Podmajordomus Minor - Patrick deWitt - ebook
Opis

Siedemnastoletni Lucien Minor otrzymuje posadę podmajordomusa w zamku tajemniczego barona von Aux. Chłopak stopniowo odkrywa jego mroczne sekrety, a równocześnie poznaje kolorowy świat pobliskiego miasteczka, gdzie spotyka Klarę, dziewczynę zaręczoną z pewnym zabójczo przystojnym żołnierzem. Lucien zakochuje się w niej bez pamięci…

A teraz wyobraźcie sobie ekranizację tej książki: scenariusz piszą bracia Grimm, reżyseruje Wes Anderson, dialogi układa Latający Cyrk Monty Pythona, a w rolach głównych występują: Michel Palin w roli siedemnastoletniego Luciena, spontanicznego kłamcy; John Cleese jako majordomus Olderglough, przyjaciel i protektor młodego Minora; Terry Jones jako kucharka Agnes, która co prawda nie umie gotować, ale jest chłopcu życzliwa, Erick Idle w roli pięknej Klary, córki lokalnego złodziejaszka, oraz Terry Gilliam jako szalony baron von Aux.

Ta niezwykle zabawna i pełna absurdalnego humoru powieść zabiera czytelnika w szaloną podróż w towarzystwie złodziejaszków i typów spod ciemnej gwiazdy. Ale to również opowieść o pułapkach miłości, która niczym czarna dziura może pochłonąć bez reszty. Każdego.

"Pełna humoru i niespodzianek opowieść o tęsknocie, szaleństwie, miłości i radości." „Publishers Weekly”

"Powieści Patricka deWitta kocha się od pierwszej strony. Podmajordomus Minor nie jest wyjątkiem." BookPage

"Kolejne arcydzieło deWitta. Intrygująca, fascynująca i dająca do myślenia powieść." Booklist

"Patrick deWitt nie tylko oddaje hołd literaturze minionej epoki, ale również pozwala czytelnikowi zamieszkać w stworzonym przez siebie fascynującym świecie." „New York Times Book Review”

"Niesamowita literatura balansująca na granicy między prozą a poezją, między współczesnością a minioną epoką." „San Francisco Chronicle”

"Dziękujmy deWittowi za powieść, przy której nie można powstrzymać wybuchów śmiechu." „Boston Globe”

"Wyobraźnia deWitta przenosi nas w niezwykły świat i składnia ku refleksji, kim tak naprawdę jesteśmy i dokąd zmierzamy." „The New York Times”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 335

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Podmajordomus Minor

Patrick deWitt

Podmajordomus Minor

Przełożył i posłowiem opatrzył Krzysztof Majer

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału angielskiego Undermajordomo Minor

Projekt okładki Dan Stiles

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia Autora © by Danny Palmerlee

Copyright © by Patrick deWitt, 2015

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2016

Copyright © for the Polish translation by Krzysztof Majer, 2016

Copyright © for the Zbrodnie miłości, niedole ironii. O trzeciej powieści ­Patricka deWitta by Krzysztof Majer, 2016

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Agnieszka Rymarowicz / d2d.pl, Alicja Listwan / d2d.pl

Redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Skład Małgorzata Poździk / d2d.pl

We acknowledge the support of the Canada Council for the Arts for this translation.

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8049-288-2

Dla Gustavo

To bardzo boli, gdy trzeba się rozstać z udręką. A cały świat jest taki bezdźwięczny.

Robert Walser, Podróż balonem, przeł. M. Łukasiewicz

I

LUCY ŁGARZ

GDY MATCE LUCIENA MINORA przyszło rozstać się z synem, nie uroniła ani jednej łzy; była wręcz daleka od płaczu. On zaś cały dzień chodził ze ściśniętym gardłem, wykonując tylko ostrożne, stonowane ruchy, jak gdyby każdy gwałtowniejszy gest groził przerwaniem tamy. Zjedli razem śniadanie, a potem obiad, lecz żadne nie odezwało się słowem. Teraz zbliżała się pora wyjazdu, ale Lucy nie potrafił zwlec się z łóżka; leżał tam w pełnym rynsztunku, to jest w płaszczu i buciorach, tudzież z nasuniętą głęboko na uszy baranicą. Miał siedemnaście wiosen i w pokoju tym przemieszkał całe swoje życie; wszystko w zasięgu dłoni i wzroku przesiąknięte było wspomnieniami dość osobliwego dzieciństwa. Gdy z kuchni na parterze dobiegł go głos matki zadającej sobie jakieś nieodgadnione pytania, Lucy z trudem oparł się potężnej fali smutku. Na podłodze przy łóżku czuwał spakowany kuferek.

Dźwignąwszy się z materaca, stanął wyprostowany i trzykrotnie tupnął nogą: tup, tup, tup! Chwycił obrotową, skórzaną rączkę kuferka i ruszył schodami na dół. Po chwili był już na zewnątrz i z pierwszych stopni wiodących do ich skromnego domostwa zawołał matkę. Stanęła niezgrabnie w progu, mrużąc oczy i strzepując z dłoni mączny pył.

– Już czas? – spytała, a kiedy skinął głową, rzuciła: – Podejdźże tutaj.

Wspiął się ku niej po pięciu trzeszczących schodkach. Matka pocałowała go w policzek, a następnie powiodła wzrokiem po łące, ku górom okalającym ciasno wioskę i dalej, aż po wał ciemnych, skłębionych chmur. Gdy jej spojrzenie znów spoczęło na nim, było całkowicie pozbawione wyrazu.

– Powodzenia, Lucy. Oby ten baron nie zawiódł się na tobie. Napiszesz, czy ci się poszczęściło?

– Tak zrobię.

– Dobrze. Bywaj więc.

Wbiwszy wzrok w ziemię, matka na powrót zniknęła w chacie i zatrzasnęła za sobą jasnobłękitne drzwi. Pamiętnego dnia przed dziesięcioma laty pomalował je na ten kolor ojciec. Lucy siedział wówczas w cieniu zmizerniałej wiśni, obserwując zagadkową krzątaninę mrowiska; ojciec zawołał go i wskazał przed siebie pędzlem, którego włosie zbiło się w coś na kształt rogu: „Drzwi w smętnym kolorze dla chłopca w smętnym humorze”. Na wspomnienie nałożył się dobiegający z chałupy głos matki, która podśpiewywała właśnie jakąś wdzięczną melodię. Lucy pogrążył się w odmętach melancholii. Zdawał sobie sprawę z absurdalności tego uczucia; w istocie z rodzicami nigdy nie łączyła go szczególna więź. Ściślej mówiąc, rodzice nigdy nie dbali o niego tak, jak by sobie tego życzył, toteż głębsza relacja między całą trójką zupełnie nie wchodziła w rachubę. Ubolewał więc nad faktem, iż (jak właśnie zauważył) nie ma doprawdy nad czym ubolewać.

