Wydawca: Burda Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 466 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pod wodą - Catherine Steadman

Jedna decyzja może zmienić twoje życie na zawsze… Erin już to wie. Właśnie dokonała złego wyboru i teraz musi coś ukryć.

Nie jestem złym człowiekiem. A może jestem. Może to ty powinieneś zdecydować?

Erin jeszcze niedawno planowała podróż poślubną, stała u progu kariery i wiodła doskonałe życie w pięknym domu w Londynie.

Kochała Marka, a Mark kochał ją. To była miłość z gatunku fanatycznych i nieokiełznanych, w której liczyli się wyłącznie oni. Do czasu wspólnych wakacji, gdy w morzu przypadkiem znaleźli pewien tajemniczy przedmiot, a ich życie jak z obrazka stało się koszmarem.

Co się wydarzyło? Co poszło nie tak? Jak niby-idealna historia miłosna zmieniła się w mrożący krew w żyłach thriller?

Jedna decyzja i wspólny sekret, który wiąże na zawsze – skoro nikt inny o nim nie wie, to nikomu nie może się stać krzywda, prawda?

Książka, od której nie sposób się oderwać. W jej przypadku zasada „tylko jeden rozdział przed snem” absolutnie się nie sprawdza!

Reese Witherspoon wybrała Pod wodą do swojego prestiżowego klubu książki!

Opinie o ebooku Pod wodą - Catherine Steadman

Fragment ebooka Pod wodą - Catherine Steadman

Tytuł oryginału: Something in the Water

Copyright © by Catherine Steadman, 2018

Copyright for the Polish edition © by Burda Publishing Polska Sp. z o.o., 2018

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Tłumaczenie: Jacek Żuławnik

Redakcja: Olga Gorczyca-Popławska

Korekta: Marzena Kłos, Joanna Morawska

Skład i łamanie: Beata Rukat/Katka

Redakcja techniczna: Mariusz Teler

Projekt okładki: Justyna Tarkowska/MileWidziane.pl

ISBN: 978-83-8053-429-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Dla Rossa

Kiedy opisuje się zwycięstwo ze wszystkimi szczegółami,nie wiadomo już, czym się ono różni od klęski.

Jean-Paul Sartre, Diabeł i Pan Bóg (przekł. Jan Kott)

Teraz uśmiechnę się, mój uśmiech upadnie na dno pani źrenici jeden Bóg wie, co się z nim stanie.

Jean-Paul Sartre, Przy drzwiach zamkniętych (przekł. Jan Kott)

1Sobota, 1 październikaGrób

Czy zastanawiałeś się kiedyś, ile czasu zajmuje wykopanie grobu? Już mówię: całe wieki. Dwa razy tyle, ile ci się wydawało.

***

Na pewno nieraz widziałeś taką scenę w filmach: bohater, któremu ktoś przystawia pistolet do głowy, poci się i stęka, wbija szpadel coraz głębiej w ziemię, kopie dla siebie grób. Albo dwóch nieszczęsnych oszustów w rozkosznie chaotycznym epizodzie kłóci się i przerzuca dowcipnymi uwagami, szuflując jak szaleni w kreskówkowym stylu i rozsypując ciemne grudy.

W rzeczywistości wcale tak to nie wygląda. Jest ciężko. Ziemia jest twarda, oporna i swoje waży. Jest w chuj ciężko.

I nudno. Ciągnie się jak flaki z olejem. Ale trzeba to zrobić.

Stres, adrenalina, rozpaczliwa zwierzęca konieczność  z r o b i e n i a   t e g o  napędza człowieka przez jakieś dwadzieścia minut. Potem przychodzi załamanie.

Mięśnie zaczynają odchodzić od kości. Po fali adrenaliny pojawia się ból serca, spada poziom cukru we krwi, docierasz do ściany. Walisz w nią całym ciałem. Mimo to wiesz, masz tę jasną jak słońce pewność, że ten dół po prostu trzeba wykopać – nieważne, że jesteś wykończony.

Wrzucasz więc kolejny bieg. Tak jak wtedy, gdy osiągasz półmetek w maratonie, przemija urok nowości, a ty pozostajesz ze świadomością, że musisz ukończyć to cholerstwo. Bo się zaangażowałeś, bo bierzesz w tym udział. Bo pochwaliłeś się znajomym, że to zrobisz, namówiłeś ich, żeby wpłacili pieniądze na tę czy inną organizację charytatywną, z którą i tak niewiele cię łączy. Zawstydzeni zobowiązali się przeznaczyć na ten cel więcej, niżby chcieli, ponieważ poczuli się zobowiązani wspomnieniem tej czy innej studenckiej wyprawy rowerowej, o której opowieściami zanudzają cię za każdym razem, gdy mają w czubie. Nie daj się zwieść, nadal mowa o maratonie. Chodziłeś pobiegać każdego wieczoru, samotnie, z drżeniem goleni i słuchawkami w uszach, robiłeś kilometry, przygotowywałeś się do  t e g o.  Aby móc zawalczyć ze sobą, rzucić wyzwanie swemu ciału, tu i teraz, w tej brutalnej chwili, chcąc przekonać się, kto zwycięży. Jedynym widzem jesteś ty sam. I nikogo poza tobą to nie obchodzi. Jesteście tylko ty i twoja wola przetrwania. Tak właśnie czuje się człowiek, który kopie grób. Jak gdyby muzyka przestała grać, a on nie był w stanie przerwać tańca. Ponieważ jeśli to zrobi – umrze.

Dlatego kopiesz dalej. Robisz to, ponieważ inna możliwość jest dużo gorsza od kopania bez końca tej jebanej dziury w twardej, zbitej ziemi szpadlem znalezionym w szopie jakiegoś dziadka.

Kopiąc, widzisz kolorowe plamki przed oczami – to fotyzm, będący skutkiem stymulacji metabolicznej neuronów składających się na korę wzrokową, która wynika z niedoboru tlenu i niskiego poziomu glukozy. W uszach huczy krew – to sprawka niskiego ciśnienia spowodowanego odwodnieniem i nadmiernym wysiłkiem. A myśli? Myśli przemykają tuż pod nieruchomą powierzchnią świadomości, dotykają jej tylko raz na jakiś czas. Pojawiają się i znikają, zanim zdążysz je uchwycić. W umyśle – pustka. Ośrodkowy układ nerwowy traktuje fatygę jak sytuację „walcz albo uciekaj” – to wywołana wysiłkiem neurogeneza, która idzie ręka w rękę z lansowanym przez magazyny sportowe „uwolnieniem endorfin wskutek wysiłku fizycznego”, przy czym oba te zjawiska spowalniają pracę mózgu, jednocześnie chroniąc organizm przed długotrwałym bólem i napięciem, będącymi konsekwencjami czynności, którą wykonujesz.

Zmęczenie w cudowny sposób niweluje emocje. Nieważne, czy jego źródłem jest bieganie, czy kopanie.

***

Mniej więcej po trzech kwadransach dochodzę do wniosku, że tradycyjne sześć stóp to nierealna głębokość. Nie dam rady tyle wykopać. Mam sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu. Niby jak mam się wygramolić z prawie dwumetrowego dołu? Nieźle bym się wkopała.

Z badania przeprowadzonego w 2014 roku przez YouGov wynika, że sto sześćdziesiąt centymetrów to idealny wzrost dla typowej Brytyjki. To znaczy, przeciętny Brytyjczyk chciałby, aby jego partnerka tyle mierzyła. Mam szczęście. I Mark ma szczęście. Mój Boże, jak bym chciała, żeby Mark tu był.

No dobrze, skoro nie kopię na sześć stóp, to na ile? Jaka głębokość powinna wystarczyć?

Zwłoki odnajdują się dlatego, że zostały kiepsko pochowane. Wolałabym tego uniknąć. Naprawdę bym wolała. To zdecydowanie nie jest cel, do którego dążę. Kiepski pochówek – tak jak zresztą wszystko, co można określić tym przymiotnikiem – sprowadza się do trzech rzeczy:

1. Braku czasu.

2. Braku inicjatywy.

3. Braku staranności.

Jeśli chodzi o czas, ostrożnie zakładam, że wykopanie grobu zajmie mi około trzech godzin. Do świtu pozostało sześć. Zatem mam czas.

Wydaje mi się, że mam również inicjatywę; co dwie głowy, to nie jedna. Oby. Muszę jedynie przejść przez to krok po kroku.

A staranność? Boże, jasne, że robię to starannie. Staram się, dbam i przejmuję. Przejmuję się bardziej niż kiedykolwiek w życiu.

