Podaruj mi szczęście - Lidia Liszewska, Robert Kornacki - ebook

28 osób właśnie czyta

Opis

W ten mroźny, zimny, grudniowy wieczór czyjaś dawno zgasła iskra zadrgała znów jasnym, kojącym blaskiem.
Święta spędzone na Mazurach w gronie najbliższych są jak z bajki. Zimowe krajobrazy, drzewa przysypane śniegiem i długie spacery z dala od zgiełku miasta. Czy w takim miejscu każdy ból zostanie ukojony?
W tym roku córki Kosmy szykują dla niego niezwykłą niespodziankę. To będzie niepowtarzalny wieczór pełen miłości, wspomnień i wzruszeń.
Bo czas spędzony z ludźmi, których kochamy, to najcenniejszy prezent.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 257

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Copyright © Lidia Liszewska, 2019

Copyright © Robert Kornacki, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadząca: Adriana Biernacka

Redakcja: Karolina Borowiec

Korekta: Joanna Pawłowska 

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki: Anna Damasiewicz

Fotografie na okładce: © Marjeta Sustarsic | Depositphotos.com, © Chantal de Bruijne, © Nella | Shutterstock

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66431-50-8

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

 

PROLOG

 

 

 

Luigi Graziano nie lubił poniedziałków. Nie był w tym odosobniony, większa część redakcji zazwyczaj do południa kryła się za monitorami, markując pracę i regenerując się po weekendowych szaleństwach. Jedynie ekspres do kawy chodził na pełnych obrotach, dwojąc się i trojąc, by nadążyć z tłoczeniem życiodajnego płynu w coraz to nowe kubki, podstawiane przez dziennikarzy.

Luigi stanął przy maszynie już drugi raz tego poranka i zamienił kilka słów z Paolem Brescą, specem od sportu. Nie mieli sobie zbyt wiele do powiedzenia, więc po zdawkowym powitaniu sączyli espresso, pocierając oczy i ziewając ukradkiem. Paolo, podobnie jak i Luigi, należał do młodszej części zespołu „Gazzetta di Montova”. Za szklanym przepierzeniem, w miejscu zwanym szumnie gabinetem, ze słuchawką telefonu przy uchu nad biurkiem pochylał się ich szef, Giancarlo Marchi. W odróżnieniu od tej dwójki młokosów redaktor naczelny był mężczyzną w sile wieku, z sumiastym siwym wąsem. Teraz podniósł wzrok i odkładając słuchawkę, przywołał do siebie Luigiego.

– Puttana! – wyszeptał mało elegancko dziennikarz i odstawił kubek, po czym ruszył w kierunku „gabinetu”. Najbardziej chciałby wrócić już do domu, a tymczasem szykowała się robota. I to wyjątkowo nudna, bo dobrego tematu naczelny nie zleciłby przecież jemu.

– Luigi, wyglądasz jak siedem nieszczęść! – usłyszał na powitanie, kiedy wsunął głowę przez uchylone drzwi. – Wchodź, co się tak czaisz?

– Też się cieszę, że widzę szefa w dobrym humorze… – zażartował, uzupełniając dowcip krzywym grymasem. Starszy mężczyzna przyjrzał mu się uważnie, przez moment wahając się, czy odwzajemnić uśmiech, a następnie wskazał telefon.

– Dzwonił Valdano, nie dotrze dziś do pracy.

– I? – Luigi nie wiedział, po co szef przekazuje mu tę informację.

– Zrobisz coś za niego. W prefekturze szykują małą konferencję podsumowującą miniony rok. I to jest zadanie w sam raz dla ciebie.

– Policja? Od poniedziałku? Nie ma to jak dobrze zacząć! – Luigi w lot zorientował się, że konferencja wcale nie będzie, jak to ujął szef, „mała”, a perspektywa ślęczenia nad nudnymi wykresami i policyjnymi statystykami jawiła mu się jako dopust boży.

Za jakie grzechy? – pomyślał, ale posłusznie skinął głową.

– Zaczynają… – Marchi zerknął na swoją drogą certinę, prezent od wydawcy na któryś tam jubileusz z kolei – …za godzinę. Zrób z tego perełkę! – dodał jeszcze i wrócił do swoich zajęć, bezwiednie podkręcając przy tym siwego wąsa.

Luigi obrócił w ustach kolejną soczystą puttanę, założył zimową kurtkę i wyszedł z redakcji. Luty w Mantui nie rozpieszczał temperaturą, a dziennikarz był dodatkowo niewyspany i bez śniadania. Drogę do prefektury postanowił więc pokonać z przystankiem w którejś z gościnnych trattorii usytuowanych przy Piazza delle Erbe. Wychował się w tym mieście, ale wciąż pozostawał pod wielkim urokiem Rotonda di San Lorenzo i każdego z innych zabytków, jakich wiele było tu na wyciągnięcie ręki – chociażby uznawanej za jedną z najważniejszych budowli włoskiego renesansu bazyliki Sant’Andrea. Przeszedł obok wiekowej budowli, omijając z trudem turystów, których w Mantui nie brakowało niezależnie od pory roku. Przez witrynę dostrzegł kilka wolnych miejsc w Trattorii da Titto, więc nie namyślając się, wszedł i zamówił pożywny posiłek. Jeśli ma się męczyć na konferencji, musi być do tego odpowiednio przygotowany, ocenił, pochłaniając śniadanie.

 

 

W siedzibie policji było… właściwie nie wiedział, jak to nazwać. Było po policyjnemu. Para starszych turystów mówiących po niemiecku usiłowała złożyć zawiadomienie o kradzieży; pewnie oskubał ich jeden z miejscowych kieszonkowców. Ściany oblepiały plakaty informujące o nieaktualnych już akcjach prewencyjnych. W powietrzu unosił się zapach taniej kawy i jeszcze tańszych męskich dezodorantów.

