuchnących gnijącymi odpadkami, slumsów. Jednocześnie Addis Abeba to miejsce, gdzie mijają się i patrzą na siebie dwa światy. Afryka w łachmanach i Afryka pogrążona w materialnym dobrobycie. Mimo wszystko jednak ma się wrażenie, iż jakoś ten „Nowy Kwiat” dawnego cesarstwa wyblakł, przesiąkł wyziewami spalin i brudu. Tracąc dawną świeżość i powab, które oczarowały piękną cesarzową. 

Już sam cesarz Hajle Sellasje I, ostatni z monarchów dumnej dynastii potomków Salomona, nieraz musiał się wstydzić tego, jak wygląda jego stolica. Braku kanalizacji, ton błota zalegających na ulicach w porze deszczowej. A przecież cesarz miał ambicję uczynić z Addis Abeby perłę Afryki. Dlatego wydawał dosłownie krocie na upiększenie i modernizację miasta. Nie zawsze oczekiwania były w stanie sprostać rzeczywistości. Zatem negus, z okazji przyjazdu ważnych gości, kazał po obu stronach głównych ulic ustawiać makiety okazałych kamienic. Z zewnątrz wyglądały kolorowo i dostatnio, ale wystarczyło tylko zajrzeć przez puste okna, aby zobaczyć cuchnące śmietniki i pasące się bydło. Chodziło o to, aby pokazać tym wszystkim, którzy przylatywali tutaj na kilka dni, jak wielki postęp zrobiła Etiopia i jak szybko się modernizuje. Że kraj jest prawdziwie godzien stać się liderem pośród wszystkich państw afrykańskich.

Współczesną wersję etiopskich „wsi potiomkinowskich” pełnią szklane biurowce i centra handlowe przy głównych arteriach stolicy. W gruncie rzeczy jednak Addis Abebie niewiele pozostało z uroku dawnej cesarskiej siedziby. Kiedyś było to miasto rokujące wielkie nadzieje, mające przed sobą świetlaną przyszłość. Rozbudowywane i unowocześniane ogromnym nakładem pracy i środków. Obecnie to raczej typowa, hałaśliwa i pękająca w szwach monstrualna afrykańska metropolia, z przyrastającą lawinowo liczbą ludności (od miliona czterystu mieszkańców w 1984 roku, do pięciu milionów obecnie). Nie jest to ani szczególnie ładne ani najbrzydsze miasto. Raczej bezbarwne. Nawet smutne, kiedy gromadzą się nad nim w porze deszczowej, wyjątkowo tutaj dokuczliwej, ponure, deszczowe chmury. Trudno doszukać się w nim czegoś charakterystycznego, budynku, widoku, zapadającego w pamięć symbolu. A mimo to, jest to miasto, które na długo pozostaje w pamięci. Nawet da się lubić. Bo Addis Abeba sama w sobie jest pewną osobliwością. Każdego dnia odnosi się wrażenie, że odkrywa się ją na nowo. Zawsze zaskakuje. Nawet jeśli masz wrażenie, że wiesz o niej sporo. I ma Addis Abeba w sobie tę szczególną właściwość, którą poszczycić się mogą nieliczne metropolie – zarazem przyciąga i odpycha.

