Wydawca: Filia Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Podejdź bliżej ebook

Rachel Abbott  

4.34210526315789 (114)
Bestseller

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 407 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Podejdź bliżej - Rachel Abbott

3 miliony sprzedanych egzemplarzy!

Ile kobiet musi jeszcze umrzeć? Kto je kontroluje i jak ich powstrzymać?

W parku zostają odnalezione zwłoki kobiety. Na jej ciele nie ma żadnych śladów przemocy, nie wiadomo jak zginęła. Inna ucieka przed swoim socjopatycznym partnerem, który ją prześladuje. Ale prędzej czy później będzie musiała wrócić. W niewyjaśnionych okolicznościach znika jeszcze kilka innych kobiet, a łączy je tylko jedna rzecz – kiedyś dokonały złego wyboru. Nie mają wpływu na to, że wkrótce staną się sobie bardzo bliskie…

Dla Toma Douglasa szykuje się jedno z najtrudniejszych śledztw w jego karierze. Czy ktoś manipuluje kobietami, prowadząc własną mroczną grę? Jedno jest pewne: jeśli Douglas się nie pospieszy, wkrótce mogą pojawić się kolejne ofiary…

Podejdź bliżej« to mrożąca krew w żyłach powieść będąca idealnym połączeniem mrocznego, psychologicznego thrillera z inteligentnie prowadzonym śledztwem detektywistycznym". 
"Noelle"

Opinie o ebooku Podejdź bliżej - Rachel Abbott

Fragment ebooka Podejdź bliżej - Rachel Abbott

Prolog

Nie wiem już, kim jestem. Moje życie jest nie dopoznania – podzielone nadwa odrębne okresy: przedtem – kiedy mogłam poczuć wiatr naswojej skórze, patrzeć, jak niebo przechodzi z niebieskiego w czarne, słuchać rano śpiewu ptaków, czuć zapach mokrej oddeszczu ziemi – i potem, w którym tkwię teraz i nie potrafię już stwierdzić, czy trwa dzień, czy noc, a jedynym odgłosem, jaki słyszę, jest człapanie bosych stóp nalinoleum.

Siedzę nawąskim łóżku, gapiąc się naprzeciwległą ścianę, i zastanawiam, jak tosię stało, żesię tuznalazłam. Nie umiem natoodpowiedzieć. Wiem jedynie, żeprzyjdą. Przychodzą conoc.

Nie rozumiałam, jak łatwo można stracić życie. Stracić siebie. Teraz nie jestem już sobą. Jestem kimś innym. Kimś, kogo nie poznaję.

Mam naimię Judith. I zabiłam człowieka.

1

CZTERY TYGODNIE WCZEŚNIEJ

– Dobranoc wszystkim! – zawołała Sharon przez ramię.

– Już idziesz, Shaz? – usłyszała zasobą. Nie wiedziała, która z przyjaciółek pyta, toteż tylko uniosła rękę, nie odwracając się zasiebie, i pomachała im napożegnanie, kierując się dowyjścia. Nie chciała, żeby zobaczyły jej twarz: winne spojrzenie i zarumienione policzki.

Sharon nie mogła się doczekać, kiedy wyjdzie zaJeza – był wspaniały – ale w jakiś sposób całe toprzedślubne napięcie, małżeńska nieodwołalność, może nawet przewidywalność zalazły jej zaskórę, przekonała więc koleżanki, byspotkały się z nią w klubie w mieście. Jez również imprezował dziś poza domem, a że zamierzał nocować u brata, Sharon nie miała dokogo się spieszyć.

Myślała, żebędzie tańczyć z przyjaciółkami dobiałego rana, ale kiedy poszła kupić sobie drinka, zauważyła przy barze przystojnego nieznajomego, który ją obserwował i – nie mogła temu zaprzeczyć – spodobało się jej, żeprzykuwa jego uwagę. Normalnie powiedziałaby mu, żeby spadał, ale tego wieczoru wszystko wydawało się inne niż zazwyczaj. Muzyka była głośna, rytm pulsował w jej ciele, a migające wielokolorowe światła sprawiały, żenawet najbardziej zwyczajne rzeczy sprawiały wrażenie niesamowitych. Poczuła podekscytowanie, kiedy dłoń mężczyzny dyskretnie spoczęła u nasady jej pleców, poczym zaczęła powoli przemieszczać się niżej.

Gdy naniego zerknęła, utkwił w niej rozpalone spojrzenie, którym zadawał jej niewypowiedziane pytanie. Sytuacja nabrała rumieńców i Shaz przestała być tak dyskretna, kiedy nieznajomy pochylił się doniej i położył jej dłoń na karku. Jednak zamiast ją pocałować, szepnął, że powinni udać się w jakieś ustronne miejsce, gdzie będą mogli być sami, nacoona poczuła dreszcz podniecenia. Zgodziła się, proponując pobliski urokliwy park nad jeziorem − Pennington Flash. O tej porze nikogo już tam nie będzie, a jeśli pojadą osobno, nikt się niczego nie domyśli.

Przez cały dzień w radiu i telewizji zapowiadano nocne obfite opady śniegu, poktórych nakilka dni temperatury miały spaść poniżej zera. Nic się jeszcze jednak nie zaczęło, Sharon nie martwiła się więc warunkami nadrodze, gdy szukała w torebce kluczyków doauta. Nie zamierzała dużo pić, dlatego wzięła samochód. Może trochę przesadziła z alkoholem, ale nie szkodzi. Czuła się dobrze.

Zatrzecim razem udało się w końcu włożyć kluczyk dostacyjki i uruchomiła silnik z rykiem, zbyt mocno przycisnąwszy gaz.

Pojadę powoli, pomyślała.

Wdzieciństwie jeździła narodzinne wypady doPennington Flash i znała tętrasę napamięć, więc prawie jak naautopilocie przejechała ulicami, aby w końcu zjechać z głównej drogi nateren obiektu. Pierwszy parking będzie o tej porze zamknięty, ale główny, blisko jeziora, nie miał bramy i tam właśnie się umówili.

Atramentowa ciemność parkingu sprawiła, żeSharon poczuła, jak dostaje gęsiej skórki, i zdjęła dłoń z kierownicy, żeby potrzeć się po przedramieniu. Miejsce było opuszczone i jeśli na niebie świecił księżyc, tozasłaniały go chmury ciężkie odzapowiadanego śniegu. Gość z baru jeszcze nie przyjechał, ale powiedział, żeodczeka pięć minut pojej wyjściu, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Sharon przeszło przez myśl, żenie zna nawet jego imienia. Jednak z tąznajomością nie wiązała przyszłości, było towięc bez znaczenia.

Pojechała naodległy kraniec parkingu, tam gdzie nisko opadające gałęzie potęgowały mrok, i zaparkowała przodem dowjazdu. Chciała mieć pewność, żezobaczy go, zanim on zobaczy ją.

Lekko uchyliła okno. Noc była cicha. Zamknęła oczy i próbowała odgonić odsiebie obraz uśmiechniętej twarzy Jeza.

Jakiś dźwięk – łoskot – wyrwał ją z zamyślenia. Cotobyło? Namoment włączyła przednie światła i westchnęła z ulgą. Wiatr przetaczał poasfalcie pustą puszkę pocoli. Znów wyłączyła światła, ale podmuch lodowatego powietrza natwarzy i uderzenie adrenaliny chyba przywróciły jej rozsądek. Coona, docholery, robiła? Chyba jej odbiło! Musi stąd odjechać.

Sięgnęła pokluczyk tkwiący w stacyjce, ale było już zapóźno. Dobiegł jąnowy dźwięk – silnik samochodu.

Cholera. Toon.

Może powie mu, żetobył głupi pomysł? Tylko co, jeśli on tego dobrze nie przyjmie? Jeśli jązgwałci? Sharon słyszała historie dziewczyn, które zostały zmuszone dostosunku, gdy w ostatniej chwili chciały się wycofać. Musiała stąd zwiać, zanim jązobaczy.

Dzięki Bogu w jej starym gracie zepsuło się światełko pod sufitem. Cicho otworzyła drzwi i wyślizgnęła się z samochodu, drżącymi palcami włożyła kluczyk dozamka i szybko go przekręciła. Zgięta wpół pobiegła naścieżkę prowadzącą wzdłuż nieruchomej czarnej wody i schowała się zaniskim krzakiem.

