Podpalaczka - Stephen King - ebook

110 osób właśnie czyta

Opis

Charlie McGee jest dzieckiem wyjątkowym, obdarzonym nadludzkim darem, zdolnością pirokinezy: potrafi siłą woli zdalnie rozniecić ogień.


Rodzice dziewczynki, Vicky i Andy, uczestniczyli kiedyś jako ochotnicy w tajemniczym eksperymencie sponsorowanym przez tajną amerykańską agencję rządową, przybudówkę CIA zwaną Sklepikiem. Pozwalając sobie wstrzyknąć Próbę Sześć – rzekomo nieszkodliwą substancję halucynogenną, w rzeczywistości niebezpieczny środek chemiczny powodujący trwałe zmiany w przysadce mózgowej i chromosomach – zostali nieświadomie wyposażeni w niezwykłe talenty, obejmujące telekinezę, hipnozę i telepatię.

Daleko idące skutki eksperymentu kładą się cieniem na życiu poddanej nieustannej obserwacji rodziny McGee, zmieniając je w koszmar. Po zamordowaniu Vicky przez agentów Sklepiku, nie chcąc, by Charlie stała się kolejnym „królikiem doświadczalnym” CIA, Andy decyduje się na ucieczkę.

Pościg za dwójką zbiegów prowadzi John Rainbird, zabójca na usługach Sklepiku, dla którego zabicie dziecka staje się celem samym w sobie.

Czy Charlie użyje pirokinetycznej mocy, by ocalić siebie i ojca? Zdaniem naukowców, byłaby nawet w stanie samoczynnie doprowadzić do eksplozji atomowej...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 645

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje



JESTEŚ PODPALACZKĄ, KOCHANIE,JEDNĄ WIELKĄ ZAPALNICZKĄ…

Charlie McGee to przemiła dziewczynka – spełnienie marzeń każdego ojca i matki. Ale i ucieleśnienie ich najgorszych koszmarów.

Charlie może zabijać myślą. Jest owocem tajnego eksperymentu naukowego, któremu przed laty poddali się jej rodzice. Obdarzona zdolnością pirokinezy, mogłaby nawet doprowadzić do eksplozji atomowej.

Czy zdesperowanemu ojcu uda się uratować córkę?Przed służbami specjalnymi.Przed politykami, którzy chcą ją wykorzystać jako broń.Przed nią samą…

STEPHEN KING

Wybitny amerykański pisarz, nazywany Królem Horroru, został w 2003 r. uhonorowany prestiżową nagrodą literacką National Book, a w 2015 r. odebrał z rąk prezydenta USA National Medal of Arts. Światową sławę przyniosła mu powieść Carrie. Kolejne utwory – powieści, opowiadania i komiksy – opublikowano w setkach milionów egzemplarzy i przełożono na kilkadziesiąt języków. Są wśród nich tak znane książki jak: Lśnienie, Sklepik z marzeniami, Bastion, Zielona Mila, Dolores Claiborne, Komórka, Uciekinier, Czarna bezgwiezdna noc, Cujo i ośmiotomowy cykl fantasy Mroczna Wieża, na podstawie którego powstał film z Matthew McConaugheyem i Idrisem Elbą w rolach głównych. W 2017 r. swoją premierę miała pierwsza część ekranizacji jednej z kultowych książek Kinga, To. Już we wrześniu 2019 r. do polskich kin wejdzie druga część tego świetnie przyjętego przez widzów filmu, pt. To: Rozdział 2.

Pod pseudonimem Richard Bachman King opublikował siedem powieści.

Stephen King wciąż szuka nowych wyzwań – w ostatnich latach napisał trylogię kryminalną z detektywem Billem Hodgesem, do której należą książki: Pan Mercedes, Znalezione nie kradzione i Koniec warty.

stephenking.com

Tego autora w Wydawnictwie Albatros

ROSE MADDER

DOLORES CLAIBORNE

GRA GERALDA

DESPERACJA

REGULATORZY

SKLEPIK Z MARZENIAMI

BEZSENNOŚĆ

ZIELONA MILA

MARZENIA I KOSZMARY

KOMÓRKA

CZTERY PO PÓŁNOCY

CHUDSZY

TO

BASTION

OCZY SMOKA

PO ZACHODZIE SŁOŃCA

CZTERY PORY ROKU

UCIEKINIER

CZARNA BEZGWIEZDNA NOC

CUJO

PODPALACZKA

ROK WILKOŁAKA

MROCZNA POŁOWA

WOREK KOŚCI

DZIEWCZYNA, KTÓRA KOCHAŁA

TOMA GORDONA

NOCNA ZMIANA

ŁOWCA SNÓW

OSTATNI BASTION BARTA DAWESA

UNIESIENIE

INSTYTUT

Stephen King, Richard Chizmar

PUDEŁKO Z GUZIKAMI GWENDY

Trylogia PAN MERCEDES

PAN MERCEDES

ZNALEZIONE NIE KRADZIONE

KONIEC WARTY

MROCZNA WIEŻA

ROLAND

(oraz SIOSTRZYCZKI Z ELURII)

POWOŁANIE TRÓJKI

ZIEMIE JAŁOWE

CZARNOKSIĘŻNIK I KRYSZTAŁ

WIATR PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA

WILKI Z CALLA

PIEŚŃ SUSANNAH

MROCZNA WIEŻA

Powieści graficzne MROCZNA WIEŻA

NARODZINY REWOLWEROWCA

DŁUGA DROGA DO DOMU

ZDRADA

UPADEK GILEAD

BITWA O JERICHO HILL

POCZĄTEK PODRÓŻY

SIOSTRZYCZKI Z ELURII

BITWA O TULL

PRZYDROŻNY ZAJAZD

CZŁOWIEK W CZERNI

Wyłącznie jako audiobook i e-book

Stephen King, Joe Hill

W WYSOKIEJ TRAWIE

Stephen King, Stewart O’Nan

TWARZ W TŁUMIE

Tytuł oryginału:

FIRESTARTER

Copyright © Stephen King 1980All rights reservedPublished by arrangement with Viking, a member of Penguin Group (USA) Inc.

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Krzysztof Sokołowski 1999

Zdjęcie na okładce: © Gregory Canu/Arcangel Images

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o.

ISBN 978-83-8125-760-2

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Przyjemnością było palić

Ray Brandbury 451 stopni Fahrenheita

Pamięci Shirley Jackson,która nigdy nie musiała podnosić głosu.

The Haunting of Hill HouseThe LotteryWe Have Always Lived in the CastleThe Sundial

Nowy Jork/Albany

1

– Tatusiu, jestem zmęczona – powiedziała mała, rozdrażniona dziewczynka w czerwonych spodniach i zielonej bluzce. – Nie możemy się zatrzymać?

– Jeszcze nie, skarbie.

Był wysoki, szeroki w ramionach; miał na sobie znoszoną i pogniecioną sztruksową marynarkę i zwykłe brązowe spodnie. Szli nowojorską Trzecią Aleją, trzymając się za ręce; szli szybko, prawie biegli. Kiedy mężczyzna obejrzał się za siebie, zobaczył, że zielony samochód ciągle tu jest i jedzie wolno, przy samym krawężniku.

– Tatusiu, proszę. Proszę.

Mężczyzna spojrzał na dziewczynkę i dostrzegł, jak bardzo jest blada i jakie ma podkrążone oczy. Podniósł ją i posadził na ramieniu, lecz nie wiedział, jak długo da radę ją nieść. On też był zmęczony, a Charlie wyrosła już z wagi piórkowej.

Dochodziła siedemnasta trzydzieści i Trzecia Aleja była zapchana ludźmi. Mijali przecznice z ostatnimi numerami sześćdziesiątki, ciemniejsze i mniej zatłoczone… ale mężczyzna tego się właśnie obawiał.

Zderzyli się z kobietą pchającą wózek wypełniony zakupami.

– Patrzcie, gdzie idziecie, dobra? – ofuknęła ich kobieta i znikła, wessana w śpieszący się tłum.

Ramię zaczęło mu mdleć, więc przesadził Charlie na drugie. Zerknął za siebie. Zielony samochód wciąż tu był; jechał w ślad za nimi oddalony o jakieś pół przecznicy. Z przodu siedziało dwóch i wydawało mu się, że z tyłu jest trzeci.

Co mam teraz zrobić?

Na to pytanie nie znał odpowiedzi. Czuł zmęczenie, przerażenie i myślał z trudnością. Złapali go w najgorszym momencie i, skurwysyny, pewnie o tym wiedzieli. Jego jedynym marzeniem było usiąść na brudnym krawężniku i wywrzeszczeć z siebie rozczarowanie i strach. Ale to niczego by nie rozwiązało. Jest dorosły. Musi myśleć za oboje.

Co mamy teraz zrobić?

Nie mieli pieniędzy. Być może to największy problem – oprócz mężczyzn w zielonym samochodzie. W Nowym Jorku niczego nie dokonasz bez pieniędzy. W Nowym Jorku ludzie bez pieniędzy ulatniają się, padają na chodnik i znikają z pola widzenia.

Spojrzał przez ramię. Dostrzegł, że zielony samochód zbliżył się nieznacznie, i pot popłynął mu po plecach i ramionach nieco żywszym strumieniem. Jeśli wiedzą to, co podejrzewał, że wiedzą – jeśli wiedzą, jak mało zostało mu pchnięcia – mogą spróbować zgarnąć ich tu i teraz. I do diabła z tymi wszystkimi ludźmi. W Nowym Jorku, jeśli coś nie trafia się właśnie tobie, doznajesz przedziwnej ślepoty.

Czy robili wykresy? – myślał rozpaczliwie Andy. Jeśli robili, wiedzą i mogę już tylko krzyczeć. Jeśli robili, znają wzór.

Gdy tylko Andy zdobywał jakieś pieniądze, owe dziwne rzeczy przestawały się zdarzać, ale na chwilę. Rzeczy, które bardzo ich interesowały.

Idź dalej.

Jasne, szefie. Oczywiście, szefie. Dokąd?

W południe poszedł do banku, bo ostrzegł go jego radar – pojawiło się to dziwne uczucie, że oni znów się zbliżają. Miał w banku pieniądze; dzięki nim mogliby z Charlie uciec, gdyby musieli. I – czy to nie zabawne? – okazało się, że Andrew McGee nie ma już żadnego konta w Chemical Allied Bank w Nowym Jorku; bieżącego, firmy, oszczędnościowego. Pieniądze rozpłynęły się w powietrzu i wtedy właśnie zrozumiał, że tym razem padnie decydujący cios. Czy to wszystko naprawdę zdarzyło się tylko pięć i pół godziny temu?

Ale może trochę mu jeszcze zostało? Tylko trochę, troszeczkę? Od ostatniego razu minął prawie tydzień – od tego niedoszłego samobójcy, który przyszedł na regularne, popołudniowe, czwartkowe spotkanie Stowarzyszenia Pewności Siebie i z niesamowitym spokojem zaczął mówić o tym, jak zabił się Hemingway. Przy wyjściu, niby to przypadkowo, obejmując potencjalnego samobójcę ramieniem, Andy zaaplikował mu pchnięcie. Żywił teraz gorzką nadzieję, że było warto. Bo coś zaczynało mu wyglądać, że on i Charlie będą musieli za to zapłacić. Niemal miał nadzieję, że może echo…

Nie. Przerażony, czując obrzydzenie do samego siebie, odrzucił tę myśl. Tego nie życzyłby nikomu.

– Tylko troszeczkę – modlił się cicho. – Boże, wystarczy tylko odrobina. Tylko tyle, by wydostać mnie i Charlie z tej matni.

