Podaruj mi jutro - Ilona Gołębiewska - ebook + audiobook
Opis

Nowa powieść autorki bestsellerowej sagi o starym domu!

Dwór na Lipowym Wzgórzu należy do rodziny Horczyńskich niemal od dwustu lat. Stanowi także wielką atrakcję dla turystów odwiedzających Podlasie. Jego właścicielką jest Aniela, słynna malarka. Zmęczona światowym życiem postanawia osiąść w rodzinnych stronach. Zakłada na Lipowym Wzgórzu Akademię Sztuk Anielskich, której pomysł narodził się dzięki lokalnej legendzie o aniołach. Czy zyska poparcie kobiet z rodziny Horczyńskich, czyli Sabiny, Klary i Lilianny?

Przyjazd redaktora prowadzącego program „Maluchem przez Polskę”, niesforna przyjaciółka podbijająca internet motywującymi filmikami, odkrycie podziemnych korytarzy we dworze, poszukiwanie przez Anielę ukochanego Witka, który przed laty zniknął bez wieści… Wszystko to sprawia, że życie mieszkańców dworu pełne jest atrakcji, humoru, ale czasem także trosk.

Zmartwieniem Anieli jest również konflikt Horczyńskich i ich sąsiadów Gajowiczów. W czasie wojny na Czarnym Szańcu doszło do pogromu oddziału partyzantki, w którym zginęli członkowie obydwu rodzin. Czy odnalezienie dzienników z czasów wojny pozwoli Anieli oczyścić dobre imię ojca, którego podejrzewano o zdradę?

Tajemnicza, intrygująca i pełna emocji opowieść o potrzebie bycia kochanym, poszukiwaniu szczęścia i roli przeznaczenia. Autorka udowadnia, że trzeba podążać za głosem serca, otaczać się życzliwymi ludźmi i realizować swoje życiowe pasje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 446

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja:Ita Turowicz

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Rekha Arcangel/Arcangel Images

© Dziewul/Shutterstock

© alfocome/Shutterstock

© unverdorben jr/Shutterstock

© Claude Gaumont/Shutterstock

© aldorado/Shutterstock

© by Ilona Gołębiewska

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-0901-0

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Najdroższej Mamie z miłością,

w podziękowaniu za wsparcie w każdej sekundzie mojego życia

Aby poznać siebie, trzeba się wystawiać na próbę.

Tylko tak może się przekonać każdy, na co go stać.

SENEKA MŁODSZY

Prolog

Śladami wspomnień

Lipowczany, 28 września 1959 roku,las w pobliżu Lipowego Wzgórza

Ciemna zasłona nocy pokryła okoliczne lasy i domostwa, sprowadzając na ich mieszkańców błogi sen. Jaśniejące na nocnym niebie gwiazdy – niczym dobre anioły – czuwały nad spokojem ziemi, zapowiadając szczęśliwy poranek. Wszechobecną ciszę przerywały co jakiś czas pohukiwania sów i odgłosy grasujących po lesie zwierząt, nocną porą szukających pożywienia. Konary drzew szumiały ponadczasową melodią, a opadająca mgła przydawała okolicy baśniowego uroku.

W powietrzu dało się jeszcze wyczuć zapachy mijającego lata. Padające przez ostatnich kilka dni deszcze wyostrzyły woń mokrego mchu, leśnej ściółki i spadających liści, pierwszego sygnału nadchodzącej jesieni. Miało się wrażenie, że przyroda pełni rolę wyroczni, decyduje o upływającym czasie i wyznacza rytm życia ludzi i zwierząt. A wrzesień zawsze był momentem starcia potężnych sił przyrody – gorącego lata i deszczowej jesieni.

Między pogrążonymi w mroku drzewami można było dostrzec mrugające w oddali tajemniczo światło. Pochodziło z ogniska, które delikatnym blaskiem rozświetlało obrzeża lasu nieopodal Lipowego Wzgórza. Wysokie płomienie chwiały się pod wpływem nocnego wietrzyku, głośno skwierczący ogień dawał przyjemne ciepło, a strzelające w powietrze iskry przypominały nocne chochliki. Wszędzie unosił się zapach żywicy, przywołujący na myśl najpiękniejsze wspomnienia z dzieciństwa. Jakby był gwarancją tego, że pewne rzeczy w życiu są czymś stałym i nie zmienią się mimo upływu lat.

Przy ognisku siedziała młoda para.

Dziewczyna o niezwykłej urodzie miała na sobie białą zwiewną sukienkę, która odkrywała jedynie jej bose stopy. Objęła szczupłymi dłońmi kolana, na których wspierała brodę. Długie, bardzo jasne włosy okalały jej twarz i ramiona, sięgając aż do ściółki wyłożonej mchem. Oczy o barwie lazurowego morza lśniły w blasku ognia, a usta zastygły w delikatnym uśmiechu. Daleko by szukać tak pięknej dziewczyny…

Wpatrywała się w siedzącego obok niej chłopaka, który był miłością jej życia. Mogła to zdecydowanie stwierdzić, ponieważ znali się już wiele miesięcy, a ich pierwsze spotkanie i spojrzenie w oczy wstrząsnęło nimi jak burza z piorunami. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Z czasem miała się przekonać, że ofiarowywał jej nie tylko gorące uczucie, ale i wsparcie, bezpieczeństwo oraz pewność, że jest dla niego najważniejsza. Jednak już przy pierwszym spotkaniu w oczy rzuciła jej się uroda chłopaka. Witek bardzo jej się podobał. Był spełnieniem marzeń o mężczyźnie, który jednym spojrzeniem jest w stanie skraść kobiece serce.

Najmocniej kochała jego oczy. Duże, ciemne jak noc, z iskierkami drapieżności. Patrzyły spod równych czarnych brwi. Mocno zarysowane kości policzkowe okalały długie czarne kędziory. Nosił je zazwyczaj rozpuszczone, niekiedy związując w kitkę. Miał na sobie białą koszulę, która jeszcze bardziej podkreślała ciemną karnację jego skóry i delikatnie napięte mięśnie.

Grał na skrzypcach starą białoruską piosenkę, którą kiedyś ojciec nucił nad jego kołyską. W tych prostych pociągnięciach smyczkiem po strunach była zaklęta miłość, jaką od niego dostał, a którą potem tak brutalnie odebrał mu los… Pierwszy raz grał ją dla swojej ukochanej Anieli. Ona była teraz jedyną ostoją w jego życiu. Promykiem nadziei, że jeszcze nie wszystko stracone. Gdy skończył grać, odłożył skrzypce na bok i pozwolił, by w ciszy wybrzmiały ostatnie nuty tej niezwykłej melodii. Jakby się bał, że jakiekolwiek słowa mogą przerwać ów ważny moment jego życia. Potem ujął delikatnie dłoń ukochanej i przyłożył ją do piersi w okolicach serca.

– Słyszysz? – zapytał niskim zmysłowym głosem, aż Aniela poczuła na plecach kilka przeszywających dreszczy.

– Tak… – wyszeptała oczarowana jego talentem, wciąż ciesząc się tym, że pokochał ją całym sercem. Przy nim traciła zmysły i czuła się tak, jak gdyby ktoś odebrał jej kontrolę nad własnym ciałem. Jednak było to bardzo przyjemne uczucie.

– Bije tylko dla ciebie – dodał wpatrzony w nią Witek.

– Niczego bardziej nie pragnę. Odliczam godziny do naszego wyjazdu. Proszę, obiecaj mi, że nic ani nikt nam nie przeszkodzi. Bo tak będzie, prawda? – pytała, wpatrując się w niego niespokojnym wzrokiem.

– Przecież nikt nie wie o naszych planach. I nikt nie stanie nam na drodze. Za dwa dni będziemy w Warszawie i tam zaczniemy wspólne życie.

– Boję się, że coś może pójść nie po naszej myśli.

– Przysięgam ci, że za dwa dni będziemy w Warszawie. Ty jutro spędzisz dzień z ojcem i przygotujesz się do wyjazdu, a ja mam do załatwienia jedną ważną sprawę. Pojutrze widzimy się na dworcu w Białymstoku. Umówiłem się ze znajomym konduktorem, że wpuści mnie do pociągu na długo przed odprawą innych pasażerów. Nikt mnie nie zauważy – obiecywał, martwiąc się zarazem, że jego ukochana jest niespokojna.

– Obiecaj, że będziesz jutro na siebie uważał.

– Niczym się nie martw. A teraz chodź, przytul się do mnie, robi się coraz chłodniej – powiedział z uśmiechem, przygarniając ją do siebie silnym ramieniem.

– Zależy mi tylko na tobie – szepnęła Aniela, chowając się w jego objęciach.

Oboje byli pełni wiary w to, że lada dzień skończą się ich troski i zaczną budować szczęśliwą przyszłość. Zakochane młode serca mają prawo wierzyć w to, że cały świat sprzyja ich odważnym planom. Nawet jeśli wszystkie znaki na ziemi i niebie zapowiadają co innego. Rzecz jednak zadziwiająca, jak ludzkie życie może się zmienić dosłownie w jednej chwili. To jego największa tajemnica. Czas biegnie, ludzie przemijają, świat się zmienia, a wciąż nie ma odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytania. Czego można się spodziewać? Co przyniesie nam los? Nieuchronność zdarzeń może być w pewnym sensie ukojeniem, ale i prawdziwym przekleństwem. Nic tak nie odbiera jednak nadziei jak to, że opuszcza nas osoba, która była dla nas całym światem…

Białystok, czerwiec 1987 roku,park przy Państwowym Szpitalu Klinicznym

Zapowiadający się upalnie dzień kontrastował z temperaturą myśli i uczuć, które towarzyszyły parze siedzącej na jednej z ławek w przepięknym parku. Spoglądający na nich spacerowicze zapewne mogli się domyślać, że jest to ojciec z córką. Być może nawet im współczuli, jak wielu innym osobom, które każdego dnia wychodziły ze szpitalnych oddziałów, by chociaż przez kilka kwadransów móc nacieszyć się pięknem natury. Świadomość, że jest się śmiertelnie chorym, zazwyczaj zmienia perspektywę patrzenia na świat, ludzi i samego siebie. Niekiedy budzi również ogromny sprzeciw. Pewnego rodzaju niezgodę na niesprawiedliwość losu. Bo czy to w porządku, że u progu lata człowiek – zamiast cieszyć się życiem i piękną pogodą – musi myśleć o rychło nadchodzącej śmierci? Czasem trudno oczekiwać spokoju i akceptacji tego, co przynosi nam zły los.

