Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 643 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podpalaczka - Stephen King

Andy McGee postanawia wziąć udział w ryzykownym eksperymencie. Otrzymuje zastrzyk rzekomo łagodnego środka halucynogennego, który  powoduje jednak znaczne zmiany w jego psychice. Wkrótce przekonuje się, że jego siławoli ma moc sprawczą. Jegożona odkrywa w sobie zdolności telepatii i telekinezy, a ich córeczka Charlie potrafi rozniecać ogień na odległość. Osobami o tak niezwykłych umiejętnościach interesują się agenci z Wydziału Wywiadu Naukowego. Ich bezwzględne metody działania sprawiają, że życie szczęśliwej rodziny zmienia się w koszmar.

Opinie o ebooku Podpalaczka - Stephen King

Fragment ebooka Podpalaczka - Stephen King

Wydanie elektroniczne

STE­PHEN KING

Wy­bit­ny pi­sarz ame­ry­kań­ski, na­zy­wa­ny „kró­lem hor­ro­ru”. W 2003 uho­no­ro­wa­ny w USA pre­sti­żo­wą na­gro­dą li­te­rac­ką Na­tio­nal Book Award. De­biu­to­wał pod ko­niec lat 60., ale świa­to­wą sła­wę przy­nio­sła mu wy­da­na w 1973 po­wieść Car­rie. Ko­lej­ne utwo­ry – po­wie­ści, zbio­ry opo­wia­dań, ko­mik­sy, sce­na­riu­sze fil­mo­we i sztu­ki te­atral­ne – wy­da­no w set­kach mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy i prze­ło­żo­no na kil­ka­dzie­siąt ję­zy­ków. Są wśród nich tak zna­ne książ­ki jak Lśnie­nie, Skle­pik z ma­rze­nia­mi, Chri­sti­ne, De­spe­ra­cja, Zie­lo­na Mila, Ko­mór­ka, Ręka mi­strza, Pod ko­pu­łą, Czar­na bez­gwiezd­na noc, Dal­las ’63 i ośmio­to­mo­wy cykl fan­ta­sy Mrocz­na Wie­ża. W 2013 uka­żą się nowe po­wie­ści Joy­land i se­qu­el Lśnie­nia za­ty­tu­ło­wa­ny Do­ctor Sle­ep. Pro­za Kin­ga na­le­ży do naj­czę­ściej ekra­ni­zo­wa­nych. Za­da­nia tego po­dej­mo­wa­ło się wie­lu wy­bit­nych re­ży­se­rów, m.in. Brian de Pal­ma, Stan­ley Ku­brick, Da­vid Cro­nen­berg, John Car­pen­ter, Rob Re­iner i Frank Da­ra­bont.

www.ste­phen­king.com

Tego au­to­ra

ROSE MAD­DER

DO­LO­RES CLA­IBOR­NE

GRA GE­RAL­DA

DE­SPE­RA­CJA

RE­GU­LA­TO­RZY

SKLE­PIK Z MA­RZE­NIA­MI

BEZ­SEN­NOŚĆ

ZIE­LO­NA MILA

MA­RZE­NIA I KOSZ­MA­RY

KO­MÓR­KA

4 PO PÓŁ­NO­CY

CHUD­SZY

TO

BA­STION

OCZY SMO­KA

PO ZA­CHO­DZIE SŁOŃ­CA

CZTE­RY PORY ROKU

UCIE­KI­NIER

CZAR­NA BEZ­GWIEZD­NA NOC

CUJO

POD­PA­LACZ­KA

ROK WIL­KO­ŁA­KA

MROCZ­NA PO­ŁO­WA

WO­REK KO­ŚCI

DZIEW­CZY­NA, KTÓ­RA PO­KO­CHA­ŁA TOMA GOR­DO­NA

NOC­NA ZMIA­NA

Saga MROCZ­NA WIE­ŻA

RO­LAND

PO­WO­ŁA­NIE TRÓJ­KI

ZIE­MIE JA­ŁO­WE

CZAR­NO­KSIĘŻ­NIK I KRYSZ­TAŁ

WIATR PRZEZ DZIUR­KĘ OD KLU­CZA

WIL­KI Z CAL­LA

PIEŚŃ SU­SAN­NAH

MROCZ­NA WIE­ŻA

Po­wie­ści gra­ficz­ne MROCZ­NA WIE­ŻA

NA­RO­DZI­NY RE­WOL­WE­ROW­CA

DŁU­GA DRO­GA DO DOMU

ZDRA­DA

UPA­DEK GI­LE­AD

BI­TWA O JE­RI­CHO HILL

PO­CZĄ­TEK PO­DRÓ­ŻY

SIO­STRZYCZ­KI Z ELU­RII

BI­TWA O TULL

Wy­łącz­nie jako au­dio­bo­ok i e-book

Ste­phen King, Joe Hill

W WY­SO­KIEJ TRA­WIE

Ste­phen King, Ste­wart O’Nan

TWARZ W TŁU­MIE

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

FI­RE­STAR­TER

Co­py­ri­ght © Ste­phen King 1980

All ri­ghts re­se­rved

Pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Vi­king, a mem­ber of Pen­gu­in Gro­up (USA) Inc.

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Pró­szyń­ski Me­dia sp. z o.o. 1999

Zdję­cie au­to­ra: Dick Dic­kin­son

Ilu­stra­cja na okład­ce: ZF/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-075-5

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Przy­jem­no­ścią było pa­lić

Ray Brand­bu­ry451 stop­ni Fah­ren­he­ita

Pa­mię­ci Shir­ley Jack­son,któ­ra nig­dy nie mu­sia­ła pod­no­sić gło­su.

The Haun­ting of Hill Ho­useThe Lot­te­ryWe Have Al­ways Li­ved in the Ca­stleThe Sun­dial

NOWY JORK/ALBANY

1

– Ta­tu­siu, je­stem zmę­czo­na – po­wie­dzia­ła mała, roz­draż­nio­na dziew­czyn­ka w czer­wo­nych spodniach i zie­lo­nej bluz­ce. – Nie mo­że­my się za­trzy­mać?

– Jesz­cze nie, skar­bie.

Był wy­so­ki, sze­ro­ki w ra­mio­nach; miał na so­bie zno­szo­ną i po­gnie­cio­ną sztruk­so­wą ma­ry­nar­kę i zwy­kłe brą­zo­we spodnie. Szli no­wo­jor­ską Trze­cią Ale­ją, trzy­ma­jąc się za ręce; szli szyb­ko, pra­wie bie­gli. Kie­dy męż­czy­zna obej­rzał się za sie­bie, zo­ba­czył, że zie­lo­ny sa­mo­chód cią­gle tu jest i je­dzie wol­no, przy sa­mym kra­węż­ni­ku.

– Ta­tu­siu, pro­szę. Pro­szę.

Męż­czy­zna spoj­rzał na dziew­czyn­kę i do­strzegł, jak bar­dzo jest bla­da i ja­kie ma pod­krą­żo­ne oczy. Pod­niósł ją i po­sa­dził na ra­mie­niu, lecz nie wie­dział, jak dłu­go da radę ją nieść. On też był zmę­czo­ny, a Char­lie wy­ro­sła już z wagi piór­ko­wej.

Do­cho­dzi­ła sie­dem­na­sta trzy­dzie­ści i Trze­cia Ale­ja była za­pcha­na ludź­mi. Mi­ja­li prze­czni­ce z ostat­ni­mi nu­me­ra­mi sześć­dzie­siąt­ki, ciem­niej­sze i mniej za­tło­czo­ne… ale męż­czy­zna tego się wła­śnie oba­wiał.

Zde­rzy­li się z ko­bie­tą pcha­ją­cą wó­zek wy­peł­nio­ny za­ku­pa­mi.

– Pa­trz­cie, gdzie idzie­cie, do­bra? – ofuk­nę­ła ich ko­bie­ta i zni­kła, we­ssa­na w śpie­szą­cy się tłum.

Ra­mię za­czę­ło mu mdleć, więc prze­sa­dził Char­lie na dru­gie. Zer­k­nął za sie­bie. Zie­lo­ny sa­mo­chód wciąż tu był; je­chał w ślad za nimi od­da­lo­ny o ja­kieś pół prze­czni­cy. Z przo­du sie­dzia­ło dwóch i wy­da­wa­ło mu się, że z tyłu jest trze­ci.

Co mam te­raz zro­bić?

Na to py­ta­nie nie znał od­po­wie­dzi. Czuł zmę­cze­nie, prze­ra­że­nie i my­ślał z trud­no­ścią. Zła­pa­li go w naj­gor­szym mo­men­cie i, skur­wy­sy­ny, pew­nie o tym wie­dzie­li. Jego je­dy­nym ma­rze­niem było usiąść na brud­nym kra­węż­ni­ku i wy­wrzesz­czeć z sie­bie roz­cza­ro­wa­nie i strach. Ale to ni­cze­go by nie roz­wią­za­ło. Jest do­ro­sły. Musi my­śleć za obo­je.

Co mamy te­raz zro­bić?

Nie mie­li pie­nię­dzy. Być może to naj­więk­szy pro­blem – oprócz męż­czyzn w zie­lo­nym sa­mo­cho­dzie. W No­wym Jor­ku ni­cze­go nie do­ko­nasz bez pie­nię­dzy. W No­wym Jor­ku lu­dzie bez pie­nię­dzy ulat­nia­ją się, pa­da­ją na chod­nik i zni­ka­ją z pola wi­dze­nia.

Spoj­rzał przez ra­mię. Do­strzegł, że zie­lo­ny sa­mo­chód zbli­żył się nie­znacz­nie, i pot po­pły­nął mu po ple­cach i ra­mio­nach nie­co żyw­szym stru­mie­niem. Je­śli wie­dzą to, co po­dej­rze­wał, że wie­dzą – je­śli wie­dzą, jak mało zo­sta­ło mu pchnię­cia – mogą spró­bo­wać zgar­nąć ich tu i te­raz. I do dia­bła z tymi wszyst­ki­mi ludź­mi. W No­wym Jor­ku, je­śli coś nie tra­fia się wła­śnie to­bie, do­zna­jesz prze­dziw­nej śle­po­ty.

Czy ro­bi­li wy­kre­sy? – my­ślał roz­pacz­li­wie Andy. Je­śli ro­bi­li, wie­dzą i mogę już tyl­ko krzy­czeć. Je­śli ro­bi­li, zna­ją wzór.

Gdy tyl­ko Andy zdo­by­wał ja­kieś pie­nią­dze, owe dziw­ne rze­czy prze­sta­wa­ły się zda­rzać, ale na chwi­lę. Rze­czy, któ­re bar­dzo ich in­te­re­so­wa­ły.

Idź da­lej.

Ja­sne, sze­fie. Oczy­wi­ście, sze­fie. Do­kąd?

W po­łu­dnie po­szedł do ban­ku, bo ostrzegł go jego ra­dar – po­ja­wi­ło się to dziw­ne uczu­cie, że oni znów się zbli­ża­ją. Miał w ban­ku pie­nią­dze; dzię­ki nim mo­gli­by z Char­lie uciec, gdy­by mu­sie­li. I – czy to nie za­baw­ne? – oka­za­ło się, że An­drew McGee nie ma już żad­ne­go kon­ta w Che­mi­cal Al­lied Bank w No­wym Jor­ku; bie­żą­ce­go, fir­my, oszczęd­no­ścio­we­go. Pie­nią­dze roz­pły­nę­ły się w po­wie­trzu i wte­dy wła­śnie zro­zu­miał, że tym ra­zem pad­nie de­cy­du­ją­cy cios. Czy to wszyst­ko na­praw­dę zda­rzy­ło się tyl­ko pięć i pół go­dzi­ny temu?

Ale może tro­chę mu jesz­cze zo­sta­ło? Tyl­ko tro­chę, tro­szecz­kę? Od ostat­nie­go razu mi­nął pra­wie ty­dzień – od tego nie­do­szłe­go sa­mo­bój­cy, któ­ry przy­szedł na re­gu­lar­ne, po­po­łu­dnio­we, czwart­ko­we spo­tka­nie Sto­wa­rzy­sze­nia Pew­no­ści Sie­bie i z nie­sa­mo­wi­tym spo­ko­jem za­czął mó­wić o tym, jak za­bił się He­min­gway. Przy wyj­ściu, niby to przy­pad­ko­wo, obej­mu­jąc po­ten­cjal­ne­go sa­mo­bój­cę ra­mie­niem, Andy za­apli­ko­wał mu pchnię­cie. Ży­wił te­raz gorz­ką na­dzie­ję, że było war­to. Bo coś za­czy­na­ło mu wy­glą­dać, że on i Char­lie będą mu­sie­li za to za­pła­cić. Nie­mal miał na­dzie­ję, że może echo…

Nie. Prze­ra­żo­ny, czu­jąc obrzy­dze­nie do sa­me­go sie­bie, od­rzu­cił tę myśl. Tego nie ży­czył­by ni­ko­mu.

– Tyl­ko tro­szecz­kę – mo­dlił się ci­cho. – Boże, wy­star­czy tyl­ko odro­bi­na. Tyl­ko tyle, by wy­do­stać mnie i Char­lie z tej mat­ni.

I, o Boże! – jaką cenę przyj­dzie za to za­pła­cić… plus fakt, że póź­niej przez pe­łen mie­siąc bę­dziesz mar­twy jak ra­dio bez gło­śni­ka. Może przez sześć ty­go­dni? A może na­praw­dę bę­dziesz mar­twy, a twój tępy mózg bę­dzie ci wy­cie­kał usza­mi. Co się wte­dy sta­nie z Char­lie?

Do­cho­dzi­li do Sie­dem­dzie­sią­tej Uli­cy i tra­fi­li na czer­wo­ne świa­tło. Przez skrzy­żo­wa­nie pły­nę­ły sa­mo­cho­dy, przy kra­węż­ni­ku sta­li stło­cze­ni pie­si, nie moż­na było się ru­szyć. I na­gle wie­dział, że męż­czyź­ni z zie­lo­ne­go sa­mo­cho­du do­pad­ną ich wła­śnie tu. Je­śli się da, we­zmą ich żyw­cem – ale je­śli coś pój­dzie krzy­wo, to… Cóż, o Char­lie też im pew­nie po­wie­dzie­li.

Być może już na­wet nie chcą mieć nas ży­wych. Być może zde­cy­do­wa­li się utrzy­mać sta­tus quo. Co ro­bisz z błęd­nym rów­na­niem? Wy­ma­zu­jesz z ta­bli­cy.

Nóż w ple­cy, pi­sto­let z tłu­mi­kiem, a praw­do­po­dob­nie coś bar­dziej wy­ra­fi­no­wa­ne­go – kro­pla rzad­kiej tru­ci­zny na koń­cu igły. Drgaw­ki na rogu Trze­ciej i Sie­dem­dzie­sią­tej. Pa­nie wła­dzo, ten fa­cet miał chy­ba atak ser­ca.

Bę­dzie mu­siał spraw­dzić, czy zo­sta­ła mu ta odro­bi­na. Po pro­stu nie ma in­ne­go wyj­ścia.

Do­szli do gru­py pie­szych cze­ka­ją­cych na skrzy­żo­wa­niu. Na przej­ściu czer­wo­ne świa­tło, nie­zmien­ne i naj­wy­raź­niej wiecz­ne. Obej­rzał się. Zie­lo­ny sa­mo­chód sta­nął. Otwo­rzy­ły się drzwi od stro­ny chod­ni­ka, wy­sia­dło dwóch męż­czyzn w ciem­nych gar­ni­tu­rach. Byli mło­dzi, gład­ko ogo­le­ni. Wy­glą­da­li znacz­nie bar­dziej rześ­ko, niż czuł się Andy McGee.

Za­czął prze­py­chać się przez tłum, nie ża­łu­jąc łok­ci. Roz­glą­dał się roz­pacz­li­wie za wol­ną tak­sów­ką.

– Hej, czło­wie­ku…

– Na li­tość bo­ską, ko­le­go…

– Pro­szę pana, pan dep­cze po moim psie…

– Prze­pra­szam… prze­pra­szam… – po­wta­rzał roz­pacz­li­wie Andy, wy­pa­tru­jąc pu­stej tak­sów­ki. Nic. W każ­dej in­nej chwi­li uli­ce by­ły­by nimi za­pcha­ne. Czuł, że lu­dzie z zie­lo­ne­go sa­mo­cho­du dep­czą im po pię­tach, że chcą po­ło­żyć łapy na nim i Char­lie, że chcą za­brać ich ze sobą Bóg wie gdzie, Skle­pik, nie Skle­pik; może zro­bią im na­wet coś gor­sze­go…

Char­lie po­ło­ży­ła mu gło­wę na ra­mie­niu i ziew­nę­ła.

Andy do­strzegł pu­stą tak­sów­kę.