Postanowił, że zmitręży nieco czasu, co było jego ulubioną rozrywką. Rozsiadłszy się na odwróconym kuferku i skrzyżowawszy nogi, jak było w modzie, dobył z kieszeni płaszcza nowiutką fajkę. Obchodził się z nią bardzo ostrożnie, niczym z kurczęciem. W fajkę zaopatrzył się zaledwie uprzedniego dnia; nie mając przeto w materii tej jakiego­kolwiek doświadczenia, począł pieczołowicie nabijać ją tytoniem o czekoladowokasztanowym aromacie. Przyłożył zapałkę i jął pykać. Po chwili jego głowę spowijały kłęby wonnego dymu i ów nowy wizerunek wydał mu się bardzo intrygujący; że też nikt akurat nie patrzył i nie mógł poczynić na temat Lucy’ego odnośnej uwagi! Choć ów był wątłej postury, a jego bladą cerę od chorowitej dzielił zaledwie jeden odcień, to jednak nie można mu było odmówić pewnego wdzięku: usta miał pełne, rzęsy czarne i długie, a oczy duże i błękitne. W głębi duszy przypisywał sobie urodę z gatunku nieszablonowych, acz niewątpliwych.

Przyjął postawę człowieka pogrążonego bez reszty w refleksji, choć po prawdzie jego umysł był akurat zupełnie bezczynny. Trzymając główkę fajki w zagłębieniu dłoni, obrócił ją ustnikiem na zewnątrz i umieścił między środkowym a serdecznym palcem. Jął następnie wskazywać ustnikiem tu i ówdzie – tak bowiem czynili palacze, których widywał w gospodzie, gdy objaśniali komuś drogę lub gdy wspomniane przez nich zdarzenie wiązało się z jakimś konkretnym miejscem. Lucy’emu w fajce podobało się przede wszystkim to, że dla jej amatora stawała się przedłużeniem ciała, w pełni sprawnym przydatkiem. Nie mógł się już doczekać momentu, kiedy będzie mógł publicznie użyć jej w ten właśnie sposób; potrzebował tylko widowni, której mógłby coś wskazać, oraz czegoś, co mogłoby stać się owego wskazania przedmiotem. Raz jeszcze się zaciągnął, ale że był do tego nienawykły, zaraz uczuł zawrót głowy i gęsią skórkę; postukał więc fajką o dłoń i kudłaty kłąb klapnął o ziemię niczym zwęglona mysz. Lucy przyglądał się niewyraźnym kosmykom dymu sączącym się z tytoniowych strzępów.

Podnosząc wzrok ku domostwu, Lucy począł w myślach sporządzać katalog rzeczy, które mu się tam przydarzyły. Żywot jego był w dużej mierze samotniczy, choć nieobarczony jakimś szczególnym nieszczęściem. Pół roku temu jednak Lucy zapadł na zapalenie płuc i niemal wyzionął ducha we własnym łóżku; przed oczami miał teraz dobrotliwą facjatę wiejskiego kleryka, księdza Raymonda, który już udzielał ostatniego namaszczenia. Tego dnia ojciec Lucy’ego, zajadły bezbożnik, wróciwszy z pracy w polu i zastawszy w swym domu klechę, wyprowadził księdza za ramię, załatwiając całą sprawę rzeczowo, tak jak wyprasza się kota z izby. Ksiądz Raymond był takim traktowaniem zdumiony; raz po raz spozierał na obcą dłoń ściskającą jego ramię i oczom nie wierzył.

– Przecież syn panu umiera – powiedział (Lucy słyszał to wyraźnie).

– A tobie co do tego? Mniemam, że znasz drogę i dalej już poradzisz sobie sam. Aha, bądź tak dobry i zamknij za sobą drzwi.

Lucy wsłuchiwał się w kroki księdza Raymonda. Brzmiały niepewnie, jak gdyby kleryk powłóczył nogami. Kiedy zasuwka szczęknęła w zamku, ojciec krzyknął:

– Kto tu wpuściłtegoczłowieka?

– Pomyślałam, że nie zaszkodzi! – odkrzyknęła gdzieś z głębi domu matka.

– Ale kto go wezwał?

– Nie mam pojęcia, kochany. Po prostu się zjawił.

– Wyczuł padlinę, sęp jeden – odparł ojciec i buchnął śmiechem.

Tej nocy, leżąc samotnie w swym pokoju, Lucy na własnej skórze doświadczył przedśmiertnej aury. Niczym ktoś, kto w drgawkach wybudza się ze snu, by za chwilę znów się w nim pogrążyć, czuł, że jego dusza prześlizguje się między jednym światem a drugim. Choć stan ów przyprawiał go o trwogę, było w nim też coś miłego, przyjemnie łechcącego. Gdy zegar na wieży wybił drugą, do pokoju wkroczył nieznajomy mężczyzna. Odziany był w bezkształtny wór z materiału przypominającego jutę i miał przystrzyżoną, zadbaną bródkę w kolorze brązu wpadającego w czerń; na wysokości skroni przez przydługie włosy biegł przedziałek, jak gdyby ułożono je przed chwilą za pomocą grzebienia i wody; bose nogi przyozdabiał aż po łydki skawalony, prehistoryczny brud. Osobnik ów przedreptał obok łóżka Lucy’ego, by usadowić się w bujanym fotelu stojącym w kącie. Lucy śledził jego ruchy przez wąziutkie szparki sklejonych powiek. Obecność nieznajomego nie napawała go szczególnym strachem, ale trudno by ją też było nazwać kojącą.

Po jakimś czasie mężczyzna przemówił.

– Dzień dobry, Lucienie.

– Dzień dobry panu – wychrypiał Lucy.

– Co u ciebie?

– Umieram.

Mężczyzna uniósł palec.

– W tej materii akurat nie masz wiele do powiedzenia. – Następnie umilkł i bujał się przez chwilę w fotelu, a czynił to z ewidentnym upodobaniem, niczym ktoś, kto właśnie tę czynność odkrył i znajduje w niej ulgę. Zaraz potem jednak przestał, jak gdyby jego spokój zmąciła jakaś myśl albo wspomnienie. Spochmurniawszy, spytał: – Lucy, czego ty byś chciał od życia?

– Nie umrzeć.

– Ale oprócz tego? Gdyby dane ci było przeżyć, czego byś się spodziewał po swojej przyszłości?

Zgnuśniałe myśli Lucy’ego nie umiały poradzić sobie z uciążliwą łamigłówką tak postawionego pytania. Mimo to odpowiedź zjawiła się sama, wypływając z ust Lucy’ego, jak gdyby nie miał żadnej kontroli nad uczuciem, które ją zrodziło.