Dopiero kiedy auto wjechało naparking, zdała sobie sprawę, żesamochód mawyłączone przednie światła. Dlaczego?

Samochód krążył poasfalcie, jak gdyby kierowca kogoś szukał, i Sharon wiedziała, żemoże chodzić tylko o nią. Ale wtedy znów przyjrzała się autu. Facet w barze kazał jej wypatrywać srebrnego golfa. Ten samochód miał ciemny kolor, może nawet czarny, i był większy niż golf. Przyjechał ktoś inny.

Ale to, kim był ten człowiek, nie miało znaczenia. Sharon zdała sobie sprawę, jaka bezbronna jest w tej sytuacji – młoda kobieta, sama, nad ranem, w zupełnej głuszy. Cozaidiotka. Musiała dalej się chować.

Samochód zatrzymał się bezpośrednio przed jej starą toyotą i ktoś z niego wysiadł. Nie mogła zbyt wiele zobaczyć, bomężczyzna stał dość daleko. Wtedy zobaczyła światło latarki. Podszedł dojej samochodu i snopem światła przeczesywał jego wnętrze.

OBoże. Czy gość z baru jąwrobił? Zwabił w ustronne miejsce i wystawił komuś innemu – może nie tylko jednej osobie.

Kiedy zda sobie sprawę, żesamochód jest pusty, zacznie mnie szukać.

Mężczyzna spróbował otworzyć jej auto – dzięki Bogu jezamknęła – i zaczął świecić dokoła latarką. Wrócił naprzód i skierował światło natablicę rejestracyjną, Notował numery! Poco?

Gdy odszedł odsamochodu, Sharon pomyślała, żesobie pojedzie. On jednak wszedł naścieżkę i najpierw poświecił latarką w przeciwnym kierunku, a potem w jej stronę.

Przykucnęła jak najniżej i pochyliła głowę, żeby jej biała twarz nie odbiła światła latarki, modląc się w duchu, byczarny płaszcz dobrze jąskrył. Ściągnęła buty naobcasach, nawypadek gdyby musiała uciekać.

Usłyszała chrzęst żwiru pod stopami nieznajomego.

Szedł tu.

2

Budzę się i przez moment zastanawiam, gdzie jestem. Nie sądziłam, że w ogóle zasnę – mój wewnętrzny zegar wciąż jest zaburzony przez tak daleką podróż nawschód – ale może toprzez ulgę, jaką poczułam, zostawiając wszystko zasobą.

Prawie nie przyjechałam i gdyby Ian postawił naswoim, wciąż tkwiłabym w domu, zaspokajając wszystkie jego potrzeby.

Jestem tu z powodu mojego dziadka, który przez ponad siedemdziesiąt lat pragnął wrócić domiejsca tak bliskiemu swemu sercu – Birmy lub Mjanmy, jak się jąteraz nazywa – gdzie stacjonował podczas wojny. Sam nie dotarł tuponownie, ale kupił mibilet i poprosił, żebym odbyła tępodróż zaniego – była jego oczami i uszami.

Dziadek zmarł, zanim wyjechałam, więc już nigdy nie usłyszy o miejscach, które odwiedzę, ale nawet w swoich ostatnich dniach namawiał mnie, żebym nie rezygnowała z wyjazdu.

– Zrób sobie wolne – wysapał słabym głosem. – Zostaw wszystko i daj sobie trochę przestrzeni, bypomyśleć o przyszłości, o życiu, najakie zasługujesz. Chcę jedynie, żebyś była szczęśliwa, wiesz o tym. A wydaje misię, żenie jesteś.

Czułam się, jakby rzucał nowe światło namoje życie, a w szczególności namój związek z Ianem.

Kiedy dziadek umarł, starałam się nie płakać przy Ianie, ale raz zobaczył moje łzy i powiedział, żebym wzięła się w garść.

– Daj spokój, przecież tobył stary człowiek. Teraz przynajmniej nie musisz jechać w tębezsensowną podróż. – Założył ręce napiersi, jak gdyby dla zaznaczenia, żesprawa jest zamknięta.

Poczułam nagły strach. Wiedziałam, cosię stanie.

– Cochcesz przez topowiedzieć? – zapytałam, nie mogąc znieść tego, jak drży miprzy tym głos.

– Nie pojedziesz tak daleko całkiem sama. Teraz już nie musisz.

Nigdy nie podobał mu się pomysł tej wycieczki. Zwłaszcza żeodpoczątku miałam jechać sama.

Ian próbował wszystkiego, żeby mnie odtego odwieść – odignorowania każdego mojego słowa poobarczanie mnie winą zato, żenie może znaleźć pracy. Sprawiałam, żejest przeze mnie nieszczęśliwy, ciągnęłam go w dół. Wolał zwrócić bilet, żeby uszczknąć sobie z niego trochę pieniędzy.

– Zawsze myślisz tylko o sobie – powtarzał bez końca.

Prawie się poddałam, conie zdarzyłoby się pierwszy raz, ale pomyślałam o dziadku i o tym, jak bardzo chciał, żebym wyruszyła w tępodróż. Nie dałam więc sobie wmówić, żejestem skupiona wyłącznie nasobie, bezmyślna i nie liczę się z innymi. Ian nie zastraszył mnie również groźbami, że w jakiś sposób storpeduje ten wyjazd, cowykrzykiwał podczas nienormalnych wręcz wybuchów złości.

Przez te wszystkie kłótnie opadałam z sił i robiłam się coraz bardziej świadoma tego, ile razy ustąpiłam Ianowi w ciągu naszego rocznego związku, zakażdym razem czując się tak, jakbym tojapostąpiła źle, jakbym tojanie rozumiała, że utrudniam życie nam obojgu. W tym roku było jednak inaczej. Widziałam twarz dziadka i jego oczy, które mówiły mi, bym była odważna, bym stanęła w swojej obronie, wyłamała się zeschematu.

Poczekałam dodnia poprzedzającego wyjazd. Od wielu dni ćwiczyłam, cochcę powiedzieć, ale i tak się jąkałam, gdy wyjaśniałam Ianowi, żemiędzy nami koniec. Chciałam, żeby pod moją nieobecność wyprowadził się z domu. Gdy wymawiałam te słowa, poczułam dreszcz strachu. Nie potrafiłam spojrzeć mu w oczy, przerażona tym, comogę w nich zobaczyć, a kiedy wsiadłam dosamolotu, czułam się umęczona i załamana tym, cozaszło.

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaka jestem bezbronna. Może natym polegał mój błąd.

*

Muszę zapomnieć o Ianie i myśleć o tym, jakie mam szczęście, żetujestem.

Nigdy nie mieszkałam w takim luksusowym hotelu i choć czuję ogromną pokusę, by z powrotem zagrzebać się w świeżej białej pościeli, przede mną nowy dzień. Wypełniają mnie podekscytowanie i niepokój. Poraz pierwszy podróżuję samotnie i przebywam w obcym kraju, który matak odmienne obyczaje, zapachy i dźwięki. Ale nie czuję się tak pewna siebie, jak powinnam.

Mimo dręczących mnie nieustannie podszeptówlęku nie mogę się doczekać, kiedy wyjrzę z okna swojej sypialni i zobaczę widoki, które przegapiliśmy, jadąc tupozmroku. Ulice Rangunu przed hotelem są tłoczne, chaotyczne i kolorowe. Uliczni sprzedawcy osłonili stragany jaskrawymi parasolkami, bychronić towary przed słońcem, a kierowca każdego autobusu, samochodu czy skutera czuje palącą potrzebę walenia w klakson.

Nie mogę uwierzyć, żejestem teraz gdzieś, gdzie jest tak gorąco, choć gdy wyjeżdżałam, Manchester przykrywała gruba warstwa śniegu. Martwiłam się nawet, żelot zostanie odwołany i będę musiała z podkulonym ogonem wrócić dodomu. Ian dopiero byłby zadowolony. Podróż przebiegła jednak bez zarzutu, jeśli nie brać pod uwagę dziwnego i nieco niezręcznego zdarzenia, gdy przybyliśmy namiejsce.