Jednak siedzący na ławce mężczyzna wydawał się pełen spokoju, choć na jego twarzy rysowało się zmęczenie spowodowane wielomiesięczną walką o życie. Zamknął oczy i obrócił głowę w kierunku słońca, by poczuć jego przyjemne ciepło. Ktoś mógłby powiedzieć: nic szczególnego. Dla niego jednak była to wielka nagroda w zamian za nieprzespaną noc, pełną bólu i zatrważających myśli. Miał już na karku osiemdziesiąt lat, jednak wciąż reagował zachwytem na piękno natury, nadal podziwiał kwitnące drzewa i krzewy, świergoczące ptaki i wdychał głęboko zapachy nadchodzącego lata. Zdziwiła go nagła myśl, że w pewnym sensie czuje się szczęśliwy.

Spojrzał na córkę. Była dojrzałą kobietą, mimo upływu lat wciąż piękną. Uwielbiał jej nieco zadarty nos z kilkoma cętkami piegów. Kto by pomyślał, że zostanie słynną malarką, o której obrazy będą zabiegały największe galerie? Miało być inaczej. Marzył dla niej o karierze prawnika. Los jednak z niego zadrwił i zamiast pani mecenas siedziała obok niego niezwykła artystka. Chociaż dla niego zawsze była i pozostanie małą córeczką. Ukochaną Anielką, której nieba by przychylił. Wszystko się mogło w życiu zmienić, ale z pewnością nie to, że byli sobie tak bardzo bliscy.

Nagle poczuł w sercu wielki żal. Kochał ją nad życie i nie mógł znieść myśli, że jego choroba tylko przysparza jej cierpień. Mniej się bał tego, że lada chwila stanie twarzą w twarz ze śmiercią. W jakiś sposób był na to przygotowany, uznając, że bunt i złość niczego już nie zmienią. Martwił się jedynie o Anielę. Zostanie sama. Na jej barkach spocznie troska o los dworu na Lipowym Wzgórzu. A przecież to właśnie on, Fiodor Horczyński, miał spełnić daną swemu ojcu przed kilkudziesięcioma laty obietnicę.

– Niedługo zakwitną lipy – odezwał się, przerywając ciszę. – Wtedy na Lipowym Wzgórzu jest najpiękniej. Znowu pojawią się rzesze turystów. Podlaska ziemia odwdzięczy im się swoimi skarbami i gościnnością.

– Pojedziemy tam, obiecuję. Jak co roku zasiądziesz pod „Anielicą” i będziesz opowiadał przyjaciołom, jak powstał ten dwór i dlaczego jest tak ważny dla nas wszystkich – zapewniła go Aniela, chcąc oderwać myśli ojca od choroby.

– Tak się nie stanie… – odpowiedział Fiodor w nagłym przypływie smutku.

– Tatko, przecież prosiłam, żebyś nawet tak nie myślał – obruszyła się Aniela.

– Posłuchaj mnie, dziecko. Bardzo proszę, nie przeszkadzaj, tylko uważnie posłuchaj. Powiem to raz i obiecuję do tego nie wracać.

– Niech ci będzie – poddała się Aniela, doskonale wiedząc, do czego zmierza ojciec.

– Sprawa jest prosta. Prędzej czy później ta choroba mnie pokona. Chciałbym jeszcze żyć, ale nie zawsze sprawy układają się po naszej myśli – mówił, wpatrując się w skaczące po parkowej alejce ptaki. – Zdecydowanie wszystko miało być inaczej. Prawie połowę życia poświęciłem na walkę o odzyskanie dworu na Lipowym Wzgórzu. Wiem, nie wszystko jeszcze stracone, ale ze mnie już pożytku nie będzie. Niebawem umrę.

– Tatko… – wyszeptała z wyrzutem Aniela.

– Zaczekaj, daj mi dokończyć. Mam ciebie jedną i kocham ponad wszystko. Zapewne wiele rzeczy mogłem zrobić lepiej, inaczej. Mogłem być lepszym ojcem. Czasu nie cofnę, ale mogę cię zapewnić, że ty i mama zawsze byłyście dla mnie najważniejsze. Zaraz po was był nasz ukochany dwór. Mam do ciebie prośbę – rzekł stanowczo.

– Przecież będę o niego walczyć – zapewniła Aniela, chcąc ubiec prośbę ojca.

– Wiem i uwierz mi, że nie byłoby dla mnie większego szczęścia niż świadomość, że dwór na Lipowym Wzgórzu wrócił do prawowitych właścicieli. Do rodziny Horczyńskich. Ty jesteś dziedziczką. Potem będzie nią twoja córka. Przyszłość rodzinnego gniazda Horczyńskich zależy teraz od kobiet. Doskonale wiem, że będziesz walczyć o dwór, gdy mnie już zabraknie. Ale chcę, byś mi jedno obiecała – poprosił, wpatrując się w nią zatroskanym wzrokiem.

– Co takiego?

– Myśl przede wszystkim o sobie. Nie pozwól, by ktoś odebrał ci zdrowie i sprawił, że skończysz tak jak ja. Dwór jest ważny, nawet bardzo. Jednak to ty jesteś najważniejsza. Żadne majątki nie są nic warte w porównaniu z tym, żebyś była zdrowa i po swojemu szczęśliwa. Pod koniec życia nic więcej się nie liczy. Pieniądze, uznanie, sława… to tylko takie ziemskie pozory. Dbaj o siebie, o rodzinę i przyjaciół. To jest najważniejsze.

– Wiem, tatko, dobrze o tym wiem… – wyszeptała drżącym głosem Aniela, opierając głowę o wychudzone ramię ojca. Schorowaną dłonią dotknął jej włosów. Tak jak kiedyś, gdy jako mała dziewczynka siadała mu na kolanach, by słuchać niezwykłych opowieści.

To były jedne z ich ostatnich wspólnych chwil. Człowiek zazwyczaj ma wrażenie, że jego koniec jest daleki i nie musi myśleć o sprawach ostatecznych. Wciąż odkłada wszystko na później i składa próżne deklaracje, że z pewnością upora się z tym, co sobie zaplanował. Nie inaczej było z Fiodorem. Jednak w obliczu śmierci musiał porzucić to złudzenie.

Aniela całą noc czuwała przy łóżku ojca, którego oddech słabł z minuty na minutę. Modliła się żarliwie, by dobry Bóg dał im jeszcze chociaż odrobinę czasu. Tyle jeszcze zostało niewypowiedzianych słów i jeszcze więcej niespełnionych obietnic. Przysięgała na swoje życie, że od teraz więcej uwagi poświęci ukochanemu ojcu.

Fiodor Horczyński na kilka minut przed północą wziął ostatni w życiu oddech…

Lipowczany, październik 2014 roku,obrzeża posiadłości ziemskich dworu na Lipowym Wzgórzu

Dzień zapowiadał się słonecznie i ciepło, chociaż lato już dawno odeszło w zapomnienie. O tej porze roku Lipowe Wzgórze i jego okolice przystrajały się w tak niezwykłe barwy, że nie sposób było oderwać wzroku od kęp różnorodnych drzew i krzewów. Bujnie rosły wokół miasteczka, gdzie każdego dnia, niezależnie od pory roku, przyjeżdżały tłumy turystów, by poznawać historię i tradycję perły Podlasia, bo tak utarło się nazywać Lipowczany.

Urokliwe miasteczko, położone nad spokojnym brzegiem Narwi, w połowie drogi pomiędzy Białymstokiem a Tykocinem, cieszyło się dużą popularnością. Wszystko za sprawą wielowiekowej historii pełnej wyjątkowych wydarzeń, dzięki którym te tereny stały się miejscem zamieszkania nie tylko dla rodaków, ale także członków innych narodowości. Ich sąsiedztwo sprawiło, że wykształciła się tradycja, przyciągająca bogatym folklorem tych, co chcieliby zakosztować życia w miejscu, gdzie czas jakby się zatrzymał.

Grupa zwiedzających schodziła leniwym krokiem z Lipowego Wzgórza, które zrobiło na nich ogromne wrażenie. Przede wszystkim sam dwór, stanowiący nie lada ciekawostkę dla przyjezdnych, jako jedna z ostatnich tego typu budowli w całym regionie. Wymieniali między sobą spostrzeżenia i wychwalali gościnność Anieli Horczyńskiej, właścicielki dworu. Miejsce urzekło ich nie tylko dającym się odczuć klimatem dawnej szlacheckiej siedziby, ale także mocnym przywiązaniem do tradycji oraz szacunkiem do darów natury, które przez pracowników dworu były przetwarzane na wszystko, co tylko może pomóc człowiekowi w zachowaniu zdrowia, ale też i zaspokojenia jego oczekiwań smakowych. Bo kto chociaż raz skosztował dworskiej nalewki lipowej albo lipowego miodu, ten z pewnością na długie lata zapamięta tę niesłychaną woń i smak. Kryjąca się za nimi receptura była tajemnicą właścicielki dworu i jednej zaufanej osoby, dlatego nigdzie indziej nie można było doświadczyć takiej uczty smaków.

– Jako ciekawostkę opowiem państwu miejscową legendę o aniołach – zagaił przewodnik, odwracając się w kierunku dworu. – To były lata trzydzieste dziewiętnastego wieku. Burzliwy okres dla Lipowczan i całego Podlasia, ogarniętego ruchem powstańczym. Pamiętacie państwo ze szkoły – powstanie listopadowe. Z pola potyczek nieustannie napływały nowe, niepokojące wieści.