ULICE STOLICY

Addis Abeba szerokim łukiem rozkłada się po obu stronach wielce malowniczego jaru, którym płynie rzeka Akaki. W porze deszczowej brzegi jej puchną do granic możliwości i podmywają grube bale, na których wznoszą się okoliczne chałupy. Przez długie miesiące pory suchej zaś zamienia się ona w wąski, ledwo widoczny strumień. Wysychająca woda odsłania po obu stronach szerokie płachty piasku, kamienie, pozostałości zniszczonych domów i różne śmieci, wyrzucane do rzeki. Na obu jej brzegach przykucnęły nieśmiało niewielkie domki. Niechlujne, sklecone naprędce, koślawe, niepewnie stoją na chwiejących się balach. Wybudowane bez żadnego pomyślunku i porządku, zatopione w ciemnej, błotnistej mazi. Wokół nich z piskiem tarzają się małe dzieci. Starsze ciągną w stronę rzeki, aby nabrać do kanistrów wody do picia. Po obu stronach, po kolana w wodzie, brodzą kobiety. Piorą, a później rozkładają mokre, barwne ubrania na kamieniach. Do wyschnięcia. Z mostu widać jak niektórzy bez żadnego skrępowania na oczach innych załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. W powietrzu unosi się przykry, uderzający w nozdrza odór. Addis Abeba, w porównaniu z wieloma afrykańskimi stolicami jest dość bezpieczna. Tym niemniej, instynktownie wyczuwa się, że po zmroku w tą plątaninę domów, wąskich uliczek i tajemniczych przejść lepiej się nie zapuszczać. 

Dwie główne arterie miasta wyznaczają Churchill Abbay i Bole Road. Pierwsza –  ruchliwa, głośna, wiecznie zatłoczona i nieznająca snu sześciopasmowa arteria, prowadzi stromo w dół. Wprost do nieczynnego dworca kolejowego, skąd niegdyś odjeżdżały pociągi do portu Dżibuti (dawniej Somalii Francuskie). Piękny, stylowy parterowy budynek, dziś już trochę zaniedbany. Zamiast zagranicznych turystów z wielkimi bagażami zmierzających w stronę wybrzeża, na dworcu tłoczą się przekupnie i liczni kupujący. Ich przygarbione i zasuszone sylwetki w poświacie niebieskiego dymu, wydobywającego się ze źle uregulowanych silników, w pośpiechu przeciskają się między czerwonymi cielskami parkujących nieopodal autobusów. 

Trudno sobie wyobrazić, że ten budynek zamykający długą i przybrudzoną wstęgę Churchill Road to ten sam dworzec, który z tak wielką pompą niegdyś otwierał sam ras Tafari Mekonnen, czyli późniejszy negus negaste, Hajle Selasje I. Na zdjęciu zrobionym z tej okazji, widać jak pełen rozpierającej go dumy, z dostojnym, aczkolwiek na arystokratyczną modłę nieco powściągliwym uśmiechem stoi w towarzystwie swoich europejskich przyjaciół na tle jasnożółtego budynku. W oddali dym wydobywający się z lokomotywy. Niemal słychać gwizd konduktora i głuchy stukot kół leniwie oddalających się w stronę Morza Czerwonego.

Cesarz Menelik II, który zainicjował budowę kolei w Etiopii, był początkowo bardzo sceptycznie nastawiony do tego projektu. Kiedy pojawił się na jego dworze szwajcarski inżynier Alfred Ilg i przedstawił projekt budowy linii kolejowej łączącej stolicę z francuskim portem w Dżibuti, cesarz długo się wahał i poważnie namyślał. W jakiż to sposób taki żelazny potwór potrafiłby się wdrapać na abisyńskie góry? Nie mógł uwierzyć, że w ogóle to jest możliwe. Znając zapewne (rzecz chwalebna dla władcy) swoje ludzkie ograniczenia, postanowił oddać sprawy w ręce Boga. Zamknął nieszczęsnego Ilga w areszcie, dał mu kawał wołowej skóry, mówiąc, że jeżeli ten uszyje z niej buty, to on, negus negaste, król królów, Lew z pokolenia Judy, zdecyduje się na budowę kolei. W przeciwnym razie czeka europejskiego gościa najgorszy z możliwych koniec. Biedny Ilg mając do wyboru uszycie butów albo pewną śmierć, wybrał to pierwsze. I to mimo tego, że nigdy wcześniej tego nie robił. Z zadaniem uporał się jednak znakomicie. Buty tak zachwyciły cesarza, że wbrew temu, co mówili doradcy i kapłani, postanowił wybudować kolej.

