Podpowiedź serca - Małgorzata Łatka - ebook
Opis

Tylko raz spotykamy na swojej drodze tę jedną jedyną osobę, która potrafi odmienić nasz świat

Kiedy Joanna Suska prosi swoją siostrę bliźniaczkę, by zastąpiła ją na spotkaniu firmowym z ważnym klientem, nawet nie podejrzewa nadejścia kłopotów. Niedługo potem dochodzi do niezręcznej sytuacji, która staje się momentem zwrotnym jej życia. Wszystkie przekonania i zasady, którymi Joanna dotąd się kierowała, przestają się liczyć. Kobieta porzuca swoje ułożone, idealne życie i wyrusza w świat, by odkryć, co się dla niej naprawdę liczy. Niespodziewanie trafia do nadmorskiej miejscowości na zachodzie Prowansji i tam poszukuje odpowiedzi na dręczące ją pytania. Czy ktoś pospieszy z podpowiedzią?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Małgorzata Łatka

Podpowiedź serca

Wołowiec 2015

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Magdalena Palej

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografie na okładce © by Gordon Bell / Shutterstock

© by val lawless / Shutterstock

Copyright © by Małgorzata Łatka, 2015

Redakcja Julia Celer

Korekta Karolina Juszyńska / d2d.pl, Sandra Trela / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Sandra Trela / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-083-3

Black Publishing jest marką wydawniczą Wydawnictwa Czarne sp. z o.o. Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Ranek jest powolny, popołudnie za szybkie

przysłowie prowansalskie

Dla T.

Ruszajmy, przyjaciele,

wcale nie jest za późno,

by szukać świata ze snów…

A planów mam tak wiele

Ot, choćby przepłynąć horyzont wszerz,

potem wzdłuż…

Nie ma już w nas tej mocy, która za dawnych lat

umiała wstrząsnąć niebem, poruszyć cały świat…

Jesteśmy tym, czym jesteśmy –

Zły los, a może zły czas

osłabił w sercu ogień, co łączył niegdyś nas,

lecz wzmocnił naszą wolę i teraz dobrze wiemy,

że trzeba szukać, szukać, szukać,

bez względu na to, co znajdziemy.

fragment Ulissesa Alfreda Tennysona[1]

Większość informacji dotyczących miasteczka Saintes-­-Maries-de-la-Mer oraz rejonu Camargue i wydarzenia z nimi związane są prawdziwe.

– Jasna cholera!

To nie mogło dziać się naprawdę. Po raz kolejny przekręciłam kluczyk w stacyjce samochodu i zacisnęłam palce prawej dłoni na breloczku, jakby miało to cokolwiek zmienić. Drugą rękę trzymałam kurczowo na skórzanej kierownicy, bezwiednie robiąc w niej wgłębienia. Z moich ust płynęły słowa: Nie rób mi tego! Nie teraz!

Niestety, te zaklęcia na nic się zdały. Dźwięk, jaki mnie doszedł, nie zachęcał do dalszej podróży, ba! nawet na nią nie pozwalał. Wlepiłam wzrok w otaczające mnie ciemności, rozmazane przez zacinający deszcz.

Nie znalazłabym się w takiej sytuacji, gdyby nie to, że parę minut wcześniej wyskoczył mi przed maskę koń z długą i potarganą grzywą, którego jasne umaszczenie rysowało się wyraźnie na tle głębokiej szarości. Nie miałam czasu do namysłu; zadziałał instynkt i nie wahając się ani sekundy, gwałtownie nacisnęłam pedał hamulca, wdeptując go z całej siły w podłogę. Niczym w zwolnionym tempie obserwowałam bezradnie to, co działo się wokół mnie. Nawet w zamkniętym szczelnie samochodzie słyszałam, jak koła ślizgają się na mokrej nawierzchni, bezskutecznie próbując złapać przyczepność. Dopiero po paru sekundach przestały buksować, a ja zatrzymałam się, lądując w przydrożnym rowie.

Na wąskiej drodze nie było nikogo poza mną. Kogokolwiek, kto sprawiłby, że przestałabym się czuć tak bardzo opuszczona w tym przyprawiającym o dreszcze miejscu. Serce wróciło do swojego normalnego rytmu, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę coś zobaczyłam, czy też tylko mi się przywidziało. A może zmęczenie dawało o sobie znać i wyobraźnia płatała mi figle?

