Podejrzany - Fiona Barton - ebook + książka

Podejrzany ebook

Fiona Barton

4,0

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Po zaginięciu dwóch osiemnastolatek podczas wakacji w Tajlandii ich zrozpaczone rodziny znajdują się nagle w centrum uwagi mediów z całego świata.

Reporterka Kate Waters zawsze daje z siebie wszystko, żeby jako pierwsza opublikować artykuł na gorący temat, pierwsza zdobyć wywiad na wyłączność, pierwsza odkryć prawdę – nie inaczej jest tym razem. Jednocześnie nie może jednak przestać myśleć o własnym synu, którego nie widziała od dwóch lat, kiedy rzucił studia i postanowił podróżować po świecie. Tym razem sprawa jest więc osobista.

W ramach odkrywania kolejnych szczegółów sprawy zaginionych dziewczyn wszyscy się przekonają, że mimo tak dużego dystansu geograficznego niebezpieczeństwo może czaić się zaskakująco blisko…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 435

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




CZĘŚĆ PIERWSZA

W pogoni za tematem

Rozdział 1

Niedziela, 27 lipca 2014 roku

Reporterka

Telefon dzwoni o trzeciej nad ranem. Ostry dzwonek wyrywa nas ze snu.

Sięgam na szafkę nocną, żeby go uciszyć.

– Halo? – szepczę.

Odpowiadają mi szmery i trzaski. Przyciskam słuchawkę mocniej do ucha.

– Kto mówi?

Czuję, że Steve obraca się w moją stronę, ale nic nie mówi.

Szum przycicha i słyszę jakiś głos.

– Halo? Halo? – powtarza, jakby mnie szukał.

Siadam w łóżku i zapalam lampkę. Steve z jękiem zasłania sobie oczy.

– Kate? Co się dzieje? – pyta.

– Kto mówi? – powtarzam. Ale wiem. – Jake?

– Mamo – słyszę głos, zniekształcony przez odległość, „albo przez alkohol” – myślę cierpko. – Przepraszam, że zapomniałem o twoich urodzinach – dodaje.

Na linii znów coś trzeszczy i już go nie ma.

Patrzę na Steve’a.

– To on? – pyta.

Kiwam głową.

– Przeprosił, że zapomniał o moich urodzinach…

Nasz starszy syn zadzwonił pierwszy raz od siedmiu miesięcy. W międzyczasie wysłał trzy mejle, ale z góry nas uprzedził, że nie będzie dostępny pod telefonem. Mówił, że tylko byśmy go stresowali ciągłymi telefonami. Miał się sam z nami kontaktować.

Ostatni raz zadzwonił w pierwszy dzień Bożego Narodzenia. Mieliśmy nadzieję, że spędzi święta z nami, rozrywając z hukiem kolejne cukierki z niespodzianką i przyrządzając swoje zabójcze grzane wino. Najpierw mu to zasugerowaliśmy, potem wysyłaliśmy błagalne mejle, a w końcu nawet pieniądze na samolot przez Western Union, kiedy wydawało się, że zaczyna się łamać. Pieniądze odebrał. Oczywiście. Ale nie przyjechał, a w świąteczny poranek uraczył nas ledwie dziesięciominutową rozmową. Odebrał Steve i pierwszy z nim rozmawiał, podczas gdy ja stałam nad nim niecierpliwie, potem Jake poprosił do telefonu Freddiego, swojego młodszego brata, a dopiero na końcu własną matkę.

Przytuliłam słuchawkę, jakbym czuła jego ciężar i ciepło, starałam się raczej słuchać, niż mówić. Ale z upływem kolejnych sekund odliczanych przez aparat gdzieś w budce telefonicznej ciągle był oschły i zdystansowany, a mnie włączył się tryb przesłuchania.

– To gdzie teraz jesteś, kochanie?

– Tutaj – odparł ze śmiechem.

– Ciągle na Phuket?

– Tak, tak.

– Pracujesz?

– Tak, pewnie. To tu, to tam.

– A co z pieniędzmi?

– Radzę sobie, mamo. Nie martw się o mnie. Niczego mi nie trzeba.

– Jeśli tylko jesteś szczęśliwy… – usłyszałam swój głos. Tchórzliwy frazes.

– Jestem.

Kiedy odłożyłam słuchawkę, Freddie wsunął mi do ręki kieliszek prosecco i pocałował w policzek.

– Spoko, mamo. Wszystko w porządku. Świetnie się bawi i grzeje na słońcu, a my tu tkwimy w tej szarówie i deszczu.

Ale w głębi duszy wiedziałam, że wcale nie jest w porządku. W jego głosie pojawiła się jakaś ostrożność, nieufność. I ten nerwowy śmiech. Nie brzmiał już jak mój Jake.

Rozdział 2

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Matka

Lesley jeszcze raz przejrzała skrzynkę odbiorczą. Na wypadek gdyby coś przegapiła. Wiedziała, że to niemożliwe, ale gdyby przestała sprawdzać, to oznaczałoby, że muszą zacząć działać. Tak uzgodnili. Malcolm stał za nią, śledził każdy jej ruch. Czuła bijące od niego napięcie.

– I co? – zapytał.

– Nic.

– Dzwonię na policję.

Pokiwała głową. Jeszcze nigdy nie musieli dzwonić na policję, przez całe wspólne życie. Policja należała do innego świata, tego z telewizji i gazet. Nie do ich świata. Kiedy Malcolm sięgnął po telefon, zaczęła się cała trząść. Chciała mu powiedzieć, żeby zaczekał. Żeby dali sobie jeszcze jeden dzień. Nie uruchamiali tej lawiny. Nie ściągali jej na własny dom.

– Mal – powiedziała, ale on zgromił ją wzrokiem i wybrał numer. Słyszała buczenie lodówki i warkot samochodu przejeżdżającego za oknem. Życie toczyło się jak zawsze.

– Dzień dobry, chciałbym zgłosić zaginięcie córki – usłyszała jego głos. Tamto życie właśnie się skończyło.

– Tydzień temu. Od tygodnia nie mieliśmy żadnego kontaktu ani z nią, ani z koleżanką, która tam z nią jest – mówił. – Wczoraj ogłoszono wyniki egzaminów końcowych, a ona się nadal nie odzywa.

– Alexandra O’Connor.

– W maju skończyła osiemnaście.

„Upiekłam jej ten tort z lukrem – myślała Lesley. – Zupełnie nie przypominał Eda Sheerana, jeśli nie liczyć rudych włosów, ale Alex i tak była zachwycona”.

Z zamyślenia wyrwał ją głos męża.

– Przepraszam, myślałem, że powiedziałem. Jest w Tajlandii, pojechała na wakacje z koleżanką, Rosie Shaw. Kiedy ostatnio pisała, były w Bangkoku.

Przez kolejne dwadzieścia minut Malcolm przedstawiał całą sytuację, podawał swoje dane i wysłuchiwał rad rozmówcy. Kiedy się rozłączył, potarł powieki i przez chwilę nie odrywał dłoni od oczu.

– I co? Co powiedzieli? – spytała Lesley podniesionym głosem, zmienionym przez panikę. – Z kim rozmawiałeś? No powiedz coś!

Mąż poderwał głowę i spojrzał na nią tak, jakby chciał się upewnić, że to naprawdę jego żona krzyczy na niego piskliwie w ich kuchni.

– Zapisali wszystkie informacje, kochanie. Słyszałaś przecież. Rozmawiałem z jakąś sierżantką. Zara Salmond, zapisałem sobie. – Sięgnął na blat i podał jej karteczkę samoprzylepną. – Zobacz.

Lesley odepchnęła karteczkę, która spadła na wyłożoną kafelkami posadzkę.

– Nieważne. Co powiedziała ta Zara? Jak zamierzają znaleźć Alex i Rosie?

Malcolm schylił się, podniósł karteczkę i położył ją z powrotem na blacie. Lesley miała ochotę go uderzyć.

– Malcolm!

– Przepraszam, kochanie, ale będzie nam potrzebne jej nazwisko i numer telefonu. – Mówił powoli, jakby zwracał się do starszej osoby. – Powiedziała, że przekaże sprawę Interpolowi, a my powinniśmy zadzwonić do ambasady brytyjskiej w Bangkoku. To mi poradziła. Ale twierdzi, że często tak bywa: młodzi jadą na wakacje i zapominają się odezwać do rodziców. Powiedziała, że jest jeszcze wcześnie i powinniśmy postarać się nie denerwować.

– Czyli uważa, że wszystko będzie dobrze? – Lesley siłą woli zmuszała go, żeby powiedział „tak” albo przynajmniej skinął głową. „Niech to się dobrze skończy…”

Malcolm pokręcił głową.

– Tego nie wie, kochanie. Mamy zadzwonić, jeśli Alex się z nami skontaktuje… albo jeśli nie odezwie się jeszcze przez tydzień.

– Ale się odezwie, prawda?

Malcolm przyciągnął ją do siebie.

– Pewnie, że tak. Będzie się chciała dowiedzieć, jak jej poszły egzaminy. Jutro albo pojutrze. Na pewno się odezwie, jak dwa razy dwa jest cztery.

Lesley otarła oczy ręcznikiem papierowym i spróbowała przybrać pogodny wyraz twarzy.

– Muszę zadzwonić do Jenny – stwierdziła z ulgą, że ma coś praktycznego do załatwienia. – Obiecałam, że dam jej znać, jak tylko porozmawiamy z policją. Wczoraj zaczęła trochę świrować.

– Na pewno szaleje z niepokoju, tak jak my albo i bardziej. Rosie to jedynaczka, a Jenny jest sama.

– Prawda. Co robisz?

Malcolm stukał w klawisze laptopa.

– Policja prosiła o zdjęcie. Obiecałem im jakieś wysłać. Potem poszukam numeru ambasady.

