Podcięte skrzydła kanarka - Bartłomiej Rabij - ebook
Opis

Kiedy tworzyły się reguły futbolu, Brazylia była jeszcze feudalnym krajem, w którym legalne było niewolnictwo. Ale kiedy w 1958 roku sięgała po swoje pierwsze mistrzostwo świata, zdecydowanie wyprzedzała europejskich rywali, jeśli chodzi o metody treningowe, sztab szkoleniowy, przygotowanie motoryczne czy mentalne. Legenda o wspaniałych brazylijskich piłkarzach, zabieranych przez najmocniejsze kluby „prosto z plaży”, jest wciąż żywa. Tymczasem ci artyści futbolu najczęściej poświęcali piłce nożnej całe życie i gdyby nie tytaniczna praca na treningach, nie mogliby nawet marzyć o karierach.

Co zmieniło się od tamtych czasów? Jaką skalę w brazylijskim futbolu osiąg­nęła korupcja? Dlaczego zawodnicy uciekają z ligi brazylijskiej? Na te pytania odpowiada Bartłomiej Rabij w książce opisującej przy okazji piłkarską historię Brazylii i rozprawiającej się z mitami na jej temat. Jeden z największych polskich znawców południowoamerykańskiej piłki pisze, czym tak naprawdę jest joga bonita z 1982 roku i dlaczego reprezentacja Canarinhos nie jest już taką potęgą, jak jeszcze kilkanaście lat temu.

A wszystko po to, by znaleźć odpowiedź na pytanie, czy wkrótce będziemy świadkami „upadku kanarka”.

Nie znam większego pasjonata brazylijskiego futbolu niż Bartek. Nie dość, że ma w tym temacie największą wiedzę, to potrafi się nią z nami dzielić jak nikt inny.

Michał Pol, „Przegląd Sportowy”

Od 2007 roku Brazylia nie wygrała żadnego turnieju. Rabij zaś wie o brazylijskiej piłce chyba więcej niż sami Brazylijczycy. Autor, który wielokrotnie odwiedził Brazylię, uważa, że „Podcięte skrzydła kanarka” to wynik korupcji, sprzedajności działaczy i kryzysu ligi. Pokazuje, że w szóstym najludniejszym kraju świata piłka nożna to rodzaj sztuki i że futbol wiąże się tam z tożsamością społeczną. Brazylijczycy to „naród przyszłości”, ale jaką przyszłość ma ich futbol?

Leszek Jarosz, TVP Sport

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 345

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Prolog

Kiedy tworzyły się reguły futbolu, Brazylia była jeszcze feudalnym krajem z zalegalizowanym niewolnictwem. Na pierwszym mundialu reprezentowali ją tylko zawodnicy ze stolicy państwa. Lecz niedługo potem nastąpił nieprawdopodobny wprost skok, którego efektem była seria zdobytych mistrzostw świata i odebranie Anglii miana ojczyzny futbolu. Talentów Brazylia miała na pęczki, obdzielała nimi nawet inne reprezentacje. Sławni piłkarze z tego kraju, którzy nie zagrali w mistrzostwach świata, stworzyliby potężną drużynę, która mogłaby… walczyć o mistrzostwo świata.

Supremacja nie trwa jednak wiecznie. Od kilkunastu lat brazylijski futbol przeżywa kryzys. Czy przetrwa go i wyjdzie z niego mocniejszy, czy wspomnienie Romário, Ronaldo, Ronaldinho, Rivaldo, Rivellino czy Roberto Carlosa będzie tylko historyczną wyliczanką?

Nazywani „artystami futbolu” i mający najwięcej indywidualności i wybitnych postaci w historii piłki nożnej Brazylijczycy mieliby się przejmować, jaka przyszłość czeka ich futbol?

Przecież nigdy nie musieli się martwić o narybek, rzesze talentów kwitły tam równie ochoczo jak kawa. Ba, z czasem wokół brazylijskiej piłki narosło sporo mitów, jak chociażby ten o cudnych talentach zabieranych prosto z plaży. A przecież nic bardziej mylnego!

Za ich wielkimi sukcesami stała ciężka praca i dorobek nie tylko rzekomo poruszających się w rytmie samby Kreolów, lecz ogromna gotowość do czerpania z mądrości i doświadczeń emigrantów z Argentyny, Włoch i Węgier.

Kiedy Brazylia w 1958 roku sięgała po pierwsze mistrzostwo świata, była najlepiej przygotowanym uczestnikiem turnieju. Metody treningowe, sztab szkoleniowy, organizacja drużyny i zgrupowań stawiały ich daleko przed konkurentami z Europy. Według powtarzanej przez ignorantów legendy Brazylijczycy grali radosny, spontaniczny futbol, którego tak dzisiaj brakuje w skrajnie zorganizowanym sporcie XXI wieku. Ale to Brazylia jako pierwsza wprowadziła testy psychologiczne dla zawodników, jako pierwsza miała trenera przygotowania fizycznego, którym był instruktor sportowy brazylijskiego wojska i policji. Sztab Brazylii w 1958 roku był najbardziej rozbudowany ze wszystkich sztabów reprezentacyjnych w tamtych czasach. Jak wspomina Ruy Castro, Brazylijczycy korzystali choćby z odkryć tak zwanego „futbolu naukowego”, praktykowanego wówczas w Związku Radzieckim, czy analizy taktycznej ze słynnej szkoły Węgrów.

Piłkarzy brazylijskich trenowano wówczas jak pilotów odrzutowców. Poszukiwano najnowszych trendów medycznych, analizowano dietę, wprowadzono obowiązkowe leczenie zębów, co w owych czasach było rozwiązaniem rewolucyjnym. Zdobywając swoje pierwsze mistrzostwo, Brazylia znajdowała się w awangardzie nowoczesnego futbolu. W 1962 roku Canarinhos ciągle byli najlepsi. W 1966 roku, na mundialu w Anglii, zlekceważyli rywali i przygotowania, prowadząc zamiast zgrupowań akcję propagandową pod egidą dyktatury wojskowej. W 1970 roku znów zaskoczyli świat. Jako pierwsi przyjechali na mundial do Meksyku i przez miesiąc budowali formę w tamtejszych górach, chociaż pierwsze cztery mecze grali na nizinach. Selekcjoner Mário Zagallo wspominał po latach: „Nasi lekarze zapewniali, że forma będzie rosnąć wraz z kolejnymi spotkaniami na turnieju. Jej szczyt osiągniemy w decydujących meczach, akurat wtedy, kiedy przeniesiemy się na wysokości. I dokładnie tak było. Nikt poza Brazylią na to nie wpadł. Nikt nie przygotowywał się tak jak my”.

Na mundial w Argentynie w 1978 roku Brazylię przygotowywał wieloletni asystent Zagallo do spraw przygotowania fizycznego, były wojskowy, Cláudio Coutinho. Ów trener, zafascynowany badaniami prowadzonymi na sportowcach w Stanach Zjednoczonych, zaproponował powszechnie dziś znaną koncepcję ścisłego powiązania przygotowania fizycznego z wymogami taktycznymi i stylem gry zespołu. To, co Guardiola „wymyślił” w Barcelonie, Coutinho próbował robić w drugiej połowie lat 70. z Brazylią. Jego ambitne plany zniweczyła przedwczesna śmierć.

A słynna joga bonita z 1982 roku za kadencji Telê Santany? Owo spontaniczne i finezyjne granie było niczym innym jak perfekcyjnym wykonywaniem powierzonych przez trenera ról. „Telê uważał, że liczy się przede wszystkim praca i dyscyplina. Kochał dyscyplinę i był bardzo wymagającym trenerem” – wspominał go po latach jeden z asystentów, potem trzykrotnie uznawany za najlepszego trenera Brazylii, Muricy Ramalho. Jako żywo opis pasuje do naszego najsłynniejszego trenera, Huberta Wagnera, którego pseudonim „Kat” mówi wszystko: jeśli chcesz wygrać, musisz orać i być zawsze przed konkurentami. Będący w życiowej formie Sócrates miał wówczas najdłuższy epizod abstynencki w karierze.

I ta wielka Brazylia, która przez dekady była w awangardzie światowego futbolu, przespała największe zmiany zachodzące w międzynarodowej piłce, a kiedy na nie zareagowała, okazało się, że jest spóźniona o kilkanaście lat, a co gorsza, nie ma pojęcia, jak dogonić stracony czas.

Brazylia na każdych mistrzostwach świata uchodzi za jednego z faworytów. Zawsze ma w składzie kilka gwiazd światowego formatu i marzy o końcowym tryumfie. Ale nawet złote medale nie przypudrują rozkładu futbolu w tym kraju. To paradoks, ale jak pokażę w niniejszej książce, wygrana na mistrzostwach świata w 1994 roku zdarzyła się podczas wielkiego kryzysu polityczno-gospodarczego, który dał początek upadkowi kanarka.

IMIASTA FUTBOLU

PORTO ALEGRE, 2011

„Nie wygramy tego mundialu. Nie ma szans” – powiedział z rezygnacją w głosie Tulio Milman, kiedy zapytałem go przed meczem 1/8 finału z Chile o szanse Brazylijczyków na sięgnięcie po Puchar Świata. Pytałem grzecznościowo, bo szanse Brazylii były znikome. „Kraj futbolu” sprzedaje każdego powyżej 15. roku życia, pieniądze się rozchodzą, kryzys pożera lokalny futbol. Dawne czasy bezpowrotnie minęły. To wtedy przyszedł mi do głowy pomysł na tytuł książki. Brazylia jeszcze nie przegrała organizowanego przez siebie mundialu, ale grała naprawdę kiepsko. Ledwie wyszła z grupy po słabych meczach z Chorwacją i Meksykiem oraz rozgromieniu Kamerunu, który rzucił ręcznik jeszcze przed startem zawodów.

Tulia znam od 2011 roku, był moim przewodnikiem po historii i stadionie Internacionalu Porto Alegre, legendarnego brazylijskiego klubu, którego eternal idolo Falcão był trzy razy wybierany na najlepszego piłkarza Brazylii. Poznaliśmy się z Tuliem dzięki Letícii Wierzchowski, autorce literackiego hitu A Casa das Sete Mulheres (Dom siedmiu kobiet). Książka została potem zekranizowana, film był hitem, pociągnął sprzedaż powieści, kilka lat później pokazała go największa telewizja Azji, CCTV. Letícia, przemiła osoba spragniona kontaktów z Polską i Polakami, pisze obecnie bajki dla dzieci i powieści historyczne. W lutym 2011 roku byłem pierwszym dziennikarzem z Polski, który do niej dotarł. To ona, słysząc, że nie dostałem akredytacji na mecz Copa Libertadores między Internacionalem a boliwijskim Club Jorge Wilstermann, zaproponowała, że skontaktuje mnie z Tuliem. „Tulio zna wszystkich, wszyscy znają Tulia” – dobitnie wytłumaczyła mi podczas krótkiej rozmowy telefonicznej, przeprowadzonej podczas zwiedzania szałowej ekspozycji w spektakularnym budynku Fundacji Iberê Camargo. W białych murach futurystycznej budowli wystawiano niesamowite prace Reginy Silveiry, chluby sztuk plastycznych z Porto Alegre. Jej wielgachne robale, trójwymiary, nieprawdopodobne zdobienia przedmiotów codziennego użytku w scenerii budynku zaprojektowanego przez Álvaro Sizę Vieirę wprawiały w entuzjastyczny nastrój. Wyglądało to tak, jakby cała przesada amazońskiej dżungli znalazła się na ścianach galerii, białym obrusie i porcelanowej zastawie. Jak to w Brazylii: za wiele zbyt wielkich figur, ale razem dawało to piorunujący efekt.