– Pomogły anioły? – zapytał ktoś z tłumu, jakby chciał przyśpieszyć opowiadanie legendy, a reszta spojrzała na niego karcąco.

– Nie, anioły z walkami nie miały wiele wspólnego – zaśmiał się przewodnik.

– Chodzi pewnie o to, że miejscowi modlili się o wstawiennictwo aniołów?

– Pewnego dnia doszło w tych okolicach do bitwy, w której śmierć z ręki Rosjan poniosło wielu naszych żołnierzy, a drugie tyle zostało rannych. Jednym z nich był niejaki Alojzy Szamocki, który został ciężko ranny w prawą nogę. Odrzucony przez siłę armatniego wystrzału upadł na skraju lasu. Postanowił posuwać się wzdłuż jego linii, w nadziei, że szczęśliwie dotrze do obozu, gdzie przed bitwą stacjonował ich oddział.

– Udało mu się? – zapytała młoda kobieta.

– Ból nogi nasilał się i z każdym kolejnym krokiem tracił nadzieję na pomyślność swoich planów. Wreszcie dotarł do miejsca, gdzie przepływała odnoga Narwi. Nie miał siły iść dalej, przeczuwając, że jego koniec jest bliski. Nagle zobaczył bardzo jaskrawe światło, które go mocno oślepiło. Zdziwił się, że wraz z początkiem września jest ono takie mocne.

– To były te anioły?

– Tak. Po chwili zobaczył unoszące się nad ziemią anioły o niezwykłej urodzie. Pomyślał, że przyszły po jego duszę, by zabrać ją w otchłanie niebios. Miały one jednak inny plan. Poleciły, by Alojzy obmył ranę w wodach odnogi Narwi i opatrzył ją kwiatami i liśćmi rosnących nieopodal roślin, których lecznicze właściwości miały go uzdrowić. Na koniec anioły poleciły, żeby tę czynność powtarzał przez kolejne dni.

– Miał tam zostać?

– Tak. Poleciły, by znalazł schronienie pod rozłożystym grabem i żywił się tym, co da mu las i łąka. Powiedziały również, że to miejsce, zwane do dzisiaj Lipowym Wzgórzem, zawsze podaruje ludziom rośliny, drzewa i zioła, które uzdrowią ich ze wszystkich chorób i przyniosą ukojenie w każdej dolegliwości. Poprosiły również, by za jakiś czas żołnierz tu wrócił i dokładnie w miejscu ich spotkania wybudował małą kapliczkę, która będzie jego darem w podziękowaniu za uzdrowienie.

– A wyzdrowiał? – wtrąciła ciekawa nastolatka.

– Po trzech dniach jego rana całkowicie się zagoiła, co było prawdziwym cudem. Pamiętał o tym, co powiedziały mu anioły. Wszystkie rosnące tu rośliny zawsze będą lekiem na wszelkie dolegliwości. Zerwał mnóstwo kwiatów i ziół, a potem ruszył w świat – dodał przewodnik, z dumą przebiegając wzrokiem po zaciekawionych twarzach turystów.

– Ale wrócił tu? – zapytała ponownie nastolatka.

– I czy wybudował kapliczkę, tak jak chciały anioły? – dociekała starsza pani, rozglądając się wokół.

– Wrócił, zbudował kapliczkę i rozpowiadał wszędzie o niezwykłych właściwościach leczniczych roślin z Lipowego Wzgórza. Był bardzo wdzięczny aniołom za uratowanie życia.

– Gdzie jest ta kapliczka?

– Kiedy pradziadek pani Anieli Horczyńskiej stał się właścicielem tych ziem, postanowił obudować kapliczkę kamiennym murem, by odtąd była integralną częścią dworu. Właśnie zmierzamy do tego miejsca – wyjaśnił przewodnik.

– Jutro trzeba będzie nazbierać chociaż trochę tych ziół, by zawieźć do domu i zasuszyć na gorsze czasy – uśmiechnęła się młoda kobieta.

– Kolejne dni spędzicie państwo we dworze, mając do dyspozycji wiele wolnego czasu. Od pani Anieli będzie można nabyć miód, nalewkę lipową i inne specjały, które zapewnią zdrowie i pomyślność na cały rok. I koniecznie proszę zerwać chociaż kilka liści z wiekowych lip. Miejscowi mówią, że przynoszą szczęście – zachęcał przewodnik.

– Doprawdy niezwykłe miejsce. Ten dwór, jego tradycja, ta symbioza z naturą i jej darami… nigdzie indziej tego nie uświadczysz – zachwyciła się kobieta o imieniu Małgorzata, która jak dotąd tylko narzekała na uciążliwości związane z długą podróżą do dworu.

– Ten dwór skrywa wiele tajemnic. Kilkoma z nich pani Aniela z pewnością się z państwem podzieli. A teraz zapraszam do karczmy U Dandysa, tam dopiero jest wesoło!

Lipowe Wzgórze, połowa lat 90.

Rozdział I

Wszystkie drogi prowadzą do Lipowego Wzgórza – o pewnej przyjacielskiej tradycji, samotności w rodzinie i wyrokach niesprawiedliwej przeszłości

Tajne spotkania na strychu

Ognista błyskawica przeszyła na wskroś ciemne chmury rozpościerające się aż po horyzont, za który kilka minut wcześniej dyskretnie umknęło słońce, by ustąpić miejsca burzliwym żywiołom. Czarne jak smoła nocne niebo raz po raz darzyło świat istną symfonią dźwięków i obrazów, jedynie potwierdzając, że matka natura jest największą mistrzynią tworzenia spektakularnych widowisk. Porywisty wiatr z minuty na minutę coraz mocniej uderzał w ogromne połacie lasu, który zdawał się uginać pod jego naporem. Ulewa przybierała na sile, w jednej chwili zamieniając rozległe łąki w bagnisty teren. Dochodzący zewsząd szum padającego deszczu i pogwizdywanie wiatru przywodziły na myśl sceny z porządnego horroru.

Coraz groźniejsze pomruki burzy mogły nieść niepokój, jednak mieszkańcy Lipowczan bardzo cieszyli się z pierwszego kwietniowego deszczu, licząc, że pobudzi do życia okoliczną przyrodę i sprawi, iż miasteczko na powrót stanie się zieloną oazą dla żądnych przygód turystów i przybyszy z odległych stron. Daleko by szukać podobnego miejsca, gdzie ludzie tak mocno spletliby swoje losy z rodzimą ziemią i niezwykle bujną przyrodą, która zachwycała o każdej porze roku.

Na wznoszącym się nieopodal Lipowym Wzgórzu stał stary zabytkowy dwór, który na tle potężnej burzy robił wrażenie oazy spokoju. Mocne mury broniły jego mieszkańców przed zawieruchą, dając gwarancję bezpieczeństwa. Jednak ich prawie stuosiemdziesięcioletnia historia czasami przypominała szalejącą burzę, ponieważ kolejne dekady zapisały się na dziejowych kartach pod znakiem walk, powstań, niepokojów oraz tej niezmiernej rozpaczy i troski o to, czy siedziba rodu Horczyńskich przetrwa zawiłe wyroki losu. Lata mijały, a obawy i nadzieje wciąż były te same, tworząc nieodłączny element tego miejsca.

Jednak tego wieczoru dwór wydawał się bezpieczną przystanią. Na wiekowej werandzie przysiadły okoliczne ptaki, chcąc znaleźć schronienie przed ulewą, która omal nie pozrzucała ze schodów donic z kwiatami. U ich podnóża stała duża żeliwna wanna, służąca właścicielce dworu do zbierania deszczówki, którą starannie wykorzystywała do przygotowywanych przez siebie naparów z zasuszonych kwiatów lipy. To była jedna z tajemnic jej przepisów, które z pokolenia na pokolenie przekazywano w rodzinie.

Z powodu awarii prądu trudno było dostrzec w oknach jakiekolwiek światło. Jedynie na poddaszu, w maleńkim okienku stała świeca, rzucając delikatną poświatę na przestrzeń, która w dworskiej zabudowie miała szczególne znaczenie. Dostępu do niej strzegły dobre anioły, którym właścicielka dworu zawierzyła opiekę nad swoim rodzinnym dobytkiem. Za dnia to miejsce służyło jej jako przestrzeń artystycznych ekspresji, a raz w tygodniu było przytulnym kącikiem spotkań dla wybranych osób, które w sercu Anieli miały szczególne miejsce.

– Przebijam i melduję sto – oznajmiła Basia, nerwowo zagryzając wargi i poprawiając ciągle spadający na czoło kosmyk włosów.

– Tak czułam, że masz parę. To twój szczęśliwy dzień – przyznała Joanna, uważnie wpatrując się w towarzyszkę, której mina za nic w świecie nie zdradzała niecnych planów. A stawka gry była wysoka, bo zwyciężczyni miała dostać świeżo upieczone ciasto marchewkowe, które wszystkie wprost uwielbiały.

– Nic tu po mnie. Dokończcie rozdanie, a ja w tym czasie zaparzę lipowej herbaty, żeby nam się to ciasto nie zmarnowało – zarządziła Aniela, leniwie wstając od stołu.

– W taką pogodę należy się coś więcej. Anielo, domagamy się lipowej nalewki. Trzeba się, dziewczyny, rozgrzać, no nie? – rzuciła z szelmowskim uśmiechem Basieńka. Od dwóch lat była serdeczną przyjaciółką Anieli i najlepszą kucharką w Lipowczanach. Kto tylko mógł sobie na to pozwolić, zamawiał u niej dania na specjalne okazje, takie jak chrzciny, urodziny, komunie, wesela. Aniela również zwracała się do przyjaciółki, ilekroć planowała kogoś ugościć w swoim dworze, co zdarzało się jednak dość rzadko.