Lesley zajrzała mu przez ramię. Wybrał selfie Alex i Rosie, które zrobiły sobie w tuk-tuku zaraz po przyjeździe – dziewczyny uśmiechały się promiennie do zdjęcia, tło było rozmazane.

– Przynajmniej są razem – powiedziała Lesley i zaszlochała, kładąc głowę na rękach skrzyżowanych na stole kuchennym.

Bangkok, dzień 1 (niedziela, 27 lipca)

www.facebook.com/alexoconnor.333

Alex O’Connor

27 lipca o 5:00

Już na miejscu. Jest bosko. Witaj, przygodo!

Palce zatańczyły na klawiaturze telefonu, wrzuciła swoje selfie przed lotniskiem Suvarnabhumi – zmęczone oczy i głupi uśmiech. Zaplanowała to zdjęcie już w samolocie. Wiedziała, jak będzie wyglądało, ale nie wzięła pod uwagę zgiełku i fali gorąca, które uderzyły ją tuż po otwarciu drzwi terminalu. Doznała fizycznego wstrząsu. Wiedziała, że będzie gorąco – Google uprzedzał – ale nie że aż tak. Wilgoć oblepiała jej twarz, czuła smak upału na języku. Ostrożnie postawiła plecak na ziemi, przytrzymała go z obu stron nogami, żeby się nie przewrócił, i wyciągnęła obie ręce wysoko nad głowę, ciesząc się pierwszym dreszczykiem wolności.

Alex czekała na ten moment od roku, umilając sobie pracę w sklepie i w pubie, dzięki której mogła sobie pozwolić na wyjazd, fantazjami o wszystkich nowych miejscach, ludziach i przygodach.

Nie mogła się doczekać każdego aspektu podróży, poczynając od lotu – uwielbiała to uczucie nagłego pędu na pasie startowym ku czemuś nowemu. Poczuła tę samą ekscytację i tym razem, kiedy silniki zawyły na najwyższych obrotach i rozpoczął się jej pierwszy w życiu lot na tak długim dystansie, na drugi koniec świata. Podniecenie jednak wkrótce opadło. Czekało ją jedenaście godzin na środkowym fotelu i przez cały czas musiała uważać, żeby nie ocierać się ramionami o sąsiadów śpiących pod cienkimi kocami.

Rosie wypiła trzy kieliszki wina do paskudnego samolotowego obiadu – „Kurczak czy makaron?” – i Alex ostrzegała ją, że się odwodni. Koleżanka przewróciła oczami i zaczęła demonstracyjnie flirtować z pasażerem siedzącym obok, po czym zasnęła, lekko pochrapując. Alex też próbowała spać, wierciła się na wąskim fotelu, żeby znaleźć wygodną pozycję, gmerała przy pasie bezpieczeństwa, żeby się jej nie wrzynał w biodro. W końcu się poddała i siedziała w ciemności, oglądając filmy na malutkim ekraniku, aż zaczęły ją szczypać oczy.

Godzinę przed lądowaniem zapaliły się światła, wtedy rozpięła pas i poszła do toalety. Jej twarz w lustrze wyglądała dziwnie. Czerwone obwódki wokół oczu, usta uchylone z niewyspania. Ziewnęła do swojego odbicia i zaczęła się szarpać z drzwiami, nagle spanikowana.

Wypadła z impetem i zobaczyła, że jakiś chłopak czeka w kolejce. Zaśmiała się sama z siebie.

– Okropnie trudno się otwierają, co?

Odpowiedział nieśmiałym uśmiechem i przepuścił ją w drodze na miejsce.

A teraz już tu jest. Bangkok. Podniosła plecak, zarzuciła go z trudem na ramię i zatoczyła się nieco; zakręciło jej się w głowie od gwałtownego ruchu. Czuła się sztywna i otumaniona, jakby nie dotykała stopami ziemi.

Nieznajomi zagadywali, żeby z nimi pojechały. Drobni mężczyźni o szerokich uśmiechach i natarczywych dłoniach.

– Potrzebujecie taksówki?

– Znam dobry hostel.

– Chcecie do świątyni?

Stała bez ruchu, czując, jak mnogość wyborów bębni jej w czaszce. Była piąta rano, ciemno, gorąco, chciała się tylko gdzieś położyć.

„No dobra, Alex, idziemy – powiedziała w duchu. – Gdzie Rosie?”

Polazła gdzieś szukać czegoś od bólu głowy.

– Trzeba było nie pić tyle wina w samolocie. Nie spakowałaś paracetamolu? – powiedziała Alex, sięgając do zamka bocznej kieszeni plecaka.

– Nie – warknęła Rosie i odmaszerowała.

Alex miała nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zresztą już za późno na wątpliwości. Były na miejscu. I było bosko. No dobrze, miało być.

Rozdział 3

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Detektyw

Od samego rana Zara Salmond chodziła koło niego na palcach, komisarz Bob Sparkes zaczynał się czuć jak tropiona zwierzyna. Zawsze pozostawała tuż poza polem widzenia, ale równie dobrze mogłaby stać z neonem głoszącym: „Żona szefa umiera”.

Dwa miesiące temu Eileen miała nawrót raka, wygryzł w niej nowe dziury, powoli ją pożerał.

– Damy sobie radę – powiedział jej, kiedy odebrali ostatnie wyniki badań. – Raz już z tym wygraliśmy, teraz też nam się uda.

Dzieci płakały z nim wcześniej, w domu, z dala od matki. Teraz wszyscy się trzymali, robili dobrą minę do złej gry, co było śmiertelnie wyczerpujące. Bywały takie dni, kiedy ledwie mógł się zwlec z łóżka.

Przełożeni zachowali się wspaniale, zachęcali, żeby wziął tyle wolnego, ile tylko chce, ale Sparkes czuł się nieswojo i w szpitalu, i w domu. Potrzebował w życiu czegoś, co nie będzie miało nic wspólnego z rakiem. Musiał udawać, że możliwe jest normalne życie, zarówno ze względu na Eileen, jak i po to, żeby sam mógł zapomnieć o tym, jak boli go serce.

Ale wyraźnie zapomniał wytłumaczyć to wszystko Salmond.

Wiedział, że to z dobrego serca stara się trzymać hołotę z centrum koordynacyjnego z dala od jego gabinetu, ale kiedy usłyszał, jak sierżantka mówi do kogoś: „Lepiej przyjdź później, ma dziś kiepski dzień”, jego cierpliwość się wyczerpała. Oczami wyobraźni zobaczył troskę na jej twarzy i wrzasnął:

– Salmond, do mnie!

Kiedy wetknęła przez szparę w drzwiach schludnie ostrzyżoną głowę, od razu starł jej uśmiech z twarzy.

– Zaczynam cię mieć po dziurki w nosie, Salmond. Przestań opowiadać ludziom, że powinni mnie zostawić w spokoju. Idź się zajmij czymś pożytecznym. Czuję się jak poddany kwarantannie.

Policjantka zbyła te słowa śmiechem, ale Bob wiedział, że trochę przesadził. Wstał, żeby ją zatrzymać.

– Przepraszam, ale kiedy rozmawiasz o mnie z ludźmi, mam wrażenie, że mówisz o samobójcy stojącym na moście. Nic mi nie jest.

– W porządku, szefie. Dotarło. Zostawię pana samego. Muszę napisać parę raportów.

– Opowiedz mi, czym się zajmujesz – poprosił, wskazując krzesło.

Salmond usiadła i skrzyżowała ręce na piersi. „Ciągle się gniewa” – pomyślał Bob.

– No dalej, przypomnij mi.

– Próbuję domknąć tę sprawę z narkotykami w Portsmouth.

– Trochę się to wlecze, co?

– Rzeczywiście. Ale ciągle ktoś wyjeżdża na urlop.

– Jakieś powody do niepokoju?

– Nie, wszystko w porządku. Aha, i ktoś zgłosił zaginięcie dwóch dziewczyn z Winchesteru.

– Zaginięcie? Ile mają lat? – zapytał, natychmiast robiąc się czujny. – Kiedy to się stało? Dlaczego od razu mnie nie poinformowałaś?

– Osiemnastolatki, zaginęły w Tajlandii.

– Aha – mruknął Sparkes i stracił zainteresowanie. Zaczął myśleć o spotkaniu z lekarką Eileen, które czekało go później.

– To poza naszym rewirem, ale chętnie się zgłoszę, gdyby chciał pan wysłać… – Salmond podniosła nieco głos, dając mu do zrozumienia, że zauważyła jego pusty wzrok.

– Chyba w twoich snach. Zresztą dopiero co wróciłaś z wakacji.

– Trudno to nazwać wakacjami. Kiedy Neil zapowiedział wyjazd do Turcji, wyobrażałam sobie leżaki i plażę. Przez większość czasu zwiedzaliśmy starożytne latryny, potrzebuje tego do jakiegoś projektu do szkoły. Było ze czterdzieści stopni.

– Latryny? Doskonale. Masz jakieś zdjęcia?

– Neil ma całe tony – odparła Salmond ze śmiechem. – Poproszę, żeby przesłał panu najlepsze ujęcia.

– Nie ma pośpiechu. No dobrze, co z tymi dziewczynami?

– Minął dopiero tydzień, ale rodzice się denerwują. Dziewczyny pierwszy raz wyjechały same, wczoraj nie zadzwoniły, żeby dowiedzieć się o wyniki egzaminów. Rano zgłosił się ojciec jednej z nich, przekazuję informację do Interpolu, ale idę o zakład, że smażą się gdzieś na plaży. Szczęściary.

– Tak, pozazdrościć. No nic, dawaj znać, jak będzie coś wiadomo. Jeśli sprawa się rozwinie, to media się na nas rzucą, na wszelki wypadek przygotuj informację dla biura prasowego.

I puścił do niej oko, żeby nie miała wątpliwości, że między nimi wszystko dobrze.