„Pewnie, daj mi numer do Tulia, umówimy się” – odpowiedziałem zachwycony, spoglądając z okna budynku fundacji na oddalony o dwa kilometry stadion Beira-Rio. „Beira-Rio” znaczy „na brzegu rzeki”, bo obiekt faktycznie jest położony nad rzeką Jacuí, która wpada do gigantycznego Lagoa dos Patos.

Z Tuliem spotkaliśmy się w siedzibie jego gazety „Zero Hora”, największego dziennika na południu Brazylii. Jej weekendowe wydanie z dodatkami waży prawie kilogram. Polityka, sport, społeczeństwo, kultura, kulinaria, wywiady, reportaże, historia – nie ma szans, żeby przeczytać wszystko od deski do deski. Ot, jeden z tradycyjnych przejawów brazylijskiej przesady, którą niektórzy pięknie nazywają emfazą.

Redaktor przyjął mnie jak starego znajomego. Przedstawił połowie zespołu, oprowadził po newsroomie, a asystentce nakazał, by miała na mnie oko, zrobiła kawę i pomogła, jeśli będzie trzeba. Nie potrzebowałem pomocy, byłem oczarowany potęgą „Zero Hora”, flagowego dziennika koncernu medialnego RBS. Wszyscy się uwijali, by możliwie najszybciej skończyć swoją robotę. W newsroomie było gwarno, ale nikt nie pokrzykiwał, uśmiechy i żarty przebijały się ponad nerwowością, która zwykle panuje w redakcjach przed zamknięciem numeru. Nie trzeba było dobrej znajomości portugalskiego, żeby się domyślić, że połowa dziennikarzy śpieszy się na mecz Internacionalu. Tego dnia rozgrywki Copa Libertadores miały wrócić do Porto Alegre, a miejscowy klub bronił pucharu zdobytego w lipcu 2010 roku.

Tulio sprawnie porozdzielał zadania, po czym skinął na mnie głową i pognał do windy. Ruszyłem za nim. Chwilę potem siedzieliśmy w jego czerwonym volkswagenie golfie. Nowy model, rzadka sprawa na ulicach Porto Alegre, gdzie dominują niewielkie chevrolety i fiaty. Przed stadionem nie było szans na zaparkowanie samochodu. Ale Tulio wpakował się na jakieś podwórko przed stojącą 200 metrów dalej kamienicą. Nikt nie protestował, że podwórko zastawiają kibice Colorado. Mieszkasz koło Beira-Rio, to kibicujesz Interowi, jeśli kibicujesz, to jesteś we wspólnocie, a wspólnota sobie pomaga.

– Słyszałem, że byłeś kilka razy w Grêmio. Co tam robiłeś? To cieniasy! – zagaduje.

– Piszę o obu wielkich klubach z Porto Alegre. W końcu i wy, i oni wygraliście po dwa razy Copa Libertadores – tłumaczę się jak praktykant.

– Ale oni dawno temu, teraz się nie liczą. – Tulio puszcza do mnie oko.

Rywalizacja między „czerwonymi” a „niebieskimi” dzieli miasto jak mało które na świecie. Bo Porto Alegre to dwa kluby. Bo cały stan to dwa kluby. Możesz być z Duque de Caxias albo Rio Grande i mieć lokalny zespół, ale musisz się opowiedzieć za Colorado albo Tricolores. Nie masz wyjścia. „To rasiści. Jako ostatnia duża drużyna dopuścili czarnego piłkarza do grania” – usłyszałem kiedyś w knajpie podczas rozmowy z dziennikarzami. „Grêmio to sami Niemcy” – dorzucił ktoś prowokacyjnie, chcąc zagrać na polsko-niemieckim resentymencie. Pudło, bo wiem, że to „czarna legenda”, która nie ociera się nawet o prawdę.

Tulio Milman urodził się w rodzinie Niemców, którzy zostali zmuszeni do ucieczki z ojczyzny za czasów Hitlera. Jego dziadek był w obozie koncentracyjnym. Sporo ważnych postaci w historii klubu miało niemieckie korzenie, tak jak wielu ludzi zamieszkujących południe Brazylii. Przyjeżdżali tu jeszcze w czasach Cesarstwa Niemieckiego, a potem po pierwszej i drugiej wojnie światowej. Tulio zna niemiecki, przez rok studiował we Frankfurcie, był też stażystą w Barcelonie. W ogóle zjeździł kawał świata, sporo studiował i naprawdę świetnie włada trzema językami obcymi, co jest standardem wśród dobrze wykształconych Brazylijczyków. Brazylijczyk albo nie wyściubia nosa poza swoje miasto, albo zjeżdża pół świata i zasuwa w obcych językach prawie jak papież. Ot, tradycyjna ichnia przesada; kulturalny człowiek powiedziałby, że emfaza.

Nim wejdziemy na trybuny, trzeba iść do sklepu klubowego, bo mój przewodnik musi kupić nową koszulkę drużyny. Ma ich już ponad 300, ale co sezon wypuszczają dwa nowe wzory, więc trzeba je nabyć, żeby wspierać zespół. Za bilety też płaci – kupuje karnet, żeby nie korzystać z dziennikarskich przywilejów, tylko zasilić klubową kasę, bo w tej jest wiecznie pusto. Ja jednak płacić nie muszę, wchodzę z Tuliem, a to zmienia postać rzeczy. Znają go ochroniarze, znają sprzedawcy.

– To mój kolega, dziennikarz z Polski, przyleciał specjalnie, żeby zobaczyć Inter. Był już w Grêmio – opowiada na bramce.

Ochroniarz zwraca oczy do nieba i wpuszcza mnie bez szemrania. Pani od hot dogów, słysząc to samo, pyta, czy jadłem hot dogi na Estádio Olímpico. Nie ma czasu na odpowiedź, bo już dołączają inni dziennikarze z mediów grupy RBS i zaczyna się rozmowa, której nie rozumiem. RBS startował w latach 20. z Rádiem Gaúcha. Potem założono dziennik „Zero Hora”, potem jakąś popołudniówkę, a potem grupa przejęła konkurencyjne pisma, radia, założono telewizję, stworzono portale, aż wreszcie RBS wszedł w alians z największą grupą medialną Ameryki Południowej, Rede Globo. Ważni ludzie z RBS mają wejście dosłownie wszędzie. Ale trener Internacionalu, Celso Roth, nie lubi z nimi rozmawiać. Wszystko dlatego, że dziennikarze zmasakrowali go po Klubowych Mistrzostwach Świata, kiedy to jego Inter przegrał w półfinale z afrykańskim TP Mazembe. Co za wstyd! Nikt wcześniej w Brazylii nie słyszał o tym klubie, a teraz każdy Argentyńczyk drwi sobie z brazylijskiego futbolu kosztem Internacionalu.

– Bartek rozmawiał wczoraj z Rothem. Pół godziny, sam na sam – przedstawia mnie Tulio i nagle z niebytu wskakuję na scenę niczym gwiazdor z Broadwayu. Z „kolejnego gringo” zmieniam się w kogoś, kto zna portugalski, kojarzy klub, zawodników i jeszcze przekonał do siebie Celso Rotha. Niestety, moja chwila chwały trwa krótko, bo pytany o ulubionego gracza z regionu wymieniam Ronaldinho Gaúcho ze znienawidzonego Grêmio. Na szczęście ktoś oczyszcza atmosferę, rzucając: „Jego to nawet w Grêmio nie lubią”. Wszyscy wybuchają śmiechem na wspomnienie katastrofalnie przeprowadzonego transferu, z którego tylko jedna piąta zysków trafiła na konta klubu, reszta zaś do menadżerów, pośredników i rodziny de Assis, zawiadującej interesami najmłodszego z braci.

Interesy te były w owym czasie rozległe, bo obejmowały zarówno nieruchomości, jak i ogromny nocny klub El Barca, gdzie na rurach i w pokojach odosobnienia prężyły się nagie dziewczyny, a także klub piłkarski Porto Alegre EC, który miał szkolić zawodników na zachodnioeuropejski rynek. Dziś ani El Barki, ani Porto Alegre EC już nie ma.

Mecz Interu z Club Jorge Wilstermann nie dostarczył wielkich emocji. Zgodnie z przewidywaniami gospodarze gładko wygrali 3:0, a jedną z bramek zdobył niespełna 20-letni Oscar, dla którego przyjechałem do Porto Alegre. Chciałem zobaczyć go w akcji i posłuchać, co na jego temat mają do powiedzenia miejscowi, lecz ci, zamiast delektować się talentem młokosa wyciągniętego z São Paulo FC, marudzili, że na Ukrainę wyjechał Giuliano, i zastanawiali się, czy Oscar da radę go zastąpić!

Dzień wcześniej przeżyłem sytuację, która ostatecznie przekonała mnie, że zmiany zachodzące w brazylijskim futbolu przerastają nawet tych zajmujących się nim na co dzień. Rano pojechałem na trening Grêmio, zaraz po nim wziąłem taksówkę, by zdążyć jeszcze na zajęcia Internacionalu. Ponieważ i jedni, i drudzy mieli mecze następnego dnia, treningi przeprowadzano już na płytach głównych obu stadionów. A trzeba wiedzieć, że Olímpico od Beira-Rio dzieli dziesięć minut jazdy taksówką. Trafiłem akurat na gierki. Leandro Damião, Oscar, Zé Roberto (wrócił po epizodzie w Schalke), Argentyńczyk Andrés D’Alessandro, znany z Santosu Kléber imponowali lekkością w panowaniu nad piłką. Treningowi przyglądała się armia dziennikarzy. Odpowiedzialny za kontakty z mediami Rodrigo Weber zapytał, czy wolę rozmawiać po hiszpańsku, czy po angielsku. Widząc moje zaskoczenie, dorzucił, że po niemiecku też damy radę… Następny prawie papież!

Rodrigo zaprowadził mnie na konferencję przedmeczową. Regularny najazd na trenera. Wcale mnie więc nie dziwiło, że Celso Roth unika bezpośrednich rozmów z reporterami.

– Zgodzi się pan na rozmowę z dziennikarzem z Polski? – zapytał Rodrigo bez nadziei w głosie.

– Z Polski? A co pan wie o Internacionalu? – zwrócił się do mnie trener i nie czekając na odpowiedź, wyszedł. Spodziewając się takiej reakcji, już wcześniej opowiedziałem Weberowi, że komentuję co weekend dwa mecze ligi brazylijskiej w polskiej telewizji, że prowadzę jedyną w Polsce kolumnę południowoamerykańską dla „Tylko Piłki”, mam w Brazylii rodzinę, wierzę, że Oscar jest talentem światowej klasy, a Falcão to jeden z moich idoli. Pięć minut i cały życiorys w barwach Colorado został streszczony. Na Rodriga podziałało, na Celso Rotha także. Przyjął mnie na audiencji. Zaraz po konferencji prasowej, w przeszklonym pomieszczeniu tuż za ścianą pokoju, w którym przed chwilą gnieździli się dziennikarze z całego regionu – tak by każdy z nich mógł sobie popatrzeć.

– Dlaczego jedni trenerzy ciągle grają w tym samym ustawieniu taktycznym, a inni bez przerwy je modyfikują? Nie mogą się zdecydować na stałe rozwiązanie? – zagajam zaczepnie.