– Słaby to byłby zlot czarownic, gdyby trunków nie było! – parsknęła śmiechem Joanna i mrugnęła porozumiewawczo do Anieli. Jej również nie brakowało talentu. Potrafiła uszyć wszystko, co ktokolwiek by sobie wymarzył. Niemal co dzień ustawiały się do niej kolejki, a lokalne modnisie prześcigały się w pomysłach na nowe kreacje. W pierwszej kolejności szyła jednak stroje dla przyjaciółek, a jej szczególną klientką była właśnie Aniela. Ciągle wyjeżdżała w nowe miejsca, gdzie odbywały się wystawy jej obrazów, dlatego też zależało jej na dobrym wyglądzie. Joanna szyła dla niej kreacje, które wzbudzały podziw.

– Nie no, znowu wrócę do domu przed północą i nie zmrużę oka do rana – weszła im w słowo Kalina, która tego wieczoru miała kiepski humor.

– Dzisiaj, kochana, śpisz we dworze. Nie puszczę cię nigdzie w taką zawieruchę. Jak przejdzie burza, to zadzwonisz do Edwarda i powiesz, że przenocujesz u mnie. Wymówka zawsze się jakaś znajdzie, a ty porządnie u mnie odpoczniesz – zdecydowała Aniela.

– Ostatnie dni dały mi mocno w kość, miałam do sprawdzenia tyle klasówek, że głowa mała. Martwię się o tegorocznych maturzystów. Słabo im idzie z matematyki. A przecież dwoję się i troję, by porządnie zapamiętali materiał – poskarżyła się Kalina, szczerze zatrwożona swoimi uczniami. – Może to i lepiej, że Edward z Emilem zostaną do jutra sami. Ostatnio jakoś się nie dogadują. Wczoraj mój syneczek stwierdził, że w przyszłości pójdzie do wojska. No, prędzej go zwiążę i zamknę w piwnicy, niż pozwolę na takie ekscesy – ucięła z powagą, a wszystkie panie porozumiewawczo po sobie spojrzały, powstrzymując się od śmiechu. Bo „syneczek” Kaliny, Emil, był już szesnastoletnim młodzianem z głową pełną pomysłów.

– Z ojcami i synami tak już jest. Raz jest wielka miłość, a za chwilę może dojść do porządnej kłótni. Nie martw się, Kalinko, twoi mężczyźni z pewnością się dogadają, a ty w tym czasie odpocznij i nabierz do wszystkiego dystansu – poleciła rozsądnie Joanna.

Aniela popatrzyła z czułością na przyjaciółki. Różniły się między sobą praktycznie wszystkim: wiekiem, zapatrywaniem na życie i zajęciem. To jednak nie przeszkadzało im w każdy czwartek spotykać się w zaciszu dworskiego poddasza, oddając się niechlubnej tradycji gier karcianych, które podobno nie przystoją damom. Przyjaciółki jednak za nic miały to dziwne przekonanie i najbardziej umiłowały grę w tysiąca. Stąd kilka miesięcy wcześniej zrodziła się tradycja „wieczorów czwartkowych”, które może i nie miały królewskiej oprawy jak słynne obiady czwartkowe na dworze króla Stanisława Augusta, ale cieszyły się równie wielkim szacunkiem wśród uczestniczących w nich pań. I miały jedną wielką zaletę – były okazją, by skosztować przednich specjałów pani domu, w tym nalewki lipowej.

Aniela podeszła do zabytkowego kredensu przy ścianie, na którym stała prowizoryczna kuchenka, służąca jedynie do zagotowania wody. Odpaliła gaz i postawiła na palniku nieco sfatygowany czajnik, przywieziony z podróży do Moskwy na początku lat osiemdziesiątych. Ze zdziwieniem skonstatowała, że staruszek już tak długo jej służy, ale dzięki niemu ma najlepszą herbatę na świecie. Jednym uchem nasłuchiwała dochodzących zza jej pleców rozmów przyjaciółek, które zawzięcie spierały się o to, czy doliczyć Basieńce kolejne punkty, czy jednak nie. Uwielbiała ten cotygodniowy harmider.

W pewnej chwili skierowała się do schodów i powolnym krokiem zeszła na dół, gdzie czekał na nią ktoś wyjątkowy. Stojąc u drzwi pokoju, który niegdyś pełnił rolę sypialni jej rodziców, pomyślała przez chwilę o przemijającym czasie i o tym, że w jej życiu ciągle pojawiają się nowi ludzie, i to właśnie dzięki nim wciąż czuje zapał do kolejnych wyzwań. Uchyliła drzwi, które delikatnie zaskrzypiały. Pokój oświetlał płomień trzech świec równo ustawionych na biurku. Na wysłużonym fotelu siedziała jej córka Sabina, na tyle mocno pochłonięta lekturą książki, że dopiero po dłuższej chwili zdała sobie sprawę z obecności matki, przyglądającej jej się z uwagą, na co zareagowała wymownym zmieszaniem. Nie lubiła, jak ktoś ją przyłapywał w chwilach, gdy zapominała o całym bożym świecie.

– Mam nadzieję, że burza nie jest dla was taka straszna? – zapytała Aniela, podchodząc do łóżka, w którym spała smacznie jej pięcioletnia wnuczka Klara. Delikatny uśmiech na buzi dziewczynki pozwalał sądzić, że ma właśnie piękne sny.

– Mała szybko zasnęła i jak na razie jest spokój – odpowiedziała Sabina, odkładając książkę na biurko. Pogłaskała po czole śpiącą córeczkę i otuliła ją dokładniej kołdrą.

– Potrzebujesz czegoś? Może jesteś głodna? Jeśli chcesz, to tu z wami posiedzę, będzie wam raźniej – zaproponowała Aniela.

– Nie, nie trzeba. Sama zaraz też się położę, jakoś mnie głowa dzisiaj boli.

– Po takiej burzy z pewnością jutro będzie słoneczny dzień. Rankiem zabiorę Klarę na targ, niech się trochę rozerwie. Jakby co, to jestem na poddaszu, w razie potrzeby daj znać, a natychmiast przyjdę – zaproponowała, co Sabina skwitowała jedynie kiwnięciem głową. Ich rozmowy przeważnie tak wyglądały i Anieli było z tego powodu bardzo przykro. Wiedziała jednak, że ma w stworzeniu tej sytuacji znaczący udział.

Pośpiesznie wróciła do przyjaciółek, które wciąż spierały się o to, kto tym razem wygra. Rozejrzała się wokoło z myślą, że to zagracone poddasze jest jej ukochanym miejscem na ziemi. Poza tym, że służyło do spotkań z przyjaciółkami, na co dzień było jej pracownią malarską, w której wciąż powstawały jej słynne już na całym świecie obrazy. Bo Aniela z rodziny Horczyńskich herbu Błękitna Szarfa już dawno zapisała się w galerii mistrzów współczesnego malarstwa. Pasja upominała się o uwagę każdego dnia, a Aniela oddawała jej się z nieukrywaną przyjemnością.

W migocącym świetle poustawianych tu i ówdzie świec poddasze robiło wrażenie miejsca z bajkowych opowieści. Artystyczny nieład dodawał mu jeszcze uroku. Bo tak Aniela zwykła nazywać swój codzienny nieporządek, którego nijak nie potrafiła opanować. Pośrodku poddasza stała największa sztaluga, na której obecnie ustawiono pokaźnych rozmiarów płótno. To właśnie na nim od kilku tygodni Aniela wprawnymi ruchami pędzla malowała panoramę Tykocina na zamówienie przyjaciela z Włoch, który odwiedził ją we dworze rok temu i tak się zakochał w miasteczku, że chciał jego namiastkę powiesić w swojej rezydencji nad brzegiem Tybru.

Po obu stronach sztalugi rozstawione były proste regały składające się wyłącznie z kilku półek, na których stały skrzynki i pudełka, a w nich pędzle, palety malarskie, słoiki i tubki z farbami, kilka mocno poplamionych fartuchów i stosy ściereczek zrobionych z pociętych materiałów. Taki widok z jednej strony robił wrażenie, a z drugiej wywoływał chęć zrobienia porządku. Poza wyposażeniem potrzebnym do malowania na strychu było jeszcze trochę zabytkowych mebli, pamiątki przywiezione przez Anielę z podróży po całym świecie, bele z materiałami i stuletni dębowy stół, przy którym podejmowała swoje przyjaciółki.

Jednak największą dumą Anieli były wiszące u stropu całe naręcza suszonych kwiatów lipy, z których przez cały rok przygotowywała przepyszną herbatę. I tym razem włożyła kilka kwiatów do filiżanek, by zalać je wrzątkiem. Dorzuciła odrobinę suszonych kawałków jabłka i przykryła, by herbata porządnie się zaparzyła. Na tacę dostawiła jeszcze maleńki słoik miodu lipowego na osłodę.

Kto by pomyślał, że podjęta naprędce przed kilkoma miesiącami decyzja przyniesie Anieli tak wiele zmian i sytuacji, które będą zaprzeczeniem jej jak dotąd chaotycznego życia. W zeszłe wakacje, dokładnie w lipcu, na trzy dni przed swoimi urodzinami, postanowiła, że zamieszka we dworze na kolejne trzy miesiące. Wtedy jej życie przypominało potężną zawieruchę, niosącą niepokój i zamęt. Jednak oficjalnie wyglądało jak scenariusz bajki: kolejne wystawy obrazów, głośne wernisaże, wyjazdy do największych galerii sztuki na świecie, huczne bankiety i ludzie pragnący chociaż przez kilka chwil pobyć ze słynną malarką. Niestety, wszystko to były tylko pozory. Aniela czuła się zmęczona ciągłą gotowością do bycia na świeczniku, spełnianiem oczekiwań tych, którzy pokładali w niej coraz większe nadzieje. Miała dosyć nieustającej presji otoczenia. Pobyt w rodzinnym dworze miał być odskocznią i próbą oderwania się od życia, które nie przynosiło szczęścia, a jedynie gorzki posmak samotności.

Z każdym dniem tutaj odzyskiwała spokój. Minęło prawie dziewięć miesięcy, a ona wciąż nie mogła się zdecydować na wyjazd z dworskich pieleszy. Czuła się tu znakomicie i czerpała radość z nieśpiesznego życia. Wiedziała, że przed nią wiele trudnych decyzji, a jednej obawiała się szczególnie.