– Mam nowe wieści – powiedziała Salmond dwadzieścia minut później. – Zreferowałam sprawę biuru prasowemu. Poza tym rodzina uruchomiła kampanię na Facebooku. – Sparkes się skrzywił. – To naprawdę dobry pomysł. Tam właśnie zaglądają dzieciaki, które może siedzą teraz obok Alex i Rosie w jakimś barze.

– Tak, a oprócz nich wszystkie świry z parciem na szkło, które będą teraz składać fałszywe wyrazy współczucia i twierdzić, że gdzieś je widzieli, żeby mieć swoje pięć minut. A potem zlecą się trolle, które będą obwiniały rodziców, że puścili córki na wakacje, a dziewczyny zwyzywają od dziwek. Boże, kto dopuścił takich ludzi do głosu? Zanim nastały media społecznościowe, przynajmniej nie trzeba było ich wysłuchiwać. Mogli sobie rzygać nienawiścią do świata we własnych czterech ścianach albo w pubie za rogiem.

– Tak czy inaczej… – wtrąciła Salmond. – Może zmieńmy temat.

– Słusznie.

Sparkes gapił się w raporty na ekranie komputera, ale myślami był zupełnie gdzie indziej.

Oparł się, wyciągnął ręce w stronę klawiatury, ale potem uniósł je nad głowę, aż strzyknęło mu w plecach. W ustach miał metaliczny posmak, a za każdym razem, kiedy wstawał z krzesła, wyrywał mu się jęk. Czuł się staro. Bardzo staro.

Kiedy rano poszedł odwiedzić Eileen, kazała mu więcej spać. Zbył jej troskę machnięciem ręki.

– Nic mi nie będzie, kochanie. Czemu w ogóle rozmawiamy o mnie? Skupmy się na tobie, trzeba zwalczyć tę głupią infekcję.

– Staram się, Bob – odrzekła, opadając na poduszki.

Próbował się skoncentrować na tekście wyświetlonym na monitorze, ale w głowie miał tylko coraz większą słabość widoczną w oczach żony. Te zresztą zapadały się coraz głębiej, coraz dalej od niego. Jakby coś ją wydrążało od środka. Przeciągnął się i zacisnął pięści.

„Nie teraz. Nie mogę o tym teraz myśleć. Wszystko będzie dobrze”.

Stuknął w touchpada, żeby wybudzić komputer, i na ekranie pojawił się obraz. Salmond przesłała zdjęcia zaginionych dziewczyn i link do strony na Facebooku założonej przez O’Connorów.

Sparkes spojrzał na twarze dziewczyn z ciężkim westchnieniem. Kliknął i zaczął czytać, począwszy od ich ostatniego posta na Facebooku i mejla do rodziców z soboty dziewiątego sierpnia.

Alex O’Connor: Szykuję się na świętowanie (emotka z zaciśniętymi kciukami) wyników egzaminów z moją najlepszą kumpelą na Ko Phi Phi, „z widokiem na monumentalne skały wynurzające się z lazurowego morza”, jak piszą w Lonely Planet.

Od: [email protected]

Do: [email protected]

Temat: Wyniki

Cześć, ciągle jesteśmy w Bangkoku, ale zamierzamy się przenieść, zanim przyjdą wyniki! Trzymajcie kciuki i wszystko, żebym się dostała do Warwick. Zadzwonię, tak jak się umawialiśmy, koło południa Waszego czasu (tutaj będzie 18.00) i razem otworzymy kopertę. Jak na Oscarach! Koniecznie napiszcie, jeśli poczta przyjdzie wcześniej!!! Kocham Was, buziaki, Alex.

PS Jutro jedziemy zobaczyć słonie. Będzie można odhaczyć kolejne marzenie na liście…

Jako pierwszy alarm podniósł brat Alex O’Connor, z początku dyskretnie. Właściwie tylko ją upominał.

Hej, Alex. Przyszła koperta z wynikami!!!

Nie odzywałaś się już parę dni. Gdzie teraz jesteście?

Nie możemy się do Ciebie dodzwonić. Mama się trochę martwi. Odezwij się.

Alex?

Alex???

JPRDL, ALEX. ZADZWOŃ!!!!!

Zapisany wielkimi literami krzyk stanowił punkt przełomowy, od tej pory delikatne wymówki przerodziły się w rozpaczliwe apele.

Minęły 4 dni, od kiedy ostatnio widziano moją siostrę i jej koleżankę. Proszę o udostępnianie.

To już 5 dni.

6 dni.

„Społeczność” też się włączyła:

Alex, Rosie, dajcie rodzinom znać, że wszystko OK.

To tb postawiłem wczoraj drinka w Oxxi’s Place? Zadzwoń do rodziców.

Czekają na info, że nic wam nie jest.

Pomyślcie chwilę o innych, skontaktujcie się z rodziną.

„Jak już się znajdą, to rodzice je nieźle prześwięcą – pomyślał. – Tyle zamieszania. Pewnie żałują, że w ogóle je puścili”.

On nigdy nie musiał podejmować takiej trudnej decyzji. Jego dzieci nie należały do poszukiwaczy przygód. W ogóle nie pamiętał, żeby rozważały rok przerwy po skończeniu liceum. Syn wybierał się na uniwersytet i planował karierę księgowego, a córka była zakochana, więc nigdzie się nie wybierała.

„Ciekawe, czy ich życie potoczyłoby się inaczej, gdyby pojechali do Tajlandii” – zastanawiał się, bezmyślnie przewijając wiadomości. Syn Kate Waters też tam pojechał. Wspomniała o tym jakiś czas temu, kiedy spotkali się, żeby omówić jakąś sprawę. Zwykle nie poruszał osobistych tematów z reporterami, ale Kate wyraźnie potrzebowała się wygadać, opowiadała o długich miesiącach bez żadnych wieści od Jake’a. W głębi duszy martwiła się, że chłopak sobie nie radzi, ale nie chce się przyznać.

Sparkes wolał nie dzielić się z nią swoim zmartwieniem dotyczącym jego własnego syna, takim mianowicie, że jest za stary jak na swój wiek. Był dopiero po trzydziestce i już zaczynał łysieć, a po domu chodził w kapciach.

– Mają dębowe parkiety – zauważyła Eileen, kiedy zwrócił jej na to uwagę. – Wszystko z nim w porządku.

Ale chłopak już na pewno się nie wybierze na imprezę na plaży przy pełni księżyca.

Może po prostu im się udało, mieli szczęście do dzieci. Przełączył okno na zdjęcie roześmianych dziewczyn. Młode twarze. Zaginione dzieci.

Gdzie one się podziewały? Zadzwoni później do Kate i wszystko jej opowie. Trzeba pchnąć sprawę do przodu.

Rozdział 4

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Reporterka

Joe Jackson siedzi na moim krześle w redakcji i ogląda telewizję. Przechodząc, trzepię go w ramię.

– Ej, Jackson! Wypad!

Szczerzy zęby w szelmowskim uśmiechu i odpycha się od biurka, odjeżdżając mi z drogi, a ja widzę w nim wygłupiającego się Jake’a, z włosami jak zwykle opadającymi na oczy.

– Bierz się do roboty – burczę.

– Dzwonię po ludziach – mówi i na dowód pokazuje trzymaną w ręku komórkę. Jednym susem zrywa się z krzesła i odstawia je na miejsce. – Na razie nic ciekawego. Mam wolną chwilę przed spotkaniem w sprawie poniedziałkowego wydania. Byle tylko Terry nie przełożył go na wcześniej.

Jak za sprawą czarów szef działu wiadomości wyłania się z Akwarium – przeszklonego boksu służącego mu za gabinet.

– Podłożył nam pluskwy na biurkach czy co? – mruczy Joe, a ja przytakuję.

– O czym tam szepczecie? – krzyczy Terry z drugiego końca redakcji. – Mam nadzieję, że o jakimś artykule. Masz fatalne statystyki, Jackson.

Jako najmłodszy dziennikarz redakcyjny Joe Jackson jest łatwym celem tak zwanych docinków, chociaż szczerze mówiąc, to raczej mobbing. Nasze początki z Joem nie należały do najlepszych: przydzielono mi go jako stażystę, żeby zdobył doświadczenie (powiedziałam Terry’emu, że nie mam czasu niańczyć bachorów, ale on się uparł). Z czasem się do niego przekonałam. Wiem, że inni reporterzy nazywają go moim „redakcyjnym synalkiem” albo „chłopcem na posyłki szefowej”, ale staram się ich ignorować. Mam nadzieję, że on też. Ciągle mu powtarzam, że w końcu im się znudzi i znajdą sobie inną rozrywkę.

– Masz, przekaż to Terry’emu – mówię i podsuwam mu wycinek z gazety. – Z daleka widać, że można ten temat pociągnąć dalej.

– Dzięki. Znów mam u ciebie dług.

– Dopisz do rachunku. A teraz dowiedz się czegoś o tej sprawie, żebyś sprawiał wrażenie zorientowanego w temacie.

Zerkam ukradkiem na Terry’ego. Wszystko słyszał. On zawsze wszystko słyszy. Robi minę, jakby chciał powiedzieć: „Zawsze się dajesz urobić”. W odpowiedzi wzruszam ramionami i sięgam po telefon, żeby nie musieć z nim rozmawiać.

Przewijam kontakty w poszukiwaniu potencjalnej ofiary i zatrzymuję się przy komisarzu Bobie Sparkesie. Widzę jego nazwisko praktycznie codziennie – zapisałam go sobie pod imieniem, żeby zawsze był blisko początku listy. Dzisiaj jednak nie zjeżdżam niżej. Wybieram jego numer. Tego ranka potrzebuję usłyszeć znajomy głos. Może zresztą mieć dla mnie jakiś cynk.