– To nie zachodnia Europa, tu zawodników się sprzedaje. Jeśli mam dwóch graczy na jednej pozycji, to prezydent klubu pierwszego już chce się pozbyć. W Niemczech czy Anglii musi być dwóch klasowych zawodników na pozycję, u nas drugi to luksus, na który stać niewiele drużyn. Kluby wyprzedają, żeby przeżyć, a u nas kupuje cały świat, więc mamy ciągłą rotację w składzie. Jeśli sprzedadzą mi obu bocznych obrońców i obu skrzydłowych, to zmieniam ustawienie, tak by korzystać z mniejszej liczby zawodników grających przy linii – wyjaśnia Roth.

Odsądzany od czci i wiary za porażkę z kongijskim TP Mazembe, wyjaśnia w ciągu kilku minut bezsens pracy trenera brazylijskiego klubu. W Brazylii ciągle trwają jakieś mistrzostwa, gra się na okrągło. Jeśli nie wygrasz, to cię wyrzucają, nie patrząc na to, że za chwilę rozpoczynają się kolejne rozgrywki, w których możesz zwyciężyć. Panuje tam prawdziwy kult wygranej, lecz bez racjonalnych podstaw, ciągła wyprzedaż zawodników powoduje bowiem, że trener nieustannie musi zmieniać warianty taktyczne.

– Słyszałeś, ilu zawodników wyjeżdża z kraju w ciągu roku? Żeby łatać takie dziury, trzeba brać piłkarzy z małych klubów i z juniorów. Sezon jest długi, więc sprawdza się ich od razu w trakcie meczów, a nie podczas przygotowań przedsezonowych.

Trudno nie zgodzić się z Rothem, mając w pamięci informacje o rekordach bitych przez brazylijskich menadżerów, potrafiących sprzedać ponad 1000 piłkarzy w ciągu roku. To tak jakby w trakcie 12 miesięcy wyjechali z Polski wszyscy zawodnicy Ekstraklasy, I i II ligi. Działo się tak przez trzy sezony z rzędu, aż poziom ligi zaszorował o dno.

Trzy lata po rozmowie z Celso Rothem trzymana w tajemnicy wieść o upadku brazylijskiej piłki nożnej czekała już tylko na odkrycie przez resztę świata. A my, ludzie karmiący się brazylijskim futbolem, zastanawialiśmy się jedynie, kiedy to wszystko runie z całym impetem. Kiedy kanarek upadnie.

***

Zanim odwiedziłem Internacional, zanim poznałem Tulia Milmana, byłem w Grêmio.

Grêmio i Inter to – jak śpiewają Świetliki – „odwieczna dychotomia, jak Staś i Nel, jak Wisła i Cracovia”. Kibice obu klubów się nie znoszą, a określenie się po stronie „czerwonych” czy „niebieskich” ma duże znaczenie w biznesie, życiu codziennym, dosłownie we wszystkim. Największy bank stanowy, Banrisul, na wszelki wypadek sponsoruje oba kluby równocześnie. Reklamy banku na autobusach miejskich są więc w dwóch kolorach. W supermarketach dziewczyny zachwalające produkty jednego z operatorów komórkowych ubrane są przy jednym stoisku na czerwono, a przy drugim na niebiesko. Każdy chce sprzedać to samo, ale w innym kolorze, bo Porto Alegre jest miastem futbolu, a futbol to Grêmio albo Internacional. Wojna między kibicami jest totalna, czasem podlana rasistowskim sosem. Ci z Internacionalu uważają, że Grêmio to klub bogaczy i rasistów. Rozpowszechniają informację, jakoby dopiero w 1952 roku jako ostatni z wielkich klubów Brazylii przyjął w swe szeregi ciemnoskórego piłkarza. To jednak nieprawda. Już w 1926 roku w trójkolorowych barwach pojawił się Adão Lima, a było to o dwa lata wcześniej od debiutu Dirceu Alvesa w barwach Internacionalu.

Ba, twórcą hymnu Grêmio był najsławniejszy w regionie sambista, ciemnoskóry Lupicínio Rodrigues. Coś jednak jest na rzeczy, skoro kibice Grêmio regularnie obrażają lokalnych rywali, nazywając ich macacos (małpy), a czarna małpka stała się nawet drugą, nieoficjalną maskotką Internacionalu.

Prawdą jest jednak, że w początkach przygody Porto Alegre z „foot-ballem”, jak zwano ówczesną nowinkę z miejskich placów, w składzie tej drużyny nie było czarnych zawodników. Prawdą jest też, że to emigranci z Niemiec sprowadzili tę zabawę do Rio Grande do Sul, a pierwsza liga miejska w Porto Alegre tworzona była przez takie kluby, jak Fussball Club Porto Alegre czy Fussball Mannschaft Frisch Auf. A 100 lat temu w kadrach klubów z Porto Alegre dominowali gracze z takimi nazwiskami, jak Dopperman, Poppe, Becker, Welternich, Schroeder czy Grunewald.

Kilka lat później czarni piłkarze powołali do życia własne drużyny i wystartowali z własnymi rozgrywkami (do dziś trwają spory, czy w 1912, czy w 1915 roku). Zrobili to, bo biali nie chcieli ich we własnych drużynach. Czarnych dopuszczono do gry dopiero w 1922 roku, ale tylko w drugiej lidze.

Dziś ta kwestia jest już mniej istotna, bo prawie połowa zawodników obu zespołów to ciemnoskórzy. Południe Brazylii ciągle jednak pozostaje najbielszym regionem kraju, zamieszkanym głównie przez potomków Włochów, Niemców, Polaków, Ukraińców i Żydów. Według IBGE (brazylijski odpowiednik Głównego Urzędu Statystycznego) 87 procent białych mieszkających w regionie grubo przekracza krajową średnią.

***

W dodatku sportowym w „Zero Hora” jest tyle samo tekstów na temat Interu, co Grêmio, oba kluby mają swoich dziennikarzy, którzy od rana do nocy siedzą na stadionie, pod szatnią, na parkingu i wiedzą o wszystkim, co się w nich dzieje!

Grêmio w tamtych czasach obsługiwała dziewczyna, Tatiana. Zresztą nieszczególnie sympatyczna. Kiedyś korespondowaliśmy przy okazji jakichś materiałów zbieranych do tekstu dla „Tylko Piłki”. Kilkanaście miesięcy potem, ku zdumieniu dziewczyny, wmaszerowałem do pokoju dziennikarzy na Estádio Olímpico. Było tam sporo przedstawicieli lokalnych mediów, kilku fotoreporterów, parę osób z różnych mediów RBS oraz odziany w argentyńską koszulkę i czapeczkę Newell’s Old Boys reporter GloboEsporte.com. Nazywał się Eduardo Cecconi i mówił niewiele, ale przysłuchiwał się naszemu sporowi na temat coraz mniej atrakcyjnego dla gringos stylu gry brazylijskich klubów. Jak dowiedziałem się po latach, pasjami przeprowadzał w internecie analizy taktyczne gry różnych drużyn. Dowiedziałem się też, że został analitykiem pomagającym trenerowi… Grêmio, Rogerowi!

– W dobie triumfów Barcelony i reprezentacji Hiszpanii długie piłki to prymitywizm – głosiłem, nie zdając sobie sprawy, że muruję sobie dostęp do działów sportowych lokalnych mediów, bo Brazylijczycy nie chcą słuchać od Polaka krytycznych uwag o swoim futbolu.

„Tati”, jak nazywali Tatianę pozostali dziennikarze, nie odezwała się słowem. Za to inni chętnie rozmawiali o polskich przygotowaniach do Euro 2012, ale też dzielili się informacjami na temat piłki na południu Brazylii. Kiedy okazało się, że znam skład, wiem, kim jest i był obecny trener Grêmio, a jeszcze kojarzę grających w Europie piłkarzy jako wychowanków klubu, lody zostały przełamane.

Jeden z chłopaków pracował w agencji PR zajmującej się obsługą sportowców i trenerów. Mieli w stajni kilkadziesiąt nazwisk, w tym agencje menadżerskie. Podawali informacje do mediów i mediów społecznościowych na temat występów w meczach, leczenia kontuzji, oczekiwań w związku z powołaniami reprezentacyjnymi, oferowali komentarze i analizy. Jeśli potrzebujesz wypowiedź i zdjęcia z treningu Diego Alvesa czy Andrésa D’Alessandro, piszesz do nich i już. Załatwiasz sprawy mailowo, nawet przez ocean.

– Dużą macie konkurencję? – pytam filigranowego Bruno Jonqueirę, odpowiedzialnego w firmie za Grêmio.

– Na południu niewielką, ale w São Paulo czy Rio podobnych firm nie brakuje. Niektóre agencje menadżerskie obsługują zawodników i trenerów także w zakresie komunikacji – wyciskam z niechętnego do zwierzeń Brazylijczyka, który przez następne lata przysyłać mi będzie komunikaty na temat urugwajskiego trenera Jorge Fossatiego oraz Wellingtona, Luana czy Jorge Valdivii.

Rzeczywiście, Traffic, BMG czy Sonda w tamtym czasie też miały potężne wsparcie speców od kontaktów z mediami. Dzięki nim agencje te w ekspresowym tempie potrafiły rozprzestrzeniać informacje na temat zawodników, których chciały sprzedać za granicę. A media w Hiszpanii, Portugalii czy Italii podchwytywały każdy trop, by znaleźć „nowego Romário”, „młodego Ronaldinho” albo „gracza w stylu Rivaldo”. PR-owcy doskonale wiedzieli, że inwestorzy z Grecji, Turcji, Ukrainy czy Rosji posiadają sporo pieniędzy do wydania na talenty z Brazylii, lecz nie mają wieloletniego rozeznania rynku, tak jak menadżerowie z południa czy zachodu Europy. Kilka tekstów w portugalskiej i hiszpańskiej prasie natychmiast wzmagało zainteresowanie zawodnikiem, a przysyłanie menadżerów, którzy nie znali reguł negocjacji w Brazylii, pozwalało na podbijanie cen.

Sprzedanie Kerlona, niegrającego w żadnej reprezentacji ani nawet w wyjściowym składzie Cruzeiro, było jednym z kilku majstersztyków brazylijskich menadżerów w tamtym czasie. W 2008 roku 20-letniego piłkarza wciśnięto mistrzowi Włoch, Interowi Mediolan, za prawie 1,5 miliona euro, zostawiając sobie jeszcze 20 procent praw w razie kolejnego transferu!

Pogawędki z dziennikarzami kończy wejście rzeczników prasowych. Grêmio ma ich dwóch. Sympatycznego João Paulo i mruka Victora. Szybko orientuję się, że Victor jest ważniejszy. Mówi niewiele, słucha uważnie.

Po pierwsze, nie może pojąć, że przyjechałem sam, bez żadnej kamery, a zdjęcia robię takim sobie aparacikiem. Po drugie, irytuje go, że zapowiadam wyjazd na Beira-Rio, na twarzy ma wypisaną niechęć do Internacionalu. To równocześnie moje przekleństwo, jak i atut. Przekleństwo, bo Victor kilka razy każe mi poczekać przed rozmowami czy treningami; atut, bo będzie chciał koniecznie pokazać swój klub z lepszej strony, co oznaczać będzie rozmowy z trenerem, dyrektorem sportowym i wybranymi przeze mnie zawodnikami. Pierwszego dnia zabierze mnie na trening na płycie boiska.

Wchodzących na płytę boiska wita wielki napis „O campeão do mundo” (mistrzowie świata), przypominający o wiktorii z 1983 roku. Właśnie wtedy Grêmio pierwszy raz wygrało Copa Libertadores, a potem pokonało w Pucharze Interkontynentalnym najlepszy klub Europy, Hamburger SV. Bohaterem tego drugiego meczu był 21-letni Renato Gaúcho, strzelec obu goli dla Grêmio. Dziś Renato jest trenerem Trójkolorowych.