– No i jak, moje kochane? Gra skończona? – zapytała, podchodząc z tacą do stołu.

– Basieńka wygrała. W sumie dzisiaj trzy razy, Joasia raz, ty raz, a ja wcale – ucięła Kalina, nie chcąc brnąć w szczegóły wieczornych rozgrywek.

– Następnym razem sobie odbijesz – pocieszyła ją Basia, gładząc przyjaciółkę po głowie.

– Nie marudzimy, moje kochane, nie marudzimy. Proszę, świeżo zaparzona herbata z lipy, a do niej mam miód prosto z naszego sadu. Grzech odmówić! – zachwalała Aniela.

– I ciasto! Jako zwyciężczyni dzisiejszych rozgrywek zarządzam, żebyśmy zjadły je tu i teraz. I oby nam poszło w cycki, a nie w tyłek! – zaśmiała się gromko Basia.

– Zatem częstujcie się i opowiedzcie, co tam słychać w terenie – zarządziła Aniela.

– Stara bieda, nie ma co opowiadać – odparła Kalina, która tego wieczoru była nad wyraz markotna i za nic w świecie nie można było nic pozytywnego z niej wyciągnąć.

– Kalinko, martwię się o ciebie – przyznała Aniela. – Zawsze tyle energii w sobie miałaś, a teraz co? Chyba mi nie powiesz, że masz jakieś powody do zmartwień?

– Poza moim syneczkiem to nie mam żadnych – odparła niechętnie Kalina, a przyjaciółki znów spojrzały po sobie w sposób, który oznaczał dezaprobatę wobec tego, jak Kalina traktuje syna. – To wszystko przez zimę, która w tym roku tak nam dopiekła. Jak mam mieć energię, skoro przez kilka miesięcy żyję jak człowiek Północy? Nie umiem tak, słońca mi trzeba.

– Na tę okoliczność proponuję po kieliszeczku naleweczki. Dla zdrowotności! – wtrąciła rezolutnie Basia, przy okazji gładząc Kalinę po ramieniu.

– Anielo, twojej nalewki się nie odmawia – przyznała Joasia, chętnie rozlewając trunek do kieliszków, by na koniec powąchać go prosto z butelki.

– No, to zdrowie, drogie panie! Niech nam się te ulewy kończą i prawdziwa wiosna przychodzi. Chociaż kto wie… może lada dzień opuszczę dwór i ruszę w daleki świat. Dawno nie miałam w głowie takiego mętliku, sama nie wiem, co robić – przyznała Aniela w rozterce.

– Trzeba się zdać na los. Być może niebiosa przygotowały dla ciebie plan, którego ty nawet nie wzięłaś pod uwagę – podsunęła tajemniczo Joanna. – Wyczekuj niespodzianek, czasem trzeba odpuścić, a sprawy same idealnie się poukładają.

– Amen! Niech tak też się stanie – zamknęła temat Aniela, spoglądając w okno. W oddali, kilka kilometrów od Lipowego Wzgórza, dostrzegła światło, domyślając się, że dochodzi ono z domu Antoniego Gajowicza, który od kilku dekad był jej największym utrapieniem. Co najważniejsze… z nieukrywaną wzajemnością! Ale tak potoczyła się historia, że od jakiegoś czasu Horczyńskim i Gajowiczom nie było po drodze do porozumienia.

W szponach przeszłości

Antoni Gajowicz należał do ludzi, którzy kochają burzę i chętnie by ją obserwowali każdego wieczora. Tym razem również nie mógł odmówić sobie tej przyjemności. Rozsiadł się wygodnie w swoim salonie na drewnianym bujanym fotelu i w ciemności podziwiał spektakularne widowisko za oknem, które zajmowało połowę frontowej ściany jego domu. W żadnym innym miejscu nie czuł się tak dobrze, jak pośród doskonale sobie znanych zakamarków drewnianej willi, którą ponad sto sześćdziesiąt lat temu zbudował jego pradziadek. Okoliczni mieszkańcy od samego początku nazywali ten dom Grabówką z powodu wiekowych grabów, które go otaczały, tworząc też szpaler wzdłuż głównej drogi dojazdowej.

Antoni lubił tę nazwę i z dumą opowiadał o swoim domu. Jego pradziadek, Zygmunt Gajowicz, cieszył się szacunkiem mieszkańców Lipowczan, chociaż przyjechał w te strony prosto z Wilna. Jednak ukochał podlaskie miasteczko na tyle mocno, by wybudować tu okazały dom i otworzyć własny biznes, jakim był tartak. Odziedziczył po ojcu pokaźny majątek i spożytkował go na zakup kilkudziesięciu hektarów ziemi na obrzeżach Lipowczan, postanawiając, że będzie to przystań dla kolejnych pokoleń. Następnie ożenił się z Bogną Szczepanikówną, panną zamożną i z bardzo dobrego domu. Wypatrzył ją podczas jednej z niedzielnych mszy. Stała blisko ołtarza z dłońmi złożonymi do modlitwy, sama wyglądając jak anioł. Jej długi jasny warkocz sięgał aż do krańców zimowego płaszcza, a wpięta weń bogata ozdoba pobłyskiwała w świetle świec. Z jasnej twarzy patrzyły spokojne niebieskie oczy, a obrazu dopełniały pięknie zarysowane usta w kolorze jarzębiny.

Zygmunt od pierwszego wejrzenia pokochał ją całym sercem i podjął decyzję, że zostanie jego żoną. Sprawa nie należała do łatwych, ponieważ Bogna była córką lokalnego zarządcy dóbr, który chlubił się pokaźnym majątkiem i jeszcze większym poszanowaniem wśród mieszkańców Lipowczan. Zygmunt był co prawda młodym i dobrze wykształconym kandydatem na męża, ale nie był tutejszy. Pojawiły się też plotki o tym, że jest potomkiem kaukaskiego Kozaka, który swego czasu z carskiego rozkazu brał udział w napaściach na polskie dwory. Jednak on nie poddał się i pojechał do Szczepaników poprosić o rękę Bogny. Jej ojciec nie był zachwycony propozycją, ale widząc, że córka odwzajemnia uczucie Zygmunta, zgodził się na ślub. W dodatku pomógł zięciowi w lokacji dóbr i rozwinięciu tartaku. Przed młodymi rysowało się szczęśliwe życie. Rok po ślubie urodził się ich jedyny syn Karol Gajowicz – największa duma rodziców. Jako dziedzic miał dbać zarówno o Grabówkę, jak i rodzinną historię. Czy tak się stało?

Antoniego mocno trwożyło to pytanie. Teraz to on był nestorem rodu i na jego barkach spoczął obowiązek utrzymania rodzinnej tradycji. Musiał przyznać w duchu, że wychodziło mu to z dosyć marnym skutkiem. Syna Tomasza już dawno spisał na straty. Wolał całe dnie pić alkohol i kłócić się z żoną, niż słuchać opowieści o tragicznej przeszłości rodziny Gajowiczów. Antoni czuł się osamotniony w swoim działaniu, nie mogąc znieść myśli, że Grabówka i rodzinny majątek mogłyby po jego śmierci zostać zmarnowane. Jedyną nadzieję pokładał we wnuku Miłoszu, który niedawno świętował pierwsze urodziny.

– Szrama? To ty? – zapytał Antoni, słysząc dobiegający z korytarza hałas.

– Tak, panie Antoni. Wracam z obchodu. Straszna zawierucha szaleje. Prądu nie ma, ale agregat już dawno włączony i wszystkie maszyny działają jak trzeba. Zapalić światło? Co pan tak po ciemku siedzi? – zapytał Wiesław Policki, oddany dozorca majątku Antoniego Gajowicza, człowiek stu talentów, trudnego charakteru i wielkiej przebiegłości, której mógłby mu pozazdrościć sam czart. Najmniej lubiany mieszkaniec Lipowczan, będący postrachem dla tych, co chociaż raz stanęli mu na drodze. Przez wszystkich nazywany Szramą z powodu wielkiej blizny przecinającej jego prawy policzek.

Plotki głosiły, że był to skutek jakiejś walki ulicznej, kiedy to jako młody chłopak należał do jednego z podwarszawskich gangów. Stała za nim niechlubna przeszłość przestępcy, za co zresztą spędził dobrych kilka lat za kratami. Szrama nigdy plotek nie potwierdził, ale też i nieszczególnie mocno im zaprzeczał. Dzięki nim wszyscy czuli wobec niego respekt i wiedzieli, że ze Szramą się nie zadziera. W jaki sposób trafił do Antoniego? Był to początek lat osiemdziesiątych, a Antoni szukał kogoś, kto zrobi pewną „robotę”. Znajomy polecił mu Szramę, a że ten sprawę załatwił koncertowo, Antoni postanowił go do siebie przygarnąć na stałe. Tej decyzji nie żałował ani razu, chociaż czasami porywczy charakter dozorcy ściągał na niego pretensje ze strony mieszkańców Lipowczan. Cenił go jednak za oddanie i lojalność. Niekiedy twierdził, że Szrama jest mu bardziej oddany niż własny syn.

– Nie, posiedzę w ciemności, muszę przemyśleć kilka spraw – odpowiedział Antoni, głaszcząc pysk swojego ukochanego Bruna, pokaźnych rozmiarów owczarka kaukaskiego.

– W porządku. Czy mam jeszcze coś zrobić?

– Miej na oku pracowników na hali cięcia, niech się nie lenią. Pogoda nie może być wymówką, zamówienie trzeba zrealizować na czas.

– Wszystko mam pod kontrolą – uspokoił go Szrama.

– Jakieś nowe wieści są? Wiadomo, co u Horczyńskich?

– Aniela jeszcze nie podjęła decyzji, co zrobi z dworskim majątkiem. Jak na razie udaje panią na włościach i rozgaduje na prawo i lewo, że trudno jej przekreślić to, o co przez tyle lat walczył jej ojciec. Jak dla mnie, to ona zwyczajnie szuka rozgłosu.

– Pamiętaj, że wrogów trzeba szanować, a już na pewno ich zamiary. Dobra, idź już do siebie, ja tu jeszcze posiedzę – polecił Antoni, ponownie wpatrując się w okno.