Luigi szybko przeszedł do sali konferencyjnej, w której miało odbyć się spotkanie. W środku dostrzegł kolegów z innych redakcji; przy stole prezydialnym siedzieli jeden z miejskich radnych oraz komendant ze swoim zastępcą. Graziano zajął miejsce gdzieś z boku i niemal natychmiast zapadł w letarg. Byle przetrwać tę godzinę, pomyślał i przeszedł w tryb czuwania.

Wszystko wskazywało na to, że czekali jedynie na niego, bo w momencie, w którym Luigi zapadł się w fotelu, konferencja się rozpoczęła. Usytuowany pod sufitem projektor błysnął i po chwili wyświetlił pierwszy slajd.

– Skoro wszyscy dotarli, to możemy zaczynać – powitał dziennikarzy Paul Perantoni, komendant policji w Mantui, rzucając kontrolne spojrzenie w kierunku dziennikarza, który dotarł przed sekundą. – W ubiegłym roku odnotowaliśmy łącznie jedynie dwieście dwadzieścia cztery wypadki drogowe. Warte uwagi jest to, że jest to o siedemnaście koma siedemdziesiąt osiem procenta mniej w stosunku do poprzedniego roku, w trakcie którego zostało wykrytych dwieście sześćdziesiąt sześć incydentów. 

Nie lubię poniedziałków. – Luigi powtarzał to w myślach, bo nie miał już złudzeń, że po powrocie do redakcji resztę dnia spędzi na przekładaniu drętwego żargonu policyjnego na coś bardziej przystępnego dla zwyczajnego odbiorcy.

– Podczas dwustu dwudziestu czterech wypadków drogowych zarejestrowanych w ubiegłym roku sto siedemdziesiąt cztery osoby zostały ranne – monotonnym głosem odczytywał kolejny slajd komendant Perantoni. – To dwadzieścia jeden mniej niż przed rokiem! W czterdziestu ośmiu przypadkach wystąpiły uszkodzenia pojazdu lub mienia. Mieliśmy też dwa wypadki śmiertelne.

Przy tym ostatnim zdaniu Luigi drgnął, bo dopiero teraz przypomniał sobie, że jedno z tych zdarzeń relacjonował dla swojego obecnego pracodawcy. To było jego pierwsze zadanie w redakcji „Gazzetta di Montova” i pierwszy trup, z jakim zetknął się w swoim życiu. Ale wypadek ten pamiętał także z innego powodu – zginęła wtedy kobieta. Polka, którą widywał czasem, jak spacerowym krokiem przechadzała się po Piazza Sordello, ściskając pod pachą duży brulion. Podobała mu się, choć była od niego wyraźnie starsza. Krótkie śledztwo pozwoliło mu się zorientować, że mieszka na przedmieściach Mantui i przebywa tu legalnie, w ramach artystycznego kontraktu. To wyjaśniało zarówno brulion, jak i ołówki, którymi szkicowała jakieś kształty. Ciekawiło go jakie, ale nie mógł ich dostrzec. Nie chciał być niegrzeczny – i tak przyglądał się jej zbyt natarczywie. Ona jednak zdawała się go nie dostrzegać, pogrążona w swoim świecie.

– Dane z badań miejscowej policji świadczą, że większość wypadków drogowych występujących na terytorium Wergiliusza to kolizje i nieustąpienie pierwszeństwa – przerwał jego rozważania radny Rebecchi Iacopo. Na ekranie mignął kolejny slajd. – Dochodzi do nich przede wszystkim przez nieuwagę i roztargnienie kierowców pojazdów uczestniczących w wypadku. Choć to żadna reguła. – Iacopo powiódł wzrokiem po zebranych, ale nie rozwinął myśli. Nie musiał, chyba wszyscy obecni w sali mieli przed oczami najbardziej tragiczne zdarzenie sprzed kilku miesięcy.

Luigi doskonale pamiętał, co było przyczyną wypadku, w którym zginęła Polka. Kierowca ciężarówki uderzył w jej auto z ogromnym impetem. Później skosił dwójkę przechodniów; młodzi ludzie, zapatrzeni w siebie, nawet nie zdążyli uświadomić sobie pojawiającego się zagrożenia. Kiedy strażacy wyciągnęli kobietę z wraku pojazdu, żyła jeszcze przez kilka minut. On znalazł się tam wtedy przez zupełny przypadek, spieszył się na briefing poświęcony nowej miejskiej inicjatywie, Baby Bag. Ktoś wymyślił, że noworodki otrzymywać będą wyprawkę, śmieszną torbę z pakietem prezentów i gadżetów promujących Mantuę. W sumie miły gest, ocenił w myślach Luigi – i wtedy to się stało. Usłyszał huk i zawrócił; na miejscu błyskawicznie pojawiła się karetka pogotowia i policjanci. On sam w drżących rękach trzymał aparat fotograficzny, próbując zebrać myśli i zmusić się do działania. Kiedy w końcu odważył się i podszedł bliżej, usłyszał, jak jeden z ratowników mówi coś w obcym języku. W medyku Luigi rozpoznał swojego kuzyna; Biagio pochylał się nad ranną i uważnie słuchał. Trwało to chwilę, jakieś sekundy, po czym ratownik podniósł głowę. Graziano zobaczył wtedy jego twarz ściętą grymasem bezsilności. To był koniec, ta kobieta zmarła. Luigi rozpoznał ją dopiero w redakcji, powiększając zdjęcie. Kuzyn powiedział mu później, że miała na imię Matylda. I że w Polsce czekali na nią mąż i dwie małe córeczki.