Tuż przed dworcem za niewysokim ogrodzeniem znajduje się nieco kanciasty posąg przedstawiających Lwa Judy, symbol władzy cesarza, za którego sprawą projekt budowy kolei miał szansę oblec się w ciało. Monument, pomimo upadku monarchii w 1974 roku, przetrwał w stanie nienaruszonym czasy rządów komunistycznych i ustanowienie władzy demokratycznej. Etiopczycy żywią silne przywiązanie do swoich symboli i nie czują potrzeby usuwania ich, nawet wtedy, gdy już dawno przestają być aktualne. W samym centrum miasta na przykład, przy ruchliwej Churchill Road, wznosi się wysoko ku niebu monumentalny obelisk zwieńczony na górze złotym sierpem i młotem. Wzniesiony został jeszcze w czasach komunizmu po obaleniu ostatniego cesarza i przejęciu władzy przez tzw. grupę Derg na czele z Hajle Marjam Mengystu. Reżim upadł, a obelisk pozostał. I tak cesarski lew oraz czerwona gwiazda solidarnie obrastają czerniejącą patyną spalinowych wyziewów ulicy, której patronuje brytyjski premier sprzed lat.

Druga ulica wyznaczająca oś miasta - Bole Road - prowadzi na nowiutkie, eleganckie lotnisko, którego budowę hojną ręką wsparł Bank Światowy, aby wspomóc rozwój turystyki w Etiopii. W pobliżu, na wielkiej łące, pasą się stada baranów, typowe dla Addis Abeby połączenie. Naśladująca zachodnie wzorce nowoczesność oraz nieustępująca, pętająca się zacerowanych łachmanach nędza. Przy Placu Meskel, na drugim końcu Bole ten sam widok. Za kilkupasmową rychliwą ulicą, w cieniu rozłożystej akacji, z rana pasą się owce. Na kolorowym bilbordzie upamiętniającym pięćdziesięciolecie założenia Organizacji Jedności Afrykaskiej grupa zadowolonych z siebie mieszkańców Czarnego Lądu głosi z optymizmem, że XXI wiek należy do nich. I rzeczywiście, przynajmniej wzdłuż Bole Road nowoczesność zdaje się nieśmiało obierać przewagę nad tradycją. Chociaż tu i ówdzie rzeczywistość wciąż skrzeczy i piszczy nędzą, wbrew mierze oczekiwań, to przy tej tętniącej życiem metropolitarnej aorcie usadowiły się wysokie wieżowce, biura, drogie hotele i najbardziej luksusowe sklepy. Tutaj najczęściej można spotkać europejskich mieszkańców Addis Abeby oraz głośnych, pstrokatych, pobłyskujących złotem i ostentacyjnych nowobogackich młodych „abebian”. Ogólnie rzecz biorąc, ta część miasta uchodzi za bardziej ekskluzywną, zamieszkaną przez bogatszych. Ale nie brakuje jednak, jak chyba wszędzie w Addis Abebie, żebraków. Zresztą, niemal każdy w Etiopii jest potencjalnym żebrakiem. Z pensją rzadko przekraczającą kwotę pięćdziesięciu amerykańskich, będących przedmiotem szczególnego, czołobitnego i nabożnego kultu, przyjemnie zielonych baksów. Dlatego, tłumaczy Ignacy Karpowicz, „Etiopczycy (nie wszyscy) tak bezpardonowo rzucają się na białych. Nie kieruje nimi złośliwość, werble nie grają do ataku, to kiszki rozkazują. Idzie biały – grzechem byłoby nie wykorzystać okazji. A nuż [nóż] widelec (cierpko brzmi nasze powiedzonko w tym kontekście) uda się upolować obiad albo chociaż cukierka”.