Lubił Szramę, chociaż nie dawał mu tego odczuć. Od zawsze był zdania, że ludzi trzeba trzymać krótko, inaczej wejdą na głowę i będą się domagać coraz więcej. Tę zasadę stosował wobec wszystkich i zawsze dobrze na tym wychodził. Dzięki temu zyskał w okolicy opinię bezdusznego dziedzica majątku Gajowiczów, który w tartaku wykorzystuje ludzi do pracy za półdarmo i bezwzględnie wycina w lasach, co się da. Tak, ludzie mieli rację i Antoniemu było to w sumie na rękę. Dawało mu satysfakcję, że inni czują wobec niego respekt i boją się jego kolejnych posunięć.

Zamknął oczy. Mimo potężnych odgłosów burzy słyszał krzyki dochodzące z piętra, które zajmował jego syn Tomasz z żoną i małym Miłoszem. Dorośli znowu się kłócili.

– Jesteś zwykłym pijakiem! Nie myślisz o mnie i swoim dziecku.

– A ty? Nie jesteś wcale lepsza. Gdzie są pieniądze? Ukradłaś! Myślisz, że nie wiem o twoim kochasiu? O tym, że kradniesz moje pieniądze, a potem razem z nim szlajasz się po stolicy? Tak wygląda to twoje studiowanie? Okradasz mnie!

– Twoje pieniądze? Od roku nie zarobiłeś ani grosza. Gdyby nie twój ojciec, nie miałabym nawet na mleko dla Miłosza. Jesteś zwykłym nieodpowiedzialnym dupkiem! – rzuciła wreszcie Ewelina Gajowicz, która słynęła z ostrego języka.

– A kto przez ostatni tydzień zajmował się małym? Ty przepadłaś, a potem wróciłaś bez słowa wyjaśnienia. Co? Pieniądze się skończyły czy kochaś się tobą znudził?

– Lepszy kochaś niż taki pijak jak ty! – odburknęła Ewelina.

Po kilku kolejnych groźbach, oskarżeniach i płaczu zapadła wreszcie przejmująca cisza. Słychać było jedynie kwilenie Miłosza, który od pierwszych dni życia bombardowany był kłótniami swoich rodziców.

Codzienność w rodzimym mateczniku była daleka od wymarzonego ideału. Jednak Antoni wiedział doskonale, że jego rodzina jest jak ten las, który otaczał Grabówkę. Rozwichrzone konary drzew splatają się ze sobą na wiele sposobów i nie ma siły, która by je rozłączyła. Mogą nadejść nawet największe burze, ale mocno splecione gałęzie zawsze przetrwają. Są pamiątką po przeszłości i po tych, których już nie ma. Trzeba jedynie chcieć dostrzec dawno miniony czas, odkryć sekrety przeszłych pokoleń, przeniknąć ich myśli i uczucia.

Rodzinne gniazdo

O poranku nie było nawet śladu po nocnej zawierusze, chociaż obfite opady deszczu sprawiły, że drzewa i krzewy wypuściły burzę zielonych pąków, co tylko dowodziło, że wiosna rozgościła się w Lipowczanach na dobre. Mocne promienie kwietniowego słońca dodawały energii. Aniela skoro świt razem z Kaliną i Klarą pojechały na pobliski targ, by kupić świeżych warzyw i owoców oraz przy okazji wstąpić do cukierni w rynku. Klara nie mogła przegapić okazji, by skosztować ulubionych rurek z kremem, do których zawsze życzyła sobie kubek gorącej czekolady. Aniela uwielbiała rozpieszczać wnuczkę i była w stanie zrobić wszystko, by tylko zobaczyć radość na jej buzi. Ostatnio dziewczynka dużo chorowała i Aniela postanowiła wynagrodzić jej to, że tak dzielnie znosiła kolejne wizyty u lekarzy i spore dawki leków, po których nie czuła się najlepiej. Gdy odwiozły Kalinę do jej domu przy głównej ulicy odchodzącej od zabytkowego rynku, od razu zawróciły do dworu, gdzie czekało już śniadanie przygotowane przez Sabinę.

– Babuniu, czy będę mogła dzisiaj malować razem z tobą? – zapytała Klara, chciwie pochłaniając pyszną kanapkę z równiutko ułożonym stosikiem pomidorów i ogórków.

– Oczywiście, jak zawsze. Masz już pomysł, czym zajmiesz się tym razem?

– Namaluję nasz dwór, a przed nim ciebie, mamę i siebie. I ten obraz zabiorę ze sobą, jak już mama zdecyduje, że wracamy do Warszawy – oznajmiła z uśmiechem.

– Dobry pomysł. Jak ci będzie kiedyś smutno, to wystarczy, że spojrzysz na obraz i przypomnisz sobie o naszym dworze – przyznała z czułością Aniela.

– Na razie nigdzie się nie wybieram, tutaj jest mój dom – odparła poważnie wnuczka.

Po śniadaniu Sabina pojechała z Klarą na kontrolę do lekarza. Aniela miała kilka chwil dla siebie i chociaż powinna zająć się załatwianiem pilnych spraw, to jednak wybrała odpoczynek na ławce wewnątrz przepastnego ganku. Po kwadransie wolnym krokiem podeszła na skraj posiadłości i stanęła u progu głównej bramy, której strzeliste murowane łuki celowały w niebo. Spojrzała za siebie i uśmiechnęła się na ten widok. Na dużym wzniesieniu, zwanym od setek lat Lipowym Wzgórzem, stał duży murowany dwór, którego pobielane ściany odbijały poranne promienie słońca, mieniące się tysiącami refleksów. Gniazdo rodziny Horczyńskich. Wybudowany na obrzeżach Lipowczan w 1820 roku z inicjatywy pradziadka Anieli, znanego szlachcica Bogusława Horczyńskiego herbu Błękitna Szarfa. Budynek został zaprojektowany przez Henryka Spalskiego, stając się tym samym jednym z najbardziej okazałych dworów na Podlasiu.

Jego architektura od stuleci zachwycała domowników, przyjezdnych i tłumy turystów, dla których dwór na Lipowym Wzgórzu był stałym punktem wycieczek. Duży parterowy budynek wzniesiony na planie symetrycznym i osiowym był nie lada gratką dla tych, którzy chcieli poczuć klimat minionych czasów. Z jasnymi ścianami kontrastował czterospadowy dach łamany, kryty dachówką w kolorze czerwonego wina, zakończony trzema kominami i czterema kukułkami, których duże okna były nie tylko ozdobą, ale także wpuszczały dużo światła do przestronnego poddasza. Budynek zorientowany został na godzinę jedenastą, by słońce dostatecznie oświetlało cztery ściany. Wchodziło się do niego przez pokaźny ganek zwieńczony trójkątnym frontonem opartym na czterech wzniosłych kolumnach, które przyozdobiono licznymi dekorami w kształcie oplatających je liści. Od bramy do dworu prowadziła aleja ponaddwóchsetletnich lip, a przed nim na dziedzińcu cieszył oko duży gazon, czyli zdobny trawnik w kształcenie koła. Lata mijały, rodziły się kolejne pokolenia, a dwór wciąż królował nad Lipowczanami, wpisując się na stałe w krajobraz urokliwego miasteczka, stając się jego wizytówką.

Aniela poczuła dziwne ukłucie w sercu. Pojawiało się za każdym razem, gdy tylko przyszła jej do głowy myśl, że czas najwyższy podjąć decyzję, co zrobić z rodzinnym dworem i pokaźnym majątkiem ziemskim. Ktoś by od razu powiedział, że rodzinny dobytek należy chronić i zrobić wszystko, by nie wpadł w ręce obcych. Aniela wiedziała o tym jak mało kto, gdyż najpierw walczył jej ojciec Fiodor Horczyński, a potem ona sama walczyła do upadłego o odzyskanie dworu, który odebrano rodzinie kilkadziesiąt lat temu. Fiodor Horczyński odziedziczył dwór po swoim ojcu Wojciechu, który zmarł, gdy jego syn miał dwadzieścia lat. Na kilka dni przed śmiercią poprosił Fiodora i jego młodszego brata Horacego, by w przyszłości zrobili wszystko dla zachowania dworu i kontynuowania w nim działań mających na celu rozwój polskiej kultury i nauki. Fiodor i bez tego wiedział, że jego obowiązkiem jest zachowanie rodzinnego gniazda. Przy pomocy matki i dzięki wsparciu dalszej rodziny zdobył wykształcenie i został prawnikiem, by następnie pobierać nauki i przysposabiać się do zawodu u boku najlepszych w swoim fachu adwokatów. Przed trzydziestymi urodzinami otworzył własną praktykę adwokacką, której siedziba mieściła się nie gdzie indziej, jak we dworze na Lipowym Wzgórzu. Dzięki ciężkiej pracy, wytrwałości i ogromnej wiedzy po okolicy szybko rozeszła się wiadomość o zdolnym prawniku, co zapewniło mu wielu nowych klientów. Po kilku miesiącach do dworu zaczęli zjeżdżać naukowcy, artyści, właściciele ziemscy i wielu dostojników, którym zależało na fachowej pomocy prawnej.

Szczęście nie opuściło Fiodora również w sferze prywatnej. Dokładnie w dniu swoich trzydziestych urodzin poznał przyszłą żonę Ludmiłę Chodorowską. Tamtego dnia udał się do Białegostoku na przyjęcie z okazji rocznicy ślubu swoich bliskich przyjaciół. Jego serce szybciej zabiło, gdy ujrzał na parkiecie niezwykle piękną dziewczynę, która tańczyła tak lekko, jakby unosiła się w powietrzu. Rozmawiali ze sobą całą noc, nie mogąc się nadziwić, że są do siebie tacy podobni. Ludmiła urzekła Fiodora nie tylko niezwykłą urodą, ale także obszerną wiedzą z zakresu ekonomii, gdyż pochodziła z bogatej rodziny, która mogła sobie pozwolić na to, by córka pobierała nauki za granicą. Po roku wzięli ślub, a po dwóch latach powitali na świecie swoją jedyną córkę Anielę. Niestety, Bóg poskąpił Ludmile zdrowia i musiała mierzyć się z kolejnymi dolegliwościami, które mocno niepokoiły jej męża. Jednak prawdziwie tragiczne losy małżeństwa i ich córki rozpoczęły się wraz z początkiem drugiej wojny światowej. Aniela miała wtedy niewiele ponad miesiąc.