Przez lata wypracowaliśmy z Bobem – on może powiedziałby, że wymęczyliśmy – pewien rodzaj bliskości wymuszonej wspólną pracą przy trudnych sprawach. To niezaprzeczalny fakt, że detektywi i reporterzy spotykają się pod tymi samymi drzwiami, do których pukają w poszukiwaniu odpowiedzi, albo wpadają na siebie w tych samych pubach, na salach sądowych i w stołówkach.

Niektórzy policjanci traktują dziennikarzy jak dopust boży, każdą informację trzeba im wydzierać z gardła, ale Sparkes to porządny gliniarz. Wie, czego nam potrzeba, żeby stworzyć reportaż, i zwykle chętnie pomaga. Nie bawi się w żadne gierki.

„Współpraca wszystkim nam wyjdzie na dobre – powiedział kiedyś. – Policja zyskuje trochę rozgłosu dla sprawy, co przydaje się w śledztwie, no i trochę uznania dla swojej pracy, a wy macie swój tekst”.

On zaś niewątpliwie zasługuje na uznanie. Przy każdej sprawie wypruwa sobie żyły, daje z siebie wszystko.

Widziałam go w akcji. Kiedy prowadził sprawę Belli Elliott, szukał zaginionej dziewczynki od świtu do nocy, nie myślał o niczym innym. Mówił, że śniła mu się w nocy. Nawet w przypadku spraw, których nie prowadził, był moim łącznikiem. Kiedy próbowałam ustalić tożsamość zwłok noworodka znalezionego na placu budowy w Londynie, zawsze mogłam liczyć na to, że odbierze telefon. Wcale nie musiał tego robić, ale zawsze służył mi radą starszego i bardziej doświadczonego, kiedy za bardzo się w coś angażowałam. Kiedy traktowałam sprawę zbyt osobiście i nie zauważałam czegoś, co miałam pod nosem.

Nie porównałabym nas do Holmesa i Watsona, ale całkiem dobrze się dogadujemy.

To oczywiście oznacza, że wie o mnie zdecydowanie zbyt dużo. Zdaję sobie sprawę, że bywam zbyt wylewna, dzielę się z nim prywatnymi opiniami i zwierzam z problemów rodzinnych, ale ufam mu.

Nagle dzwoni telefon.

– Kate! – rzuca szorstko, aż się płoszę.

– O matko, Bob, dostąpiłeś łaski jasnowidzenia? Właśnie miałam do ciebie dzwonić.

– Ha! Pewnie myśleliśmy o sobie w tej samej chwili.

Czuję, że oblewam się rumieńcem. „Na litość boską, dziewczyno, uspokój się!”

– Myślałeś o mnie? Pozytywnie czy psioczyłeś?

– Pozytywnie, Kate – odpowiada bez emocji. Nie bawi się we flirty. Nigdy nie był psem na baby.

Staram się powstrzymać uśmiech – usłyszy go w moim głosie.

– No dobra, to czemu o mnie myślałeś?

– Mam tutaj sprawę, z którą chyba mogłabyś nam pomóc. Rodziny dwóch nastolatek zgłosiły ich zaginięcie, dziewczyny pojechały na wakacje do Tajlandii. Nie odzywają się od tygodnia, więc jeszcze wcześnie, ale nie zadzwoniły, żeby się dowiedzieć o wyniki egzaminów, tak że rodzice się niepokoją. Moja sierżantka uważa, że znajdą się całe, zdrowe i skacowane, ale może artykułem uda się je wcześniej wyciągnąć z jakiejś speluny. Słowem, pomyślałem o tobie. I o Jake’u.

Bob Sparkes wiedział o Jake’u. O tym, że rzucił studia, co doprowadziło do ostrej wymiany zdań – opowiedziałam mu o wszystkim po rozwiązaniu sprawy dziecka z budowy, umówiliśmy się na drinka, żeby się odprężyć. On też ma dorosłe dzieci. Wie, jak okropnie czasem być rodzicem, i potrafi uważnie słuchać. Zawsze świetnie słucha. Jest w tym wyszkolony. Ale sam nie powiedział mi o chorobie Eileen. Dowiedziałam się od innego gliniarza. Byłam w szoku, chociaż bardziej zaskoczył mnie fakt, że nic mi nie powiedział, niż sam nawrót raka, szczerze mówiąc. Kilka razy próbowałam go sprowokować, żeby mi powiedział, wspominałam o Stevie, który pracuje na onkologii. Ale Sparkes nie złapał przynęty.

– Jasne. Ile mają lat? Macie jakieś zdjęcia? Skąd są te dziewczyny? Mogę porozmawiać z rodzicami?

– Boziu, Kate, zwolnij trochę. Wyskoczyłaś jak chart wyścigowy. Mają po osiemnaście lat, są z Winchesteru. Poczekaj, prześlę ci wszelkie dane, jak skończymy gadać.

– Świetnie. Informujesz o tym wszystkie media? – Musiałam spytać.

– Tak, biuro prasowe właśnie coś tam kleci, żeby zrobić nagranie.

– Może jakimś cudem mógłbyś dać mi ze dwie godziny przewagi?

Cisza. Czekam cierpliwie.

– Niech ci będzie – mówi. – To raczej nie jest sensacja z ostatniej chwili. Poproszę, żeby wstrzymali się do przerwy obiadowej.

– Bosko. Dzięki, Bob.

– A właśnie, jak Jake?

Zapomniałam o własnym synu, zupełnie go zignorowałam, żeby napisać tekst o cudzych dzieciach. „Co z ciebie za matka?”

– Eee, trudno powiedzieć. Parę tygodni temu zadzwonił w środku nocy, pierwszy raz od ponad pół roku, ale brzmiało to tak, jakby rozmawiał z budki w środku dżungli, połączenie się urwało.

– Szkoda. No ale zadzwonił.

– Owszem. Powinnam się chyba cieszyć i z tego.

– Rodzice Alex O’Connor i Rosie Shaw by się cieszyli, Kate.

Słyszę w jego głosie nutkę wyrzutu, ale postanawiam nie reagować. Zapisuję nazwiska.

– Tak, no to… Prześlij mi jak najszybciej info o tych dziewczynach, na pewno uda mi się to wcisnąć do gazety. Nic ciekawego się nie dzieje. I dzięki, że się wstrzymacie, Bob. Miło z twojej strony.

Otwieram laptopa i czekam na mejla. Skrzynka odbiorcza znowu pęka w szwach. Ledwie pół godziny temu przekopałam się przez biuletyny i masowo rozsyłane wiadomości które napłynęły przez noc, a już czeka na mnie paręnaście PR-owych wydmuszek wychwalających nowe programy telewizyjne oraz biografie celebrytów (napisane przez ghostwriterów) obiecujące „prawdziwe sensacje”.

– Nie wiem, czemu dostaję tyle show-biznesowego spamu – mówię do Joego z irytacją. Ale tak naprawdę wiem. Moje imię trafiło na listę pismaków od celebrytów. Zostałam naznaczona. Kiedyś byłam poważną reporterką, cokolwiek to oznacza w dzisiejszych czasach.

Wczorajsze popołudnie spędziłam na pisaniu „wzruszającego” – w myślach orzę powietrze ironicznym cudzysłowem – fotoreportażu o psie, który adoptował małe kaczątka.

– Pewnie je zeżarł zaraz po sesji zdjęciowej – powiedziałam Steve’owi po powrocie do domu. – Jezu, nienawidzę sierpnia. Cholerny sezon ogórkowy. Tkwimy w strefie bezwydarzeniowej, przeczesujemy grunt w poszukiwaniu jakichkolwiek newsów, a cały kraj byczy się na wakacjach. Naczelny oddał mi dziś jakąś moją starą rozkładówkę. Chyba od początku roku trzymał ją w dolnej szufladzie biurka. Kazał mi trochę odkurzyć tekst, żeby mógł pójść do druku. Musiałam posprawdzać, czy nikt w tym czasie nie umarł.

Steve nalał mi kolejną lampkę sauvignon blanc i współczująco stuknął się ze mną kieliszkiem.

Pokasowałam irytujące wiadomości, nawet ich nie otwierając, odruchowo wyszukując wzrokiem [email protected]

Nigdy nie odpowiada na regularnie przychodzące do niego mejle ode mnie i Steve’a. Kiedy już pisze, to zwięźle i konkretnie – dwa, trzy zdania, raczej telegram niż list – daje tylko znać, że żyje, ale widać, że wcale o nas nie myśli. My zaś i tak ślęczymy nad nimi godzinami, próbując dopatrzyć się podwójnego znaczenia w każdym słowie.

Już dwa lata temu wyruszył w podróż, żeby „odnaleźć siebie” w Azji Południowo-Wschodniej. W tym roku powinien zdawać egzaminy adwokackie. Tak dobrze radził sobie wcześniej na uczelni… snuł plany na przyszłość w zawodzie prawnika. Cieszyliśmy się razem z nim. Teraz, z perspektywy czasu, dopuszczam możliwość, że cieszyliśmy się bardziej niż on. Ale przecież on zawsze był taki wyluzowany i nonszalancki. Kiedyś doprowadzało mnie to do szewskiej pasji. Był z niego szczęściarz – bystry szczęściarz – ale nie wiedział, co to wdzięczność. Może za łatwo mu wszystko przychodziło. Bez najmniejszego wysiłku dostawał najlepsze oceny, nie to co jego młodszy brat. To o Freddiego zawsze bardziej się martwiliśmy ze Steve’em. Próbowaliśmy to przed nim ukrywać. Z pełnymi troski rozmowami o jego przyszłości czekaliśmy, aż pójdzie spać. Biedny Freddie. W szkole zawsze w cieniu Jake’a. A potem nagle, jak grom z jasnego nieba, Jake przyjechał do domu i bez ceregieli oznajmił, że rzucił uczelnię w diabły i zamierza podróżować.

Kiedy wspomniał, że myśli o wolontariacie w rezerwacie żółwi na Phuket, wybuchła dzika awantura.