Zebraliśmy się w holu hotelu, żeby odebrać klucze, niecierpliwie czekając, bypomęczącym locie udać się doswoich pokoi. Byłam zmęczona, chciałam wziąć prysznic i nie miałam zbytnio ochoty narozmowę, stałam więc zezwieszoną głową i wzrokiem wlepionym w walizkę, czekając, aż zostanie wyczytane moje nazwisko. Poczułam, żektoś mnie obserwuje – parę czyichś oczu wypalających midziurę w skórze – uniosłam więc głowę. Przy recepcji stał mężczyzna i misię przyglądał. Był sam i kiedy spojrzałam mu w oczy, spodziewałam się, żeodwróci wzrok, ale on ani drgnął i nie okazał ani odrobiny zażenowania, tylko patrzył namnie pytająco. Przyjechał sam? Czy pomyślał, że skoro jestem natej wycieczce prawdopodobnie jedyną wolną kobietą poniżej sześćdziesiątki, tomoże śmiało do mnie uderzać? Powinnam była odwrócić wzrok, jednak uniosłam brwi i przechyliłam głowę w bok, żeby pokazać, żenie robi namnie wrażenia. Ale wtedy wywołano moje nazwisko, wzięłam klucz i uciekłam doswojego pokoju.

Zdarzyło się towczoraj wieczorem, lecz teraz jest zupełnie nowy dzień, w którym czeka namnie tyle ciekawych rzeczy. Wkrótce wmieszamy się w chaos naulicach i pojedziemy autokarem doportu, a tam przesiądziemy się nastatek, którym popłyniemy w górę rzeki Irawadi.

Przez ułamek sekundy żałuję, żenie jestem tu z kimś. Posiadanie partnera byłoby przyjemniejsze niż konieczność jedzenia, spania i podróżowania w samotności. Ale wtedy wyobrażam sobie, żemoją drugą połówką jest Ian, i aż się wzdrygam. Słyszę jego głos w swojej głowie, narzekanie napodróż autobusem, dyktowanie mi, copowinnam nasiebie włożyć, naśmiewanie się z naszych współtowarzyszy zaich plecami i oczekiwanie, żebędę się śmiać razem z nim.

Kiedyś sądziłam, żego potrzebuję. Ale teraz już nie.

*

Wautokarze siadam napierwszym wolnym miejscu. Wszyscy się uśmiechają i witają skinieniem głowy. Słyszę dużo amerykańskiego akcentu w głosach osób, które z niezmordowanym entuzjazmem właściwym tamtej kulturze wołają dosiebie „cześć” i sprawiają wrażenie, jakby się znali oddawna. Oczywiście. Wczoraj zorganizowano powitalnego drinka i wygląda nato, żetylko jaolałam tospotkanie.

Spoglądam przez szybę narojny tłum ludzi prowadzących swoje codzienne życie – kobiet i mężczyzn ubranych w długie kolorowe spódnice, które, jak przeczytałam w przewodniku, nazywają się lungi. Podczas gdy powoli przedzieramy się autokarem przez ruch uliczny i opuszczamy miasto, mijając przydrożne stragany pełne przypraw, owoców i warzyw, zauważam, żewszyscy się uśmiechają. Zastanawiam się nad tym, jak wygląda ich życie i jak bardzo może się różnić odmojego.

Moje myśli zostają przerwane, gdy ktoś siada nawolnym miejscu obok mnie. Odwracam się z uśmiechem naustach, nim zdaję sobie sprawę, żetomężczyzna, który wczoraj przyglądał misię w holu.

– Cześć, jestem Paul – mówi. Miło się wita, ale jego oczy sąpuste, pozbawione wyrazu i odnoszę wrażenie, że z niezrozumiałego dla mnie powodu próbuje mnie ocenić.

Nie mam natoteraz ochoty. Czego on chce? Spróbuje mnie poderwać? Jeśli tak, tosytuacja zrobi się żenująca, rzucam mu więc przepraszający uśmiech i zamykam oczy, tłumacząc, żenie przyzwyczaiłam się jeszcze donowej strefy czasowej. Mężczyzna siedzi przy mnie przez chwilę, poczym czuję ruch i zdaję sobie sprawę, żeposzedł usiąść z kimś bardziej rozmownym.

Skoro znów jestem sama, mogę otworzyć oczy i ponownie przyglądać się krajobrazowi. Wyciągam telefon, żeby zrobić kilka zdjęć, zadowolona, żejeśli nie kupię tutejszej karty SIM, moja komórka pozostanie nieaktywna. Nie mam zamiaru tego robić. Tak czuję się bezpieczna, odgrodzona odpretensji Iana.

Mój telefon był wyłączony, odkąd wsiadłam dosamolotu w Manchesterze, i kiedy go włączam, przeraża mnie, ile mam nowych wiadomości. Musiały przyjść, zanim odleciałam, ale nalotnisku było głośno, a janie sprawdziłam komórki przed wyłączeniem. Tkwiły tam, czekając naswój moment, gotowe wypluć z siebie jad, kiedy będę się tego najmniej spodziewała.

Esemesów jest przynajmniej dziesięć i wiem, odkogo pochodzą. Zerkam napierwszy i nie mam ochoty czytać dalej. Język wiadomości jest odrażający, a cięte uwagi sprawiają, że z trudem tłumię jęk. Dooczu napływają miłzy. Zdaję sobie sprawę, żebyłam głupia, ale poznałam Iana w bardzo trudnym momencie swojego życia. Dziadek był chory, ojciec nie chciał zemną rozmawiać, a jamiałam się właśnie przeprowadzić donowego miasta, w którym nikogo nie znałam.

Ateraz Ian postanowił kompletnie mnie zniszczyć.

3

Dwie kobiety siedziały poprzeciwnych stronach sosnowego stołu, gapiąc się w stojące przed nimi miski z zupą. Jak naniewypowiedzianą komendę w tej samej chwili podniosły łyżki i powoli zaczęły jeść brązową ciecz.

Wisiała nad nimi słaba żarówka, rzucająca plamę światła naśrodek stołu, pozostawiając resztę pokoju w ciemności. Jedynym odgłosem był stukot metalowych łyżek o ceramiczne miski.

Przez kilka chwil żadna się nie odezwała.

– No toodeszła – powiedziała w końcu młodsza, odgarniając zauszy potargane włosy. Druga mruknęła potwierdzająco, nie przerywając jedzenia. – Chyba była gotowa.

Padło kolejne mruknięcie. Starsza kobieta była następna w kolejce. Przebywała tam najdłużej i przygotowywała się nadzień, w którym nadejdzie jej czas i w końcu będzie gotowa stąd odejść.

– Przynajmniej teraz będzie nam lżej – kontynuowała młodsza, raz jeszcze starając się podjąć rozmowę. Nie usłyszała odpowiedzi, ale druga kobieta powoli podniosła oczy, żeby nanią spojrzeć.

– Jestem gotowa – rzekła w końcu. – Nie chcę już dłużej czekać.

Rzadko rozmawiały. Czasami nie było im wolno, ale kiedy przebywały tutaj same, tomogły – jeśli tylko chciały. Zwykle były zbyt zmęczone, zbyt ospałe, a robota zdawała nigdy się nie kończyć.

Młodsza miała poczucie, jak gdyby każda kość w jej ciele zamieniła się w galaretę. Trudno jej było znaleźć w sobie siłę nacały dzień i ledwo zwlekała się rano z łóżka.

Mimo apatii, z której nie mogła się otrząsnąć, wciąż próbowała czasem walczyć z tym, cosię z nią działo. Ale tak jak jej powtarzano, była tubezpieczna. Karmiono ją, było jej ciepło i musiała wykonać tylko kilka prac dziennie, byzarobić naswoje utrzymanie. Alternatywa była dużo, dużo gorsza.

Dręczyło jąjednak pewne pytanie. Jak długo tomoże trwać? Ile czasu upłynie, zanim odejdzie, jak zrobiła trzecia kobieta dwa, a może trzy dni temu? Tamta przez całe tygodnie ledwie odezwała się do nich słowem i zdawała się czuć ulgę, kiedy nadszedł jej moment.

– Myślę, żektoś donas wkrótce dołączy – powiedziała starsza z kobiet bezbarwnym tonem, z nic niewyrażającą miną.

– Tak sądzisz?

– Zawsze jest tak samo. Jedna odchodzi, następna przychodzi.