I, o Boże! – jaką cenę przyjdzie za to zapłacić… plus fakt, że później przez pełen miesiąc będziesz martwy jak radio bez głośnika. Może przez sześć tygodni? A może naprawdę będziesz martwy, a twój tępy mózg będzie ci wyciekał uszami. Co się wtedy stanie z Charlie?

Dochodzili do Siedemdziesiątej Ulicy i trafili na czerwone światło. Przez skrzyżowanie płynęły samochody, przy krawężniku stali stłoczeni piesi, nie można było się ruszyć. I nagle wiedział, że mężczyźni z zielonego samochodu dopadną ich właśnie tu. Jeśli się da, wezmą ich żywcem – ale jeśli coś pójdzie krzywo, to… Cóż, o Charlie też im pewnie powiedzieli.

Być może już nawet nie chcą mieć nas żywych. Być może zdecydowali się utrzymać status quo. Co robisz z błędnym równaniem? Wymazujesz z tablicy.

Nóż w plecy, pistolet z tłumikiem, a prawdopodobnie coś bardziej wyrafinowanego – kropla rzadkiej trucizny na końcu igły. Drgawki na rogu Trzeciej i Siedemdziesiątej. Panie władzo, ten facet miał chyba atak serca.

Będzie musiał sprawdzić, czy została mu ta odrobina. Po prostu nie ma innego wyjścia.

Doszli do grupy pieszych czekających na skrzyżowaniu. Na przejściu czerwone światło, niezmienne i najwyraźniej wieczne. Obejrzał się. Zielony samochód stanął. Otworzyły się drzwi od strony chodnika, wysiadło dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Byli młodzi, gładko ogoleni. Wyglądali znacznie bardziej rześko, niż czuł się Andy McGee.

Zaczął przepychać się przez tłum, nie żałując łokci. Rozglądał się rozpaczliwie za wolną taksówką.

– Hej, człowieku…

– Na litość boską, kolego…

– Proszę pana, pan depcze po moim psie…

– Przepraszam… przepraszam… – powtarzał rozpaczliwie Andy, wypatrując pustej taksówki. Nic. W każdej innej chwili ulice byłyby nimi zapchane. Czuł, że ludzie z zielonego samochodu depczą im po piętach, że chcą położyć łapy na nim i Charlie, że chcą zabrać ich ze sobą Bóg wie gdzie, Sklepik, nie Sklepik; może zrobią im nawet coś gorszego…

Charlie położyła mu głowę na ramieniu i ziewnęła.

Andy dostrzegł pustą taksówkę.

– Stój, stój! – wrzasnął, wymachując dziko wolną ręką.

Dwaj mężczyźni za jego plecami odrzucili wszelkie pozory. Zaczęli biec.

Taksówka zjechała do krawężnika.

– Stać! – krzyknął jeden z nich. – Policja! Policja!

Za plecami czekających na skrzyżowaniu ludzi rozległ się kobiecy krzyk i tłum zaczął się rozpraszać.

Andy otworzył drzwi taksówki, wsadził do niej Charlie i sam zanurkował do środka.

– La Guardia, gaz do dechy – powiedział.

– Taksówka, stać! Policja!

Taksówkarz odwrócił się, słysząc krzyk, i Andy pchnął, bardzo delikatnie. Sztylet bólu ugodził go dokładnie w środek czoła i zaraz znikł, pozostawiając po sobie nieokreślone jądro – jak poranna migrena od spania głową w złej pozycji.

– Chyba gonią tego czarnego w czapce w kratkę – powiedział taksówkarzowi.

– Jasne – odparł kierowca i spokojnie odjechał od krawężnika.

Pojechali Wschodnią Siedemdziesiątą.

Andy obejrzał się. Dwaj mężczyźni stali samotnie przy krawężniku; reszta przechodniów nie chciała mieć z nimi nic wspólnego. Jeden z nich odpiął od pasa krótkofalówkę i coś do niej mówił. Później obaj zniknęli.

– Co zmalował ten czarny? – zapytał kierowca. – Obrabował sklep alkoholowy czy co, jak pan sądzi?

– Nie wiem – odpowiedział Andy, próbując myśleć, co dalej i jak wyciągnąć z taksówkarza jak najwięcej jak najmniejszym pchnięciem. Czy spisali numer taksówki? Powinien założyć, że tak. Ale niechętnie pójdą z tym na policję, miejską lub stanową; są chyba zaskoczeni i rozbici, przynajmniej na razie.

– Czarni w tym mieście to banda ćpunów – stwierdził taksówkarz. – Już ja dobrze wiem.

Charlie zasypiała. Andy zdjął sztruksową marynarkę, zwinął ją i wsunął dziewczynce pod głowę. Poczuł niewielki przypływ nadziei. Jeśli rozegra to dobrze, może im się udać. Bogini szczęścia zesłała mu człowieka, którego Andy (bez żadnych uprzedzeń) nazywał popychadłem. Ludzi tego rodzaju najłatwiej było pchnąć aż do końca; był biały (z jakiegoś powodu z kolorowymi szło najgorzej); całkiem młody (ze starymi niemal nic nie dawało się zrobić); o średniej inteligencji (inteligentnych najłatwiej było pchnąć, głupich najtrudniej, z upośledzonymi umysłowo nie wychodziło wcale).

– Zmieniłem zdanie – powiedział Andy. – Proszę nas zawieźć do Albany.

– Gdzie?

Kierowca spojrzał w lusterko wsteczne.

– Człowieku, nie wolno mi wozić ludzi do Albany, zwariowałeś czy co?

Andy wyciągnął portfel, w którym znajdował się jeden dolarowy banknot. Dziękował Bogu, że nie był to ten rodzaj taksówki, w którym pasażer nie może kontaktować się z kierowcą, bo oddziela ich kuloodporna szyba ze szczeliną, przez którą wsuwa się pieniądze. Otwarty kontakt zawsze ułatwiał pchnięcie. Andy nie potrafił określić, czy to tylko bariera psychologiczna, ale w tej chwili nie miało to najmniejszego znaczenia.

– Mam zamiar dać panu pięćsetdolarowy banknot – powiedział cicho Andy – za zawiezienie mnie i córki do Albany. W porządku?

– Jeeezu, proszę pana…

Andy wsadził banknot w ręce kierowcy i kiedy ten na niego spojrzał, pchnął… i to pchnął mocno. Na jedną straszną sekundę przeraziła go myśl, że to się nie uda, że po prostu nic mu już nie zostało, że wyskrobał resztki, kiedy sprawił, że taksówkarz dostrzegł tego nieistniejącego czarnego mężczyznę w kraciastej czapce.

Wtedy przyszło to uczucie – jak zawsze w towarzystwie stalowego sztyletu bólu. W tej samej chwili żołądek jakby przybrał na wadze, a wnętrzności skręciły się w strasznej, przejmującej męce. Drżącą ręką Andy przykrył twarz i myślał, czy zwymiotuje… czy może umrze. W tej jednej chwili chciał umrzeć, jak zawsze kiedy nadużył pchnięcia – użyj, nie nadużyj – śpiewny slogan jakiegoś disc jockeya sprzed lat odbił się boleśnie w jego mózgu. Gdyby w tej właśnie chwili ktoś włożył mu do ręki pistolet…

A później Andy spojrzał na Charlie, śpiącą Charlie, Charlie ufającą, że wyciągnie ich z tego bagna, jak wyciągał ich ze wszystkich innych, Charlie pewną, że po obudzeniu zastanie go na miejscu. Tak, te wszystkie bagna, tylko że przez cały czas jest to to samo bagno, to samo pieprzone bagno, a oni nic nie mogą zrobić i tylko znów uciekają. Był zrozpaczony.

Rozpacz minęła… ale nie migrena. Migrena będzie rosła i rosła, aż stanie się nie do zniesienia, aż z każdym uderzeniem serca jej czerwone ostrza będą mu przebijać czaszkę i szyję. Jasne światło spowoduje, że oczy się załzawią i ból przeszyje głowę strzałami cierpienia. Zatoki zatkają się i będzie musiał oddychać ustami. W skronie wkręcą się świdry. Wzmocnią się dźwięki – normalne odgłosy będą brzmiały jak uderzenia kowalskich młotów, głośniejsze dźwięki staną się nie do wytrzymania. Migrena będzie rosła, aż Andy poczuje, jak głowę zgniata mu dębowy wieniec inkwizycji. I na tym poziomie ból się zatrzyma; na sześć godzin, na osiem, na dziesięć. Tym razem nie potrafił powiedzieć na ile. Nigdy jeszcze nie pchnął tak mocno, kiedy był tak bardzo wyładowany. A przez cały czas, który przyjdzie mu spędzić w niewoli bólu, pozostanie bezbronny. Charlie będzie musiała o niego dbać. Bóg wie, robiła to już przedtem… ale wtedy mieli szczęście. Ile można mieć szczęścia naraz?

– Jeeeezu, proszę pana, no, nie wiem…

Co oznaczało, że kierowca przypuszcza, iż sprawa jest podejrzana.

– Jeśli wspomni pan coś o tym mojej małej córeczce, nici z umowy – stwierdził Andy. – Te dwa tygodnie spędziła ze mną. Jutro rano musi wrócić do matki.

– Prawo do odwiedzin – powiedział taksówkarz. – Wiem o tym wszystko.

– No i widzi pan, miałem polecieć z nią samolotem.

– Do Albany? Pewnie Ozarkiem. Mam rację?

– Tak. Tylko problem w tym, że ja śmiertelnie boję się samolotów. Wiem, głupio brzmi, ale to prawda. Zazwyczaj sam ją odwożę, ale tym razem moja była zrobiła mi awanturę i… no, sam nie wiem.

Andy naprawdę nie wiedział. Wymyślił tę historię na poczekaniu i zabrnął w ślepą uliczkę. Najpewniej był po prostu wyczerpany.

– Więc podrzucę was na stare lotnisko w Albany i mamusia o niczym się nie dowie, oprócz tego, że przylecieliście, co?

– Jasne. – Łomot w głowie.

– I mamusia nie będzie podejrzewać, że pan jest fiu, fiu, fiu, co nie?

– Tak.

„Fiu, fiu, fiu”? Co to niby miało oznaczać? Ból był już nie do zniesienia.

– Pięćset dolców, żeby nie lecieć – zadumał się taksiarz.

– Dla mnie to tyle warte – stwierdził Andy i użył ostatecznego argumentu. Bardzo cichym głosem, pochylając się niemal do ucha kierowcy, dodał: – I chyba dla pana też.

– Słuchaj pan – powiedział taksiarz rozmarzonym głosem. – Ja tam nie wyrzucam pięciuset dolców, o nie. Już ja to wiem.

– Więc w porządku. – Andy opadł na siedzenie.

Zadowolił taksiarza. Kierowca nie pomyślał nad tym, co usłyszał. Nie zastanawiał się, dlaczego siedmioletnia dziewczynka odwiedza ojca na dwa tygodnie w październiku, kiedy powinna chodzić do szkoły. Nie zastanowiło go, że żadne z nich nie ma nawet podręcznej torby. Nie przejmował się niczym. Dostał pchnięcie.

A teraz jemu przyjdzie za to zapłacić.

Andy położył rękę na nodze Charlie. Dziewczynka spała mocno. Uciekali całe popołudnie – od chwili, gdy Andy dotarł do szkoły i wyciągnął ją z jej drugiej klasy, używając na pół zapomnianego pretekstu… „Babcia poważnie chora… Zadzwoniła do domu… Przykro mi, że zabieram ją w środku dnia”. A pod tym wszystkim wielka, rosnąca ulga. Jak strasznie bał się zajrzeć do klasy pani Mishkin, jak strasznie się bał, że zobaczy puste krzesło Charlie, książki porządnie złożone w kasetce:

„Nie, panie McGee… dwie godziny temu wyszła z pańskimi przyjaciółmi… pokazali mi kartkę od pana… czy coś nie w porządku?”.