Wściekałam się, że rujnuje sobie życie, więc kiedy wyjeżdżał do Tajlandii, praktycznie się do siebie nie odzywaliśmy.

Przez pierwszy miesiąc nie dawał znaku życia, o co Steve obwiniał mnie.

– Myśli, że ciągle się gniewasz – powiedział.

– Bo się gniewam – odszczeknęłam.

– Uważaj, Kate, bo go stracisz.

Chciałam mu wykrzyczeć: „Jak można stracić syna? Od dwudziestu dwóch lat był częścią mnie. Zawsze będę jego matką”. Ale zachowałam to dla siebie. Ukryłam ból i udawałam, że jego milczenie jest mi obojętne. Strach zapuścił jednak we mnie korzenie, racząc mnie makabrycznymi wizjami, w których Jake ginął w kraksie motocyklowej albo podczas brutalnego napadu.

Jako reporterka wiem, że takie rzeczy mogą się przytrafić każdemu.

Rozdział 5

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Reporterka

Minęło pięć minut, mejla brak. Siedzę, bawiąc się telefonem i zastanawiając, czy zadzwonić do Sparkesa i zapytać, kiedy raczy kliknąć „wyślij”. Wkurzyłby się, chociaż przecież sam powiedział, że od razu mi to prześle. No ale by się wkurzył. Odkładam telefon. Sama poszukam. Wszystko i tak jest w sieci. Wystarczy wpisać nazwiska zaginionych dziewczyn i one też tam są.

„Bingo. Tyle że to blog. Nienawidzę blogów”.

„Bajdurzenie udające dziennikarstwo” – powiedziałam kiedyś do Joego bez namysłu.

„Jezu, gadasz jak moja mama” – odparł. Jego matka, redaktorka naczelna jednego z dzienników, od niedawna na emeryturze, była przedmiotem powszechnych kpin jako dinozaurzyca dziennikarstwa. To zamknęło mi usta. Nie zamierzałam dać się wysłać razem z nią na zieloną trawkę.

Autor bloga, backpacker, bije na alarm i apeluje do Alex i Rosie, żeby skontaktowały się z rodziną.

Zaczynam się zastanawiać, ile zaginięć notuje się wśród tysięcy nastolatków, które robią sobie rok przerwy w nauce na podróżowanie. Teraz pewnie coraz mniej, wszyscy mają smartfony i internet. Ale i tak pewnie trochę ich jest.

Gapię się w ekran. Serce wali mi tak, że mam wrażenie, jakby siniaczyło mi żebra. Moje dziecko też zaginęło. W domu udajemy, że wszystko w porządku: jest dorosły, sam odpowiada za swoje życie i dokonuje wyborów. Ale właściwie nawet nie wiemy, w jakim jest kraju. Dziesiątki razy sprawdzałam ceny lotów do Tajlandii. „Tak tylko patrzę” – wmawiam sobie. Przez ostatnie dwa lata potajemnie wysyłałam mejle do dziesiątków rezerwatów przyrody na Phuket, pytając o niego, ale Jake do żadnego się nie zgłosił. Może być wszędzie, ale zachowuję tę myśl dla siebie. Nie ma sensu martwić Steve’a. Czasem się zastanawiam, czy on przypadkiem nie robi tego samego i nie ukrywa tego przede mną.

Natychmiast piszę mejla do Jake’a.

Hej, tak się tylko zastanawiam, gdzie jesteś i co robisz. Dzięki za tamten telefon – miło było Cię usłyszeć. Tęsknimy za Tobą. Freddie wreszcie zdał egzamin na prawko!!! Daj znać, jak to przeczytasz. Buzi, mama.

Nie wiem, kiedy to przeczyta, ale mejl poszedł w świat i czeka, aż Jake zaloguje się do skrzynki.

– Kate – mówi Joe. – Kate! Pytałem, skąd masz ten wycinek. Błagam, Terry zaraz zwoła zebranie.

– Co? Nie możesz sprawdzić w sieci? Chyba z któregoś z niedzielnych magazynów. Na śliskim papierze? To powiedz, że „Sunday Express”. Nikt tego nie czyta.

– Idziesz ze mną?

– Która godzina jest teraz w Bangkoku, Joe?

– Eee, jakoś po południu albo wieczorem. U nich jest później, nie? A co?

Ale ja już wybieram numer korespondenta „Daily Post” na Azję Południowo-Wschodnią i macham na Joego, żeby nie czekał.

– Za chwilę przyjdę. Muszę tylko coś sprawdzić.

Don Richards odbiera po pierwszym sygnale.

– Tak – warczy do słuchawki, próbując zniechęcić tego, kto ośmielił się zawracać mu głowę.

– Don? Mówi Kate Waters z „Posta”.

Głos łagodnieje, chociaż nadal jest nieco szorstki.

– Aaa, droga Kate. Co słychać? Chryste, kiedy my się ostatnio widzieliśmy? Chyba z dziesięć lat temu, jak przyjechałaś pisać o tsunami. To był temat, co? Zarobiłem na nowy bungalow.

Zaciskam zęby. Don już dawno stracił subtelność i wyczucie. „Tak to jest, jak się tutaj trochę pomieszka” – wyznał mi wtedy, kiedy oboje byliśmy pijani i wykończeni po długich tygodniach przerażających widoków i rozmów. „To człowieka otępia. No nie, robi się ze mnie jeden wielki kolonialny banał”. Kupiłam nam jeszcze po piwie i sprowadziłam rozmowę na lata jego świetności.

– Boże, naprawdę już dziesięć lat? – odpowiadam. – Chyba się starzejemy, Don. Słuchaj, wiem, że jesteś zajęty, więc postaram się streszczać. Zastanawiałam się, czy zajmujesz się sprawą dwóch zaginionych dziewczyn stąd, Alex O’Connor i Rosie Shaw?

– Mówi się o nich w światku backpackerów. Ale to się tu zdarza bez przerwy, ambasada codziennie dostaje przynajmniej jedno zgłoszenie. Bezmyślne gówniary. Rodzice podobno od tygodnia próbowali się z nimi skontaktować, ale dzieciaki szlajają się to tu, to tam. Spotykają kogoś w barze, dowiadują się o fajnym miejscu i jadą. Te dwie pewnie dorwały jakichś chłopaków i tak dobrze się bawią, że zapomniały komuś o tym powiedzieć. A co, czemu pytasz? Wysyłają cię tutaj?

Uśmiecham się. Don zawsze wywęszy kasę.

– Nie sądzę, żeby zamierzali mnie tam wysłać na tak wczesnym etapie, ale porozmawiam z Terrym, to może być niezły temat. Dla rodzica to prawdziwy koszmar, przecież wszystkie dzieciaki teraz wyjeżdżają, żeby zrobić sobie rok przerwy przed studiami. A u nas nic ciekawego się nie dzieje.

– Wyślę ci jakiś tekst. Tylko podpisz mnie nazwiskiem, dobra?

Oto rozlega się charakterystyczny zew freelancera pospolitego. „Byle pod nazwiskiem”.

– Pewnie. Podeślij, co masz, a ja tu wszystko załatwię z księgowością. Rozmawiałeś z rodzinami? Przedzwonię do nich.

– Tylko przez Facebooka. Ci O’Connorowie z Winchesteru robią najwięcej zamieszania.

Terry wytyka głowę zza drzwi sali konferencyjnej.

– Chodźże tu, Kate. Jesteś główną reporterką. Powinnaś świecić przykładem, na litość boską.

Bangkok, dzień1 (Niedziela, 27 lipca)

www.facebook.com/alexoconnor.333

Alex O’Connor

27 lipca o 8:30

Wynajęłyśmy penthouse w Bates Motel. YOLO

Wytoczyły się z Rosie z autobusu linii 551 na ogromnym rondzie, od którego po dwóch stronach ciągnęło się coś w rodzaju autostrady przechodzącej przez centrum miasta. Dziewczyny z samolotu, które też z nimi jechały, widocznie wiedziały, co robią, bo wysiadły wcześniej, Alex nawet ich nie zauważyła. Dopiero kierowca powiedział im, że dotarły do celu.

– Pomnik Demokracji – oznajmił. – Ulica Khao San.

Stojąc przy czterech pasach ruchu, Alex straciła resztki entuzjazmu. Nie tego się spodziewała. Widziała zdjęcia starego miasta, nie tak to wyglądało. Gdzie te wąskie uliczki i zaułki? Rosie patrzyła na nią wyczekująco.

– Gdzie nasz hotel? – zapytała.

– Pensjonat – poprawiła ją Alex, zerkając na pierwszą stronę planu podróży zapisanego w telefonie. – Nazywa się Zielony Raj, powinien być jakieś piętnaście minut stąd.

– Ale w którą stronę?

Nie miała pewności, a była zbyt zmęczona, żeby rozsądnie myśleć. Zamierzała posłużyć się nawigacją w telefonie, ale na lotnisku zapomniała kupić tajlandzką kartę SIM. Ruszyła przed siebie, usiłując wyglądać, jakby wiedziała, co robi, a koleżanka podążyła za nią.

– Tędy – powiedziała, na wszelki wypadek dodając pod nosem „chyba”.

Pudło. Nikt z przechodniów nie rozumiał też, o co jej chodzi, kiedy pokazywała im nazwę pensjonatu.

– To jakiś koszmar – powiedziała Rosie, a Alex przyśpieszyła kroku, żeby jej nie słyszeć.

Kiedy w końcu dotarły na Khao San, sklepy w bocznych uliczkach odsłaniały witryny, gary pełne wody zaczynały bulgotać na paleniskach i kuchenkach gazowych, wszędzie porozstawiano zielone i czerwone plastikowe stołeczki, gotowe na pierwszych gości. Nadal jednak ani śladu ich hostelu.

Naburmuszona Rosie coraz głośniej dawała upust swojemu niezadowoleniu, aż wreszcie Alex zauważyła Raj u Mammy, bar z pokojami gościnnymi przy jednej z przecznic.