Zdecydowanie nie lubię poniedziałków, pomyślał, wstając z miejsca. Miał dosyć na dziś. Wyszedł z prefektury, nie oglądając się za siebie. Wolnym krokiem, nie zważając na podmuchy wiatru, ruszył w kierunku Casa di Giulio Romano. To tam widział ją po raz ostatni. Żywą. Nie wiedział jeszcze, że kiedyś pozna i opisze jej historię, ale zanim zdoła tego dokonać, upłynie naprawdę dużo wody w rzece Mincio. Nie wiedział też, że to zdarzenie będzie miało wpływ i na jego życie.

 

 

 

 

 

 

Żuraw [Grus grus] to ptak północy – gdzie jego zagęszczenie jest największe na świecie. To tutaj właśnie istnieją miejsca zwane złotowiskami, gdzie tysiące żurawi gromadzi się, odpoczywając podczas jesiennej wędrówki na zimowiska. Na nietlickich bagnach w okolicach Giżycka i Miłek, na terenie dawnego jeziora, osuszonego jeszcze przez Niemców, w szczycie jesiennych zgromadzeń ptaków nocuje nawet dziesięć tysięcy żurawi.

 

Na podstawie opowieści ornitologa z Mazur, Szymona Czernka

 

 

 

 

 

 

„Podczas wodzenia piskląt rodzice odbywają wymianę wszystkich lotek, które wypadają im niemal jednocześnie. Wskutek tego tracą lotność i odzyskują ją dopiero po kilku tygodniach, gdy ich pisklęta uzyskują zdolność latania. Taki przebieg pierzenia u żurawi jest związany z potrzebą opiekowania się pisklętami. Gdyby dorosłe latały w czasie wodzenia bardzo małych piskląt, to spłoszone, mogłyby nadmiernie się od nich oddalić, a skoro nie mogą tego zrobić, to same muszą zapewnić sobie bezpieczeństwo, przebywając w spokojnej okolicy, gdzie pisklęta mogą dorastać do czasu uzyskania lotności. Równie ryzykowne byłoby, gdyby pisklęta mogły latać, a ich rodzice nie. Wówczas także rodzina mogłaby łatwo ulec rozpadowi. Trzyma się razem dzięki temu, że i młode, i dorosłe zaczynają latać mniej więcej w tym samym czasie. Pod koniec lata poszczególne rodziny gromadzą się w większe stada, które gromadzą się z innymi, by jesienią wspólnie wędrować ku zimowiskom, pojawiać się w ogromnej liczbie na złotowiskach, głośno nawoływać, tańczyć i łączyć się w pary. Dobrane jesienią pary trzymają się razem do wiosny, a później wspólnie wędrują do rewiru znanego jednemu z partnerów, by tam tokować, tańczyć, budować gniazdo i wychowywać następne pokolenia coraz mniej płochliwych ptaków […]”.

 

Andrzej G. Kruszewicz, Ptaki Polski

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

Różanka i Halszka

 

 

Ostatni list od matki wykuły na pamięć. Kosma zadbał o to, by córki znały jak najwięcej szczegółów z jej życia. Pomagały mu w tym malowidła Matyldy oraz lekko pożółkłe karty papeterii. Ten ostatni list, w którym zapowiadała swój powrót, zgodnie traktowali jak relikwię. Mimo to Halszka i Różanka potrzebowały aż kilkunastu lat, by pokonać dręczącą je traumę i fizycznie dotrzeć do miejsca, w którym zginęła Matylda. Ojciec jeździł tam co roku. Wiedziały, że propozycja, by w kolejną rocznicę jej wypadku odbyli tę podróż we trójkę, zaskoczyła go, ale sprawiła jednocześnie ulgę. Wielokrotnie opowiadał, że krótkie, samotne wypady pozwoliły mu zrozumieć, dlaczego Matylda tak mocno pokochała Mantuę. Z czasem on sam spoglądał na te wąskie uliczki z coraz mniejszą niechęcią. Nadeszła właściwa chwila, by tę wiedzę przekazał dziewczynkom. Kiedy więc zapytały, czy zabierze je ze sobą, odpowiedział po prostu: „Tak”. Chciał dodać, że czekał na to od dawna, ale nie był w stanie wykrztusić ani słowa więcej. Nie wyglądało jednak, by potrzebowały dodatkowej zachęty; zajęły się przygotowaniami do wyjazdu, uznając najwyraźniej temat za wyczerpany.

Takie właśnie były, poukładane i niemal samowystarczalne. Z wiekiem stawały się coraz wierniejszymi kopiami swojej matki, budząc tym bolesne zdumienie zarówno Kosmy, jak i dziadków z Warszawy. Starszy pan Radecki, dopóki żył, starał się spędzać z nimi jak najwięcej czasu. W każdym ich geście odnajdował swoją córkę, z której stratą nigdy się nie pogodził. Swoją miłością obdarzał dorastające dziewczynki sprawiedliwie, dzieląc między nie nie tylko uściski i ciepłe słowa, ale i drobne prezenty. Nie szczędził im wskazówek i rad; on pierwszy dostrzegł też budzące się talenty. Młode Makarskie nie w pełni poszły w ślady Matyldy, nie odziedziczyły aż tak rozwiniętej umiejętności kreowania piękna przy pomocy kolorów, ale od pierwszego kontaktu dało się dostrzec ich wrażliwość i umiejętność obserwacji otoczenia. Widziały więcej, poświęcały uwagę temu, co inni pomijali lub uznawali za mało interesujące. Były spostrzegawcze i wyczulone na piękno rzeczy zwyczajnych. A kiedy obdarzały je swoim zainteresowaniem, nawet pospolite przedmioty i miejsca błyskawicznie nabierały barw, stając się wyjątkowymi. Zupełnie jakby uroda i zmysłowość tych dwóch dziewczyn udzielały się otoczeniu. Bo trzeba przyznać to wprost – były piękne. Obie też tak samo mocno przeżyły śmierć dziadka Radeckiego, bo utraciły nie tylko kolejnego ważnego członka najbliższej rodziny, ale i mentora oraz prawdziwego przyjaciela.