***

Brytyjski Instytut Cmentarzy i Krematoriów zaleca, aby minimalna głębokość grobu wynosiła trzy stopy, czyli niecały metr. Wiem, bo wygooglowałam. Zrobiłam to, zanim zaczęłam kopać. Widzisz? Inicjatywa. Dbałość o szczegóły. Kucnęłam przy zwłokach, leżących na mokrych liściach i rozmiękłym błocie, i wygooglowałam, jak się zakopuje trupa. Zrobiłam to na należącym do niego jednorazowym telefonie. Jeśli znajdą ciało… nie znajdą… i uda im się odzyskać dane… nie odzyskają… wówczas historia jego wyszukiwarki będzie dla nich ciekawą lekturą.

***

Po dwóch godzinach przestaję kopać. Dół ma nieco ponad trzy stopy głębokości. Nie mam przy sobie miarki, ale pamiętam, że trzy stopy to mniej więcej tyle, ile od ziemi do krocza. Wysokość najwyższego skoku, jaki mi się udał podczas wakacji w siodle, na które wybrałam się przed wyjazdem na studia przed dwunastoma laty. To był prezent na osiemnaste urodziny, te wakacje w siodle. Ciekawe, że takie rzeczy zostają w pamięci, prawda? Stoję po pas w grobie i wspominam zawody konne. Nawiasem mówiąc, zajęłam drugie miejsce. Byłam przeszczęśliwa.

Do rzeczy: wykopałam dół głęboki na trzy stopy, szeroki na dwie i długi na sześć. Zajęło mi to dwie godziny.

Powtórzę więc: kopanie grobów to  n a p r a w d ę  ciężka robota.

Zobrazuję swój wysiłek inaczej: dół, ten mój dwugodzinny dół, ma wymiary trzy na dwie na sześć stóp, co daje trzydzieści sześć stóp sześciennych, czyli metr sześcienny, czyli półtorej tony ziemi. To zaś odpowiada masie przeciętnego hatchbacka albo dorosłej białuchy, albo średniej wielkości hipopotama. Taką ilość ziemi przeniosłam z dołu do góry i odrobinę na lewo. A to tylko trzy stopy.

***

Spoglądam na brezentowy wzgórek i powoli gramolę się z grobu, wspierając się na przedramionach drżących pod moim ciężarem. Zwłoki leżą pod poszarpaną plandeką, której kobaltowy błękit jest jak plama koloru na monotonnym, brązowym poszyciu. Znalazłam ją nieco dalej w stronę zatoczki, wisiała na gałęzi jak porwany welon w milczącej solidarności z porzuconą lodówką. Wiatr poruszał niedużymi, skrzypiącymi drzwiczkami zamrażalnika. Odpad.

Jest coś smutnego w osieroconych przedmiotach. Beznadziejne rozgoryczenie. Zarazem to piękne. W pewnym sensie przyjechałam porzucić ciało.

Lodówka stoi tu już od dłuższego czasu. Wiem, bo widziałam ją z okna samochodu, kiedy przejeżdżaliśmy tędy przed trzema miesiącami. Do tej pory nikt jej nie zabrał. Uczciwszy rocznicę, Mark i ja wracaliśmy z Norfolk do Londynu. Minęło kilka miesięcy, a lodówka stoi, jak stała. Niesamowite, że w moim – naszym – życiu zdarzyło się tak wiele, a tutaj czas jakby się zatrzymał. Jak gdyby to miejsce było ziemią niczyją, wyłączone spod temporalnej jurysdykcji. To się czuje. Niewykluczone, że od kiedy właściciel lodówki porzucił ją w lesie, nikogo więcej tu nie było, a Bóg raczy wiedzieć, jak dawno to się wydarzyło. Lodówka wygląda na model z lat siedemdziesiątych, jest taka… kanciasta. Kojarzy mi się z monolitem z Odysei kosmicznej. Monolit w wilgotnym angielskim lesie. Jest przestarzała. Stoi tu co najmniej od trzech miesięcy i nikt jej nie zabrał, żadne służby ani śmieciarze. Nikt tu nie zagląda, to jasne. Nikt poza nami. Ani miejscy radni, ani niezadowoleni mieszkańcy, którzy piszą listy do miasta, ani spacerowicze z psami, które mogłyby wywęszyć rozkład i zacząć kopać tam, gdzie ja właśnie przestałam. To najbezpieczniejsze miejsce, jakie przyszło mi do głowy. Gotowe. Trochę to potrwa, zanim się ułoży, to znaczy, ziemia się ułoży. Ale myślę, że lodówka i ja mamy czas.

***

Spoglądam na wzgórek. Pod pomiętym brezentem leży ciało, skóra, kości, zęby. Nieżywe od trzech i pół godziny.

Ciekawe, czy wciąż jest ciepły. Mój mąż. Ciepły w dotyku. Googluję. Wolałabym oszczędzić sobie wstrząsu.

No dobra.

Ręce i nogi powinny być zimne, ale tułów ciepły. Dobra…

Robię długi, pełny wydech.

No to jazda.

Chwileczkę. Momencik.

Nie wiem po co, ale czyszczę pamięć wyszukiwarki jednorazowego telefonu. Wiem, to bez sensu, bo aparatu nie da się namierzyć, zresztą po kilku godzinach w mokrej październikowej ziemi i tak nie będzie działał. Chociaż może będzie. Wkładam telefon z powrotem do kieszeni w kurtce trupa, a z kieszonki na piersi wysuwam osobistego iPhone’a. Jest w trybie samolotowym.

Przeglądam galerię. Nasze zdjęcia. Łzy napływają mi do oczu i ściekają po policzkach dwiema palącymi strużkami.

Podnoszę plandekę, odsłaniam wszystko, co się pod nią kryje. Wycieram aparat z odcisków palców, wkładam go na powrót do ciepłego schowka na piersi i przygotowuję się do przeciągnięcia zwłok.

***

Nie jestem złym człowiekiem. A może jestem. Może to ty powinieneś zdecydować?

***

Muszę się wytłumaczyć. Abym mogła to zrobić, cofniemy się w czasie o trzy miesiące, do pierwszych godzin dnia naszej rocznicy.

2Piątek, 8 lipcaPoranek rocznicy

Obudziliśmy się przed świtem. Mark i ja. Dziś jest rocznica dnia, w którym się poznaliśmy.

Zatrzymaliśmy się w hotelu butikowym z pubem na wybrzeżu w Norfolk. Mark wypatrzył go w dodatku Jak spędzić… „Financial Timesa”. Prenumeruje tę gazetę, ale ma czas jedynie na lekturę dodatków. Trzeba przyznać, że „FT” się nie pomylił – to rzeczywiście „przytulna, cicha kryjówka jak ze snu”. I cieszę się, że możemy spędzić tu rocznicę, nawet jeśli nie tę, na której tak bardzo mi zależy. Ale już niedługo.

Nasz hotel to doskonałe wiejskie ustronie, pełne świeżych owoców morza, zimnego piwa i kaszmirowych narzut. Nadmorskie Chelsea, jak je nazywają.

Od trzech dni spacerujemy tyle, że nogi nam odpadają, policzki mamy zaczerwienione od angielskiego słońca i wiatru, a włosy pachną nam lasem i słoną morską wodą. Spacerujemy, pieprzymy się, kąpiemy i ucztujemy. Jak w niebie.

Budynek powstał w 1651 roku jako oberża dla celników wyruszających w wyboistą podróż do Londynu. Obecni właściciele chwalą się, że jednym ze stałych gości przybytku był słynny Norfolczyk i zwycięzca spod Trafalgaru wiceadmirał Horatio Lord Nelson. Podobno przez pięć lat bezrobocia przyjeżdżał tu w każdą sobotę po odbiór korespondencji i zatrzymywał się w pokoju numer pięć, zresztą sąsiadującym z naszym. Ciekawe, że Lord Nelson miewał okresy bez zatrudnienia. Zawsze mi się wydawało, że jeśli człowiek służy w marynarce wojennej, to służy bez przerwy. A tu proszę. Zdarza się najlepszym. Przez lata organizowano w hotelu rozmaite imprezy: aukcje żywego inwentarza, sądy wyjazdowe, festiwal Jane Austen.

W broszurce w pokoju znaleźliśmy podaną z satysfakcją informację, że w pomieszczeniu na dole, które obecnie służy jako prywatna jadalnia, odbyły się wstępne przesłuchania przed słynnym procesem „Morderczyń z Burnham”. No nie wiem, czy takim słynnym. Ja nigdy o nich nie słyszałam. Dlatego trochę poczytałam.