Młoda kobieta czuła gdzieś głęboko, żetonie masensu, ale nie mogła dojść dlaczego. Tobyło zbyt skomplikowane i właściwie bez znaczenia. Niczego nie zmieniało.

Wkońcu obie odsunęły krzesła i podeszły dozlewu znajdującego się głęboko w ciemnościach kuchni. Tonieistotne, żeledwie mogły coś zobaczyć. Wiedziały, jak poruszać się w ciemności. W dzień czy w nocy ciągle było tak samo. Bez słowa jedna z nich opłukała naczynia, a druga jewytarła i odłożyła namiejsce.

Młoda kobieta nie chciała iść spać, choć była wyczerpana. Czasem nawiedzały ją sny: wyraźne, jaskrawe obrazy, które przerażały ją opowiadanymi historiami. Kiedy indziej znów wizje dopadały ją, gdy nie spała – przez coczuła się, jakby traciła nad sobą kontrolę, jakby była odseparowana odwłasnego ciała. Sny były jednak najgorsze – wyraźne, dosadne i jaskrawe – a kiedy się budziła, trudno jej było przekonać samą siebie, żeto, czego doświadczyła, nie było prawdziwe.

Może jej sny sąlepsze niż wspomnienia, które wydawały się zamglone, niewyraźne, jak gdyby nie była w stanie w pełni objąć ich rozumem. Zwykle nie chciała tego robić, boprzypominała sobie o wszystkim, costraciła.

Jej myśli zaczęły się rozmywać, zanim zdążyła dojść dojakichś wniosków. Czuła się rozkojarzona i musiała szybko się położyć, boinaczej zasnęłaby, stercząc w kącie kuchni.

Druga z nich stała w bezruchu przy zlewie ześciereczką w dłoni, patrząc przed siebie nieobecnym wzrokiem.

– Idę spać – szepnęła młoda kobieta, dotykając ramienia starszej. – Dobranoc, Judith.

Nie usłyszała odpowiedzi.

4

Jedyne określenie, jakie przychodzi minamyśl, żeby opisać moją kajutę nastatku, toprzepych. Poduchy w nasyconych kolorach i meble z ciemnego drewna wzmagają poczucie, żeznajduję się teraz w innym świecie – i bardzo się z tego cieszę. Wychodzę nabalkonik i wciągam w płuca parne powietrze przesycone zapachem rzeki, którą płyniemy w górę jej biegu, słuchając dziwnych odgłosów obcego kraju: krzyków dzieci bawiących się w mętnej wodzie i monotonnych śpiewów buddyjskich mnichów, kiedy mijamy wspaniałe świątynie, najwyraźniej postawione w szczerym polu.

Odrazu czuję, jak powoli zaczyna uchodzić zemnie napięcie, a ucisk w piersi i płytkość oddechu ustępują. Wracam dośrodka i zamykam przesuwane szklane drzwi, żeby nie wleciały zamną komary, i siadam, byumalować się, zanim pójdę nakolację. Spoglądam naswoje blade odbicie w lustrze, ciemne cienie pod oczami i opieram podbródek na dłoniach, zastanawiając się, jak w najlepszy sposób dodać koloru policzkom.

Natoaletce ładuje się mój laptop i już mam go stamtąd zabrać, byzrobić sobie miejsce, gdy wydaje z siebie sygnał oznaczający przyjście nowego maila. Internet mamy z przerwami, w zależności odtego, naktórym odcinku rzeki się znajdujemy, więc najwyraźniej jesteśmy teraz w dobrym miejscu.

Spoglądam namonitor i serce namoment przestaje mibić. E-mail jest odIana. Nie wiem, czy go otwierać, czy nie, i jestem wściekła nasamą siebie, żetrzęsie misię ręka, gdy kładę palce nagładziku.

Ian nie otrzymał odpowiedzi naswoje esemesy – wszystkie usunęłam i nie mogłabym nanie odpowiedzieć, nawet gdybym chciała – więc teraz przerzucił się namaile.

Innym temat wiadomości wydałby się kompletnie niewinny – „Będę naciebie czekać, gdy wrócisz dodomu” – ale mnie przechodzi dreszcz. Nie chcę otwierać maila, ale jeśli tego nie zrobię, jego złowroga obecność będzie mnie prześladować.

Ton się zmienił. Ian nie wyzywa mnie już odszmat. Napewno uświadomił sobie, żechoć obelgi mogą być szokujące, łatwo puścić jemimo uszu.

Wiem, że byłem na ciebie zły, ale ostatecznie jestem gotów ci wybaczyć. Nie przyszło mi to łatwo, ale rozumiem, że byłaś zdenerwowana. W głębi duszy wiesz, że mnie potrzebujesz. Co zrobisz, kiedy odejdę? Pamiętaj, jak trudno nam było się nawzajem odnaleźć. Czy naprawdę chcesz spędzić samotnie resztę życia? Nie sądzę.

Ian sugeruje minawet, żebym wróciła wcześniejszym samolotem, dociera domnie, żeon nie mazamiaru się poddać. Boniby czemu miałby? Mogłabym się oszukiwać, że z miłości, ale wiem, żenie o tochodzi. Kiedy mnie poznał, mieszkał w paskudnym, wynajmowanym pokoju z łazienką, którą dzielił przynajmniej z dziesięcioma innymi osobami, a teraz maprawdziwy dom i mnie, która go obskakuje. Nie zostawi takiego życia bez walki, zwłaszcza żedotej pory zawsze poddawałam się jego żądaniom. Odsamego początku Ian wiódł przy mnie życie wolne odzmartwień.

Byłam głupia i trudno mitoprzed sobą przyznać. Ian i japoznaliśmy się przez internet. Znam wielu ludzi, którzy stworzyli w ten sposób szczęśliwe związki, ale kiedy poznajesz kogoś naportalu randkowym, wiesz o nim tylko tyle,ile jest skłonny ci wyjawić. Może powiedzieć, co tylkochce, a ponieważ nie macie żadnych wspólnych przyjaciół czy znajomych, którzy mogliby tozweryfikować, wierzysz w każde słowo. A przynajmniej jauwierzyłam.

Czy kiedykolwiek się odniego uwolnię?

Robię kilka głębokich wdechów i z nową determinacją wstaję z krzesła. Nie mogę pozwolić, byzepsuł mite wakacje, a kolacja zaczęła się dziesięć minut temu.

Zamykam zasobą drzwi kajuty, idę długim korytarzem wyłożonym boazerią i otwieram drzwi jadalni, licząc, żeuda misię dyskretnie zająć jakieś wolne miejsce. Uderza mnie szum podekscytowanych rozmów i zanim dojdę domałego, pustego stolika, który zauważyłam w rogu sali, zdaję sobie sprawę, żetak łatwo się nie wywinę.

Woła domnie czyjś donośny głos z amerykańskim akcentem:

– Hej, młoda damo! Nie siedź sama. Dołącz donas, mamy wolne miejsce. Harry, przesiądź się i zrób jej miejsce.

Spoglądam w stronę natarczywego głosu i widzę pulchną kobietę z idealnym makijażem, o włosach w kolorze żółty blond zaczesanych dotyłu, siedzącą przy ośmioosobowym stoliku. Macha domnie, a Harry, łysiejący facet popięćdziesiątce o rumianej twarzy, posłusznie zrywa się z miejsca i siada napustym krześle poprzeciwnej stronie stołu. Nie mam innego wyjścia i muszę przyjąć zaproszenie, jeśli nie chcę wyjść naniegrzeczną. Uśmiecham się więc niepewnie, gdy wszyscy misię przedstawiają.

Zaczynają się pytania.

– Skąd jesteś?

– Byłaś już natakiej wycieczce?

– Dlaczego chciałaś odwiedzić Birmę?

Odpowiadam najlepiej, jak umiem, aż w końcu kobieta, która kazała Harry’emu się przesiąść, pyta:

– Podróżujesz sama?

– Tak. – Tylko tyle z siebie wyduszam. Starsza kobieta o pięknych, długich, srebrzystych włosach, która siedzi nieco dalej przy stole, rzuca mipełen współczucia uśmiech.