Wybuch wojny był dla nich mimo wszystko zaskoczeniem, chociaż mieli wiedzę na temat aktualnej sytuacji politycznej w Europie i wiedzieli, że wojna jest praktycznie nieunikniona i przyjdzie im się zmierzyć z jej okrucieństwami. Gdy 17 września 1939 roku do Lipowczan weszły oddziały sowieckie, stało się oczywiste, że będzie to bardzo trudny czas w dziejach dworu, który od razu stał się łakomym kąskiem dla najeźdźców. Po zajęciu mienia przez sztab dywizji właściciele wraz ze służbą zamieszkali w niewielkim parterowym budynku na tyłach dworu, który od zawsze był mieszkaniem dla dworskich pracowników. Jednak Horczyńscy cieszyli się, że mają swój dobytek na oku i mogą wciąż mieszkać na ojcowiźnie, dochodziły bowiem do nich wieści o aresztowaniach i wywózkach w głąb Rosji licznych mieszkańców Podlasia. Sam dwór służył jako miejsce spotkań i ważnych obrad czerwonoarmistów, mieścił też główne radiostacje. Przez dwa lata od wybuchu wojny Lipowczany znajdowały się pod sowiecką okupacją, a w czerwcu 1941 roku do miasteczka weszli Niemcy, rozpoczynając jeden z najtrudniejszych okresów dla lokalnej społeczności, spośród której wielu zostało wywiezionych tym razem na przymusowe roboty do Niemiec lub do obozów zagłady.

Fiodor Horczyński postawił sobie za cel ochronę rodzinnego dobytku przed dewastacją i zapewnienie najbliższym w miarę spokojnego życia. Imał się różnych zajęć, aby tylko utrzymać rodzinę. Ponieważ od lat był niezwykle szanowanym mieszkańcem Lipowczan, to i dowódcy wrogich armii jakoś się z nim liczyli. Skrupulatnie to wykorzystywał, mając na uwadze, by jego rodzina mogła zaznać spokoju. Dochodził jeszcze jeden powód. Wbrew wszelkim ostrzeżeniom i realnej groźbie utraty życia ojciec Anieli zaangażował się w działania konspiracyjne na terenie Lipowczan i Białegostoku, pomagał lokalnym jednostkom Armii Krajowej, prowadził tajne nauczanie. Nie potrafił bezczynnie siedzieć i patrzeć, jak kolejni okupanci dewastują jego miasto, kraj, ojczyznę.

Jako wykształcony człowiek był niezwykle cennym nabytkiem dla dowódców podziemnej armii, a w dodatku miał rozległe kontakty, które skutecznie umożliwiały wymianę informacji z dowódcami z Białegostoku i innych miejscowości. Był świadomy, że naraża życie swoje i swojej rodziny, jednak służbę na rzecz odzyskania przez Polskę niepodległości uznał za swój obowiązek i poświęcał jej się z całych sił. Kres wszystkiemu położyły tragiczne wydarzenia w okolicy Czarnego Szańca. Dokładnie 20 października 1942 roku doszło w tym miejscu do pogromu polskich żołnierzy.

Wcześniej przez kilka miesięcy planowano akcję, której celem było odbicie polskich więźniów, w tym schwytanych kilku dowódców miejscowej partyzantki, uwięzionych w ratuszowej wieży. Za organizacją akcji stali ludzie z białostockiego sztabu Armii Krajowej. Koncentrację żołnierzy wyznaczono blisko leśniczówki, po czym nocą oddział przemaszerował w kierunku Czarnego Szańca. Tam mieli czekać na dalsze rozkazy od majora Bawisza, pseudonim „Sokół”. Jednak zamiast zwycięskiej akcji wydarzyła się wielka tragedia, wskutek której życie straciło wielu młodych żołnierzy, w tym Horacy Horczyński, rodzony brat ojca Anieli, Fiodora, oraz Julian Gajowicz, czyli ojciec Antoniego. Tamtego dnia ktoś zdradził. Niemcy podprowadzili obławę wprost pod ich kryjówkę na Czarnym Szańcu. Nie mieli żadnych szans.

Wskutek nieszczęśliwego zbiegu wydarzeń do przebywającego wtedy we dworze Fiodora nie dotarły rozkazy. Po ich otrzymaniu miał udać się na Czarny Szaniec, skąd partyzanci zamierzali rozpocząć atak na stacjonujący w miasteczku oddział Niemców, a po ich pokonaniu udać się wprost do wieży ratuszowej w celu odbicia więźniów. Tak się jednak nie stało. Wskutek zdrady doszło do pogromu zebranych przy Czarnym Szańcu żołnierzy. Zginęli wszyscy, co do jednego.

Tego samego dnia padło oskarżenie, że być może zdrajcą jest sam Fiodor. Lokalna społeczność nie chciała w to uwierzyć, jednak wciąż powtarzana plotka zazwyczaj nabiera pozorów prawdy. Horczyński nie mógł tego przeboleć i jeszcze mocniej włączył się w działania podziemia, by swoją odwagą udowodnić, że nie mógłby się przyczynić do zdrady współbraci. Z dnia na dzień angażował się w akcje, w których za każdym razem narażał swoje życie. Kilkakrotnie go aresztowano i wywieziono do Białegostoku na przesłuchania, podczas których był torturowany. Nie wydał nikogo, nie doniósł na swoich dowódców, nie poddał się nawet wtedy, gdy zaczęto grozić śmiercią jego bliskim, w tym maleńkiej Anieli.

Koniec wojny wcale nie oznaczał końca kłopotów dla niego i jego rodziny. Nowa władza komunistyczna takich jak on uważała za największych wrogów państwa i chcąc się ich pozbyć jak najszybciej, wydawała w przyśpieszonym trybie liczne wyroki śmierci. Dlatego wskutek coraz bardziej realnej groźby wymordowania rodziny Fiodor zdecydował się na ucieczkę do Francji. Przygotowania do niej trwały kilka miesięcy. Pomocą wykazali się dawni przyjaciele rodziny, którzy wczesnym latem, dokładnie 27 czerwca 1945 roku, pod osłoną nocy przetransportowali całą rodzinę do granicy, po przekroczeniu której za opłaconym przewodnikiem udali się na zachód.

Dla Horczyńskich ucieczka z dworu stanowiła najdotkliwszą lekcję, jaką można otrzymać od życia. Porzucili rodzinne gniazdo, nie mając pewności, czy kiedykolwiek tu wrócą, a jeśli już, to czy dwór będzie wciąż stał, czy może padnie ofiarą polityki niszczenia wszystkiego, co było ostoją polskości. Rozstanie trwało długie lata. Sam dwór przeszedł równie wiele. W czasie wojny znajdował się kolejno w rękach sowieckich i niemieckich okupantów. Potem, do początku lat sześćdziesiątych, służył rodzinom pracowników Służby Bezpieczeństwa jako ośrodek kolonijny dla dzieci, a następnie stał się częścią majątku Skarbu Państwa i tym samym prawowici właściciele utracili go na kolejne dziesięciolecia.

Emigracja była dla Horczyńskich wielkim wyzwaniem, gdyż na nowo musieli układać swoje życie i próbować odnaleźć się w realiach, które nie do końca były zbieżne z ich wyobrażeniami. Przez pierwszy rok mieszkali w obskurnym lokum, które polecił im przyjaciel Fiodora jeszcze z czasu studiów. Wyposażyli je w przedmioty zakupione na pchlim targu, bo tylko na takie było ich stać. Fiodor podjął pracę jako urzędnik niskiego szczebla w jednym z nowo utworzonych ministerstw, gdzie chętnie przyjmowano obcokrajowców z biegłą znajomością języka francuskiego. Za to Ludmiła przez długi czas nie mogła znaleźć sobie zajęcia, aż wreszcie podjęła się sprzątania u bogatych mieszkańców ich dzielnicy. Pracowała nocami, bo tylko wtedy mogła zostawić małą Anielę pod opieką jej ojca. Lata mijały, a oni dzień po dniu starali się żyć na miarę swoich możliwości. Fiodor utrzymywał sporadyczny kontakt z przyjaciółmi w Polsce, dowiadując się przede wszystkim, co się dzieje z dworem. Nie mógł sobie darować, że rodzinny majątek podupada. Poprzysiągł poświęcić życie, by go odzyskać.

Horczyńscy wrócili do Polski 24 marca 1958 roku. Po trwającej ponad piętnaście lat emigracji dwór na Lipowym Wzgórzu nie był już ich domem, pozostając wciąż własnością państwa. Zamieszkali w Lipowczanach w jednej z kamienic, która ostała się po wojnie, a wcześniej należała do rodzinnego majątku Ludmiły. W tym samym czasie Fiodor Horczyński podjął starania o odzyskanie rodzinnego dworu. Z racji wykonywanego zawodu, jak również walki o dwór, musiał się zmierzyć z wieloma trudnymi doświadczeniami, jak oskarżenie o działalność przeciwko władzy ludowej, tymczasowy areszt czy zakaz pełnienia funkcji publicznych.

Niestety, wkrótce po powrocie do Polski Ludmiła poważnie zachorowała. Lekarze długo nie potrafili ustalić, co jej dolega, ani tym bardziej pomóc. Zmarła pod koniec czerwca tego samego roku. Fiodor został jedynym opiekunem blisko dwudziestoletniej jedynaczki, która postanowiła zostać studentką warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, chociaż i ku temu droga była wyboista. Musiał też zmierzyć się z jej wyborami, wielokrotnie dalekimi od jego przemyślanych planów. Jednym z takich trudnych dla niego do przyjęcia wyborów Anieli był niejaki Witek Klimowicz, który pojawił się w jej życiu nagle, dosłownie z dnia na dzień i zawrócił jej w głowie.