Renato w brazylijskich mediach ma tyluż wrogów, co admiratorów. Kochają go kibice Grêmio i Fluminense za wielkie mecze w ich barwach, nie znoszą fani lokalnych rywali oraz trenerzy pracujący nad rozwojem i marzący o długotrwałej współpracy z klubem, któremu będą mogli zaoferować szeroko zakrojony proces szkoleniowy i nowinki taktyczne, nad jakimi główkują po nocach. Renato nie bawi się w takie historie. Pracuje tylko w klubach z miast, w których grał, nie interesują go żadne taktyczne zawiłości, stawia na graczy najtwardszych i sprawdzonych, nie promuje młodych talentów, ustawia zawodników bez zbędnego ryzyka, woli walkę od cierpliwego rozgrywania, na które chyba nie ma pomysłu.

Upewniam się w swoich przeczuciach już po kilkunastu minutach treningu. Renato zarządza mecz na całym boisku, grają wszyscy piłkarze, których ma w kadrze, 13 na 13. Na murawie jest tłoczno, a główny cel to przerzucenie piłki tam, gdzie znajduje się mniej przeciwników. Kiedyś coś podobnego Chilijczykom serwował Marcelo Bielsa, lecz u niego 13 zawodników rywala atakowało 11 jego podopiecznych, którzy mieli za zadanie jak najdłużej utrzymać się przy piłce, ciągle wymieniając podania. Na Estádio Olímpico w Porto Alegre niczego podobnego nie widziałem. Raczej kopaninę, której nie przyglądał się nawet trener.

Ale najlepsze i tak miało nadejść. Kilkanaście minut po rozpoczęciu gierki na boisku melduje się Carlos Alberto. Odkąd ten były zawodnik FC Porto (z ekipą Mourinho wygrał Ligę Mistrzów w wieku 20 lat!) wrócił do kraju w 2005 roku, w stolicy Rio Grande do Sul zalicza już siódmy przystanek w ciągu niespełna sześciu lat! Ponoć nie układa mu się z trenerami. Ponoć?! Spóźniony as wbiega na murawę obwieszony złotym zegarkiem, łańcuchem i kolczykami. Jedyny gracz pola ubrany w dres, oczywiście innego koloru niż stroje pozostałych piłkarzy biorących udział w treningu…

A Renato? Renato dostał nową komórkę, smartfona. Chyba miał problem z nowymi aplikacjami, bo wespół z asystentem cały czas gapili się w ekran zabawki…

Następnego dnia przychodzę na ostatni trening przed meczem, zawodnicy ćwiczą na bocznych boiskach. Victor pyta, kogo chcę wziąć na spytki. Ku jego zdumieniu wybieram Williana Magrão, kiedyś kapitalnie rokującego młodzieńca, wysokiego defensywnego pomocnika, przypominającego w stylu gry trochę Gago, a trochę Redondo. Miał dziewięć miesięcy przerwy, a pół roku po powrocie zaliczył kolejną groźną kontuzję, która praktycznie pozbawiła go szans na karierę w Brazylii i wyjazd za granicę. Kiedy piszę tę książkę, mało kto jeszcze o nim pamięta…

Willian stał oparty o płot i obserwował trening. Dwa tygodnie wcześniej skończył 24 lata, ostatni dzwonek, by dostać dobry kontrakt w Europie.

– Jakiś uraz? – zagajam na dzień dobry.

– Ciągnie się jeszcze kontuzja z końca dwa tysiące dziesiątego – odpowiada znudzony zawodnik i zerka przez moje ramię na biegających za piłką kolegów.

– Człowieku, masz wielki talent, mam nadzieję, że kiedyś trafisz do świetnego klubu – wypalam i sam nie mogę się nadziwić, że to powiedziałem.

Po czym tłumaczę mu, że w 2008 roku komentowałem ligę brazylijską i z nostalgią wspominam jego kapitalną grę obok Rafaela Carioki. Byli najlepszym duetem defensywnych pomocników w Brazylii. Rafael wraz z końcem sezonu wyjechał za grube pieniądze do Spartaka Moskwa, Willian został, by jeszcze trochę się wypromować… Mając 21 lat, był na fali, w wieku 24 podpiera płot przy boisku.

– Kiedy oglądałem was razem, mówiłem, że jesteś prawie jak Gago albo Redondo. Masz wspaniały timing, odbierasz piłkę tak łatwo, a potem ruszasz do przodu, europejscy menadżerowie takich kochają.

Willian naprawdę się ucieszył i na chwilę zapomniał o kopiących za moimi plecami kolegach. Zaczął opowiadać o rehabilitacji, o tym, że jeszcze się nie poddaje, że wprawdzie ciągle odczuwa ból przy sprintach, ale ma nadzieję, że do końca 2011 roku wróci do pełnej formy, jak kiedyś.

Ale nie wrócił. Jego miejsce w składzie zajął Adílson Warken, którego Grêmio też dobrze sprzedało do Rosji. Kiedy chwilę potem opowiadałem dyrektorowi sportowemu, Cícero Souzie, o rozmowie z Willianem, był zaskoczony. I tym, że tak dobrze go znam, i tym, że jestem takim optymistą…

– Mamy potężne zaplecze – tłumaczył menadżer – każdy z południa Brazylii chce u nas grać. Grêmio to marka i przepustka do kariery.

Cícero miał udział w sukcesie Lucasa Leivy sprzedanego do Liverpoolu FC, Douglasa Costy kupionego przez Szachtar i Mário Fernandesa wytransferowanego do CSKA. Przychodząc do Grêmio, dostrzegł potencjał w rynku rosyjskim i ukraińskim. Doskonale zdawał sobie sprawę, że prezesi tamtejszych klubów, chcąc rozepchać się na brazylijskim podwórku, muszą przepłacać, aby wyrobić sobie markę w klubach, wśród agentów i samych piłkarzy. Grêmio czy lokalny konkurent Inter dosyć szybko zrozumiały, że tradycyjne transfery do Portugalii, Włoch czy Hiszpanii niekoniecznie przyniosą największe przychody. Wschodzące gwiazdy piłki z Rio Grande do Sul przed ukończeniem 20 lat trafiały do młodzieżowych reprezentacji Brazylii, potem trenerzy „podtuczali” je w meczach, których kluby grają dziesiątki. Zanim chłopak opatrzył się lokalnym kibicom, już zdobywał rozgłos i „opinię”. Wówczas zaczynały interesować się nimi zachodnioeuropejskie kluby, a portale i gazety podchwytywały trop. Bogacze z Rosji i Ukrainy nie chcieli czekać na oferty konkurentów, więc z walizkami pełnymi dolarów ostro wkraczali do gry.

Cícero miał świetny pomysł na promocję młodych talentów, zachęcał, by Grêmio zawsze wystawiało w pierwszej drużynie kilku młodych chłopaków.

– Kiedyś szukaliśmy zawodników tylko w Rio Grande i Santa Catarinie. Teraz Grêmio ma swoich skautów prawie w całej Brazylii. Każdy chce zrobić karierę jak Ronaldinho, Anderson czy Lucas Leiva. A my mamy warunki i bazę i wszyscy o tym wiedzą.

Sęk w tym, że nawet człowiek nadzorujący sekcje młodzieżowe i pracujący z pierwszą drużyną nie jest panem sytuacji. W takich klubach jak Grêmio jest jeszcze wiceprezydent do spraw futbolu i sam prezydent klubu. Ludzie z rozdania politycznego wchodzą do zarządu nie dlatego, że kiedyś byli piłkarzami czy trenerami, lecz dlatego, że frakcja wygrywająca wybory musi obsadzić miejsca i decydować o transferach. O tak! Decydowanie o transferach jest najprzyjemniejszą częścią futbolowego życia prezydenta klubu. Cícero pozna niedługo ten problem, bo po zmianie rządów w Grêmio musiał szukać pracy na północy, w Sport Club do Recife, stamtąd – po epizodzie z niewielką Criciúmą EC na południu kraju – trafił do pogrążonej w chaosie EC Bahii, od początku 2015 roku pracuje zaś dla Palmeirasu, z którym zdobywa tytuł za tytułem, łącznie z dwoma mistrzostwami Brazylii w 2016 i 2018 roku.

Menadżer Grêmio opowiada mi o pozyskiwaniu nowych kontrahentów, sam wypytuje o sytuację na polskim rynku. Wygląda to trochę tak, jakby dyrektor sportowy był szefem działu handlu w firmie produkcyjnej. A w zasadzie w fabryce talentów, jaką niewątpliwie jest Grêmio.

Pogawędkę przerywa Victor. Młody rzecznik woła mnie na rozmowę z trenerem, Renato Gaúcho. Chwilę wcześniej słyszałem jednym uchem, jak zagadywał szkoleniowca, który znudzonym tonem odpowiadał:

– Skąd przyjechał ten łysy? A o czym chce rozmawiać?

– Chciałbym porozmawiać o brazylijskim futbolu – zacząłem więc wywiad, kiedy już usadowiono mnie na niewygodnym zydlu obok trenera.

Renato znalazł dla mnie czas podczas… manicure’u! Areną spotkania była salka audiowizualna, gdzie zawodnicy i trenerzy oglądają wyczerpujące omówienia i analizy fragmentów meczów. Trener w sportowym stroju, rozwalony na fotelu (do dziś mam wrażenie graniczące z pewnością, że w grę wchodził też pedicure, ale do tej pory nie wiem, czy to już nie moja imaginacja), w otoczeniu dwóch pracowników działu komunikacji, asystenta, no i dwóch klubowych pielęgniarek. Prawdziwy król klubu, który może i ma wybieralnego prezydenta, ale króla tylko jednego!

Szybko zrozumiałem, że wazeliniarstwo pomoże mi w przedłużeniu wywiadu o cenne minuty. Powiedziałem więc bez ceregieli:

– Do dziś wielu ludzi wspomina pana wyśmienity występ przeciw Hamburgerowi w Pucharze Interkontynentalnym. To był przełom?

– Żebyś wiedział! Wchodzę przy zero do jednego i strzelam dwa gole dające nam wygraną dwa do jednego. Zostajemy klubowymi mistrzami świata. Miałem dwadzieścia jeden lat, konkurencja była wtedy ogromna, ale po tym meczu znał mnie każdy, trafiłem do reprezentacji Brazylii – zaczęła wspominać legendarna „siódemka” Grêmio, a potem Flamengo i Fluminense. Później opowiedział mi o brazylijskich rozgrywkach w latach 80. Prawie wszyscy najlepsi Brazylijczycy grali wtedy w ojczyźnie; jeśli brazylijski klub kupował kogoś z innego kraju Ameryki Południowej – zwykle po odejściu jakiegoś jeszcze bardziej znanego brazylijskiego gracza za grube pieniądze do Hiszpanii, Italii, rzadziej Francji lub Portugalii – był to zazwyczaj reprezentant kraju z wyrobionym nazwiskiem i dokonaniami.

Pytam Renato o głośne wykluczenie z kadry na mistrzostwa świata w Meksyku; miał wówczas niespełna 24 lata, był w życiowej formie, dosłownie latał. Każdy wiedział, że mundial miał być jego przepustką do wielkiego transferu do europejskiego klubu, bo były to dziś trudne do wyobrażenia czasy, kiedy wielkie zespoły nie angażowały więcej niż dwóch, góra trzech obcokrajowców.