Kilkanaście miesięcy po mężu odeszła babcia Radecka. Halszka i Różanka spodziewały się tego, widząc, jak osamotniona kobieta więdnie i traci apetyt na życie. Po rozmowie z ojcem poprosiły, by przeprowadziła się do nich, ale próbę namówienia jej podjęły bez specjalnej wiary, że cokolwiek wskórają. Kobieta nawet nie siliła się na wymyślanie powodów odmowy, sięgając po banał o nieprzesadzaniu starych drzew. Chciała do samego końca być blisko ukochanego męża, odwiedzać go na Powązkach i jak wcześniej o coś pytać czy dzielić się wrażeniami. Znosiła ból po stracie córki i męża z godnością, nie chciała obarczać swoją traumą nikogo więcej. „Pozwólcie mi tu zostać” – powiedziała po pogrzebie ukochanego, a oni zrozumieli, że tak musi być. Odjechali ze złamanymi sercami, pełni obaw, ale pogodzeni z jej decyzją. Rok później pochowali ją w kwaterze obok. Dziewczynkom nie ostał się niemal nikt, kto bezpośrednio łączyłby je z Matyldą. W Warszawie mieszkali już tylko ich przyrodni bracia. Ojciec uznał, że to i tak sporo. On od dawna nie miał już nikogo.

Tak czy inaczej, to dziadek Radecki był najczęściej obecny we wspomnieniach bliźniaczek. Wcześniej to on pielęgnował ich pasje, a tych dorastającym dziewczynkom nie brakowało. Różanka przerabiała chyba wszystkie rodzaje dziecięcej, a później młodzieńczej aktywności, począwszy od hodowli żółwi błotnych, białych myszek i patyczaków, skończywszy na pierwszych próbach odkryć archeologicznych w przydomowym ogródku. Równie dużą uwagę poświęcała strzelaniu z łuku, co lekcjom jazdy konnej, choć po prawdzie te ostatnie przestały ją zajmować zaraz po tym, jak ojciec kupił córce kompletny strój jeździecki. Halszka, w przeciwieństwie do siostry, była zadziwiająco stała w swojej fascynacji otaczającą przyrodą, a dokładnie jej skrzydlatą częścią. Odkąd nauczyła się poprawnie wymawiać słowo „ornitolog”, na pytanie, kim chce zostać w przyszłości, odmieniała ten termin we wszystkich możliwych przypadkach, zawsze z tą samą iskrą w rozpalonym spojrzeniu. Pierwszy „dorosły” atlas ptaków, który dziadek podarował jej na dziesiąte urodziny, zaledwie w parę tygodni przestał mieć przed dziewczynką tajemnice. Dziecięca pasja jednak zaczęła szybko przekształcać się w prawdziwy kłopot. Szkolne podręczniki i treści w nich zawarte na długi czas stały się dla dziewczynki mało zajmujące i gdyby nie groźba trzymania pod kluczem tak upragnionych albumów, jak i bardzo dokładnej izraelskiej lornetki, dziewczynka szybko dorobiłaby się zestawu szkolnych uwag i kompanii jedynek. 

Jako nastolatka cykl rozwoju mazurskich ptaków znała na pamięć; potrafiła bezbłędnie odróżnić jaja zięby od jaj gila, pliszkę żółtą od cytrynowej i nigdy nie myliła kląskania słowika szarego z godowym trelem rudzika. Na wszystkich drzewach rosnących wokół domu rozwieszone były budki lęgowe, przy których budowie asystowała ojcu albo dużo starszym braciom, gotowym nieba przychylić przyszłemu zoologowi. Wybierała nieprzemakalne obuwie i odzież z Gore-Texu zamiast sukienek oraz tych wszystkich drobiazgów, które szczelnie wypełniały świat młodej kobiety. Wydawać by się mogło, że z artystyczną duszą matki łączy ją niewiele, ale kiedy przyjrzało się bliżej, na czym dziewczyna skupia największą uwagę w obserwacjach ptasiej menażerii, dawało się zauważyć, że kompozycje barw tej części przyrody budzą w niej tak samo silny zachwyt jak zwyczaje i prawa, którymi rządzi się natura. Jeśli nie obserwowała ptaków, potrafiła całe godziny spędzić na odwzorowywaniu najdrobniejszych szczegółów upierzenia konkretnych gatunków, a później ozdabiać kolorowymi grafikami ściany pokoju, który wciąż dzieliła z siostrą.

Ta wspólna przestrzeń była jednym z niewielu punktów stycznych, gdzie spotykały się ich tak nadspodziewanie różne, zważywszy na swoje bliźniacze pochodzenie, światy. Halszka aspirowała do bycia polską Elizabeth Gould i wyglądało na to, że tak jak dziewiętnastowieczna rysowniczka, którą dziewczyna obrała sobie za wzór, ma wszystko, by ten cel osiągnąć. I chociaż jej siostra bliźniaczka preferowała poznawanie świata w nieco odmienny sposób, słowo „podróż” dotyczyło ich obu, z tą tylko różnicą, że Halszka planowała najpierw zakotwiczyć na wydziale biologii gdańskiego uniwersytetu, Różanka zaś szkolnej ławy miała zdecydowanie dość. Przynajmniej na najbliższe dwa lata. No, może rok – jej decyzja o planowanej przerwie w edukacji topniała w zależności od temperatury rozmów z ojcem i oznak zaniepokojenia w jego oczach. Wiedziała, że Kosma chce dla niej jak najlepiej, ale zawsze gotowa była podnieść argument, że przecież radzi sobie znakomicie. I poniekąd wchodzi w jego buty. Może „Róża(nka) wiatrów”, jej podróżniczy blog i autorski kanał na YouTube, nie mógł się pochwalić taką oglądalnością jak dawne programy telewizyjne jej ojca, ale zasięg stale rósł i od kilku tygodni mogła nawet mówić o sukcesie, bo liczba subskrybentów przekroczyła trzydzieści tysięcy. Z pewnością była to zasługa tego, że potrafiła relacje z nawet niezbyt dalekich eskapad przedstawić w wyjątkowo interesujący sposób.