Historia miała swój początek w 1835 roku. Podczas rodzinnej kolacji pani Taylor, żona szewca, zaczęła gwałtownie wymiotować przy stole. Została otruta arszenikiem, który ktoś wymieszał z mąką przechowywaną w spiżarni państwa Taylorów. Podczas autopsji stwierdzono obecność arszeniku w nabłonku żołądka ofiary. W toku śledztwa wyszło na jaw, że pan Taylor miał romans z sąsiadką, panią Fanny Billing. Ta zaś krótko przed śmiercią pani Taylor poszła do miejscowego aptekarza i nabyła arszeniku za trzy pensy, który następnie trafił do mąki Taylorów, a stamtąd do klusków, które zakończyły żywot pani Taylor. Podejrzewam, że tamtego wieczoru pan Taylor wstrzymał się od jedzenia. Może był na diecie wykluczającej węglowodany.

Z informacji, które policjanci uzyskali od innej sąsiadki, wynikało, że tamtego dnia dostęp do domu państwa Taylorów miała niejaka Catherine Frary. Ktoś usłyszał, jak tuż przed przesłuchaniem mówiła do Fanny: „Trzymaj się swego, a nic nam nie zrobią”.

Następnie okazało się, że dwa tygodnie wcześniej mąż i dziecko Catherine również zmarli nagłą śmiercią.

Podejrzewano, że w grę wchodziło przestępstwo. Żołądki męża i dziecka Catherine przesłano do Norwich w celu zbadania. Potwierdzono obecność arszeniku. Świadek przebywający w domu państwa Taylorów zeznał, że widział, jak Catherine zajmuje się chorą panią Taylor – już po jej ataku przy stole – i jak „czubkiem noża wyjmuje odrobinę białego proszku z papierowej torebki”, po czym wsypuje go do kleiku pani Taylor, po raz drugi podając jej truciznę. Tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Tydzień wcześniej Fanny i Catherine otruły również szwagierkę tej drugiej.

Sądzono je w Norwich pod zarzutem zabójstwa mężów, pani Taylor, dziecka i szwagierki Catherine. Obie uznano za winne i powieszono. Jak można przeczytać w „Nile’s Weekly Register” z 17 października 1835 roku, panie „udały się w wieczny rejs na oczach licznie zgromadzonej publiczności (dwudziestu albo trzydziestu tysięcy osób), z której ponad połowę stanowiły kobiety”. „Wieczny rejs”. Ładny akcent marynistyczny.

Pomysł umieszczenia historii „Morderczyń z Burnham” w broszurce informacyjnej hotelu wydał mi się cokolwiek wątpliwy, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, po co ludzie tu przyjeżdżają.

***

O wpół do piątej wyłączamy dzwoniący budzik i wygrzebujemy się z ciepłego gniazdka gęsiego pierza i egipskiej bawełny. Ubieramy się w ciszy, sięgając po przygotowane wieczorem ciuchy: cienkie bawełniane T-shirty, buty turystyczne, dżinsy i wełniane swetry na poranny chłód. Parzę kawę w prostym ekspresie, a Mark idzie do łazienki ułożyć włosy. Nie jest próżny, po prostu jak u większości mężczyzn po trzydziestce jego przygotowania do wyjścia z reguły sprowadzają się do ogarnięcia fryzury. Lubię te jego przydługie zabiegi przed lustrem, tę delikatną rysę na perfekcyjnym wizerunku. Podoba mi się to, że wyszykowanie się potrafi mi zająć mniej czasu niż jemu. Ubrani siadamy na przykrytym kołdrą łóżku i pijemy kawę. Okno jest otwarte, Mark mnie obejmuje, milczymy. Mamy dość czasu, by wsiąść do auta i dotrzeć na plażę przed świtem. Z informatora leżącego na szafce nocnej wiemy, że słońce wzejdzie pięć po piątej.

Jedziemy na plażę w Holkham. Zamiast rozmawiać, oddychamy i myślimy. Jesteśmy razem, ale każde sam na sam z myślami. Trzymamy się jeszcze tej ciągnącej się za nami ciężkiej senności. Wszystko to ma posmak rytuału. Czasem bywa, że do naszego życia wkrada się odrobina magii, a wtedy pielęgnujemy ją, dbamy o nią jak o sukulent. Nie robimy tego pierwszy raz, to nasza tradycja. Poranek rocznicy. Wjeżdżamy na parking. Zastanawiam się, czy po ślubie, który weźmiemy za dwa miesiące, nadal będziemy świętowali ten dzień. Chyba że rolę rocznicy przejmie dzień ślubu?

Kiedy wysiadamy przed Holkham Hall, wita nas gęsta cisza. Sporadycznie przerywają ją głośne wybuchy ptasiego śpiewu. Na dźwięk zamykanych z trzaskiem drzwi stado saren pasących się na łące sąsiadującej z budynkiem podnosi głowy i zastyga. Wytrzymujemy spojrzenie zwierząt uchwyconych w chwilowym bezruchu, dopóki nie przeniosą uwagi z powrotem na trawę.

Nasz samochód jest jednym z pierwszych na gliniastym, wysypanym żwirem parkingu. Z upływem dnia zrobi się znacznie gęściej – jak zawsze – przybędą spacerowicze z psami, przyczepy do przewozu koni, jeźdźcy, rodziny chcące skorzystać z ostatnich dni ładnej pogody. Letnie upały ponoć wkrótce się skończą. Ale przecież mówi się tak każdego roku, prawda?

Nikogo nie ma w pobliżu, kiedy ruszamy żwirową ścieżką na cudownie pustą plażę w Holkham, ten sześcioipółkilometrowy biało-złoty pas, na którego skraju rośnie las sosnowy. Wiatr znad Morza Północnego wygina kępy dzikich traw i podrywa piach na grzbietach wysokich wydm. Kilometry świeżo nawianego piasku, morze i ani żywej duszy w zasięgu wzroku. W świetle przedświtu wygląda to nieziemsko. Świeżo ukształtowany, surowy pejzaż. Zawsze mi się wydaje nowym początkiem. Jak Nowy Rok.

Mark bierze mnie za rękę. Idziemy w stronę wody. Nad samym brzegiem zzuwamy buty, podwijamy nogawki dżinsów i wchodzimy do lodowatego morza.

Jego uśmiech. Jego spojrzenie. Jego rozgrzana dłoń ściskająca moją. Szczypiące zimno w stopach przechodzi w płynny biały żar łydek i ud.  G o r ą c y  lód. Idealnie wyczuliśmy moment. Niebo zaczyna się rozświetlać. Śmiejemy się. Mark zerka na wskazówki zegarka i odlicza do piątej pięć. Spoglądamy cierpliwie na wschód.

Słońce wznosi się ponad srebrne wody, ale wcześniej jego promienie rozjaśniają niebo. Na horyzoncie pojawiają się żółte smugi, które padając na wiszące nisko chmury, rozszczepiają się na pomarańczowe i różowe wstęgi. Niebo robi się błękitne. Pięknie. Tak pięknie, że zaczyna mi się kręcić w głowie.

Kiedy mam już dość chłodu, wracam na brzeg, zatrzymując się na płyciźnie, by otrzepać stopy z piasku, i wkładam buty. Blask słońca odbity od krystalicznie czystej wody pada na mój pierścionek zaręczynowy. Opadła wczesnoranna mgła, powietrze jest wilgotne, słone i rześkie. Jest bardzo jasno i przejrzyście. Niebo w ostrym błękicie. Najlepszy dzień roku. Jak zawsze. I jak co roku mnóstwo nadziei.

W październiku, krótko po swoich trzydziestych piątych urodzinach, Mark poprosił mnie o rękę. Zaskoczył mnie, mimo że jesteśmy ze sobą od lat i mogłam się tego spodziewać. Czasem się zastanawiam, czy zbyt wiele mnie nie omija. Może nie zwracam wystarczająco dużo uwagi, a może po prostu nie jestem zbyt spostrzegawcza. Bo łatwo mnie zdziwić. Zawsze jestem zaskoczona, kiedy dowiaduję się od Marka, że ten czy tamten nie przepada za tym albo tamtym, albo że komuś wpadłam w oko, albo że w kimś wywołałam inną silną reakcję. Nigdy nie zauważam takich rzeczy. To chyba nawet dobrze. Ponieważ to, o czym nie wiesz, nie może cię zranić.

Mark jest czujny. Zwraca uwagę na drobiazgi. Świetnie sobie radzi z ludźmi. Cieszą się na jego widok. Uwielbiają go. Często się zdarza, że kiedy robimy coś oddzielnie, słyszę pytanie: „A Mark przyjdzie?”, zadane tonem zdeprymowanego zawodu. Nie biorę tego do siebie, bo sama też się tak czuję. Obecność Marka wpływa pozytywnie na każdą sytuację. Mark słucha, naprawdę słucha. Utrzymuje kontakt wzrokowy. Nie jest nachalny, jego spojrzenie uspokaja – i mówi: „Wystarczy mi, że tu jestem”. Okazuje zainteresowanie. Nie stara się na ciebie wpływać; po prostu jest z tobą i tyle.