– Stój, stój! – wrza­snął, wy­ma­chu­jąc dzi­ko wol­ną ręką.

Dwaj męż­czyź­ni za jego ple­ca­mi od­rzu­ci­li wszel­kie po­zo­ry.

Za­czę­li biec.

Tak­sów­ka zje­cha­ła do kra­węż­ni­ka.

– Stać! – krzyk­nął je­den z nich. – Po­li­cja! Po­li­cja!

Za ple­ca­mi cze­ka­ją­cych na skrzy­żo­wa­niu lu­dzi roz­legł się ko­bie­cy krzyk i tłum za­czął się roz­pra­szać.

Andy otwo­rzył drzwi tak­sów­ki, wsa­dził do niej Char­lie i sam za­nur­ko­wał do środ­ka.

– La Gu­ar­dia, gaz do de­chy – po­wie­dział.

– Tak­sów­ka, stać! Po­li­cja!

Tak­sów­karz od­wró­cił się, sły­sząc krzyk, i Andy pchnął, bar­dzo de­li­kat­nie. Szty­let bólu ugo­dził go do­kład­nie w śro­dek czo­ła i za­raz znikł, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie nie­okre­ślo­ne ją­dro – jak po­ran­na mi­gre­na od spa­nia gło­wą w złej po­zy­cji.

– Chy­ba go­nią tego czar­ne­go w czap­ce w krat­kę – po­wie­dział tak­sów­ka­rzo­wi.

– Ja­sne – od­parł kie­row­ca i spo­koj­nie od­je­chał od kra­węż­ni­ka.

Po­je­cha­li Wschod­nią Sie­dem­dzie­sią­tą.

Andy obej­rzał się. Dwaj męż­czyź­ni sta­li sa­mot­nie przy kra­węż­ni­ku; resz­ta prze­chod­niów nie chcia­ła mieć z nimi nic wspól­ne­go. Je­den z nich od­piął od pasa krót­ko­fa­lów­kę i coś do niej mó­wił. Póź­niej obaj znik­nę­li.

– Co zma­lo­wał ten czar­ny? – za­py­tał kie­row­ca. – Ob­ra­bo­wał sklep al­ko­ho­lo­wy czy co, jak pan są­dzi?

– Nie wiem – od­po­wie­dział Andy, pró­bu­jąc my­śleć, co da­lej i jak wy­cią­gnąć z tak­sów­ka­rza jak naj­wię­cej jak naj­mniej­szym pchnię­ciem. Czy spi­sa­li nu­mer tak­sów­ki? Po­wi­nien za­ło­żyć, że tak. Ale nie­chęt­nie pój­dą z tym na po­li­cję, miej­ską lub sta­no­wą; są chy­ba za­sko­cze­ni i roz­bi­ci, przy­najm­niej na ra­zie.

– Czar­ni w tym mie­ście to ban­da ćpu­nów – stwier­dził tak­sów­karz. – Już ja do­brze wiem.

Char­lie za­sy­pia­ła. Andy zdjął sztruk­so­wą ma­ry­nar­kę, zwi­nął ją i wsu­nął dziew­czyn­ce pod gło­wę. Po­czuł nie­wiel­ki przy­pływ na­dziei. Je­śli ro­ze­gra to do­brze, może im się udać. Bo­gi­ni szczę­ścia ze­sła­ła mu czło­wie­ka, któ­re­go Andy (bez żad­nych uprze­dzeń) na­zy­wał po­py­cha­dłem. Lu­dzi tego ro­dza­ju naj­ła­twiej było pchnąć aż do koń­ca; był bia­ły (z ja­kie­goś po­wo­du z ko­lo­ro­wy­mi szło naj­go­rzej); cał­kiem mło­dy (ze sta­ry­mi nie­mal nic nie da­wa­ło się zro­bić); o śred­niej in­te­li­gen­cji (in­te­li­gent­nych naj­ła­twiej było pchnąć, głu­pich naj­trud­niej, z upo­śle­dzo­ny­mi umy­sło­wo nie wy­cho­dzi­ło wca­le).

– Zmie­ni­łem zda­nie – po­wie­dział Andy. – Pro­szę nas za­wieźć do Al­ba­ny.

– Gdzie?

Kie­row­ca spoj­rzał we wstecz­ne lu­ster­ko.

– Czło­wie­ku, nie wol­no mi wo­zić lu­dzi do Al­ba­ny, zwa­rio­wa­łeś czy co?

Andy wy­cią­gnął port­fel, w któ­rym znaj­do­wał się je­den do­la­ro­wy bank­not. Dzię­ko­wał Bogu, że nie był to ten ro­dzaj tak­sów­ki, w któ­rym pa­sa­żer nie może kon­tak­to­wać się z kie­row­cą, bo od­dzie­la ich ku­lo­od­por­na szy­ba ze szcze­li­ną, przez któ­rą wsu­wa się pie­nią­dze. Otwar­ty kon­takt za­wsze uła­twiał pchnię­cie. Andy nie po­tra­fił okre­ślić, czy to tyl­ko ba­rie­ra psy­cho­lo­gicz­na, ale w tej chwi­li nie mia­ło to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia.

– Mam za­miar dać panu pięć­set­do­la­ro­wy bank­not – po­wie­dział ci­cho Andy – za za­wie­zie­nie mnie i cór­ki do Al­ba­ny. W po­rząd­ku?

– Je­eezu, pro­szę pana…

Andy wsa­dził bank­not w ręce kie­row­cy i kie­dy ten na nie­go spoj­rzał, pchnął… i to pchnął moc­no. Na jed­ną strasz­ną se­kun­dę prze­ra­zi­ła go myśl, że to się nie uda, że po pro­stu nic mu już nie zo­sta­ło, że wy­skro­bał reszt­ki, kie­dy spra­wił, że tak­sów­karz do­strzegł tego nie­ist­nie­ją­ce­go czar­ne­go męż­czy­znę w kra­cia­stej czap­ce.

Wte­dy przy­szło to uczu­cie – jak za­wsze w to­wa­rzy­stwie sta­lo­we­go szty­le­tu bólu. W tej sa­mej chwi­li żo­łą­dek jak­by przy­brał na wa­dze, a wnętrz­no­ści skrę­ci­ły się w strasz­nej, przej­mu­ją­cej męce. Drżą­cą ręką Andy przy­krył twarz i my­ślał, czy zwy­mio­tu­je… czy może umrze. W tej jed­nej chwi­li chciał umrzeć, jak za­wsze kie­dy nad­użył pchnię­cia – użyj, nie nad­użyj – śpiew­ny slo­gan ja­kie­goś disc joc­keya sprzed lat od­bił się bo­le­śnie w jego mó­zgu. Gdy­by w tej wła­śnie chwi­li ktoś wło­żył mu do ręki pi­sto­let…

A póź­niej Andy spoj­rzał na Char­lie, śpią­cą Char­lie, Char­lie ufa­ją­cą, że wy­cią­gnie ich z tego ba­gna, jak wy­cią­gał ich ze wszyst­kich in­nych, Char­lie pew­ną, że po obu­dze­niu za­sta­nie go na miej­scu. Tak, te wszyst­kie ba­gna, tyl­ko że przez cały czas jest to to samo ba­gno, to samo pie­przo­ne ba­gno, a oni nic nie mogą zro­bić i tyl­ko znów ucie­ka­ją. Był zroz­pa­czo­ny.

Roz­pacz mi­nę­ła… ale nie mi­gre­na. Mi­gre­na bę­dzie ro­sła i ro­sła, aż sta­nie się nie do znie­sie­nia, aż z każ­dym ude­rze­niem ser­ca jej czer­wo­ne ostrza będą mu prze­bi­jać czasz­kę i szy­ję. Ja­sne świa­tło spo­wo­du­je, że oczy się za­łza­wią i ból prze­szy­je gło­wę strza­ła­mi cier­pie­nia. Za­to­ki za­tka­ją się i bę­dzie mu­siał od­dy­chać usta­mi. W skro­nie wkrę­cą się świ­dry. Wzmoc­nią się dźwię­ki – nor­mal­ne od­gło­sy będą brzmia­ły jak ude­rze­nia ko­wal­skich mło­tów, gło­śniej­sze dźwię­ki sta­ną się nie do wy­trzy­ma­nia. Mi­gre­na bę­dzie ro­sła, aż Andy po­czu­je, jak gło­wę zgnia­ta mu dę­bo­wy wie­niec in­kwi­zy­cji. I na tym po­zio­mie ból się za­trzy­ma; na sześć go­dzin, na osiem, na dzie­sięć. Tym ra­zem nie po­tra­fił po­wie­dzieć na ile. Nig­dy jesz­cze nie pchnął tak moc­no, kie­dy był tak bar­dzo wy­ła­do­wa­ny. A przez cały czas, któ­ry przyj­dzie mu spę­dzić w nie­wo­li bólu, po­zo­sta­nie bez­bron­ny. Char­lie bę­dzie mu­sia­ła o nie­go dbać. Bóg wie, ro­bi­ła to już przed­tem… ale wte­dy mie­li szczę­ście. Ile moż­na mieć szczę­ścia na­raz?

– Je­eeezu, pro­szę pana, no, nie wiem…

Co ozna­cza­ło, że kie­row­ca przy­pusz­cza, iż spra­wa jest po­dej­rza­na.

– Je­śli wspo­mni pan coś o tym mo­jej ma­łej có­recz­ce, nici z umo­wy – stwier­dził Andy. – Te dwa ty­go­dnie spę­dzi­ła ze mną. Ju­tro rano musi wró­cić do mat­ki.

– Pra­wo do od­wie­dzin – po­wie­dział tak­sów­karz. – Wiem o tym wszyst­ko.

– No i wi­dzi pan, mia­łem po­le­cieć z nią sa­mo­lo­tem.

– Do Al­ba­ny? Pew­nie Ozar­kiem. Mam ra­cję?

– Tak. Tyl­ko pro­blem w tym, że ja śmier­tel­nie boję się sa­mo­lo­tów. Wiem, głu­pio brzmi, ale to praw­da. Za­zwy­czaj sam ją od­wo­żę, ale tym ra­zem moja była zro­bi­ła mi awan­tu­rę i… no, sam nie wiem.

Andy na­praw­dę nie wie­dział. Wy­my­ślił tę hi­sto­rię na po­cze­ka­niu i za­brnął w śle­pą ulicz­kę. Naj­pew­niej był po pro­stu wy­czer­pa­ny.

– Więc pod­rzu­cę was na sta­re lot­ni­sko w Al­ba­ny i ma­mu­sia o ni­czym się nie do­wie, oprócz tego, że przy­le­cie­li­ście, co?

– Ja­sne. – Ło­mot w gło­wie.

– I ma­mu­sia nie bę­dzie po­dej­rze­wać, że pan jest fiu, fiu, fiu, co nie?

– Tak.

„Fiu, fiu, fiu”? Co to niby mia­ło ozna­czać? Ból był już nie do znie­sie­nia.

– Pięć­set do­lców, żeby nie le­cieć – za­du­mał się tak­siarz.

– Dla mnie to tyle war­te – stwier­dził Andy i użył osta­tecz­ne­go ar­gu­men­tu. Bar­dzo ci­chym gło­sem, po­chy­la­jąc się nie­mal do ucha kie­row­cy, do­dał: – I chy­ba dla pana też.

– Słu­chaj pan – po­wie­dział tak­siarz roz­ma­rzo­nym gło­sem. – Ja tam nie wy­rzu­cam pię­ciu­set do­lców, o nie. Już ja to wiem.

– Więc w po­rząd­ku. – Andy opadł na sie­dze­nie.

Za­do­wo­lił tak­sia­rza. Kie­row­ca nie po­my­ślał nad tym, co usły­szał. Nie za­sta­na­wiał się, dla­cze­go sied­mio­let­nia dziew­czyn­ka od­wie­dza ojca na dwa ty­go­dnie w paź­dzier­ni­ku, kie­dy po­win­na cho­dzić do szko­ły. Nie za­sta­no­wi­ło go, że żad­ne z nich nie ma na­wet pod­ręcz­nej tor­by. Nie przej­mo­wał się ni­czym. Do­stał pchnię­cie.

A te­raz jemu przyj­dzie za to za­pła­cić.

Andy po­ło­żył rękę na no­dze Char­lie. Dziew­czyn­ka spa­ła moc­no. Ucie­ka­li całe po­po­łu­dnie – od chwi­li, gdy Andy do­tarł do szko­ły i wy­cią­gnął ją z jej dru­giej kla­sy, uży­wa­jąc na pół za­po­mnia­ne­go pre­tek­stu… „Bab­cia po­waż­nie cho­ra… Za­dzwo­ni­ła do domu… Przy­kro mi, że za­bie­ram ją w środ­ku dnia”. A pod tym wszyst­kim wiel­ka, ro­sną­ca ulga. Jak strasz­nie bał się zaj­rzeć do kla­sy pani Mi­sh­kin, jak strasz­nie się bał, że zo­ba­czy pu­ste krze­sło Char­lie, książ­ki po­rząd­nie zło­żo­ne w ka­set­ce:

„Nie, pa­nie McGee… dwie go­dzi­ny temu wy­szła z pań­ski­mi przy­ja­ciół­mi… po­ka­za­li mi kart­kę od pana… czy coś nie w po­rząd­ku?”.

Wra­ca­ją wspo­mnie­nia o Vic­ky, ten dzień, pu­sty dom, po­ra­ża­ją­cy strach. Sza­lo­ny po­ścig za Char­lie. Bo już ją przed­tem mie­li, o tak.

Ale Char­lie tu była. Ja­kim cu­dem mu się uda­ło? O ile ich po­bił? Pół go­dzi­ny? Pięt­na­ście mi­nut? Mniej? Nie chciał o tym my­śleć. W ba­rze zje­dli póź­ny lunch, a po­tem, przez całe po­po­łu­dnie, po pro­stu wia­li – te­raz już Andy po­tra­fił przy­znać się przed sobą, że wpadł w pa­ni­kę – jeź­dzi­li me­trem, au­to­bu­sa­mi, lecz naj­wię­cej po pro­stu wę­dro­wa­li. Char­lie była wy­koń­czo­na.

Ob­da­rzył có­recz­kę dłu­gim, ko­cha­ją­cym spoj­rze­niem. Pięk­ne blond wło­sy spa­da­ły jej na ple­cy; we śnie peł­na była spo­koj­ne­go pięk­na. Aż do bólu przy­po­mi­na­ła mu Vic­ky. Andy za­mknął oczy.

Na przed­nim sie­dze­niu tak­sów­karz w zdu­mie­niu przy­glą­dał się pięć­set­do­la­ro­we­mu bank­no­to­wi, któ­ry wrę­czył mu ten pa­sa­żer. Wsa­dził go w spe­cjal­ną kie­szeń pa­ska; trzy­mał w niej wszyst­kie na­piw­ki. Nie my­ślał, ja­kie to dziw­ne, że sie­dzą­cy z tyłu fa­cet cho­dził po No­wym Jor­ku z małą dziew­czyn­ką i pięć­set­do­la­ro­wym bank­no­tem w kie­sze­ni. Nie my­ślał o tym, jak za­ła­twi to z dys­po­zy­to­rem. My­ślał o tym, jak bar­dzo za­chwy­ci swą dziew­czy­nę, Glyn. Glyn cią­gle mu po­wta­rza­ła, że pro­wa­dze­nie tak­sów­ki to przy­gnę­bia­ją­ca, nie­cie­ka­wa pra­ca. Do­bra, po­cze­kaj­my, aż zo­ba­czy przy­gnę­bia­ją­cą, nie­cie­ka­wą pięć­set­kę.

Andy od­chy­lił gło­wę na opar­cie i przy­mknął oczy. Mi­gre­na zbli­ża­ła się, nad­cho­dzi­ła, nie do unik­nię­cia, jak czar­ny koń cią­gną­cy ka­ra­wan na po­grze­bie. Pod­ko­wy czar­ne­go ko­nia ude­rza­ły mu w skro­nie: bum… bum… bum…

Bez­u­stan­na uciecz­ka. On i Char­lie. Ma trzy­dzie­ści czte­ry lata i do tego roku uczył an­giel­skie­go na sta­no­wym uni­wer­sy­te­cie w Har­ri­son, Ohio. Har­ri­son było ma­łym, sen­nym, uni­wer­sy­tec­kim mia­stecz­kiem. Do­bre, sta­re Har­ri­son, samo ser­ce Ame­ry­ki. Do­bry, sta­ry An­drew McGee; miły mło­dy czło­wiek, fi­lar spo­łecz­no­ści. Pa­mię­tasz tę za­gad­kę? Dla­cze­go rol­nik jest fi­la­rem spo­łecz­no­ści? Bo na swo­im polu wy­ra­sta nad wszyst­ko.