– Wiele razy to już wyjaśniałem. Pod koniec zgrupowania razem z grupą chłopaków wyskoczyliśmy wieczorem na miasto. Bez szaleństw, po prostu trochę odetchnąć. Kiedy wracaliśmy, chłopaki przeskoczyły przez płot i jak gdyby nigdy nic wróciły do swoich łóżek, a ja zostałem przy gorzej dysponowanym Leandro i razem z nim wszedłem głównym wejściem. Następnego dnia Telê skreślił nas obu. To nie było sprawiedliwe. Nie byłem pijany, nie udawałem, że nic się nie stało, wszedłem do pokoju jak dorosły człowiek, który nie ma nic do ukrycia – relacjonuje bez żalu Renato.

Nie wygląda na człowieka, który miewa wyrzuty sumienia czy wielkie rozterki. A może to tylko maska, pozory? Pewnie para Renato Gaúcho – Leandro byłaby pierwszym wyborem selekcjonera podczas ustalania składu w trakcie meksykańskiego czempionatu.

Ale Telê był trenerem z zasadami. Podczas mundialu podpytywałem brazylijskich dziennikarzy o legendarnego „ojca chrzestnego” joga bonita. Każdy z nich opowiadał, że Telê trzymał zawodników krótko, że nie było u niego żadnej „swobodnej gry”, a historie o improwizacji wynikają tylko z niewiedzy na temat metod pracy tego szkoleniowca. Paulo Vinicius Coelho, który pracował wówczas w ESPN (dziś jest dziennikarzem w FOX Sports), sprzedał taką anegdotę: Muricy Ramalho, który w XXI wieku wygrał najwięcej z brazylijskich trenerów, uchodzi za pracusia albo wręcz za katorżnika. I właśnie on mawiał, że wszystkiego, co najlepsze, nauczył się od Mestre Santany i spośród wszystkich trenerów, których zna, nikt inny nie piłował piłkarzy bardziej.

– A Roma? Dlaczego grałeś we Włoszech tylko jeden sezon? – dopytuję Renato o transfer z 1988 roku; miał w Rzymie zastąpić cieszącego się zasłużoną renomą Zbigniewa Bońka.

Trener Grêmio zbywa mnie byle czym, następnie dodaje, że miał ofertę od Flamengo za „te same pieniądze”, więc wybrał powrót do Rio.

Zastanawiam się, dlaczego brazylijska reprezentacja nie odnosi takich sukcesów jak dawniej, dlaczego tak niewielu brazylijskich piłkarzy młodego pokolenia robi światowe kariery. Ronaldinho schodzi ze sceny, Kaká też ma już szczyt formy za sobą, a następców tej klasy nie widać.

– Brazylijski piłkarz musi dojrzeć taktycznie. W Europie futbol jest bardziej taktyczny od naszego, ale kiedy Brazylijczyk przylatuje na Stary Kontynent i pokazuje, jak świetnym jest technikiem, to jest wielkie wow! Jeśli więc popracuje nad przygotowaniem taktycznym, staje się znakomity – wyjaśnia trener Grêmio.

Dzień później, podczas wspomnianej już wcześniej rozmowy z Celso Rothem, zapytałem trenera Internacionalu, co sądzi o opinii Renato na temat Brazylijczyków i Europejczyków.

– Uff. – Najpierw wypuścił z siebie powietrze, a potem powiedział najbardziej dyplomatycznie, jak tylko potrafił: – Szanuję opinię Renato, lecz kompletnie się z nią nie zgadzam. Praca nad przygotowaniem taktycznym i szkolenie techniki są nierozerwalnymi elementami wyszkolenia zawodnika. Nasz problem jest inny: to brak ciągłości. Jeśli klub w ciągu roku prowadzi trzech, czterech trenerów, a kadra z lutego ma niewiele wspólnego z kadrą z października, to jak mamy przygotować zawodników do gry zespołowej? Tu nie chodzi o dziesięciu dryblerów, tylko o złożenie z tych ludzi drużyny, która będzie realizowała zadania boiskowe.

Tymczasem Renato po wygłoszeniu jeszcze kilku kwestii na temat wyższości brazylijskich graczy nakazał wniesienie koszulki Grêmio z legendarnym numerem 10. Podpisał ją: „Dla przyjaciela, Renato”, wyściskał mnie i kazał robić zdjęcia.

Następnego dnia na stronie klubu i stronie „Zero Hora” donoszono o polskim dziennikarzu, który oddał hołd idolowi…

SANTOS, 2010

Luty 2010 roku. Wylatując z Warszawy, żegnaliśmy -12, wysiadając na lotnisku w Guarulhos, witaliśmy +38 – różnica 50 stopni Celsjusza. Do tego 20 godzin lotu z przesiadkami. Pot leje się po plecach, dziesiątki naganiaczy chcą wcisnąć nas do taksówki, autobusu czy cholera wie czego. Wszyscy mówią naraz. Nie ma gdzie usiąść, bo na lotnisku ruch jak na targu, kończy się karnawał, więc ludzie rozjeżdżają się we wszystkie strony świata. Dosłownie! Mnóstwo Azjatów, więcej niż Europejczyków. Za to Brazylijczycy oblegają loty do USA; lecą do pracy i na zakupy, bo odkąd kraj stanął na nogi, kupowanie w Stanach stało się dochodowym interesem. Kupują iPhone’y, iPady, iMaki, aparaty cyfrowe. Różnica cen jest tak duża, że pokrywa wydatki poniesione na bilety lotnicze, hotele i cały pobyt na Florydzie, gdzie najczęściej lata się na zakupy. Brazylijski rząd dba, aby nie było za tanio, protekcjonizm gospodarczy mają na sztandarach prawie wszystkie z 23 partii w parlamencie.

Dobra, jest miejsce! Siadamy na szybkie espresso i pão de queijo, małe kuleczki serowe, a w zasadzie chlebki albo nawet chlebeczki serowe. Co za cudowne przekąski! Brzuch mi urośnie, będę dziennikarzem sportowym z bandziochem na przedzie, ale co mi tam! Ronaldo rozegrał Campeonato Paulista 2009 z większym i poprowadził Corinthians do wygranej. Technika jest równie ważna, jak przygotowanie fizyczne…

Wreszcie pojawiają się Henrique i jego żona Olga, znajomi, którzy mają nas gościć. On Brazylijczyk, ona Polka. Na co dzień pracują na Uniwersytecie Warszawskim. Pomogą mi w trakcie pierwszego dużego rajdu po Brazylii. Celem jest Santos, miasto Pelégo, gdzie letni domek mają rodzice Henrique. Spędzimy tam tydzień. Po Santosie mam w planach São Paulo, Rio de Janeiro, Belo Horizonte i Ouro Preto. A potem się zobaczy.

Wyjazd z lotniska niby taki jak wszędzie, ale już wjazd na trasę Sistema Anchieta-Imigrantes robi na mnie piorunujące wrażenie. Nie dosyć, że droga z São Paulo do portu Santos oznacza przeprawę przez góry, co jest dla mnie sporym zaskoczeniem, to jeszcze te wszystkie mosty, tunele, przeprawy, wiadukty, o jakich w „kraju w środku Europy” nie ma co marzyć. Henrique mówi, że to pozostałość po rządach wojskowych z lat 70. XX wieku. Czy komusza generalicja nie mogła u nas wybudować czegoś takiego? Zaczynająca się i kończąca w lesie Olimpijka była najwyższym szczytem ich technicznej fantazji?

Góry, przez które wiedzie Sistema Anchieta-Imigrantes, nazywają się Serra do Mar – to pasmo ciągnące się na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów od Minas Gerais po Santa Catarinę. Potem wiele razy będę miał okazję podziwiać z okien samolotu cudowny widok okrywającego je pomarszczonego, gęsto tkanego zielonego lasu, znanego jako Mata Atlântica. Z ziemi widać, że człowiek pociął ten dywan wzorkami dróg. Imigrantes z 44 wiaduktami, siedmioma mostami i 14 tunelami, a także kilometrami betonowej trasy postawionej na długich, sięgających 120 metrów betonowych nogach, przecina gęsto porośnięte góry. W Brazylii do dziś ta autostrada uważana jest za cud południowoamerykańskiej inżynierii.

Zasuwany aż miło. Widać, że w Brazylii niewielu przejmuje się ograniczeniami prędkości. Życie samo podpowiada, czy warto zwolnić, czy dodać gazu. W przyszłości, podczas kolejnych wyjazdów do tego kraju, przekonam się, że zdrowy rozsądek to jedyne, co warto wziąć ze sobą na brazylijskie ulice. Jedziemy kilkuletnim oplem vectrą, ale w Brazylii nazywa się go chevroletem. Bo tu wszystko nazywa się inaczej: Milky Way to Mars, a naszych Milky Wayów nie mają wcale. Ciężarówki i autobusy Mana to volkswageny, a fiaty wyglądają zupełnie inaczej niż nasze – mają chyba każdy model w wersji pick-up z podwyższonym nadwoziem!

No i wszędzie na trasie wulkanizacja i wymiana opon. Nie wiem, ilu mieszkańców São Paulo i okolic trudni się tym fachem, ale jedziemy już dobrych kilkanaście minut i ciągle mijamy jeden zakład za drugim. Czasem ich ciąg przerywa warsztat samochodowy lub stacja benzynowa, albo autosalon. Może jest coś jeszcze, ale na pewno wiąże się to z samochodami.

– W sumie nie dziwię się, że mieliście trzech mistrzów świata w Formule 1 – zagajam do kierowcy, kiedy ten mija trzy ciężarówki na podwójnej ciągłej.

– Trzeba uciekać przed korkiem – rzuca przez ramię.

Wtedy nic z tego nie rozumiałem. Dziś wiem, co to korek w São Paulo. Jeśli mówisz, że Warszawa jest zakorkowana, to nie widziałeś korka. W Brazylii gigantomania jest powszechna, więc i korek może być na 100 kilometrów.

– Kiedyś na tej trasie pewna dziewczyna urodziła dziecko – mówi Olga. Rok później to samo usłyszałem od Debory, dziewczyny Tomka Sapuna, który od kilku lat mieszka w São Paulo, niedaleko Diademy. W Rio też krążą takie opowieści. Najlepsza jest ta o dziewczynie, która jechała do szpitala położniczego autobusem miejskim, ale ten utknął w korku i urodziła w pojeździe. Operator linii autobusowych ufundował dziecku dożywotni bilet na swoje usługi. W São Paulo pewna 26-letnia sprzątaczka urodziła córkę na przystanku linii 9815 z Terminal Capelinha do Jardim Comercial. Okolica zawsze stoi zakorkowana, więc autobusy nie przyjeżdżają według rozkładu jazdy znanego w Polsce, tylko tak, jak im się uda. Widać tego dnia nie udawało się szczególnie. A dziewczyna, wychodząc na przystanek, była w siódmym miesiącu ciąży… W Manaus, w Amazonii, kobieta urodziła dziecko w drodze do pracy. Też była w siódmym miesiącu ciąży i też długo czekała na autobus. A w Olindzie, na północy kraju, kobieta została dowieziona autobusem do szpitala, tam powiedziano jej, że jeszcze nie czas na poród, po czym urodziła dziecko w drodze do domu!

Ma się rozumieć, że o wszystkich tych zdarzeniach nie tylko donoszą świadkowie, ale także potwierdzają je zdjęcia zrobione aparatami komórkowymi. TV Jornal, relacjonując zdarzenie z Olindy, zamieścił nawet filmik nagrany przez jednego z pasażerów autobusu.