Uwaga w końcu przestaje koncentrować się namnie i nieco się rozluźniam, ale kiedy odwracam się, bypodziękować kelnerowi zadanie, które przede mną postawił, wyłapuję spojrzenie młodego mężczyzny siedzącego samotnie przy stoliku podrugiej stronie sali.

Toznów on. Paul. Najwyraźniej ominęło go zaproszenie Amerykanki, która manaimię Donna. Tonapewno on. Jego oczy sąmałe, przenikliwe, osadzone nad haczykowatym nosem. Wygląda trochę jak orzeł i znów zdaje się mierzyć mnie spojrzeniem. Nie uśmiecha się ani nie kieruje wzroku w bok, kiedy spoglądam prosto naniego. Dokładnie tak jak wczoraj wieczorem.

Unoszę podbródek i odwracam się z powrotem dostołu.

Donna opowiada coś z pełnym zaangażowaniem, codaje miczas, byprzyjrzeć się jej oraz pozostałym uczestnikom posiłku. Nakońcu stołu pomojej prawej siedzi starsza para, prawdopodobnie niewiele posiedemdziesiątce. Kobieta – ta, która wcześniej życzliwie się domnie uśmiechnęła – manaimię Thea, nie wiem jednak, jak manaimię jej mąż, boona zawsze zwraca się doniego per „mój drogi”, a w rozmowach z innymi nazywa „doktorem”.

– Doktor i jaodwiedziliśmy w ostatnich latach wiele pięknych miejsc, prawda, mój drogi? Wietnam podobał się nam chyba najbardziej.

Doktor, przystojny mężczyzna o nietypowej kombinacji czarnych brwi, siwej brody i niemal łysej czaszki, ledwie podnosi głowę i potakuje. Brwi maskierowane kunosowi, jakby najego twarzy malował się ciągły grymas i wydaje się mu odpowiadać, żetożona zajmuje się gadaniem.

Odziwo zaczynam się cieszyć, żeDonna poprosiła mnie, bym z nimi usiadła. Rozmowa z nimi podczas kolacji zmusiła mnie domyślenia o czymś innym niż Ian i sytuacja, z którą będę musiała się zmierzyć, kiedy wrócę do domu. Jednak te obawy nigdy całkowicie mnie nie opuszczają. Tkwią jak głaz gdzieś w ciemnym zakamarku umysłu.

5

Idąc długim korytarzem do swojego biura, nadinspektor Tom Douglas uśmiechnął się nawidok esemesa w swoim telefonie. Louisa gotowała obiad i chciała wiedzieć, czy zjedzą razem. Był tak pochłoniętytą wiadomością, żenie zauważył, jak zbliża się doniego Becky Robinson. Podniósł wzrok, słysząc dźwięk kroków, i szybko przystanął, przylegając plecami dościany, szeroko rozpościerając ręce i rozczapierzając palce.

– Bardzo śmieszne – powiedziała Becky. – Nie jestem aż taka wielka.

Tom uśmiechnął się i oboje ruszyli w stronę jego gabinetu. Zatrzymał się, żeby przepuścić Becky w drzwiach.

– Cojesteś taki rozweselony? – zapytała, gdy odsuwał dla niej krzesło. – I przestań, z łaski swojej, traktować mnie, jakbym była z cukru.

– Poprostu życie jest fajne, i tyle. – Obszedł biurko i wskazał Becky miejsce naprzeciwko. – Usiądź.

– Nie manatoczasu. Mamy ciało w parku krajobrazowym Pennington Flash. Podejrzany zgon.

Tom uniósł brwi.

– Okej, cojuż wiadomo?

– Niewiele. Kobieta, prawdopodobnie około trzydziestki. Znaleziona w jednej z budek doobserwacji ptaków przez jakiegoś nieszczęśnika, który chciał tam posiedzieć z lornetką. Miejscowy inspektor mówi, że nie chce nam narzucać swojego zdania, więc niewiele powiedział.

Tom zgarnął kluczyki z biurka.

– No dobrze. Znajdźmy Keitha. Może pojechać zemną.

Becky wzięła się pod boki i przeszyła Toma wzrokiem.

– Dlaczego zabierasz sierżanta Simsa? Janie jadę? – Wzrok Toma powędrował najej brzuch. – Daj spokój, Tom. Jestem w siódmym miesiącu ciąży. Tonie kalectwo.

– Zgadza się, ale dziś jest potwornie zimno i łatwo się poślizgnąć. Pocoryzykować?

– Gdybym mieszkała w jakiejś odległej części świata, topewnie pracowałabym w polu, aż dziecko samo byzemnie wyskoczyło. Dobrze się czuję. Przestań obchodzić się zemną jak z jajkiem.

Tom spojrzał najej twarz, zaciśnięte usta i pełne złości oczy. Wiedział, żejest wobec niej nadopiekuńczy, odkąd prawie zginęła, skacząc dowody komuś naratunek, ale tobyło jakiś czas temu i musiał przejść nad tym doporządku dziennego.

– Dobra, ale jakby co, będzie naciebie.

– Dzięki, szefie – odparła Becky sarkastycznym tonem.

Tom może i był jej szefem, ale doskonale zdawał sobie sprawę, żeniewiele osób wie o nim tyle, coBecky, i w ciągu lat, które razem przepracowali, stali się bliskimi przyjaciółmi. Zachowywała się w pełni profesjonalnie, kiedy w pobliżu kręcili się inni członkowie zespołu, ale nie krępowała się mówić tego, comyśli, gdy byli sami. Tom nie wiedział, jak da sobie radę, kiedy Becky pójdzie naurlop macierzyński.

– Zabierzemy zesobą naszą nowicjuszkę, żeby nabrała trochę doświadczenia? – zapytała Becky. – Niech sobie popatrzy.

– Dobry pomysł. Daj jej znać, dobrze? Spotkamysię naparkingu. Podrodze wyjaśnimy jej, czego może się spodziewać. Powtórz mi, jak ona się nazywa?

– Lynsey. Pali się doroboty, jest bardzo bystra i boi się ciebie jak diabeł święconej wody.

– Doskonale. Miejmy nadzieję, żetak zostanie. Byłoby miło cieszyć się tujakimś szacunkiem.

Becky prychnęła i ruszyła dodrzwi.

– Zapięć minut widzimy się nadole.

*

Miejscowa policja podała im zwięzłe instrukcje, jak dojechać doparku, i kiedy Tom zaparkował nazasypanym śniegiem parkingu, w ich stronę ruszył młody funkcjonariusz, machając rękami dla równowagi i co chwila się ślizgając. Nazewnątrz było zdradliwie.

– Coto w ogóle zamiejsce? – zapytała Becky, wpatrując się w wodę przed nimi.

Tom miał już odpowiedzieć, kiedy z tyłu dobiegł go cichy głosik Lynsey.

– Tokompleks jezior, a toprzed nami jest największe. Sąto, jak misię zdaje, zbiorniki powyrobiskowe.

Tom zobaczył, jak Becky się uśmiecha. Widział, że bardzo lubi tędziewczynę.

– Dzięki, Lynsey. Dobrze, żeprzynajmniej jedno z nas towie – odparł.

– Przepraszam, szefie. Nie próbuję się wymądrzać. Sprawdziłam to w telefonie, kiedy rozmawiał pan z inspektor Robinson.

– Nie przepraszaj. Wykazujesz inicjatywę – powiedziała Becky. – Chodźmy zobaczyć, z czym mamy tudoczynienia.

Tom rozejrzał się dookoła. Ładne miejsce i bez wątpienia cieszące się popularnością. Wychodzi nato, żeprzez wiele dni było odcięte odświata z powodu opadów śniegu i tylko najwięksi śmiałkowie mogli się tudziś wybrać, mimo żeodśnieżono już drogę dojazdową. Pogoda była wstrętna – ostry wiatr porywał z ziemi leżący śnieg – i Tom niechętnie wysiadł z samochodu.

Młody policjant, który szedł teraz ostrożniej, w końcu dotarł doich auta.

– Doczatowni trochę się idzie. Nie stoi w pobliżu jeziora, musimy więc pójść ścieżką prowadzącą odkońca parkingu, a następnie skręcić w prawo i zejść połagodnym zboczu. Jest dość ślisko – ostrzegł, spoglądając nabrzuch Becky.

Tom prawie się uśmiechnął, gdy usłyszał poirytowane cmoknięcie.