– Ten też miałam na liście – skłamała. „No co, przynajmniej też ma w nazwie »raj«”. – Olejmy tamten i zapytajmy tutaj.

– Jasne – powiedziała Rosie.

– Wygląda w porządku – stwierdziła Alex, wbijając wzrok w półmrok za barem.

Dostały z Rosie pokój na ostatnim piętrze.

Po chwili oczekiwania wyrosła przed nimi imponująca postać w zwiewnym orientalnym kaftanie i platynowoblond peruce i obdarzyła je szerokim uśmiechem.

– Jestem Mamma – przedstawiła się. – To mój lokal. Dostaną prywatny pokój na drugim piętrze. – Brzmiało to jak zapowiedź królewskiego apartamentu.

W rzeczywistości czekał na nie pokój w standardzie noclegowni. Nie żeby Alex kiedykolwiek jakąś widziała, ale czytała na angielskim Na dnie w Paryżu i Londynie i uznała, że pokój 32 idealnie odpowiada opisom Orwella.

Wgramoliły się z plecakami po betonowych schodach – Alex pierwsza, z kluczem mocno ściskanym w dłoni jak talizman – a na ciemnej klatce schodowej pojawiały się i znikały kolejne twarze. Numer pokoju wymalowano na ścianie czarną farbą. Kiedy otworzyła drzwi, na korytarz buchnęła fala kwaśnego smrodu starych adidasów.

– Serio? – powiedziała Rosie.

– Jest tanio – odpaliła Alex. Nie miała siły na awanturę. – Sto pięćdziesiąt batów za noc. Trzy funty. Nie można się spodziewać wiele więcej.

– Może faktycznie.

– Zawsze to jakieś doświadczenie – dodała Alex.

– Niewątpliwie.

– No i ktoś musiał to polecić w necie, skoro zapisałam sobie na liście.

– Kto? Chyba ktoś z nietypowym poczuciem humoru, za to pozbawiony węchu…

– Nie jest tak źle – odparła słabo Alex, ogarniając wzrokiem żałosną całość. – Pootwieramy okna. Zresztą i tak nie będziemy tu dużo siedzieć.

– Całe szczęście – mruknęła Rosie, znacząco patrząc na kremowe ściany pokryte rozsmarowanymi komarami. Alex poszła zaciągnąć cienkie zasłonki w oknie wychodzącym na korytarz. Nie dosuwały się. Brakowało żabek.

Niewątpliwie nie było tu żadnych bajerów. Wyposażenie pokoju obejmowało wiatrak, plastikowe krzesło i nieduże podwójne łóżko. Prześcieradło nosiło ślady potu kilku pokoleń turystów, zwłaszcza na środku, nad wgłębieniem w materacu, gdzie materiał był najciemniejszy.

– Słodkie poduszki – rzuciła Rosie, nadal nie ruszając się z progu. Upiorne widma rysunkowych kotków gapiły się wielkimi oczami, kiedyś uroczymi, teraz ledwie widocznymi po kilkuset praniach.

– No weź – mruknęła Alex. – Po której stronie chcesz spać? – Nie brała pod uwagę wspólnego łóżka, a po podróży samolotem wiedziała już, że Rosie chrapie.

– Bliżej okna – odparła nadąsana Rosie. – Mam nadzieję, że nie chrapiesz…

Rzuciła plecak na ziemię i siadła ciężko na łóżku. Alex zrobiła to samo. W tej chwili najbardziej na świecie chciałaby wrócić do domu.

– Idę pod prysznic. – Udało jej się zapanować nad drżeniem głosu i zaczęła przetrząsać bagaż w poszukiwaniu mydła i szczoteczki do zębów.

Rosie zrobiła wielkie oczy.

– Strach pomyśleć, jak wygląda łazienka. Pewnie jest pełna karaluchów.

– Nigdy nie widziałam karalucha – skwitowała Alex. – Kolejne nowe doświadczenie.

Nagle zauważyły, że w oknie stoją dwie Tajki, które zaglądają przez zasłony, śledząc każdy ich ruch.

– Prysznic? – Alex otworzyła drzwi i odegrała pantomimę, udając, że woda jej pada na głowę.

Bez słowa wskazały na koniec korytarza.

Dziewczyny przepchnęły się obok nich i obadały malutkie pomieszczenie wyłożone kafelkami, z odpływem i prychającą główką prysznicową. Na haczyku wisiały cienkie, sprane ręczniki.

– Okej, wchodzę – powiedziała Alex, naśladując amerykański akcent z filmów. – Jeśli za pięć minut nie wrócę, wezwij hydraulika.

Rosie parsknęła śmiechem.

„Bogu dzięki” – pomyślała Alex.

Potem, kiedy z mokrymi włosami siedziały w barze na dole, Mamma wychynęła z ciemnego zaplecza, a Rosie szturchnęła Alex.

– Mogłaby grać w reprezentacji Anglii w rugby.

Mamma rzuciła im spojrzenie i Alex zaniepokoiła się, że usłyszała ten komentarz, ale jak gdyby nigdy nic dalej zamiatała śmieci przed lokalem.

– Brudasy – syknęła w stronę przechodnia, który wypluł gumę do żucia na chodnik. Szminka zostawiła czerwony ślad na jej zębach.

Było chyba jeszcze za wcześnie na backpackerów – ledwie minęło południe i na twarzach tych, którym udało się zwlec z łóżka, malowały się kace we wszystkich odcieniach szarości. Minął je chłopak w ich wieku ubrany w same szorty. Chudy, chudy jak szkielet. Miał zielonkawą skórę i postarzałe oczy, zaciągał się papierosem tak, jakby to był jego ostatni oddech.

Alex właśnie miała powiedzieć, jak niezdrowo wygląda, ale Rosie się ożywiła.

– Ludzie chyba dobrze się bawią.

Rozdział 6

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Reporterka

Terry’ego nie trzeba było długo namawiać, żeby zainteresował się tą historią. Lista newsów jest cienka jak bibułka papierosa. „Widzę, że dzisiaj spisał pan listę życzeń, Panie Od Wiadomości. Nie widzę tu żadnego prawdziwego tematu” – wrzasnął redaktor naczelny Simon Pearson z drzwi swojego gabinetu, wymachując felernym dokumentem. Terry się uśmiechnął, jakby chodziło o żart. Ale wszyscy wiedzieliśmy, że za zamkniętymi drzwiami dostanie ochrzan.

Po wyjściu robi dzielną minę, ale lista newsów jest teraz kulką papieru w jego zaciśniętej piersi.

– Dajemy na czołówkę te zaginione dziewczyny – oznajmia takim tonem, jakby to był jego własny pomysł.

– Trochę słabe jak na pierwszą stronę, Terry – mówię. Słabiutkie. „Nastolatki nie piszą do rodziców z wakacji” nie brzmi jak sensacyjny nagłówek.

– No to dorzuć trochę do pieca, Kate. To jedyny temat, jaki dziś mamy.

Patrzę, jak zamyka się w swoim szklanym boksie, siada za biurkiem i gapi się w przestrzeń. Ciekawe, jak długo jeszcze wytrzyma, obrywa dwanaście godzin na dobę. Zawsze twierdzi, że to kocha – adrenalinę, bycie w centrum wydarzeń – ale z dnia na dzień coraz bardziej przypomina ofiarę przemocy domowej.

Muszę się naprawdę przyłożyć do tego tematu.

Malcolm O’Connor odbiera po pierwszym sygnale.

„Pewnie siedzi przy telefonie”.

– Dzień dobry, pan O’Connor? Przepraszam, że przeszkadzam, ale dzwonię w sprawie pańskiej córki Alex. Jestem reporterką z „Daily Post”, chcę państwu pomóc ją znaleźć.

Próbuję sobie wyobrazić mężczyznę na drugim końcu linii. W średnim wieku, łysiejący? Na pewno zdesperowany. Miałam nadzieję trafić na matkę. Z kobietami znacznie łatwiej rozmawiać o żalu, emocjach, stracie. Facetom, nawet ojcom, trudno znaleźć odpowiednie słowa. A robienie dobrej miny do złej gry wychodzi w druku bardzo zimno i nieczule.

Po drugiej stronie zapada cisza.

– Pan O’Connor?

– Tak, przepraszam. Lepiej poproszę żonę.

Szum odgłosów gdzieś w innym pomieszczeniu, szmer ruchu i ktoś znowu bierze słuchawkę do ręki.

– Halo, kto mówi?

– Kate Waters. Pani O’Connor, tak? Właśnie tłumaczyłam pani mężowi, że pracuję dla „Daily Post” i chcę pomóc w poszukiwaniu Alex.

– „Post”? Nie czytamy, ale… coś pani słyszała? Co pani wie? Na pewno więcej niż my. W końcu jest pani dziennikarką.

– Wiem pewnie tyle, co państwo. Szczerze mówiąc, może nawet mniej. Jestem w kontakcie z policją w Hampshire, ale na razie niewiele mi powiedzieli. Może pani mogłaby mi przekazać jakieś dodatkowe informacje?

– Słyszałam, że powiadomili Interpol, my rozmawialiśmy z ambasadą w Bangkoku. Wszyscy każą nam czekać. Nie wiem, jak długo jeszcze wytrzymamy. – Głos zaczyna jej się łamać, czuję, że zaraz się rozklei.

– To był świetny pomysł z tym Facebookiem – mówię, starając się ją odwieść od płaczu. Potrzebuję informacji, nie łez. – Na pewno dotrzecie do tysięcy turystów tam na miejscu.