– Kamera cię lubi! – usłyszała któregoś razu od wiekowego już Edmunda Kiszczaka, dawnego szefa jej ojca, ale przede wszystkim wielkiego przyjaciela ich rodziny. – No, no, moja panno! Oby tak dalej!

Namaszczona w ten sposób przez byłego dyrektora programowego jednej z największych prywatnych stacji telewizyjnych w kraju, ze wzmożoną energią rozwijała swoją pasję, a dziadek Radecki w tajemnicy przed Kosmą finansował zakup niezbędnego ekwipunku.

Czas od momentu, w którym ich ojciec budził się z kopytkiem My Little Pony wepchniętym w usta, do chwili, kiedy do drzwi „Kosmo-domu”, jak nazywali teraz stodołę, stukali niepewnie pierwsi adoratorzy bliźniaczek, minął szybko, lecz nie bezboleśnie. Dzisiaj z zażenowaniem wspominały okres buntu, w jaki wpadły, zdawszy sobie sprawę, że ich pani od tańca stała się pełnoprawnym domownikiem. Iza bowiem posłuchała głosu serca, który akurat w tym wypadku brzmiał identycznie jak głos rozsądku, i została przy Kosmie. Choroba nie obchodziła się z nią tak łaskawie, jak kilka lat wcześniej w przypadku gospodarza „Kosmo-domu”, ale kobieta nawet na chwilę nie porzuciła prób, by zastąpić dziewczynkom matkę. Matkę, nie Matyldę – powtarzała im przy każdej okazji, na co one obruszone zazwyczaj odpowiadały, że matka jest tylko jedna. Te słowa głęboko ją raniły, choć przecież wiedziała, że to dziecięce gadanie, do którego nie powinna przywiązywać wagi. Ale i tak brała je do siebie, ukrywając przed Kosmą prawdziwy powód pogorszenia nastroju. Choroba, która po kilku latach niemal skazała ją na wózek inwalidzki, była wystarczającym wytłumaczeniem. Kiedy jednak po raz pierwszy powiedziały do niej: „mamo”, poczuła, że otwiera się nowy rozdział. Ciekawszy i pełen przyjemniejszych zaskoczeń. Bliźniaczki również zrozumiały, że trzeba kiedyś do kogoś zwrócić się w ten właśnie sposób, nie można latami tylko tęsknić i czekać na cud.

Zadziwiające, że Halszka i Różanka doszły do takiego wniosku niemal jednocześnie. Ich emocjonalna inteligencja rozwijała się w tym samym tempie, podpowiadając identyczne rozwiązania. Były przecież bliźniaczkami, związanymi ze sobą wyjątkową więzią.

– Mamo, ja go chyba kocham. – Różanka objęła Izę za szyję, stojąc za wózkiem. Oczy kobiety momentalnie się zaszkliły, a ręka sięgnęła do tyłu w poszukiwaniu dłoni dziewczyny.

– Co powiedziałaś? – zapytała, odwracając się i patrząc na nią uważnie.

– Kocham go…

– Nie, to akurat zrozumiałam bez błędu. Co powiedziałaś wcześniej?

– Powiedziałam do ciebie: „mamo”. Nie powinnam? – Różanka wyglądała na zdezorientowaną.

– Nie wiem, Róża. A ty jak myślisz?

– Myślę… Myślimy obie – poprawiła się po chwili – że zawsze tego chciałyśmy, tylko nie wiedziałyśmy, czy tak można. Czy nie zrobimy tym przykrości mamusi, bo mogłaby pomyśleć, że o niej zapominamy. No wiesz, dzieci kombinują w ten sposób, prawda, Hal?

– Najprawdziwsza! – potwierdziła druga z sióstr Makarskich, materializując się przy nich w tym momencie, jak zwykle z lornetką na szyi i notesem w ręce. – A o czym rozmawiacie?

– O mamie, a w zasadzie o naszych dwóch mamach – wyjaśniła Różanka.

– O mamie Matyldzie i mamie Izie? – upewniła się młoda ornitolożka.

– Bardzo was kocham, chyba to wiecie? – Iza była wyraźnie wzruszona. – I cieszę się, że nie jesteście już takie całkiem małe. Będę szczęśliwa, jeśli zechcecie obie zwracać się do mnie w ten sposób.

Ruszyły ścieżką wzdłuż sadu pogrążone w swoich myślach. Kółka wózka grzęzły w piasku, skrzypieniem wyznaczając tempo nieśpiesznego spaceru.

– Ojciec znów zapomniał naoliwić! – Z wyrzutem w głosie odezwała się Halszka. – Przez ten hałas spłoszymy każdego ptaka w okolicy.

– Już taki jest ten wasz tata, kochany, ale z krótką pamięcią! – Uśmiechnęła się najstarsza z kobiet. – Aleà propos kochania, czy nie powinnyśmy wrócić do początku rozmowy?

Halszka rzuciła im zdezorientowane spojrzenie, na co pozostałe parsknęły śmiechem.

– No to od początku. Jest taki chłopak, wiesz który, Hal? Ten blondyn…

 

 

Blondyn musiał się okazać kompletną ofermą, bo jego imienia po latach nie mogła przypomnieć sobie żadna z sióstr. Ostał się w ich pamięci tylko dlatego, że był przyczynkiem do rozmowy z Izą, a to z kolei wyznaczyło wyraźną cezurę w relacjach z przybraną matką. Potrzebowały wiele czasu, by je sobie poukładać, choć od samego początku czuły się w jej towarzystwie bezpiecznie i dobrze. Nawet wtedy, kiedy stan jej zdrowia powodował lęk w małych dziewczęcych główkach oraz zdumienie, kiedy przy ich wózkach z lalkami stanął w końcu jej, inwalidzki. Iza nie była na niego skazana, mogła – choć z trudem – poruszać się na własnych nogach, ale uznali, że przy częstych wyjazdach Kosmy dobry, skandynawski półautomatyczny wózek będzie sporym ułatwieniem.