Becky wzięła Lynsey pod rękę.

– Będziemy się podtrzymywać dla bezpieczeństwa. Może być?

– Czy toparking najbliższy czatowni? – zapytał Tom.

– Tak, najczęściej odwiedzany przez turystów. W pobliżu czatowni lepiej przygotowaliśmy trasę. Proszę zamną…

Tom cofnął się i przepuścił kobiety przodem, stawiając kołnierz, byochronić się przed ostrym wiatrem. Ruszyli z parkingu szerokim szlakiem, ale zaledwie pokilku metrach funkcjonariusz skręcił w prawo, gdzie trasę odgradzały policyjne taśmy. Becky podała ich nazwiska funkcjonariuszowi pilnującemu przejścia i cała trójka zatrzymała się, bywłożyć kombinezony ochronne.

– Nie matuwiele miejsca – stwierdziła Becky. – Ruszaj przodem, szefie. Pójdziemy zatobą, jeśli się zmieścimy.

Tom pokiwał głową i zaczął iść wąską ścieżką, którą z obu stron ograniczał drewniany płot, słysząc, jak śnieg chrzęści mu pod stopami. Okazało się, żeczatownia nie madrzwi i kiedy Tom był już blisko, zobaczył w wejściu masywną sylwetkę Jumokego Osoby, którego czarną twarz rozjaśniał szeroki, biały uśmiech. Był tojedyny człowiek, którego widok namiejscu zbrodni zawsze wywoływał u Toma ulgę.

– Cześć, Jumbo – powiedział Tom. – Nie sądziłem, żetusię spotkamy, ale bardzo się cieszę.

– Fakt, zwykle tonie mój obszar. Zastępuję Saula Newtona, ale miło mi, żemogę pomóc. Funkcjonariusze, którzy pierwsi się tutaj pojawili, uznali, żezgon nastąpił z przedawkowania lub wychłodzenia. Nie jestem jednak pewien, czy rzeczywiście tak jest. Dlatego dobrze, żewidzę ciebie i Becky.

Tom pokiwał głową. Jumbo był doskonałym – wręcz najlepszym – opiekunem miejsca zbrodni i jeśli sądził, żecoś jest nie tak, toTom mu wierzył. Wiedział też, żeJumbo nie wyjawi swoich podejrzeń, dopóki Tom nie wyrobi sobie własnego zdania. Dał znak Becky i Lynsey, byposzły zanim, i wkroczył doniewielkiej czatowni.

Przystanął i rozejrzał pownętrzu. Dobudki przez szerokie okno wlewało się światło dnia, ale podłoga pogrążona była w ciemności. Mimo toTom wyraźnie widział naziemi ciało młodej kobiety, znajdujące się w rogu, poprzeciwnej stronie pomieszczenia, oparte o drewnianą ścianę. Dziewczyna miała spokojny wyraz twarzy i zamknięte oczy. Przez nieoszklone okno dośrodka wpadał lodowaty wiatr, Tom przykucnął, byprzyjrzeć się twarzy denatki. Mogła mieć niewiele ponad trzydzieści lat, była drobna i szczupła, a jej ubranie – choć nie pasowało doosoby w tym wieku – nie robiło wrażenia starego czy zniszczonego. Zdecydowanie nie wyglądała nakogoś, kto mieszka naulicy i mógłby chcieć schronić się tuprzed chłodem.

Nie miało znaczenia, ile zwłok widział Tom – zawsze czuł ukłucie smutku, żeczyjeś życie się skończyło, zwłaszcza kiedy martwa osoba była tak młoda. Przystanął namoment, nim wyciągnął z kieszeni latarkę, bylepiej przyjrzeć się kobiecie. Nie miała śladów obrażeń – żadnej widocznej krwi – a jej dłonie spoczywały schludnie na kolanach, coraczej wykluczało, byzgon poprzedzała walka. Wyglądało totak, jak gdyby dziewczyna się tuzabłąkała, usiadła, zamknęła oczy i umarła. Przeczyła temu tylko jedna rzecz. Nie miała butów.

Ofiara siedziała z wyprostowanymi nogami i Tom widział, żepodeszwy jej stóp sąbrudne, ale wierzchy już nie. Nie wyglądało nato, byzazwyczaj chodziła podworze bez obuwia – jej skóra wydawała się natozadelikatna. Nie miała zesobą torebki ani niczego cieplejszego oprócz długiego, zapinanego swetra i dżinsów, które były nanią o kilka rozmiarów zaduże. Tom zastanawiał się, czy dziewczyna ostatnio straciła nawadze, bobyła chora, czy może ubranie należało dokogoś innego.

Cosię przydarzyło tej biedaczce?

– Szefie – odezwała się Becky, mącąc jego myśli. – Mam zadzwonić donaszego patologa? I czy mogę porozmawiać z osobą, która jąznalazła?

– Tak, jasne. – Tom znów skupił całą swoją uwagę namartwej kobiecie.

Jumbo miał rację: coś tubyło nie tak. Coś się nie zgadzało.

6

Becky bardzo się cieszyła, żemogła uciec z czatowni, ponieważ wstydziła się przyznać, żewidok ciała w ciasnej przestrzeni drewnianej budki sprawił, iż w jej nieustannie niespokojnym żołądku jeszcze bardziej wszystko zaczęło się wywracać. Była jednak na sto procent pewna, żenie czuje się nawet w połowie tak źle jak człowiek, którego zobaczyła tuż zawydzielonym obrębem miejsca zbrodni, siedzącego napniu drzewa otrzepanym ześniegu.

Wykonała szybki telefon i poczuła ulgę, gdy patolożka obiecała, żewkrótce donich przyjedzie, poczym ostrożnym krokiem ruszyła pooblodzonej ścieżce porozmawiać z mężczyzną.

– Pan Denshaw?

Świadek uniósł głowę, potaknął i wstał. Wyglądał naniewiele ponad sześćdziesiąt lat, miał muskularne ciało, mnóstwo siwych włosów i bladosiną twarz.

– Przepraszam – powiedział, pokazując nakłodę, jak gdyby nie powinien był siadać. – Tobyło szokujące. Myślałem, żeona tylko odpoczywa. Przykucnąłem przy niej i odezwałem się cicho, bonie chciałem jej przestraszyć. Taka drobna z niej istota – w porannej szarówce wyglądała z początku jak dziecko.

Becky skinęła nakłodę.

– Niech pan siada. Przyłączę się. – Ostrożnie opuściła się nagładką powierzchnię drewna.

Podejrzewając, żemiejscowa policja zdążyła już przesłuchać świadka i zanotować jego odpowiedzi, Becky postanowiła, żepoprostu pozwoli mu mówić.

– Często tuprzychodzę – powiedział. – Z tej czatowni widać zimorodki, a martwię się o nie, kiedy jest zimno jak teraz. Ciężkie mrozy są dla nich niebezpieczne, więc kiedy tylko uznałem, że zdołam przedrzeć się przez śnieg, przyszedłem sprawdzić, jak sobie radzą.

– Kiedy ostatnio pan tubył? – zapytała.

– Ponad tydzień temu. – Uniósł listonoszkę przewieszoną przez ramię, położył sobie nakolanach i zaczął szukać czegoś w środku, w końcu wyciągając mały notatnik. Otworzył go i zaczął przejeżdżać palcem postronie. – Dziesięć dni. Zwykle nie robię takich długich przerw, ale przez tępogodę…

Zamilkł, a Becky odniosła wrażenie, żemężczyzna czuje się winny, iż nie odwiedzał ptaków tak często, jak powinien. Zauważyła w jego torbie coś, cowyglądało jak folia aluminiowa.

– Jeśli tokanapka, topowinien pan jązjeść. Poczuje się pan lepiej.

Denshaw spojrzał nanią i wykrzywił usta.

– Nie dam rady nic zjeść.

– Ktoś prócz pana odwiedza tomiejsce? – zapytała Becky, próbując odwrócić jego uwagę odzwłok.

– Nie tęczatownię. Stoi trochę nauboczu. Większość chatek zamykana jest nanoc nakłódkę, ale nie ta. Podejrzewam, żedlatego dziewczyna mogła wejść dośrodka. Tylko jak ona się tu w ogóle znalazła? Tomiejsce przez kilka dni było odcięte odświata. Myśli pani, żeona leży tujuż odjakiegoś czasu?