W rzeczywistości na środki komunikacji publicznej nie czeka się może miesiącami, ale prawdą jest, że korki mają w Brazylii naprawdę spore.

***

Santos jest największym portem Brazylii, a dawniej nazywany był stolicą kawy, bo to tam działała kawowa giełda i stamtąd ruszały w świat statki pełne szlachetnych ziaren arabiki odmiany bourbon. Znając kilka europejskich portów i mieszkając wówczas jeszcze w Gdańsku, oczekiwałem spotkania z przemysłowym kolosem. Przypomniałem sobie czasy, kiedy pisząc o polskich portach, przeczytałem, że w Santosie przeładowuje się 100 milionów ton towarów! W letnim skwarze działało to na wyobraźnię. Jeśli jeden tir wiezie 27 ton, to żeby wywieźć tę całą kawę, soję, pomarańcze, banany i co tam jeszcze się wywozi, trzeba prawie czterech milionów tirów. Jeden tir ma zaś niemal 20 metrów, czyli pospołu okrążyłyby kulę ziemską prawie dwa tysiące razy…

– Bartek, obudź się, jesteśmy na miejscu!

Po São Paulo z tysiącami wieżowców, gigantycznymi arteriami drogowymi, monstrualnymi rozjazdami, 20 milionami ludzi i korkami, w których rodzi się dzieci, byłem przekonany, że Hamburg zblednie! Tymczasem zobaczyłem uliczkę domków bliźniaków, jakich wiele można spotkać również na polskich osiedlach.

Nie czepiam się Brazylijczyków, ale elektryk w tym kraju musi być bardzo poszukiwanym fachowcem. Plątaniny wiszące nad głowami przechodniów sprawiają wrażenie kołtunów. Wygląda to mniej więcej jak fryzura Whitney Houston. Plątanin kabli podczas kolejnych wypadów do Brazylii spotkam tak wiele, że w końcu się do nich przyzwyczaję i przestanę zwracać na nie uwagę. Chociaż do dziś elektryk z tego kraju kojarzy mi się z prestidigitatorem. Ale podczas pierwszego wyjazdu ciągle zastanawiałem się, co się stanie, jak walnie piorun i runie słup wysokiego napięcia albo przyjdzie potężna burza z wietrzyskiem, jakiego nie uświadczysz w Polsce.

Mamy spać w domu pułkownika, twardego człowieka, który służył w amazońskiej dżungli, a teraz pracuje w Brasílii. Uroczy człowiek, mówi niewiele (inna sprawa, że mój portugalski nie pozwalał jeszcze na dłuższe konwersacje), ale konkretnie i w punkt. Jeśli opowiada o kwiatach, to poznasz nazwę, dowiesz się, skąd dana odmiana pochodzi, czy dała się uprzemysłowić i czy handluje się nią na świecie. Podobnie wygląda to w przypadku rozmów o futbolu, historii, filmach, rodzinie, jedzeniu.

Bez pułkownika nie byłoby mi dane zobaczyć Neymara w czasach, kiedy w Polsce nikt jeszcze o nim nie słyszał, czyli w lutym 2010 roku, gdy obecna gwiazda PSG miała niespełna 18 lat. W takim wieku byli Pelé podczas mundialu w 1958 roku i Ronaldo podczas mundialu w 1994 roku, gdy Brazylia sięgała po mistrzostwo świata. Dunga jednak nie zabrał Neymara na mundial do RPA, a potem przerżnął turniej w kiepskim stylu, niemal sam ściągając na siebie klęskę. Ale w lutym 2010 roku Neymar był jednym z Meninos da Vila, utalentowanej grupki chłopaków z roczników 1989–1992, którzy potrzebowali na boisku lidera. André, Paulo Henrique Lima zwany Ganso, Alan Patrick mieli łatwość prowadzenia piłki, rozumieli się na boisku bez słów, a każdy gol cieszył ich jak wygrana w Mega-Senie, brazylijskim lotto.

Santos FC nie zdobywał jednak tytułów, bo między twardym zapleczem na tyłach a młodymi graczami z przodu brakowało spoiwa. Na początku 2010 roku władze klubu wpadły na pomysł, jak zaprząc cudownie rokującą młodzież do wyścigu po trofea i sukcesy. Santos dogadał się ze sponsorami i zewnętrznymi firmami, po czym zaproponował powrót legendzie sprzed lat, Robinho.

Robinho był od czasów Pelégo ulubionym piłkarzem w mieście. Genialny drybler, finezyjny technik, w 2005 roku został sprzedany za 30 milionów dolarów do Realu Madryt. Gigantyczna kwota uratowała znajdujące się w opłakanym stanie finanse klubu. Piłkarz wpakował się potem w transfer do Anglii, kuriozalny, bo nie do klubu, w którym chciał grać i już dawał się fotografować w jego stroju (Chelsea nawet oferowała jego koszulki na stronie internetowej swego sklepu z pamiątkami), lecz do tego, który za karę znalazł mu Real. A cała historia wyglądała tak: w 2008 roku kontrakt Brazylijczyka z Realem zbliżał się ku końcowi. Piłkarz nie chciał podpisać nowej umowy, ponieważ szastająca wówczas astronomicznymi kwotami Chelsea zatrudniła brazylijskiego trenera Luisa Felipe Scolariego, a Felipão chciał mieć u siebie Robinho. Londyńczycy oferowali Realowi ponad 40 milionów euro, a samemu zawodnikowi kapitalną pensję. Klub z Madrytu ani myślał płacić tyle młodemu dryblerowi, ale chciał też maksymalnie podbić stawkę. Sezon w Anglii już ruszył, więc działacze Królewskich wiedzieli, że angielscy kontrahenci będą się palić do zawarcia umowy. Sami nie mieli zamiaru się śpieszyć, bo Robinho i tak miał kontrakt do wypełnienia. Piłkarz nie chciał czekać, dał się sfotografować w koszulce The Blues oraz udzielił wywiadu sugerującego, że od zmiany barw klubowych dzieli go tylko podpis na umowie. To wprawiło we wściekłość działaczy Realu. W ciągu 24 godzin doprowadzili do podpisania umowy w Anglii, ale nie z potężną wówczas Chelsea, lecz bogatym przeciętniakiem, Manchesterem City. The Citizens zgodzili się zapłacić za zawodnika tyle samo, co rywale z Londynu, a jemu samemu zaoferowali identyczne uposażenie co The Blues. Okienko transferowe się zamykało, a agent Robinho już wiedział, że jego klient nie ma co wracać do Madrytu, bo klub go nie chce i gotów jest zrobić z nim cokolwiek, byleby pokazać Brazylijczykowi, jak mocno zawiódł zaufanie szefów.

Robinho w sezonie 2008/09 grał świetnie, lecz jego solowe popisy na nic się zdały, skoro do pomocy miał samych drwali i przeciętniaków. Kiedy latem 2009 roku na ławce City pojawił się nowy trener, Włoch Roberto Mancini, sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót. Indywidualnie grający Brazylijczyk ewidentnie nie pasował Manciniemu do koncepcji zespołu. Najdroższy zawodnik w klubie nie był ani liderem ekipy, ani piłkarzem prowadzącym grę drużyny, a jedynie najlepszym dryblerem i specem od fajerwerków technicznych. W Anglii było wokół niego wiele zamieszania, ale dla Manciniego, który sam kiedyś był brylantowym technikiem, okazało się to za mało. Zimą 2010 roku Robinho miał już dosyć bycia rezerwowym, więc z wdzięcznością odpowiedział na propozycję Santosu, która brzmiała następująco: wypożyczamy cię do lata, żebyś grając w naszym klubie, mógł wrócić do reprezentacji i pojechać z nią na mundial, a królewską pensję z Anglii dostawać będziesz z trzech stron – od City, od nas i od sponsorów. W zamian nie tylko będziesz grał, ale staniesz się „starszym bratem” dla Neymara i nowej paczki młokosów Meninos da Vila.

Robinho wszedł w ten układ z ochotą. Z zimnej Anglii przyleciał w sam środek brazylijskiego lata. Gwiazdor nie miał czasu na gwiazdorzenie, bo trener Santosu ze zgrozą odkrył, że od czasu wyjazdu z Brazylii zawodnik przybrał na masie 7,5 kilo i stracił dawną szybkość. Jego słynne zwody nie działały, bo z chyżego chuderlaka zmienił się w atletę. Zaordynowano mu katorżniczy trening na piaszczystych plażach São Vicente, miasta, z którego Robinho pochodził. Piłkarz miał zrzucić kilka kilogramów i być szybki jak dawniej. Jak może być szybki, kibice w São Paulo przekonali się, kiedy w derbowym meczu przeciw São Paulo FC wszedł z ławki rezerwowych, a kilka minut później strzelił ekwilibrystycznego gola piętą, i to z powietrza! Bramka dała Santosowi wygraną, a kibice zwariowali na punkcie Robinho. „O campeão voltou” – śpiewał Santos, São Vicente, Guarujá i znaczna część okręgu metropolitalnego São Paulo, bo tam Santos FC ma najwięcej kibiców.

Mecz z CA Bragantino miał być pierwszym występem Robinho na legendarnym Estádio Vila Belmiro. Bilety rozeszły się niczym na klasyk z Palmeirasem albo Corinthiansem. A akredytacje? No właśnie, tu wracamy do pułkownika.

Wtedy nie znałem jeszcze metodyki przyznawania akredytacji na turnieje piłkarskie organizowane w Brazylii, nie zdawałem sobie sprawy, jak trudno jeździć z miasta do miasta i zaliczać mecze z tymi wszystkimi wspaniałymi drużynami, o których tyle się kiedyś naczytałem. W swej błogiej nieświadomości namówiłem Henrique, byśmy poszli na mecz, akredytowali się, a potem zrobili jakiś „fajny materiał prasowy”. Ale nic z tego! Ani przyjazd do klubu, ani do centrum treningowego nie poskutkowały akredytacją, nikt nie chciał z nami rozmawiać. Nie mogłem pojąć, że przydziela je nie klub, tylko specjalna komórka w stanowej federacji piłkarskiej, FPF. Staliśmy pod biurem Santosu, w środku siedzieli jego szefowie i rzecznicy, a my nie mogliśmy niczego wskórać! I wtedy do akcji wkroczył pułkownik, kibic Santosu. Zadzwonił do znajomego, który miał znajomego, który znał kogo trzeba, i dzień później, czyli w dniu meczu, wszystkie drzwi w magiczny sposób stanęły przed nami otworem. Ba, byliśmy na konferencji prasowej z udziałem trenera i zawodników i dostaliśmy miejsce w loży VIP razem z telewizją z RPA. Camarote, gdzie siedzieliśmy w trakcie zawodów, dzieliły od linii boiska jakieś dwa metry. Zawodnicy biegali nam dosłownie przed nosem, jakbyśmy byli na meczu okręgówki z udziałem reprezentantów Brazylii!

– Skąd się tu wzięliście? – dopytywał mnie reporter z RPA.

Nazwa „Polska” niewiele mu mówiła, acz wiedział, że to w Europie. Nikt w jego ekipie nie mówił po portugalsku ani po hiszpańsku, więc komunikacja z Brazylijczykami szła im jak po grudzie. Przyjechali do Santosu zrobić materiał na temat powrotu Robinho. Ich zdaniem był symbolem wielkich zmian zachodzących w Brazylii. Kraj, który do niedawna hurtem pozbywał się piłkarzy, stawał na nogi i teraz brazylijskie gwiazdy mogły wracać do domu, by zarabiać u siebie.