– Że coś się wydarzy – odparł.

Mężczyzna w jutowym worze wyraźnie się zaciekawił.

– A więc nie jesteś zadowolony?

– Jestem znudzony. – Gdy tylko Lucy wypowiedział te słowa, uronił pierwsze łzy, wyznanie to bowiem zdało mu się doprawdy żałosne i wstydził się teraz za siebie i za swój nędzny żywot. Był jednak za słaby na to, by się porządnie rozpłakać, więc gdy łzy obeschły, jął wpatrywać się w płomień świecy i w rozdygotane cienie, które co rusz rozbryzgiwały się o bladą szczelinę między ścianą a sufitem. Jego dusza już się miała oswobodzić, kiedy mężczyzna przeszedł przez pokój, ukląkł przy łóżku, usta przyłożył do ucha Lucy’ego i jął wciągać powietrze. Lucy czuł, jak z ciała uchodzi gorączka razem z wszelkimi niewygodami. Nieznajomy, wstrzymując oddech, wyszedł z pokoju i ruszył korytarzem w stronę sypialni rodziców Lucy’ego. Chwilę później ojciec zaczął straszliwie kasłać.

O świcie policzki Lucy’ego znów się zaróżowiły, twarz ojca zaś pobladła i oczy nabiegły mu krwią tam, gdzie z powiek wyrastają rzęsy. Z nadejściem zmierzchu ojciec był już przykuty do łóżka, podczas gdy Lucy stawiał w swym pokoju pierwsze ostrożne kroki. Nazajutrz, gdy słońce wzeszło, Lucy czuł się wyśmienicie, jedynie stawy i mięśnie miał lekko obolałe; ojciec zaś leżał w swym łożu martwy, z twarzą wykrzywioną krwawym grymasem i dłońmi zesztywniałymi w szpony. Jeden z grabarzy, którzy przybyli po ciało, potknął się przy znoszeniu trupa ze schodów i tak wyrżnął głową ojca o kant stopnia, że w czole zrobił się trójkątny wykrot. Mimo to rana nie krwawiła, którego to kuriozum grabarze nie omieszkali gruntownie przedyskutować. Udawszy się śladem tego tercetu, Lucy wyszedł za próg domostwa i patrzył, jak jego skostniałego ojca ładują na brudny wóz. Po chwili pojazd ruszył z miejsca, a trup bujał się raz w tę, raz we w tę, jak gdyby z własnej inicjatywy. Przenikliwy wiatr wdarł się Lucy’emu pod koszulę nocną, a mróz od ziemi dyszał mu chłodem po kostkach. Lucy, podrygując na palcach stóp, czekał, aż przepełni go uczucie skruchy albo czci, ale na darmo. Nie zjawiło się ani wówczas, ani nigdy później.

W ciągu kolejnych paru miesięcy stało się jasne, że matka ma o Lucym coraz gorsze mniemanie. W końcu przyznała, że choć jego winy nie da się udowodnić, to uważa go za częściowo odpowiedzialnego za śmierć ojca, ponieważ chorobę swą przeniósł mimowolnie na zupełnie zdrowego człowieka, sprawiając tym samym, że ów odszedł przed czasem. Lucy pragnął opowiedzieć matce o mężczyźnie odzianym w jutowy wór, lecz miał niejasne przeczucie, że o zajściu tym nie powinien mówić nikomu, a już na pewno nie jej. Okazało się ono jednak ciężkim brzemieniem; nocami Lucy podrywał się z łóżka przy każdym skrzypnięciu starej podłogi. Gdy już zupełnie sobie nie radził, udał się po pomoc do księdza Raymonda.

LUCY NIE MIAŁ wyrobionej opinii na temat Kościoła. „Paw­ła od Szawła bym nie odróżnił” – zwykł mawiać, a było to zaledwie jedno z wielu dowcipnych powiedzonek, które sam wymyślił i które w jego mniemaniu godne były zacniejszej publiczności niż te kobiety o tłustych ramionach, sterczące na placu pod fontanną. Lecz w księdzu Raymondzie było coś, co Lucy’ego ujmowało: jakaś szczerość i najprawdziwsza empatia. Ksiądz Raymond był jednostką moralną i do głębi ludzką: Słowo Boże wypełniał co do joty, a nocami w swych samotnych pokojach czuł, że Duch Święty krąży w jego ciele niczym stadka ptaków. Widok ozdrowiałego chłopaka sprawił klerykowi wyraźną ulgę, choć po prawdzie ulżyłby mu widok jakiejkolwiek żywej duszy. W wiosce mało kto wierzył w Boga, toteż zdarzały się całe dnie, gdy do drzwi księdza Raymonda nie pukał zupełnie nikt. Kleryk usadził więc prędko gościa w salonie, stawiając na stoliku tackę przedpotopowych herbatników, które kruszyły się w drobniutki piach, nim Lucy zdołał przenieść je do ust. Równie mało apetycznie prezentował się czajniczek z bladą herbatą, toteż Lucy rychło odżałował poczęstunek i jął opowiadać o wizycie nieznajomego. Potem spytał, kim mógł być ów mężczyzna, ale ksiądz Raymond miał nietęgą minę.

– A skąd ja miałbym to wiedzieć?

– Zastanawiam się, czy to przypadkiem nie był Bóg – oznajmił Lucy.

Twarz księdza zdradzała powątpiewanie.

– Bóg nie łazi nocą po ludziach, żeby sobie pożonglować choróbskiem.

– No to może Śmierć?

– Niewykluczone. – Ksiądz Raymond podrapał się po nosie. – Niewykluczone też, że był to zwykły rabuś. Na pewno nic wam z domu nie zginęło?

– Ojciec nam zginął.

– Hm – zamyślił się ksiądz. Sięgnął po herbatnika, który natychmiast obrócił się w proch. Ksiądz Raymond strzepnął okruchy z dłoni.

– Coś mi się wydaje, że ten osobnik mnie jeszcze odwiedzi – rzekł Lucy.

– Zapowiedział się?

– Nie. Ale tak jakoś czuję.

– No to się świetnie składa. Kiedy następnym razem ujrzysz tego jegomościa, koniecznie spytaj, kim jest.