Po wielu latach mozolnej i trudnej walki o odzyskanie dworu na Lipowym Wzgórzu Fiodor Horczyński zmarł w poczuciu klęski. Aniela postanowiła wywiązać się z danego mu słowa i kontynuowała zmagania, aż trzy lata temu, dokładnie 15 czerwca 1992 roku, stała się oficjalnie prawowitą właścicielką dworu, dzieląc radość ze swoją córką i wnuczką.

Patrząc teraz na rodzinny dwór, miała mieszane uczucia. Serce rwało się do tego, by zostawić potomnym cudem odzyskany majątek, a rozum podpowiadał, że przed nią jeszcze mnóstwo wyzwań i nierozsądne byłoby utrzymywać miejsce, do którego nawet nie będzie miała czasu przyjeżdżać. Jednak nie sposób było nie przyznać, że ostatnie miesiące spędzone we dworze pośród życzliwych ludzi pozwoliły jej odzyskać spokój i dały mnóstwo nowej energii. Ponownie stała się Anielą, słynną malarką, której niestraszne były brawurowe wyzwania, podróże po świecie i poznawanie nowych ludzi. Miała chęć rzucić wszystko i ruszyć w daleki świat, by znów dzień po dniu cieszyć się życiem. Dwór na Lipowym Wzgórzu był bardzo ważny dla jej ojca, co podkreślał za swojego życia na każdym kroku. Dla niej nie miał aż tak wielkiego znaczenia, gdyż nie łączyło jej z nim wiele wspomnień. No, może tylko poza jednym, które do dzisiaj sprawiało jej ogromny ból. A związane było z jej ukochanym Witkiem…

Rozdział II

Czas odmierzany serca biciem – o patrzeniu na przeszłośćprzez pryzmat miłości, trudnych relacjach w rodziniei odważnej decyzji, która odmienia życie

Kilka życiowych zakrętów

Dziękuję serdecznie w imieniu naszych czytelników, że zgodziła się pani na wywiad – rzekła z wdzięcznością dziennikarka Olga Koperska, siadając pośpiesznie w wygodnym fotelu stojącym pośrodku dworskiego salonu. Pracowała w białostockim tygodniku „Nowiny Podlasia” i od prawie pół roku namawiała Anielę, by ta podzieliła się z ludźmi opowieścią o swoim życiu. Bądź co bądź na Podlasiu była bardzo znana i wszyscy z dumą podkreślali, że ta ziemia wydała na świat niezwykle zdolną malarkę, której obrazy są rozchwytywane przez największe galerie i znawców prawdziwych dzieł sztuki.

– Cała przyjemność po mojej stronie – odparła szczerze Aniela, zadowolona z faktu, że ludzie są wciąż ciekawi jej życia, chcą się dowiedzieć, co u niej słychać, i pragną poznać jej plany, szczególnie te związane z dworem na Lipowym Wzgórzu, który niósł do rangi lokalnej legendy.

– Wypadałoby zapytać po prostu, jak to się wszystko zaczęło. Skąd w ogóle pomysł, by zająć się malarstwem? Czy myślała pani o tym już jako dziecko, czy być może decyzja została podjęta dopiero po powrocie pani rodziny do Polski?

– Jak to się zaczęło… – speszyła się nieco Aniela, rozglądając się po salonie, którego wystrój wciąż przypominał o dawno minionych czasach. – Myślę, że ogromne znaczenie miała emigracja naszej rodziny zaraz po wojnie w czerwcu czterdziestego piątego roku. Miałam wtedy prawie sześć lat, co nieco pamiętam z tamtego okresu. Z pewnością strach w oczach moich rodziców – przyznała zasmucona. – Ojciec bał się, że lada dzień dostanie wyrok śmierci za to, że w czasie wojny działał na rzecz podziemia. Stąd pojawił się pomysł, by jak najszybciej wyjechać z Polski. Oczywiście nielegalnie, paszportów wtedy nie było. Z pewnością myślał głównie o mnie i mojej matce, chciał dla nas lepszego życia.

– Jego początki we Francji były z pewnością trudne, prawda?

– Pamiętam ówczesną biedę. Mieszkaliśmy w lokalu, który składał się tak naprawdę z jednego maleńkiego pokoju, w którym stały dwa łóżka, szafa i stolik. Z ledwością można było między nimi przechodzić. W obszernym przedpokoju była wydzielona maleńka kuchnia. Całość miała może ze dwadzieścia pięć metrów. Była tylko jedna toaleta dla wszystkich mieszkańców piętra, zlokalizowana we wspólnym korytarzu.

– Jak w tym wszystkim odnalazła się mała dziewczynka? – dociekała dziennikarka.

– Początkowo bałam się nowego miejsca, ludzi mówiących w obcym języku, nie chciałam rozstawać się z mamą, która nocami sprzątała u bogatych Francuzów, aby tylko zarobić pieniądze na nasze utrzymanie. Ojciec za to pracował w ciągu dnia i pamiętam, że wracał bardzo zmęczony, i niekiedy z mamą coś szeptali po kątach, jakby nie chcieli, żebym usłyszała, o czym mówią. Dziwny to był czas, związany z poczuciem strachu i bezsilności.

– Potem nie było lepiej?

– Z czasem przyzwyczaiłam się do tego, że żyjemy w innym kraju, że nieprędko wrócimy do Polski i że nie wiadomo, czy jeszcze kiedyś zamieszkamy ponownie we dworze. Tata starał mi się wszystko jakoś tłumaczyć. Zapisał mnie do polskiej szkoły prowadzonej w Paryżu przez Centralny Związek Polaków, dzięki czemu dalej mogłam się uczyć języka ojczystego. Poznałam nowych ludzi i tak z każdym dniem coraz bardziej odnajdywałam się w nowej sytuacji. Kolejne lata były dla nas łaskawsze i można powiedzieć, że prowadziliśmy w miarę spokojne życie.

– Skąd zatem decyzja o powrocie do Polski wiosną pięćdziesiątego ósmego roku?

– Zarówno rodzice, jak i ja sama nieustannie myśleliśmy o ojczyźnie, o rodzinnym majątku, który po wojnie trafił w ręce nowej władzy. Ojciec nie mógł się z tym pogodzić, ale wiedział, że po powrocie do Polski od razu zostałby aresztowany. Dopiero po Październiku pięćdziesiątego szóstego roku w Polsce przyszła odwilż polityczna, schyłek stalinizmu, i dawni działacze podziemia nie musieli się już martwić o własne życie. Wtedy po raz pierwszy pojawiła się myśl, że być może czas najwyższy wracać do ojczyzny.

– Była pani wtedy młodą kobietą. Czy nie obawiała się pani zostawić dobrze znany sobie świat we Francji i wrócić do małej miejscowości w Polsce?

– Podeszłam we Francji do matury i zdałam ją z bardzo dobrymi wynikami. Wtedy też już od dziesięciu lat byłam uczennicą prywatnej szkoły rysunku i malarstwa. Tak się złożyło, że od dziecka malowałam, a wraz z wiekiem ta pasja zaczęła się rozwijać. Na szczęście moi rodzice robili dosłownie wszystko, żebym mogła doskonalić swoje zainteresowania i przeznaczali na moje wykształcenie naprawdę duże pieniądze. Opłaciło się, gdyż jeszcze przed maturą przyznano mi stypendium, dzięki czemu zdobyłam pieniądze na dalszą naukę i możliwość studiowania na praktycznie każdej uczelni artystycznej we Francji.

– Skąd zatem odważna decyzja, by wrócić z rodzicami do Polski?

– Byłam z nimi mocno związana i nie chciałam rozłąki. Widziałam, jak mój ojciec za wszelką cenę pragnął powrotu do ojczyzny. Mama zaś mocno podupadła na zdrowiu, był jej potrzebny spokój. Zatem decyzja o powrocie do Polski wydawała się oczywista.

– Była radość, ale też i łzy – weszła jej w słowo dziennikarka. – Czy rzeczywistość po powrocie do kraju była zbieżna z waszymi wyobrażeniami?

– Nie mieliśmy zbyt dużych wyobrażeń. Powrót do kraju wiązał się z tym, że należało od nowa układać sobie życie. Na odzyskanie dworu nie było najmniejszych szans. Zamieszkaliśmy w Lipowczanach w jednej z kamienic, która przed wojną należała do majątku rodziny mojej matki. Byliśmy po prostu szczęśliwi, że wróciliśmy do ojczyzny.

– Wtedy padł pierwszy cios – pani mama ciężko zachorowała.

– Tak, dokładnie tydzień po naszym przyjeździe. Ojciec jeździł z nią do najlepszych lekarzy, jednak wszyscy rozkładali ręce. Być może był to nowotwór płuc, nie jestem pewna, ale to właśnie płuca bolały ją najbardziej i oddychała z wielkim trudem. Zmarła pod koniec czerwca, równo trzy miesiące po naszym powrocie.

– To musiał być dla pani bardzo poważny cios, prawda?

– Przyznaję, że wtedy się zwyczajnie załamałam – odparła zasmucona Aniela.

– Miała pani jednak wsparcie w swoim ukochanym Witku. Czy mogłaby pani uchylić nieco rąbka tajemnicy o waszej relacji, która do dziś budzi wielkie zaciekawienie?

– Przepraszam, ale to zbyt prywatna sprawa i nie chciałabym do niej wracać. Minęło już tak wiele lat od tamtego czasu… – tłumaczyła się Aniela, czując w sercu silne ukłucie. Mogła oszukiwać nawet i cały świat, jednak nie mogła oszukać siebie. Każda najmniejsza wzmianka o Witku powodowała, że na nowo czuła ból, rozpacz i brak zgody na to, jak okrutnie los ich doświadczył. Minęło tyle lat… a ona nie zapomniała o nim nawet na sekundę.

– Zatem przejdźmy do czasu studiów. Akademia Sztuk Pięknych… skąd ten pomysł?