Wracają wspomnienia o Vicky, ten dzień, pusty dom, porażający strach. Szalony pościg za Charlie. Bo już ją przedtem mieli, o tak.

Ale Charlie tu była. Jakim cudem mu się udało? O ile ich pobił? Pół godziny? Piętnaście minut? Mniej? Nie chciał o tym myśleć. W barze zjedli późny lunch, a potem, przez całe popołudnie, po prostu wiali – teraz już Andy potrafił przyznać się przed sobą, że wpadł w panikę – jeździli metrem, autobusami, lecz najwięcej po prostu wędrowali. Charlie była wykończona.

Obdarzył córeczkę długim, kochającym spojrzeniem. Piękne blond włosy spadały jej na plecy; we śnie pełna była spokojnego piękna. Aż do bólu przypominała mu Vicky. Andy zamknął oczy.

Na przednim siedzeniu taksówkarz w zdumieniu przyglądał się pięćsetdolarowemu banknotowi, który wręczył mu ten pasażer. Wsadził go w specjalną kieszeń paska; trzymał w niej wszystkie napiwki. Nie myślał, jakie to dziwne, że siedzący z tyłu facet chodził po Nowym Jorku z małą dziewczynką i pięćsetdolarowym banknotem w kieszeni. Nie myślał o tym, jak załatwi to z dyspozytorem. Myślał o tym, jak bardzo zachwyci swą dziewczynę, Glyn. Glyn ciągle mu powtarzała, że prowadzenie taksówki to przygnębiająca, nieciekawa praca. Dobra, poczekajmy, aż zobaczy przygnębiającą, nieciekawą pięćsetkę.

Andy odchylił głowę na oparcie i przymknął oczy. Migrena zbliżała się, nadchodziła, nie do uniknięcia, jak czarny koń ciągnący karawan na pogrzebie. Podkowy czarnego konia uderzały mu w skronie: bum… bum… bum…

Bezustanna ucieczka. On i Charlie. Ma trzydzieści cztery lata i do tego roku uczył angielskiego na stanowym uniwersytecie w Harrison, Ohio. Harrison było małym, sennym, uniwersyteckim miasteczkiem. Dobre, stare Harrison, samo serce Ameryki. Dobry, stary Andrew McGee; miły młody człowiek, filar społeczności. Pamiętasz tę zagadkę? Dlaczego rolnik jest filarem społeczności? Bo na swoim polu wyrasta nad wszystko.

Bum… bum… bum… czarny, dziki koń o czerwonych oczach galopuje przez korytarze jego głowy, żelazne podkowy wbijają się w miękkie, szare grudy tkanki mózgowej, zostawiając ślady wypełniające się mistycznymi półksiężycami krwi.

Taksiarz był popychadłem. Jasne. Filar taksiarzy.

Zdrzemnął się i zobaczył twarz Charlie. I twarz Charlie zmieniła się w twarz Vicky.

Andy McGee i jego żona, śliczna Vicky. Wyrywali jej paznokcie, jeden za drugim. Wyrwali cztery i wtedy zaczęła mówić. Przynajmniej tego się domyślał. Kciuk, wskazujący, środkowy, serdeczny. Później – nie! „Będę mówić. Powiem wam wszystko, wszystko. Tylko mnie już nie dręczcie. Proszę”. Więc im powiedziała. A potem… może to był przypadek… potem jego żona umarła. Cóż, niektóre rzeczy przerastają nas oboje, a inne przerastają nas wszystkich.

Rzeczy takie, jak na przykład Sklepik.

Bum… bum… bum… dziki czarny koń zbliżał się, zbliżał, zbliżał; strzeżcie się czarnego konia.

Andy zasnął.

Wspominał.

2

Eksperymentem kierował doktor Wanless. Był tłusty, łysiał i miał co najmniej jeden dziwaczny nawyk.

– Każdemu z was, dwunastu młodych pań i panów, zamierzamy dać zastrzyk – mówił, rozdzierając papierosa nad stojącą przed nim popielniczką. Jego małe różowe palce szarpały cienką papierosową bibułkę, wysypując z niej regularne, małe bryłki złotobrązowego tytoniu. – W sześciu strzykawkach będzie woda. W sześciu będzie woda zmieszana z maleńką ilością syntetycznego preparatu chemicznego, który nazywamy Próbą Sześć. Dokładny skład preparatu jest tajny, ale zasadniczo jest to środek hipnotyczny i łagodnie halucynogenny. Rozumieją państwo, że w ten sposób preparat zostanie wam podany w sposób podwójnie przypadkowy… przez co chcę powiedzieć, że dopiero w trakcie eksperymentu i państwo, i my dowiemy się, komu go zaaplikowano, a komu nie. Wasza dwunastka będzie pod ścisłą obserwacją przez czterdzieści osiem godzin po zastrzyku. Pytania?

Było kilka pytań, w większości dotyczących dokładnego składu Próby Sześć – słowo „tajny” zadziałało jak wypuszczenie psów na trop skazańca. Wanless wykręcał się całkiem zręcznie. Nikt nie zadał pytania, które najbardziej interesowało dwudziestodwuletniego Andy’ego McGee. Zastanawiał się, czy nie podnieść ręki i nie przerwać ciszy i spokoju, panujących w niemal pustej sali wykładowej wspólnego budynku Wydziału Psychologii i Wydziału Socjologii, pytaniem: – Proszę mi powiedzieć, dlaczego niszczy pan w ten sposób całkiem dobre papierosy? – Chyba nie. Póki trwa ta nuda, lepiej popuścić cugli wyobraźni. Wanless próbował rzucić palenie. Palacze oralni palą papierosy, palacze analni drą papierosy. (Ta myśl spowodowała, że usta Andy’ego skrzywiły się w lekkim uśmiechu; ukrył go za podniesioną dłonią). Brat doktora zmarł na raka płuc i doktor w ten symboliczny sposób mści się na całym przemyśle tytoniowym. A może był to jeden z osobliwych tików, które profesorowie uniwersytetów czują się w obowiązku pielęgnować raczej, niż tłumić. Na drugim roku w Harrison Andy miał wykładowcę (przeniesionego już litościwie na emeryturę), który wykładając o Williamie Deanie Howellsie i narodzinach realizmu, bez przerwy wąchał krawat.

– Jeśli nie ma już więcej pytań, proszę wypełnić te formularze i spodziewamy się państwa we wtorek, punktualnie o dziewiątej.

Dwóch asystentów rozdawało fotokopie formularzy z dwudziestoma pięcioma idiotycznymi pytaniami, na które trzeba było odpowiedzieć „tak” lub „nie”.

Czy kiedykolwiek przechodził Pan/Pani kurację psychiatryczną? – 8. Czy jest Pan/Pani przekonany (a), że miał Pan/Pani autentyczne doświadczenie pozazmysłowe? – 14. Czy używał Pan/Pani kiedykolwiek środków halucynogennych? – 18.

Po krótkiej chwili namysłu Andy zaznaczył przy ostatnim pytaniu „nie”, myśląc: Kto ich nie używał w naszym wspaniałym 1969 roku?

Wpuścił go w to Quincey Tremont – gość, z którym Andy mieszkał podczas studiów w jednym pokoju. Quincey wiedział, że sytuacja finansowa Andy’ego nie przedstawia się różowo. Był maj, ostatni rok studiów, Andy był czterdziesty na roku, na którym studiowało pięćset sześć osób, a trzeci w angielskim. Tylko że nie sprzedadzą ci za to obiadu – jak powiedział Quinceyowi, który był na psychologii. W semestrze jesiennym Andy miał dostać asystenturę, która, wraz z pakietem pożyczki stypendialnej, powinna mu wystarczyć na jedzenie podczas studiów dla zaawansowanych; ale to wszystko miało przyjść na jesieni, a tymczasem trwał letni sezon ogórkowy. Andy’emu udało się na razie załatwić jedynie wymagającą i odpowiedzialną posadę pomocnika na nocnej zmianie w stacji benzynowej.

– Co myślisz o szybkich dwóch stówach? – zapytał go kiedyś Quincey.

Andy sczesał długie, ciemne włosy z zielonych oczu i uśmiechnął się.

– W jakim męskim kibelku mam ustawić stolik?

– Nie, to eksperyment z psychiatrii – odpowiedział Quincey. – Ale prowadzi go Szalony Doktor. Ostrzegam.

– Kto?

– Niejaki Wanless, ciemniaku. Wielki szaman na tym ich Wydziale Psychologii.

– Dlaczego nazywają go Szalonym Doktorem?

– Cóż – odpowiedział Quincey – to eksperymentator od szczurów i facet Skinnera jednocześnie. Behawiorysta. A behawiorystów w naszych czasach niekoniecznie otacza się miłością.

– Aha – powiedział Andy, niewiele z tego rozumiejąc.

– A poza tym nosi bardzo grube, malutkie okulary bez oprawki i dzięki nim mocno przypomina faceta, który zmniejszał ludzi w Dr Cyclops. Może to widziałeś?

Andy, który był namiętnym kinomanem, widział to i poczuł się nieco spokojniejszy. Ale mimo wszystko nie był pewien, czy chce uczestniczyć w eksperymencie profesora, którego nazywano a) eksperymentatorem od szczurów i b) Szalonym Doktorem.

– Ale oni nie zamierzają zmniejszać ludzi, co? – zapytał.

Quincey roześmiał się serdecznie.

– Nie, to wyłącznie domena ludzi od efektów specjalnych w horrorach klasy B – powiedział. – Wydział Psychologii testuje serię łagodnych środków halucynogennych. Pracują ręka w rękę z wywiadem USA.

– CIA? – zapytał Andy.

– Ani CIA, ani DIA, ani NSA – odpowiedział Quincey. – Bardziej utajnione od nich wszystkich. Spotkałeś się kiedy z czymś, co nazywają Sklepikiem?

– Może w niedzielnym magazynie albo coś. Nie jestem pewien.

Quincey zapalił fajkę.

– To wygląda wszędzie mniej więcej tak samo. Psychologia, chemia, fizyka, biologia… nawet socjologom odpala się coś ze zwitka zielonych. Pewne programy subsydiowane są przez rząd. Wszystko, począwszy od rytuałów godowych muchy tse-tse do możliwości pozbycia się zużytych odpadów plutonu. Coś takiego jak Sklepik musi wydać w ciągu roku całą forsę, żeby uzasadnić przyznanie podobnego budżetu na następny rok.

– Całe to gówno cholernie mnie martwi – powiedział Andy.

– Martwi niemal każdego myślącego człowieka – odparł Quincey z promiennym uśmiechem, świadczącym, że wcale nie jest zmartwiony. – I wszystko toczy się dalej. Czego nasza instytucja wywiadowcza chce od łagodnych halucynogenów? Kto wie? Nie ja. Nie ty. Oni sami też mogą nie wiedzieć. Ale raporty będą wyglądały nieźle na zamkniętym posiedzeniu komitetu budżetowego. Mają swoich pupilków na każdym wydziale. W Harrison, na Psychologii, ich pupilkiem jest Wanless.

– Administracji to nie przeszkadza?

– Nie bądź naiwny, mój chłopcze. – Quincey rozpalił już fajkę tak, jak chciał, i zaczął wydmuchiwać wielkie chmury śmierdzącego dymu w nędzny salonik ich mieszkania. Odpowiednio do fajki zmienił się jego głos, był dźwięczniejszy, bardziej napuszony, bardziej fajczany. – Co jest dobre dla Wanlessa, jest dobre dla Wydziału Psychologii Uniwersytetu w Harrison, który w następnym roku zyska tu własny gmach; już nie będzie się gniótł z tymi ciemnymi typkami z socjologii. A co jest dobre dla Wydziału Psychologii, jest dobre dla Uniwersytetu Stanowego w Harrison. I dla Ohio. I całe to ple-ple.