Do tego momentu uważałam, że jestem dobrym kierowcą. Ha, wręcz bardzo dobrym. Byłam dumna, że wiem, jak się zachować na drodze w każdych warunkach. Teraz jednak musiałam skonfrontować moje wyobrażenia z rzeczywistością. Najwidoczniej tylko tyle wystarczyło, żeby sprowadzić mnie na ziemię.

Wokół mnie panowała cisza. Pochyliłam się w stronę przedniej szyby i mrużąc oczy, próbowałam coś dostrzec przez zacinające strugi deszczu. Dwie wiązki świateł samochodowych przecinały mrok. Widziałam przed sobą jedynie kawałek drogi oraz ciemny, groźnie wyglądający las. O tej porze roku – a była połowa marca – większość drzew miała zaczątki małych i jasnych listków, które uginały się pod naporem deszczu i porywistego wiatru wiejącego z różnych kierunków. Wąskie konary chyliły się prawie do samej ziemi. Pomiędzy nimi, nisko przy podszycie, rozpełzła się gęsta mgła, unosząc się powoli. Ciemność sięgała dalej niż mój wzrok.

W samochodzie z braku świeżego powietrza zrobiło się parno. O dach i szyby uderzały z głuchym odgłosem ciężkie krople – miałam wrażenie, jakbym znalazła się w blaszanej puszce. Obróciłam się w lewo, rozpłaszczając nos na bocznej szybie, i objęłam zrezygnowanym spojrzeniem krajobraz w nadziei, że zobaczę coś więcej. Niestety, bezskutecznie.

Ciężko opadłam na siedzenie. W radiu leciała radosna piosenka, nie do końca adekwatna do sytuacji, w jakiej się znalazłam. Wolałabym, żeby puścili coś pocieszającego i motywującego do działania, na przykład I’ll survive Glorii Gaynor. Pomyślałam sobie, że będę miała o czym opowiadać siostrze. A miała to być przygoda mojego życia… Włączyłam światła awaryjne i wysiadłam z samochodu, żeby obejrzeć straty.

Na zewnątrz przywitała mnie ściana deszczu. Było jeszcze gorzej, niż się spodziewałam. Krople wielkie jak złotówki spadały na mnie z każdej strony z natarczywą prędkością. Czułam się jak podczas jakiegoś ekstrawaganckiego masażu, pomyślałam tylko, że woda mogłaby być nieco cieplejsza, a strumień odrobinę mniejszy. Po minucie byłam już cała mokra, w dodatku marzłam przeraźliwie. Mokre strąki przylepiały mi się do głowy i ramion. Nie wiedziałam, ile mogło być stopni, ale na pewno temperatura nie przekraczała dziesięciu kresek. Musiało się znacznie ochłodzić, odkąd wyjechałam z miasteczka Orange, gdzie ostatnio zatrzymałam się na postój.

Kiedy pojawiłam się w komisie w centrum Madrytu, właściciel od razu pokazał mi ten model BMW rocznik ’95, a mnie natychmiast coś w nim urzekło. Nigdy dotąd nie miałam takiego sportowego samochodu, chociaż zawsze mnie to kusiło, dlatego z tym większym zapałem postanowiłam zrealizować swoje marzenie. Auto miało okazyjną cenę, spory przebieg i sprawny silnik. Dopiero gdy zapłaciłam, podpisałam stosowne dokumenty i weszłam w jego posiadanie, dowiedziałam się, że właściciel komisu od dawna chciał się go pozbyć. To jednak nie popsuło mojej radości z zakupu.

Za dodatkową opłatą, która wówczas wydawała mi się wygórowana, sprzedawca chciał mi jeszcze dorzucić GPS-a. Zignorowałam jego propozycję, przekonana o swojej wyśmienitej orientacji w terenie, która nigdy mnie nie zawiodła. A raczej nigdydotąd mnie nie zawiodła.