Ksiądz Raymond nie zdołał zatem rozwiać obaw Lucy’ego co do mężczyzny w jutowym worze; przysłużył mu się jednak w inny, dość nieoczekiwany sposób. Gdy Lucy wyznał, że nie ma żadnych planów na przyszłość, ksiądz zadał sobie trud sporządzenia listów polecających, które następnie rozesłał do każdego zamku w promieniu stu kilometrów. Tezą owych listów było, iż Lucy odnalazłby się znakomicie w roli takiego bądź innego sługi. Przeszły one wszelako bez echa, z wyjątkiem jednego: odpisał mianowicie Myron ­Olderglough, majordomus posiadłości niejakiego barona von Aux. Majątek ów mieścił się na zupełnym odludziu, pośród szczytów wschodniego pasma gór. Z listu wynikało, iż pana Olderglough ujął zwłaszcza liryczny opis młodzieńca; ksiądz Raymond w swej epistole określił go jako „dryfującą duszę, która tęskni za bezpieczną przystanią”. (Plotka głosiła, że po nocach swego pustelniczego żywota ksiądz Raymond zaczytywał się w powieściach przygodowych, co nie pozostawało ponoć bez wpływu na kształt zarówno jego snów, jak i jawy. Czy była to prawda, nie sposób dowieść; nie ulega jednakowoż wątpliwości, że ksiądz miał słabość do poetyc­kiej frazy). List wieńczyła propozycja zatrudnienia oraz opis warunków płacy. Posada (pan Olderglough użył tu określenia „podmajordomus”, lecz Lucy i ksiądz Raymond zgodnie stwierdzili, że słowo takie nie istnieje) była niepozorna, co znajdowało swe odbicie w wynagrodzeniu. Lucy jednak nic lepszego nie miał do roboty i nigdzie indziej mu się nie spieszyło, a myśl, iż tajemniczy mężczyzna mógłby znów złożyć mu wizytę, nie napawała go szczególną otuchą; postanowił więc rzucić się w objęcia losu i odpisał panu ­Olderglough, oficjalnie poświadczając przyjęcie oferty, która to decyzja pociągnęła za sobą szereg konsekwencji, w tym: prawdziwą miłość, najdotkliwszy zawód sercowy, trwogę pobladłej duszy oraz przemożną żądzę mordu.

LUCY SPOGLĄDAŁ NA WIOSKĘ Bury, która spoczywała (czy raczej skupiła się, bo teraz przypominała mu resztki albo gruzy) w fałdzie doliny. Choć sceneria była nad wyraz malownicza, to widok ciasno stłoczonej osady wywoływał w nim poczucie przegranej i jakiś niejasny wstręt. Czy w ciągu całego życia choć przez chwilę czuł się częścią tej wspólnoty? Odpowiedź brzmiała: nie. W okolicy słynącej z nieokrzesanych olbrzymów Lucy przez sam kontrast jawił się jako okaz wybitnie pośledni. Tańczyć nie potrafił, do wypitki nie miał zdrowia, nie marzyło mu się posiadanie roli ani majątek ziemski, dorastał bez bliskich przyjaciół i żadna z miejscowych dziewcząt nawet na niego nie spojrzała, o względach już nie wspominając – z wyjątkiem Mariny, ale i ów wyjątek okazał się żałośnie krótkotrwały. Lucy zawsze czuł, że od pozostałych mieszkańców wsi dzieli go bardzo wiele; gnębiło go podejrzenie, że znajduje się zupełnie nie tam, gdzie powinien. Przyjąwszy posadę u barona von Aux, przeszedł się po okolicznych domach, by podzielić się nowiną; oczywiście życzono mu wszelkiej pomyślności, lecz życzenia te były dziwnie powściągliwe. Żywot Lucy’ego uważano bowiem za tak nijaki, że mieszkańcom wioski nie chciało się nawet wyrabiać sobie zdania na temat jego wyjazdu.

Naraz otworzyło się okno pokoju Lucy’ego i zjawiła się w nim matka; mocnym ruchem nadgarstków strzepnęła dywanik, który leżał zawsze obok łóżka. Tę eksplozję zgęstniałego kurzu podświetliło teraz słońce; chmura zawisła na moment w powietrzu, a Lucy postąpił nieco do przodu, żeby przyjrzeć się z bliska jej fantazyjnemu zstąpieniu. Gdy owe szczątki (jego własne) obsypały mu włosy i ramiona, matka zauważyła go i spytała:

– Ty wciąż tutaj? Nie spóźnisz się na pociąg?

– Jeszcze jest czas, mamo.

Zmierzyła go zdumionym spojrzeniem, a następnie zniknęła w środku, pozostawiając na oknie dywanik, który zwisał z parapetu niczym cielęcy jęzor. Lucy jeszcze przez chwilę kontemplował opustoszałe okno, po czym z największym trudem oderwał od niego wzrok i chwycił kuferek. Ścieżka wiodła wśród drzew, schodząc w głąb doliny, aż do stacji kolejowej.

Po drodze natknął się na człowieka idącego w odwrotnym kierunku. Mężczyzna ów w jednej dłoni dzierżył sfatygowaną torbę na ramię, w drugiej zaś prowizoryczną laskę. Cerę miał jak u parobka, ale ubrany był odświętnie; kiedy ujrzał Lucy’ego, przystanął i utkwił wzrok w ­kuferku, jak gdyby coś go w tym przedmiocie zaniepokoiło.

– Wziął pan pokój u państwa Minorów? – spytał.

Lucy nie pojął zrazu, w czym rzecz.

– Czy wziąłem…? Nie, ja się właśnie stamtąd wyprowadzam.

Mężczyzna wyraźnie się uspokoił.

– A więc nadal mają tam pokój do wynajęcia?

Lucy przechylił głowę na bok, zupełnie jak pies, który słyszy odległy gwizd.

– Od kogo pan się o tym pokoju dowiedział?

– Od samej właścicielki. Wczoraj wieczorem przechodziłem akurat koło gospody, kiedy rozwieszała ogłoszenia.

Lucy obejrzał się w stronę chaty, choć zza drzew nie było jej już widać. Gdy zeszłego wieczoru zagadnął matkę o to, dokąd się wybiera, odparła, że musi się trochę przewietrzyć.

– Wydała mi się uczciwą niewiastą – stwierdził mężczyzna.

– Nieuczciwa nie jest – odparował Lucy, wciąż spoglądając w górę ścieżki.

– A więc pan właśnie dziś się stamtąd wyprowadził?

– Tak, dosłownie przed chwilą.

Ściszając głos, mężczyzna rzucił porozumiewawczo:

– Ale nie dlatego, że nie odpowiadała panu kwatera?

Lucy przeniósł wzrok z powrotem na parobka.

– Nie.

– Czasem się człowiek zbyt późno zorientuje. Tak było z moją poprzednią stancją. Pod koniec skąpiono mi tam jedzenia, jakbym był niewolnikiem.

– U Minorów będzie się panu wiodło.

– Wydała mi się uczciwą niewiastą – powtórzył przybysz. – Oby tylko nie miała pretensji, że zgłaszam się za wcześnie. Doświadczenie nauczyło mnie, że z takimi sprawami lepiej nie zwlekać. – Machnął w kierunku zbocza góry. – Tędy, prawda?