***

Siadamy wysoko na wydmie, mamy widok na przestwór morza i nieba. Tu, na górze, wieje silny wiatr. Huczy nam w uszach. Dobrze, że zabraliśmy grube swetry. Szorstka irlandzka wełna daje dużo ciepła i pachnie zwierzęciem. Rozmowa schodzi na przyszłość. Na plany. Zawsze je snujemy w rocznicę. Są jak postanowienia noworoczne powzięte w połowie roku. Od dziecka lubiłam wybiegać myślami naprzód. Planowanie sprawia mi przyjemność. Lubię robić bilans. Mark nie czynił postanowień, zanim się poznaliśmy, ale szybko przejął ode mnie ten zwyczaj, bo pasował do niego, odpowiadała mu jego postępowo-przyszłościowa natura.

Moje postanowienia są całkiem zwyczajne. Standard: więcej czytać, oglądać mniej telewizji, lepiej zarządzać czasem w pracy, spędzać więcej chwil z najbliższymi, lepiej się odżywiać, mniej pić, być szczęśliwą. A potem Mark dorzuca swoje: bardziej skupiać się na pracy.

Mark pracuje w bankowości. Tak, wiem, gwizdy, buczenie, kciuki w dół i tak dalej. Ale zapewniam, że nie jest zarozumialcem. Nie jest absolwentem Eton, nie należy do klubu pijących i nie gra w polo. Jest gościem z Yorkshire, który zapracował na swoje. Owszem, pan Roberts, jego ojciec, obecnie na emeryturze, nie był górnikiem ani nikim takim, tylko doradcą funduszu emerytalnego Prudential w East Riding, no ale.

Mark szybko wspinał się po drabinie City. Zdał egzaminy zawodowe, został traderem, wyspecjalizował się w państwowych funduszach majątkowych, skaperowano go, dostał awans, a potem przyszło  t o:  kryzys finansowy.

Przemysłowi finansowemu ziemia usunęła się spod nóg. Każdy, kto od początku rozumiał sytuację, był przerażony. Widział, jak dekoniunktura się rozwija i nakręca. Formalnie rzecz biorąc, Markowi nic nie groziło. Miał bezpieczną pracę, właściwie to nawet bezpieczniejszą niż wcześniej, ponieważ specjalizował się w długu publicznym, czyli akurat w tej dziedzinie, w której po krachu wszyscy potrzebowali pomocy. Gorzej, że mógł zapomnieć o premii – trudno, ale nie żyliśmy przecież na granicy nędzy – a wielu znajomych Marka straciło etat, co rodziło obawy. Okropnie się bałam, widząc, jak ludzie nagle zostają bez źródła dochodu; mieli dzieci w szkołach, za które trzeba było płacić, i kredyty hipoteczne, na które nie było ich już stać. Ich żony nie wróciły do pracy po porodach. Nie mieli żadnego planu B. To był rok, w którym ludzie przychodzili do nas na kolację i wybuchali płaczem. Później przepraszali, uśmiechali się dzielnie i obiecywali, że odezwą się po powrocie do rodzinnego miasta i wyjściu na prostą. Z wieloma kontakt się urwał. Dowiadywaliśmy się jakiś czas potem z drugiej ręki, że znów zamieszkali z rodzicami w Berkshire, przeprowadzili się za pracą do Australii albo rozwiedli.

Mark zmienił bank. Tam, gdzie był wcześniej zatrudniony, zwolniono wszystkich jego kolegów, przez co musiał pracować za pięciu, dlatego postanowił zaryzykować i przejść do konkurencji.

Nie przepadam za tym nowym bankiem. Nie pasuje mi. Nie wiem, jak to możliwe, ale pracujący tam mężczyźni są jednocześnie tłuści i żylaści. Nie mają kondycji i palą, co dawniej jakoś mi nie przeszkadzało, za to teraz kojarzy mi się z nerwową desperacją, cuchnie żółcią i niespełnionymi marzeniami. Czasem spotykamy się z kolegami Marka na drinka, a wtedy narzekają na swoje żony i dzieci, szydzą z nich, nie bacząc na moją obecność. Tak jakby dawali do zrozumienia, że gdyby nie te kobiety, wylegiwaliby się teraz na plaży i rwali laski.

Mark jest inny. Dba o siebie: biega, pływa, gra w tenisa, żyje zdrowo. Tymczasem musi spędzać jedenaście godzin dziennie z tymi facetami. Wiem, że jest silny psychicznie, ale też widzę, jak bardzo męczy go ta praca. A teraz dziś, w tym dniu nad dniami, w naszą rocznicę, oznajmia, że chce się bardziej skupić na pracy.

To oznacza, że będziemy się rzadziej widywali. Już teraz pracuje zbyt ciężko. Codziennie w tygodniu wstaje o szóstej, wychodzi o wpół do siódmej, zjada lunch przy biurku i wraca totalnie wypompowany wpół do ósmej wieczorem. Jemy kolację, rozmawiamy, czasem obejrzymy jakiś film, a o dziesiątej Mark już kładzie się do łóżka i gasi światło, by rano zacząć od nowa.

– Chcę to zmienić – mówi. – Pracuję tam od roku. Kiedy podpisywałem umowę, usłyszałem, że zajmę to stanowisko tylko na jakiś czas, dopóki mój wydział nie przejdzie restrukturyzacji. Ale nie przenieśli mnie na właściwą posadę i nie chcą tego zrobić. Czyli w zasadzie nie wykonuję pracy, do której mnie zatrudnili. – Wzdycha. Przeciąga dłonią po twarzy. – Powiedzmy, że nawet mi to nie przeszkadza. Mimo to muszę poważnie porozmawiać z Lawrence’em o premii na koniec roku i zmianie zespołu, bo niektóre typki, z którymi muszę pracować, nie mają pojęcia o tym, co robią. – Przerywa i spogląda na mnie. – Serio, Erin. Nie zamierzałem ci o tym mówić, ale po tym, jak w poniedziałek przeszła ta umowa, o której ci opowiadałem, Hector zadzwonił do mnie z płaczem.

– Czemu płakał? – pytam, zaskoczona.

Hector od lat jest bliskim współpracownikiem Marka. Kiedy Mark przechodził do innego banku – kiedy wszystko się sypało – obiecał Hectorowi, że postara się go ściągnąć do nowej firmy. Dotrzymał słowa. Negocjując warunki zatrudnienia, jako jeden z nich wymienił przyjęcie Hectora. Dał przyszłemu pracodawcy wybór: albo zaakceptuje obu, albo nie dostanie żadnego.

– Pamiętasz, jak ci mówiłem, że czekamy na ostateczną kwotę, żeby móc podpisać umowę? – Patrzy na mnie pytającym wzrokiem.

– No tak, odebrałeś telefon na parkingu – odpowiadam, kiwając głową.

Wybraliśmy się do pubu na lunch, Mark odszedł od stolika i przez godzinę krążył tam i z powrotem między samochodami. Nawet nie tknął jedzenia, które całkiem wystygło. Ja w tym czasie czytałam książkę. Pracuję na własny rachunek i wiem, co to znaczy wisieć na telefonie.

– Właśnie. Powiedział, że wreszcie ma tę kwotę. Są wakacje, trudno było zebrać chłopaków z działu transakcyjnego w jednym miejscu, kręcili nosami i w ogóle mu nie ułatwiali. Kierownictwo zwołało zebranie po naszym powrocie, żeby omówić kwestie nadgodzin i dobrych praktyk. Absurd. Nieważne. Hector rozmawiał z Nowym Jorkiem, próbował wyjaśnić, że nikogo nie było w biurze i dlatego podanie ostatecznej kwoty trwało tak długo. Ale oni się wściekli. Dostali, kurwa, jakiegoś szału. Andrew… Pamiętasz Andrew z Nowego Jorku, prawda? Opowiadałem ci o nim…

– To ten, który nawrzeszczał na ciebie przez telefon na ślubie Brianny? – wtrącam.

Prycha i się uśmiecha.

– Tak, to właśnie Andrew. Jest… dość nerwowy. W każdym razie Andrew drze się na Hectora, Hector panikuje, wklepuje kwotę, naciska „wyślij” i kładzie się spać. Kiedy się budzi, czekają na niego setki e-maili i nieodebranych telefonów. Okazuje się, że w kwocie znalazło się jedno zero za dużo. Greg i inni z działu transakcyjnego dopisali je celowo, żeby opóźnić procedurę podpisywania umowy. Kombinowali, że Hector spojrzy, zobaczy błąd i każe im powtórzyć obliczenia w przyszłym tygodniu, kiedy już wszyscy wrócimy do pracy po urlopach. Ale Hector nie spojrzał. Przeklepał i wysłał. No i teraz mamy prawnie obowiązującą umowę.