– Tak twierdzi Dan, mój syn – odpowiada apatycznie. – Ja założyłam konto dopiero po wyjeździe Alex. Powiedziała, że będzie tam wrzucać zdjęcia. Mogliśmy na bieżąco śledzić, co u niej słychać. Ale od niedzieli nic się nie pojawiło. Nikt nie miał z nią kontaktu. Nikt nic nie wie. Czekaliśmy. Uznaliśmy, że widocznie pojechała na dłuższą wycieczkę, ale wczoraj byliśmy umówieni na rozmowę, miała się dowiadywać o wyniki egzaminów końcowych. Nie mogła się doczekać wieści, czy dostała się na wymarzony uniwersytet. A gdyby oceny okazały się za słabe, to musiałaby podzwonić po innych uczelniach, żeby znaleźć gdzieś miejsce.

– Pamiętam, jak to jest – przytakuję. Jake bez problemu dostał się do pierwszej szkoły z listy, ale Freddiego czekał cały dzień bolesnych rozmów telefonicznych, a ja starałam się go wspierać, uśmiechem pomóc mu znieść upokarzającą porażkę. W końcu zdecydował się na medioznawstwo w Londynie. Ja bym tego nie wybrała – trzy lata bawienia się w dziennikarstwo, a potem potężne długi – ale byłam już zbyt wykończona, żeby się z nim kłócić. Twierdzi, że studia mu się podobają. – A Rosie? – pytam.

– Ona też się nie odzywała. Ale zwykle to Alex pisała. Rosie była trochę mniej… wie pani.

– Tak, sama mam taki egzemplarz. Czy mogłabym do was przyjechać? Możemy przejść na ty? Będziemy mogły spokojnie porozmawiać. Przez telefon trudno się dogadać, prawda? Mogłabym podjechać nawet teraz.

W słuchawce zapada cisza, słyszę, jak Lesley O’Connor szepcze do męża:

– Chce tu przyjechać. – Odpowiedzi nie udaje mi się dosłyszeć, ale już po chwili Lesley mówi: – Dobrze. Masz adres?

Prowadzi Mick Murray. Tak woli.

– Mam w bagażniku aparat i cały sprzęt, wygodniej wziąć moje auto. Poza tym ty beznadziejnie jeździsz.

Siadam na fotelu pasażera, butem spychając na bok puste butelki po coli i szczątki starożytnych opakowań po żarciu na wynos, staram się zignorować przepełnioną popielniczkę. Ale fotograf zauważa moje spojrzenie.

– Wybacz, w tym tygodniu nie robiłem generalnych porządków.

– W tym tygodniu? Chyba w tym wieku! Masz tu pudełka po Big Macach starsze od moich dzieci.

– Trochę chlew, ale przytulny – mówi ze śmiechem i zapala papierosa.

– Tak że tego… Terry się uparł, żeby to walnąć na czołówkę. Moim zdaniem trochę to kulawe, no ale mamy sierpień.

– My w zdjęciach też jesteśmy zdesperowani. Coś z tego ukręcimy. Ładne dziewczyny, na tej stronie założonej przez brata jednej z nich jest parę zdjęć przed jakąś świątynią, ale konta na Facebooku mają dostępne tylko dla znajomych.

– Miejmy nadzieję, że rodzice nam jakieś dadzą. Biedni ludzie. Brzmieli sympatycznie. To będzie kulturalna rozmowa.

Mick przytakuje, wyrzuca peta przez okno i wygrzebuje następnego papierosa z paczki na desce rozdzielczej. Zapala i zaciąga się głęboko.

– Niech to szlag, Mick, otwórz chociaż okno. Palę te fajki razem z tobą.

Wybucha śmiechem i zanosi się takim kaszlem, jakby miał wypluć płuca.

– Nawróceni palacze są najgorsi. Korzystaj. Masz jednego za darmo…

Otwieram okno i zaczynam myśleć o wywiadzie.

Parkujemy pod wskazanym adresem, przed szeregowcem z czerwonej cegły na obrzeżach zamożnego miasta targowego, a kiedy wysiadam z samochodu, dzwoni mój telefon. To Steve, ale ledwie go słyszę przez uliczny szum.

– Przepraszam, kochanie, stoję na chodniku i zaraz wchodzę na wywiad. Możemy pogadać później?

– Chciałem ci tylko przypomnieć, że idziemy wieczorem na tapasy z Henrym i Deepiką. Pamiętasz?! – krzyczy.

– Tak, tak. – Zapomniałam. Steve pewnie by uznał, że to celowo, ale mam po prostu dużo na głowie. Poza tym nie znoszę Henry’ego. Może i jest kolegą Steve’a ze szpitala, ale jest też strasznym dupkiem. To taki typ, któremu wydaje się zabawne krytykować żonę w towarzystwie, a potem ryczeć: „Żartuję!”, kiedy zapada krępująca cisza. Deepika, partnerka w kancelarii prawnej, chyba nie ma nic przeciwko. Wtóruje mu, kiedy on z rechotem nazywa ją „tą, której nie wolno się sprzeciwić” i porównuje ich małżeństwo do wyroku dożywocia, ale dla mnie to jest nie do przełknięcia.

Kiedy ostatni raz wyskoczył z czymś takim, zamówiłam kolejną lampkę wina, mimo że Steve posłał mi spojrzenie pod tytułem „już ci wystarczy”.

– Przekaż mu, że jeśli dziś znowu wyjdzie z niego neandertalczyk, to wepchnę mu do nosa grillowaną papryczkę! – odkrzykuję.

– Katie, będziesz się zachowywała, prawda? – pyta Steve ze śmiechem, ale słyszę napięcie w jego głosie.

– Być może. Kocham cię, pa.

– Kogo zamierzasz zaatakować chili? – pyta Mick, zarzucając sobie na ramię torbę z aparatami.

– Nie twoja sprawa. No, chodź, nie ma na co czekać.

Rozdział 7

Piątek, 15 sierpnia 2014 roku

Reporterka

Droga przez salon O’Connorów przypomina tor przeszkód najeżony meblami i bibelotami – żeby dostać się do fotela wskazanego przez Lesley, muszę wyminąć wyściełany podnóżek, duży trzęsący się storczyk i stolik kawowy o ostrych kantach. Na kanapie siedzi już jakaś kobieta z kubkiem herbaty w ręku.

– To Jenny, mama Rosie. Zadzwoniliśmy, że przyjeżdżacie, i chciała dołączyć – tłumaczy Lesley szybko.

„Ale ty nie wyglądasz na zachwyconą tym pomysłem – myślę. – Ciekawe czemu?”

Jenny kłania mi się bez słowa i upija łyk herbaty.

– Dzień dobry, ja jestem Kate, a to Mick, mój…

Mick ucisza mnie wzrokiem.

– Jestem fotografem, współpracuję z Kate przy tym artykule – mówi.

Ostatnimi czasy coraz bardziej się wścieka, kiedy się zapomnę i nazwę go „moim fotografem”.

– Nie jestem twoją tresowaną małpką, kurwa – syczy. Mogę się założyć, że Lesley O’Connor to słyszy, ale udaje, że nic nie zauważyła.

– Herbatki? – rzuca, przerywając nagłą ciszę.

Kiwam głową z wdzięcznością.

– Jeszcze dwie herbaty, Malcolm! – woła w stronę drzwi. Lesley jest mniej więcej w moim wieku, na oko trochę po pięćdziesiątce. Ma na sobie dżinsy z supermarketu z wysokim stanem, sandały w kolorze plastra opatrunkowego i długi T-shirt. Zero makijażu. Żadnych kolczyków. W pełni naturalna.

Rozpinam żakiet i szybko zsuwam go z ramion. Nie chcę wyglądać jak urzędniczka.

– Lesley… – zaczynam, ale wchodzi mi w słowo.

– Trafiliście bez problemu?

„Odsuwa ten okropny moment, kiedy trzeba będzie zacząć o tym mówić”.

– Tak, żadnych trudności. Bardzo dziękujemy, że zgodziliście się z nami spotkać.

Nachylam się do przodu, żeby złapać kontakt wzrokowy.

– Możesz mi trochę opowiedzieć o Alex? Na pewno strasznie się cieszyła na wyjazd.

Lesley uśmiecha się z wdzięcznością. Wspomina szczęśliwe czasy sprzed ostatniego tygodnia, właśnie do nich chciałaby wrócić.

– Tak, bardzo. Obie się cieszyły, prawda, Jenny?

Jenny Shaw nie podnosi wzroku znad kubka. Czuję, że atmosfera nieco się zagęszcza. Ale Lesley najwyraźniej nic nie zauważyła i nadaje dalej.

– O niczym innym nie mówiła. Na początku miała jechać z Mags, swoją najlepszą przyjaciółką, ale nic z tego nie wyszło i w końcu Rosie się zdecydowała. Alex godzinami siedziała w internecie, oglądała różne wyspy, sprawdzała, jak się tam dostać, no wiesz, rozkłady autobusów, promy, zakwaterowanie. Wszystko zaplanowała. Miały jechać na trzy miesiące, a potem zobaczyć, co dalej. Myślały o Australii, gdyby udało im się znaleźć jakąś pracę.

– Czyli to była poważna wyprawa. Podróżowały już wcześniej?

– Nie – mówi Jenny Shaw. Pierwsze słowo z jej ust.

– To prawda, nie – potwierdza szybko Lesley. – Pierwszy raz same poza domem. Ale to rozsądne dziewczynki, wszystko sobie zaplanowały. Alex zrobiła całą tabelkę.

Z ust Jenny Shaw słyszę coś w rodzaju prychnięcia.

– Przepraszam, nie dosłyszałam.

– Nic nie mówiłam.

– Jenny jest bardzo zdenerwowana – wtrąca się Lesley. – Jak my wszyscy.

Malcolm O’Connor stawia na stoliku tacę z dzbanuszkiem na mleko, cukierniczką, herbatnikami w czekoladzie i czajnikiem z ocieplaczem. „Dbają o utrzymanie standardu w każdej sytuacji” – notuję w myślach.

– Tak, denerwujemy się – przyznaje i siada między żoną a Jenny.