– Tą ścieżką zajdzie pan pod sam dom – odrzekł Lucy.

– Dziękuję zatem, młodzieńcze, i życzę wszystkiego dobrego. – Mężczyzna skłonił się i ruszył dalej. Już miał zniknąć za zakrętem, kiedy Lucy zakrzyknął do niego:

– A może pan szanowny wspomnieć jej, że mnie spotkał po drodze? Naturalnie, wspomnieć gospodyni?

– Jeśli takie jest pańskie życzenie. – Mężczyzna przystanął. – Ale o kim mianowicie mam wspomnieć?

– Niech pan powie, że spotkał pan Lucy’ego. I nadmieni, o czym rozmawialiśmy.

Parobek najwyraźniej uznał tę prośbę za kuriozalną, ale uchylił kapelusza.

– Masz to pan jak w banku!

Gdy mężczyzna zniknął za drzewami, Lucy’ego nawiedziła nikczemna myśl; i dokładnie w chwili, kiedy osiągnęła swe apogeum, dokoła zaroiło się od podmuchów wietrzyska. Powietrzny słup za cel obrał sobie pierś i twarz Lucy’ego. Niekiedy zdarzało się bowiem, że dmący wiatr brzmiał w jego uszach jak bezdźwięczny komentarz do tego czy innego zamiaru lub postępku. Czy wiatr był z nim w zgodzie, czy nie – któż to mógł wiedzieć? Z pewnością nie Lucy; ale też nie trapił się tym zbytnio. Ruszył dalej w dół zbocza, a jego umysł był jak bęben, jak pięść, jak przepełniony żagiel: brzemienny w energię i impet.

W każdym razie Lucy już na pewno się nie nudził.

POSTANOWIWSZY ZŁOŻYĆ MARINIE pożegnalną wizytę, Lucy udał się do jej chaty, choć nie był pewien, czy ją zastanie. Na ganku nie było ani śladu gargantuicznych buciorów Tora, więc Lucy zapukał do drzwi, po czym oparł się o framugę jak ktoś, kto akurat przechodził obok. Lecz gdy Marina otworzyła drzwi, promieniała tak naturalnym pięknem, że w jego oczach musiały odbić się prawdziwe uczucia: niejednorodna mieszanina uwielbienia i goryczy. W Marinie zaś wizyta Lucy’ego najwyraźniej nie wzbudzała żadnych uczuć. Wskazując kuferek, spytała:

– Wybierasz się gdzieś?

A więc nie wiedziała nawet o jego wyjeździe!

– Tak – odparł. – Wzywają mnie na Zamek von Aux. Zapewne słyszałaś o tym miejscu?

– Nie słyszałam.

– Coś podobnego? To na wschodzie, w wysokich górach. Ponoć niezwykle malownicza okolica.

– Naprawdę nic mi to nie mówi, Lucy. – Zupełnie obojętny wzrok Mariny błądził gdzieś ponad jego ramieniem, próbując zaczepić się na czymkolwiek innym. – I co zamierzasz porabiać w tym niezwykle malowniczym i osławionym zamku?

– Mam objąć posadę podmajordomusa.

– A cóż to takiego?

– To jak majordomus. Mniej więcej.

– Coś mi się wydaje, że mniej.

– Będę pracował u jego boku.

– Chyba pod jego butem. Raczej tak to brzmi. – Rozwiązała sznurek fartucha, a potem związała go ponownie, ciaśniej opinając materiał wokół filigranowej talii. – A płaca?

– Uczciwa.

– Ale jaka suma?

– Bez wątpienia uczciwa. Ponadto otrzymałem bilet pierwszej klasy, co poczytuję za miły gest. Najwyraźniej mój komfort leży pracodawcom na sercu.

W rzeczywistości z zamku posłano mu jedynie mizerną zaliczkę, która nie wystarczyła nawet na bilet klasy trzeciej; Lucy musiał zadłużyć się u matki, by pokryć resztę.

Marina spytała:

– Jak właściwie dostałeś tę posadę?

– Z pomocą przyszedł mi zacny ksiądz Raymond.

Wydymając usta w pogardliwym uśmiechu, odparła:

– Naprawdę? Ten szmatławy pajacyk? Ten pokruszony suchar? – Rozbawiło ją to do tego stopnia, że śmiała się głośno i przeciągle. Lucy nie potrafił pojąć, w jaki sposób śmiech tak radosny i uroczy może dobywać się z istoty tak chciwej i antypatycznej. Kolejną rzeczą, która przekraczała granice jego pojmowania, było to, jak może odczuwać tak przemożny pociąg do kogoś, kto (wszak widać to było gołym okiem) jest do cna zepsuty.

Powiedział:

– Możesz się z niego natrząsać ile wlezie, ale on przynajmniej starał się mi pomóc, czego o nikim innym tu powiedzieć nie można.

Ponieważ Marinie było wszystko jedno, słowa Lucy’ego jej nie dotknęły. Spojrzała przez ramię w głąb korytarza i wyglądało na to, że szykuje się pożegnanie. Do tego jednak Lucy nie mógł jeszcze dopuścić. Obmyśliwszy strategiczny manewr, wydobył zza pazuchy fajkę i wskazał cybuchem skłębione chmurzyska u krańca doliny.

– Na deszcz się zbiera – rzucił. Lecz Marina ani myślała patrzeć na niebo; nie mogła oderwać wzroku od fajki.

– Kiedy to zacząłeś palić fajkę? – spytała.

– Dość niedawno.

– Jak niedawno?

– W sumie to całkiem niedawno.

Ze wzrokiem nieco mglistym, jakby nie całkiem przytomnym, wyszeptała aksamitnie:

– Tor pali papierosy. Zwija je jedną ręką, o tak. – Przesunęła wszystkimi palcami po kciuku, naśladując ów grymas samozadowolenia i pewności siebie, który był dla Tora tak charakterystyczny. – A wiesz, że już wstępnie rozmawiał z Schultzem o przejęciu gospodarstwa?

Lucy nie miał o tym pojęcia. Jego umysł zalała teraz fala obelg i epitetów; Schultz był wszak właścicielem najprzedniejszej ziemi w całym Bury. Lucy zdołał jednak utrzymać język za zębami, ponieważ zależało mu na tym, by rozstanie z Mariną odbyło się bez sprzeczek. Nie kierował się w tym bynajmniej wielkodusznością; chciał jedynie, by Marina, gdy już zorientuje się, że Tor zrujnował jej życie (co do tego bowiem, że tak będzie, Lucy nie miał najmniejszych wątpliwości), i gdy znów zostanie sama, przypomniała sobie jego dobre maniery i żeby gorycz żalu przez długi czas nie dawała jej spokoju. Przyjmując zatem rzeczowy ton, powiedział:

– To wspaniale, że tak się Torowi układa. A raczej, że układa się wam obojgu. Mam nadzieję, że będziecie razem bardzo szczęśliwi.