– Nie jest to volvo, ale to jednak wciąż szwedzka konstrukcja – powiedział Makarski, demonstrując zasady działania sprzętu. Elektryczny silnik zaszumiał cichutko, kiedy uruchomił go odpowiednim przełącznikiem. – Pracuje nie gorzej niż moja dwieście czterdziestka czwórka. Która pierwsza chce się przejechać?

Pierwsze były obie dziewczynki, co pozwoliło na oswojenie sytuacji. Dla Izy nie była to bowiem prosta sprawa i długo walczyła ze sobą, zanim podjęła decyzję o zastosowaniu takiego rozwiązania. Czuła, że do momentu, kiedy porusza się o własnych siłach, choroba nie złoży jej zupełnie. Ale tych sił czasem po prostu brakowało. A dwie dorastające dziewczynki, mały prosiak i starzejący się pies momentami stanowiliby trudną do ogarnięcia gromadę nawet dla w pełni zdrowej kobiety. Iza, chora od kilku lat na stwardnienie rozsiane, musiała pozwolić sobie na pomoc; było to niezbędne zwłaszcza pod nieobecność Kosmy.

Dziewczynki wiedziały o jej problemach od samego początku. Wytłumaczyli im, że ich dotychczasowa instruktorka tańca jest poważnie chora, potrzebuje opieki i zamieszka z nimi na Mazurach. I choć od zawsze uwielbiały jej lekcje, to patrzyły na nią podejrzliwie, zastanawiając się, czy wypada się do niej przytulić lub zapytać o coś, na co ojciec z pewnością nie znałby odpowiedzi. Nie mogły jednak nie zauważać, że między dorosłymi dzieje się coś ważnego, a obecność kobiety w domu w jakiś sposób wpływa na nich wszystkich. Z czasem zrozumiały, że ten wpływ bezpośrednio przekłada się na ciepło domowego ogniska. Czuły się kochane przez ojca, ale dopiero uczucie, którym obdarzyła je ta młoda kobieta, uzupełniło wszystkie braki i niedostatki. Cała ich czwórka tworzyła rodzinę, mocno doświadczoną przez los, ale przez to bardziej świadomą swoich potrzeb i powinności. A Halszka i Różanka prawdziwą matkę nosiły głęboko sercu, choć tak naprawdę było to coraz bardziej mgliste wspomnienie jej głosu, ciepła i dotyku. Może dlatego tak długo opierały się przed podróżą do Mantui, bojąc się, że taka wyprawa będzie ostatnim pożegnaniem, po którym nie zostanie im już nic? Albo co gorsza, że nie poczują w tamtym miejscu żadnego drgnienia, ścisku, czegokolwiek? Co, jeśli będą jedynie stać, bezsensownie gapiąc się na zmieniające się światła oraz przejeżdżające samochody?

– Śpisz? – Różanka przesunęła się ostrożnie na łóżku, unosząc lekko głowę. Halszka oddychała miarowo, ale nie zdążyła jeszcze zasnąć. Odwróciła się i zapaliła małą lampkę przy łóżku.

– Nie, ale powoli zasypiam.

– Myślę, że pojadę tam z ojcem!

– Świetnie, ale…

– I ty też powinnaś pojechać z nami! – Siostra przerwała jej zdecydowanie i usiadła na łóżku.

– Zwariowałaś? Nie mam teraz co robić, tylko jeździć z kamerą i podziwiać okolicę! – Halszka była pewna, że siostra wpadła na pomysł jakiegoś nowego nagrania i będzie ją ciągnąć ze sobą. Czasem przyłączała się do jej wypraw, bo przy okazji mogła podglądać ptaki, ale wolała to robić w swoim tempie. A asystowanie przy kolejnych dublach Różanki i szukanie najlepszych ujęć tylko burzyło jej własne plany. Przecież na głowie miały jeszcze maturę, więc…

Włóczenie się po mazurskich ostępach akurat teraz nie było jej zdaniem najszczęśliwszym pomysłem.

– O czym ty mówisz? – Różanka spojrzała na nią zdziwiona. – Mam na myśli wyjazd z ojcem do Mantui. Już pora, Hal.

W pokoju zrobiło się cicho, obie przez chwilę intensywnie myślały, wpatrując się w sufit. Halszka przygryzła wargę, a Różanka nerwowo machała nogą. Po chwili bezwiednie zamieniły się i teraz to noga Hal kołysała się w powietrzu.

– To będzie… – Różanka obliczyła w myślach – tydzień po ostatnich egzaminach. Tata się ucieszy. I mama też.

– Dobrze, pojedziemy tam. Rzeczywiście już pora. – Halszka uśmiechnęła się słabo i zanurkowała pod kołdrę. Nie musiały mówić nic więcej, była to jedna z zalet bycia bliźniakiem. Róża zgasiła światło i po chwili ich pokój wypełnił się miarowymi oddechami. Tej nocy spało im się wyjątkowo dobrze.