– Jest wiele podobieństw między RPA i Brazylią, ale jednego nie mogę pojąć: że slumsy mają w centrach miast, a nie na obrzeżach, jak u nas.

***

Doping w Brazylii zasadniczo różni się od dopingu w Europie. U nas obowiązuje zasada „wszystkie ręce na pokład”, czyli możliwie najwięcej osób wykrzykuje to samo hasło albo śpiewa te same słowa. W Brazylii chodzi o różnorodność i muzykę. Grupy kibiców jednego klubu prowadzą ze sobą nieustanną rywalizację. O wszystko! O pieniądze od klubu, o jak największe transparenty i flagi, o jak najgłośniejszy doping, rywalizują ze sobą nawet w lidze samby! Bo w Brazylii doping i muzyka to jedno.

Na niewielkim Vila Belmiro zasiadło jakieś 20 tysięcy widzów. Obiekt pękał w szwach. Legendarny stadion, gdzie co tydzień grali Pelé, Pepe, Clodoaldo, Carlos Alberto, Gilmar czy Coutinho, to na tle Maracany, Mineirão czy Morumbi łupinka. Vila Belmiro po prostu wyrasta z chodnika w nisko zabudowanej dzielnicy gęsto pociętej uliczkami. Do stadionu nie prowadzi żadna aleja, nie poprzedza go wielki parking, nie wiodą tam estakady. Po prostu na chodniku pojawia się biało-czarna ściana malutkich kafelków, za którą kopią piłkę największe tuzy światowego futbolu. Wrażenie jest niebywałe! Nie będę ukrywał, że uważam Vilę za najpiękniejszy stadion, jaki widziałem. Po prostu cacuszko, o którym pisanie „obiekt” lub „arena” jest profanacją albo przynajmniej nietaktem. O bielusieńkim stadionie przetykanym czarnymi paskami kafelków lub farby, gdzie jest tak wspaniała akustyka, że odnosi się wrażenie, jakby siedziało się na wielkiej Bombonerze, nie można pisać inaczej niż z pietyzmem.

Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że na małym stadionie mało się dzieje. Pionowo postawione trybuny sytuują się względem samego boiska tak samo jak ściana kafelków względem ulicy – znajdują się dwa metry od murawy. Efekt jest więc piorunujący, bo kiedy wszyscy ci perkusiści narzucający kolejne przyśpiewki zaczynają dudnić, a grupy kibica obsiadają każdy zakątek trybun, stadionik zamienia się w piekło! „Olele, olala, Robinho vem ai e bicho vai pegar” – śpiewają najczęściej fani, choć nigdy wszyscy razem. Torcida Jovem i Sangue Jovem są największymi, a zarazem najbardziej nielubiącymi się grupami kibiców i chyba nigdy nie śpiewają tych samych piosenek w tym samym czasie. Força Jovem i Meninos da Vila są mniejsze, ale też próbują hałasować.

Zorganizowane grupy kibiców w Brazylii mają inny charakter niż grupy kibicowskie w Polsce. Kibicowanie to całe życie tych ludzi. Nie chodzi tylko o chodzenie na każde zawody, przygotowywanie opraw meczowych, ale o totalne utożsamianie się z klubem, za które ten gotów jest kibicom płacić. Santos, tak jak większość zawodowych drużyn piłkarskich, ma dla zorganizowanych grup fanów wiele bonusów. Od pomocy w organizacji przejazdów na mecze wyjazdowe po rozdawanie biletów, którymi potem „zorganizowani kibice” handlują przed zawodami. Nieraz doświadczyłem tego na własnej skórze.

W 2010 roku zdobyliśmy w ten sposób w Rio de Janeiro bilety na mecz Flamengo w Copa Libertadores, w 2011 roku na derby Kurytyby w mistrzostwach stanu Parana. Zasada jest prosta: kibice dostają jakąś pulę biletów, przed meczem ustawiają się przed kasami i oferują je za cenę na przykład 15 procent niższą niż ta w okienku. Dla kupującego ma to sens, bo 20–30 reali zaoszczędzonych na każdym bilecie to ze dwa piwa i kanapka w przystadionowym barze. Kupujący się cieszy, a torcida wygrywa dwa razy, bo prowadzenie barów i sklepów z pamiątkami do niedawna było zarezerwowane tylko dla „oficjalnych kibiców”.

Sytuację zmienia internet. Dziś najwięcej gadżetów sprzedaje się online przez gigantyczne e-sklepy typu Netshoes oraz w oficjalnej sieci sprzedaży prowadzonej przez klub. Ale nawet koszulki i pamiątki to ciągle biznes tylko dla nielicznych. Pod szyldem torcid prowadzi się też działalność przestępczą, która jest prawdziwą plagą nie tylko w Brazylii, ale w całej Ameryce Południowej.

W Brazylii nie brak socjologów badających fenomen zorganizowanych grup kibiców. Powstają na ten temat prace naukowe, pisane są książki. Jedni, jak profesor Bernard Buraque, analizują je jako fenomen kulturowy. Inni, jak profesor Maurício Murad, jako fenomen kryminalny. Murad pracuje na uniwersytetach w Rio de Janeiro i Porto i wyrobił sobie markę największego speca od zorganizowanych grup kibiców. To od niego się dowiedziałem, że dwa miliony ludzi jest zgrupowanych w 435 torcidas organizadas. Mężczyźni stanowią 85 procent tych grup i odpowiadają za 100 procent bójek na stadionach; rzadko jednak zdarza się, by policja złapała konkretnych wandali i bandziorów, a wyroki sądowe to już naprawdę wielkie halo, skoro dotyczą tylko co 30. przypadku wandalizmu czy bijatyki w trakcie meczu.

Murad jest znanym krytykiem nowej mody, jaka dotarła do Brazylii z Włoch i Argentyny, mianowicie zakazu wstępu dla kibiców gości na niektóre mecze.

– Do dziewięćdziesięciu procent przestępstw związanych z ruchem kibicowskim dochodzi poza murami stadionu – przekonuje uczony. – Zabójstwa kibiców w São Paulo czy Rio de Janeiro popełniane są w biały dzień, na ulicach, a nie przy światłach stadionowych jupiterów. Kibice gości nie są wrogami, a klientami, którzy kupują bilety i zapełniają miejsca na trybunach.

Murad zdaje się apelować o rozsądek. Ale trudno o rozsądek, kiedy prezydenci klubów traktują je jako odskocznię do polityki, a kibice to solidna grupa wyborców. Każdy więc mówi, że broni swoich, nawet jeśli w ten sposób przyczynia się do jeszcze większego antagonizmu wśród fanów poszczególnych drużyn.

Na Vila Belmiro w dniu meczu Santos – CA Bragantino kibiców z Bragança Paulista było pewnie niewielu, a ci, co byli, i tak wtopili się w tłum, bo oba kluby mają te same, biało-czarne barwy. Każda z grup kibicowskich reprezentowana na stadionie miała po kilkunastu bębniarzy, łącznie na stadionie było ich co najmniej 100! Na godzinę przed meczem trybuny dudniły, wszyscy krzyczeli, śpiewali, nie dało się usłyszeć własnych myśli. Kiedy pierwsi piłkarze pojawili się na murawie, muzyka uderzyła z jeszcze większym natężeniem. A kiedy Robinho i Neymar wyszli w otoczeniu dzieci na murawę, doświadczyłem na żywo szaleństwa brazylijskich kibiców. Fani tarmosili się za koszulki, całowali emblematy klubu, wznosili modły, a krzykom towarzyszyły łzy radości i szczęścia.

Podniecenie udzieliło się nawet sceptykom z RPA, którzy przez pierwszych kilka minut sami nie wiedzieli, co filmować: czy zawodników z dzieciakami, czy trybuny, czy towarzyszących nam w camarote oldbojów – zasłużonych socios klubu, byłych graczy albo po prostu miejskich ważniaków.

Mecz potoczył się szybko, Robinho i spółka rzucili się na rywala i zafundowali kibicom regularną nawalankę. Strzałów, dryblingów, „klepek” starczyłoby na trzy spotkania. Końcowy wynik brzmiał 6:3! Robinho i Neymar strzelili po dwa gole. Bębniarze też nie zwolnili ani na moment. Ba, grali jeszcze przez trwające 15 minut zejście piłkarzy z boiska. Takiego intensywnego grania nie pamiętam z żadnego koncertu, a już na pewno nie przez dobre cztery godziny!

No i widziałem Neymara, zanim Luca Caioli i inni jego biografowie ściągnęli na Vila Belmiro, aby oglądać go w akcji.

***

Santos jest miastem futbolu i kropka. Zaświadczają o tym sprzedawane na każdym rogu pamiątki Santos FC, liczne murale i graffiti, na ogół zdobiące beton, który w Brazylii jest ukochanym materiałem budowlańców. Przy okazji Santos jest najważniejszym portem 200-milionowej Brazylii, a kiedyś był światową stolicą kawy. Futbol naznaczył to miasto, ale nie byłoby futbolu bez pieniędzy z kawy i transportu. Jeżdżąc po tym półmilionowym mieście wielkości Gdańska, mam wrażenie, że liczby mówiące o gigantycznym, liczonym w milionach ton obrocie towarowym to bujda. Odrapane mury, dziurawe drogi, tuż obok centrum pełno starych nor, gdzie typy spod ciemnej gwiazdy prowadzą podejrzane warsztaty.

Przyjeżdżającym z Europy trudno pojąć, że stojący w centrum miasta budynek stacji kolejowej to tylko atrakcja turystyczna. Linia kolejowa nie łączy już od wielu lat największego portu Brazylii z São Paulo, największym miastem na kontynencie. W dobie permanentnych korków, walki z emisją spalin i poszukiwania alternatywnych źródeł energii ponad 20-milionowe Wielkie São Paulo nie ma połączenia z portem, do którego codziennie przypływają statki z całego świata. Linia ostatnie tchnienie wydała ponad 20 lat temu, a stacja Estação do Valongo to tylko wspomnienie lat dawnej świetności. Trasa Santos – Jundiaí przez São Paulo jeszcze w latach 40. XX wieku była oblegana, lecz nacjonalizacja kolei w stanie São Paulo położyła przewozowy interes. Kiedy na początku lat 90. przeprowadzono prywatyzację połączeń kolejowych, okazało się, że nie ma chętnych na obsługę tej linii. W latach 60. przewożono pasażerów wzdłuż wybrzeża, przez Santos, Praia Grande do São Vicente. Lecz z czasem miasta się rozwinęły, w zasadzie połączyły niczym Trójmiasto, a linia kolejowa przecinająca co rusz główne arterie drogowe bardziej paraliżowała transport miejski, niż pomagała pasażerom. Boom na budowanie wysokich bloków mieszkalnych wzdłuż wybrzeża położył kolejkę na łopatki. Kolej wozi ciągle towary na starej trasie z Jundiaí; problem w tym, że trakcja jest przestarzała, a przecinając São Paulo, dzieli na dodatek tory z pociągami miejskimi. Liczące nawet 70 wagonów składy wiozące po kilka tysięcy ton towarów mają konkretne godziny, kiedy mogą przejeżdżać przez metropolię. Odpada dokładnie połowa doby, w trakcie szczytu komunikacyjnego, ale i to jeszcze nic. Bo potem muszą wlec się z prędkością 30 km/h. Negocjacje w sprawie wybudowania nowej linii kolejowej trwają już drugą dekadę… W tym czasie port w Santosie już kilka razy pobił rekord przeładunku cargo. Koszty transportu samochodowego podnoszą cenę towarów, bo jeden skład kolejowy może zastąpić 40 ciągników siodłowych.