Bum… bum… bum… czar­ny, dzi­ki koń o czer­wo­nych oczach ga­lo­pu­je przez ko­ry­ta­rze jego gło­wy, że­la­zne pod­ko­wy wbi­ja­ją się w mięk­kie, sza­re gru­dy tkan­ki mó­zgo­wej, zo­sta­wia­jąc śla­dy wy­peł­nia­ją­ce się mi­stycz­ny­mi pół­księ­ży­ca­mi krwi.

Tak­siarz był po­py­cha­dłem. Ja­sne. Fi­lar tak­sia­rzy.

Zdrzem­nął się i zo­ba­czył twarz Char­lie. I twarz Char­lie zmie­ni­ła się w twarz Vic­ky.

Andy McGee i jego żona, ślicz­na Vic­ky. Wy­ry­wa­li jej pa­znok­cie, je­den za dru­gim. Wy­rwa­li czte­ry i wte­dy za­czę­ła mó­wić. Przy­najm­niej tego się do­my­ślał. Kciuk, wska­zu­ją­cy, środ­ko­wy, ser­decz­ny. Póź­niej – nie! „Będę mó­wić. Po­wiem wam wszyst­ko, wszyst­ko. Tyl­ko mnie już nie dręcz­cie. Pro­szę”. Więc im po­wie­dzia­ła. A po­tem… może to był przy­pa­dek… po­tem jego żona umar­ła. Cóż, nie­któ­re rze­czy prze­ra­sta­ją nas obo­je, a inne prze­ra­sta­ją nas wszyst­kich.

Rze­czy ta­kie, jak na przy­kład Skle­pik.

Bum… bum… bum… dzi­ki czar­ny koń zbli­żał się, zbli­żał, zbli­żał; strzeż­cie się czar­ne­go ko­nia.

Andy za­snął.

Wspo­mi­nał.

2

Eks­pe­ry­men­tem kie­ro­wał dok­tor Wan­less. Był tłu­sty, ły­siał i miał co naj­mniej je­den dzi­wacz­ny na­wyk.

– Każ­de­mu z was, dwu­na­stu mło­dych pań i pa­nów, za­mie­rza­my dać za­strzyk – mó­wił, roz­dzie­ra­jąc pa­pie­ro­sa nad sto­ją­cą przed nim po­piel­nicz­ką. Jego małe ró­żo­we pal­ce szar­pa­ły cien­ką pa­pie­ro­so­wą bi­buł­kę, wy­sy­pu­jąc z niej re­gu­lar­ne, małe brył­ki zło­to­brą­zo­we­go ty­to­niu. – W sze­ściu strzy­kaw­kach bę­dzie woda. W sze­ściu bę­dzie woda zmie­sza­na z ma­leń­ką ilo­ścią syn­te­tycz­ne­go pre­pa­ra­tu che­micz­ne­go, któ­ry na­zy­wa­my Pró­bą Sześć. Do­kład­ny skład pre­pa­ra­tu jest taj­ny, ale za­sad­ni­czo jest to śro­dek hip­no­tycz­ny i ła­god­nie ha­lu­cy­no­gen­ny. Ro­zu­mie­ją pań­stwo, że w ten spo­sób pre­pa­rat zo­sta­nie wam po­da­ny w spo­sób po­dwój­nie przy­pad­ko­wy… przez co chcę po­wie­dzieć, że do­pie­ro w trak­cie eks­pe­ry­men­tu i pań­stwo, i my do­wie­my się, komu go za­apli­ko­wa­no, a komu nie. Wa­sza dwu­nast­ka bę­dzie pod ści­słą ob­ser­wa­cją przez czter­dzie­ści osiem go­dzin po za­strzy­ku. Py­ta­nia?

Było kil­ka py­tań, w więk­szo­ści do­ty­czą­cych do­kład­ne­go skła­du Pró­by Sześć – sło­wo „taj­ny” za­dzia­ła­ło jak wy­pusz­cze­nie psów na trop ska­zań­ca. Wan­less wy­krę­cał się cał­kiem zręcz­nie. Nikt nie za­dał py­ta­nia, któ­re naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ło dwu­dzie­sto­dwu­let­nie­go Andy’ego McGee. Za­sta­na­wiał się, czy nie pod­nieść ręki i nie prze­rwać ci­szy i spo­ko­ju, pa­nu­ją­cych w nie­mal pu­stej sali wy­kła­do­wej wspól­ne­go bu­dyn­ku Wy­dzia­łu Psy­cho­lo­gii i Wy­dzia­łu So­cjo­lo­gii, py­ta­niem: – Pro­szę mi po­wie­dzieć, dla­cze­go nisz­czy pan w ten spo­sób cał­kiem do­bre pa­pie­ro­sy? – Chy­ba nie. Póki trwa ta nuda, le­piej po­pu­ścić cu­gli wy­obraź­ni. Wan­less pró­bo­wał rzu­cić pa­le­nie. Pa­la­cze oral­ni palą pa­pie­ro­sy, pa­la­cze anal­ni drą pa­pie­ro­sy. (Ta myśl spo­wo­do­wa­ła, że usta Andy’ego skrzy­wi­ły się w lek­kim uśmie­chu; ukrył go za pod­nie­sio­ną dło­nią). Brat dok­to­ra zmarł na raka płuc i dok­tor w ten sym­bo­licz­ny spo­sób mści się na ca­łym prze­my­śle ty­to­nio­wym. A może był to je­den z oso­bli­wych ti­ków, któ­re pro­fe­so­ro­wie uni­wer­sy­te­tów czu­ją się w obo­wiąz­ku pie­lę­gno­wać ra­czej, niż tłu­mić. Na dru­gim roku w Har­ri­son Andy miał wy­kła­dow­cę (prze­nie­sio­ne­go już li­to­ści­wie na eme­ry­tu­rę), któ­ry wy­kła­da­jąc o Wil­lia­mie De­anie Ho­wel­l­sie i na­ro­dzi­nach re­ali­zmu, bez prze­rwy wą­chał kra­wat.

– Je­śli nie ma już wię­cej py­tań, pro­szę wy­peł­nić te for­mu­la­rze i spo­dzie­wa­my się pań­stwa we wto­rek, punk­tu­al­nie o dzie­wią­tej.

Dwóch asy­sten­tów roz­da­wa­ło fo­to­ko­pie for­mu­la­rzy z dwu­dzie­sto­ma pię­cio­ma idio­tycz­ny­mi py­ta­nia­mi, na któ­re trze­ba było od­po­wie­dzieć „tak” lub „nie”.

Czy kie­dy­kol­wiek prze­cho­dził Pan/Pani ku­ra­cję psy­chia­trycz­ną? – 8. Czy jest Pan/Pani prze­ko­na­ny (a), że miał Pan/Pani au­ten­tycz­ne do­świad­cze­nie po­za­zmy­sło­we? – 14. Czy uży­wał Pan/Pani kie­dy­kol­wiek środ­ków ha­lu­cy­no­gen­nych? –18.

Po krót­kiej chwi­li na­my­słu Andy za­zna­czył przy ostat­nim py­ta­niu „nie”, my­śląc: Kto ich nie uży­wał w na­szym wspa­nia­łym 1969 roku?

Wpu­ścił go w to Qu­in­cey Tre­mont – gość, z któ­rym Andy miesz­kał pod­czas stu­diów w jed­nym po­ko­ju. Qu­in­cey wie­dział, że sy­tu­acja fi­nan­so­wa Andy’ego nie przed­sta­wia się ró­żo­wo. Był maj, ostat­ni rok stu­diów, Andy był czter­dzie­sty na roku, na któ­rym stu­dio­wa­ło pięć­set sześć osób, a trze­ci w an­giel­skim. Tyl­ko że nie sprze­da­dzą ci za to obia­du – jak po­wie­dział Qu­in­cey­owi, któ­ry był na psy­cho­lo­gii. W se­me­strze je­sien­nym Andy miał do­stać asy­sten­tu­rę, któ­ra, wraz z pa­kie­tem po­życz­ki sty­pen­dial­nej, po­win­na mu wy­star­czyć na je­dze­nie pod­czas stu­diów dla za­awan­so­wa­nych; ale to wszyst­ko mia­ło przyjść na je­sie­ni, a tym­cza­sem trwał let­ni se­zon ogór­ko­wy. Andy’emu uda­ło się na ra­zie za­ła­twić je­dy­nie wy­ma­ga­ją­cą i od­po­wie­dzial­ną po­sa­dę po­moc­ni­ka na noc­nej zmia­nie w sta­cji ben­zy­no­wej.

– Co my­ślisz o szyb­kich dwóch stó­wach? – za­py­tał go kie­dyś Qu­in­cey.

Andy scze­sał dłu­gie, ciem­ne wło­sy z zie­lo­nych oczu i uśmiech­nął się.

– W ja­kim mę­skim ki­bel­ku mam usta­wić sto­lik?

– Nie, to eks­pe­ry­ment z psy­chia­trii – od­po­wie­dział Qu­in­cey. – Ale pro­wa­dzi go Sza­lo­ny Dok­tor. Ostrze­gam.

– Kto?

– Nie­ja­ki Wan­less, ciem­nia­ku. Wiel­ki sza­man na tym ich Wy­dzia­le Psy­cho­lo­gii.

– Dla­cze­go na­zy­wa­ją go Sza­lo­nym Dok­to­rem?

– Cóż – od­po­wie­dział Qu­in­cey – to eks­pe­ry­men­ta­tor od szczu­rów i fa­cet Skin­ne­ra jed­no­cze­śnie. Be­ha­wio­ry­sta. A be­ha­wio­ry­stów w na­szych cza­sach nie­ko­niecz­nie ota­cza się mi­ło­ścią.

– Aha – po­wie­dział Andy, nie­wie­le z tego ro­zu­mie­jąc.

– A poza tym nosi bar­dzo gru­be, ma­lut­kie oku­la­ry bez opraw­ki i dzię­ki nim moc­no przy­po­mi­na fa­ce­ta, któ­ry zmniej­szał lu­dzi w Dr Cyc­lops. Może to wi­dzia­łeś?

Andy, któ­ry był na­mięt­nym ki­no­ma­nem, wi­dział to i po­czuł się nie­co spo­koj­niej­szy. Ale mimo wszyst­ko nie był pe­wien, czy chce uczest­ni­czyć w eks­pe­ry­men­cie pro­fe­so­ra, któ­re­go na­zy­wa­no a) eks­pe­ry­men­ta­to­rem od szczu­rów i b) Sza­lo­nym Dok­to­rem.

– Ale oni nie za­mie­rza­ją zmniej­szać lu­dzi, co? – za­py­tał.

Qu­in­cey ro­ze­śmiał się ser­decz­nie.

– Nie, to wy­łącz­nie do­me­na lu­dzi od efek­tów spe­cjal­nych w hor­ro­rach kla­sy B – po­wie­dział. – Wy­dział Psy­cho­lo­gii te­stu­je se­rię ła­god­nych środ­ków ha­lu­cy­no­gen­nych. Pra­cu­ją ręka w rękę z wy­wia­dem USA.

– CIA? – za­py­tał Andy.

– Ani CIA, ani DIA, ani NSA – od­po­wie­dział Qu­in­cey. – Bar­dziej utaj­nio­ne od nich wszyst­kich. Spo­tka­łeś się kie­dy z czymś, co na­zy­wa­ją Skle­pi­kiem?

– Może w nie­dziel­nym ma­ga­zy­nie albo coś. Nie je­stem pe­wien.

Qu­in­cey za­pa­lił faj­kę.

– To wy­glą­da wszę­dzie mniej wię­cej tak samo. Psy­cho­lo­gia, che­mia, fi­zy­ka, bio­lo­gia… na­wet so­cjo­lo­gom od­pa­la się coś ze zwit­ka zie­lo­nych. Pew­ne pro­gra­my sub­sy­dio­wa­ne są przez rząd. Wszyst­ko, po­cząw­szy od ry­tu­ałów go­do­wych mu­chy tse-tse do moż­li­wo­ści po­zby­cia się zu­ży­tych od­pa­dów plu­to­nu. Coś ta­kie­go jak Skle­pik musi wy­dać w cią­gu roku całą for­sę, żeby uza­sad­nić przy­zna­nie po­dob­ne­go bu­dże­tu na na­stęp­ny rok.

– Całe to gów­no cho­ler­nie mnie mar­twi – po­wie­dział Andy.

– Mar­twi nie­mal każ­de­go my­ślą­ce­go czło­wie­ka – od­parł Qu­in­cey z pro­mien­nym uśmie­chem, świad­czą­cym, że wca­le nie jest zmar­twio­ny. – I wszyst­ko to­czy się da­lej. Cze­go na­sza in­sty­tu­cja wy­wia­dow­cza chce od ła­god­nych ha­lu­cy­no­ge­nów? Kto wie? Nie ja. Nie ty. Oni sami też mogą nie wie­dzieć. Ale ra­por­ty będą wy­glą­da­ły nie­źle na za­mknię­tym po­sie­dze­niu ko­mi­te­tu bu­dże­to­we­go. Mają swo­ich pu­pil­ków na każ­dym wy­dzia­le. W Har­ri­son, na Psy­cho­lo­gii, ich pu­pil­kiem jest Wan­less.

– Ad­mi­ni­stra­cji to nie prze­szka­dza?

– Nie bądź na­iw­ny, mój chłop­cze. – Qu­in­cey roz­pa­lił już faj­kę tak, jak chciał, i za­czął wy­dmu­chi­wać wiel­kie chmu­ry śmier­dzą­ce­go dymu w nędz­ny sa­lo­nik ich miesz­ka­nia. Od­po­wied­nio do faj­ki zmie­nił się jego głos, był dźwięcz­niej­szy, bar­dziej na­pu­szo­ny, bar­dziej faj­cza­ny. – Co jest do­bre dla Wan­les­sa, jest do­bre dla Wy­dzia­łu Psy­cho­lo­gii Uni­wer­sy­te­tu w Har­ri­son, któ­ry w na­stęp­nym roku zy­ska tu wła­sny gmach; już nie bę­dzie się gniótł z tymi ciem­ny­mi typ­ka­mi z so­cjo­lo­gii. A co jest do­bre dla Wy­dzia­łu Psy­cho­lo­gii, jest do­bre dla Uni­wer­sy­te­tu Sta­no­we­go w Har­ri­son. I dla Ohio. I całe to ple-ple.

– My­ślisz, że to bez­piecz­ne?

– Na stu­den­tach ochot­ni­kach nie te­stu­je się ni­cze­go, co mo­gło­by być nie­bez­piecz­ne – stwier­dził Qu­in­cey. – Gdy­by mie­li cho­ciaż naj­mniej­sze wąt­pli­wo­ści, eks­pe­ry­men­to­wa­li­by na szczu­rach i ska­zań­cach. Mo­żesz być w stu pro­cen­tach pe­wien, że to, co ci wstrzyk­ną, wstrzyk­nę­li już przed­tem mniej wię­cej trzy­stu lu­dziom, któ­rych re­ak­cje ob­ser­wo­wa­no bar­dzo uważ­nie.

– Nie po­do­ba mi się ten in­te­res z CIA…

– Ze Skle­pi­kiem…

– A co to za róż­ni­ca? – spy­tał po­nu­ro Andy.

Pa­trzył na pla­kat, któ­ry po­wie­sił Qu­in­cey, przed­sta­wia­ją­cy Ri­char­da Ni­xo­na sto­ją­ce­go przed zmiaż­dżo­nym wra­kiem sa­mo­cho­du. Ni­xon uśmie­chał się sze­ro­ko i z za­ci­śnię­tych pię­ści wy­sta­wiał ster­czą­cy znak zwy­cię­stwa. Cią­gle jesz­cze nie mógł uwie­rzyć, że przed nie­speł­na ro­kiem ten czło­wiek zo­stał wy­bra­ny na pre­zy­den­ta.

– Cóż, my­śla­łem, że po pro­stu przy­da ci się dwie­ście do­lców, to wszyst­ko.

– A cze­mu pła­cą tak do­brze? – za­py­tał po­dejrz­li­wie Andy.

Qu­in­cey wy­rzu­cił ręce w górę.

– Andy, to na koszt rzą­du! Nie po­tra­fisz tego zro­zu­mieć? Dwa lata temu Skle­pik za­pła­cił coś oko­ło trzy­stu ty­się­cy do­la­rów za stu­dium nad przy­dat­no­ścią ma­so­wej pro­duk­cji wy­bu­cha­ją­cych ro­we­rów – i to było w nie­dziel­nym „Ti­me­sie”. Pew­nie ko­lej­na wiet­nam­ska afe­ra, cho­ciaż praw­do­po­dob­nie nikt nic nie wie na pew­no. Jak lu­bił ma­wiać Cy­gan McGee: „Wte­dy wy­da­wa­ło się to do­brym po­my­słem”. – Qu­in­cey wy­stu­ki­wał faj­kę szyb­ki­mi, ner­wo­wy­mi ru­cha­mi. – Dla ta­kich fa­ce­tów każ­da uczel­nia w Sta­nach to eks­klu­zyw­ny su­per­mar­ket. Tu­taj tro­chę ku­pią, tu­taj coś pod­pa­trzą. Ale je­śli nie chcesz…

– No, może chcę. A ty w to wcho­dzisz?

Qu­in­cey uśmiech­nął się. Jego oj­ciec miał w Ohio i In­dia­nie sieć bar­dzo mod­nych skle­pów z mę­ską kon­fek­cją.

– Dwu­stu do­lców to ja aż tak nie po­trze­bu­ję. A poza tym nie zno­szę igieł.

– Aha.

– Na mi­łość bo­ską, ja ci wca­le nie pró­bu­ję tego sprze­dać, po pro­stu wy­da­łeś mi się jak­by głod­ny. W każ­dym ra­zie masz pięć­dzie­siąt pro­cent szans, że bę­dziesz w gru­pie kon­tro­l­nej. Dwie­ście do­lców za za­strzyk z wody. I to na­wet nie wody z kra­nu, wiesz. Wody de­sty­lo­wa­nej.

– Mo­żesz to za­ła­twić?

– Cho­dzę z jed­ną asy­stent­ką Wan­les­sa – po­wie­dział Qu­in­cey. – Będą mie­li tak oko­ło pięć­dzie­się­ciu zgło­szeń, więk­szość od li­zu­sków za­ra­bia­ją­cych na przo­dy u Sza­lo­ne­go Dok­to­ra…

– Wo­lał­bym, że­byś prze­stał go tak na­zy­wać.

– No, to u Wan­les­sa. – Qu­in­cey ro­ze­śmiał się. – Już on na pew­no się po­sta­ra, żeby li­zu­ski od­pa­dły. Moja dziew­czy­na do­pil­nu­je, żeby two­je po­da­nie zo­sta­ło przy­ję­te. A póź­niej, ko­cha­ny, mu­sisz się sta­rać sam.

Więc kie­dy ogło­sze­nie „Po­szu­ku­je­my ochot­ni­ków” po­ja­wi­ło się w ga­blot­ce na ścia­nie w gma­chu psy­cho­lo­gii, Andy zło­żył od­po­wied­nie po­da­nie. Po ty­go­dniu za­dzwo­ni­ła mło­da asy­stent­ka (z tego, co wie­dział Andy, dziew­czy­na Qu­in­ceya) i za­da­ła mu kil­ka py­tań. Po­wie­dział, że jego ro­dzi­ce nie żyją, że ma gru­pę krwi „0”, że nig­dy przed­tem nie brał udzia­łu w żad­nym eks­pe­ry­men­cie Wy­dzia­łu Psy­cho­lo­gii, że rze­czy­wi­ście jest stu­den­tem w Har­ri­son, rocz­nik ’69 i że ma po­nad dwa­na­ście za­li­czeń, co kla­sy­fi­ku­je go jako re­gu­lar­ne­go stu­den­ta. Ach tak, skoń­czył dwa­dzie­ścia je­den lat i może po­dej­mo­wać wszyst­kie czyn­no­ści praw­ne, pu­blicz­nie i pry­wat­nie.

Ty­dzień póź­niej, pocz­tą uni­wer­sy­tec­ką, Andy otrzy­mał list z za­wia­do­mie­niem, że jego kan­dy­da­tu­ra zo­sta­ła przy­ję­ta, i proś­bą, by pod­pi­sał się na for­mu­la­rzu. Pro­szę przy­nieść pod­pi­sa­ny for­mu­larz szó­ste­go maja do po­ko­ju nu­mer sto, w gma­chu Ja­so­na Ge­ar­ne­igha.

I wła­śnie tak tu się zna­lazł. Od­dał pod­pi­sa­ny for­mu­larz; nisz­czy­ciel pa­pie­ro­sów, dok­tor Wan­less, znikł (na­praw­dę wy­glą­dał tro­chę jak sza­lo­ny na­uko­wiec w tym fil­mie, Cyc­lops), a on – ra­zem z je­de­na­sto­ma in­ny­mi stu­den­ta­mi – od­po­wia­dał na py­ta­nia do­ty­czą­ce do­świad­czeń re­li­gij­nych. „Czy miał epi­lep­sję”? „Nie”. Jego oj­ciec zmarł na­gle na atak ser­ca, gdy Andy miał je­de­na­ście lat. Jego mat­ka zgi­nę­ła w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, gdy Andy miał lat sie­dem­na­ście – wstręt­ne, bo­le­sne do­świad­cze­nie. Je­dy­ną bli­ską krew­ną była sio­stra mat­ki, cio­cia Cora, oso­ba moc­no już star­sza­wa.

Po­su­wał się wzdłuż ko­lum­ny py­tań, za­zna­cza­jąc „nie”, „nie”, „nie”. Tyl­ko na jed­no py­ta­nie od­po­wie­dział TAK. Czy kie­dy­kol­wiek do­zna­łeś zła­ma­nia lub po­waż­ne­go ura­zu? Je­śli tak, opisz. We wła­ści­wym miej­scu Andy opi­sał fakt, że zła­mał lewą kost­kę, wśli­zgu­jąc się do dru­giej bazy w me­czu Ligi Ju­nio­rów dwa­na­ście lat temu.

Spraw­dzał od­po­wie­dzi, prze­su­wa­jąc czu­bek dłu­go­pi­su w górę ko­lum­ny py­tań i wła­śnie wte­dy ktoś po­kle­pał go po ra­mie­niu, a dziew­czę­cy głos, słod­ki i nie­co ochry­pły, za­py­tał:

– Czy mogę po­ży­czyć dłu­go­pi­su, je­śli skoń­czy­łeś? Mój się wy­pi­sał.

– Oczy­wi­ście – od­po­wie­dział i ob­ró­cił się, by wrę­czyć dłu­go­pis dziew­czy­nie. Była ład­na. Wy­so­ka. Ja­sno­kasz­ta­no­wa­te wło­sy, nie­zwy­kle pięk­na cera. Ubra­na w nie­bie­sko­sza­rą blu­zę i krót­ką spód­nicz­kę. Do­bre nogi. Bez poń­czoch. Szyb­ka oce­na przy­szłej żony.

Wrę­czył jej dłu­go­pis, a ona uśmiech­nę­ła się w od­po­wie­dzi. Kie­dy znów po­chy­li­ła się nad for­mu­la­rzem, blask umiesz­czo­nych wy­so­ko świa­teł od­bił się mie­dzią w jej wło­sach, nie­dba­le zwią­za­nych sze­ro­ką bia­łą wstąż­ką.

Andy za­niósł for­mu­la­rze do asy­sten­ta sie­dzą­ce­go przy ka­te­drze.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dział asy­stent jak do­brze za­pro­gra­mo­wa­ny ro­bot Rob­bie. – Po­kój sie­dem­dzie­siąt, so­bo­ta, dzie­wią­ta rano. Pro­szę być punk­tu­al­nie.

– Jaki od­zew? – wy­szep­tał ochry­ple Andy.

Asy­stent ro­ze­śmiał się uprzej­mie.

Andy wy­szedł z sali wy­kła­do­wej, ru­szył przez hol w stro­nę wiel­kich po­dwój­nych drzwi (za drzwia­mi dzie­dzi­niec zie­le­nił się w ocze­ki­wa­niu lata, stu­den­ci ła­zi­li po nim bez celu, tu i tam) i przy­po­mniał so­bie o dłu­go­pi­sie. Nie­mal mach­nął na nie­go ręką, był to tyl­ko bic za dzie­więt­na­ście cen­tów, a na nie­go cze­ka­ło jesz­cze kil­ka za­li­czeń. Ale dziew­czy­na była ład­na, może war­ta, jak to mó­wią Bry­tyj­czy­cy, przy­ga­da­nia. Nie miał złu­dzeń co do swej uro­dy i syl­wet­ki, któ­re ni­czym szcze­gól­nym się nie wy­róż­nia­ły, i co do sy­tu­acji dziew­czy­ny (za­an­ga­żo­wa­na albo za­rę­czo­na), ale dzień był ład­ny i Andy czuł się do­brze. Zde­cy­do­wał, że za­cze­ka. W koń­cu przy­najm­niej jesz­cze raz obej­rzy so­bie te nogi.

Dziew­czy­na wy­szła trzy lub czte­ry mi­nu­ty póź­niej; pod pa­chą trzy­ma­ła kil­ka no­tat­ni­ków i pod­ręcz­nik. Na­praw­dę była ślicz­na i Andy zde­cy­do­wał, że war­to było po­cze­kać, by móc po­pa­trzeć na jej nogi. Były wię­cej niż ład­ne, były wspa­nia­łe.

– Ach, tu je­steś – po­wie­dzia­ła dziew­czy­na z uśmie­chem.

– Tu je­stem – od­po­wie­dział jej Andy McGee. – Co o tym wszyst­kim są­dzisz?

– Nie wiem. Przy­ja­ciół­ka po­wie­dzia­ła mi, że ta­kie eks­pe­ry­men­ty pro­wa­dzi się tu bez prze­rwy – w tym se­me­strze bra­ła udział w jed­nym z nich. Kar­ty do ba­da­nia ESP. Do­sta­ła pięć­dzie­siąt do­la­rów, cho­ciaż po­my­li­ła pra­wie wszyst­kie. Więc po­my­śla­łam so­bie… – Skoń­czy­ła myśl wzru­sze­niem ra­mion i sta­ran­nie od­rzu­ci­ła na ple­cy mie­dzia­ne wło­sy.

– Tak. Ja też – po­wie­dział Andy, od­bie­ra­jąc od niej dłu­go­pis. – Ta przy­ja­ciół­ka jest na psy­cho­lo­gii?

– Tak. I mój chło­pak też. Jest w jed­nej z grup dok­to­ra Wan­les­sa, więc nie mógł wziąć udzia­łu w eks­pe­ry­men­cie. Kon­flikt in­te­re­sów czy coś tam.

Chło­pak. Oczy­wi­ście; wy­so­ka, kasz­ta­no­wo­wło­sa pięk­ność musi mieć ja­kie­goś chło­pa­ka. Tak krę­ci się ten świat.

– A co z tobą? – za­py­ta­ła.

– To samo. Przy­ja­ciel na psy­cho­lo­gii. Przy oka­zji, na­zy­wam się Andy. Andy McGee.

– Vic­ky Tom­lin­son. Tro­chę się tym de­ner­wu­ję, pa­nie Andy McGee. A co, je­śli będę mia­ła złą po­dróż albo coś ta­kie­go?

– Mnie to wy­glą­da na bar­dzo ła­god­ny śro­dek. A na­wet je­śli to kwas, cóż… la­bo­ra­to­ryj­ny jest inny niż ten, któ­ry mo­żesz ku­pić na uli­cy, tak przy­najm­niej sły­sza­łem. Bar­dzo czy­sty, bar­dzo ła­god­ny, po­da­wa­ny w do­kład­nie kon­tro­lo­wa­nych oko­licz­no­ściach. Praw­do­po­dob­nie usły­szysz tyl­ko Cre­am albo Jef­fer­son Air­pla­ne. – Andy uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Dużo wiesz o LSD? – za­py­ta­ła dziew­czy­na z lek­kim uśmie­chem, któ­ry pod­niósł jej ką­ci­ki ust i bar­dzo mu się spodo­bał.

– Nie­wie­le – przy­znał Andy. – Spró­bo­wa­łem dwa razy – raz dwa lata temu, raz w tym roku. W pe­wien spo­sób po­czu­łem się po tym le­piej. Wy­czy­ścił mi gło­wę… a przy­najm­niej tak mi się wy­da­wa­ło. Po wszyst­kim zni­kło mi z gło­wy mnó­stwo sta­re­go śmie­cia. Ale nie chciał­bym się do nie­go przy­zwy­cza­ić. Nie lu­bię tra­cić kon­tro­li nad sobą. Mogę ci ku­pić colę?

– Do­brze – zgo­dzi­ła się i po­szli do głów­ne­go bu­dyn­ku.

Skoń­czy­ło się na tym, że ku­pił jej dwie cole i spę­dzi­li ra­zem całe po­po­łu­dnie. Wie­czo­rem w miej­sco­wym ba­rze wy­pi­li kil­ka piw. Oka­za­ło się, że mię­dzy nią i jej chło­pa­kiem doj­rza­ło do ze­rwa­nia i nie była pew­na, jak to da­lej ro­ze­grać. Wy­obra­żał so­bie, że wzię­li ślub, tłu­ma­czy­ła Andy’emu, i ka­te­go­rycz­nie za­ka­zał jej bra­nia udzia­łu w eks­pe­ry­men­cie Wan­les­sa. Do­kład­nie z tego po­wo­du zde­cy­do­wa­ła się i pod­pi­sa­ła zgo­dę, cho­ciaż tro­chę się bała.

– Ten Wan­less na­praw­dę przy­po­mi­na nie­co sza­lo­ne­go na­ukow­ca – po­wie­dzia­ła, ro­biąc kół­ka na sto­le szklan­ką od piwa.

– Jak ci się po­do­ba­ła jego sztucz­ka z pa­pie­ro­sa­mi?

Vic­ky za­chi­cho­ta­ła.

– Dziw­ny spo­sób na rzu­ce­nie pa­le­nia, co?

Za­py­tał, czy może wpaść po nią ran­kiem, przed eks­pe­ry­men­tem, i Vic­ky zgo­dzi­ła się z wdzięcz­no­ścią.

– Do­brze bę­dzie wejść w to wszyst­ko z przy­ja­cie­lem – po­wie­dzia­ła, pa­trząc na nie­go szcze­ry­mi, nie­bie­ski­mi ocza­mi. – Na­praw­dę tro­chę się boję, wiesz? Geo­r­ge był taki… nie wiem, nie­ugię­ty.

– Dla­cze­go? Co ci po­wie­dział?

– W tym pro­blem. Nie chciał mi nic po­wie­dzieć oprócz tego, że nie ufa Wan­les­so­wi. Twier­dził, że nie­mal nikt na wy­dzia­le mu nie ufa, ale wie­lu wpi­su­je się na jego te­sty, po­nie­waż jest ich opie­ku­nem na­uko­wym. A poza tym wie­dzą, że to bez­piecz­ne; po pro­stu zno­wu ich skre­śli.

Andy się­gnął przez stół i do­tknął ręki Vic­ky.

– I tak praw­do­po­dob­nie do­sta­nie­my wodę de­sty­lo­wa­ną – po­wie­dział. – Spo­koj­nie, dziec­ko. Wszyst­ko bę­dzie do­brze. Lecz oka­za­ło się, że nic nie było do­brze. Nic a nic.

3

– Pa­nie, to lot­ni­sko Al­ba­ny… Pro­szę pana, do­je­cha­li­śmy… Pro­szę pana, je­ste­śmy na lot­ni­sku.

Andy otwo­rzył oczy i za­raz je za­mknął; ra­zi­ły go bia­łe świa­tła wi­szą­cych w gó­rze neo­nó­wek. Usły­szał po­twor­ne, wrza­skli­we, ro­sną­ce bez koń­ca wy­cie i za­drżał. Czuł, jak wiel­kie, sta­lo­we igły wbi­ją mu się w uszy. Sa­mo­lot. Star­tu­je. Rze­czy­wi­stość wró­ci­ła do nie­go po­przez czer­wo­ną mgłę bólu. Tak, dok­tor­ku, już wszyst­ko pa­mię­tam.

– Pro­szę pana? – W gło­sie tak­sów­ka­rza brzmiał nie­po­kój. – Pro­szę pana, do­brze się pan czu­je?

– Mi­gre­na. – Jego głos zda­wał się do­cho­dzić z bar­dzo da­le­ka, po­grze­ba­ny w huku sa­mo­lo­to­we­go sil­ni­ka, któ­ry – dzię­ki Bogu – cichł. – Któ­ra go­dzi­na?

– Pra­wie pół­noc. Dłu­go tu się je­dzie. Już ja to wiem. Au­to­bu­sy nie kur­su­ją, je­śli taki miał pan plan. Jest pan pe­wien, że nie trze­ba od­wieźć pana do domu?

Andy szu­kał w gło­wie frag­men­tów baj­ki, któ­rą sprze­dał tak­sów­ka­rzo­wi. To waż­ne, żeby ją so­bie przy­po­mnieć, i do dia­bła z mi­gre­ną. Z po­wo­du echa. Je­śli po­wie coś, co za­prze­czy opo­wie­dzia­nej wcze­śniej hi­sto­rii na­wet w naj­mniej­szym szcze­gó­le, w mó­zgu tak­sów­ka­rza może po­wstać efekt od­bi­cia. I może się wy­tłu­mić, naj­praw­do­po­dob­niej się wy­tłu­mi, ale może się i nie wy­tłu­mić. Tak­sów­karz mógł­by się przy­cze­pić do ja­kie­goś szcze­gó­łu, mógł­by sfik­so­wać na jego punk­cie, mógł­by wkrót­ce stra­cić kon­tro­lę; my­ślał­by tyl­ko o tym, aż po nie­dłu­gim cza­sie jego mózg roz­padł­by się na ka­wał­ki. To się już zda­rza­ło.

– Mam sa­mo­chód na par­kin­gu – po­wie­dział Andy. – Wszyst­ko w po­rząd­ku.

– Aha. – Tak­sów­karz uśmiech­nął się, uspo­ko­jo­ny. – Wie pan, Glyn w to nie uwie­rzy. Rany! Już ja to…!

– Z pew­no­ścią uwie­rzy. Prze­cież pan wie­rzy, nie? Tak­sów­karz uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Mam spo­ro for­sy. To do­bry do­wód, pro­szę pana. Dzię­ku­ję.

– To ja dzię­ku­ję panu. – Andy pró­bo­wał być uprzej­my. Pró­bo­wał się po­ru­szyć. Dla Char­lie. Gdy­by był sam, już daw­no po­peł­nił­by sa­mo­bój­stwo. Bóg nie stwo­rzył czło­wie­ka, by zno­sił taki ból.

– Pan na pew­no do­brze się czu­je? Jest pan strasz­nie bla­dy.

– Czu­ję się nie­źle, dzię­ku­ję. – Andy za­czął po­trzą­sać Char­lie. – Hej, ko­cha­nie. – Uwa­żał, żeby nie wy­mó­wić jej imie­nia. Praw­do­po­dob­nie nie mia­ło to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia, ale ostroż­ność przy­cho­dzi­ła mu tak na­tu­ral­nie jak od­dy­cha­nie. – Obudź się, je­ste­śmy na miej­scu.

Char­lie mruk­nę­ła i pró­bo­wa­ła prze­wró­cić się na dru­gi bok.

– Ko­cha­nie. Skar­bie, obudź się.

Char­lie mru­gnę­ła, otwo­rzy­ła oczy – szcze­re, nie­bie­skie oczy, któ­re odzie­dzi­czy­ła po mat­ce, i usia­dła, prze­cie­ra­jąc twarz.

– Tato? Gdzie je­ste­śmy?

– Al­ba­ny, skar­bie. Lot­ni­sko. – Po­chy­la­jąc się bli­żej cór­ki, Andy szep­nął: – Nic nie mów. Nie te­raz.

– W po­rząd­ku. – Char­lie uśmiech­nę­ła się do tak­sów­ka­rza, a tak­sów­karz uśmiech­nął się do niej. Wy­śli­zgnę­ła się z sa­mo­cho­du i Andy po­szedł za nią, sta­ra­jąc się iść pro­sto.

– Jesz­cze raz bar­dzo panu dzię­ku­ję – po­wie­dział tak­sów­karz.

Andy po­trzą­snął wy­cią­gnię­tą dło­nią.

– Pro­szę na sie­bie uwa­żać.

– Ja­sne. Glyn nie uwie­rzy w taką for­sę!

Tak­sów­karz wró­cił do sa­mo­cho­du i od­je­chał od po­ma­lo­wa­ne­go na żół­to kra­węż­ni­ka. Star­to­wał na­stęp­ny od­rzu­to­wiec, ryk sil­ni­ków na­ra­stał, aż Andy my­ślał, że gło­wa pęk­nie mu na dwie czę­ści i spad­nie na chod­nik jak pu­sta ty­kwa. Za­to­czył się tro­chę i Char­lie po­ło­ży­ła mu rękę na ra­mie­niu.

– Och, ta­tu­siu – po­wie­dzia­ła gło­sem do­bie­ga­ją­cym z bar­dzo da­le­ka.

– W środ­ku. Mu­szę usiąść.

We­szli do ter­mi­na­lu, mała dziew­czyn­ka w czer­wo­nych spodniach i zie­lo­nej bluz­ce oraz wy­so­ki, ciem­no­wło­sy męż­czy­zna, zgar­bio­ny i po­tar­ga­ny. Ba­ga­żo­wy pa­trzył, jak wcho­dzi­li, i po­my­ślał, że to naj­czyst­sze świń­stwo: taki wiel­ki fa­cet, na oko za­la­ny w tru­pa, na dwo­rze po pół­no­cy z có­recz­ką, któ­ra po­win­na od daw­na być w łóż­ku, a nie pro­wa­dzić go jak pies prze­wod­nik. Ta­kich ro­dzi­ców po­win­no się ste­ry­li­zo­wać, po­my­ślał ba­ga­żo­wy.

A póź­niej męż­czy­zna i dziew­czyn­ka we­szli do ter­mi­na­lu przez ste­ro­wa­ne fo­to­ko­mór­ką drzwi i ba­ga­żo­wy cał­kiem o nich za­po­mniał do chwi­li, gdy w czter­dzie­ści mi­nut póź­niej pod­je­chał do kra­węż­ni­ka zie­lo­ny sa­mo­chód i wy­sia­dło z nie­go dwóch męż­czyzn, któ­rzy za­czę­li z nim roz­ma­wiać.

4

Było dzie­sięć po dwu­na­stej. Ter­mi­nal ob­ję­li w po­sia­da­nie lu­dzie wcze­sne­go po­ran­ka: żoł­nie­rze, któ­rym koń­czy­ły się prze­pust­ki, zmor­do­wa­ne ko­bie­ty pro­wa­dzą­ce grup­ki roz­draż­nio­nych, za­spa­nych dzie­cia­ków, biz­nes­me­ni ze spuch­nię­ty­mi od nie­wy­spa­nia ocza­mi, mło­dzi lu­dzie w wiel­kich bu­tach, z dłu­gi­mi wło­sa­mi, wę­dru­ją­cy zni­kąd do­ni­kąd (nie­któ­rzy dźwi­ga­li ple­ca­ki), ko­bie­ta i męż­czy­zna z ra­kie­ta­mi te­ni­so­wy­mi w tor­bach. Gło­śni­ki in­for­mo­wa­ły o przy­lo­tach i od­lo­tach, wy­wo­łu­jąc lu­dzi ni­czym ja­kiś wszech­moc­ny głos we śnie.

Andy i Char­lie usie­dli obok sie­bie przy dwóch sto­łach z wmon­to­wa­ny­mi te­le­wi­zo­ra­mi. Od­bior­ni­ki były po­gię­te, po­dra­pa­ne i po­ma­lo­wa­ne na mar­twy czar­ny ko­lor. Andy’emu wy­da­wa­ły się ja­ki­miś ta­jem­ni­czy­mi, fu­tu­ry­stycz­ny­mi ko­bra­mi. Wrzu­cił w nie ostat­nie dwu­dzie­sto­pię­cio­cen­tów­ki, żeby nikt nie ka­zał im wstać i opu­ścić miejsc. W te­le­wi­zo­rze Char­lie nada­wa­no po­wtór­kę pro­gra­mu roz­ryw­ko­we­go; u Andy’ego John­ny Car­son do­ka­zy­wał, jak zwy­kle, z przy­ja­ciół­mi.

– Tato, czy mu­szę? – Char­lie za­da­ła to py­ta­nie po raz dru­gi. W oczach mia­ła łzy.

– Skar­bie, mnie już nic nie zo­sta­ło. Nie mamy pie­nię­dzy. Nie mo­że­my tu za dłu­go sie­dzieć.

– Źli lu­dzie nad­cho­dzą? – za­py­ta­ła Char­lie i jej głos opadł do szep­tu.

– Nie wiem – ło­mot w mó­zgu. Już nie dzi­ki koń, lecz wiel­kie wory peł­ne ostrych ka­wał­ków że­la­za, spusz­czo­ne mu na gło­wę z okna na pią­tym pię­trze. – Mu­si­my za­ło­żyć, że tak.

– Skąd mam wziąć pie­nią­dze?

Andy za­wa­hał się, a póź­niej po­wie­dział:

– Ty wiesz.

Roz­pła­ka­ła się i łzy spły­nę­ły jej po po­licz­kach.

– To nie­ład­nie. To nie­ład­nie kraść.

– Wiem. Ale oni też nie mają pra­wa nas ści­gać. Wy­ja­śnia­łem ci to, Char­lie. A przy­najm­niej pró­bo­wa­łem.

– Małe zło i duże zło?

– Tak. Mniej­sze i więk­sze zło.

– Czy gło­wa na­praw­dę tak cię boli?

– Jest ra­czej kiep­sko – po­wie­dział Andy. Nie było po­trze­by tłu­ma­czyć jej, że za go­dzi­nę, może dwie, ból bę­dzie tak strasz­ny, że unie­moż­li­wi mu lo­gicz­ne my­śle­nie. Nie ma po­trze­by jej stra­szyć, i tak już jest prze­stra­szo­na. Nie ma po­trze­by mó­wić jej, że jego zda­niem tym ra­zem się im nie uda.

– Spró­bu­ję – po­wie­dzia­ła Char­lie i wsta­ła z krze­sła. – Bied­ny ta­tuś – do­da­ła i po­ca­ło­wa­ła go.

Andy za­mknął oczy. Wprost przed nim grał te­le­wi­zor, da­le­ki beł­kot ze­środ­ko­wa­ny w mo­rzu ro­sną­ce­go bólu. Kie­dy znów otwo­rzył oczy, Char­lie była już tyl­ko da­le­ką fi­gur­ką, bar­dzo małą, ubra­ną na zie­lo­no i czer­wo­no jak łań­cuch na cho­in­kę, prze­my­ka­ją­cą się raź­no wśród ma­łych gru­pek lu­dzi.

Boże, pro­szę, niech nic jej się nie sta­nie. Niech nikt jej nie skrzyw­dzi, niech nikt nie prze­stra­szy jej bar­dziej, niż już jest prze­stra­szo­na. Pro­szę cię, Boże, i dzię­ku­ję ci. Tak do­brze?

Jesz­cze raz przy­mknął oczy.

5

Mała dziew­czyn­ka w czer­wo­nych ob­ci­słych spodniach i zie­lo­nej bluz­ce ze sztucz­ne­go je­dwa­biu. Dłu­gie ja­sne wło­sy. Po­win­na już le­żeć w łóż­ku, a tym­cza­sem jest tu, sama. Sama w jed­nym z nie­wie­lu miejsc, w któ­rych nikt nie zwró­ci uwa­gi na sa­mot­ną małą dziew­czyn­kę, na­wet po pół­no­cy. Mi­ja­ła lu­dzi, ale tak na­praw­dę nikt jej nie wi­dział. Gdy­by pła­ka­ła, straż­nik mógł­by do niej po­dejść i za­py­tać, czy się nie zgu­bi­ła, czy wie, na jaką li­nię ma­mu­sia i ta­tuś mają bi­le­ty; za­py­tał­by o na­zwi­ska, by moż­na ich było wy­wo­łać. Ale ta dziew­czyn­ka nie pła­ka­ła; spra­wia­ła wra­że­nie, jak­by wie­dzia­ła, do­kąd idzie.

Char­lie nie była pew­na, gdzie iść, ale cał­kiem do­kład­nie wie­dzia­ła, cze­go szu­ka. Po­trze­bo­wa­li pie­nię­dzy, tak po­wie­dział ta­tuś. Zbli­ża­li się źli lu­dzie, a tatę bo­la­ła gło­wa. Kie­dy gło­wa go tak bo­la­ła, nie mógł my­śleć. Po­wi­nien się po­ło­żyć i mieć jak naj­wię­cej spo­ko­ju. Po­wi­nien spać, aż gło­wa prze­sta­nie go bo­leć. Ale źli lu­dzie zbli­ża­li się… lu­dzie ze Skle­pi­ku, lu­dzie, któ­rzy chcie­li ich roz­dzie­lić i zo­ba­czyć, dla­cze­go są wła­śnie tacy – i czy moż­na ich użyć, zmu­sić, żeby ro­bi­li te rze­czy.

Zo­ba­czy­ła pa­pie­ro­wą to­reb­kę wy­sta­ją­cą z ko­sza na śmie­cie i wzię­ła ją. A nie­co da­lej, w po­cze­kal­ni, tra­fi­ła na to, cze­go szu­ka­ła: rząd ka­bin te­le­fo­nicz­nych.

Char­lie sta­nę­ła, pa­trząc na nie i czu­jąc strach. Bała się, bo ta­tuś po­wta­rzał jej cią­gle, że nie po­win­na tego ro­bić… od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa wie­dzia­ła, że to coś Złe­go. Nie za­wsze umia­ła kon­tro­lo­wać Złe. Mo­gła zra­nić sie­bie, ko­goś, wie­lu lu­dzi. Ten dzień, och, ma­mu­siu, prze­pra­szam, ból, ban­da­że, krzyk; spra­wi­ła, że mama krzy­cza­ła, już nig­dy wię­cej… nig­dy… to Złe…

W kuch­ni, kie­dy była mała… Ale bo­la­ło za bar­dzo, żeby o tym my­śleć. To było Złe, bo kie­dy je wy­pu­ści­ła, szło… wszę­dzie. I prze­ra­ża­ło.

Były i inne rze­czy. Na przy­kład pchnię­cie, tata to tak na­zwał, pchnię­cie. Tyl­ko że ona po­tra­fi­ła pchnąć znacz­nie moc­niej niż tata. I gło­wa nig­dy jej po tym nie bo­la­ła. Ale cza­sa­mi, póź­niej… po­ja­wiał się ogień.

Char­lie sta­ła, zer­ka­jąc ner­wo­wo na bud­ki te­le­fo­nicz­ne i na­zwa Złe­go bły­snę­ła jej w gło­wie: pi­ro­ki­ne­za. „Nie o na­zwę cho­dzi – po­wie­dział jej tata, kie­dy cią­gle jesz­cze byli w Port City i my­śle­li jak głu­pi, że są bez­piecz­ni. – Ko­cha­nie, je­steś pod­pa­lacz­ką. Jak duża, wiel­ka za­pal­nicz­ka”. Po­my­śla­ła wte­dy, że to śmiesz­ne, i za­chi­cho­ta­ła; ale te­raz nie wi­dzia­ła w tym nic śmiesz­ne­go.

Inny po­wód, dla któ­re­go nie po­win­na pchać, to ten, że oni mo­gli to od­kryć. Źli lu­dzie ze Skle­pi­ku.

– Nie wiem, jak dużo o to­bie wie­dzą – po­wie­dział jej tata – ale nie chcę, żeby jesz­cze się cze­goś do­wie­dzie­li. Two­je pchnię­cie nie jest do­kład­nie ta­kie jak moje, skar­bie. Nie mo­żesz zmu­sić lu­dzi, żeby… no, zmie­ni­li zda­nie, praw­da?

– Nie­ee…

– Ale mo­żesz spra­wić, żeby rze­czy się po­ru­sza­ły. Je­śli kie­dy­kol­wiek do­strze­gą w tym ja­kąś pra­wi­dło­wość i po­wią­żą tę pra­wi­dło­wość z tobą, bę­dzie­my w jesz­cze gor­szych opa­łach, niż je­ste­śmy te­raz”.

A to jest kra­dzież, a kra­dzież też jest Zła.

Nie szko­dzi. Ta­tu­sia boli gło­wa i mu­szą do­trzeć do ja­kie­goś ci­che­go, cie­płe­go miej­sca, póki nie roz­bo­li go tak, że w ogó­le nie bę­dzie mógł my­śleć. Char­lie zro­bi­ła krok do przo­du.

Bu­dek było chy­ba z pięt­na­ście. Mia­ły okrą­głe, prze­su­wa­ne drzwi. Kie­dy we­szło się do bud­ki, sie­dzia­ło się w niej jak w wiel­kiej kap­su­le z te­le­fo­nem po­środ­ku. Więk­szość była ciem­na, Char­lie do­strze­gła to, prze­cho­dząc obok. W jed­ną z nich wci­snę­ła się tłu­sta pani w spodnium, mó­wi­ła szyb­ko i uśmie­cha­ła się. A trzy bud­ki od koń­ca mło­dy męż­czy­zna w woj­sko­wym mun­du­rze sie­dział na ma­łym sto­łecz­ku, drzwi miał otwar­te i wy­sta­wił przez nie nogi. Mó­wił coś szyb­ko.

– Sal­ly, słu­chaj, ro­zu­miem, co czu­jesz, ale mogę wszyst­ko wy­ja­śnić. Oczy­wi­ście. Wiem… wiem… tyl­ko daj mi…

Spoj­rzał w górę, zo­ba­czył, że pa­trzy na nie­go mała dziew­czyn­ka, wcią­gnął nogi i po­pchnął drzwi, aż się za­mknę­ły, wszyst­ko jed­nym ru­chem, jak żółw kry­ją­cy się w sko­ru­pie. Kłó­ci się z dziew­czy­ną, po­my­śla­ła Char­lie. Pew­nie na nie­go cze­ka­ła, a on nie przy­szedł. Ja tam nig­dy nie będę cze­ka­ła na chło­pa­ka.

Echo gło­śni­ków. Strach cza­ił się w jej gło­wie jak szczur i gryzł. Wszyst­kie twa­rze były obce. Czu­ła się sa­mot­na i taka mała, na­wet te­raz cią­gle jesz­cze tę­sk­ni­ła za mamą. Mia­ła kraść, ale to bez zna­cze­nia. Oni ukra­dli ma­mu­si ży­cie.

Wśli­zgnę­ła się do ostat­niej bud­ki, za­sze­le­ści­ła pa­pie­ro­wa to­reb­ka. Char­lie pod­nio­sła słu­chaw­kę i uda­wa­ła, że roz­ma­wia.

– Tak, dziad­ku, tak, tata ija wła­śnie przy­le­cie­li­śmy, czu­je­my się do­brze. – Wyj­rza­ła przez szy­bę, żeby spraw­dzić, czy ktoś się nią nie in­te­re­su­je. Nikt się nią nie in­te­re­so­wał. Naj­bli­żej sta­ła Mu­rzyn­ka wy­ku­pu­ją­ca w au­to­ma­cie ubez­pie­cze­nie na lot, od­wró­co­na do Char­lie ple­ca­mi.

Char­lie spoj­rza­ła na te­le­fon i na­gle go ru­szy­ła.

Sap­nę­ła ci­cho z wy­sił­ku i przy­gry­zła dol­ną war­gę; lu­bi­ła, jak dol­na war­ga ugi­na się jej pod zę­ba­mi. Nie, nie czu­ła żad­ne­go bólu. Przy­jem­nie było ru­szać rze­czy – i tego też się bała. Przy­pu­ść­my, że po­lu­bi tę nie­bez­piecz­ną rzecz?

Ru­szy­ła jesz­cze raz, bar­dzo lek­ko i na­gle stru­mień drob­nych wy­le­ciał z au­to­ma­tu. Pró­bo­wa­ła pod­sta­wić pod nie­go to­reb­kę, ale nie zdą­ży­ła; mo­ne­ty roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Po­chy­li­ła się i ze­bra­ła, ile mo­gła, raz za ra­zem pa­trząc przez szy­bę.

Kie­dy ze­bra­ła pie­niąż­ki, prze­szła do na­stęp­ne­go au­to­ma­tu. Żoł­nierz z trze­ciej bud­ki od koń­ca cią­gle roz­ma­wiał. Znów otwo­rzył drzwi i pa­lił.

– Sal, przy­się­gam na wszyst­ko, tak! Po pro­stu za­py­taj bra­ta, je­śli mi nie wie­rzysz! On…

Char­lie za­su­nę­ła drzwi, uci­sza­jąc jego tro­chę ję­kli­wy głos. Mia­ła tyl­ko sie­dem lat, ale bez­błęd­nie po­tra­fi­ła roz­po­znać kłam­stwo. Spoj­rza­ła na te­le­fon i chwi­lę póź­niej po­sy­pa­ły się z nie­go drob­ne. Tym ra­zem pod­sta­wi­ła to­reb­kę do­sko­na­le i mo­ne­ty wpa­dły wprost do niej z ci­chym, me­lo­dyj­nym brzę­kiem.

Kie­dy wy­szła, żoł­nie­rza już nie było, więc za­ję­ła jego bud­kę. Krze­seł­ko cią­gle było cie­płe, mimo krę­cą­ce­go się wia­tracz­ka pach­nia­ło okrop­nie pa­pie­ro­sem.

Pie­nią­dze za­brzę­cza­ły w to­reb­ce i Char­lie po­szła da­lej.

6

Ed­die Del­gar­do sie­dział na twar­dym pla­sti­ko­wym krze­seł­ku, pa­trzył w su­fit i pa­lił.

Suka, my­ślał. Na­stęp­nym ra­zem dwa razy się za­sta­no­wi, czy trzy­mać ra­zem te swo­je cho­ler­ne nogi. Ed­die to i Ed­die tam­to, i Ed­die nie chcę cię wię­cej wi­dzieć, i Ed­die, jak mo­żesz być taki okrut­ny. Ale jemu uda­ło się już spra­wić, że zmie­ni­ła zda­nie na te­mat tego wy­świech­ta­ne­go nu­me­ru, co to „nie chcę cię wię­cej wi­dzieć”. Miał trzy­dzie­sto­dnio­wą prze­pust­kę i je­chał so­bie do No­we­go Jor­ku, żeby po­sma­ko­wać tego Sma­ko­wi­te­go Ja­błusz­ka, po­oglą­dać wi­do­ki i po­cho­dzić po ba­rach dla sa­mot­nych. A kie­dy wró­ci, to Sal­ly bę­dzie już jak wiel­kie, czer­wo­ne, doj­rza­łe ja­błusz­ko, doj­rza­łe i go­to­we spaść. Ed­die Del­gar­do bę­dzie nie­dłu­go pro­wa­dził cię­ża­rów­kę z za­opa­trze­niem dla woj­ska w Ber­li­nie Za­chod­nim. Bę­dzie…

Tok tro­chę nie­mi­łych wspo­mnień, a tro­chę przy­jem­nych ma­rzeń Ed­die­go zo­stał na­gle prze­rwa­ny nie­zwy­kłym uczu­ciem cie­pła ogar­nia­ją­ce­go mu sto­py, jak­by pod­ło­ga pod­grza­ła się na­gle o parę stop­ni. To­wa­rzy­szył temu dziw­ny, cho­ciaż jak­by zna­jo­my za­pach… nie żeby się coś pa­li­ło… może coś się tli?

Ed­die otwo­rzył oczy i pierw­sze, co zo­ba­czył, to małą dziew­czyn­kę, spa­ce­ru­ją­cą wcze­śniej wo­kół au­to­ma­tów; sied­mio-, może ośmio­let­nią i wy­glą­da­ją­cą na strasz­nie za­nie­dba­ną. Te­raz nio­sła wy­pcha­ną, pa­pie­ro­wą to­reb­kę, trzy­ma­ła ją za spód, jak­by były w niej za­ku­py albo coś.

Ale… sto­py! To te­raz naj­waż­niej­sze!

Już nie były cie­płe. Były go­rą­ce!

Ed­die Del­gar­do spoj­rzał w dół i wrza­snął:

– Wszech­moc­ny Je­eeeezu!

Jego buty pło­nę­ły.

Ed­die sko­czył na rów­ne nogi i lu­dzie za­czę­li się za nim oglą­dać. Ja­kaś ko­bie­ta spo­strze­gła, co się dzie­je, i krzyk­nę­ła, wsz­czy­na­jąc alarm. Dwóch straż­ni­ków, któ­rzy ga­wę­dzi­li z urzęd­ni­kiem sprze­da­ją­cym bi­le­ty na li­nię Al­le­ghe­ny, ob­ró­ci­ło się, chcąc spraw­dzić, co się sta­ło.

Dla Ed­die­go Del­gar­do wszyst­ko to było gów­no war­te. My­śli o Sal­ly Brad­ford i ze­mście z po­wo­du za­wie­dzio­nej mi­ło­ści wy­wie­trza­ły mu z gło­wy. Jego woj­sko­we buty we­so­ło pło­nę­ły. Man­kie­ty mun­du­ro­wych spodni dy­mi­ły. Po­biegł przez po­cze­kal­nię, cią­gnąc za sobą ogon dymu, jak po­cisk wy­strze­lo­ny z ba­li­sty. Dam­ska to­a­le­ta była bli­żej i Ed­die, ob­da­rzo­ny nie­sły­cha­nie wy­ostrzo­nym in­stynk­tem sa­mo­za­cho­waw­czym, bez chwi­li na­my­słu ude­rzył w drzwi ra­mie­niem i wbiegł do środ­ka.

Z jed­nej z ka­bin wy­cho­dzi­ła mło­da ko­bie­ta. Spód­ni­cę mia­ła pod­cią­gnię­tą do pasa i po­pra­wia­ła so­bie majt­ki. Kie­dy zo­ba­czy­ła Ed­die­go, ludz­ką po­chod­nię, wy­da­ła z sie­bie krzyk nie­sa­mo­wi­cie wzmoc­nio­ny przez ścia­ny. Z za­ję­tych ka­bin do­bie­gły gło­sy: „Co to było?” i „O co cho­dzi?”. Ed­die chwy­cił drzwi płat­nej to­a­le­ty, nim zdą­ży­ły się za­mknąć i za­trza­snąć. Rę­ka­mi zła­pał się ścia­nek i obie­ma no­ga­mi wsko­czył do ki­bel­ka. Roz­legł się syk i w górę unio­sła się im­po­nu­ją­ca chmu­ra pary.

Dwóch straż­ni­ków do­pa­dło go w środ­ku.

– Stój, ty tam! – krzyk­nął je­den z nich. Trzy­mał w ręce broń. – Wy­łaź z rę­ka­mi na gło­wie.

– Czy ra­czy­cie za­cze­kać, aż wy­cią­gnę nogi? – wark­nął Ed­die Del­gar­do.

7

Char­lie wró­ci­ła. Za­pła­ka­na.

– Co się sta­ło, pa­nien­ko?

– Mam pie­nią­dze, ale… ta­tu­siu, to zno­wu mi ucie­kło… tam był czło­wiek… żoł­nierz… nic nie mo­głam po­ra­dzić…

Andy po­czuł osa­cza­ją­cy go strach. Strach stłu­mio­ny bó­lem gło­wy i szyi, ale strach.

– Czy… czy to był ogień, Char­lie?

Nie mo­gła mó­wić, ale przy­tak­nę­ła ski­nie­niem gło­wy. Po po­licz­kach pły­nę­ły jej łzy.

– O mój Boże – szep­nął Andy i zmu­sił się, by wstać.

To kom­plet­nie za­ła­ma­ło Char­lie. Ukry­ła twarz w dło­niach i za­szlo­cha­ła roz­pacz­li­wie, ki­wa­jąc się w przód i w tył.

Koło wej­ścia do dam­skiej to­a­le­ty zgro­ma­dził się tłum. Drzwi były otwar­te, ale Andy nie mógł do­strzec ni­cze­go… i na­gle zo­ba­czył. Dwóch straż­ni­ków, któ­rzy tam przed­tem po­bie­gli, wy­pro­wa­dza­ło z to­a­le­ty umun­du­ro­wa­ne­go mło­de­go czło­wie­ka, wy­glą­da­ją­ce­go na twar­dzie­la, i pro­wa­dzi­ło go do Char­lie. My­śle­nie już spra­wia­ło Andy’emu ogrom­ny kło­pot; jego my­śli były jak ma­leń­kie srebr­ne ryb­ki, pły­wa­ją­ce we wszech­ogar­nia­ją­cym czar­nym oce­anie tę­pe­go bólu. Ale mu­siał zro­bić wszyst­ko, co mógł. Po­trze­bo­wał Char­lie, je­śli mie­li wyjść z tego cało.

– Nic mu nie jest, Char­lie. Wszyst­ko w po­rząd­ku. Tyl­ko za­bra­li go do biu­ra. Te­raz po­wiedz mi, co się sta­ło?

Już pra­wie nie pła­cząc, Char­lie wszyst­ko mu opo­wie­dzia­ła. Pod­słu­cha­ną roz­mo­wę te­le­fo­nicz­ną. Tych kil­ka przy­pad­ko­wych my­śli, któ­re z nim się wią­za­ły; uczu­cie, że pró­bu­je oszu­kać dziew­czy­nę, z któ­rą roz­ma­wiał.

– A po­tem, kie­dy wra­ca­łam do cie­bie, zo­ba­czy­łam go… i nim mo­głam coś po­ra­dzić… to się zda­rzy­ło. Po pro­stu mi ucie­kło. Mo­głam go zra­nić, ta­tu­siu. Mo­głam go strasz­nie zra­nić. Ja go pod­pa­li­łam!

– Mów ci­szej – po­wie­dział Andy. – Chcę, że­byś mnie po­słu­cha­ła, Char­lie. My­ślę, że to jest naj­lep­sza rzecz, jaka przy­da­rzy­ła się nam od ja­kie­goś cza­su.

– Na… na­praw­dę? – Char­lie spoj­rza­ła na nie­go z wy­raź­nym za­sko­cze­niem.

– Mó­wisz, że ci się wy­mknę­ło – po­wie­dział Andy, zmu­sza­jąc się, by wy­po­wie­dzieć tych kil­ka słów. – I wy­mknę­ło się. Ale nie tak jak przed­tem. Ucie­kło ci tyl­ko tro­chę. To, co się zda­rzy­ło, ko­cha­nie, było nie­bez­piecz­ne, ale… mo­głaś pod­pa­lić mu wło­sy. Albo twarz.

Char­lie drgnę­ła na te sło­wa, prze­ra­żo­na. Andy de­li­kat­nie od­wró­cił jej bu­zię ku so­bie.

– To kwe­stia pod­świa­do­mo­ści, i za­wsze ucie­ka na tego, kogo nie lu­bisz. Ale… tak na­praw­dę nie skrzyw­dzi­łaś żoł­nie­rza, Char­lie. Ty… – ale resz­ta prze­mo­wy znik­nę­ła gdzieś i zo­stał tyl­ko ból. Czy jesz­cze mó­wił? Przez chwi­lę nie był pe­wien na­wet tego.

Char­lie cią­gle czu­ła tę rzecz; czu­ła Złe krą­żą­ce jej po gło­wie, pró­bu­ją­ce uciec i zro­bić coś jesz­cze. Było jak małe, dra­pież­ne i ra­czej głu­pie zwie­rząt­ko. Trze­ba wy­pusz­czać je z klat­ki, by na przy­kład wy­do­być pie­nią­dze z au­to­ma­tów. ale to może ro­bić i inne rze­czy, praw­dzi­wie złe (jak mama w kuch­ni, ma­mu­siu prze­pra­szam), nim za­mkniesz je z po­wro­tem.

Ale te­raz nie mia­ło to zna­cze­nia. Te­raz nie bę­dzie o tym my­śla­ła, nie bę­dzie my­śla­ła o ban­da­żach (ma­mu­sia mu­sia­ła no­sić ban­da­że, bo ją zra­ni­łam) i ni­czym ta­kim. Te­raz cho­dzi­ło o tatę. Sku­lił się w tym fo­te­lu przed te­le­wi­zo­rem, twarz miał skrzy­wio­ną z bólu. Oczy na­bie­gły mu krwią.

Ta­tuś­ku, po­my­śla­ła Char­lie, za­mie­ni­ła­bym się z tobą, gdy­bym tyl­ko mo­gła. Masz coś, co boli, ale nig­dy nie ucie­ka z klat­ki. Ja mam coś, co wca­le nie boli, ale, och! cza­sa­mi tak strasz­nie się boję…

– Mam pie­nią­dze – po­wie­dzia­ła Char­lie. – Nie po­szłam do wszyst­kich bu­dek, bo tor­ba zro­bi­ła się cięż­ka i ba­łam się, że może pęk­nąć.

Przyj­rza­ła się ojcu z tro­ską.

– Do­kąd pój­dzie­my, tato? Mu­sisz się po­ło­żyć.

Andy wziął to­reb­kę i za­czął po­wo­li, gar­ścia­mi, prze­kła­dać drob­ne do kie­sze­ni swej sztruk­so­wej ma­ry­nar­ki. Za­sta­na­wiał się, czy ta noc w ogó­le się kie­dyś skoń­czy. Ni­cze­go nie pra­gnął bar­dziej, niż zła­pać ko­lej­ną tak­sów­kę, po­je­chać do mia­sta i za­mel­do­wać się w pierw­szym ho­te­lu czy mo­te­lu, na któ­ry na­tra­fią… ale bał się. Tak­sów­ki moż­na wy­śle­dzić. I miał sil­ne prze­czu­cie, że lu­dzie z zie­lo­ne­go sa­mo­cho­du cią­gle są gdzieś bli­sko.

Spró­bo­wał ze­brać ra­zem wszyst­ko, co wie­dział o lot­ni­sku w Al­ba­ny. Po pierw­sze, to lot­ni­sko okrę­gu Al­ba­ny wca­le nie było w Al­ba­ny, lecz w mia­stecz­ku o na­zwie Co­lo­nie. Okręg sha­ke­rów – czy to nie dzia­dek po­wie­dział mu kie­dyś, że to okręg sha­ke­rów? A może oni wszy­scy już wy­mar­li? Jak tu z au­to­stra­da­mi? Z dro­ga­mi sta­no­wy­mi? Od­po­wie­dzi po­ja­wia­ły się po­wo­li. Jest tu dro­ga… ja­kaś szo­sa. Szo­sa Pół­noc­na, czy może Po­łu­dnio­wa, tak mu się wy­da­wa­ło.

Otwo­rzył oczy i spoj­rzał na Char­lie.

– Czy dasz radę jesz­cze tro­chę po­ma­sze­ro­wać, mała? Może na­wet kil­ka ki­lo­me­trów?

– Oczy­wi­ście. – Char­lie prze­spa­ła się i czu­ła się względ­nie świe­żo. – A ty?

To było do­bre py­ta­nie. Nie znał od­po­wie­dzi.

– Mam za­miar spraw­dzić – po­wie­dział. – My­ślę, że po­win­ni­śmy wyjść na głów­ną dro­gę i spró­bo­wać zła­pać ja­kiś sa­mo­chód, skar­bie.

– Au­to­stop?

Andy ski­nął gło­wą.

– Trud­no jest wy­tro­pić au­to­sto­po­wi­cza, Char­lie. Je­śli bę­dzie­my mie­li szczę­ście, tra­fi­my na ko­goś, kto rano bę­dzie już w Buf­fa­lo. A je­śli nie bę­dzie­my mie­li szczę­ścia, zie­lo­ny sa­mo­chód nad­je­dzie, gdy cią­gle jesz­cze bę­dzie­my stać na po­bo­czu z kciu­ka­mi w górę.

– Je­śli są­dzisz, że to w po­rząd­ku… – stwier­dzi­ła Char­lie z po­wąt­pie­wa­niem.

– Ru­sza­my. Po­móż mi.

Kie­dy wstał, prze­szył go po­tęż­ny miecz bólu. Za­to­czył się lek­ko, za­mknął oczy, a póź­niej je otwo­rzył. Lu­dzie wy­glą­da­li sur­re­ali­stycz­nie. Ko­lo­ry wy­da­wa­ły się zbyt ostre. Obok nich prze­szła ko­bie­ta w bu­tach na szpil­kach i każ­dy jej krok brzmiał jak za­trza­śnię­cie wrót do pod­zie­mi.

– Ta­tu­siu, je­steś pe­wien, że dasz radę? – Głos Char­lie był ci­chy i pe­łen stra­chu.

Char­lie. Tyl­ko Char­lie była taka jak za­wsze.

– Chy­ba tak. Idzie­my.

Wy­szli in­ny­mi drzwia­mi, a ba­ga­żo­wy, któ­ry za­uwa­żył, jak wy­sia­da­li z tak­sów­ki, zaj­mo­wał się wy­ła­do­wy­wa­niem wa­li­zek z sa­mo­cho­du i nie wi­dział, jak wy­cho­dzi­li.

– W któ­rą stro­nę, tat­ku? – za­py­ta­ła Char­lie.

Ro­zej­rzał się i do­strzegł Szo­sę Pół­noc­ną, wi­ją­cą się da­le­ko, po­ni­żej i po pra­wej od ter­mi­na­lu. Pro­blem tkwił w tym, jak do niej do­trzeć. Wo­kół peł­no było dróg – roz­jaz­dy, prze­jaz­dy, tu­ne­le. ZA­KAZ SKRĘ­TU W PRA­WO. ZA­TRZY­MAJ SIĘ NA ŚWIA­TŁACH. JEDŹ PO LE­WEJ. ZA­KAZ PAR­KO­WA­NIA. Świa­tła dro­go­we po­bły­ski­wa­ły w noc­nej ciem­no­ści jak du­chy, nie­mo­gą­ce odejść z tego świa­ta.

– Chy­ba tędy – po­wie­dział Andy i po­szli wzdłuż ter­mi­na­lu, po po­bo­czu dro­gi do­jaz­do­wej ozna­czo­nej zna­ka­mi TYL­KO ZA­ŁA­DU­NEK I WY­ŁA­DU­NEK. Chod­nik skoń­czył się wraz z koń­cem bu­dyn­ku. Wiel­ki sre­brzy­sty mer­ce­des prze­mknął obok nich obo­jęt­nie; blask lamp neo­no­wych na jego ka­ro­se­rii spra­wił, że Andy za­drżał.

Char­lie pa­trzy­ła na nie­go py­ta­ją­co.

Andy ski­nął gło­wą.

– Po pro­stu idź jak naj­bli­żej kra­węż­ni­ka. Zim­no ci?

– Nie, ta­tu­siu.

– Dzię­ki Bogu, noc jest cie­pła. Mat­ka nig­dy…

Usły­szał te sło­wa i na­gle za­milkł.

Ode­szli w ciem­ność, ra­zem; wy­so­ki, sze­ro­ki w ra­mio­nach męż­czy­zna i mała dziew­czyn­ka w czer­wo­nych spodniach i zie­lo­nej bluz­ce, trzy­ma­ją­ca go za rękę; wy­da­wa­ło się, że go pro­wa­dzi.

8

Zie­lo­ny sa­mo­chód po­ja­wił się mniej wię­cej kwa­drans póź­niej i za­par­ko­wał przy kra­węż­ni­ku ozna­ko­wa­nym żół­tą li­nią. Wy­sia­dło z nie­go dwóch męż­czyzn – tych sa­mych, któ­rzy tam, na Man­hat­ta­nie, za­go­ni­li Andy’ego i Char­lie do tak­sów­ki. Trze­ci po­zo­stał za kie­row­ni­cą.

Na miej­scu zja­wił się lot­ni­sko­wy po­li­cjant.

– Tu nie wol­no par­ko­wać, pro­szę pana. Je­śli mógł­by pan od­je­chać na…

– Mnie wol­no – od­po­wie­dział kie­row­ca i po­ka­zał le­gi­ty­ma­cję.

Gli­niarz spoj­rzał na nią, po­tem na kie­row­cę i znów na zdję­cie w le­gi­ty­ma­cji.

– Och – po­wie­dział – prze­pra­szam pana. Czy to coś, o czym po­win­ni­śmy wie­dzieć?

– Nic do­ty­czą­ce­go bez­pie­czeń­stwa lot­ni­ska – od­parł kie­row­ca – ale pew­nie mo­gli­by­ście nam po­móc. Czy wi­dzie­li­ście tu dziś w nocy któ­reś z tej dwój­ki? – Wrę­czył gli­nia­rzo­wi zdję­cie Andy’ego, a po­tem za­ma­za­ną fo­to­gra­fię Char­lie. Mia­ła na niej dłuż­sze wło­sy, zwią­za­ne w dwa my­sie ogon­ki. Jej mat­ka jesz­cze wte­dy żyła. – Dziew­czyn­ka jest te­raz star­sza o rok czy coś koło tego – mó­wił da­lej kie­row­ca. – Ma tro­chę krót­sze wło­sy. Ta­kie do ra­mion.

Gli­niarz przy­glą­dał się zdję­ciom do­kład­nie, naj­pierw jed­ne­mu, póź­niej dru­gie­mu i zno­wu pierw­sze­mu.

– A wie pan – po­wie­dział – chy­ba wi­dzia­łem tu tę dziew­czyn­kę. Ja­sna, praw­da? Tro­chę trud­no oce­nić to ze zdję­cia.

– Tak, ja­sna.

– Ten fa­cet to jej oj­ciec?

– To ja tu za­da­ję py­ta­nia.

Lot­ni­sko­wy gli­niarz po­czuł przy­pływ nie­chę­ci do tego mło­de­go fa­ce­ta o ni­ja­kiej twa­rzy, sie­dzą­ce­go za kie­row­ni­cą zie­lo­ne­go, ni­ja­kie­go sa­mo­cho­du. Już przed­tem miał do czy­nie­nia z dzia­ła­nia­mi FBI, CIA i jed­nost­ki, któ­rą na­zy­wa­no Skle­pi­kiem. Ich agen­ci byli za­wsze tacy sami: tępi, aro­ganc­cy i pa­trzą­cy na wszyst­ko z góry. Na nie­bie­skich pa­trzy­li jak na za­baw­ki z por­ce­la­ny, ale kie­dy pięć lat temu było tu po­rwa­nie, wła­śnie mun­du­ro­wi z por­ce­la­ny wy­ję­li z sa­mo­lo­tu po­ry­wa­cza, ca­łe­go ob­wie­szo­ne­go gra­na­ta­mi, a „praw­dzi­wi” po­li­cjan­ci opie­ko­wa­li się nim, kie­dy po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, roz­dra­pu­jąc so­bie pa­znok­cia­mi tęt­ni­cę na szyi. Do­bra ro­bo­ta, pa­no­wie.

– Za­raz… Py­ta­łem, czy ten fa­cet to jej oj­ciec, bo chcia­łem się zo­rien­to­wać, czy jest ja­kieś ro­dzin­ne po­do­bień­stwo. Tro­chę trud­no oce­nić to ze zdjęć.

– Wy­glą­da­ją nie­co po­dob­nie. Inny ko­lor wło­sów.

Tyle to ja sam wi­dzę, dup­ku, po­my­ślał lot­ni­sko­wy gli­niarz, a do kie­row­cy zie­lo­ne­go sa­mo­cho­du po­wie­dział:

– Wi­dzia­łem ich obo­je. Ten fa­cet jest duży, więk­szy, niż wy­da­je się na zdję­ciu. Wy­glą­dał na cho­re­go albo coś.

– Na­praw­dę? – Ta wia­do­mość wy­da­wa­ła się spra­wiać przy­jem­ność kie­row­cy.

– A tak w ogó­le, to mie­li­śmy roz­ryw­ko­wą noc. Jed­ne­mu dur­nio­wi uda­ło się na­wet pod­pa­lić wła­sne buty.

– Pro­szę po­wtó­rzyć. – Kie­row­ca wy­pro­sto­wał się na sie­dze­niu.

Lot­ni­sko­wy gli­niarz ski­nął gło­wą, szczę­śli­wy, że uda­ło mu się zmieść wy­raz nudy z twa­rzy kie­row­cy. Nie był­by taki szczę­śli­wy, gdy­by kie­row­ca po­wie­dział mu, że wła­śnie za­ro­bił so­bie na prze­słu­cha­nie w man­hat­tań­skim biu­rze Skle­pi­ku. A Ed­die Del­gar­do praw­do­po­dob­nie cięż­ko by go po­bił, bo za­miast od­wie­dzać ko­lej­ne bary dla sa­mot­nych (i sa­lo­ny ma­sa­żu, i sex sho­py przy Ti­mes Squ­are) pod­czas swe­go po­by­tu w No­wym Jor­ku i wspa­nia­le ba­wić się w wiel­kim mie­ście, pra­wie cały czas spę­dził tam na­szpi­ko­wa­ny nar­ko­ty­ka­mi zmu­sza­ją­cy­mi do mó­wie­nia, opi­su­jąc raz za ra­zem, co się zda­rzy­ło tuż przed tym, nim jego buty sta­nę­ły w ogniu, i tuż po tym.

9

Dwaj po­zo­sta­li męż­czyź­ni z zie­lo­ne­go sa­mo­cho­du roz­ma­wia­li z per­so­ne­lem lot­ni­ska. Je­den z nich zna­lazł ba­ga­żo­we­go, któ­ry za­uwa­żył Andy’ego i Char­lie, kie­dy wy­sia­da­li z tak­sów­ki i wcho­dzi­li do ter­mi­na­lu.

– Pew­nie, że ich wi­dzia­łem. Po­my­śla­łem, że to taki cho­ler­ny wstyd: fa­cet pi­ja­ny w dym i mała dziew­czyn­ka, któ­ra już daw­no po­win­na spać.

– Może od­le­cie­li sa­mo­lo­tem? – za­su­ge­ro­wał je­den z męż­czyzn.

– Może tak – zgo­dził się ba­ga­żo­wy. – Cie­ka­we, co my­śli o tym mat­ka tej dziew­czyn­ki. Cie­ka­we, czy ona o tym wie.

– Wąt­pię – po­wie­dział męż­czy­zna w ciem­no­nie­bie­skim dro­gim gar­ni­tu­rze. Po­wie­dział to bar­dzo szcze­rze. – Nie wi­dział pan, żeby wy­cho­dzi­li?

– Nie, pro­szę pana. Z tego, co wiem, mu­szą gdzieś tu być… chy­ba że, oczy­wi­ście, wy­wo­ła­no już ich lot.

10

Dwóch męż­czyzn prze­szu­ka­ło szyb­ko głów­ny ter­mi­nal i ko­ry­ta­rze pro­wa­dzą­ce do wejść do sa­mo­lo­tów, trzy­ma­jąc ukry­te w dło­niach le­gi­ty­ma­cje i po­ka­zu­jąc je służ­bie bez­pie­czeń­stwa lot­ni­ska. Spo­tka­li się koło sta­no­wi­ska Uni­ted Air­li­nes.

– Pu­sto – po­wie­dział pierw­szy.

– My­ślisz, że od­le­cie­li? – za­py­tał dru­gi. To był ten w ład­nym dro­gim gar­ni­tu­rze.

– Nie są­dzę, żeby su­kin­syn miał przy so­bie wię­cej niż pięć­dzie­siąt do­lców. a może znacz­nie, znacz­nie mniej.

– To le­piej sprawdź­my.

– No. Ale szyb­ko.

Uni­ted Air­li­nes. Al­le­ghe­ny. Ame­ri­can. Bra­niff. Li­nie czar­te­ro­we. Nikt nie za­pa­mię­tał sze­ro­kie­go w ra­mio­nach męż­czy­zny, któ­ry wy­glą­dał na cho­re­go i ku­po­wał bi­le­ty. Ale przyj­mu­ją­cy ba­ga­że na sta­no­wi­sku Al­ba­ny Air­li­nes miał wra­że­nie, że wi­dział dziew­czyn­kę w czer­wo­nych spodniach i zie­lo­nej bluz­ce. Ślicz­ne, ja­sne wło­sy, się­ga­ją­ce ra­mion.

Dwaj męż­czyź­ni spo­tka­li się po raz dru­gi przy sto­li­ku z te­le­wi­zo­ra­mi, przy któ­rym cał­kiem nie­daw­no sie­dzie­li Andy i Char­lie.

– Co o tym my­ślisz? – za­py­tał pierw­szy.

Agent w dro­gim gar­ni­tu­rze spra­wiał wra­że­nie pod­nie­co­ne­go.

– My­ślę, że po­win­ni­śmy za­blo­ko­wać te­ren – po­wie­dział. – My­ślę, że wie­ją pie­szo.

Po­śpie­szy­li do sa­mo­cho­du. Nie­mal bie­gli.

11

Andy i Char­lie ma­sze­ro­wa­li wy­trwa­le po mięk­kim po­bo­czu ciem­nej dro­gi do­jaz­do­wej. Koło nich od cza­su do cza­su prze­my­kał ja­kiś sa­mo­chód. Do­cho­dzi­ła pierw­sza w nocy. Nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try za ich ple­ca­mi, w ter­mi­na­lu, dwaj męż­czyź­ni do­tar­li już do trze­cie­go, cze­ka­ją­ce­go na nich w zie­lo­nym sa­mo­cho­dzie. Andy i Char­lie szli rów­no­le­gle do Szo­sy Pół­noc­nej, któ­ra znaj­do­wa­ła się te­raz po ich pra­wej stro­nie i w dole, oświe­tlo­na spłasz­cza­ją­cym wszyst­ko świa­tłem neo­nó­wek. Może uda­ło­by się zejść w dół po na­sy­pie i pró­bo­wać ła­pać oka­zję na po­bo­czu, ale je­śli po­ja­wi­ła­by się po­li­cja, stra­ci­li­by na­wet tę ma­leń­ką szan­sę, by się z wszyst­kie­go wy­plą­tać. Andy za­sta­na­wiał się, jak dłu­go będą jesz­cze szli, nim tra­fią na zjazd. Przy każ­dym kro­ku ło­mot sta­wia­nej na zie­mi nogi wy­wo­ły­wał bo­le­sne echo w jego gło­wie.

– Tato? Da­lej wszyst­ko w po­rząd­ku?

– Na ra­zie nie­źle – od­po­wie­dział Andy, ale wca­le nie było tak nie­źle. Nie po­tra­fił oszu­kać sa­me­go sie­bie i wąt­pił, czy uda­ło mu się oszu­kać Char­lie.

– Jak to jesz­cze da­le­ko?

– Je­steś zmę­czo­na?

– Na ra­zie nie… ale, tato…

Andy za­trzy­mał się i spoj­rzał po­waż­nie na Char­lie.

– O co cho­dzi, dziec­ko?

– Czu­ję, że ci źli lu­dzie znów są w po­bli­żu – szep­nę­ła.

– W po­rząd­ku. My­ślę, że le­piej bę­dzie pójść te­raz na skró­ty, skar­bie. Po­tra­fisz zejść tędy i nie prze­wró­cić się?