Becky pokręciła głową.

– Trudno powiedzieć. Kiedy jest tak zimno jak teraz… – Już miała dodać, żeciało tak szybko się nie rozkłada, ale ugryzła się w język. – Nie zna pan pewnie nazwisk osób, które regularnie przychodzą doparku, prawda?

– Nie, znamy się tylko z widzenia. Ale w internecie sąróżne fora. Ludzie często rozmawiają nanich o tym, cotuwidzieli.

Zanotowała adres internetowy, który podyktował jej Denshaw, i dźwignęła się z kłody. Spojrzał nanią.

– Ona nie miała butów. Zauważyliście? Przepraszam, oczywiście, żezauważyliście. Jak pani myśli, cosię z nimi stało?

Wzruszyła ramionami.

– Przykro mi, natęchwilę nie mamy żadnych odpowiedzi. Będzie pan musiał złożyć oficjalne zeznanie i przyślę kogoś, kto jeodpana przyjmie. Znajdę też funkcjonariusza, który odwiezie pana dodomu.

Becky uścisnęła dłoń mężczyźnie, dziękując zapomoc, poczym wróciła doToma, który cicho rozmawiał z Jumbo przy wejściu doczatowni.

– Jak tam sprawa z denatką? – zapytała. – Widzę powaszych twarzach, żemacie jązaofiarę, a nie jakąś tam młodą kobietę, która przypadkiem zabłąkała się doczatowni i umarła.

Tom pokręcił głową.

– Jumbo nie jest dokońca zadowolony z tego, jak towygląda. Zgadzam się z nim, ona nie sprawia wrażenia włóczęgi, który postanowił przeczekać w czatowni noc. W takiej sytuacji moglibyśmy założyć, żeumarła z powodu hipotermii. Ale jest zbyt czysta jak nakogoś, kto sypia naulicach, więc jak się tudostała? Nie manasobie kurtki, a jest zdecydowanie zazimno nalekkie ubranie. Matrochę brudne stopy, ale gdyby przybłąkała się tupotym, jak spadł śnieg, to z pewnością nabawiłaby się odmrożeń. A tosugeruje, żeprzyjechała tusamochodem. Tylko żenaparkingu nie maporzuconego auta.

– Chyba żeszła przez śnieg i wrzuciła buty dowody – powiedziała Becky.

Jumbo pokiwał głową.

– Możliwe, choć nie potrafię sobie wyobrazić, dlaczego miałaby coś takiego robić.

– Nie mazesobą dowodu tożsamości – ciągnął Tom – i nic nie wskazuje naprzyczynę zgonu. Najbardziej prawdopodobne jest przedawkowanie, ale nic tunie sugeruje, żecoś wzięła – brak pustej fiolki polekach, blistera, wody, strzykawek.

– Mogła wziąć śmiertelną dawkę i dopiero wtedy tuprzyjść albo dać się tukomuś przywieźć, żeby tuumrzeć – zasugerowała Becky. – Albo mogła umrzeć gdzie indziej i ktoś jątuporzucił. Zabrał z miejsca zgonu, żeby nie ściągać nasiebie kłopotów.

Tom pokiwał głową.

– Może patolog zdoła nam powiedzieć, czy kobieta umarła w tym miejscu, ale przyczynę zgonu poznamy dopiero posekcji. Namyśl nasuwają się narkotyki, ale Jumbo zauważył, żenajej twarzy widać nieznaczną sinicę. Wiem, żetonic pewnego, ale zwykle wskazywałoby tonahipoksję. A jeśli tak, tojak tomożliwe?

Wtym czasie dołączyła donich Lynsey i Becky zauważyła zmieszanie najej twarzy.

– Sinica występuje wtedy, gdy skóra przyjmuje niebieskawy odcień, który zwykle wiąże się z brakiem tlenu, Lynsey – wyjaśniła Becky. – Zazwyczaj jest rezultatem asfiksji – uduszenia, zadzierzgnięcia, utopienia – ale nie wygląda nato, żeby dziewczyna była w wodzie, a gdyby została uduszona, zobaczylibyśmy wybroczyny krwawe – małe czerwone plamki na jej skórze.

Słysząc chrzęst kroków nazamarzniętym śniegu, Jumbo podniósł wzrok i skinął głową w stronę nowo przybyłej.

– Przyszedł ktoś, kto może nam tojakoś wyjaśnić. ToAmelia Sanders. Lubi, żeby mówić jej Amy. Nowa patolożka w tym rejonie i myślę, że ją polubicie.

Becky odwróciła się w stronę ścieżki. W ich stronę dużymi krokami szła mała, chuda kobieta o krótko przystrzyżonych czarnych włosach.

– Pan tozapewne nadinspektor Douglas – powiedziała doToma – Amy Sanders. – Energicznie skinęła głową w stronę Becky i Lynsey. – No dobrze, Jumbo. Zobaczmy, z czym mamy doczynienia.

Jumbo zrobił krok w tył i pozwolił Amy i Tomowi pójść przodem, poczym odwrócił się doBecky i puścił doniej oko, zanim sam zniknął wewnątrz czatowni.

7

Nazewnątrz chyba pada. Nie wiem napewno, bonie słyszę deszczu, a w pokoju nie maokien. Ale powietrze pachnie inaczej. Zapach wilgoci wdziera się dośrodka przez małą szczelinę pod zamkniętymi drzwiami i pustaki wentylacyjne, dzięki którym mam czym oddychać. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo zaczęłam polegać naswoich zmysłach. Może przez jakiś czas były stępione, uszkodzone, ogłuszone.

Wiem, żepozostałe skończyły jeść. Nie słyszę ich, borzadko się odzywają, ale skrzypienie nóg krzeseł o linoleum wskazuje, żeidą dozlewu umyć naczynia.

Bardzo uważam nato, cowkładam doust. Jestem głodna, ale dzisiejszy posiłek składał się z cienkiego bulionu i nie dałoby się uniknąć tego, cojest w nim ukryte. Czekam nachoć jeden posiłek dziennie, który może zawierać kilka nierozdrobnionych warzyw, i nie jem niczego, codało się z czymś wymieszać. Nawet purée ziemniaczane wydaje misię niebezpieczne. Pozostałe myślą, żejestem chora, ale wiedzą, żelepiej nie zadawać pytań.

Nie wiem, cosię zemną stanie. Nie widzę wyjścia z tej sytuacji – żadnego zakończenia nahoryzoncie, które dawałoby nadzieję. Być może pozostałe mają rację – może powinnam się poddać i zachowywać potulnie. Ale nie jestem natogotowa.

Nagle ciszę przeszywa brzęk dzwonka elektrycznego i wiem, cotooznacza. Słyszę człapanie bosych stóp nalinoleum oraz kliknięcia zamykanych drzwi, gdy pozostałe kobiety, przestrzegając reguł, zamykają się wswoich pokojach. Wiem, żemoje drzwi też powinny być zamknięte, ale sądelikatnie uchylone. Przez chwilę rozważam, czy w akcie buntu nie zostawić ich otwartych. Podnoszę się i cicho jedomykam. Pod nimi znajduje się duża szpara, przez którą słyszę, cosię dzieje. Dobiega mnie szczęk rygli naszczycie schodów. Chwilę później drzwi uderzają z hukiem, zamki automatycznie zatrzaskują i zalega cisza.

Wiem, żektoś schodzi poschodach i idzie pokorytarzu, bokażdego wieczoru jest tak samo. Nie słyszę kroków, bostopy naszego gościa okrywają miękkie kapcie, które nabłyszczącej, śliskiej podłodze nie wydają nawet szelestu. Domojego pokoju przez szczelinę pod drzwiami wlewa się cienki pas światła, w którym widać mijający cień. Myślę – mam nadzieję – żemoże tonie mnie wybrano nadzisiejszy wieczór i zaczynam się rozluźniać.

Nie słyszę jednak, byotworzyły się inne drzwi, i moje serce zaczyna łomotać. Wtedy cień powraca, a wpadające dołem światło blokują dwie stopy, pięty złączone, palce rozstawione.