 

 

Podróż do Włoch ojciec pozwolił im zaplanować samodzielnie, dodając od siebie tylko te punkty, które nie zmieniały się od lat – dwa dni w Mantui, z obowiązkowym długim spacerem uliczkami opisywanymi przez Matyldę w listach, oraz spotkanie z Biagiem Betitem i jego żoną, Anetą. Biagio był tym sanitariuszem, który podjął nieudaną próbę reanimacji Matyldy, to on także jako pierwszy zatelefonował do Kosmy, by łamaną polszczyzną poinformować o wypadku. Aneta, którą pochodzący z głęboko wierzącej rodziny przystojny Włoch poznał na Światowych Dniach Młodzieży i poślubił krótko potem, była stomatologiem. Zaraz po studiach przeniosła się do Mantui, by wieść spokojne życie u boku Biagia, w wolnych chwilach uczyła go też języka polskiego. Nie mieli dzieci, nad czym mocno ubolewała, nie mniej zresztą niż jej włoska suocera. Aneta bardzo przeżyła śmierć Polki na dyżurze swojego męża, ten wypadek był przecież szeroko komentowany w miejscowych mediach, a i jej pacjenci nie stronili od snucia opowieści na ten temat. Kobieta mocno zaangażowała się więc w pomoc Kosmie oraz chłopcom, którzy wraz z nim przyjechali, by zabrać ciało zmarłej do kraju. Od tego czasu utrzymywali kontakty, te zaś w miarę upływu lat przerodziły się w szczególną więź, może nawet przyjaźń. Mimo to Kosma stanowczo odmawiał, gdy prosili go, by goszcząc w Mantui, zatrzymywał się u nich, za to co roku bardzo celebrował spotkanie z mężczyzną, na którego rękach jego żona zamknęła oczy na zawsze.

– Tym razem odwiedzę was z córkami – zapowiedział się telefonicznie, czym ucieszył zarówno Anetę, jak i jej włoskiego męża. Oboje widzieli dziewczynki tylko na zdjęciach, więc perspektywa poznania dorosłych już panien była dla nich wyjątkowo miła.

– To może zatrzymacie się u nas? – zapytał nieśmiało Biagio całkiem znośnym już polskim. Lekcje pobrane u żony przyniosły efekty. – Zapraszamy, Aneta będzie szczęśliwa.

– Grazie, amico mio. – Kosma również przez te lata podszkolił się w języku rozmówcy. – Zaproponuję im to. Myślę, że zgodzą się z przyjemnością. Ci vediamo presto!

Kiedy postawił przed bliźniaczkami decyzję: hotel czy nocleg u miejscowej rodziny, te nie wahały się ani przez moment. Dużo atrakcyjniejszą ofertą była możliwość goszczenia u Biagia i jego żony niż w anonimowym hotelu, choćby oferował on najbardziej wypasione SPA i śniadanie prosto do łóżka. Choć, pomyślały, i ten wybór nie musi oznaczać braku frykasów podstawianych pod sam nos – ojciec z pewnością zadba, by nie chodziły głodne, a jego opowieści z dotychczasowych pobytów w Mantui zawierały aż nadto przykładów kulinarnych osiągnięć gospodarza. Biagio lubił gotować i jak większość Włochów wprost uwielbiał efektami swoich działań raczyć, kogo się tylko dało. I zawsze było tam smacznie, pachnąco i ciekawie. Kosma przekonał się o tym bardzo szybko i bez żalu zrezygnował ze wspólnych kolacji na mieście, przedkładając nad nie zaproszenia do zapoznania się z kuchnią rodziny Betitów.

 

 

Ostatnie dni wyjątkowo deszczowego w tym roku maja powoli znikały z kalendarza, ustępując miejsca rozpychającemu się upałami czerwcowi. Dziewczynki miały już za sobą komplet egzaminów maturalnych. Radość ze spodziewanych zaliczeń mącił im jedynie fakt, że tu na miejscu nie za wiele było osób, z którymi mogłyby dzielić swoje sukcesy. Ojciec i Iza poświęcali im dużo czasu na co dzień, byli więc na bieżąco i zdążyli już się oswoić z ich wynikami. Dwaj starsi bracia odzywali się co prawda regularnie, ale już ich przyjazd na Mazury musiał wiązać się z wyjątkowym świętem. Dziewczyny doskonale wiedziały, że zarówno Marcel, jak i Marek potrzebują dużo ważniejszego powodu do porzucenia swoich zajęć niż zaliczenie matur przez przyszywane siostry. Raz, że byli od nich przecież o, lekko licząc, dwadzieścia lat starsi, a dwa, że konkurencja w ich branży powodowała, że o wolne chwile musieli się naprawdę postarać. Interes, który prowadzili z ojcem, Wiktorem, miewał upadki i wzloty, na szczęście z przewagą tych ostatnich, ale to wszystko okupione było koniecznością maksymalnego zaangażowania. Ot, to nie tylko urok życia w stolicy, ale i naturalny efekt bycia dorosłym. Halszka i Różanka starały się to zrozumieć, licząc na przychylniejszą reakcję – przyrodniej, podobnie jak i bracia – siostry. Niestety, Michalina nie planowała w najbliższym czasie przyjazdu na Mazury. Miała po prostu za dużo na głowie, a każda z piętrzących się spraw wymagała pilnego działania. Zwłaszcza znalezienie dla syna szkoły, w której mógłby rozpocząć naukę po wakacjach, co w przypadku dziecka urodzonego i wychowanego nad Tamizą nie było tak oczywistą kwestią. Poza tym pod znakiem zapytania stała jej praca; na dobrą sprawę rozgłośnię, w której pracowała wcześniej, opanowała nowa generacja radiowców i jej powrót na stare śmieci nie był taki pewny. Co prawda Kaśka, jej matka i była żona Kosmy, deklarowała pomoc na każdym z tych pól, ale Michalina nie chciała o tym nawet słyszeć. Telefonicznie pogratulowała więc dziewczynkom, obiecując, że odwiedzi je w połowie wakacji, kiedy tylko stanie stabilniej na nogach. Siostry z kolei odpowiedziały, że nie zamierzają czekać tak długo, i zapowiedziały swoją wizytę w Łodzi.

– Jak tylko wrócimy z Mantui! – rzuciła od niechcenia Halszka.