Jako była harcerka zawsze dobrze sobie radziłam z topografią, stwierdziłam więc, że na pewno i tym razem tak będzie. Zwłaszcza że miałam wsparcie w postaci znaków drogowych i mapy samochodowej rozłożonej na siedzeniu pasażera. Teraz mogłam jedynie przeklinać się za „oszczędność”, gdyż nie miałam pojęcia, gdzie jestem. Obozy harcerskie nie przygotowały mnie również na takie sytuacje jak niesprawny samochód czy niekorzystne warunki atmosferyczne. Mogłam co najwyżej zbudować sobie chatkę z drewna – pod warunkiem że dysponowałabym odpowiednim sprzętem – a później przyszyć sobie do rękawa munduru sprawność stolarza[2].

Pochylając się nisko nad ziemią, sprawdzałam stan kół. W ciągu tych paru minut, odkąd znalazłam się na zewnątrz, deszcz się wzmógł. Niestety, samochód znajdował się w jeszcze gorszym położeniu, niż początkowo myślałam: jedno koło zwisało nad rowem. Na jego dnie widziałam tylko brunatną wodę oraz liczne listki unoszące się na jej powierzchni. Karoseria też nie była w najlepszym stanie. Z boku auta zszedł lakier; widocznie drzwi otarły się o rozłożyste drzewo, stojące nieopodal. Nadal jednak nie znałam odpowiedzi na pytanie, dlaczego samochód jest niesprawny. Co spowodowało, że silnik nie chciał bądź nie mógł pracować? Podejrzewałam, że dziś już się tego nie dowiem.

Ponownie rozejrzałam się dookoła, bezradnie rozkładając ręce na boki. Jakie było moje zaskoczenie, gdy parę metrów od siebie zobaczyłam pięknego konia. Tego samego, który chwilę temu wybiegł mi na drogę. Zamrugałam; nie wierzyłam, że to dzieje się naprawdę.

Ostrożnie zrobiłam parę kroków w kierunku zwierzęcia, przemawiając do niego cichym głosem. W jego oczach, w postawie widziałam czujność. Był gotowy do ucieczki w każdym momencie. Poruszał energicznie chrapami. Przez parę minut mierzyliśmy się wzrokiem. Gdy już znalazłam się na wyciągnięcie ręki, koń nagle zastrzygł uszami, szarpnął łbem i pobiegł. Udało mi się jeszcze dostrzec jego bujną, mokrą grzywę. Echo niosło przez chwilę odgłos kopyt mocno uderzających o podłoże, wkrótce potem zwierzę pochłonęła ściana deszczu. Koń zniknął tak szybko, jak się pojawił. Czułam się trochę jak Alicja z Krainy Czarów, która znalazła się w nieznanym sobie miejscu, do kompletu brakowało tylko królika.

Z niedowierzaniem obróciłam się za siebie, sama nie wiedząc, czego jeszcze mogę się spodziewać. Ponownie obejrzałam samochód; niestety, wciąż nie miałam pomysłu, jak go uruchomić. Bezradnie stałam na środku drogi, nasłuchując, ale żaden dźwięk nie przecinał panującej ciszy. O widoku człowieka już nie wspominając. Wylądowałam na odludziu.

Moje rozmyślania przerwały wstrząsające mną dreszcze, ciało rozpaczliwie pragnęło ciepła. Wróciłam do samochodu, mrugającego światłami awaryjnymi, i z ulgą zamknęłam się w parnym wnętrzu.

Bezskutecznie próbowałam sobie przypomnieć, kiedy po raz ostatni widziałam na drodze jakiś drogowskaz, coś, co mogłoby mi podpowiedzieć, gdzie jestem. Wyglądało jednak na to, że od dłuższego czasu jechałam na oślep. Wcześniej planowałam dotrzeć do malowniczego miasteczka Salon-de-Provence położonego na trasie do Marsylii, drugiego co do wielkości miasta w kraju. Chciałam zobaczyć jedną z najstarszych miejscowości w Prowansji, w dodatku znajdującą się na malowniczym wzgórzu, a także zwiedzić dom Nostradamusa – słynnego astrologa i jasnowidza, który mieszkał tam aż do końca swojego życia.