– Myślisz, że to bezpieczne?

– Na studentach ochotnikach nie testuje się niczego, co mogłoby być niebezpieczne – stwierdził Quincey. – Gdyby mieli chociaż najmniejsze wątpliwości, eksperymentowaliby na szczurach i skazańcach. Możesz być w stu procentach pewien, że to, co ci wstrzykną, wstrzyknęli już przedtem mniej więcej trzystu ludziom, których reakcje obserwowano bardzo uważnie.

– Nie podoba mi się ten interes z CIA…

– Ze Sklepikiem…

– A co to za różnica? – spytał ponuro Andy.

Patrzył na plakat, który powiesił Quincey, przedstawiający Richarda Nixona stojącego przed zmiażdżonym wrakiem samochodu. Nixon uśmiechał się szeroko i z zaciśniętych pięści wystawiał sterczący znak zwycięstwa. Ciągle jeszcze nie mógł uwierzyć, że przed niespełna rokiem ten człowiek został wybrany na prezydenta.

– Cóż, myślałem, że po prostu przyda ci się dwieście dolców, to wszystko.

– A czemu płacą tak dobrze? – zapytał podejrzliwie Andy.

Quincey wyrzucił ręce w górę.

– Andy, to na koszt rządu! Nie potrafisz tego zrozumieć? Dwa lata temu Sklepik zapłacił coś około trzystu tysięcy dolarów za studium nad przydatnością masowej produkcji wybuchających rowerów – i to było w niedzielnym „Timesie”. Pewnie kolejna wietnamska afera, chociaż prawdopodobnie nikt nic nie wie na pewno. Jak lubił mawiać Cygan McGee: „Wtedy wydawało się to dobrym pomysłem”. – Quincey wystukiwał fajkę szybkimi, nerwowymi ruchami. – Dla takich facetów każda uczelnia w Stanach to ekskluzywny supermarket. Tutaj trochę kupią, tutaj coś podpatrzą. Ale jeśli nie chcesz…

– No, może chcę. A ty w to wchodzisz?

Quincey uśmiechnął się. Jego ojciec miał w Ohio i Indianie sieć bardzo modnych sklepów z męską konfekcją.

– Dwustu dolców to ja aż tak nie potrzebuję. A poza tym nie znoszę igieł.

– Aha.

– Na miłość boską, ja ci wcale nie próbuję tego sprzedać, po prostu wydałeś mi się jakby głodny. W każdym razie masz pięćdziesiąt procent szans, że będziesz w grupie kontrolnej. Dwieście dolców za zastrzyk z wody. I to nawet nie wody z kranu, wiesz. Wody destylowanej.

– Możesz to załatwić?

– Chodzę z jedną asystentką Wanlessa – powiedział Quincey. – Będą mieli tak około pięćdziesięciu zgłoszeń, większość od lizusków zarabiających na przody u Szalonego Doktora…

– Wolałbym, żebyś przestał go tak nazywać.

– No, to u Wanlessa. – Quincey roześmiał się. – Już on na pewno się postara, żeby lizuski odpadły. Moja dziewczyna dopilnuje, żeby twoje podanie zostało przyjęte. A później, kochany, musisz się starać sam.

Więc kiedy ogłoszenie „Poszukujemy ochotników” pojawiło się w gablotce na ścianie w gmachu psychologii, Andy złożył odpowiednie podanie. Po tygodniu zadzwoniła młoda asystentka (z tego, co wiedział Andy, dziewczyna Quinceya) i zadała mu kilka pytań. Powiedział, że jego rodzice nie żyją, że ma grupę krwi „0”, że nigdy przedtem nie brał udziału w żadnym eksperymencie Wydziału Psychologii, że rzeczywiście jest studentem w Harrison, rocznik ’69 i że ma ponad dwanaście zaliczeń, co klasyfikuje go jako regularnego studenta. Ach tak, skończył dwadzieścia jeden lat i może podejmować wszystkie czynności prawne, publicznie i prywatnie.

Tydzień później, pocztą uniwersytecką, Andy otrzymał list z zawiadomieniem, że jego kandydatura została przyjęta, i prośbą, by podpisał się na formularzu. Proszę przynieść podpisany formularz szóstego maja do pokoju numer sto, w gmachu Jasona Gearneigha.

I właśnie tak tu się znalazł. Oddał podpisany formularz; niszczyciel papierosów, doktor Wanless, znikł (naprawdę wyglądał trochę jak szalony naukowiec w tym filmie, Cyclops), a on – razem z jedenastoma innymi studentami – odpowiadał na pytania dotyczące doświadczeń religijnych. „Czy miał epilepsję”? „Nie”. Jego ojciec zmarł nagle na atak serca, gdy Andy miał jedenaście lat. Jego matka zginęła w wypadku samochodowym, gdy Andy miał lat siedemnaście – wstrętne, bolesne doświadczenie. Jedyną bliską krewną była siostra matki, ciocia Cora, osoba mocno już starszawa.

Posuwał się wzdłuż kolumny pytań, zaznaczając „nie”, „nie”, „nie”. Tylko na jedno pytanie odpowiedział TAK. Czy kiedykolwiek doznałeś złamania lub poważnego urazu? Jeśli tak, opisz. We właściwym miejscu Andy opisał fakt, że złamał lewą kostkę, wślizgując się do drugiej bazy w meczu Ligi Juniorów dwanaście lat temu.

Sprawdzał odpowiedzi, przesuwając czubek długopisu w górę kolumny pytań i właśnie wtedy ktoś poklepał go po ramieniu, a dziewczęcy głos, słodki i nieco ochrypły, zapytał:

– Czy mogę pożyczyć długopisu, jeśli skończyłeś? Mój się wypisał.

– Oczywiście – odpowiedział i obrócił się, by wręczyć długopis dziewczynie. Była ładna. Wysoka. Jasnokasztanowate włosy, niezwykle piękna cera. Ubrana w niebieskoszarą bluzę i krótką spódniczkę. Dobre nogi. Bez pończoch. Szybka ocena przyszłej żony.

Wręczył jej długopis, a ona uśmiechnęła się w odpowiedzi. Kiedy znów pochyliła się nad formularzem, blask umieszczonych wysoko świateł odbił się miedzią w jej włosach, niedbale związanych szeroką białą wstążką.

Andy zaniósł formularze do asystenta siedzącego przy katedrze.

– Dziękuję – odpowiedział asystent jak dobrze zaprogramowany robot Robbie. – Pokój siedemdziesiąt, sobota, dziewiąta rano. Proszę być punktualnie.

– Jaki odzew? – wyszeptał ochryple Andy.

Asystent roześmiał się uprzejmie.

Andy wyszedł z sali wykładowej, ruszył przez hol w stronę wielkich podwójnych drzwi (za drzwiami dziedziniec zielenił się w oczekiwaniu lata, studenci łazili po nim bez celu, tu i tam) i przypomniał sobie o długopisie. Niemal machnął na niego ręką, był to tylko bic za dziewiętnaście centów, a na niego czekało jeszcze kilka zaliczeń. Ale dziewczyna była ładna, może warta, jak to mówią Brytyjczycy, przygadania. Nie miał złudzeń co do swej urody i sylwetki, które niczym szczególnym się nie wyróżniały, i co do sytuacji dziewczyny (zaangażowana albo zaręczona), ale dzień był ładny i Andy czuł się dobrze. Zdecydował, że zaczeka. W końcu przynajmniej jeszcze raz obejrzy sobie te nogi.

Dziewczyna wyszła trzy lub cztery minuty później; pod pachą trzymała kilka notatników i podręcznik. Naprawdę była śliczna i Andy zdecydował, że warto było poczekać, by móc popatrzeć na jej nogi. Były więcej niż ładne, były wspaniałe.

– Ach, tu jesteś – powiedziała dziewczyna z uśmiechem.

– Tu jestem – odpowiedział jej Andy McGee. – Co o tym wszystkim sądzisz?

– Nie wiem. Przyjaciółka powiedziała mi, że takie eksperymenty prowadzi się tu bez przerwy – w tym semestrze brała udział w jednym z nich. Karty do badania ESP. Dostała pięćdziesiąt dolarów, chociaż pomyliła prawie wszystkie. Więc pomyślałam sobie… – Skończyła myśl wzruszeniem ramion i starannie odrzuciła na plecy miedziane włosy.

– Tak. Ja też – powiedział Andy, odbierając od niej długopis. – Ta przyjaciółka jest na psychologii?

– Tak. I mój chłopak też. Jest w jednej z grup doktora Wanlessa, więc nie mógł wziąć udziału w eksperymencie. Konflikt interesów czy coś tam.

Chłopak. Oczywiście; wysoka, kasztanowowłosa piękność musi mieć jakiegoś chłopaka. Tak kręci się ten świat.

– A co z tobą? – zapytała.

– To samo. Przyjaciel na psychologii. Przy okazji, nazywam się Andy. Andy McGee.

– Vicky Tomlinson. Trochę się tym denerwuję, panie Andy McGee. A co, jeśli będę miała złą podróż albo coś takiego?

– Mnie to wygląda na bardzo łagodny środek. A nawet jeśli to kwas, cóż… laboratoryjny jest inny niż ten, który możesz kupić na ulicy, tak przynajmniej słyszałem. Bardzo czysty, bardzo łagodny, podawany w dokładnie kontrolowanych okolicznościach. Prawdopodobnie usłyszysz tylko Cream albo Jefferson Airplane. – Andy uśmiechnął się szeroko.

– Dużo wiesz o LSD? – zapytała dziewczyna z lekkim uśmiechem, który podniósł jej kąciki ust i bardzo mu się spodobał.

– Niewiele – przyznał Andy. – Spróbowałem dwa razy – raz dwa lata temu, raz w tym roku. W pewien sposób poczułem się po tym lepiej. Wyczyścił mi głowę… a przynajmniej tak mi się wydawało. Po wszystkim znikło mi z głowy mnóstwo starego śmiecia. Ale nie chciałbym się do niego przyzwyczaić. Nie lubię tracić kontroli nad sobą. Mogę ci kupić colę?

– Dobrze – zgodziła się i poszli do głównego budynku.

Skończyło się na tym, że kupił jej dwie cole i spędzili razem całe popołudnie. Wieczorem w miejscowym barze wypili kilka piw. Okazało się, że między nią i jej chłopakiem dojrzało do zerwania i nie była pewna, jak to dalej rozegrać. Wyobrażał sobie, że wzięli ślub, tłumaczyła Andy’emu, i kategorycznie zakazał jej brania udziału w eksperymencie Wanlessa. Dokładnie z tego powodu zdecydowała się i podpisała zgodę, chociaż trochę się bała.

– Ten Wanless naprawdę przypomina nieco szalonego naukowca – powiedziała, robiąc kółka na stole szklanką od piwa.

– Jak ci się podobała jego sztuczka z papierosami?

Vicky zachichotała.

– Dziwny sposób na rzucenie palenia, co?

Zapytał, czy może wpaść po nią rankiem, przed eksperymentem, i Vicky zgodziła się z wdzięcznością.

– Dobrze będzie wejść w to wszystko z przyjacielem – powiedziała, patrząc na niego szczerymi, niebieskimi oczami. – Naprawdę trochę się boję, wiesz? George był taki… nie wiem, nieugięty.

– Dlaczego? Co ci powiedział?

– W tym problem. Nie chciał mi nic powiedzieć oprócz tego, że nie ufa Wanlessowi. Twierdził, że niemal nikt na wydziale mu nie ufa, ale wielu wpisuje się na jego testy, ponieważ jest ich opiekunem naukowym. A poza tym wiedzą, że to bezpieczne; po prostu znowu ich skreśli.