– Skąd? – Michalina była pewna, że się przesłyszała. Doskonale zdawała sobie sprawę ze zbliżającej się rocznicy, ale nie przypuszczała, że w podróż z ojcem wybiorą się i one.

– Dobrze słyszałaś – odpowiedziała Różanka i puściła oko do Halszki. Rozumiały zdziwienie Michaliny, same jeszcze nie zdążyły przyzwyczaić się do myśli, że czeka ich ten wyjazd. – Jedziemy z tatusiem. A później widzimy się w Łodzi!

Po tej rozmowie każda z nich uśmiechnęła się i zamyśliła na kilka chwil. Ich patchworkowa rodzina była efektem splotu wydarzeń spowodowanych jednym listem. On sam przepadł gdzieś, choć każde z nich szukało go na własną rękę. Był jak Święty Graal, jak początek i koniec rodzinnej historii. Może kiedyś uda im się na niego trafić? Ten pierwszy list nie pozwoli im przeżyć życia raz jeszcze, odzyskać straconych osób, ale może dać im odpowiedź, kim była ta kobieta, która dwójce z nich dała życie, a jednej zabrała ojca…

 

 

Kiedy patrzysz na mapę i widzisz Italię oblewaną przez wody Morza Liguryjskiego, Tyrreńskiego, Jońskiego i Adriatyckiego, nie sposób zapomnieć, co – prowadząc swe wojska – mówił o tym kraju Napoleon Bonaparte. Zdaniem Cesarza Francuzów do włoskiego buta, zupełnie jak do prawdziwego, stopę wkłada się od góry. Mantua leży niemal na samej górze, w regionie Lombardia. Obie Makarskie wiedziały, że na początku 1797 roku Napoleon wkroczył zwycięsko do Mantui, a chwilę później utworzył się w niej trzeci batalion Legionów Polskich posiłkujących Lombardię. Dowodzący nim Ludwik Dembowski musiał jednak wraz z Bonapartem przełknąć gorycz porażki, ustępując Austriakom już dwa lata później. Mantua powróciła pod skrzydła Francji na mocy traktatu pokojowego z 1802 roku, za to flaga Królestwa Włoch zawisła w mieście dopiero 64 lata później. Burzliwe dzieje tego regionu widać było w każdej budowli, krętej uliczce i czasem w twarzach mieszkańców, w których krwi mieszały się wpływy kilku narodowości.

Dla bliźniaczek nie to było jednak najciekawsze, ojciec obiecał im bowiem, że wybiorą się na przedmieścia Mantui i pokaże im miejsce, w którym odkryto nie tak dawno szkielety ludzkie z okresu neolitu. Wśród szczątków znalazły się dwa złączone w uścisku, co natychmiast uruchomiło szereg spekulacji, a w świat pobiegła pobudzająca wyobraźnię wieść o „kochankach z Valdaro”. Kobieta i mężczyzna leżeli zwróceni do siebie twarzami, ich nogi i ręce krzyżowały się. Oboje mieli nie więcej niż po dwadzieścia lat, choć z badań antropologicznych wynikało, że on był od niej nieco starszy. Za to ona była wyższa o trzy centymetry. Pięć tysięcy lat temu nie grzebano w ten sposób ludzi, zresztą blisko trzydzieści szkieletów znalezionych w pobliżu „Amanti di Montova” pochowanych było osobno. Badacze orzekli, że ta dwójka nie zginęła śmiercią nagłą, ułożenie ich ciał wynikać musiało z zamierzonego działania kogoś, kto przygotowywał pochówek. Uczucie łączące zmarłych kobietę i mężczyznę wydawało się najwłaściwszym wytłumaczeniem. I jako takie rozpalało wyobraźnię turystów, w tym dwójki nastolatek z Polski wypatrujących swojej wielkiej miłości.

– Po badaniach archeologicznych nie ma już śladu – odezwał się Kosma, kiedy czekali w hali odlotów na możliwość wejścia na pokład samolotu. – Prowadzono je przecież w dwa tysiące siódmym roku, podczas prac budowlanych. Podjedziemy tam, żebyście miały pełny obraz, ale sami kochankowie są już w muzeum i tam można ich oglądać do woli.

– W Mantui? – dopytała Różanka.

– Tak, jest tam znakomite Narodowe Muzeum Archeologiczne.

– Kruca fuks, mało czasu na wszystko… – Córka zasępiła się w odpowiedzi. W głowie rodził się jej już pomysł na małe nagranie z relacją z wyprawy do Włoch.

– No właśnie! Nie zapominajmy, po co tam właściwie jedziemy! – Halszka nerwowo pokręciła się na ławce. – Nie sposób nadrobić zaległości podczas jednego tylko pobytu.

– Dobrze, już dobrze, nie nakręcaj się. Ptaszki też jakieś upolujemy… – ugodowym tonem zakończyła rozmowę Róża. W samą porę, bo z głośników popłynął komunikat wzywający ich do boardingu. Posłusznie się podnieśli i ruszyli w stronę bramki.

– Wiesz, że nie chodzi mi o ptaki! – sapnęła jeszcze gniewnie Hal do ucha siostry. – Jedziemy tam ze względu na mamę. Uwielbiam tę nastrojową historię z kościotrupami w tle, ale sprowadza nas do Mantui zupełnie inna, mniej romantyczna kwestia.

– Nie gniewaj się, nie zapominam o tym. – Róża objęła ją i przyciągnęła do siebie. – Masz rację, żadnych niepotrzebnych ruchów, tylko mama, tata i my.

– I kilka zabytków w pobliżu. – Hal uśmiechnęła się słabo. – I trochę dobrego jedzenia, i prawdziwa włoska kawa…

– Prawdziwa włoska kawa? – Kosma powtórzył ze zdumieniem. – A co to takiego? Czy to coś z gatunku fasolki po bretońsku, ruskich pierogów czy karpia po żydowsku?

Obie