Wyglądało na to, że to miasteczko nie było mi pisane. Najwyraźniej w pewnym momencie skręciłam w niewłaściwą stronę i trafiłam zupełnie gdzie indziej. Na początku, posłuszna wskazówkom na mapie, trzymałam się głównych dróg, które wraz z przebytymi kilometrami, powoli, acz nieustająco, robiły się coraz węższe i coraz mniej uczęszczane. W pewnym momencie drogowskazy się skończyły. Wiedziałam, że jestem gdzieś na południu Francji, a przynajmniej powinnam być, chociaż smutny i opuszczony krajobraz sugerował co innego. Jak okiem sięgnąć, rozciągały się przede mną lasy przeplatane bagnami i małymi jeziorami.

Nad rowem, nad którym częściowo pochylał się mój samochód, pojawiła się gęsta mgła, którą wcześniej dostrzegłam w lesie. Tu również z minuty na minutę była coraz wyżej. Wyobraziłam sobie, że to żywe stworzenie, które z chwili na chwilę staje się silniejsze.

Atmosferę tajemniczości i nierzeczywistości wzmacniały odgłosy dzikich zwierząt. Przynajmniej tak mi się zdawało, że je słyszę. Niektóre dźwięki dobiegały z daleka, inne były całkiem blisko, zdecydowanie za blisko jak na mój gust mieszczucha. A ludzi wciąż ani widu, ani słychu.

Zdecydowałam, że najwyższy czas schować dumę do kieszeni i wezwać pomoc drogową. Koniec z odgrywaniem roli samodzielnej kobiety. Jakoś będą musieli namierzyć mój telefon, żeby do mnie dotrzeć, i odholować mnie wraz z autem do najbliższej miejscowości. Miałam nadzieję, że nawet w najmniejszych francuskich miasteczkach świadczone są takie usługi.

Na tylnym siedzeniu wyłożonego skórą samochodu, pod górą bagażu, leżała smętnie moja wielka torba. Udało mi się na wyczucie wydobyć z niej telefon komórkowy. Po twarzy spływały mi zimne krople wody, ściekające z mokrych włosów. Ubranie ślizgało się na tapicerce fotela. Ale to wszystko było niczym w porównaniu z tym, co odkryłam.

– Jasna cholera!

Patrząc z niedowierzaniem na czarny wyświetlacz komórki, po raz kolejny powtórzyłam te dwa słowa, które tak dosadnie wyrażały mój aktualny nastrój. Coraz mniej mi się to podobało. Zepsuty samochód na jakiejś opuszczonej i ciemnej drodze to było jedno, ale rozładowana bateria zdecydowanie pogarszała moją sytuację.

Byłam tak wychłodzona, że drżałam jak w febrze. Pod­kręciłam ogrzewanie, ustawiając kratki wprost na siedzenie kierowcy. Samochód oddał jeszcze trochę zmagazynowanego ciepła, dzięki czemu temperatura w środku utrzymywała się na znośnym poziomie. Wsunęłam dłonie pod uda z nadzieją, że zdołam się rozgrzać. Skórzane obicie foteli, które tak naprawdę zaważyło o mojej decyzji kupienia tego lekko zdezelowanego auta, nie pomagało, co gorsza – tylko dodatkowo ochładzało moje ciało. Postanowiłam zaczekać, aż ktoś będzie tędy przejeżdżał. Liczyłam, że ktoś taki się znajdzie. Ktokolwiek. Nie miałam pojęcia, co się stanie, jeśli nikt się nie pojawi.

Wyciągnęłam z walizki suchy sweter i pokonując wstrząsające moim ciałem dreszcze, zaczęłam się zastanawiać nad swoim położeniem. Dzięki temu zajęłam czymś swoje myśli i czas, którego miałam teraz pod dostatkiem.

Znajdowałam się gdzieś we Francji – tak mi się przynajmniej zdawało, gdyż nie jechałam aż tak długo, by przekroczyć granicę i wjechać do Włoch – z bezużytecznym telefonem i popsutym samochodem. A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Można by powiedzieć: zbyt niewinnie…

Z całą szczerością, na jaką mnie stać, mogę przyznać, że tak naprawdę wszystko zaczęło się ode mnie. Punktem zwrotnym w moim życiu był pewien piątkowy wieczór w drugiej połowie sierpnia ubiegłego roku. A w zasadzie czwartkowy, jeżeli już chodzi o ścisłość. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że zapamiętam ten dzień nie ze względu na mające wówczas miejsce wydarzenia, lecz na zmiany, jakie te wydarzenia za sobą pociągną. Zrozumiałam to dopiero później.