Andy sięgnął przez stół i dotknął ręki Vicky.

– I tak prawdopodobnie dostaniemy wodę destylowaną – powiedział. – Spokojnie, dziecko. Wszystko będzie dobrze.

Lecz okazało się, że nic nie było dobrze. Nic a nic.

3

– Panie, to lotnisko Albany… Proszę pana, dojechaliśmy… Proszę pana, jesteśmy na lotnisku.

Andy otworzył oczy i zaraz je zamknął; raziły go białe światła wiszących w górze neonówek. Usłyszał potworne, wrzaskliwe, rosnące bez końca wycie i zadrżał. Czuł, jak wielkie, stalowe igły wbiją mu się w uszy. Samolot. Startuje. Rzeczywistość wróciła do niego poprzez czerwoną mgłę bólu. Tak, doktorku, już wszystko pamiętam.

– Proszę pana? – W głosie taksówkarza brzmiał niepokój. – Proszę pana, dobrze się pan czuje?

– Migrena. – Jego głos zdawał się dochodzić z bardzo daleka, pogrzebany w huku samolotowego silnika, który – dzięki Bogu – cichł. – Która godzina?

– Prawie północ. Długo tu się jedzie. Już ja to wiem. Autobusy nie kursują, jeśli taki miał pan plan. Jest pan pewien, że nie trzeba odwieźć pana do domu?

Andy szukał w głowie fragmentów bajki, którą sprzedał taksówkarzowi. To ważne, żeby ją sobie przypomnieć, i do diabła z migreną. Z powodu echa. Jeśli powie coś, co zaprzeczy opowiedzianej wcześniej historii nawet w najmniejszym szczególe, w mózgu taksówkarza może powstać efekt odbicia. I może się wytłumić, najprawdopodobniej się wytłumi, ale może się i nie wytłumić. Taksówkarz mógłby się przyczepić do jakiegoś szczegółu, mógłby sfiksować na jego punkcie, mógłby wkrótce stracić kontrolę; myślałby tylko o tym, aż po niedługim czasie jego mózg rozpadłby się na kawałki. To się już zdarzało.

– Mam samochód na parkingu – powiedział Andy. – Wszystko w porządku.

– Aha. – Taksówkarz uśmiechnął się, uspokojony. – Wie pan, Glyn w to nie uwierzy. Rany! Już ja to…!

– Z pewnością uwierzy. Przecież pan wierzy, nie?

Taksówkarz uśmiechnął się szeroko.

– Mam sporo forsy. To dobry dowód, proszę pana. Dziękuję.

– To ja dziękuję panu. – Andy próbował być uprzejmy. Próbował się poruszyć. Dla Charlie. Gdyby był sam, już dawno popełniłby samobójstwo. Bóg nie stworzył człowieka, by znosił taki ból.

– Pan na pewno dobrze się czuje? Jest pan strasznie blady.

– Czuję się nieźle, dziękuję. – Andy zaczął potrząsać Charlie. – Hej, kochanie. – Uważał, żeby nie wymówić jej imienia. Prawdopodobnie nie miało to najmniejszego znaczenia, ale ostrożność przychodziła mu tak naturalnie jak oddychanie. – Obudź się, jesteśmy na miejscu.

Charlie mruknęła i próbowała przewrócić się na drugi bok.

– Kochanie. Skarbie, obudź się.

Charlie mrugnęła, otworzyła oczy – szczere, niebieskie oczy, które odziedziczyła po matce, i usiadła, przecierając twarz.

– Tato? Gdzie jesteśmy?

– Albany, skarbie. Lotnisko. – Pochylając się bliżej córki, Andy szepnął: – Nic nie mów. Nie teraz.

– W porządku. – Charlie uśmiechnęła się do taksówkarza, a taksówkarz uśmiechnął się do niej. Wyślizgnęła się z samochodu i Andy poszedł za nią, starając się iść prosto.

– Jeszcze raz bardzo panu dziękuję – powiedział taksówkarz.

Andy potrząsnął wyciągniętą dłonią.

– Proszę na siebie uważać.

– Jasne. Glyn nie uwierzy w taką forsę!

Taksówkarz wrócił do samochodu i odjechał od pomalowanego na żółto krawężnika. Startował następny odrzutowiec, ryk silników narastał, aż Andy myślał, że głowa pęknie mu na dwie części i spadnie na chodnik jak pusta tykwa. Zatoczył się trochę i Charlie położyła mu rękę na ramieniu.

– Och, tatusiu – powiedziała głosem dobiegającym z bardzo daleka.

– W środku. Muszę usiąść.

Weszli do terminalu, mała dziewczynka w czerwonych spodniach i zielonej bluzce oraz wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, zgarbiony i potargany. Bagażowy patrzył, jak wchodzili, i pomyślał, że to najczystsze świństwo: taki wielki facet, na oko zalany w trupa, na dworze po północy z córeczką, która powinna od dawna być w łóżku, a nie prowadzić go jak pies przewodnik. Takich rodziców powinno się sterylizować, pomyślał bagażowy.

A później mężczyzna i dziewczynka weszli do terminalu przez sterowane fotokomórką drzwi i bagażowy całkiem o nich zapomniał do chwili, gdy w czterdzieści minut później podjechał do krawężnika zielony samochód i wysiadło z niego dwóch mężczyzn, którzy zaczęli z nim rozmawiać.

4

Było dziesięć po dwunastej. Terminal objęli w posiadanie ludzie wczesnego poranka: żołnierze, którym kończyły się przepustki, zmordowane kobiety prowadzące grupki rozdrażnionych, zaspanych dzieciaków, biznesmeni ze spuchniętymi od niewyspania oczami, młodzi ludzie w wielkich butach, z długimi włosami, wędrujący znikąd donikąd (niektórzy dźwigali plecaki), kobieta i mężczyzna z rakietami tenisowymi w torbach. Głośniki informowały o przylotach i odlotach, wywołując ludzi niczym jakiś wszechmocny głos we śnie.

Andy i Charlie usiedli obok siebie przy dwóch stołach z wmontowanymi telewizorami. Odbiorniki były pogięte, podrapane i pomalowane na martwy czarny kolor. Andy’emu wydawały się jakimiś tajemniczymi, futurystycznymi kobrami. Wrzucił w nie ostatnie dwudziestopięciocentówki, żeby nikt nie kazał im wstać i opuścić miejsc. W telewizorze Charlie nadawano powtórkę programu rozrywkowego; u Andy’ego Johnny Carson dokazywał, jak zwykle, z przyjaciółmi.

– Tato, czy muszę? – Charlie zadała to pytanie po raz drugi. W oczach miała łzy.

– Skarbie, mnie już nic nie zostało. Nie mamy pieniędzy. Nie możemy tu za długo siedzieć.

– Źli ludzie nadchodzą? – zapytała Charlie i jej głos opadł do szeptu.

– Nie wiem – łomot w mózgu. Już nie dziki koń, lecz wielkie wory pełne ostrych kawałków żelaza, spuszczone mu na głowę z okna na piątym piętrze. – Musimy założyć, że tak.

– Skąd mam wziąć pieniądze?

Andy zawahał się, a później powiedział:

– Ty wiesz.

Rozpłakała się i łzy spłynęły jej po policzkach.

– To nieładnie. To nieładnie kraść.

– Wiem. Ale oni też nie mają prawa nas ścigać. Wyjaśniałem ci to, Charlie. A przynajmniej próbowałem.

– Małe zło i duże zło?

– Tak. Mniejsze i większe zło.

– Czy głowa naprawdę tak cię boli?

– Jest raczej kiepsko – powiedział Andy. Nie było potrzeby tłumaczyć jej, że za godzinę, może dwie, ból będzie tak straszny, że uniemożliwi mu logiczne myślenie. Nie ma potrzeby jej straszyć, i tak już jest przestraszona. Nie ma potrzeby mówić jej, że jego zdaniem tym razem się im nie uda.

– Spróbuję – powiedziała Charlie i wstała z krzesła. – Biedny tatuś – dodała i pocałowała go.

Andy zamknął oczy. Wprost przed nim grał telewizor, daleki bełkot ześrodkowany w morzu rosnącego bólu. Kiedy znów otworzył oczy, Charlie była już tylko daleką figurką, bardzo małą, ubraną na zielono i czerwono jak łańcuch na choinkę, przemykającą się raźno wśród małych grupek ludzi.

Boże, proszę, niech nic jej się nie stanie. Niech nikt jej nie skrzywdzi, niech nikt nie przestraszy jej bardziej, niż już jest przestraszona. Proszę cię, Boże, i dziękuję ci. Tak dobrze?

Jeszcze raz przymknął oczy.

5

Mała dziewczynka w czerwonych obcisłych spodniach i zielonej bluzce ze sztucznego jedwabiu. Długie jasne włosy. Powinna już leżeć w łóżku, a tymczasem jest tu, sama. Sama w jednym z niewielu miejsc, w których nikt nie zwróci uwagi na samotną małą dziewczynkę, nawet po północy. Mijała ludzi, ale tak naprawdę nikt jej nie widział. Gdyby płakała, strażnik mógłby do niej podejść i zapytać, czy się nie zgubiła, czy wie, na jaką linię mamusia i tatuś mają bilety; zapytałby o nazwiska, by można ich było wywołać. Ale ta dziewczynka nie płakała; sprawiała wrażenie, jakby wiedziała, dokąd idzie.

Charlie nie była pewna, gdzie iść, ale całkiem dokładnie wiedziała, czego szuka. Potrzebowali pieniędzy, tak powiedział tatuś. Zbliżali się źli ludzie, a tatę bolała głowa. Kiedy głowa go tak bolała, nie mógł myśleć. Powinien się położyć i mieć jak najwięcej spokoju. Powinien spać, aż głowa przestanie go boleć. Ale źli ludzie zbliżali się… ludzie ze Sklepiku, ludzie, którzy chcieli ich rozdzielić i zobaczyć, dlaczego są właśnie tacy – i czy można ich użyć, zmusić, żeby robili te rzeczy.

Zobaczyła papierową torebkę wystającą z kosza na śmiecie i wzięła ją. A nieco dalej, w poczekalni, trafiła na to, czego szukała: rząd kabin telefonicznych.

Charlie stanęła, patrząc na nie i czując strach. Bała się, bo tatuś powtarzał jej ciągle, że nie powinna tego robić… od najwcześniejszego dzieciństwa wiedziała, że to coś Złego. Nie zawsze umiała kontrolować Złe. Mogła zranić siebie, kogoś, wielu ludzi. Ten dzień, och, mamusiu, przepraszam, ból, bandaże, krzyk; sprawiła, że mama krzyczała, już nigdy więcej… nigdy… to Złe…

W kuchni, kiedy była mała… Ale bolało za bardzo, żeby o tym myśleć. To było Złe, bo kiedy je wypuściła, szło… wszędzie. I przerażało.

Były i inne rzeczy. Na przykład pchnięcie, tata to tak nazwał, pchnięcie. Tylko że ona potrafiła pchnąć znacznie mocniej niż tata. I głowa nigdy jej po tym nie bolała. Ale czasami, później… pojawiał się ogień.

Charlie stała, zerkając nerwowo na budki telefoniczne i nazwa Złego błysnęła jej w głowie: pirokineza. „Nie o nazwę chodzi – powiedział jej tata, kiedy ciągle jeszcze byli w Port City i myśleli jak głupi, że są bezpieczni. – Kochanie, jesteś podpalaczką. Jak duża, wielka zapalniczka”. Pomyślała wtedy, że to śmieszne, i zachichotała; ale teraz nie widziała w tym nic śmiesznego.