– Mój Boże, Mark. Nie mogą wyjaśnić, że zaszła pomyłka?

– Nie bardzo, kochanie. No więc Hector dzwoni do mnie i próbuje tłumaczyć, że po prostu założył, że kwota ma być taka, a nie inna, i że zawsze, ale to zawsze, zazwyczaj sprawdza… Ale Andrew naciskał, powiedział: „Wysyłaj!”… I zaczyna beczeć. Wiesz, czasem czuję się, jakby otaczali mnie sami skończeni… – Gryzie się w język i kręci smutno głową. – Dlatego postanowiłem wybadać grunt pod nową pracę. Zgodzę się nawet na brak premii albo niższą pensję. Rynek i tak już nie będzie taki jak kiedyś. Kogo ja próbuję oszukać? Mam serdecznie dość tego stresu. Chcę odzyskać swoje życie. Chcę odzyskać ciebie, mieć dzieci i znów spędzać z tobą wieczory.

Podoba mi się to, co mówi. Bardzo mi się podoba. Obejmuję go. Wtulam się w niego.

– Ja też tego pragnę.

– To dobrze. – Delikatnie całuje mnie w głowę.

– Znajdę jakąś dobrą posadę, złożę rezygnację z obecnej, kiedy już minie afera z Hectorem, okres zwolnienia z obowiązku świadczenia pracy wykorzystam na przygotowania do ślubu i miesiąc miodowy i mniej więcej w listopadzie znowu usiądę za biurkiem. W sam raz na święta.

Każdy zatrudniony w sektorze finansowym musi obligatoryjnie odczekać dwa miesiące, zanim podejmie pracę w nowym miejscu. W teorii chodzi o przeciwdziałanie procederowi wykorzystywania poufnych informacji, w praktyce to dwumiesięczny płatny urlop. Świetny pomysł, niezły plan. Oby się powiódł. Sama też nie pogardziłabym kilkoma tygodniami odpoczynku. Czemu nie? Moglibyśmy się wybrać w podróż poślubną z prawdziwego zdarzenia. Obecnie pracuję nad swoim debiutanckim dokumentem pełnometrażowym, ale do ślubu powinnam zakończyć pierwszy etap zdjęć i będę mogła zrobić sobie trzy albo cztery tygodnie wolnego, zanim przystąpię do drugiego etapu. Te trzy albo cztery tygodnie zdecydowanie mogą nam się przydać.

Czuję, jak wypełnia mnie ciepło. Jest i będzie dobrze.

– Dokąd wyjedziemy? – pyta Mark.

– W podróż poślubną?

Rozmawiamy o tym tak naprawdę po raz pierwszy. Do ślubu pozostały dwa miesiące. Zajęliśmy się wszystkim i wszystko ustaliliśmy – poza tą jedną kwestią. Była nietknięta jak nierozpakowany prezent. Ale to chyba dobry moment, by poruszyć temat. Strasznie się przejęłam perspektywą wyjazdu. I tym, że przez kilka tygodni będę miała Marka tylko dla siebie.

– Zaszalejmy! Kto wie, może to ostatni raz kiedy mamy czas i pieniądze – rzucam z zapałem.

– Zgoda! – odpowiada z podobnym entuzjazmem.

– Dwa… nie, trzy tygodnie? – podsuwam.

Mrużę oczy, szybko sobie przypominam harmonogram zdjęć i wywiadów, które muszę przeprowadzić. Mogę się wyrwać na trzy.

– O, i to jest rozmowa! Karaiby? Malediwy? Bora-Bora?

– Bora-Bora – decyduję. – Nie mam pojęcia, gdzie to jest, ale brzmi super. Pieprzyć to! Polećmy pierwszą klasą! Możemy?

Mark szczerzy zęby w uśmiechu.

– Możemy. Kupię bilety.

– Super! – Nigdy wcześniej nie leciałam pierwszą klasą.

A potem mówię coś, czego będę żałowała prawdopodobnie do końca życia.

– Jestem gotowa z tobą zanurkować. Kiedy już tam będziemy. Spróbuję. Zejdziemy razem pod wodę. – Mówię to, bo wydaje mi się, że to dobry i ważny dowód mojej miłości do Marka. Jestem jak kot z martwą myszą w pyszczku. Przynoszę mu ją i kładę na wycieraczce, czy tego chce, czy nie.

– Poważnie? – Wpatruje się we mnie z niepokojem, mrużąc oczy pod słońce.

Wiatr mierzwi jego ciemne włosy. Nie spodziewał się tego po mnie.

Mark jest nurkiem z uprawnieniami. Na każdej wycieczce, na jaką zdarzyło nam się razem pojechać, namawiał mnie na wspólne zejście pod wodę, ale zawsze tchórzyłam. Mam złe wspomnienia z nurkowaniem z czasów, zanim się poznaliśmy. Spanikowałam. Niby nic się nie stało, ale sama myśl o zanurzeniu się w wodzie budzi we mnie cholernie silny strach. Nie lubię tego poczucia bycia uwięzioną. Myślenie o ciśnieniu i powolnym wypływaniu na powierzchnię napełnia mnie lękiem. Mimo to chcę spróbować – dla niego. Nowe wspólne życie, nowe wyzwania.

Uśmiecham się.

– Jak najbardziej!

Dam radę. To nie może być trudne, skoro nawet dzieci to robią. Nic mi nie będzie.

Patrzy na mnie.

– Zajebiście cię kocham, Erin Locke – mówi. Tak po prostu.

– Ja też cię zajebiście kocham, Marku Robertsie.

Pochyla się, przysuwa i mnie całuje.

– Czy naprawdę istniejesz? – pyta, wpatrując się w moje oczy.

Graliśmy już w tę grę, która wcale nie jest grą, a jeśli już, to raczej igraszką.

Pytanie Marka brzmi: „Czy to się dzieje naprawdę?”. Bo jest tak dobrze, że to na pewno jakiś podstęp, pomyłka. Na pewno kłamię – czy rzeczywiście?

Odczekuję chwilę. Pozwalam mięśniom twarzy rozluźnić się pod spojrzeniem Marka. Pozwalam, by źrenice się zwęziły niczym implodujący wszechświat, i spokojnie odpowiadam:

– Nie.

Nie istnieję naprawdę. Przerażające. Zrobiłam to dotąd raptem kilka razy. Zniknęłam. Stałam się jak telefon, w którym ktoś przywrócił ustawienia fabryczne.

– Nie, nie istnieję – rzucam z obojętną miną.

To musi wyglądać, jakbym mówiła poważnie.

Najlepiej działa wtedy, kiedy wygląda przekonująco.

Wzrok Marka przemyka po mojej twarzy, szuka punktu zaczepienia, czegoś, na czym mógłby oprzeć zrozumienie. Ale niczego nie znajduje. Zniknęłam.

Wiem, że się martwi. W głębi duszy nosi obawę, że pewnego dnia rzeczywiście się ulotnię. Odejdę. Że to się nie dzieje naprawdę. Że kiedy się obudzi, dom będzie wyglądał tak samo jak zawsze, tylko mnie w nim nie będzie. Znam ten lęk, widzę, jak w tej czy tamtej chwili przebiega po jego twarzy, na przykład kiedy jesteśmy ze znajomymi albo stoimy w dwóch końcach pomieszczenia pełnego ludzi. Widzę je, to spojrzenie, i wtedy wiem, że  M a r k  naprawdę istnieje. Teraz też dostrzegam to w jego twarzy. I niczego więcej nie potrzebuję.

Pozwalam ustom, by ułożyły się w uśmiech, i naraz oblicze Marka eksploduje radością. Zaczyna się śmiać. Emocje sprawiają, że jego policzki robią się czerwone. Śmieję się i ja, a wtedy on obejmuje dłońmi moją twarz i składa pocałunek na ustach. Jakbym wygrała zawody. Jakbym wróciła z wojny. Brawo ja. Mój Boże, Mark, jak ja cię kocham, myślę. Ciągnie mnie w trawy porastające słone błota. Pieprzymy się, a gdy zaciskamy palce na wełnianych swetrach i mokrej skórze, z naszych ruchów wyziera desperacja. Kiedy dochodzi, szepczę mu do ucha:

– Naprawdę istnieję.