Razem z Wiktorem Kosem – moim ówczesnym narzeczonym – planowaliśmy na początku przyszłego roku ślub. Poznaliśmy się dwa lata temu na jednej z imprez, którą organizowałam przy okazji konferencji lekarzy. Akurat tamtego piątkowego dnia nadarzyła się idealna sposobność do poznania jego rodziców, którzy przyjechali do Krakowa w związku ze zbliżającą się uroczystością. Dwa miesiące wcześniej siostra Wiktora urodziła dziewczynkę i w najbliższy weekend miały się odbyć chrzciny. Na co dzień moi przyszli teściowie mieszkali w Stanach Zjednoczonych i bardzo rzadko odwiedzali Polskę. Nasze spotkanie było zaplanowane na wieczór, lokal został wybrany, stolik zarezerwowany. Wyglądało na to, że swoim zwyczajem pomyślałam o wszystkim. Jak się później okazało, nie każdy ruch da się przewidzieć, nawet jeżeli jest się tak zapobiegliwą osobą.

Cały mój plan legł w gruzach, gdy w przeddzień kolacji zatelefonował mój szef i poinformował mnie, że nazajutrz przyjeżdża do Krakowa z Warszawy ważny klient i muszę się nim zająć. W ramach obowiązków służbowych miałam zabrać go na kolację, podczas której zaprezentowałabym firmę w jak najlepszym świetle i przedstawiła perspektywy długotrwałej, owocnej współpracy, a potem, w zależności od nastroju gościa, miałam go pożegnać bądź też towarzyszyć mu w odkrywaniu wieczornego Krakowa.

Firma, w której wówczas pracowałam, zajmowała się planowaniem pobytu osobom przybywającym do naszego miasta, a także urządzaniem imprez. Potencjalny klient był właścicielem firmy importującej do Polski wina z małych winnic, jak się później okazało, bardzo dobrze prosperującej. Oprócz tego Jakub Zalewski organizował szkolenia związane między innymi z degustacją tych trunków. Te szkolenia cieszyły się dużą popularnością i właśnie tutaj nasza firma miałaby pole do popisu: zajmowaliśmy się rezerwacją biletów na trasach krajowych i międzynarodowych, pokoi hotelowych, wejściówek na rozmaite wydarzenia artystyczne, a także organizowaliśmy transport i zwiedzanie Krakowa i okolic z przewodnikiem. Gdybym więc namówiła tak ważnego klienta do nawiązania współpracy, byłby to prawdziwy przełom w mojej karierze.

I właśnie możliwość przyszłego awansu kazała mi za wszelką cenę znaleźć wyjście z całej tej kabały. Musiałam więc tak pokombinować, żeby wilk był syty i owca cała.

Po długim namyśle wpadłam na szalony pomysł: zdecydowałam się poprosić Mariannę Suską – moją starszą o dwie minuty siostrę bliźniaczkę – aby podszyła się pode mnie w ten piątkowy wieczór. Wtedy ta myśl wydawała mi się doskonała, a duma rozsadzała mi piersi, że znalazłam rozwiązanie, i to w tak krótkim czasie. Zalewski miał mieć kogoś do towarzystwa, czyli mnie w postaci mojej siostry, nazywanej przeze mnie Marion, a ja tymczasem mogłam spokojnie zjeść kolację z przyszłymi teściami. Wyglądało na to, że o wszystkim pomyślałam. Jak się miało później okazać, nie o wszystkim…

Nasze spotkanie było interesujące – łagodnie rzecz ujmując. Matka narzeczonego starała się zaprezentować mi Wiktora w jak najlepszym świetle, co chwila wspominając coś o uczuciu łączącym ją i jej synusia oraz o nierozerwalnej więzi. Przekaz był jasny. Między wierszami przeczytałam, że mam zaakceptować taką relację – dla własnego dobra.

W przeciwieństwie do mnie moja siostra piątkowy wieczór spędziła zaskakująco dobrze. Zakochała się w przyszłym kliencie od pierwszego wejrzenia i spędziła z nim upojną noc, ale o tym wszystkim dowiedziałam się dopiero później. Nazajutrz po spotkaniu Marion przekazała mi jedynie, że Jakub Zalewski zdecydował się nawiązać współpracę z moją firmą. To było dla mnie najistotniejsze, dlatego nawet do głowy mi nie przyszło, żeby drążyć temat. Naturalnie nie miałam też żadnych przeczuć. Klient zaraz po tamtym wieczorze wyjechał na miesiąc do Francji. Warunki umowy miały być omówione po jego powrocie, byłam więc zadowolona z takiego obrotu sprawy i zacierałam ręce z radości.