Chociaż żebranie to zwykle profesja dziecięca. Dorośli boją się pojawiać na Bole Road z wyciągniętą po jałmużnę dłonią. Wstyd to, toż tutaj wizytówka miasta, które ma ambicje uchodzić za stolicę całego kontynentu. Ale dzieciom nic się nie zrobi, dzieciom wolno więcej. Na dzieci chętnie przymknie się oko. Kto zresztą zapanowałby nad tą całą jazgoczącą i głodną hałastrą? Mają zawieszone na szyi drewniane tace z rozłożonymi starannie gumami do żucia. Zabiegają drogę, wpychają te gumy do kieszeni, do torby, patrzą błagalnym wzrokiem, wywracają białka oczu, szarpią za koszulę, za spodnie, za palec, za rękę. I nie odstępują dopóki się nie zapłaci. Z litości lub dla świętego spokoju. Dla głodnego żadna różnica. 

Wychodziłem z uśmiechem na twarzy z restauracji w tej ekskluzywnej części miasta. Na ulicach, gdzie jeszcze wcześnie rano w imponującym tempie trenowali długonodzy biegacze, przewalały się masy aut. Syty i wypoczęty znajdowałem się w prawdziwie dobrym nastroju. Przede mną zatrzymał się mężczyzna w średnim wieku. Schludnie ubrany. Taki typ skromnego urzędnika niższego szczebla. Może nauczyciel, jak ja?

- Łatwo się tak cieszyć, kiedy jest się najedzonym, prawda? – zapytał, a mnie beztroski uśmiech zniknął z twarzy. 

Wcześniej, w hotelowej restauracji, na talerzu zostawiłem blisko połowę solidnej porcji indżery, która okazała się grubo ponad objętość i potrzeby mojego zachodniego, regularnie, z zachowaniem właściwych proporcji białek, witamin i węglowodanów, odżywionego żołądka. Już wiem, dlaczego (co mnie niejednokrotnie martwi, doskwiera, wręcz niemal fizycznie boli) miejscowi dostrzegają we mnie zwykle worek z pieniędzmi, a nie takiego jak i oni człowieka, który chciałby zatrzymać się, porozmawiać, pośmiać. Primum vivere deinde philosophari, mawiali mądrzy starożytni. 

Pewnego razu, w lokalnym autobusie rozmawiałem z prawdziwym, nie tylko domniemanym, miejscowym, chociaż nie stołecznym, a głucho-prowincjonalnym nauczycielem. Chłopak młody, uczynny, towarzyski. Zmartwił się szczerze, iż nie zobaczyłem jeszcze abisyńskiego wilka kaberu o wydłużonym pysku i spiczastych uszach. 

- Ale dlaczego? – Zapytał z tak rozdzierającym, nieopisanym, trudnym do wyrażenia, a przy tym tak rozbrajająco szczerym żalem, jakbym był w tej chwili najbardziej poszkodowanym 

i przez życie sponiewieranym człowiekiem w całej Etiopii. A może nawet w całym kosmosie. Jedynym, któremu spośród rzeszy szczęśliwców nie dane było pośród skał i wysokiej abisyńskiej trawy dojrzeć endemicznej wysmukłej sylwetki Canis simensis.

Jakby na pocieszenie mój kompan podróży, jeden z tych przemiłych ludzi, których imion nie zapamiętałem, podczas kolejnego postoju wyskoczył z pojazdu i kupił po butelce cudownie schłodzonej coli. Dla mnie, dla Karoliny, dla Justyny. Dostrzegł we mnie człowieka podczas tej rozmowy o abisyńskich wilkach. W pewnym momencie zapytał, ile zarabiam. Być może wydało mu się dziwne, że rozbijam się takimi gruchotami, autobusami odrywającymi się od ziemi na każdej nierówności drogi, gdzie za każdy większy kamień moje siedzenie musi odpokutować, a w zabrudzonych obiciach foteli siedlisko urządziły sobie pchły. Odpowiedziałem szczerze i bez wykrętów, wymieniając stosowną kwotę, która nie wydawała mi się jakaś szczególnie wielka w przeliczeniu na dolary. Młody nauczyciel patrzył na mnie długo, jakbym właśnie spadł z kosmosu.

Znajdująca się w