Jak na zawołanie telewizja Globo News nadaje materiał o potrzebie budowy nowej linii kolejowej dla transportu cargo oraz o zamiarze wskrzeszenia linii osobowej z Wielkiego São Paulo do portu i dalej na plaże. Nim w towarzystwie pogratulowałem pomysłu, lektor zabił tę inicjatywę, informując, że władze mają zamiar przedziurawić góry ciągnące się z Santosu do São Paulo 30-kilometrowym tunelem. A koszt tego tunelu to miliardy, których nie ma w kasie…

***

Muzeum kawy w Santosie zapowiadało się pysznie. Myślisz: kawa, mówisz: Brazylia. Kraj niepodzielnie królujący wśród producentów ziarna. Bourbon Santos jest najbardziej znaną i cenioną wersją eksportowej arabiki. Nazwa oczywiście pochodzi od miasta Santos, ale nie dlatego, że uprawia się ją w okolicy, lecz ze względu na miliony ton przeładowane w tym porcie. Żeby dojść do dawnego budynku giełdy, gdzie zawierano największe transakcje na świecie, trzeba przebić się do centrum. Wszędzie sklepy i sklepiki, budynek ratusza, minipark przed nim, dalej przejeżdża zabytkowy tramwaj robiący króciutką rundę po resztkach torów pozostawionych w centrum miasta. Za okazałym budynkiem prefektury skręcamy w lewo, w małą „przemysłową” uliczkę. Piękne wejście do muzeum kawy odnajdujemy po 200 metrach. Muzeum jak to muzeum: obrazy, ładna mozaika z gwiazdą Dawida na podłodze, spektakularny witraż na suficie, wielka tablica, na której zapisywano notowania kursów sprzedaży. Najbardziej zaciekawił mnie sklepik, gdzie sprzedawano świeżo paloną kawę z różnych stanów Brazylii; w miedzianych kadziach można znaleźć dosłownie każdy rodzaj ziaren. Próbuję mieszanki o nazwie Minas Gerais. Pyszna. Potem São Paulo, potem Parana. Po wypróbowaniu trzeciego gatunku czuję, że mogę już przejść Santos wzdłuż i wszerz. Ciśnienie podwyższone, świat leży u mych stóp!

W XIX wieku Santos musiał być bogatym miastem. Nie to, co teraz: wokół odrapane budynki, plątaniny kabli. W centrum się tylko pracuje. Kto miał pieniądze, wyniósł się na plażę, teraz to tam się mieszka i spędza czas.

Mimo że Santos wygląda, jakby lata świetności miał już za sobą, miasto ciągle się rozwija. Po prostu uciekło w stronę plaży, dziś gęsto zabudowanej apartamentowcami. Stoją kilometrami, jeden przy drugim. Zabudowa jest tak ścisła, że praktycznie nie da się stwierdzić, kiedy mija się granicę między Santosem i São Vicente. Praia Grande, gdyby nie most łączący, a może oddzielający je od São Vicente, też można by potraktować jak ten sam miejski organizm. W zasadzie od strony zatoki wszystko wygląda tak samo: od Guarujá przez Santos i São Vicente po Praia Grande widać tylko bloki, bloki, bloki.

Sęk w tym, że ta okropna betonowa dżungla ma swój urok. W Brazylii jest ponad sześć tysięcy kilometrów wybrzeża, a na nim znajduje się tysiące plaż. Gros z nich to plaże miejskie. Litoral Paulista – bo tak nazywa się opisywany przeze mnie rejon – podobnie jak Florianópolis czy Rio de Janeiro kusi tysiące ludzi możliwością mieszkania tuż przy plaży, w wysokich blokach z balkonami zwróconymi w stronę oceanu.

W latach 60. XX wieku deweloperzy, nie mając szans na zabudowę w centrum miasta, zaczęli coraz chętniej kupować tereny przy plaży. Z każdym rokiem zbliżali się do oceanu. Zbliżyli się tak bardzo i tak gęsto zabudowali każdą piędź ziemi, że biegnąca wzdłuż wybrzeża Avenida Presidente Wilson ma dziś po cztery pasy w obie strony i jest na niej tłoczno nawet w środku nocy.

Ciągle jednak nie brak chętnych do budowania kolejnych bloków mieszkalnych. Stare zastępowane są coraz nowszymi, coraz wyższymi. A najlepszym dowodem na niedawne szaleństwo budowlane w tym rejonie są bloki postawione na piaszczystych plażach Santosu.

W Santosie możesz zwiedzać muzeum kawy, możesz wjechać kolejką na jedno ze wzgórz i podziwiać zatokę Dos Santos oraz gigantyczny port, ale Santos ma też coś, czym wygrywa nawet z włoską Pizą. Piza szczyci się 55-metrową wieżą, która od 800 lat chyli się ku ziemi, ale ciągle jeszcze stoi, mimo że kilkadziesiąt milionów turystów wspięło się na nią, zastanawiając się, czy tym razem nie będą świadkami albo nawet uczestnikami upadku głównej atrakcji miasta.

W Santosie „skrzywiło się” kilkadziesiąt wieżowców postawionych na początku lat 60. Jedne chylą się w lewo, inne w prawo. Mają po kilkanaście pięter i stoją przy tej samej ulicy biegnącej wzdłuż miejskiej plaży. Ponoć w latach 90. była moda na kupowanie w nich mieszkań.

– Kiedy je budowano, nie przewidziano, że na takim podłożu trzeba zrobić głębsze fundamenty. Powinny mieć co najmniej dwadzieścia procent tego, co wystaje ponad ziemię. Fundamenty są zbyt płytkie, więc budynki „pływają” na piasku – tłumaczy mi pułkownik pewnego razu przy śniadaniu. – A najlepsze jest to, że tu nie chodzi o jeden czy dwa budynki. Przy Avenida Bartomeu Gusman jest ich naprawdę wiele. Najlepiej widać, jak są pokrzywione, od strony zatoki. Odchył niektórych od pionu sięga dwóch metrów. Agencje turystyczne wożące ludzi po wodach zatoki uważają je za jedną z większych atrakcji. Ale predios tortos są atrakcją nie tylko dla turystów. Kilkanaście lat temu Santos odwiedziła delegacja inżynierów z narażonej na trzęsienia ziemi Japonii; chcieli poznać technologię użytą przez kolegów po fachu z Brazylii. Chyba nie przypuszczali, że nie chodziło w tym przypadku o technologię, a o przypadek i brak wyobraźni.

Kilka miesięcy po moim wyjeździe z miasta rozpoczęto wielką akcję „prostowania budynków” (na szczęście jednak dla agencji turystycznych ponoć nie wszystkie pochylone budynki wymagają „prostowania”). Najtęższe umysły sztuki budowlanej w Brazylii opracowały metodę wypchnięcia zapadniętych fundamentów, pogłębienia ich i wzmocnienia. „Jornal de Notícias” donosił, że dzięki wyprostowaniu jednego z budynków część mieszkańców znów ma okazję zobaczyć z okien morze, odkąd bowiem blok przechylił się o dobre dwa metry, widok został zasłonięty przez wieżowiec stojący przed nim…

Ten sam dziennik informował także, że biznes z Robinho świetnie się udał. Klub wygrał mistrzostwa stanu São Paulo i sięgnął po Puchar Brazylii, sprzedał rekordową liczbę koszulek i zyskał sponsorów. „Już drugi raz dzięki Robinho Santos zrobił dobry interes” – głosiło podsumowanie nawiązujące do postawionego za pieniądze z transferu z 2005 roku Centrum Treningowego imienia Króla Pelé.

Jakże więc byłem zdziwiony w listopadzie 2011 roku, czytając artykuł o tym, że komornik wystawił na aukcję… stadion Santosu, Vila Belmiro! Tak, ten skarb, który niektórzy nazywają dziedzictwem kulturowym miasta. Jeśli ktoś używa słów typu „dziedzictwo kulturowe”, to pewnie jest człowiekiem wykształconym, a wykształceni najczęściej kończą uniwersytety, ktoś zaś, kto sam jest właścicielem uniwersytetu, jest zapewne człowiekiem kultury i nauki. Kim jest zatem Marcelo Teixeira, były prezydent klubu Santos FC, który by wybudować prywatny uniwersytet, zastawił stadion Santosu, choć nie był właścicielem obiektu? Kilka lat później komornik upomniał się o 17,5 miliona reali zasądzonych wyrokiem sądu z tytułu niezapłaconych faktur…

***

Muzeum klubowe Santosu mieści się, rzecz jasna, na Vila Belmiro. Najważniejszy jest w nim Pelé. Strzelił dla Santosu ponad 1000 goli, bez niego nie byłoby kilkunastu tytułów krajowych, dwóch wygranych w Copa Libertadores i Pucharze Interkontynentalnym, a przede wszystkim zasłużonej legendy najbardziej spektakularnie grającego klubu lat 60. Prawdopodobnie dopiero Messi dla FC Barcelony jest równie ważnym zawodnikiem, jak ważny był kiedyś dla Peixe Król Futbolu. Po latach można wręcz odnieść wrażenie, że Pepe, Zito, Clodolado, Carlos Alberto i wielu innych wybitnych piłkarzy było tylko dodatkiem do kariery Pelégo, a przynajmniej czasem taki jest ton jego wypowiedzi. W mieście można spotkać pomnik Pelégo, kilka mniej lub bardziej efektownych poświęconych mu graffiti, są też tablice pamiątkowe przypominające, że tu mieszkał, tam jadał, a gdzie indziej stąpał jedynie po ziemi. Santos Pelégo na wiele lat stał się punktem odniesienia dla wszystkich klubów w okolicy, ba, w pobliżu praktycznie nie ma klubów piłkarskich, bo od Praia Grande po Guarujá całe Litoral Paulista to Santos FC. Pelé do dziś mieszka w Guarujá. Robinho wrócił do São Vicente, w okolicy dom ma też Neymar.

W Santosie jak w mało którym klubie kochają finezyjnych techników. Po epoce Pelégo przez długie lata kolejni zawodnicy mieli pod górę. Ani tyle nie wygrywali, ani nie grali tak pięknie jak poprzednicy. Byli „za mało dobrzy” na ten klub. Rząd dusz zdobyli dopiero Giovanni w połowie lat 90. (grał potem przez trzy sezony w FC Barcelonie), na początku XXI wieku „król dryblingu” Robinho i w drugiej dekadzie wieku Neymar. Jedynie gracze robiący z piłką rzeczy rzadkie, a rywali traktujący jak slalomowe tyczki potrafili porwać rozpieszczanych całymi latami kibiców Santosu. Na drużynie tej bazowały reprezentacje, które w 1962 i 1970 roku wygrywały mistrzostwo świata. W tamtych czasach zespół był tak wielki, że tak samo nazywano nowo utworzone kluby w Afryce i Ameryce Łacińskiej. Do dziś funkcjonuje kilkanaście klubów nazwanych na cześć portowego miasta, a instytut IBGE, analizując ostatni spis powszechny, podał, że 112 mężczyzn nosi imię Pelé (inna sprawa, że w samej Brazylii 165 osób nosi imię Maradona… który i tak przegrywa ze 188 Hitlerami!).

Jak może zatem wyglądać klubowe muzeum? Jest tam co nieco o czasach przed nadejściem Króla. Następnie Król i jego koledzy – na trofeach, zdjęciach, proporcach. No i co nieco o czasach po Królu, a wreszcie okres Robinho, Diego, Renato, Alexa czy Elano. Trochę to smutne, że w klubie o 100-letniej tradycji dominuje narracja kręcąca się wokół jednej tylko epoki.