3Poniedziałek, 11 lipcaTelefon

W zeszłym roku wreszcie dostałam wsparcie finansowe od fundacji więziennej, która zgodziła się współprodukować mój pierwszy samodzielny film. Rodzi się powoli po latach planowania i zbierania materiałów: mój własny pełnometrażowy dokument. Obowiązki związane z gromadzeniem materiałów oraz preprodukcją udawało mi się przeplatać rozmaitymi projektami, którymi zajmowałam się z pozycji wolnego strzelca, a za dziewięć dni wreszcie rozpoczynam zdjęcia. Będę filmowała swoje rozmowy z osadzonymi. Włożyłam w to istotne dla mnie przedsięwzięcie mnóstwo serca i mam ogromną nadzieję, że wypali. Wiadomo, że nie wszystko da się zaplanować i że czasem trzeba po prostu pozwolić się porwać fali. To ważny rok. Dla mnie. Dla nas. Film, ślub – mam wrażenie, jakby wszystko działo się naraz. Myślę, że znalazłam się na tym magicznym etapie mojego życia, na którym wreszcie realizują się plany obmyślone, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat. Urzeczywistniają się jednocześnie, jakbym celowo tak to zorganizowała, choć nie pamiętam, aby stało za tym moje świadome działanie. Chyba po prostu tak już jest w życiu: nic, nic, a potem wszystko w jednym rzucie.

Pomysł na film jest naprawdę bardzo prosty, przyszedł mi do głowy pewnego popołudnia, kiedy opowiadałam Markowi o swoich przeżyciach ze szkoły z internatem. Wieczorami po zgaszeniu świateł godzinami siedziałyśmy z dziewczynami w ciemności i gadałyśmy o tym, co będziemy robiły po powrocie do domu. Co będziemy jadły, kiedy same będziemy mogły o tym decydować. Fantazjowałyśmy bez końca o wyimaginowanych posiłkach. O yorkshire puddingu z sosem albo o kiełbaskach na patyku. Wyobrażałyśmy sobie, co będziemy nosiły, kiedy same będziemy mogły o tym decydować. Dokąd będziemy chodziły, co będziemy robiły, kiedy wreszcie odzyskamy wolność. Mark zauważył, że brzmi to, jakbym siedziała w więzieniu. Że marzyłyśmy o domu, tak jak to robią więźniowie.

Stąd mój pomysł na film dokumentalny. Scenariusz nie należy do skomplikowanych. Opowiem w nim historię trojga osadzonych, pokażę ich życie w trakcie odbywania kary i po wyjściu na wolność, posłużę się wywiadami i ujęciami jak z ukrytej kamery. Dwie kobiety i jeden mężczyzna przed zwolnieniem i po nim podzielą się ze mną swoimi nadziejami i marzeniami dotyczącymi życia na wolności. Na dziś zaplanowałam ostatnią wstępną rozmowę telefoniczną z ostatnim więźniem z listy, a potem spotkam się osobiście z każdą z tych osób i przeprowadzę z nią wywiad. Z dwiema kobietami kandydatkami na bohaterki mojego dokumentu kontaktowałam się już kilka razy, natomiast uzyskanie dostępu do mężczyzny okazało się znacznie trudniejsze. No, ale dziś wreszcie odbędzie się ta z trudem wywalczona rozmowa. Czekam na telefon od Eddiego Bishopa.  T e g o  Eddiego Bishopa, jednego z ostatnich żyjących gangsterów z East Endu. Stuprocentowo prawdziwego gangstera, lubiącego łapać za siekierę i rąbać wrogów, przesiadującego w nocnych klubach i kasynach, rymującego cockneyem. Był jednym z najważniejszych członków gangu Richardsonów, a do niedawna kierował jedną z największych londyńskich organizacji przestępczych, działającą po południowej stronie Tamizy.

Wpatruję się w telefon stacjonarny. Nie dzwoni. A powinien. Jest dwanaście po pierwszej. Od dwunastu – nie, już od trzynastu – minut czekam na połączenie z więzienia Pentonville. Rozmowy z pozostałymi bohaterkami – Aleksą i Holli – odbyły się równo o czasie. Zastanawiam się, o co może chodzić i czy przypadkiem Eddie nie zmienił zdania i nie wycofał się w ostatniej chwili. Modlę się też, żeby nie odwidziało się dyrekcji więzienia.

Uzyskanie od dyrekcji zgody na cokolwiek było drogą przez mękę, dlatego ostatecznie uznaliśmy, że przeprowadzę wywiady sama przed nieruchomą kamerą. Zdjęcia będą surowe, naturalistyczne, ale w sumie będą pasowały do klimatu, więc nawet jestem zadowolona. Kiedy moi bohaterowie opuszczą mury więzienia, przejdę do drugiego etapu filmowania i wtedy dołączą do mnie Phil i Duncan.

Phil jest operatorem, którego znam i któremu bezgranicznie ufam. Raz, że ma świetne oko, a dwa, że łączy nas podobny zmysł estetyczny – wiem, że to brzmi pretensjonalne, ale naprawdę ma duże znaczenie. Natomiast z Duncanem pracowałam kilka razy wcześniej i było to przyjemne doświadczenie, co ważniejsze jednak, Duncan jest fachowcem, na jakiego mnie nie stać. Obaj panowie raczej nie zarobią na moim projekcie, dofinansowanie jest, przyznaję, niezłe, ale nie aż tak wysokie. Na szczęście Philowi i Duncanowi mój pomysł na film bardzo się podoba i wierzą w niego tak samo jak ja.

Przeglądam plastikową teczkę zawierającą z trudem wywalczone pozwolenia z Ministerstwa Sprawiedliwości i Służby Więziennej. W swoim dokumencie chcę przede wszystkim nadpisać konwencjonalny obraz więźnia portretami trojga szczególnych osób, oderwanymi od nadbudowy ciążących na nich wyroków. Holli i Eddie zostali skazani za przestępstwa bez ofiar i osadzeni na cztery do siedmiu lat. Alexa dostała dożywocie z możliwością ubiegania się o przedterminowe zwolnienie po czternastu latach. Czy jednak te wyroki mówią cokolwiek o nich jako ludziach? Czy na ich podstawie jesteśmy w stanie wyciągnąć wniosek, która z tych osób jest bardziej niebezpieczna? A która jest lepszym człowiekiem? Komu moglibyśmy zaufać? Przekonamy się.

Biorę telefon, przeciągam kabel i siadam na kanapie w plamie północnolondyńskiego słońca, którego promienie wpadają przez okno, ogrzewając mi ramiona i kark. W tym roku brytyjskie lato ociąga się z odejściem. Z reguły możemy się cieszyć jedynie kilkoma dniami prawdziwie wakacyjnej aury, a tu proszę: trzy tygodnie ładnej pogody i słońce wciąż raźno świeci. Podobno tylko chwilowo, ale ta chwila trwa i trwa. Mark jest w pracy, w domu panuje cisza. Słychać jedynie stłumiony warkot ciężarówek i bzyczenie skuterów na odległej głównej arterii Stoke Newington. Wyglądam przez otwierane do góry georgiańskie okno na nasz ogródek za domem. Pod płotem przechadza się czarny kot w białych skarpetkach.

***

Nie zaszłabym tak daleko, gdybym nie zaciągnęła długów wdzięczności. Fred Davey, reżyser, który dał mi pierwszą pracę w tym fachu, poręczył za mnie w liście do Ministerstwa Sprawiedliwości. Jestem przekonana, że dwie nagrody BAFTA i nominacja do Oscara na koncie Freda pomogły mojej sprawie daleko bardziej niż streszczenie, które zamieściłam w propozycji filmowej. Zainteresowanie moim dokumentem wyraziła ITV, a Channel 4 ujął się za mną w kolejnym liście (bo wcześniej wyemitował moje dwie krótkie produkcje). Poparła mnie, rzecz jasna, szkoła, do której chodziłam. Dostałam referencje od White Cube (nie wiem, czy mają dla Ministerstwa Sprawiedliwości jakiekolwiek znaczenie), od wszystkich firm producenckich, z którymi zdarzyło mi się współpracować, oraz od Creative England, która od początku pracy nad filmem wspomaga mnie nie tylko finansowo.

No i mam Eddiego Bishopa, ma się rozumieć. Tłusty kąsek, spełnienie marzeń dokumentalisty. Obietnica wywiadu z nim załatwiła mi finansowanie. Dlatego telefon, na który czekam, jest tak ważny. Bo po prostu Eddie jest ważny.

Nie każdy wie, że historia życia Eddiego to właściwie historia brytyjskiej przestępczości. Związał się z gangiem Richardsonów w wieku osiemnastu lat, kiedy organizacja była u szczytu potęgi, tuż przed rozpadem w 1966 roku. Anglia zdobywała Puchar Świata, a Richardsonowie wojowali z braćmi Kray o wpływy.

Eddie miał zadatki na gangstera. Można było na nim polegać, działał prosto i skutecznie, bez zbędnego kombinowania, zawsze robił to, co do niego należało, o cokolwiek chodziło. Nie narzekał, brudną robotę załatwiał na czysto. Bardzo szybko stał się niezastąpiony w organizacji Richardsonów. Do tego stopnia, że kiedy latem 1966 roku policja w końcu aresztowała braci, Eddie Bishop przejął stery i bez większych perturbacji kierował gangiem, w czasie gdy Richardsonowie i pozostali siedzieli za kratkami.

Eddie odbudował sieć powiązań w południowym Londynie i rządził nią przez czterdzieści dwa lata, dopóki siedem lat temu nie zatrzymano go pod zarzutem prania brudnych pieniędzy. Przez cztery dekady rozdawał karty w południowym Londynie, mordował, okaleczał, wymuszał na potęgę, ale jedyne, co zdołano na niego znaleźć, to pranie pieniędzy.

Drr, drr.

Dźwięk dzwonka przeszywa ciszę. Przenikliwy, uporczywy. Od razu robię się niespokojna.

Drr, drr. Drr, drr.

Mówię sobie: spokojnie, przecież to samo robiłaś z innymi. Będzie dobrze. Biorę roztrzęsiony oddech, sięgam po słuchawkę, przykładam ją do ucha, do ust.

– Halo?

– Dzień dobry, czy rozmawiam z Erin Locke? – Oschły kobiecy głos, na ucho czterdziestoparoletni. Zdecydowanie nie brzmi jak Eddie Bishop. Nie tego się spodziewałam.

– Tak, przy telefonie.

– Mówi Diane Ford. Dzwonię z więzienia Pentonville. Pan Eddie Bishop chciałby z panią rozmawiać. Czy mam przełączyć? – Diane Ford ma znudzony głos. Nie obchodzi jej, kim jestem ani kim jest Eddie. Dla niej to po prostu jeden z wielu telefonów.

– E… tak. Dziękuję. – Rozłącza się. Kliknięcie i dźwięk zawieszonego połączenia.

Eddie nigdy wcześniej nie udzielał wywiadów. Nigdy nie powiedział nikomu ani słowa na temat tego, czym się zajmował. Nigdy. Nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że to ja będę tą, dla której przerwie milczenie. Zresztą nawet nie wiem, czy bym tego chciała. Eddie zajmuje się zawodową gangsterką dłużej, niż ja żyję na świecie. Nie mam pojęcia, dlaczego zgodził się na udział w moim dokumencie, ale nie wnikam. Eddie sprawia wrażenie człowieka, który niczego nie robi bez powodu, dlatego myślę, że wkrótce się dowiem.

Biorę jeszcze jeden nierówny oddech.

Jest połączenie.

– Mówi Eddie. – Głęboki, ciepły ton. Silne cockneyowe zwarcie krtaniowe. Dziwnie się czuję, słysząc w końcu ten głos.

– Witam, panie Bishop. Cieszę się, że wreszcie możemy porozmawiać. Z tej strony Erin Locke. Jak pan się dziś czuje? – Dobry początek. Bardzo profesjonalny.

Słyszę, jak Eddie szura po podłodze i usadawia się.

– Witaj, kochanie. Miło cię słyszeć. Locke, mówisz? Czyli jeszcze nie Roberts? Kiedy ten wielki dzień? – rzuca radośnie i bez zastanowienia.

Słyszę rozbawienie w jego głosie. W innych okolicznościach pytanie świadczyłoby o uprzejmości. Mam ochotę uśmiechnąć się do słuchawki, ale się powstrzymuję. Dociera do mnie, że Eddie musiał mnie prześwietlić – bo skąd wiedziałby o zbliżającym się ślubie, o zmianie nazwiska, o Marku? Przecież siedzi za kratkami – czyli musiał  k a z a ć  komuś mnie prześwietlić. W dodatku ta czynność wymaga czegoś więcej niż szybka runda po internecie. Nie ma mnie w mediach społecznościowych, nie bawię się w Facebooka. Każdy dobry dokumentalista świetnie zdaje sobie sprawę, co można zrobić, dysponując informacjami uzyskanymi z mediów społecznościowych, dlatego trzymam się od nich z daleka. Tym jednym krótkim zdaniem Eddie Bishop poinformował mnie, że kazał wziąć mnie pod lupę. Zbadać. Jest górą i wie o mnie wszystko. O Marku. O naszym życiu.

Waham się chwilę przed odpowiedzią. Sprawdza mnie. Nie chciałabym się potknąć na tym etapie.

– Widzę, panie Bishop, że oboje zasięgnęliśmy języka. Dowiedział się pan czegoś ciekawego?

W mojej przeszłości nie ma nic przesadnie kontrowersyjnego, żadnych cuchnących trupów w szafie. Wiem to przecież, ale i tak czuję się odsłonięta, narażona na atak. To jego pokaz mocy, werbalna granica narysowana patykiem na piasku. Chce, żebym wiedziała, że choć od siedmiu lat siedzi w więzieniu, i tak pociąga za wszystkie sznurki. Przeraziłabym się nie na żarty, gdyby nie był w tym wszystkim tak bardzo otwarty.

– Raczej się uspokoiłem, kochanie. Poczułem się pokrzepiony. Ostrożności nigdy dość – mówi.

Uznał, że mu nie zagrażam, ale chce, bym wiedziała, że ma mnie na oku.

Wstaję i zaczynam zawodową gadkę, jednocześnie próbując rozplątać kabel od telefonu.

– Dziękuję, że zgodził się pan wystąpić w moim dokumencie. Jestem bardzo wdzięczna i zapewniam, że podejdę do kwestii wywiadu uczciwie i bez uprzedzeń. Nie zamierzam nikogo oceniać, jestem też daleka od wskazywania winnych. Chcę po prostu opowiedzieć pańską historię, a raczej pozwolić, aby pan sam to zrobił w taki sposób, w jaki ma ochotę. – Oby wiedział, że mówię poważnie. Założę się, że w przeszłości nieraz próbowano go wykiwać, wciskając taki kit.

– Wiem, kochanie. Jak myślisz, dlaczego się zgodziłem? Jesteś wyjątkowa. Tylko mnie nie zawiedź, dobrze? – Zawiesza głos, żeby to do mnie dotarło, po czym rozładowuje napięcie. – To kiedy zaczynamy? – pyta takim tonem, jakby nie mógł się doczekać.

– Zaplanowaliśmy spotkanie na dwudziestego czwartego września, czyli mniej więcej za dwa i pół miesiąca. Wychodzi pan na wolność na początku grudnia, więc myślę, że jakoś bliżej tego terminu ustalimy, kiedy nakręcimy część materiału obejmującą okres po odzyskaniu swobody. Czy miałby pan coś przeciwko, gdyby nasza kamera towarzyszyła panu w dniu zwolnienia? – pytam.

Jestem w swoim żywiole. Oto, do czego sprowadzają się wszystkie moje plany. Jeśli uda nam się sfilmować moment, w którym Eddie opuszcza więzienie, to będzie naprawdę coś.

– Powiem ci szczerze, kochanie, że miałbym – odpowiada łagodnie, acz stanowczo. – Tego dnia będę miał trochę na głowie, wiesz? Może dałabyś mi dzień albo dwa? Co ty na to? – Negocjujemy. Jest gotów pójść na ustępstwa – to dobry znak.

– Oczywiście. Uporamy się z problemem na bieżąco. Ma pan mój numer, będziemy się kontaktowali i starali dopasować terminy. Żaden kłopot. – Przyglądam się kotu. Skrada się zgarbiony, z pochyloną głową.

Eddie odchrząkuje.

– Panie Bishop, czy jest jeszcze coś à propos wywiadów bądź harmonogramu zdjęć, o co chciałby pan zapytać na tym etapie?

Śmieje się.

– Nie, kochanie. Sądzę, że wystarczy na dziś. Proszę cię tylko, żebyś zwracała się do mnie po imieniu. Miło było wreszcie z tobą porozmawiać po tym wszystkim, co o tobie usłyszałem.

– Bardzo się cieszę. Nawzajem, Eddie.

– Aha, przekaż pozdrowienia Markowi, dobrze? Sprawia wrażenie miłego gościa.

Uwaga rzucona mimochodem, która jednak sprawia, że mnie zatyka. Zatem prześwietlił też Marka. Mojego Marka. Nie wiem, co powiedzieć. Wahanie przechodzi w długą ciszę w słuchawce. Eddie postanawia ją wypełnić.