Po paru tygodniach zorientowałam się, że jednak nie był to najlepszy pomysł. Niefortunna zamiana przysporzyła mi masy kłopotów, które zamiast się rozwiązywać, tylko się nawarstwiały. Okazało się, że Zalewski skrócił swój pobyt we Francji i niespodziewanie wszedł do restauracji, w której jadłam właśnie lunch z moim przyszłym małżonkiem, omawiając z nim szczegóły zbliżającego się ślubu. Moja sekretarka musiała wcześniej go poinformować, gdzie jestem, ponieważ zjawił się z ogromnym bukietem różnokolorowych kwiatów, który przykuł moją uwagę od samych drzwi.

Trochę zdziwiona zaskakującą obecnością Zalewskiego, niczego nieświadoma, przedstawiłam sobie obu mężczyzn: Wiktora jako mojego narzeczonego i Jakuba jako mojego przyszłego klienta. No i wtedy się zaczęło. Komplikacja goniła komplikację, a cała sytuacja przerodziła się nagle w tragikomedię ze mną w roli głównej.

Zalewski w obecności zgromadzonych w restauracji osób nazwał mnie dwulicową babą i poradził Wiktorowi, aby się poważnie zastanowił nad tym małżeństwem. A ja dopiero wtedy dowiedziałam się, jak zakończył się ów pamiętny wieczór.

Rozmowa z siostrą nie należała do najprzyjemniejszych. Postawiona pod ścianą przyznała się do wszystkiego, a na sam koniec rozmowy wyznała mi, że się zakochała. Moja siostra! Los pisze najprzedniejsze historie…

Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Zalewski nie zrezygnował z chęci współpracy z naszą firmą, postawił tylko jeden warunek – chciał się kontaktować wyłącznie z mężczyzną. Ale ja i tak byłam zadowolona, że w ogóle coś z tego wyszło.

Co się zaś tyczy mojej siostry, to ta, chcąc ratować sytua­cję, pojechała do Jakuba do Warszawy, niestety, nie przyniosło to oczekiwanego efektu. Był tak głęboko dotknięty, że nie chciał nawet słuchać jej wyjaśnień.

Przez kolejne tygodnie obserwowałam, jak z tej żywej, radosnej i pełnej energii kobiety uchodzi powietrze. Jak po przekłuciu balonu – głośny syk, a na koniec zostają tylko strzępy. Mariannę najbardziej zabolało posądzenie jej o dwulicowość i o to, że spędziła z nim noc wyłącznie dla zdobycia kontraktu. Mimo najszczerszych chęci nie mogłam jej pomóc – głucha na wszelkie słowa pocieszenia, Marion potrzebowała czasu na wyleczenie ran i dojście do siebie.

Dni mijały, a moja siostra powoli, ale skutecznie zbierała się w garść. I tu w sukurs przyszła jej koleżanka Anna Duńska. Ona i jej znakomity pomysł. Duńska była dziennikarką w „Gazecie Małopolskiej”. Zaproponowała Marion, że zamieści jej pokręconą historię w postaci pięciu felietonów, które miały się ukazywać cyklicznie w „Gazecie Mało­polskiej”. Siostra wiedziała, że Zalewski ją prenumeruje, i ochoczo przystała na tę propozycję. Miała to być ostatnia próba pogodzenia się z Jakubem.

Dla wielu osób – a zwłaszcza dla kobiet – ta historia miała być przestrogą przed prowadzeniem nijakiej egzystencji. Moja bogatsza o bolesne doświadczenia siostra doszła do wniosku, że to nie finał danej relacji czy spotkania jest istotny, lecz przede wszystkim to, że nie jest się biernym uczestnikiem życia, tylko jego kompanem, świadomie dotrzymującym mu kroku, że podejmuje się rzuconą przez to życie rękawicę. I tym pragnęła podzielić się z innymi. Oczywiście po cichu liczyła, że Zalewski też to przeczyta, pozna prawdę i zrozumie, że nie była to zaplanowana intryga.