Klamka powoli idzie w dół i wiem, żeteraz moja kolej. Muszę udawać. Muszę pamiętać o wszystkim, corobią pozostałe, jak reagują, odletargicznego uniesienia głów doczasu, jakiego potrzebują, byskupić wzrok, i zmuszam napięte kończyny, bysię rozluźniły. Muszę zrobić się tak bezwładna jak totylko możliwe i przymykam oczy, starając się nie spoglądać nadrzwi i nie patrzeć, kto zachwilę przez nie wejdzie.

Drzwi otwierają się powoli, pocichu, i pochwili widzę sylwetkę blokującą światło, jak gdybym nie zauważyła, żektoś tujest.

Kiedy rozlega się głos, wiem, jakie wypowie słowa, i zastanawiam się, czy zdołam kontynuować tęmaskaradę. Czy się zdradzę?

Nie mam jednak czasu nadalsze rozważania. Słyszę wypowiedziane niskim tonem słowa, których się obawiałam.

– Jesteś gotowa, Judith?

8

Jestem nastatku już odpięciu dni i zaczynam się tuczuć swobodnie. Thea, starsza pani, która tak życzliwie uśmiechnęła się domnie pierwszego wieczoru, manamnie oko. Pilnuje, żebym nie miotała się jak ryba bez wody, i wprawnie zmienia temat, gdy zauważy, żerubaszne zachowanie Donny wprawia mnie w zakłopotanie. Zawsze wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia, kiedy ratuje mnie spod ostrzału pytań.

Paul – albo Sokole Oko, jak go w duchu nazywam – wciąż działa minanerwy. Wczoraj wieczorem wszyscy zebraliśmy się nagórnym pokładzie nadrinka przed kolacją. Przyszedł także on i rozmawiał z Theą. Cojakiś czas namnie zerkał i widziałam, żechce zemną porozmawiać, nie byłam więc zdziwiona, kiedy podszedł domnie już popięciu minutach.

– Byłaś ostatnio najakichś innych interesujących wakacjach? – zapytał. Jego ton był ostry, prawie jak gdyby rzucał miwyzwanie.

– Nie, niestety nie. Prowadziłam dotąd dość nudne życie. Tomoja pierwsza tego typu wycieczka.

– A innego rodzaju wypady, naprzykład w Wielkiej Brytanii? Kobiety w twoim wieku lubią chyba jeździć nawakacje z jogą, warsztaty medytacyjne i tym podobne. Brałaś kiedyś udział w czymś takim?

Świdrował mnie wzrokiem, jak gdyby próbował przyłapać mnie nakłamstwie. Przypominało totrochę przesłuchanie, a nie niezobowiązującą rozmowę i Thea chyba wyczuła mój dyskomfort. Zauważyłam jak przez moment marszczy brwi. Podeszła donas i postukała Paula w przedramię.

– Chciałam cię zapytać, Paul, czy byłeś może w Chinach. Byłoby wspaniale porozmawiać z kimś, kto wie coś naich temat.

Paul posłał miostatnie przenikliwe spojrzenie, poczym odwrócił się doThei. Mogłam się znów rozluźnić.

Mam nadzieję, żenie przydarzy misię sytuacja, w której musiałabym zostać z nim sam nasam, choć nie wiem właściwie, comi w tym gościu tak bardzo przeszkadza. Może poprostu nie czuję się teraz swobodnie w towarzystwie mężczyzn.

Przez resztę wieczoru nie wydarzyło się nic ciekawego, a rano przywitał mnie kolejny słoneczny dzień. Dziś wybieramy się zobaczyć stupy Paganu – tojeden z najważniejszych punktów wycieczki – i w autokarze siadam przy oknie, czując ulgę, żeThea zajmuje miejsce obok mnie. Jest wysoką, szczupłą kobietą o cudownych kościach policzkowych i rysach, które z wiekiem nie straciły naatrakcyjności. Jej długie srebrzyste włosy w ciągu dnia spięte są z tyłu w niski kucyk, ale wieczorami rozpuszcza jenaramiona. Niektórzy pasażerowie przychodzą naobiady w szortach, ale Thea zawsze manasobie coś z jedwabiu, a naszyi nowoczesną, masywną biżuterię. Chciałabym tak wyglądać, kiedy się zestarzeję – być elegancka, ale odrobinę ekscentryczna.

Kiedy autobus oddala się odrzeki, sprawdzam, czy moja torba jest dobrze zamknięta i przylega dociała, tak bynie dało się jej ukraść.

Thea spogląda nanią i zaczyna się śmiać.

– Pocobrałaś zesobą taki worek?

– Nie mam wystarczająco dużych kieszeni, żeby zmieścić w nich klucz dokajuty – odpowiadam. Kilka razy zastanawiałam się, dlaczego dobrano doniego ciężki, metalowy brelok w kształcie kuli. Waży z tonę.

Thea klepie mnie ponodze.

– Nie mapotrzeby zabierać go zesobą. Jesteśmy nasiebie skazani przez cały wyjazd, więc jeśli coś zginie, załoga przeszuka wszystkie pokoje i wezwie policję.

– Mam tam laptopa.

– Wyjawię ci mały sekret: pewnie w każdej kabinie napokładzie znajduje się laptop albo tablet. Oczywiście pomijając naszą. W obecnych czasach ludzie chyba czują konieczność dzielenia się każdą chwilą swojego życia nablogu albo w mediach społecznościowych, ale janie potrafię zrozumieć tej obsesji.

Lekko się wzdryga, a jachcę ją zapytać, czy mają z doktorem dzieci. Wiem, żeludzie w wieku Thei często używają Facebooka, żeby pozostać z nimi w kontakcie. Nie chcę jednak, bypomyślała, żejestem wścibska.

– Coś cię trapi, duszko? – pyta niemal szeptem.

– Nie, wszystko w porządku – odpowiadam, ale nawet jasłyszę kłamstwo w swoim głosie.

– Nie chcę się wtrącać, ale zauważyłam, żeczasem oczy zachodzą ci łzami, jak gdybyś myślała o czymś albo o kimś. I odnoszę wrażenie, żetonie sądobre myśli. Mam rację?

Jak natoodpowiedzieć? Mam przyznać, żezakażdym razem, kiedy łódź łapie połączenie z internetem, dostaję kolejną serię maili. Pootrzymaniu pierwszego udało misię przekonać samą siebie, żepotrafię oprzeć się pokusie i nie zaglądać dopoczty, ale wczoraj w środku nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, wiedziałam, żenie wytrzymam. Musiałam sprawdzić, coIan madopowiedzenia, czym migrozi, coplanuje namój powrót. Przeczytałam jedną wiadomość i tyle miwystarczyło.

Wpadł mi do głowy świetny pomysł! Wiem, że cię wkurza, kiedy gram na konsoli, korzystając z telewizora, i nie możesz przez to oglądać tych swoich gównianych amerykańskich seriali, które z jakiegoś powodu tak bardzo ci się podobają, więc kiedy zobaczyłem promocję na telewizory, postanowiłem zrobić małe przemeblowanie w dodatkowej sypialni i urządzić w niej pokój tylko dla siebie. Złożyłem przy okazji wniosek o nieoprocentowany kredyt na telewizor. Do twojego powrotu sprawa powinna być zakończona.

Ignoruje wszystko, copowiedziałam, zanim wyjechałam nawakacje. Myśli, że przyparł mnie do muru i jeśli uda, że nic nie zaszło, tosię poddam.

– Problemy z facetami – odpowiadam Thei.

– No tak. Logika mówi ci jedno, a emocje drugie. Kochasz go?

Ipomyśleć, żenie chciałam wypytywać jej o dzieci, żeby nie wyjść nawścibską! W jej głosie jest jednak coś zniewalającego, a może towrażenie pokilku kieliszkach wina, które wypiłam dolunchu, i czuję nagłą potrzebę, żeby się wygadać.

– Mam chłopaka. A właściwie miałam. Nie kocham go, ale był mipotrzebny, gdy przechodziłam w życiu trudny okres.

Nie chcę przyznać, żewybrałam sobie takiego okropnego partnera, ale kuwłasnemu zaskoczeniu zaczynam wypluwać z siebie całą historię i słowa potokiem wylewają misię z ust. Wiem, żepóźniej będę tego żałować, ale mam wrażenie, żestraciłam nad sobą kontrolę.

– Dom, w którym mieszkamy, należy domnie, toznaczy domnie i