Inny powód, dla którego nie powinna pchać, to ten, że oni mogli to odkryć. Źli ludzie ze Sklepiku.

– Nie wiem, jak dużo o tobie wiedzą – powiedział jej tata – ale nie chcę, żeby jeszcze się czegoś dowiedzieli. Twoje pchnięcie nie jest dokładnie takie jak moje, skarbie. Nie możesz zmusić ludzi, żeby… no, zmienili zdanie, prawda?

– Nieee…

– Ale możesz sprawić, żeby rzeczy się poruszały. Jeśli kiedykolwiek dostrzegą w tym jakąś prawidłowość i powiążą tę prawidłowość z tobą, będziemy w jeszcze gorszych opałach, niż jesteśmy teraz”.

A to jest kradzież, a kradzież też jest Zła.

Nie szkodzi. Tatusia boli głowa i muszą dotrzeć do jakiegoś cichego, ciepłego miejsca, póki nie rozboli go tak, że w ogóle nie będzie mógł myśleć. Charlie zrobiła krok do przodu.

Budek było chyba z piętnaście. Miały okrągłe, przesuwane drzwi. Kiedy weszło się do budki, siedziało się w niej jak w wielkiej kapsule z telefonem pośrodku. Większość była ciemna, Charlie dostrzegła to, przechodząc obok. W jedną z nich wcisnęła się tłusta pani w spodnium, mówiła szybko i uśmiechała się. A trzy budki od końca młody mężczyzna w wojskowym mundurze siedział na małym stołeczku, drzwi miał otwarte i wystawił przez nie nogi. Mówił coś szybko.

– Sally, słuchaj, rozumiem, co czujesz, ale mogę wszystko wyjaśnić. Oczywiście. Wiem… wiem… tylko daj mi…

Spojrzał w górę, zobaczył, że patrzy na niego mała dziewczynka, wciągnął nogi i popchnął drzwi, aż się zamknęły, wszystko jednym ruchem, jak żółw kryjący się w skorupie. Kłóci się z dziewczyną, pomyślała Charlie. Pewnie na niego czekała, a on nie przyszedł. Ja tam nigdy nie będę czekała na chłopaka.

Echo głośników. Strach czaił się w jej głowie jak szczur i gryzł. Wszystkie twarze były obce. Czuła się samotna i taka mała, nawet teraz ciągle jeszcze tęskniła za mamą. Miała kraść, ale to bez znaczenia. Oni ukradli mamusi życie.

Wślizgnęła się do ostatniej budki, zaszeleściła papierowa torebka. Charlie podniosła słuchawkę i udawała, że rozmawia.

– Tak, dziadku, tak, tata i ja właśnie przylecieliśmy, czujemy się dobrze. – Wyjrzała przez szybę, żeby sprawdzić, czy ktoś się nią nie interesuje. Nikt się nią nie interesował. Najbliżej stała Murzynka wykupująca w automacie ubezpieczenie na lot, odwrócona do Charlie plecami.

Charlie spojrzała na telefon i nagle go ruszyła.

Sapnęła cicho z wysiłku i przygryzła dolną wargę; lubiła, jak dolna warga ugina się jej pod zębami. Nie, nie czuła żadnego bólu. Przyjemnie było ruszać rzeczy – i tego też się bała. Przypuśćmy, że polubi tę niebezpieczną rzecz?

Ruszyła jeszcze raz, bardzo lekko i nagle strumień drobnych wyleciał z automatu. Próbowała podstawić pod niego torebkę, ale nie zdążyła; monety rozsypały się po podłodze. Pochyliła się i zebrała, ile mogła, raz za razem patrząc przez szybę.

Kiedy zebrała pieniążki, przeszła do następnego automatu. Żołnierz z trzeciej budki od końca ciągle rozmawiał. Znów otworzył drzwi i palił.

– Sal, przysięgam na wszystko, tak! Po prostu zapytaj brata, jeśli mi nie wierzysz! On…

Charlie zasunęła drzwi, uciszając jego trochę jękliwy głos. Miała tylko siedem lat, ale bezbłędnie potrafiła rozpoznać kłamstwo. Spojrzała na telefon i chwilę później posypały się z niego drobne. Tym razem podstawiła torebkę doskonale i monety wpadły wprost do niej z cichym, melodyjnym brzękiem.

Kiedy wyszła, żołnierza już nie było, więc zajęła jego budkę. Krzesełko ciągle było ciepłe, mimo kręcącego się wiatraczka pachniało okropnie papierosem.

Pieniądze zabrzęczały w torebce i Charlie poszła dalej.

6

Eddie Delgardo siedział na twardym plastikowym krzesełku, patrzył w sufit i palił.

Suka, myślał. Następnym razem dwa razy się zastanowi, czy trzymać razem te swoje cholerne nogi. Eddie to i Eddie tamto, i Eddie nie chcę cię więcej widzieć, i Eddie, jak możesz być taki okrutny. Ale jemu udało się już sprawić, że zmieniła zdanie na temat tego wyświechtanego numeru, co to „nie chcę cię więcej widzieć”. Miał trzydziestodniową przepustkę i jechał sobie do Nowego Jorku, żeby posmakować tego Smakowitego Jabłuszka, pooglądać widoki i pochodzić po barach dla samotnych. A kiedy wróci, to Sally będzie już jak wielkie, czerwone, dojrzałe jabłuszko, dojrzałe i gotowe spaść. Eddie Delgardo będzie niedługo prowadził ciężarówkę z zaopatrzeniem dla wojska w Berlinie Zachodnim. Będzie…

Tok trochę niemiłych wspomnień, a trochę przyjemnych marzeń Eddiego został nagle przerwany niezwykłym uczuciem ciepła ogarniającego mu stopy, jakby podłoga podgrzała się nagle o parę stopni. Towarzyszył temu dziwny, chociaż jakby znajomy zapach… nie żeby się coś paliło… może coś się tli?

Eddie otworzył oczy i pierwsze, co zobaczył, to małą dziewczynkę, spacerującą wcześniej wokół automatów; siedmio-, może ośmioletnią i wyglądającą na strasznie zaniedbaną. Teraz niosła wypchaną, papierową torebkę, trzymała ją za spód, jakby były w niej zakupy albo coś.

Ale… stopy! To teraz najważniejsze!

Już nie były ciepłe. Były gorące!

Eddie Delgardo spojrzał w dół i wrzasnął:

– Wszechmocny Jeeeeezu!

Jego buty płonęły.

Eddie skoczył na równe nogi i ludzie zaczęli się za nim oglądać. Jakaś kobieta spostrzegła, co się dzieje, i krzyknęła, wszczynając alarm. Dwóch strażników, którzy gawędzili z urzędnikiem sprzedającym bilety na linię Allegheny, obróciło się, chcąc sprawdzić, co się stało.

Dla Eddiego Delgardo wszystko to było gówno warte. Myśli o Sally Bradford i zemście z powodu zawiedzionej miłości wywietrzały mu z głowy. Jego wojskowe buty wesoło płonęły. Mankiety mundurowych spodni dymiły. Pobiegł przez poczekalnię, ciągnąc za sobą ogon dymu, jak pocisk wystrzelony z balisty. Damska toaleta była bliżej i Eddie, obdarzony niesłychanie wyostrzonym instynktem samozachowawczym, bez chwili namysłu uderzył w drzwi ramieniem i wbiegł do środka.

Z jednej z kabin wychodziła młoda kobieta. Spódnicę miała podciągniętą do pasa i poprawiała sobie majtki. Kiedy zobaczyła Eddiego, ludzką pochodnię, wydała z siebie krzyk niesamowicie wzmocniony przez ściany. Z zajętych kabin dobiegły głosy: „Co to było?” i „O co chodzi?”. Eddie chwycił drzwi płatnej toalety, nim zdążyły się zamknąć i zatrzasnąć. Rękami złapał się ścianek i obiema nogami wskoczył do kibelka. Rozległ się syk i w górę uniosła się imponująca chmura pary.

Dwóch strażników dopadło go w środku.

– Stój, ty tam! – krzyknął jeden z nich. Trzymał w ręce broń. – Wyłaź z rękami na głowie.

– Czy raczycie zaczekać, aż wyciągnę nogi? – warknął Eddie Delgardo.

7

Charlie wróciła. Zapłakana.

– Co się stało, panienko?

– Mam pieniądze, ale… tatusiu, to znowu mi uciekło… tam był człowiek… żołnierz… nic nie mogłam poradzić…

Andy poczuł osaczający go strach. Strach stłumiony bólem głowy i szyi, ale strach.

– Czy… czy to był ogień, Charlie?

Nie mogła mówić, ale przytaknęła skinieniem głowy. Po policzkach płynęły jej łzy.

– O mój Boże – szepnął Andy i zmusił się, by wstać.

To kompletnie załamało Charlie. Ukryła twarz w dłoniach i zaszlochała rozpaczliwie, kiwając się w przód i w tył.

Koło wejścia do damskiej toalety zgromadził się tłum. Drzwi były otwarte, ale Andy nie mógł dostrzec niczego… i nagle zobaczył. Dwóch strażników, którzy tam przedtem pobiegli, wyprowadzało z toalety umundurowanego młodego człowieka, wyglądającego na twardziela, i prowadziło go do Charlie. Myślenie już sprawiało Andy’emu ogromny kłopot; jego myśli były jak maleńkie srebrne rybki, pływające we wszechogarniającym czarnym oceanie tępego bólu. Ale musiał zrobić wszystko, co mógł. Potrzebował Charlie, jeśli mieli wyjść z tego cało.

– Nic mu nie jest, Charlie. Wszystko w porządku. Tylko zabrali go do biura. Teraz powiedz mi, co się stało?

Już prawie nie płacząc, Charlie wszystko mu opowiedziała. Podsłuchaną rozmowę telefoniczną. Tych kilka przypadkowych myśli, które z nim się wiązały; uczucie, że próbuje oszukać dziewczynę, z którą rozmawiał.

– A potem, kiedy wracałam do ciebie, zobaczyłam go… i nim mogłam coś poradzić… to się zdarzyło. Po prostu mi uciekło. Mogłam go zranić, tatusiu. Mogłam go strasznie zranić. Ja go podpaliłam!

– Mów ciszej – powiedział Andy. – Chcę, żebyś mnie posłuchała, Charlie. Myślę, że to jest najlepsza rzecz, jaka przydarzyła się nam od jakiegoś czasu.

– Na… naprawdę? – Charlie spojrzała na niego z wyraźnym zaskoczeniem.

– Mówisz, że ci się wymknęło – powiedział Andy, zmuszając się, by wypowiedzieć tych kilka słów. – I wymknęło się. Ale nie tak jak przedtem. Uciekło ci tylko trochę. To, co się zdarzyło, kochanie, było niebezpieczne, ale… mogłaś podpalić mu włosy. Albo twarz.

Charlie drgnęła na te słowa, przerażona. Andy delikatnie odwrócił jej buzię ku sobie.

– To kwestia podświadomości, i zawsze ucieka na tego, kogo nie lubisz. Ale… tak naprawdę nie skrzywdziłaś żołnierza, Charlie. Ty… – ale reszta przemowy zniknęła gdzieś i został tylko ból. Czy jeszcze mówił? Przez chwilę nie był pewien nawet tego.

Charlie ciągle czuła tę rzecz; czuła Złe krążące jej po głowie, próbujące uciec i zrobić coś jeszcze. Było jak małe, drapieżne i raczej głupie zwierzątko. Trzeba wypuszczać je z klatki, by na przykład wydobyć pieniądze z automatów… ale to może robić i inne rzeczy, prawdziwie złe (jak mama w kuchni, mamusiu przepraszam), nim zamkniesz je z powrotem.

Ale teraz nie miało to znaczenia. Teraz nie będzie o tym myślała, nie będzie myślała o bandażach (mamusia musiała nosić bandaże, bo ją zraniłam) i niczym takim. Teraz chodziło o tatę. Skulił się w tym fotelu przed telewizorem, twarz miał skrzywioną z bólu. Oczy nabiegły mu krwią.

Tatuśku, pomyślała Charlie, zamieniłabym się z tobą, gdybym tylko mogła. Masz coś, co boli, ale nigdy nie ucieka z klatki. Ja mam coś, co wcale nie boli, ale, och! czasami tak strasznie się boję…

– Mam pieniądze – powiedziała Charlie. – Nie poszłam do wszystkich budek, bo torba zrobiła się ciężka i bałam się, że może pęknąć.

Przyjrzała się ojcu z troską.

– Dokąd pójdziemy, tato? Musisz się położyć.

Andy wziął torebkę i zaczął powoli, garściami, przekładać drobne do kieszeni swej sztruksowej marynarki. Zastanawiał się, czy ta noc w ogóle się kiedyś skończy. Niczego nie pragnął bardziej, niż złapać kolejną taksówkę, pojechać do miasta i zameldować się w pierwszym hotelu czy motelu, na który natrafią… ale bał się. Taksówki można wyśledzić. I miał silne przeczucie, że ludzie z zielonego samochodu ciągle są gdzieś blisko.

Spróbował zebrać razem wszystko, co wiedział o lotnisku w Albany. Po pierwsze, to lotnisko okręgu Albany wcale nie było w Albany, lecz w miasteczku o nazwie Colonie. Okręg shakerów1 – czy to nie dziadek powiedział mu kiedyś, że to okręg shakerów? A może oni wszyscy już wymarli? Jak tu z autostradami? Z drogami stanowymi? Odpowiedzi pojawiały się powoli. Jest tu droga… jakaś szosa. Szosa Północna, czy może Południowa, tak mu się wydawało.

Otworzył oczy i spojrzał na Charlie.

– Czy dasz radę jeszcze trochę pomaszerować, mała? Może nawet kilka kilometrów?

– Oczywiście. – Charlie przespała się i czuła się względnie świeżo. – A ty?

To było dobre pytanie. Nie znał odpowiedzi.

– Mam zamiar sprawdzić – powiedział. – Myślę, że powinniśmy wyjść na główną drogę i spróbować złapać jakiś samochód, skarbie.

– Autostop?

Andy skinął głową.

– Trudno jest wytropić autostopowicza, Charlie. Jeśli będziemy mieli szczęście, trafimy na kogoś, kto rano będzie już w Buffalo. A jeśli nie będziemy mieli szczęścia, zielony samochód nadjedzie, gdy ciągle jeszcze będziemy stać na poboczu z kciukami w górę.

– Jeśli sądzisz, że to w porządku… – stwierdziła Charlie z powątpiewaniem.

– Ruszamy. Pomóż mi.

Kiedy wstał, przeszył go potężny miecz bólu. Zatoczył się lekko, zamknął oczy, a później je otworzył. Ludzie wyglądali surrealistycznie. Kolory wydawały się zbyt ostre. Obok nich przeszła kobieta w butach na szpilkach i każdy jej krok brzmiał jak zatrzaśnięcie wrót do podziemi.

– Tatusiu, jesteś pewien, że dasz radę? – Głos Charlie był cichy i pełen strachu.

Charlie. Tylko Charlie była taka jak zawsze.

– Chyba tak. Idziemy.

Wyszli innymi drzwiami, a bagażowy, który zauważył, jak wysiadali z taksówki, zajmował się wyładowywaniem walizek z samochodu i nie widział, jak wychodzili.

– W którą stronę, tatku? – zapytała Charlie.

Rozejrzał się i dostrzegł Szosę Północną, wijącą się daleko, poniżej i po prawej od terminalu. Problem tkwił w tym, jak do niej dotrzeć. Wokół pełno było dróg – rozjazdy, przejazdy, tunele. ZAKAZ SKRĘTU W PRAWO. ZATRZYMAJ SIĘ NA ŚWIATŁACH. JEDŹ PO LEWEJ. ZAKAZ PARKOWANIA. Światła drogowe pobłyskiwały w nocnej ciemności jak duchy, niemogące odejść z tego świata.

– Chyba tędy – powiedział Andy i poszli wzdłuż terminalu, po poboczu drogi dojazdowej oznaczonej znakami TYLKO ZAŁADUNEK I WYŁADUNEK. Chodnik skończył się wraz z końcem budynku. Wielki srebrzysty mercedes przemknął obok nich obojętnie; blask lamp neonowych na jego karoserii sprawił, że Andy zadrżał.

Charlie patrzyła na niego pytająco.

Andy skinął głową.

– Po prostu idź jak najbliżej krawężnika. Zimno ci?

– Nie, tatusiu.

– Dzięki Bogu, noc jest ciepła. Matka nigdy…

Usłyszał te słowa i nagle zamilkł.

Odeszli w ciemność, razem; wysoki, szeroki w ramionach mężczyzna i mała dziewczynka w czerwonych spodniach i zielonej bluzce, trzymająca go za rękę; wydawało się, że go prowadzi.

8

Zielony samochód pojawił się mniej więcej kwadrans później i zaparkował przy krawężniku oznakowanym żółtą linią. Wysiadło z niego dwóch mężczyzn – tych samych, którzy tam, na Manhattanie, zagonili Andy’ego i Charlie do taksówki. Trzeci pozostał za kierownicą.

Na miejscu zjawił się lotniskowy policjant.

– Tu nie wolno parkować, proszę pana. Jeśli mógłby pan odjechać na…

– Mnie wolno – odpowiedział kierowca i pokazał legitymację.

Gliniarz spojrzał na nią, potem na kierowcę i znów na zdjęcie w legitymacji.

– Och – powiedział – przepraszam pana. Czy to coś, o czym powinniśmy wiedzieć?

– Nic dotyczącego bezpieczeństwa lotniska – odparł kierowca – ale pewnie moglibyście nam pomóc. Czy widzieliście tu dziś w nocy któreś z tej dwójki? – Wręczył gliniarzowi zdjęcie Andy’ego, a potem zamazaną fotografię Charlie. Miała na niej dłuższe włosy, związane w dwa mysie ogonki. Jej matka jeszcze wtedy żyła. – Dziewczynka jest teraz starsza o rok czy coś koło tego – mówił dalej kierowca. – Ma trochę krótsze włosy. Takie do ramion.

Gliniarz przyglądał się zdjęciom dokładnie, najpierw jednemu, później drugiemu i znowu pierwszemu.

– A wie pan – powiedział – chyba widziałem tu tę dziewczynkę. Jasna, prawda? Trochę trudno ocenić to ze zdjęcia.

– Tak, jasna.

– Ten facet to jej ojciec?

– To ja tu zadaję pytania.

Lotniskowy gliniarz poczuł przypływ niechęci do tego młodego faceta o nijakiej twarzy, siedzącego za kierownicą zielonego, nijakiego samochodu. Już przedtem miał do czynienia z działaniami FBI, CIA i jednostki, którą nazywano Sklepikiem. Ich agenci byli zawsze tacy sami: tępi, aroganccy i patrzący na wszystko z góry. Na niebieskich patrzyli jak na zabawki z porcelany, ale kiedy pięć lat temu było tu porwanie, właśnie mundurowi z porcelany wyjęli z samolotu porywacza, całego obwieszonego granatami, a „prawdziwi” policjanci opiekowali się nim, kiedy popełnił samobójstwo, rozdrapując sobie paznokciami tętnicę na szyi. Dobra robota, panowie.

– Zaraz… Pytałem, czy ten facet to jej ojciec, bo chciałem się zorientować, czy jest jakieś rodzinne podobieństwo. Trochę trudno ocenić to ze zdjęć.

– Wyglądają nieco podobnie. Inny kolor włosów.

Tyle to ja sam widzę, dupku, pomyślał lotniskowy gliniarz, a do kierowcy zielonego samochodu powiedział:

– Widziałem ich oboje. Ten facet jest duży, większy, niż wydaje się na zdjęciu. Wyglądał na chorego albo coś.

– Naprawdę? – Ta wiadomość wydawała się sprawiać przyjemność kierowcy.

– A tak w ogóle, to mieliśmy rozrywkową noc. Jednemu durniowi udało się nawet podpalić własne buty.

– Proszę powtórzyć. – Kierowca wyprostował się na siedzeniu.

Lotniskowy gliniarz skinął głową, szczęśliwy, że udało mu się zmieść wyraz nudy z twarzy kierowcy. Nie byłby taki szczęśliwy, gdyby kierowca powiedział mu, że właśnie zarobił sobie na przesłuchanie w manhattańskim biurze Sklepiku. A Eddie Delgardo prawdopodobnie ciężko by go pobił, bo zamiast odwiedzać kolejne bary dla samotnych (i salony masażu, i sex shopy przy Times Square) podczas swego pobytu w Nowym Jorku i wspaniale bawić się w wielkim mieście, prawie cały czas spędził tam naszpikowany narkotykami zmuszającymi do mówienia, opisując raz za razem, co się zdarzyło tuż przed tym, nim jego buty stanęły w ogniu, i tuż po tym.

9

Dwaj pozostali mężczyźni z zielonego samochodu rozmawiali z personelem lotniska. Jeden z nich znalazł bagażowego, który zauważył Andy’ego i Charlie, kiedy wysiadali z taksówki i wchodzili do terminalu.

– Pewnie, że ich widziałem. Pomyślałem, że to taki cholerny wstyd: facet pijany w dym i mała dziewczynka, która już dawno powinna spać.

– Może odlecieli samolotem? – zasugerował jeden z mężczyzn.

– Może tak – zgodził się bagażowy. – Ciekawe, co myśli o tym matka tej dziewczynki. Ciekawe, czy ona o tym wie.

– Wątpię – powiedział mężczyzna w ciemnoniebieskim drogim garniturze. Powiedział to bardzo szczerze. – Nie widział pan, żeby wychodzili?

– Nie, proszę pana. Z tego, co wiem, muszą gdzieś tu być… chyba że, oczywiście, wywołano już ich lot.

10

Dwóch mężczyzn przeszukało szybko główny terminal i korytarze prowadzące do wejść do samolotów, trzymając ukryte w dłoniach legitymacje i pokazując je służbie bezpieczeństwa lotniska. Spotkali się koło stanowiska United Airlines.

– Pusto – powiedział pierwszy.

– Myślisz, że odlecieli? – zapytał drugi. To był ten w ładnym drogim garniturze.

– Nie sądzę, żeby sukinsyn miał przy sobie więcej niż pięćdziesiąt dolców… a może znacznie, znacznie mniej.

– To lepiej sprawdźmy.

– No. Ale szybko.

United Airlines. Allegheny. American. Braniff. Linie czarterowe. Nikt nie zapamiętał szerokiego w ramionach mężczyzny, który wyglądał na chorego i kupował bilety. Ale przyjmujący bagaże na stanowisku Albany Airlines miał wrażenie, że widział dziewczynkę w czerwonych spodniach i zielonej bluzce. Śliczne, jasne włosy, sięgające ramion.

Dwaj mężczyźni spotkali się po raz drugi przy stoliku z telewizorami, przy którym całkiem niedawno siedzieli Andy i Charlie.

– Co o tym myślisz? – zapytał pierwszy.

Agent w drogim garniturze sprawiał wrażenie podnieconego.

– Myślę, że powinniśmy zablokować teren – powiedział. – Myślę, że wieją pieszo.

Pośpieszyli do samochodu. Niemal biegli.

11

Andy i Charlie maszerowali wytrwale po miękkim poboczu ciemnej drogi dojazdowej. Koło nich od czasu do czasu przemykał jakiś samochód. Dochodziła pierwsza w nocy. Niecałe dwa kilometry za ich plecami, w terminalu, dwaj mężczyźni dotarli już do trzeciego, czekającego na nich w zielonym samochodzie. Andy i Charlie szli równolegle do Szosy Północnej, która znajdowała się teraz po ich prawej stronie i w dole, oświetlona spłaszczającym wszystko światłem neonówek. Może udałoby się zejść w dół po nasypie i próbować łapać okazję na poboczu, ale jeśli pojawiłaby się policja, straciliby nawet tę maleńką szansę, by się z wszystkiego wyplątać. Andy zastanawiał się, jak długo będą jeszcze szli, nim trafią na zjazd. Przy każdym kroku łomot stawianej na ziemi nogi wywoływał bolesne echo w jego głowie.

– Tato? Dalej wszystko w porządku?

– Na razie nieźle – odpowiedział Andy, ale wcale nie było tak nieźle. Nie potrafił oszukać samego siebie i wątpił, czy udało mu się oszukać Charlie.

– Jak to jeszcze daleko?

– Jesteś zmęczona?

– Na razie nie… ale, tato…

Andy zatrzymał się i spojrzał poważnie na Charlie.

– O co chodzi, dziecko?

– Czuję, że ci źli ludzie znów są w pobliżu – szepnęła.

– W porządku. Myślę, że lepiej będzie pójść teraz na skróty, skarbie. Potrafisz zejść tędy i nie przewrócić się?

Dziewczynka spojrzała na zbocze pokryte zwiędłą październikową trawą.

– Chyba tak – powiedziała z powątpiewaniem.

Andy przeszedł przez barierkę i pomógł przejść Charlie. Jak to się już zdarzało w chwilach najgorszego bólu i stresu, jego umysł próbował ucieczki od napięcia, ucieczki w przeszłość. Przeżyli kilka dobrych lat, kilka dobrych chwil, nim pełznący cień zaczął padać na ich życie – najpierw tylko na niego i na Vicky, później na całą trójkę, niszcząc ich szczęście powolutku i tak nieubłaganie jak zaćmienie Księżyca. Było…

– Tato! – krzyknęła Charlie, nagle przestraszona. Poślizgnęła się na zdradliwej, przywiędłej, suchej trawie. Andy próbował złapać ją za wymachujące ramię, chybił i sam się poślizgnął. Upadł i wstrząs spowodował tak bolesne łupnięcie w głowie, że Andy aż głośno krzyknął. A później obydwoje toczyli się i ześlizgiwali po nasypie ku Drodze Północnej, którą pędziły samochody; o wiele za szybko, by się zatrzymać, gdyby któreś z nich – on lub Charlie – wylądowało na jezdni.

12

Asystent przewiązał ramię Andy’ego tuż nad łokciem gumową elastyczną rurką i powiedział:

– Proszę zacisnąć pięść.

Andy zacisnął pięść. Żyła wyskoczyła grzecznie. Andy spojrzał w drugą stronę, czując słabe mdłości. Mimo dwustu dolarów nie miał zamiaru przyglądać się podłączaniu kroplówki.

Vicky Tomlinson leżała na sąsiednim łóżku, ubrana w białą bluzeczkę bez rękawów i luźne spodnie w ciepłym, szarym kolorze. Uśmiechnęła się do niego pełnym napięcia uśmiechem. Znów pomyślał o tym, jakie piękne są jej kasztanowate włosy, jak dobrze pasują do szczerych, niebieskich oczu… a później było ukłucie bólu i tępe uczucie ciepła w ramieniu.

– Już – stwierdził asystent uspokajająco.

– Żadne „już” – odpowiedział mu Andy. Nie czuł się uspokojony.

Znajdowali się w sali numer siedemdziesiąt, na piętrze gmachu Jasona Gearneigha. Umieszczono w niej dwanaście łóżek wypożyczonych z uniwersyteckiego szpitala; dwunastu ochotników leżało podpartych na hipoalergicznych piankowych poduszkach i zarabiało pieniądze. Doktor Wanless sam nie podłączał żadnych kroplówek; chodził tylko tam i z powrotem między łóżkami, wymieniając z każdym kilka słów i mały, zimny uśmieszek.

W każdej chwili możemy zacząć się zmniejszać, pomyślał Andy.

Kiedy wszyscy się zebrali, Wanless wygłosił krótkie przemówienie, które, wyżęte z wody, sprowadzało się do następującego stwierdzenia: „Nie macie się czego bać. Spoczywacie w ciepłych objęciach Matki Nauki”. Andy nie darzył szczególnym zaufaniem Matki Nauki, która wraz ze szczepionką na polio i aspiryną obdarzyła świat bombą wodorową, napalmem i działami laserowymi.

Asystent robił teraz coś innego. Zagiął przewód kroplówki.

Kroplówka zawierała pięcioprocentowy roztwór glukozy w wodzie, tłumaczył Wanless i nazywał to roztworem D5W. Pod zagięciem z przewodu kroplówki wystawał czubek igły. Jeśli Andy miał dostać Próbę Sześć, dostanie ją ze strzykawki przez tę igłę. Jeżeli trafił do grupy kontrolnej, będzie to zwykły roztwór soli fizjologicznej. Orzeł czy reszka.

Andy znów zerknął na Vicky.

– Co słychać, mała?

– W porządku.

Pojawił się Wanless. Stanął między łóżkami, patrząc najpierw na Vicky, a później na Andy’ego.

– Czujesz lekki ból, tak?

Język, którym mówił, pozbawiony był wszelkiego akcentu, a już z pewnością jakiegokolwiek amerykańskiego akcentu regionalnego, Wanless budował jednak zdania w sposób, który Andy’emu kojarzył się z angielskim wyuczonym jako język obcy.

– Ucisk – powiedziała Vicky. – Słaby ucisk.

– Tak? To minie.

Uśmiechnął się dobrodusznie do Andy’ego. W białym fartuchu laboratoryjnym sprawiał wrażenie bardzo wysokiego. Jego okulary wydawały się maleńkie. Dużutki malutki.

Andy zapytał:

– Kiedy zaczniemy się zmniejszać?

Wanless nadal się uśmiechał.

– Czy ma pan wrażenie, że będzie się pan zmniejszał?

– Zmmmnnniiiieeeejszszał – powiedział Andy i uśmiechnął się głupio. Coś się z nim działo. Na Boga, był naćpany. Startował. Odlot.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział Wanless i uśmiechnął się szerzej. Odpłynął. Płyń, barko moja, pomyślał z rozbawieniem Andy i znów spojrzał na Vicky. Jak pięknie błyszczały jej włosy! Z jakiegoś szalonego powodu przypominały mu miedziane przewody na głowicy nowego silnika… generator… alternator… plaplagator…

Andy roześmiał się głośno.

Uśmiechając się lekko, jakby usłyszał ten sam dowcip, asystent zagiął przewód kroplówki, wstrzyknął jeszcze trochę z zawartości strzykawki w ramię Andy’ego i odszedł. Andy mógł już patrzeć na kroplówkę. Teraz już się nią nie przejmował.

Jestem sosną, pomyślał, widzisz moje prześliczne igły? Znów się roześmiał.

Vicky uśmiechała się do niego. Boże, jaka ona śliczna. Chciał jej powiedzieć, jaka jest piękna; że jej włosy są jak płonąca miedź.

– Dziękuję ci – powiedziała Vicky. – Taki miły komplement.

Czy ona to powiedziała? Czy on to sobie wyobraził?

Usiłując rozpaczliwie zachować przytomność umysłu, Andy powiedział:

– Zdaje się, że przegrałem sól fizjologiczną, Vicky.

Dziewczyna odpowiedziała spokojnie:

– Ja też.

– To miłe, prawda?

– Miłe – zgodziła się jak we śnie.

Ktoś gdzieś coś krzyczał; histeryczny bełkot. Dźwięk wznosił się i opadał w interesującym rytmie. Andy miał wrażenie, że minęły eony, które poświęcił kontemplacji, nim odwrócił głowę, by zobaczyć, co się dzieje. To było interesujące. Wszystko wydawało się interesujące i przebiegało w zwolnionym tempie. Zdjęcia zwolnione, jak to zawsze pisali w recenzjach awangardowi studenccy krytycy filmowi. „W tym filmie, jak i w poprzednich, Antonioni osiągnął niektóre z najświetniejszych efektów, używając montażu zdjęć zwolnionych”. Jakie to interesujące, prawdziwie sprytne sformułowanie, brzmi, jakby wąż wysuwał się z lodówki, zzzdjęcia zzzwolnione.

Kilku asystentów biegło w zwolnionym tempie ku jednemu z łóżek, ustawionemu w sali numer siedemdziesiąt w pobliżu tablicy. Młody chłopak na łóżku robił chyba coś ze swoimi oczami. Tak, na pewno robił coś ze swoimi oczami, bo wbił w nie palce i najwyraźniej próbował wyrwać je sobie z głowy. Palce wbite miał w głowę jak szpony, z oczu płynęła mu krew. W zwolnionym tempie. Igła wyskoczyła z jego ramienia w zwolnionym tempie. Wanless biegł w zwolnionym tempie. Oczy chłopaka wyglądały teraz jak rozgniecione jajka na miękko, zauważył Andy z klinicznym chłodem. Dokładnie tak.

A później białe fartuchy zgromadziły się wszystkie dookoła łóżka i już nie można było dostrzec chłopaka. Bezpośrednio za nim wisiała plansza przedstawiająca przekrój ludzkiego mózgu. Andy przyglądał się jej przez chwilę z wielkim zainteresowaniem. „Otworzymy, zobaczymy”, jak mawiają chirurdzy w dowcipach.

Krwawa ręka jak ręka tonącego wystrzeliła w górę nad fale białych fartuchów. Palce pokryte były krzepnącą krwią, zwisały z nich strzępki ciała. Ręka uderzyła w planszę, pozostawiając na niej krwawy ślad w postaci wielkiego przecinka. Plansza zwinęła się z trzaskiem.

A później łóżko podniesiono (ciągle nie sposób było zobaczyć chłopaka, który wyłupił sobie oczy) i szybko wyniesiono z pokoju.

Parę minut (godzin? dni? lat?) później jeden z asystentów podszedł do materaca, na którym spoczywał Andy, sprawdził, jaką dawkę otrzymał Andy, i wstrzyknął mu w mózg jeszcze trochę Próby Sześć.

– Jak się czujesz, kolego? – spytał asystent, który oczywiście wcale nie był asystentem, nie był studentem, żaden z nich nie był ani asystentem, ani studentem. Po pierwsze, ten facet wyglądał na jakieś trzydzieści pięć lat, a to już niezbyt pasowało do asystentury. Po drugie, facet pracował w Sklepiku. Andy nagle był tego pewien. Absurd – a jednak wiedział. I ten facet nazywał się…

Poszukał informacji i znalazł ją. Facet nazywał się Ralph Baxter.

Andy uśmiechnął się. Ralph Baxter. Bardzo fajnie.

– Czuję się dobrze. A jak ten drugi gość?

– Jaki drugi gość, Andy?

– Ten, który wyłupił sobie oczy – powiedział pogodnie Andy.

Ralph Baxter uśmiechnął się i poklepał Andy’ego po dłoni.

– Mocny środek, co, kolego?

– Nie, naprawdę – powiedziała Vicky. – Ja też to widziałam.

– Myślisz, że widziałaś – stwierdził asystent, który nie był asystentem. – Po prostu doznaliście tego samego złudzenia. Był tam przy tablicy chłopak, który miał reakcję mięśniową… coś podobnego do skurczy. Nie wyłupił sobie oczu. Nie było krwi.