– Musimy je znaleźć – mówi Lesley, łapiąc męża za rękę. – Jesteśmy zrozpaczeni. Nie śpimy, wyobrażamy sobie najgorsze.

– Dlaczego wszczęłaś alarm, Lesley? Alex powiedziała coś, co cię zaniepokoiło?

– Nie. Nic z tych rzeczy. O to właśnie chodzi. Świetnie się bawiły. Ale przez tydzień się nie odzywały, a umówiliśmy się, że będą się kontaktować przynajmniej co drugi dzień. Na Facebooku, esemesem, mejlem, jeśli będą miały czas napisać coś więcej. Poza tym wczoraj przyszły wyniki egzaminów. Jeszcze nie otworzyłam koperty, bo chcieliśmy to zrobić razem z Alex. Wiedziała, że miały przyjść czternastego sierpnia, nawet umówiła się z nami mejlowo, że zadzwoni o konkretnej godzinie. Wiedziała, że czekamy na telefon, prawda, Mal?

Malcolm kiwa głową i puszcza dłoń żony, żeby nalać herbaty do filiżanek.

– Mogłabym zobaczyć te mejle, Lesley? Jeśli to możliwe, chciałabym zacytować słowa dziewczynek.

– Po co?

„Żeby lepiej się czytało”, ale tego nie mogę im powiedzieć.

– Żeby w tej historii wybrzmiał ich głos – mówię. – W końcu to one są tu najważniejsze.

Nie wygląda na przekonaną, więc zmieniam temat.

– Z kim w Tajlandii rozmawiałaś, Lesley?

– Jesteśmy w kontakcie z tamtejszą ambasadą. Są bardzo mili, ale mówią, że jeszcze za wcześnie. Że to się często zdarza. W zeszłym roku zgłoszono zaginięcie ponad czterystu turystów. Ludzie podobno szybko się znajdują, nie powinniśmy wpadać w panikę. Więc staramy się nie panikować.

Ostatnie słowo więźnie Lesley w gardle, urywa. Podtrzymuję kontakt wzrokowy, kiwam zachęcająco głową. Bierze głęboki oddech i podejmuje wątek.

– Na pewno by się odezwała. Alex to kochana dziewczyna. Nie chciałaby nas tak martwić. Wiemy, że zarezerwowała hostel w Bangkoku, czy raczej pensjonat, Zielony Raj, ale kiedy tam zadzwoniliśmy, powiedzieli, że się nie zjawiła. Nie wiemy, gdzie w końcu zamieszkały, na Facebooku pisała coś o Bates Motel, ale to oczywiście żart. Nie wiedziałam, że zmieniły pensjonat, nie wspominała o tym, kiedy rozmawiałyśmy pierwszy raz, tyle było innych tematów do obgadania. Buzia jej się nie zamykała, cieszyła się jak dziecko. Opowiadała o świątyniach, o nowych znajomych. A potem nic. Cisza, zero kontaktu. Nie tylko z nami, obdzwoniliśmy wszystkich znajomych i nic. Telefon ma wyłączony. Nie wiemy, co się dzieje.

Malcolm obejmuje ją ramieniem. Jenny Shaw całkowicie się izoluje, przycupnięta na drugim końcu kanapy, więc wyciągam do niej rękę i dotykam ramienia, żeby wciągnąć ją do rozmowy.

– A jak ty się miewasz, Jenny? Jak sobie radzicie z mężem?

– Byłym mężem.

„Szlag”.

– Oczywiście, przepraszam. To musi być dla ciebie bardzo trudne.

Jenny Shaw bierze głęboki wdech. Wygląda tak krucho, jakby lada chwila miała się rozpaść na kawałki.

– Tak – mówi. – Bardzo trudne. Mam tylko ją. Zresztą w ogóle nie powinna teraz być w Tajlandii. Powinna zaczynać studia, położnictwo. Ale postanowiła zacząć rok później.

– Żeby podróżować? – podpowiadam.

– Tak. Właściwie to był pomysł Alex, ale namówiła Rosie.

Lesley rzuca jej ostrzegawcze spojrzenie.

– Są dobrymi przyjaciółkami? – Zapuszczam się dalej na wzburzone wody.

– Koleżankami. Znają się dopiero parę lat, odkąd się tu przeprowadziłyśmy. Po rozwodzie musiałyśmy znaleźć coś tańszego.

Kiwam współczująco głową.

– Na pewno nie było łatwo.

– Poradziłyśmy sobie – mówi Jenny sucho. – Bardzo się zdziwiłam, kiedy Rosie powiedziała, że chce jechać. Chodziły do tego samego liceum, ale nie spędzały dużo czasu razem. A po powrocie pójdą na inne uczelnie.

Na krótką, ale zauważalną chwilę zapada cisza. „Po powrocie”.

– Rosie dobrze poszły egzaminy? – pytam.

– Nie otwierałam jeszcze koperty, ale na pewno tak.

– Jaka jest Rosie?

– To bystra dziewczyna. – W jej głosie słychać napięcie, można odnieść wrażenie, że brakuje jej tchu. – Ale jest młoda i czasem może się w coś wplątać. Niekoniecznie w coś złego, ale na przykład ostatnio jak sobie coś ubzdura, to nie sposób jej wyperswadować tego pomysłu.

– Tak jak z tą podróżą?

– Tak, tak jak z tą podróżą. Ja uważałam, że powinna zgodnie z planem zacząć studia. Ale ona nie chciała mnie słuchać, a ojciec pożyczył jej pieniądze, żeby mogła jechać.

Mówi ostrożnie, każde zdanie zatwierdza ledwie zauważalnym skinięciem głowy. Przypomina mi ptaka zamkniętego w klatce. Ten ciągły ruch głowy w górę i w dół.

– A mąż… przepraszam, były mąż, zaangażował się w akcję poszukiwawczą?

– Nie. Ma nową żonę, jest potrzebny w domu. Właśnie urodziła dziecko.

Żal i oskarżenie o rozbicie rodziny pozostają w podtekście, niewypowiedziane. Na razie. Czuję jednak, że uraza buzuje tuż pod powierzchnią, to tylko kwestia czasu, aż wykipi.

„I to krótkiego czasu, jeśli Rosie się nie znajdzie. Jenny będzie potrzebowała kogoś obwinić”.

– Policja mówi, że może pojechały na parę dni gdzieś, gdzie nie ma internetu ani zasięgu – mówi Malcolm O’Connor, kręcąc głową.

Lesley patrzy na męża.

– Czemu wszyscy to powtarzają? Kiedy ostatnio się odzywały, były najprawdopodobniej ciągle w Bangkoku. Alex pisała, że w ubiegłą środę miały oglądać jakieś słonie. Świetnie się bawiły. – Urywa. W zdanie wkradł jej się czas przeszły. – Tak się boję, że ją straciliśmy. Ciągle przypominam ją sobie na lotnisku, jak machała nam z kolejki do kontroli bezpieczeństwa. Gotowa na wielką przygodę.

Łzy spływają jej po twarzy, skapują z brody na gołe przedramię męża.

– Przepraszam – szepcze, ociera je rękawem i zbiera się do wstania.

– Daj sobie chwilę, Lesley – mówię cicho i wyławiam z torby chusteczkę higieniczną. – Nic dziwnego, że się martwisz. Który rodzic by się nie bał? Masz zdjęcie dziewczyn z lotniska?

Jenny wstaje i przeciska się między kolanami gospodarzy a stolikiem. Ona też płacze.

– Muszę na minutkę wyjść – mówi.

– Zostań, Jenny – szlocha Lesley, ale sąsiadka znika w holu. Potem zwraca się do mnie: – Czujemy się tacy bezradni. Pomożesz nam, prawda?

Malcolm przesuwa się nieco, a ja siadam obok niej i łapię ją za rękę.

– Oczywiście, że pomogę. Jak tylko skończymy rozmawiać, napiszę artykuł, żeby poszukiwania nie ustawały. Internetowe wydanie „Posta” czytają ludzie na całym świecie.

Na twarzy Lesley pojawia się nagle nieufność. „Właśnie sobie przypomniała, że jestem dziennikarką”.

– Co napiszesz?

– Że rozpaczliwie szukacie Alex i Rosie, że się o nie martwicie. Coś o nich, o ostatnim miejscu pobytu, jakie miały potem plany. Będą nam potrzebne ich zdjęcia, wasze też. Chcemy, żeby inni rodzice zrozumieli, przez co przechodzicie.

– Skoro to ma pomóc… – Głos Lesley się załamuje.

Wróciła Jenny, stoi w drzwiach i ociera oczy.

– Jak myślisz, Jenny? – pyta Lesley.

Jenny wbija wzrok w dywan.

– Dobrze – mówi w końcu.

Bangkok,dzień 2 (poniedziałek, 28 lipca)

www.facebook.com/alexoconnor.333

Alex O’Connor

28 lipca o 6:30

Naprawdę tu jestem! Marzenia się spełniają…

Mało brakowało, a miesiąc przed wyjazdem odwołałaby całą podróż, bo jej najlepsza przyjaciółka Mags zrezygnowała. W dniu, w którym miały kupować bilety lotnicze, Mags przyszła jej powiedzieć, że zmieniła zdanie. Bardzo jej przykro, ale jej nie stać. Alex tak zatkało, że nawet nie zrobiła jej awantury. Dopiero potem zaczęła się zastanawiać, czy koleżanka od początku nie miała zamiaru jechać.

A potem Rosie zaczęła błagać, żeby ją ze sobą wzięła. Alex była w szoku. Przede wszystkim nie były bliskimi koleżankami. Nie znała jej od dziecka, tak jak Mags. Rosie zamieszkała przy ich ulicy dopiero na początku liceum, chodziły na inne przedmioty. To mama Alex zasugerowała, żeby może odprowadziła Rosie do szkoły na początku nowego roku szkolnego, zapoznała ją ze swoimi znajomymi i tak dalej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki