Podarunek - Krystyna Mirek - ebook
Opis

Marta wbrew pozorom wiedzie udane życie, ma męża i dzieci. Ale brakuje jej tego „czegoś”, przez co z uśmiechem będzie witać kolejny dzień. Jej mąż z dnia na dzień coraz bardziej się oddala, dzieci w miarę dorastania nie są już kochane i słodkie a buntownicze i chadzające własnymi ścieżkami. Nie jest to jeszcze koniec. Jest jeszcze teściowa, należąca to szanowanej rodziny z tradycjami, która na każdym kroku krytykuje i wyraża swoje niezadowolenie.
Kaja jest młoda, ładna i kocha życie, jeśli jest ono przepełnione dobrym jedzeniem, bogatymi mężczyznami i pięknymi ubraniami. Zapatrzona w siebie, w pogoni za luksusem i życiem w dostatku nie zauważa, że prawdziwe szczęście czeka tuż obok.
Marta, chcąc odmienić swoje życie, wypowiada jedną malutką prośbę. Jest raz w roku taka jedna noc, w której wśród spadających płatków śniegu spełniają się wszystkie życie. Nie zawsze jednak tak, jakbyśmy tego oczekiwali… Jaki Podarunek otrzyma od losu?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 343

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


ROZDZIAŁ 1

Świat tonął w śniegu. Wszystko było białe, czyste i piękne. Z głośników radiowych płynęły kolędy i nawet Marta po raz pierwszy od lat czuła nastrój zbliżającej się Wigilii. Uśmiechała się na dźwięk skrzypiącego pod butami śniegu, cieszyły ją świąteczne dekoracje. Pod warunkiem oczywiście, że akurat przebywała poza domem i udało jej się choć na chwilę zapomnieć o rzeczywistości.

Teraz jednak stała we własnej kuchni, oparta niewygodnie o szafkę narożną, której krawędź wbijała się jej boleśnie w plecy. Dźwięk kolęd sączących się z radia tylko ją drażnił, stanowił bowiem wyjątkowo niestosowne tło dla dyskusji, jaka się właśnie toczyła.

Marta zacisnęła zęby. Z całych sił starała się zachować spokój, ale z każdą minutą stawało się to coraz trudniejsze.

– Jeżeli znowu zaprosisz swoją mamę, ja wyjdę! – krzyknęła. – Ona ma w sobie tyle jadu, że wypala nam dziury w dywanie, ilekroć się odezwie. Nie zgadzam się. Rozumiesz?

Obcy Człowiek, za którego Marta nieopatrznie wyszła za mąż kilkanaście lat temu, spojrzał na nią wrogo.

– Ona jest samotna, nie ma do kogo pójść nawigilię – powiedział, a żyłka na szyi mocno mu zadrgała, zdradzając targające nim emocje. – Jeśli nie chcesz jej zaprosić, to może my pójdziemy do niej?

Marta wyszła z kuchni bez słowa. Miała dość tej dyskusji. Co roku te same argumenty, nic niewnoszące do sprawy. Miała tak wielki żal do swojej teściowej, że żadna, nawet najdłuższa rozmowa nie mogła nic w tej sprawie zmienić.

Trzasnęła drzwiami trochę mocniej niż zamierzała i westchnęła ciężko. Usiadła na kanapie w salonie, po czym przyciszyła nastawiony na pełny regulator telewizor. Ktoś, zapewne jej syn, włączył program, po czym zniknął. Marta schowała twarz w dłoniach.

Chciała tylko omówić z rodziną świąteczne plany. Dlaczego ta rozmowa jak zawsze musiała skończyć się kłótnią? W tysiącach domów szczęśliwi ludzie ustalają właśnie listę smakołyków, które pojawią się na ich świątecznych stołach. Zapraszają gości i cieszą się perspektywą wspólnego świętowania. Tylko ona nie mogła zadać jednego nawet pytania, by natychmiast nie usłyszeć, że należy zaprosić teściową. Miała ochotę krzyczeć na cały głos. Zaprotestować. Oflagować się i rozłożyć transparenty. Bo zwyczajne mówienie nie przynosiło żadnego efektu.

Jej nastoletni syn Łukasz wyszedł ze swojego pokoju i, niosąc w dłoniach pusty talerz z widocznymi śladami po keczupie, skierował się w stronę kuchni. Marta pociągnęła go lekko za rozciągnięty niemiłosiernie podkoszulek, który syn uparcie zakładał nie tylko w domu, ale niestety także wychodząc do szkoły. Z trudem stłumiła w sobie palącą chęć natychmiastowego wygłoszenia kazania na temat roli schludnego wyglądu w życiu gimnazjalisty. Nie miała jednak sił na kolejną kłótnię, a właśnie w ten sposób kończyły się ostatnio wszelkie jej dydaktyczne działania.

– Możesz usiąść? – zapytała i odwróciła wzrok od wymiętolonego podkoszulka. – Chciałabym porozmawiać.

Łukasz spojrzał na nią zaledwie przez ułamek sekundy.

– Zajęty jestem – odparł szybko. – Musi być teraz? – rzucił pytanie tonem zdradzającym niewymowne zniecierpliwienie z powodu poświęcenia na tę wypowiedź aż kilku sekund swojego cennego czasu.

Przez uchylone drzwi jego pokoju widać było ekran komputera. Zatrzymana gra wyraźnie wskazywała na zajęcie, które dopiero co porzucił.

Marta poczuła, że poziom jej rozżalenia rośnie, błyskawicznie zbliżając się do granicy, za którą nie będzie się już w stanie opanować. Jej własne dziecko, któremu poświęciła tyle nieprzespanych nocy, nie miało dla niej nawet minuty.

– Nie robisz przecież nic ważnego! – krzyknęła. – A ja chciałabym porozmawiać o świętach.

– Mnie tam wszystko jedno – powiedział Łukasz, wychylając głowę z kuchni, do której spokojnie wszedł. – To po prostu kilka dni wolnych od szkoły i tyle. Nie ma o co robić szumu.

– Jak możesz tak mówić? – oburzyła się Marta. – A kolacja wigilijna? Trzeba przygotować barszcz, uszka, usmażyć rybę…

– Jeśli o mnie chodzi może być pizza i cola! – krzyknął.

Usłyszała dźwięk zamykanych drzwi lodówki i szelest papieru. Syn najwyraźniej uznał rozmowę za zakończoną i zajął się przyjemniejszymi czynnościami, czyli przygotowywaniem sobie jedzenia.

– Wracaj tutaj w tej chwili! – zawołała Marta. – Rozmawiam z tobą.

Łukasz wyszedł z kuchni z miną męczennika. Stanął w drzwiach, oparł się o framugę i westchnął.

– Słucham – powiedział takim tonem, jakby ta krótka rozmowa z matką była dla niego ciężarem nie do udźwignięcia.

Marta przypomniała sobie słodkiego przedszkolaka, który jeszcze nie tak dawno temu biegał po tym samym pokoju, nie mogąc się doczekać, kiedy mama wróci z pracy, a potem wyciągał do niej pulchne rączki i wspinał się jej na kolana.

Gdzie się podziało tamto dziecko? – zastanowiła się. – I najważniejsze pytanie, czy jest jakiś sposób, aby je odzyskać?

– Przestań się zgrywać – podjęła walkę. – Zawsze przecież lubiłeś święta.

– Tak… – Łukasz uśmiechnął się krzywo. – Tylko kiedy to było?

Marta dałaby sobie głowę uciąć, że zaledwie chwilę temu.

– Wcale nie tak dawno – powiedziała z przekonaniem. – Wciąż dobrze pamiętam, jak nie mogłeś doczekać się pierwszej gwiazdki, a przy ubieraniu choinki tłukłeś nasze najpiękniejsze bańki – dodała, uśmiechając się do swoich wspomnień. – Przynajmniej powiedz, co chciałbyś dostać – zapytała, pewna, że prezenty lubią wszyscy. Nawet zadziorne nastolatki.

– Jeden wieczór spokoju bez waszych kłótni albo lepsze słuchawki, żeby was nie słyszeć. – Syn kompletnie ją zaskoczył. – Bo już naprawdę wytrzymać nie można.

Wyszedł z pokoju, nie czekając na odpowiedź.

Marta dłuższą chwilę zbierała myśli, czując się jak po walce na ringu. Przegranej. Takiej, po której pojawia się trudne do opanowania poczucie rozpaczy i beznadziei.

Od jakiegoś czasu nie mogła znieść widoku swojego męża. Próbowała tłumić i ukrywać to uczucie ze względu na dzieci, bo z synem i córką miała przecież zawsze dobry kontakt. Tak jej się przynajmniej wydawało… Co się stało, że także w tej sferze pojawiły się problemy?

Ostatnią deską ratunku była Julka, młodsza córeczka. Miała osiem lat. Nie mogła jeszcze zgorzknieć, a faza buntu wciąż była jeszcze przed nią.

Marta z trudem wstała z kanapy. Otworzyła drzwi pokoju Julki. Jego wystrój nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości, że to pomieszczenie zamieszkuje dziewczynka. Wciąż jeszcze mała. Słodkie pluszaki ledwo mieściły się na półkach, ukochana kiedyś poduszka z różową aplikacją nadal leżała na łóżku, a kolorowe zasłonki tworzyły przyjazną atmosferę. Marta podniosła się nieco na duchu. Weszła do środka.

Córka siedziała przed otwartym laptopem i z prędkością, jakiej nie powstydziłaby się zawodowa sekretarka, stukała w klawiaturę.

– Zrób sobie przerwę – zaproponowała Marta.– Chciałabym porozmawiać o świętach.

– Teraz nie mogę – nieuważnie odpowiedziała jej córka i znów utonęła w świecie płynących wartkim nurtem wiadomości i komentarzy.

– Trzeba coś zaplanować – walczyła Marta. – Co ugotować na święta, kogo zaprosić…

– Babcię – odparła bez zastanowienia Julka. – Zapytaj ją, ona tak pysznie gotuje i zna się na świętach. Najlepiej z nią wszystko ustal.

W Marcie krew zawrzała. Teściowa była wszędzie. Jej duch unosił się nawet w tym mieszkaniu, do którego wyprowadzili się z rodzinnego domu Krzysztofa, żeby mieć choć odrobinę prywatności. Ale duch teściowej najwyraźniej spakował się razem z nimi. Choć dzieliło ich ze dwadzieścia kilometrów, Marta wciąż czuła na sobie krytyczny wzrok matki swojego męża.

Otrząsnęła się z tego absurdalnego wrażenia.

– Co robisz? – zapytała i pochyliła się nad monitorem komputera.

– To forum – odpowiedziała Julka.

– Jakie? – wystraszyła się Marta, a w jej głowie natychmiast pojawiły się setki wątpliwości. Internet był nieograniczoną przestrzenią pełną niebezpieczeństw. – Może to jakieś podejrzane miejsce! – zawołała.

– Nie denerwuj się – spokojnie odpowiedziała córka. – Tata założył mi tu tyle blokad, że mało brakowało, a wszystko by przestało działać.

– To dobrze. – Marta odetchnęła z ulgą. – Tata miał rację. – Te słowa z pewnym trudem przeszły jej przez gardło. – O czym dyskutujecie? – spojrzała znów w stronę monitora.

– O pielęgnacji skóry twarzy – poważnie odpowiedziała córka. – Są sposoby, by zatrzymać procesy starzenia.

– Ach… – Marcie brakło słów i odruchowo spojrzała na idealnie gładki, lekko różowy policzek córki.

Dziewczynka jakby odczytała jej myśli.

– Skóra zmienia się już po pierwszym roku życia – powiedziała.

Marta po raz drugi w tym dniu poczuła w sobie silną potrzebę wygłoszenia długiego soczystego kazania, tym razem na temat manipulowania dziewczynkami, by stworzyć z nich klientki firm kosmetycznych, wydające ciężko zarobione pieniądze rodziców na zupełnie niepotrzebne, za to bardzo drogie specyfiki.

– I jakie tam polecają sposoby? – zapytała agresywnie, gotowa natychmiast przystąpić do frontalnego ataku.

– Pić dużo wody i nie martwić się. – Córka znowu ją zaskoczyła. – Myśli widać na twarzy. Tak mówią specjaliści. Trzeba dużo pić i dobrze myśleć – zakończyła wywód.

Marta spojrzała na nią z podziwem.

–Mądrze to powiedziałaś – pochwaliła ją po chwili. – Coś czuję, że ja szybko nabawię się zmarszczek i to konkretnych.

– Musisz zmienić myślenie – poradziła jej córka, jednocześnie sprawnie tworząc odpowiedź na zapytanie w toczącej się online dyskusji.

Marta wstała i uśmiechnęła się tylko. Jak można było inaczej zareagować na tę dziecięcą naiwność?

– Za chwilę kończysz – przypomniała dziewczynce i wyszła. W przedpokoju odruchowo przysunęła twarz do lustra. Zmarszczki oczywiście już były, dostrzegła je jak zwykle na skroniach i w okolicach ust. Między oczami rysowały się dwie pionowe kreski zdradzające nawyk często marszczonych brwi.

Czy na twarzy widać też było smutne myśli krążące po jej głowie?

* * *

Marta wróciła do dziennego pokoju, szumnie nazywanego salonem, choć w gruncie rzeczy było to zwyczajne małe pomieszczenie z niewielkim balkonem. Usiadła znów na kanapie, a mąż pojawił się obok. Ucieszyła się. Była w nieco lepszym nastroju po rozmowie z córką i miała ochotę na sympatyczny wieczór. Oczekiwała jakiegoś miłego gestu, ciepłego słowa. Czegoś, co sprawi, że atmosfera w domu będzie lepsza.

Ale mąż spojrzał tylko na nią dziwnym wzrokiem, jakby on również czegoś się spodziewał. Wobec smutnej, bardzo poważnej miny Marty i jej zasznurowanych w wąską kreskę ust odwrócił głowę, po czym bez słowa wziął pilot i włączył telewizor. Głośna reklama wypełniła ciszę panującą w pokoju. Zabrzmiała optymistyczna muzyka, a szczęśliwi ludzie, którzy wszystkie swoje problemy rozwiązywali najwyraźniej za pomocą specjalnej margaryny lub odpowiednio dobranego proszku do prania, uśmiechali się z ekranu. W pokoju zrobiło się odrobinę weselej. Program telewizyjny dawał złudzenie, że w domu coś się dzieje.

Ale Marcie wcale to nie pomogło, wręcz przeciwnie, czuła się coraz bardziej sfrustrowana.

Oczywiście – pomyślała rozżalona. – Musiał włączyć to głupie pudło i teraz będzie się w nie bezmyślnie gapił aż do późnej nocy. Nie może jak inni mężczyźni przytulić żony, zapytać, jak jej minął dzień, załagodzić jakoś konflikt, spróbować znaleźć kompromis? Nic z tych rzeczy. Będzie siedział jak kołek i milczał.

Odczekała jeszcze chwilę, wzdychając i rzucając mężowi znaczące spojrzenia, ale nie dostrzegła żadnej reakcji. Krzysztof pochylił tylko ramiona i lekko się odsunął. Wpatrywał się w reklamę proszku do prania z takim zaangażowaniem, jakby czyszczenie brudnej bielizny stanowiło pasję jego życia, a przecież nie miał nawet zwyczaju włączać pralki. Marta wstała. Przełknęła podchodzące do gardła łzy i wyszła do sypialni. Zastosowała sprawdzony sposób na swoje smutki. Jak co dzień, od wielu już lat, uciekła od problemu. Wyrzuciła go ze świadomości. Zamknęła szczelnie drzwi pomieszczenia, tworząc symboliczną zaporę przed wszystkim, co zostało po drugiej stronie.

Zajrzała do szafy, po czym, wkładając w to sporo wysiłku, oderwała się od domowych spraw i skupiła się na poszukiwaniu odpowiedniego ubrania na jutrzejszą firmową wigilię. Przyłożyła do twarzy sukienkę z miękkiej wełny z łagodnym dekoltem miło układającym się wokół szyi. Przymierzyła ją i spojrzała w lustro. Wciąż była młodą i atrakcyjną kobietą. Dawno już odzyskała figurę po ostatniej ciąży, miała długie zadbane włosy i ciemnogranatowe oczy, umiejętnie podkreślone makijażem.

Ładnie wyglądała. Jak przez mgłę wróciło wspomnienie pierwszej kolacji w domu teściowej. Marta bardzo się wtedy starała. Szesnaście razy zmieniała koncepcję ubrania. Sukienka, którą w końcu po długich namysłach założyła, nie spodobała się jednak mamie Krzysztofa. Uczucie przykrości zapiekło prawie tak samo mocno jak wtedy. Żeby nie przejmować się krytyką, trzeba mieć silne poczucie własnej wartości, a tego Marta nie posiadała wówczas prawie wcale. Niestety, płynące lata nie zmieniły w tej kwestii zbyt wiele.

Kobieta uśmiechnęła się na próbę, a jej twarz natychmiast nabrała promiennego, ciepłego wyrazu. Tylko oczy pozostały smutne. Głębokim, trwałym, rozpaczliwym poczuciem bezradności i opuszczenia. Czuła się bardzo samotna. Żyła w związku formalnym z obcym sobie człowiekiem. Tak naprawdę łączyło ich jedynie zameldowanie pod tym samym adresem i korzystanie ze wspólnej łazienki. Nic więcej. Ale Marta nie mogła sobie na nowo ułożyć życia, bo mąż jednak był i blokował miejsce, które mógłby zająć ktoś inny. Czasem myślała, że jest bohaterką. Poświęca się dla dobra dzieci, wiedząc, że pełna rodzina to rzadkość w dzisiejszym świecie. Ale prawda była inna.

Po prostu nie miała dokąd pójść. Ze swoją niezbyt wysoką pensją oraz dwójką dorastających dzieci nie miała szans na wynajęcie mieszkania i samodzielne życie. A książę z bajki, który mógłby rozwiązać jej problemy, jak na razie się nie pojawiał. Owszem, istniał. Był jej szefem. Miał wszystko, czego potrzebowała, i tylko jeden feler… Marta była mu zupełnie obojętna. Traktował ją wyłącznie jak koleżankę z pracy. Jedną z wielu wpatrzonych w niego młodych kobiet.

Czy wiedział o jej zauroczeniu? Jeśli nawet, to nigdy nie dał tego po sobie poznać. W żaden sposób. Ale i tak to wyimaginowane, nierealne uczucie podtrzymywało ją na duchu w najgorszych chwilach.

Zdjęła sukienkę. Odłożyła ją z westchnieniem do szafy i poszła do łazienki. Trzeba się było przygotować do snu. Nic innego jej nie pozostało.

– Za pół godziny wyłączasz komputer – krzyknęła po drodze do córki przez uchylone drzwi jej pokoju.

– Dobrze – odparła Julka.

Marta zatrzymała się tknięta niedobrym przeczuciem.

– Za trzydzieści minut – uściśliła. – Masz do tego czasu zakończyć rozmowy, zamknąć wszystkie programy i wyłączyć sprzęt. Rozumiesz?

– Oczywiście – odpowiedziała Julka z głębokim przekonaniem.

– Żeby potem nie było niepotrzebnych dyskusji – tłumaczyła Marta. – Kiedy wyjdę z łazienki, masz być gotowa.

– Dobrze, będę – obiecała Julka. Wyglądała na miłe, grzeczne dziecko. W skupieniu pochylała się nad ekranem komputera, a jasne włosy lekko opadały na różowy gładki policzek.

Marta podeszła do niej i pogłaskała córkę po głowie. Julka na krótką chwilę przytuliła się do jej dłoni. Świat momentalnie pojaśniał, a dobre myśli wróciły.

Jak to dobrze, że jesteś – pomyślała Marta, ale nie wypowiedziała głośno tych słów.

Weszła do łazienki. Kąpała się wyjątkowo długo. Dolewała gorącej wody do wanny i zanurzała w pachnącej pianie samotne, tęskniące za dotykiem ciało.

Dlaczego mój mąż mnie nie chce? – zastanawiała się jak już milion razy wcześniej. – Jestem ładniejsza od wielu kobiet, które są kochane przez swoich mężczyzn. Dlaczego nie chce mnie Rafał? – myśli Marty popłynęły ustalonym torem. Dobrze wiedziała, że powinna zmienić swoje życie, zawalczyć, ale naprawdę nie wiedziała, od czego zacząć.

Odejść od męża to wbrew pozorom wcale nie taka prosta sprawa. Rozwiązać problemy nastoletnich dzieci również nie jest łatwo, zwłaszcza kiedy człowiek jest zmęczony i nie wie, gdzie tkwi przyczyna ich buntu.

Zmień coś! – krzyczał w jej wnętrzu mocny głos. Też tego pragnęła. Wciąż poszukiwała jakiejś drogi wyjścia, ale za każdym razem rozbijała się o ścianę. O brak pieniędzy, konieczność zadbania o dobro dzieci oraz nieobecność w promieniu wielu mil księcia na białym koniu, który zechciałby rozwiązać wszystkie te problemy.

Pragnienie buntu narastało jednak z każdym dniem. Czuła, że wystarczy najmniejszy pretekst i wybuchnie z mocą, która zaskoczy wszystkich.

Wyszła z łazienki po godzinie, rozgrzana i pachnąca. Spojrzała w przelocie na siedzącego wciąż w tym samym miejscu męża. Nawet nie odwrócił się w jej stronę. Żal znów wypełnił serce Marty. Mogło być przecież zupełnie inaczej. W końcu całe to beznadziejne uczucie, jakie w skrytości żywiła do swojego szefa, było wyłącznie efektem obojętności Krzysztofa. Trwającej już dość długo i niemożliwej do pokonania.

Marta stała jeszcze przez chwilę w przedpokoju, jakby chciała dać mężowi szansę. W końcu kiedyś, w zamierzchłych czasach, kochali się. Czy tamto uczucie mogłoby powrócić? A może zdarzy się jakiś bożonarodzeniowy cud? Tak… Łatwiej jej było uwierzyć, że o północy pies sąsiada przemówi ludzkim głosem i nawet powie coś sensownego, niż w to, że jejmałżeństwo można jeszcze naprawić.

Zrobiło jej się zimno. Krople wody z mokrych włosów kapały na kark, a stopy zdrętwiały. Widok męża siedzącego bez ruchu na kanapie z pilotem w dłoni utwierdzał ją tylko w przekonaniu, że jej małżeństwo skazane jest na porażkę. Jak co wieczór musiała położyć się sama.

Jeszcze tylko należało dopilnować, by dzieci również poszły spać. Otworzyła drzwi pokoju Julki i od razu skoczyło jej ciśnienie.

– Skończyłaś? – zapytała głośniej niż miała zamiar, zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo bez trudu można było zauważyć, że dziewczynka nadal przebywa w innym wymiarze i nie dotrzymała danego matce słowa.

– Prosiłam cię! – krzyknęła Marta. – Dlaczego mnie nie posłuchałaś? W tej chwili wyłącz ten komputer – zawołała, zanim córka zdołała odpowiedzieć. Nie była zła na Julkę, tylko zdenerwowana z powodu oschłości Krzysztofa. Ale całe jej rozgoryczenie wylało się właśnie tutaj, w dziecięcym pokoju, pod wpływem małego impulsu, jakim był niewyłączony komputer.

– Przestań krzyczeć. Jeszcze chwilę i skończę. – Julka również podniosła głos, a zdenerwowanie matki sprawiło, że nić porozumienia, która zwykle łączyła je silną więzią, zerwała się.

– Teraz masz to zrobić! – Marta nie mogła się opanować. – Natychmiast. Rozumiesz?

Podeszła do biurka córki i położyła dłoń na klapie laptopa.

– Zamykaj w tej chwili albo ja to zrobię. Jest godzina dziesiąta. Najwyższy czas iść się myć. Jeszcze Łukasz musi zdążyć się wykąpać i tata. W tej chwili kończ te zabawy – nacisnęła mocniej.

– Przestań! Zepsujesz mi laptop! – krzyczała Julka. – Niech Łukasz idzie pierwszy. Dlaczego zawsze ja muszę?

Marta miała dość. Codziennie to samo. Przepychanki słowne, droczenie się o wszystko.

– Przyjdź tutaj w tej chwili – zawołała w stronę salonu, starając się przekrzyczeć dźwięki płynące z telewizora – i powiedz swojemu dziecku, że ma natychmiast iść się myć!

Krzysztof nie zareagował. Odwrócił się powoli w ich stronę, jakby potrzebował czasu do namysłu, ale zanim zdążył podjąć jakąś decyzję, Łukasz wyszedł ze swojego pokoju z cierpiętniczą miną.

– Czy wy wszyscy musicie się w tym domu kłócić? W każdej możliwej konfiguracji? Ja mogę iść teraz do łazienki – dodał łaskawie. – Naprawdę nie wiem, o co tyle krzyku.

Marta wyszła z pokoju córki.

– Chciałem też powiedzieć, że jutro mnie nie ma – rzucił jeszcze chłopak, zamykając drzwi. – Idę do kumpla i zostaję u niego na noc.

– Chyba oszalałeś. – Marta zdenerwowała się znowu. – Wigilia za pasem. W domu mnóstwo pracy. Trzeba przygotować się do świąt!

– No właśnie – krzyknął syn i puścił wodę do wanny. – Chciałbym je spędzić w spokoju.

Obcy Człowiek, będący jej mężem, nie zareagował. Zamiast natychmiast otworzyć drzwi łazienki, wyciągnąć swojego syna na zewnątrz i zmusić go, by zaczął się odpowiednio zachowywać lub wykonać jakiekolwiek inne działanie, Krzysztof po prostu poszedł w milczeniu do kuchni.

– Gdzie idziesz!? – krzyknęła za nim Marta. – To twoje dziecko. Dlaczego nie reagujesz?

Nie spodziewała się odpowiedzi. Od dłuższego czasu raczej mijali się w milczeniu, niż wymieniali uwagami, ale tym razem jej mąż odwrócił się.

– Po prostu go rozumiem – odpowiedział krótko.

W drzwiach pokoju stanęła Julka. Nagle wydała się Marcie taka mała i krucha w swojej niebieskiej bluzeczce i z rozsypanymi na ramionach włoskami. W oczach miała strach i smutek. Co gorsza, patrzyła z wielkim żalem na matkę, a nie na ojca, choć przecież to on zachowywał się skandalicznie.

Marta poczuła, że coś w niej pękło. Miała dość. Serdecznie i z całego serca.

– Dajcie mi wszyscy święty spokój – krzyknęła już przez łzy, których tym razem nie zdołała powstrzymać, i uciekła do sypialni, mocno zatrzaskując za sobą drzwi.

ROZDZIAŁ 2

Kaja Orawska śmiała się serdecznie, zwijając się na kanapie.

– Czapkę mu popraw! – zawołała.

Jej chłopak Daniel zgodnie z wytycznymi, które otrzymał dziś rano, ubierał choinkę, traktując zadanie po męsku, czyli dosłownie. Założył na smukłe drzewko swoją szeroką marynarkę oraz bokserki w mikołaje, zeszłoroczny prezent świąteczny od Kai. Zawiązał choince krawat i założył na bakier czerwoną czapkę z pomponem.

– Czemu się śmiejesz? – zapytał. – To najbardziej oryginalna choinka w całej okolicy. Zapewniam cię, że nikt takiej nie ma. Po co marnować czas na szukanie w piwnicy starych pudeł z bombkami, skoro można go poświęcić na ciekawsze rzeczy?

Położył się obok niej i pocałował w ciepłe usta, wobec czego nie zdołała odpowiedzieć, że pudła z ozdobami są nowiutkie i zawierają drogie, ręcznie zdobione bańki, na które wydała rok temu majątek, a zaciągnięty na to konto kredyt spłaca do tej pory.

– I tak w tym pokoju to ty jesteś najpiękniejsza – mówił Daniel, oderwawszy się na chwilę od jej ust. – Choinka nie ma szans, szkoda jej robić złudne nadzieje – wyszeptał dziewczynie do ucha, dmuchając jednocześnie ciepłym oddechem. – Niczego więcej mi nie potrzeba. Żadnych prezentów. Tylko ciebie.

Kaja uśmiechnęła się. W jej pełnych policzkach zrobiły się dołeczki, ale w głębi serca trochę się zmartwiła.

– Naprawdę tego chcesz? – powiedziała, rozciągając swoje troszkę zbyt krągłe, ale za to bardzo apetyczne ciało. Daniel zapatrzył się i na chwilę stracił wątek.

– Jedzenie sam przygotuję – powiedział z roztarg­nieniem, całując ją znowu.

Kaja skrzywiła się lekko. Ten plan na święta wcale jej się nie spodobał. Zupełnie zwyczajne jedzenie, bo Daniel mistrzem kulinarnym nie był, brak gustownych dekoracji i jeszcze do tego wszystkiego miała się obejść bez prezentów?

– Zastanawiam się, czy to dobry pomysł – powiedziała dyplomatycznie.

– Dlaczego? – Daniel odsunął się i usiadł obok niej. – Przecież bez tej całej sztucznej otoczki także może być miło.

– Nie wiesz, o czym mówisz – Kaja nagle spoważniała. – Ja takie święta miałam przez całe dzieciństwo. Nie było choinki, bo mieszkanie za ciasne. A poza tym wszystko zgodnie z zasadą: byle taniej. Szaro, smutno i nędznie.

– Mówiłaś mi o tym wiele razy – westchnął mężczyzna. – Rozumiem, że teraz chciałabyś żyć inaczej, ale twoi rodzice też pewnie mieli nielekko.

– Mieli dokładnie to, co chcieli – surowo powiedziała Kaja. – Oboje nie pracowali. Początkowo dlatego, że stracili etaty w tym samym zakładzie. Potem nie umieli szukać, a na końcu po prostu się przyzwyczaili. Do pobierania zasiłków i oglądania telewizji całymi dniami. Do tego, że to wszystko „wina Tuska” i nawet nie ma po co próbować, bo i tak nic się nie uda.

– Rozumiem cię – powiedział Daniel, ale Kaja mu nie wierzyła. Zresztą wcale jej na tym nie zależało. Spotykała się z mężczyznami w innych celach niż wzajemne zrozumienie. Lubiła ich, jeśli potrafili sprawić, że dobrze się bawiła. Byli też pomocni w dopinaniu miesięcznego budżetu, co mocno ją drażniło, ale – póki co – nie stać jej było na samodzielność. Brała więc, co życie niosło. Zakochiwała się z łatwością i równie szybko zapominała, kiedy kolejny związek się kończył.

Dam sobie radę – pomyślała optymistycznie i przytuliła się mocniej do swojego chłopaka, moszcząc się w jego ramionach. – Może sobie mówić, co chce, a ja i tak zrobię wszystko po swojemu – postanowiła.

– Będzie pięknie – powiedziała na głos i natychmiast poczuła, jak Daniel zesztywniał.

– Obiecaj, że tego znowu nie zrobisz – poprosił z naciskiem i podniósł się na łokciu, by spojrzeć jej w oczy.

– Dobrze, dobrze – odparła natychmiast, bo nie miała wątpliwości, że prawidłowo odczytał jej zamiary.

– Przyrzeknij – dodał zupełnie poważnie.

Podniosła dwa palce w górę.

– Przyrzekam – odparła i roześmiała się, żeby nieco rozładować atmosferę. – O nic się nie martw. Niedługo święta, trzy dni wolnego. I będziemy tylko we dwoje.

Milczenie Daniela wcale jej się nie podobało. Była zmęczona po pracy i nie miała ochoty na zasadnicze rozmowy ani nabrzmiałe znaczeniem pauzy.

– Jeszcze tylko jutro ta nieszczęsna wigilia służbowa i wolne… – kusiła umiejętnie. – Będziemy sami. Tylko ty i ja.

Oraz góra jedzenia – dodała w myślach. – Piękna choinka, mnóstwo prezentów…

– Też się cieszę. – Daniel przerwał dopieszczanie tej miłej wizji. – Proszę cię tylko, żebyś pamiętała o naszej sytuacji finansowej.

Wciąż był spięty, a jego uwaga dodatkowo rozdrażniła Kaję. Wstała gwałtownie z kanapy.

– Zaparzę pysznej herbatki – powiedziała.

Weszła do kuchni. Zjadła dwa czekoladowe pierniczki, które pozostały z otwartej rano paczki, i humor nieco się jej poprawił. Wysypała na talerzyk zawartość drugiej torebki ciastek, a znajomy zapach czekolady i korzennych przypraw sprawił, że poczuła się jeszcze lepiej. Chwilowe rozdrażnienie minęło. Na wszelki wypadek wyciągnęła jeszcze z lodówki porcję makowca. Pochodził z najlepszej cukierni w mieście, a zakupiła go na wigilijną kolację. Postanowiła jednak zjeść go już dzisiaj, a na święta zamówić kolejny.

„Co masz zjeść jutro, zjedz dzisiaj, co masz zrobić dzisiaj, zrób jutro” – ta optymistyczna maksyma wisiała u niej w kuchni nad stołem. Oryginalne ludowe porzekadło radziło wprawdzie coś zupełnie odwrotnego, ale ta wersja podobała się Kai o wiele bardziej.

Przez krótki moment pomyślała, że przecież nie ma pieniędzy na kolejne już ciasto, ale zdławiła w zarodku tę myśl. Nie po to studiowała pięć lat i pracowała całymi dniami, żeby teraz wszystkiego sobie odmawiać. Poza tym była pewna, że Daniel nie będzie żałował tych paru groszy na wigilijny poczęstunek.

Zabrała talerzyk i odwróciła się w stronę kanapy, na której wciąż leżał jej chłopak. Uśmiechnęła się zalotnie i zgasiła światło. Daniel też potrzebował czegoś, by się oderwać od zbyt przyziemnych myśli, a ciastka na niego nie działały. Kaja położyła się obok i przytuliła z całych sił. To był dobry pomysł. Mężczyzna porzucił natychmiast rozważania o tanich sposobach na organizację świąt i zajął się całowaniem jej krągłych ramion.

To zdecydowanie przyjemniejsze – westchnęła Kaja z zadowoleniem. Wieczór znów zapowiadał się optymistycznie.

* * *

Marta leżała w pustej sypialni. Wokół niej panowała cisza. Kobieta próbowała znów uciec w świat marzeń i wyobraźni, w którym chowała się zawsze wtedy, gdy rzeczywistość zaczynała ją przerastać. Czuła jednak, że nie potrafi zamknąć drzwi na tyle mocno, by zobojętnieć na dzieci, które pozostały po drugiej stronie. Kochała je z całego serca. Każda awantura kosztowała ją mnóstwo sił i mocno bolała. Wciąż sobie obiecywała, że następnym razem nie pozwoli się sprowokować, ale nerwy, napięte jak postronki, puszczały bez udziału jej woli. Za dużo było tych wszystkich zmartwień na jej jedną znękaną głowę.

Otuliła się szczelniej kołdrą. Po dłuższej chwili usłyszała, jak z łazienki wyszedł Łukasz. Potem znów woda zaszumiała. To zapewne Julka, tym razem bez protestów, poszła się umyć. Kiedy córka skończyła przygotowania do snu, w mieszkaniu znów zapadła cisza. Marta przewracała się w pustym łóżku, nie mogąc zasnąć. Tak bardzo chciała, żeby mąż przyszedł do niej, położył się obok, przytulił…

Ale Obcy Człowiek, z którym od wielu lat dzieliła sypialnię, długo się nie pojawiał. Marta w końcu zasnęła, a kiedy przebudziła się późno w nocy, Krzysztof leżał daleko, na drugim brzegu łóżka, zakręcony szczelnie w swoją kołdrę. Daleki, jakby znajdował się setki mil od niej. I zupełnie obcy, choć leżał w ich wspólnym łóżku.

W gruncie rzeczy niewiele już o sobie wiedzieli. Od dawna nie rozmawiali szczerze i czasem tylko zdarzało im się zaspokajać fizyczne potrzeby krótkim zbliżeniem, które odbywało się bez słów. Marta zawsze potem miała kaca moralnego, że się na to godzi. Czuła się upokorzona, ale ciało miało swoje prawa, poza tym czasem była zbyt słaba, by się oprzeć.

Tej nocy jednak nic nie wskazywało na to, by Krzysiek miał zamiar choćby odwrócić się w jej stronę.

– I bardzo dobrze – wyszeptała. – Wcale cię nie potrzebuję.

Ale to nie była prawda. Sen odpłynął, a poczucie ogromnej samotności wróciło. Od tygodni świat wokół przygotowywał się do świąt. Kolędy, wszechobecne dekoracje i śnieg za oknami budziły także w niej uśpione tęsknoty. Za wesołym gwarem w domu, uściskiem dziecięcych dłoni, prawdziwym pocałunkiem…

Wstała gwałtownie, bo na myśl o tym wszystkim żołądek skręcił się jej w nagłym bólu. Krzysztof nawet nie drgnął.

Mogłabym teraz wyjść na ulicę i odjechać na drugi koniec kraju, a on nawet by nie zauważył – pomyślała z żalem.

Wsunęła pantofle i założyła szlafrok na lewą stronę, przeczesała dłonią zmierzwione włosy i wyszła do kuchni. Włączyła czajnik. Przyłożyła do niego dłoń i po chwili poczuła ciepło gotującej się wody. Jednostajny, znajomy szum nieco ją uspokoił. Musiała coś zrobić, była pewna, że prędko nie zaśnie, a nie miała ochoty leżeć w łóżku i godzinami przewracać się z boku na bok. Przygotowała sobie ziołową herbatę w ogromnym kubku i weszła do pustego salonu. Zapaliła lampkę przy stole i włączyła laptop. Reklamy świątecznych produktów uderzyły w nią z całą mocą. Patrzyła lekko oszołomiona na pracochłonne potrawy, wspaniałe dekoracje i uśmiechnięte kobiety otrzymujące od przystojnych mężczyzn drogą biżuterię pod gustownie udekorowaną choinką.

Świat reklamy to kłamstwo i ułuda. Miała tego świadomość, ale wiedziała też, że naprawdę są takie rodziny, których członkowie zasiadają przy pięknym stole, rozmawiają ze sobą, przytulają się, obdarowują mniej lub bardziej trafionymi prezentami albo po prostu cieszą się swoją obecnością.

Sylwia na przykład co roku przynosiła do pracy swoje świąteczne wypieki, częstowała wszystkich wokół i opowiadała o tym, jak wspaniale udało jej się wypocząć wśród najbliższych. Mieli z mężem swoje własne zwyczaje, które stworzyli, wybierając ze swoich rodzinnych wspomnień to, co im się najbardziej podobało. Marta najbardziej zazdrościła koleżance wielu gości przy wigilijnym stole oraz kameralnego późnego wieczoru pod choinką, który Sylwia spędzała wyłącznie z mężem, kiedy dzieci położyły się już spać.

Marta nie przeżyła ani jednej takiej Wigilii w rodzinnym domu, a po ślubie też nie udało jej się stworzyć żadnej trwałej świątecznej tradycji. Nie dlatego, że nie chciała. Wszystkiemu winna była teściowa. Ta niezrównana gospodyni i wierna strażniczka polskich obyczajów wszystko robiła perfekcyjnie. Wystarczyło jedno jej spojrzenie, by człowiek poczuł się cieniutki jak sosnowa igiełka. Matka Krzysztofa, obecna co roku przy świątecznym stole, mroziła atmosferę tak skutecznie, że Marta szybko przestała podejmować jakiekolwiek inicjatywy.

Reklamy wciąż kusiły. Marta spojrzała w okno. W świetle ulicznych latarni wirowały duże płatki śniegu. Stare osiedle, zwykle dość obskurne, teraz przysypane równomiernie miękkim puchem wyglądało jak baśniowa kraina. Marta westchnęła w mimowolnym zachwycie. Wszystko wydało jej się nagle piękniejsze i… jeszcze możliwe.

Nie zważając na kilkustopniowy mróz, wyszła na balkon i podniosła twarz w stronę granatowego nieba. Pozwoliła, by przez chwilę wilgotne płatki śniegu spadały miękko na jej włosy, policzki oraz zamknięte powieki.

Westchnęła.

– Tylko ten jeden raz – poprosiła żarliwie. – Raz w życiu chciałabym przeżyć chwilę prawdziwego szczęścia. Poczuć radość tak wielką, że serce nie będzie w stanie jej pomieścić. Miłość tak prawdziwą, że człowiek zapragnie wtulić się w czyjeś ciepłe ramiona, spojrzeć w niebo i śmiać się z całych sił. Głośno, szczerze, niepowstrzymanie.

Z taką samą siłą jak teraz chciało jej się płakać.

Niech tak się stanie – posłała wiadomość w niebo. – Chociaż ten jeden raz – błagała w myślach. – Niech mnie ktoś usłyszy tam, w górze, i pomoże mi.

Prośba ruszyła w stronę rozgwieżdżonego nieba.

Marta pomyślała, że pierwszym podarunkiem od losu mogłaby być piękna Wigilia… Z prawdziwym czarem i świąteczną magią. Pełna kolorowych świateł, roześmianych ludzi, pysznego jedzenia, ale przede wszystkim ciepłych uczuć – podpowiedziała losowi.

Ale los miał już swoje plany i do ich realizacji nie potrzebował niczyjej pomocy…

ROZDZIAŁ 3

Eleonora Darska wstała swoim zwyczajem skoro świt. W głowie lekko jej się zakręciło, ale zlekceważyła ten dobrze znany objaw. Jak się wychowało dzieci, pracując na etacie oraz zajmując się dużą willą z ogrodem, to człowiek ma naprawdę spore doświadczenie w pokonywaniu trudności.

Starsza pani otarła spocone czoło, poprawiła wciąż gęste i naturalnie ciemne włosy, po czym poszła się umyć. Starannie się ubrała, zauważając z niezadowoleniem, że porusza się dzisiaj o wiele wolniej niż zwykle. Nastrój też miała nie najlepszy. Święta zbliżały się wielkimi krokami, a wciąż nie wiadomo było, gdzie odbędzie się rodzinna wigilia.

Całym ciałem, duszą, umysłem i sercem rwała się do przygotowań. Najchętniej sama, własnymi rękami zrobiłaby wszystko. Jak w tych odległych, pięknych czasach, kiedy dzieci były małe i łatwo poddawały się jej woli.

Ach, jakie wtedy były wspaniałe święta w tym domu – westchnęła, wspominając obfitość potraw, serdeczną atmosferę i głębię religijnego przeżycia, którą wszyscy wtedy odczuwali.

Eleonora jako ostatnia strażniczka rodzinnych tradycji sięgających dziesiątków lat wstecz czuła się odpowiedzialna za przyszłość rodziny. Jednak zadanie było trudne i coraz częściej wpadała z tego powodu w panikę.

To było naprawdę nie do uwierzenia, ale w czasach kryzysu, bezrobocia, szalejących cen nieruchomości ona nie miała komu przekazać swojego pięknego domu.

Córka wyjechała, a Krzysztof…

Na samą myśl o nim serce ścisnęło się jej boleśnie. Jej pierworodny syn. Malutki chłopczyk, którego jeszcze nie tak dawno nosiła na rękach, całowała w miękkie czółko. Ani się nie obejrzała, jak dorósł i któregoś fatalnego popołudnia przyprowadził do domu Martę. Od tamtej pory wszystko się zmieniło.

Eleonora straciła dziecko.

Tak to właśnie postrzegała. Marta była agresorem, najeźdźcą, który wdarł się w poukładane życie rodzinne i wszystko zniszczył. Czasem poprzez małżeństwo dorosłego dziecka kobieta zyskuje córkę, Eleonora straciła syna.

Gdyby choć Krzysztof był w tym związku szczęśliwy, gdyby Marta była kochającą żoną, która potrafi stworzyć mężczyźnie prawdziwy dom… Ale o tym nie było nawet co marzyć. Marta wciąż była o coś obrażona, wiecznie chodziła smutna, milcząca, pogrążona we własnym świecie.

Eleonora rozżaliła się jak zwykle. Chciała pomóc swojej synowej. Nieustannie wskazywała jej punkty, w których powinna się zmienić. Mówiła wiele razy, co i w jaki sposób należy poprawić, żeby było lepiej. Ale nic nie pomagało! Na okazywaną życzliwość Marta reagowała coraz bardziej nerwowo, aż w końcu zabrała swoją rodzinę i wyprowadziła się do wynajętego mieszkania w odległej dzielnicy. Eleonora poczuła na samo wspomnienie ten sam co wtedy, mocny ból w klatce piersiowej. Przez ostatnie lata nie zelżał ani trochę. W tym przypadku czas nie leczył ran, wręcz przeciwnie, tylko je pogłębiał.

Kobieta weszła do kuchni i spojrzała w stronę jadalni, z której za wysokimi oknami rozciągał się urokliwy widok na piękny ogród tonący dzisiaj w śniegu. To tutaj przez dziesiątki lat zbierała się rodzina. Dom miał ponad sto lat i cudem przetrwał wojenne zawieruchy. Niszczony, był cierpliwie odbudowywany kochającymi, troskliwymi dłońmi zapobiegliwych właścicieli i trwał. Dzisiaj nie trzeba było już chronić go przed ostrzałem, jak w czasie walk, ani cudem zdobywać wapna na remont, jak to miało miejsce za komuny. Teraz wszystko było dostępne. Ale paradoksalnie właśnie w ostatnich latach dom najbardziej się zaniedbał. Jeszcze można to było ukryć idealnym porządkiem, kwiatami, serwetami i bujnym ogrodem tworzonym przez pokolenia, ale budynek coraz głośniej wołał o kolejny remont, męską rękę młodego i energicznego gospodarza.

Eleonora usiadła w kuchni i wzięła podwójną dawkę kropli nasercowych. Cieszyła się, że nie musi dzisiejszego poranka spędzać sama. Święta w naturalny sposób skłaniają ludzi do podsumowań. Wszystko widać wtedy ostrzej. Miłość, ale i samotność. Bogactwo i biedę. Wiarę i jej brak, a także wszystkie inne ważne sprawy, o których łatwo zapomnieć w codziennym pędzie.

Kobieta westchnęła. Nie chciała już więcej myśleć o swoim życiu. Od kilku dni dręczyła ją chęć, by zasłonić wiszący nad kominkiem portret prababci swojego męża. Miała wrażenie, że dziewiętnastowieczna dama w pięknej sukni spogląda na jej wysiłki coraz bardziej krytycznym wzrokiem. Wyniesienie tego obrazu byłoby prawdziwą rewolucją jak na standardy tej rodziny, bo prababcia wisiała na tej ścianie od pokoleń.

– A właściwie dlaczego nie? – powiedziała półgłosem Eleonora, bo odkąd została sama, nabrała zwyczaju rozmawiania ze sobą. – To w końcu mój dom. Mam prawo dokonywać zmian.

W głębi serca wcale nie była tego taka pewna, ale wstała i weszła do salonu.

– Wyprowadzasz się – zwróciła się surowo do prababci. – I nawet nie protestuj. Ja wiem, przeżyłaś zabory. Nawet nie straciłaś rodzinnego majątku. Twoja córka wybudowała ten dom, a jej córka przechowała w czasie wojny rodzinne pamiątki we własnoręcznie zrobionej kryjówce. Byłyście zawsze bardzo dzielne. A ja? Ja nie potrafię nawet znaleźć następcy. Masz rację. Ale nie mam już siły na ciebie patrzeć i myśleć w kółko o tym wszystkim.

Zdjęła ciężki portret ze ściany i, stękając z wysiłku, położyła go na kanapie. Nie miała odwagi spojrzeć zdegradowanej prababci w oczy. Po chwili jednak odwróciła obraz, zauważając, że i on wymaga renowacji. Fachowej, czyli drogiej.

To ją jeszcze bardziej rozsierdziło. Złapała portret za mocne ramy i wyniosła na poddasze do nieużywanej obecnie byłej sypialni Krzysztofa i jego żony. Oparła go o