Marinę wzruszyły te słowa. Podeszła do Lucy’ego, by go objąć.

– Dziękuję ci, Lucy – rzekła. – Dziękuję. – Jej włosy musnęły jego policzek, a szyję owiał jej oddech. Tę nieoczekiwaną bliskość uczuł w samym dołku, jak uderzenie w dzwon. W jednej chwili przypomniał sobie cały ich romans, który rozegrał się poprzedniej wiosny.

Na początku było dużo spacerowania po lesie, trzymania się za ręce i tęsknego spoglądania w oczy. Po miesiącu Marina pojęła, że bez odpowiedniej zachęty Lucy’emu nie przyjdzie do głowy, by się z nią kochać, toteż postanowiła odpowiednio go zachęcić. Zgorszenie Lucy’ego było tyleż gwałtowne, co krótkotrwałe. Odtąd do porządku dziennego weszła rozpusta wśród bujnych łąk na zboczach doliny rozciągających się poniżej wioski. Lucy’emu ogromnie ulżyło, że wreszcie i on ma swój udział w miłosnej przygodzie, a przy tym pewien był, że Marina ma zadatki na wierną żonę. Kiedy tak leżeli nadzy w trawie, a chmury po krowiemu wędrowały nad górskimi wierzchołkami, on dumał nad ich wspólną przyszłością. Ile będą mieć dzieci? Otóż będą ich mieć dwoje: chłopca i dziewczynkę. Będą wiedli prosty żywot. Lucy zostanie nauczycielem albo szewcem, albo poetą – w każdym razie znajdzie sobie jakieś zajęcie, które nie będzie wymagało zbyt wielkiego wysiłku. Co wieczór będzie wracał do ich skromnego domostwa, a rodzina będzie się przy nim tłoczyć, sadzając go w ulubionym fotelu przy kominku. Czy życzyłby sobie filiżankę herbaty? Ależ z przyjemnością, pięknie dziękuję! Co by powiedział na rogalika? Ha, czemu by nie? Rojenia te Lucy przeżywał całym ciałem; przyjemne podniecenie rozchodziło się od ramion aż po podbicia pięt, a palce stóp podkurczały się w promieniach słońca.

W zasadności owych wizji życia szczęśliwego umacniały go kontakty łąkowe z Mariną, które jego zdaniem układały się wprost wybornie. Lecz kiedy któregoś popołudnia podzielił się z nią tym spostrzeżeniem, wyraźnie spochmurniała. Spytał, o co chodzi, a ona odrzekła:

– No wiesz, Lucy… naprawdę, nie musisz tak się ze mną cackać.

Wkrótce potem odprawiła go z kwitkiem, a Lucy, pogrążony w najczarniejszej rozpaczy, przez wiele miesięcy medytował nad tymi osobliwymi słowami, i to tak gorliwie, że niemal zupełnie straciły sens. Mimo to nigdy nie zdołał odgadnąć, czego właściwie było jej brak. Teraz jednak dotarło do niego z całą mocą, że dłonie Tora porasta gąszcz brązowych kędziorów, spalonych słońcem na blond, jak również, że w jego łapsku kufel z piwem przypomina raczej naparstek. Lucy nie cierpiał Tora, dlatego też postanowił w tej chwili wygłosić na jego temat jakieś niebagatelne łgarstwo. ­Marina właśnie się żegnała, kiedy Lucy powiedział:

– Nim jednak pójdę, muszę ci coś wyznać o tym twoim Torze.

– Ach tak?

– Tak się nieszczęśliwie składa. Nawet, rzekłbym, bardzo nieszczęśliwie.

Marina skrzyżowała ręce na piersi.

– Cóż to takiego?

Lucy zastanowił się przez chwilę. Gdy już kłamstwo objawiło mu się w pełnej krasie, złożył dłonie w solennym geście i odrzekł:

– Otóż wiem z zaufanego źródła, że Tor zaręczył się w Horning z inną kobietą.

Roześmiała się.

– Kto ci naopowiadał takich głupstw? To nieprawda!

– Obawiam się, że jednak prawda. I taka jest właśnie przyczyna mojej dzisiejszej wizyty. Wyprowadzam się z Bury na dobre, ale zdzierżyć nie mogłem, że się z ciebie robi idiotkę.

– Niby że ja jestem idiotką?

– Zrobisz z tą informacją, co zechcesz.

Odparła:

– Coś mi się widzi, że jesteś zwyczajnie zazdrosny o Tora.

– To akurat się zgadza, Marino. Jestem zazdrosny o Tora. Ale od tej zazdrości o wiele silniejsza jest pogarda, jaką do niego czuję. Bo gdybyś była moja, nie paradowałbym po Horning z inną kobietą uwieszoną na mym ramieniu i nie przedstawiałbym jej wszem wobec jako tej, którą niebawem poślubię. O ile mi wiadomo, jest o parę lat młodsza od ciebie.

Lucy, kiedy się naprawdę postarał, bywał łgarzem wytrawnym, tego rzadkiego sortu, co to udając rozbrajającą szczerość, serwuje człowiekowi fakty zupełnie na bakier z prawdą. Zorientowawszy się, że Marina zaczyna traktować jego wynurzenia poważnie, brnął dalej:

– Wieść niesie, że posag również jest niczego sobie. W pewnym sensie trudno Tora winić.

– Dość już, Lucy – odparła. – A teraz powiedz, że to stek kłamstw. Przyznasz, że tak jest?

– Gdybym tylko mógł! Ale to niemożliwe, gdyż mowa o faktach, a ja zawarłem z tobą kiedyś pewien układ. Przypominasz sobie?

Zatrzepotała powiekami, rozglądając się dokoła; nie słuchała uważnie.

– Jaki znowu układ? – wyszeptała.

– Poprosiłaś mnie, bym zawsze był z tobą szczery, a ja poprzysiągłem ci, że tak będzie. Marino, na pewno to pamiętasz. Wszak i ciebie ten układ miał obowiązywać.

Jej oczy były puste i markotne. Teraz już wierzyła każdemu słowu.

– Lucy… – powiedziała.

– Żegnaj! – odparł i odwróciwszy się, ruszył w drogę.