Zbiór felietonów zawierał również zestaw porad i swego rodzaju pocieszenie, że takich kobiet, cierpiących z powodu nieszczęśliwej miłości, jest więcej. I przekaz, że nawet pełen uniesień epizod w życiu, tylko krótkie szczęście jest nieporównywalnie lepsze od życia poukładanego, ale przy tym smutnego i w jakiś sposób samotnego, czyli takiego, jakie Marianna wiodła wcześniej, zanim poznała Jakuba Zalewskiego.

I tak naprawdę to wtedy zaczęła się cała historia. Gdy przeczytałam te artykuły, mój świat przewrócił się gwałtownie do góry nogami, podobnie jak moje przekonania, zasady ustalane przez najsurowszego sędziego – mnie samą. Siostra opisała mnie w felietonach jako perfekcjonistkę w każdym calu. Osobę planującą wszystko z wyprzedzeniem, niepozwalającą sobie na spontaniczność. Kobietę, która potrzebowała kogoś obok, żeby czuć się silną, a także która uginała się pod ciężarem innych oraz ich potrzeb. Ale gdzieś przy tym wszystkim gubiącą samą siebie.

Marion już wcześniej podejmowała próby, żeby porozmawiać ze mną na ten temat, ale zawsze ją zbywałam; odrzucałam to, co starała się mi wyłożyć. Mimo że szłam przez życie z szeroko otwartymi oczami, nie widziałam, co dzieje się dookoła mnie. Samych siebie postrzegamy nieco inaczej, niż robią to inni. Zdarza się, że nasze wady są dla nas zaledwie nic nieznaczącymi drobiazgami.

Przeczytanie tak szczerych zapisków, mimo że zostały sporządzone przez bliską mi osobę, której ufałam, nie należało do przyjemności. Łagodnie mówiąc. Dla mnie te słowa były jak potrzebne otrzeźwienie. Jak chłodne powietrze w upalne dni. Dopiero kiedy Marianna tak sucho opisała moje relacje z narzeczonym i innymi otaczającymi mnie ludźmi, z bolącym sercem doszłam do wniosku, że ma rację. Zdałam sobie również sprawę, że cele, do których dążę, nie są tak naprawdę moimi celami, a zatem nie znaczą dla mnie zbyt wiele. Przykre w tym wszystkim było to, że zdałam sobie z tego sprawę dopiero w wieku trzydziestu trzech lat. W tym natłoku codzienności, nudnych obowiązków, długich godzin spędzanych w pracy zapomniałam o osobie, której dobro powinno być dla mnie najważniejsze – o sobie samej.

Postanowiłam się za siebie wziąć. Zrobiłam bilans moich pragnień i dążeń i zrozumiałam, że chcę robić w życiu coś innego. Prawdę mówiąc, nie wiedziałam jeszcze wtedy, co miałoby to być, ale byłam pewna, że jestem na dobrej drodze. Parafrazując Frosta[3], znalazłam się na rozdrożu i tym razem wybrałam ten mniej uczęszczany i trudniejszy szlak, przekonana, że teraz będzie już inaczej.

Ku wielkiemu zaskoczeniu Marion postanowiłam podjąć zdecydowane kroki – odwołałam ślub, rzuciłam pracę i postanowiłam na jakiś czas opuścić Kraków, żeby zaznać przygód i przy okazji lepiej siebie poznać.

Przed wyjazdem poczyniłam też pewne starania, aby pomóc siostrze. Nie miałam już siły patrzeć, jak miota się z kąta w kąt, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, toteż w tajemnicy przed nią wysłałam felietony Jakubowi Zalewskiemu do biura i zadbałam o to, żeby na pewno do niego dotarły. Następnie wyruszyłam w podróż, w której byłam już od czterech miesięcy.

No więc, tak jak chciałam, aktualnie zaznawałam przygód – w ciemnym opuszczonym lesie, w strugach deszczu. W zepsutym samochodzie i z rozładowanym telefonem. Czas mijał, a ja siedziałam coraz bardziej zdrętwiała z zimna.