Dziew­czyn­ka spoj­rza­ła na zbo­cze po­kry­te zwię­dłą paź­dzier­ni­ko­wą tra­wą.

– Chy­ba tak – po­wie­dzia­ła z po­wąt­pie­wa­niem.

Andy prze­szedł przez ba­rier­kę i po­mógł przejść Char­lie. Jak to się już zda­rza­ło w chwi­lach naj­gor­sze­go bólu i stre­su, jego umysł pró­bo­wał uciecz­ki od na­pię­cia, uciecz­ki w prze­szłość. Prze­ży­li kil­ka do­brych lat, kil­ka do­brych chwil, nim peł­zną­cy cień za­czął pa­dać na ich ży­cie – naj­pierw tyl­ko na nie­go i na

Vic­ky, póź­niej na całą trój­kę, nisz­cząc ich szczę­ście po­wo­lut­ku i tak nie­ubła­ga­nie jak za­ćmie­nie Księ­ży­ca. Było…

– Tato! – krzyk­nę­ła Char­lie, na­gle prze­stra­szo­na. Po­śli­zgnę­ła się na zdra­dli­wej, przy­wię­dłej, su­chej tra­wie. Andy pró­bo­wał zła­pać ją za wy­ma­chu­ją­ce ra­mię, chy­bił i sam się po­śli­zgnął. Upadł i wstrząs spo­wo­do­wał tak bo­le­sne łup­nię­cie w gło­wie, że Andy aż gło­śno krzyk­nął. A póź­niej oby­dwo­je to­czy­li się i ze­śli­zgi­wa­li po na­sy­pie ku Dro­dze Pół­noc­nej, któ­rą pę­dzi­ły sa­mo­cho­dy; o wie­le za szyb­ko, by się za­trzy­mać, gdy­by któ­reś z nich – on lub Char­lie – wy­lą­do­wa­ło na jezd­ni.

12

Asy­stent prze­wią­zał ra­mię Andy’ego tuż nad łok­ciem gu­mo­wą ela­stycz­ną rur­ką i po­wie­dział:

– Pro­szę za­ci­snąć pięść.

Andy za­ci­snął pięść. Żyła wy­sko­czy­ła grzecz­nie. Andy spoj­rzał w dru­gą stro­nę, czu­jąc sła­be mdło­ści. Mimo dwu­stu do­la­rów nie miał za­mia­ru przy­glą­dać się pod­łą­cza­niu kro­plów­ki.

Vic­ky Tom­lin­son le­ża­ła na są­sied­nim łóż­ku, ubra­na w bia­łą blu­zecz­kę bez rę­ka­wów i luź­ne spodnie w cie­płym, sza­rym ko­lo­rze. Uśmiech­nę­ła się do nie­go peł­nym na­pię­cia uśmie­chem. Znów po­my­ślał o tym, ja­kie pięk­ne są jej kasz­ta­no­wa­te wło­sy, jak do­brze pa­su­ją do szcze­rych, nie­bie­skich oczu… a póź­niej było ukłu­cie bólu i tępe uczu­cie cie­pła w ra­mie­niu.

– Już – stwier­dził asy­stent uspo­ka­ja­ją­co.

– Żad­ne „już” – od­po­wie­dział mu Andy. Nie czuł się uspo­ko­jo­ny.

Znaj­do­wa­li się w sali nu­mer sie­dem­dzie­siąt, na pię­trze gma­chu Ja­so­na Ge­ar­ne­igha. Umiesz­czo­no w niej dwa­na­ście łó­żek wy­po­ży­czo­nych z uni­wer­sy­tec­kie­go szpi­ta­la; dwu­na­stu ochot­ni­ków le­ża­ło pod­par­tych na hi­po­aler­gicz­nych pian­ko­wych po­dusz­kach i za­ra­bia­ło pie­nią­dze. Dok­tor Wan­less sam nie pod­łą­czał żad­nych kro­pló­wek; cho­dził tyl­ko tam i z po­wro­tem mię­dzy łóż­ka­mi, wy­mie­nia­jąc z każ­dym kil­ka słów i mały, zim­ny uśmie­szek.

W każ­dej chwi­li mo­że­my za­cząć się zmniej­szać, po­my­ślał Andy.

Kie­dy wszy­scy się ze­bra­li, Wan­less wy­gło­sił krót­kie prze­mó­wie­nie, któ­re, wy­żę­te z wody, spro­wa­dza­ło się do na­stę­pu­ją­ce­go stwier­dze­nia: „Nie ma­cie się cze­go bać. Spo­czy­wa­cie w cie­płych ob­ję­ciach Mat­ki Na­uki”. Andy nie da­rzył szcze­gól­nym za­ufa­niem Mat­ki Na­uki, któ­ra wraz ze szcze­pion­ką na po­lio i aspi­ry­ną ob­da­rzy­ła świat bom­bą wo­do­ro­wą, na­pal­mem i dzia­ła­mi la­se­ro­wy­mi.

Asy­stent ro­bił te­raz coś in­ne­go. Za­giął prze­wód kro­plów­ki.

Kro­plów­ka za­wie­ra­ła pię­cio­pro­cen­to­wy roz­twór glu­ko­zy w wo­dzie, tłu­ma­czył Wan­less i na­zy­wał to roz­two­rem D5W. Pod za­gię­ciem z prze­wo­du kro­plów­ki wy­sta­wał czu­bek igły. Je­śli Andy miał do­stać Pró­bę Sześć, do­sta­nie ją ze strzy­kaw­ki przez tę igłę. Je­że­li tra­fił do gru­py kon­tro­l­nej, bę­dzie to zwy­kły roz­twór soli fi­zjo­lo­gicz­nej. Orzeł czy resz­ka.

Andy znów zer­k­nął na Vic­ky.

– Co sły­chać, mała?

– W po­rząd­ku.

Po­ja­wił się Wan­less. Sta­nął mię­dzy łóż­ka­mi, pa­trząc naj­pierw na Vic­ky, a póź­niej na Andy’ego.

– Czu­jesz lek­ki ból, tak?

Ję­zyk, któ­rym mó­wił, po­zba­wio­ny był wszel­kie­go ak­cen­tu, a już z pew­no­ścią ja­kie­go­kol­wiek ame­ry­kań­skie­go ak­cen­tu re­gio­nal­ne­go, Wan­less bu­do­wał jed­nak zda­nia w spo­sób, któ­ry Andy’emu ko­ja­rzył się z an­giel­skim wy­uczo­nym jako ję­zyk obcy.

– Ucisk – po­wie­dzia­ła Vic­ky. – Sła­by ucisk.

– Tak? To mi­nie.

Uśmiech­nął się do­bro­dusz­nie do Andy’ego. W bia­łym far­tu­chu la­bo­ra­to­ryj­nym spra­wiał wra­że­nie bar­dzo wy­so­kie­go. Jego oku­la­ry wy­da­wa­ły się ma­leń­kie. Du­żut­ki ma­lut­ki.

Andy za­py­tał:

– Kie­dy za­cznie­my się zmniej­szać?

Wan­less nadal się uśmie­chał.

– Czy ma pan wra­że­nie, że bę­dzie się pan zmniej­szał?

– Zmm­mnn­niiiie­eeejsz­szał – po­wie­dział Andy i uśmiech­nął się głu­pio. Coś się z nim dzia­ło. Na Boga, był na­ćpa­ny. Star­to­wał. Od­lot.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze – po­wie­dział Wan­less i uśmiech­nął się sze­rzej. Od­pły­nął. Płyń, bar­ko moja, po­my­ślał z roz­ba­wie­niem Andy i znów spoj­rzał na Vic­ky. Jak pięk­nie błysz­cza­ły jej wło­sy! Z ja­kie­goś sza­lo­ne­go po­wo­du przy­po­mi­na­ły mu mie­dzia­ne prze­wo­dy na gło­wi­cy no­we­go sil­ni­ka… ge­ne­ra­tor. al­ter­na­tor. pla­pla­ga­tor.

Andy ro­ze­śmiał się gło­śno.

Uśmie­cha­jąc się lek­ko, jak­by usły­szał ten sam dow­cip, asy­stent za­giął prze­wód kro­plów­ki, wstrzyk­nął jesz­cze tro­chę z za­war­to­ści strzy­kaw­ki w ra­mię Andy’ego i od­szedł. Andy mógł już pa­trzeć na kro­plów­kę. Te­raz już się nią nie przej­mo­wał.

Je­stem so­sną, po­my­ślał, wi­dzisz moje prze­ślicz­ne igły? Znów się ro­ze­śmiał.

Vic­ky uśmie­cha­ła się do nie­go. Boże, jaka ona ślicz­na. Chciał jej po­wie­dzieć, jaka jest pięk­na; że jej wło­sy są­jak pło­ną­ca miedź.

– Dzię­ku­ję ci – po­wie­dzia­ła Vic­ky. – Taki miły kom­ple­ment.

Czy ona to po­wie­dzia­ła? Czy on to so­bie wy­obra­ził?

Usi­łu­jąc roz­pacz­li­wie za­cho­wać przy­tom­ność umy­słu, Andy po­wie­dział:

– Zda­je się, że prze­gra­łem sól fi­zjo­lo­gicz­ną, Vic­ky.

Dziew­czy­na od­po­wie­dzia­ła spo­koj­nie:

– Ja też.

– To miłe, praw­da?

– Miłe – zgo­dzi­ła się jak we śnie.

Ktoś gdzieś coś krzy­czał; hi­ste­rycz­ny beł­kot. Dźwięk wzno­sił się i opa­dał w in­te­re­su­ją­cym ryt­mie. Andy miał wra­że­nie, że mi­nę­ły eony, któ­re po­świę­cił kon­tem­pla­cji, nim od­wró­cił gło­wę, by zo­ba­czyć, co się dzie­je. To było in­te­re­su­ją­ce. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się in­te­re­su­ją­ce i prze­bie­ga­ło w zwol­nio­nym tem­pie. Zdję­cia zwol­nio­ne, jak to za­wsze pi­sa­li w re­cen­zjach awan­gar­do­wi stu­denc­cy kry­ty­cy fil­mo­wi. „W tym fil­mie, jak i w po­przed­nich, An­to­nio­ni osią­gnął nie­któ­re z naj­świet­niej­szych efek­tów, uży­wa­jąc mon­ta­żu zdjęć zwol­nio­nych”. Ja­kie to in­te­re­su­ją­ce, praw­dzi­wie spryt­ne sfor­mu­ło­wa­nie, brzmi, jak­by wąż wy­su­wał się z lo­dów­ki, zzz­dję­cia zzzwol­nio­ne.

Kil­ku asy­sten­tów bie­gło w zwol­nio­nym tem­pie ku jed­ne­mu z łó­żek, usta­wio­ne­mu w sali nu­mer sie­dem­dzie­siąt w po­bli­żu ta­bli­cy. Mło­dy chło­pak na łóż­ku ro­bił chy­ba coś ze swo­imi ocza­mi. Tak, na pew­no ro­bił coś ze swo­imi ocza­mi, bo wbił w nie pal­ce i naj­wy­raź­niej pró­bo­wał wy­rwać je so­bie z gło­wy. Pal­ce wbi­te miał w gło­wę jak szpo­ny, z oczu pły­nę­ła mu krew. W zwol­nio­nym tem­pie. Igła wy­sko­czy­ła z jego ra­mie­nia w zwol­nio­nym tem­pie. Wan­less biegł w zwol­nio­nym tem­pie. Oczy chło­pa­ka wy­glą­da­ły te­raz j ak roz­gnie­cio­ne j aj ka na mięk­ko, za­uwa­żył Andy z kli­nicz­nym chło­dem. Do­kład­nie tak.

A póź­niej bia­łe far­tu­chy zgro­ma­dzi­ły się wszyst­kie do­oko­ła łóż­ka i już nie moż­na było do­strzec chło­pa­ka. Bez­po­śred­nio za nim wi­sia­ła plan­sza przed­sta­wia­ją­ca prze­krój ludz­kie­go mó­zgu. Andy przy­glą­dał się jej przez chwi­lę z wiel­kim za­in­te­re­so­wa­niem. „Otwo­rzy­my, zo­ba­czy­my”, jak ma­wia­ją chi­rur­dzy w dow­ci­pach.

Krwa­wa ręka jak ręka to­ną­ce­go wy­strze­li­ła w górę nad fale bia­łych far­tu­chów. Pal­ce po­kry­te były krzep­ną­cą krwią, zwi­sa­ły z nich strzęp­ki cia­ła. Ręka ude­rzy­ła w plan­szę, po­zo­sta­wia­jąc na niej krwa­wy ślad w po­sta­ci wiel­kie­go prze­cin­ka. Plan­sza zwi­nę­ła się z trza­skiem.

A póź­niej łóż­ko pod­nie­sio­no (cią­gle nie spo­sób było zo­ba­czyć chło­pa­ka, któ­ry wy­łu­pił so­bie oczy) i szyb­ko wy­nie­sio­no z po­ko­ju.

Parę mi­nut (go­dzin? dni? lat?) póź­niej je­den z asy­sten­tów pod­szedł do ma­te­ra­ca, na któ­rym spo­czy­wał Andy, spraw­dził, jaką daw­kę otrzy­mał Andy, i wstrzyk­nął mu w mózg jesz­cze tro­chę Pró­by Sześć.

– Jak się czu­jesz, ko­le­go? – spy­tał asy­stent, któ­ry oczy­wi­ście wca­le nie był asy­sten­tem, nie był stu­den­tem, ża­den z nich nie był ani asy­sten­tem, ani stu­den­tem. Po pierw­sze, ten fa­cet wy­glą­dał na ja­kieś trzy­dzie­ści pięć lat, a to już nie­zbyt pa­so­wa­ło do asy­sten­tu­ry. Po dru­gie, fa­cet pra­co­wał w Skle­pi­ku. Andy na­gle był tego pe­wien. Ab­surd – a jed­nak wie­dział. I ten fa­cet na­zy­wał się…

Po­szu­kał in­for­ma­cji i zna­lazł ją. Fa­cet na­zy­wał się Ralph Ba­xter.

Andy uśmiech­nął się. Ralph Ba­xter. Bar­dzo faj­nie.

– Czu­ję się do­brze. A jak ten dru­gi gość?

– Jaki dru­gi gość, Andy?

– Ten, któ­ry wy­łu­pił so­bie oczy – po­wie­dział po­god­nie Andy.

Ralph Ba­xter uśmiech­nął się i po­kle­pał Andy’ego po dło­ni.

– Moc­ny śro­dek, co, ko­le­go?

– Nie, na­praw­dę – po­wie­dzia­ła Vic­ky. – Ja też to wi­dzia­łam.

– My­ślisz, że wi­dzia­łaś – stwier­dził asy­stent, któ­ry nie był asy­sten­tem. – Po pro­stu do­zna­li­ście tego sa­me­go złu­dze­nia. Był tam przy ta­bli­cy chło­pak, któ­ry miał re­ak­cję mię­śnio­wą… coś po­dob­ne­go do skur­czy. Nie wy­łu­pił so­bie oczu. Nie było krwi.

Ru­szył da­lej.

Andy po­wie­dział mu:

– Mój do­bry czło­wie­ku, nie moż­na mieć ta­kie­go sa­me­go złu­dze­nia jak ktoś inny bez uprzed­niej kon­sul­ta­cji.

I czuł się bar­dzo mą­dry. Jego lo­gi­ka była nie­na­gan­na, nie spo­sób było się z nią spie­rać. Trzy­mał Ral­pha Ba­xte­ra za jaja.

Ralph uśmiech­nął się, nie­znie­chę­co­ny.

– Z tym środ­kiem wszyst­ko jest moż­li­we – po­wie­dział.

– Przyj­dę za chwi­lę, do­brze?

– Do­brze, Ralph – od­parł Andy.

Ralph za­trzy­mał się i za­wró­cił w stro­nę ma­te­ra­ca, na któ­rym le­żał Andy. Szedł w zwol­nio­nym tem­pie. Przy­glą­dał się Andy’emu z na­my­słem. Andy uśmiech­nął się do nie­go; sze­ro­ki, dur­ny uśmiech na­ćpa­ne­go. Tu cię mam, Ralph, sta­ry su­kin… Trzy­mam cię do­kład­nie za przy­sło­wio­we jaja. Na­gle za­la­ła go fala in­for­ma­cji o Ral­phie Ba­xte­rze, tony in­for­ma­cji: miał trzy­dzie­ści pięć lat, pra­co­wał w Skle­pi­ku od sze­ściu lat, przed­tem przez dwa lata był w FBI i…

W cią­gu swej ka­rie­ry za­bił tro­je lu­dzi, dwóch męż­czyzn i jed­ną ko­bie­tę. I zgwał­cił ko­bie­tę, kie­dy już była mar­twa. Ko­bie­ta pra­co­wa­ła dla agen­cji pra­so­wej i wie­dzia­ła o…

Ta