Maszerując krokiem sprężystym niczym u źrebięcia, dumał: „Jakąż niezwykłą rzeczą jest kłamstwo!”. Zastanawiał się, czy nie jest ono aby najdonioślejszym osiągnięciem ludzkości, i po pewnym namyśle musiał przyznać, że tak się właśnie sprawy mają. Przyszłość napawała go niezmąconym entuzjazmem, i byłaby to doprawdy triumfalna rejterada, gdyby nie fakt, iż uprzedniej nocy w odległym o dwieście kilometrów Ravensburgu pomocnik maszynisty uparł się, by po kolacji zjeść dokładkę sera.

Eirik i Alexander

KIEDY EIRIK, POMOCNIK maszynisty, dowiedział się, że to jego młodszy stażem kolega Alexander dostanie awans, poszedł rozpamiętywać żale w gospodzie. Dla Eirika, z racji jego starszeństwa i lat lojalnej wysługi, był to oczywisty policzek. Zdążył już uraczyć się dziewięcioma kieliszkami śliwowicy, kiedy do gospody wszedł Alexander, przywitał się ze wszystkimi nieznacznym skinięciem głowy, ale nie obwieścił wszem wobec swojego awansu, co rozdrażniło Eirika jeszcze bardziej, bo już na pierwszy rzut oka widać było, że jego kolegę rozpiera duma. Alexander zasiadł obok niego i położył mu dłoń na plecach. W geście tym Eirik wyczuł sporą dozę litości, więc wzruszył ramieniem, by pozbyć się natrętnego brzemienia. Alexander zaproponował, że postawi Eirikowi kolejkę, ale ten odmówił.

– Dziękuję ci bardzo, aż tak jeszcze nie zbiedniałem.

– Życzyłbym nam obu, żebyś podszedł do tego rozsądniej – powiedział Alexander.

– Cóż, pobożne życzenia to smutna rozrywka – odparł Eirik. – Zaufaj ekspertowi.

Na to Alexander spoważniał, a w jego głosie pojawiła się ostrzejsza nuta, którą Eirik słyszał po raz pierwszy.

– Słuchaj no. Musimy ze sobą współpracować. Nie tylko jutro rano, ale i każdego kolejnego ranka. Dogadywaliśmy się zawsze niezgorzej i naprawdę mam nadzieję, że nie będzie teraz między nami nieporozumień.

Eirik złapał się na tym, że patrzy na zwały różowej jak u bobasa skóry na szyi rozmówcy, rozważając przyjemność, z jaką zacisnąłby na nich palce. I tak jak z nagłym niepokojem zdajemy sobie sprawę, że zostawiliśmy uchylone drzwi od domu, tak Eirik zrozumiał, że mógłby uśmiercić Alexandra: nie żeby faktycznie miał taki zamiar, niemniej jednak taka możliwość istniała.

– Z mojej strony nieporozumień na pewno nie będzie – powiedział Eirik, po czym wstał od stołu, życząc wszystkim dobrej nocy, wykonał przesadny ukłon i przecisnął się między stołami do wyjścia na ulicę. Udał się do domu na kolację, ale i tam nie zaznał ukojenia; wydzielona mu przez żonę skąpa porcja sera tylko pogorszyła już i tak paskudny nastrój. Żona zawsze skąpiła mu sera, ale tego wieczoru przydział był jeszcze skromniejszy niż zwykle. Eirik siedział przy stole sam, ze wzrokiem utkwionym w pustym talerzu, i rozwijał wypracowaną na własny użytek teorię, wedle której jego żona sama potajemnie pałaszowała ser, kiedy on był w pracy.

– Jeszcze sera! – zawołał.

Jej głos, dobiegający ze spiżarni, był wyprany z emocji.

– Nie ma już.

– Jak to możliwe, do cholery, żeśmy w niespełna pół miesiąca zeżarli całe koło sera?

– No co ja ci mam powiedzieć? Żresz, to potem nie ma.

– Ale ja właśnie nie żrę! W tym sęk. – Podreptał do kuchni. Jego żona odstawiała właśnie talerze na półkę, plecami do niego. – To ty żresz!

Jej plecy zesztywniały. Odwróciła się, żeby omieść go pogardliwym spojrzeniem, ponieważ wstrętem napawało ją w nim doprawdy wszystko: niewyraźny podbródek, kwaśna woń, koślawe wąsy i przygarbione plecy. Było prawdą, że wyjadała po kryjomu ser. Kiedy tylko drzwi zamykały się rano za Eirikiem, dopadała skrzętnie ukrytego koła, odłamywała pokaźny kawałek i delektowała się nim, zaszywszy się uprzednio w pewnym zakamarku, który służył w ich domu jedynie tym samotnym i samotniczym poczynaniom. Żaden niemal aspekt życia nie przynosił jej satysfakcji, a pałaszowanie sera stanowiło jedną z bardzo nielicznych przyjemności. Teraz jednak zanosiło się na to, że i ta przyjemność zostanie jej odebrana. „No dobrze – myślała. – Bierz i to, nawet tę resztkę mojego szczęścia”. Z czeluści kredensu wydobyła ukryte zapasy sera i rozłożyła na blacie, by następnie udać się na stryszek, gdzie w samotności zaniosła się niepohamowanym szlochem, użalając się nad sobą tak, że nikt by jej nie dorównał.

Eirik postał przez chwilę w kuchni, kołysząc się miarowo i przysłuchując rwanym, dławionym lamentom żony. Zdawał sobie sprawę, że należałoby ją jakoś pocieszyć, ale chęci do takich działań całkowicie mu brakowało, za to nie lada podniecenie wywoływała w nim nieoczekiwana nadwyżka goudy. „Potem może do niej zajrzę, a najpierw przekąska” – pomyślał, kładąc ser na stole w jadalni. Skonsumował pół koła, tudzież butelkę wina z czarnego bzu, po czym omdlał na krześle. We śnie nawiedził go cały szereg straszliwych wizji: Alexander wściekle kopulował z jego żoną, pożerając należący do niego (Eirika) ser; jego żona leżała naga na stole, a Alexander nożem do obierania warzyw wycinał z jej obfitych białych łydek eleganckie porcje, bo cała była z sera; jego członek był z sera i ułamał się, kiedy Eirik próbował oddać mocz; jego członek był z sera, a jego żona odgryzała kawałki, kiedy spał. Koszmary te nie dawały mu spokoju przez całą noc, tak więc gdy rano wychodził do pracy, doskwierał mu nie tylko ból głowy, ciężkiej od wina i śliwowicy, ale i mocno nadszarpnięte poczucie wewnętrznego spokoju.

Na stacji zjawił się dziesięć minut po czasie, z przekrwionymi oczami i nimbem wyziewów nad głową. Alexander połapał się, co doskwiera koledze, i uczuł zawodowy przymus, by udzielić mu nagany.

– A więc wczoraj na tej śliwowicy się nie skończyło? – spytał.

– Zrobiłem, co musiałem.

– A teraz?