Stary i zaparowany zegar na desce rozdzielczej wskazywał 20 : 37. Minęły ponad dwie godziny, odkąd wylądowałam w rowie. Temperatura spadała z minuty na minutę i nic nie zapowiadało, że moja sytuacja za chwilę się odmieni. Przez cały ten czas nie przejechał ani jeden samochód.

Doszłam do wniosku, że nie mogę w takich warunkach spędzić nocy, postanowiłam więc poszukać jakiegoś noclegu. Gdzieś na tym odludnym terenie musiał przecież ktoś mieszkać! Przyszło mi do głowy niecenzuralne słowo, nielicujące z godnością damy, które dwukrotnie powtórzyłam sobie w myślach. Zaciskając lekko usta, wypowiedziałam na głos coś bardziej przyzwoitego: „Nie przyszła góra do Mahometa, więc Mahomet przyszedł do góry”.

Zaczęłam działać jak automat. Przewiesiłam sobie przez ramię swoją wielką torbę, z bagażnika wyciągnęłam walizkę z najcenniejszymi przedmiotami i zaczęłam ją ciągnąć po nierównej jezdni. Pozostałe rzeczy zostawiłam w zamkniętym samochodzie, licząc po cichu, że jeszcze kiedyś je zobaczę. Ruszyłam przed siebie pustą drogą. Odgłos kółek niósł się na popękanym asfalcie i dopasowywał do rytmu moich kroków. Tak naprawdę nie wiedziałam, dokąd zmierzam. W butach chlupotała mi woda, nad głową rozrywały się chmury, a otaczający mnie las wyglądał wystarczająco groźnie, abym odczuwała niepokój.

Przez te dwie godziny, które spędziłam na wspominaniu ostatnich tygodni przed wyjazdem z Krakowa, na zewnątrz zrobiło się jeszcze gorzej. Jeśli w ogóle byłam w stanie obiektywnie ocenić sytuację.

Wiatr był tak mocny, że walizkę musiałam trzymać obiema rękami za uchwyt. Z kaptura, który nałożyłam na głowę, nie miałam zbyt dużego pożytku. Silne podmuchy ściągały go raz za razem, więc w pewnym momencie dałam sobie z nim spokój. I tak już cała przemok­łam, a poza tym było mi już wszystko jedno. Doszłam do takiego etapu, że każdy następny krok stanowił wyzwanie. Wielkie drzewa uginały się z pokorą. Unosząca się nad asfaltem mgła stawała się coraz gęstsza, obejmując z każdą kolejną minutą nowe przestrzenie; buty tonęły w nieprzejrzystej bieli, nieprzyjemnie owijającej się wokół moich kostek.

Pół godziny później, złorzecząc swemu losowi, usłyszałam coś, co zabrzmiało jak warkot silnika. Zatrzymałam się, żeby go nie przegapić. Przez moment miałam wrażenie, że tylko mi się zdawało, tak mocno pragnęłam, by ktoś przejeżdżał obok. Wtem znów coś usłyszałam, tym razem wyraźniej. Z daleka dobiegał cichy dźwięk, wzmagający się z każdą chwilą. W moim sercu rozbudziła się nadzieja.

W odległości około stu metrów od miejsca, w którym stałam, dostrzegłam coś na kształt skrzyżowania – dwie wąskie drogi przecinające się pod kątem prostym. Nie czekałam ani chwili dłużej. Ruszyłam biegiem w tamtą stronę, ciągnąc za sobą walizkę, która odbijała się od nawierzchni jak piłka golfowa od równo przystrzyżonej trawy.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

Przypisy

[1] N. H. Kleinbaum, Stowarzyszenie umarłych poetów, Historia i Sztuka, Poz­nań 1994, s. 59.

[2] Sprawność harcerska, poświadczająca m.in. umiejętność obróbki drewna; zdobywana na obozach harcerskich.

[3] Robert Frost (1874–1963), uważany za największego amerykańskiego poetę XX wieku.

BLACK PUBLISHING

Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

Redakcja: redakcja@blackpublishing.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38­-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

sekretariat@blackpublishing.pl

Promocja: magdalena@blackpublishing.pl

Marketing: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: sprzedaz@blackpublishing.pl

Audiobooki i e-booki: ebooki@blackpublishing.pl

Skład: D2D.PL

ul. Sienkiewicza 9/14, 30­-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I