– Teraz będę kontynuował.

A zatem niezbyt fortunny początek! Podczas kolejnych godzin rozmawiali niewiele. Ból i zniewaga nie dawały o sobie zapomnieć, ale Eirik czuł, że jakoś dobrnie do końca tego dnia, a następny nie będzie już tak okropny. Czas mijał, a on rozmyślał nad cudownością tego kieliszka śliwowicy, który zawsze wypijał po pracy – tego pierwszego kieliszka – i o tym, jak płyn sączył mu się do gardła, pokrywając jego ścianki palnym żarem; kiedy Eirik potem wypuszczał powietrze, w nosie i ustach wciąż tliła się woń wędzonej śliwki. Ten pierwszy kieliszek śliwowicy zawsze działał zgoła ożywczo; teraz Eirika stopniowo wypełniła szczera, nieskomplikowana przyjemność czekania na wizytę w gospodzie. Ponieważ złość nieco ustąpiła, postanowił, że wracając stamtąd, kupi żonie całe koło sera i nawet zachęci ją, by jadła ile dusza zapragnie, i to na widoku – niech tylko jemu także zostawi jakiś słuszny kawałek. A jak zabraknie, to i cóż, że będą musieli kupić następne koło? Co prawda był tylko pomocnikiem maszynisty, ale zarabiał przyzwoicie i od czasu do czasu mogli sobie przecież pozwolić na odrobinę ekstrawagancji, byle nie wydać zbyt dużo naraz. Ładując węgiel, Eirik odnalazł wreszcie swój zwyczajowy rytm i teraz płomienie tańcowały i furczały w piecu jak należy. Pot zalewał mu oczy, cieknąc po nosie i podbródku, ale i to mu nie przeszkadzało. „Życie to nie aż taka gehenna – pomyślał. – Lekko nie jest, ale w przeciwnym razie jakże by było nudno!” Zaczął pogwizdywać, a to oznaczało, że jest zadowolony.

Alexander wyczuł zmianę w nastroju kolegi i sam nieco się uspokoił. Pozwalając myślom swobodnie dryfować, począł dumać nad trudami swej młodości: matka zmarła raptem parę miesięcy po porodzie; ojciec, przez żałobę zupełnie zbity z pantałyku, któregoś dnia po prostu przepadł i nigdy już nie dał najmniejszego znaku życia. Alexandrowi od najwcześniejszych dni wpajano do głowy, że bez względu na to, jaki kształt przybierze jego życie, tylko i wyłącznie od niego zależeć będzie, jak je sobie wyrzeźbi. Jakżeby więc miał nie czuć się dumny, skoro zdobył posadę maszynisty? Jego uczucia były zatem jak najbardziej na miejscu; błąd polegał jednak na tym, że na pół godziny przed postojem w Bury postanowił dać swemu zadowoleniu wyraz.

– Mój dziewiczy kurs! – oznajmił. – Przyznać trzeba, że miło jest być maszynistą. – Odwrócił się ku Eirikowi, który milczał, z kamienną miną wpatrując się w dal. Alexander dodał: – Cóż to, stary druhu, nie wolno mi się trochę poprzechwalać?

– A przechwalaj się do woli – odparł Eirik. – Mnie nic do tego.

– Nie mógłbyś się ucieszyć wraz ze mną?

– Kto powiedział, że się nie cieszę?

– Po czym miałbym to niby poznać?

Eirik wbił łopatę w kopkę węgla.

– No dobrze, to czego byś sobie życzył? – spytał.

Alexander zmieszał się.

– Zazwyczaj gdy człowiekowi się poszczęści, koledzy składają mu gratulacje.

Na dźwięk tego ostatniego słowa nastrój Eirika na powrót osunął się w mrok, a śmiertelna trucizna poczęła znów przesączać się do najgłębszych pokładów jego duszy. Szyja Alexandra z pewnością była miękka jak aksamit; palce Eirika poczęły drżeć i zaciskać się w powietrzu. Wrócił do gorączkowego przerzucania węgla; pociąg gnał dalej przed siebie, a Eirik czekał, aż fala nienawiści opadnie, lecz to wcale nie następowało. W istocie fala ta sięgała coraz wyżej i wyżej, aż wreszcie całkowicie go przykryła. Dał więc za wygraną i czekał już tylko na najdogodniejszą chwilę, by się tego uczucia pozbyć.

Pociąg wtoczył się na stację w Bury. Alexander wyjrzał przez okno; całe jego jestestwo wyrażało spokój. Odwrócił się do Eirika, chcąc wypowiedzieć parę słów zachęty lub też poczynić jakiś drobny komplement, i wówczas dostrzegł, że jego towarzysz bacznie mu się przygląda, a jego oczy są straszliwe, szaleńcze, w groteskowy sposób odmienione. Zaniepokoiło to Alexandra, toteż spytał:

– O co chodzi?

– Chcesz, żebym ci pogratulował? – odparł Eirik.

– Nie uważasz, że się należy?

– Należy się, jak najbardziej. Tylko czyśpewien, że tego chcesz?

Cóż to za osobliwe gierki? Czy Eirik zamierzał potraktować go pięściami? Lepiej więc mieć to już za sobą. Alexander był mężczyzną tęgawym, acz krzepkim i w gospodzie widział niejedną bitkę, toteż nie obawiał się nieszczęsnego sknerusa, którego miał teraz przed sobą. Kładąc dłoń na dźwigni hamulca i chwytając ją mocno, przyjął postawę wyprostowaną i pewną, po czym powiedział:

– Tak, Eiriku, jestem pewien. Dalej więc, do dzieła.

Łopata do węgla wystawała ze skrzyni tak jakoś na ukos. Opowiadając wszystko później towarzyszowi celi, Eirik zwykł spekulować, że przechylona była niejako ku niemu, oferując mu swoje usługi. Zamachnął się, łopata wytyczyła prędki, ciasny okrąg i kant ostrza całym ciężarem spadł na dłoń Alexandra, odcinając gładko trzy pierwsze palce, czwarty zaś pozostawiając, by dyndał w tę i we w tę jak na zawiasie. Alexander gapił się na krew sączącą się z kikutów, a minę miał taką, jakby mu iluzjonista pokazał skomplikowaną sztuczkę.

– Gratuluję – powiedział Eirik. Zebrał palce na ostrze łopaty i cisnął je do buzującego pieca.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

[email protected]

Sekretarz redakcji: [email protected]

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa

tel./fax +48 22 621 10 48

[email protected],[email protected]

[email protected],[email protected]

[email protected]

Dział marketingu: [email protected]

Dział sprzedaży: [email protected]

[email protected],[email protected]

Audiobooki i e-booki: [email protected]

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52

[email protected]

Wołowiec 2016

Wydanie I