– Opowiedz, jak się poznaliście – proponuje.

Cholera. Tu nie chodzi i nie powinno chodzić o mnie.

– Obawiam się, Eddie, że to nie twoja sprawa. Zgodzisz się ze mną? – odpowiadam z wymuszonym uśmiechem.

Mówię spokojnie, pewnym siebie głosem z odrobiną – co dość osobliwe – erotyzmu. Z jednej strony zupełnie nie na miejscu, a z drugiej – jak najbardziej tak.

– Ha! Rzeczywiście. Masz rację, kochanie. To nie moja sprawa. – Wybucha śmiechem. Słyszę, jak jego rechot odbija się echem od ścian więziennego korytarza. – To było niezłe, kochana, naprawdę niezłe.

I już. Wracamy na właściwe tory. Idzie gładko. Dogadujemy się. Ja i Eddie Bishop.

Uśmiecham się do słuchawki, stojąc sama w pustym salonie, skąpana w blasku słońca.

4Jak się poznaliśmy

Poznałam Marka w Annabel’s, prywatnym klubie w Mayfair. Od razu zaznaczę, że żadne z nas nie należy do stałych bywalców takich miejsc. Dla mnie to był pierwszy i ostatni raz. Nie dlatego, że źle wspominam wizytę w klubie; świetnie się bawiłam – mój Boże, spotkałam w nim miłość mojego życia – ale samo to, że w ogóle się tam znaleźliśmy, było czystym przypadkiem. Annabel’s to osobliwy lokal. Przycupnął w niepozornym budynku przy Berkeley Square i przez pięć dekad działalności gościł w swych progach najrozmaitsze postaci: od Nixona po Lady Gagę. Założony w latach sześćdziesiątych przez Marka Birleya – z pomysłu jego serdecznego przyjaciela Lorda Aspinalla – klub zaczynał jako kasyno, bardziej jednak w typie Bonda z epoki Seana Connery’ego niż speluny pełnej jednorękich bandytów. Birley obracał się wśród arystokracji, polityków i przestępców, toteż – jak łatwo sobie wyobrazić – ciągnął do niego diablo atrakcyjny tłum. Stworzył dyskretny klub nocny, teren łowów, prowadzony przez establishment i przeznaczony dla establishmentu. Nie należałam do klubu, ale tamtego wieczoru poszłam tam, zaproszona przez jedną z członkiń.

Poznałam Caro przy okazji któregoś z pierwszych zleceń po skończeniu National Film and Television School. Chodziło o dokument o galeriach White Cube. Bardzo się cieszyłam, że dostałam to zlecenie. Mój wykładowca szepnął słówko producentce i podsunął mój pierwszy krótki metraż, który bardzo jej się spodobał. Zostałam asystentką operatora Freda Daveya, jednego z moich idoli, tego samego, który później miał mi pomóc uzyskać zlecenie na pierwszy pełny metraż. Na szczęście świetnie się dogadaliśmy; dobrze sobie radzę z trudnymi ludźmi. Przychodziłam wcześnie i wszystko przygotowywałam. Wnosiłam kawę i uśmiech. Starałam się być niewidzialna i zarazem niezastąpiona. Umiejętnie balansowałam na granicy kokieterii i solidności.

Caro odpowiadała w dokumencie za gadające głowy. Była najmądrzejszą osobą, jaką znałam, a przynamniej najlepiej wykształconą. Ukończyła z wyróżnieniem historię w Cambridge, idąc w ślady Simona Schamy i Alaina de Bottona. Mimo że po studiach nie mogła narzekać na brak ofert pracy w zawodzie, nieoczekiwanie przyjęła propozycję poprowadzenia nowej galerii sztuki, za którą stały pieniądze jej bliskiej znajomej z czasów, gdy razem chodziły do prywatnej szkoły podstawowej. Pięć lat później galeria zasłynęła odkryciem nowego pokolenia brytyjskich artystów. Po pierwszym dniu zdjęciowym Caro zaprosiła mnie na drinka i tak narodziła się nasza przyjaźń.

Caro była niesamowita. Miała w zwyczaju w zawoalowany sposób odnosić się do swojego pochodzenia. Spomiędzy gęstych aluzji wyławiałam wzmianki o jej światłych, postępowych przodkiniach. Była fascynująca i efektowna. Po kilku tygodniach znajomości zabrała mnie do Annabel’s.

***

Po raz pierwszy ujrzałam Marka, kiedy wracałam z toalety. Ukryłam się w niej przed nudziarzem od funduszy hedgingowych, który ubzdurał sobie, że moje sporadyczne potakiwanie połączone z rozpaczliwym rozglądaniem się po sali oznacza zainteresowanie nim. Jedna z dziewczyn doniosła mi, że Pan Fundusz z kieliszkiem w dłoni cierpliwie czeka przed wejściem do damskiej toalety. Postanowiłam więc skorzystać z okazji i sprawdzić, co się dzieje na świecie. Wyjęłam telefon i buszowałam w sieci przez dobre dziesięć minut, zanim odważyłam się wyjrzeć. Pan Fundusz zniknął. Poszedł zabiegać o względy jakieś innej wątpliwej szczęściary. Czym prędzej udałam się do baru. Zauważyłam tył płowo-złotej sukienki. Caro rozmawiała z kimś z ożywieniem. Potem obróciła się w prawo, odsłaniając rozmówcę.

Stanęłam w miejscu, i to dosłownie. Moje ciało wyprzedziło umysł i uznało, że nie jestem tym dwojgu potrzebna do szczęścia. Caro, wysoka, pewna siebie wojowniczka, robiła olśniewające wrażenie. Złota lama sukienki przylegała do wszystkich jej krągłości. Było widać, że pod spodem Caro nie ma bielizny. Wyglądała jak modelka z reklamy perfum w kolorowym magazynie z górnej półki. A mężczyzna, który jej towarzyszył, prezentował się równie imponująco. Był doskonały. Wysoki, rosły, umięśniony, ale nie w wulgarny sposób; na pierwszy rzut oka wcale nie było widać, że ćwiczy. Może uprawiał wioślarstwo, a może grywał w tenisa. Albo ścinał drzewa. Tak, byłby dobrym drwalem. Pamiętam, że poczułam wtedy nienaturalnie silne pragnienie, by zobaczyć, jak to robi. Zmierzwione krótkie brązowe włosy, jakby dopiero wstał z łóżka, ale bez przesady, nie raziłyby nawet na spotkaniu biznesowym. Uśmiechnął się szeroko, rozbawiony czymś, czego nie usłyszałam, a Caro wybuchnęła śmiechem. Nie wiem dlaczego, ale raptem przyspieszyłam. Lubię myśleć, że to ciało przejęło nade mną kontrolę, że poczułam jakąś potrzebę na poziomie komórkowym. W każdym razie wyprostowałam plecy i wypięłam pierś, nie do końca panując nad sobą i nie za bardzo wiedząc, co właściwe powiem, kiedy już do nich podejdę. Uchwycił mnie spojrzeniem, kiedy dzieliło nas jeszcze co najmniej dziesięć kroków, i objął nim w sposób, jaki zapamiętałam i za którym stale tęskniłam. Jego wzrok badał moją twarz, przeskakiwał z oczu na usta i z powrotem, szukał  m n i e.

Po zejściu z planu miałam czas, żeby się przebrać. Zdecydowałam się na klasyczny kombinezon jednoczęściowy w kolorze przydymionego różu i różowozłote odkryte buty z paseczkami. Moja wariacja na temat stroju Faye Dunaway z Sieci, wyłącznie na nadzwyczajne sytuacje wieczorne. Wyglądałam całkiem nieźle. Wiem, bo przecież faceci tacy jak Pan Fundusz nie lecą na osobowość.

Caro podąża za wzrokiem brązowowłosego mężczyzny i obraca głowę w moją stronę.

– Witaj, kochanie! Gdzieś ty się podziewała? – Posyła mi promienny uśmiech, naturalnie zadowolona z wrażenia, jakie obie robimy. Czuję, jak rumieniec wspina mi się po szyi, ale na szczęście udaje mi się go stłumić.

– Marku, ta zachwycająca istota ma na imię Erin i jest moją przyjaciółką. To artystka. Kręci filmy dokumentalne. Geniusz – grucha Caro, biorąc mnie pod rękę w zaskakująco zaborczy sposób. Miło jest być pożądaną.

– Erin, przedstawiam ci Marka. Mark pracuje w City i kolekcjonuje sztukę nowoczesną. Zdążyliśmy ustalić, że nie przepada za pracami wykorzystującymi kałasznikowy i ludzkie paznokcie. Poza tym jest otwarty, prawda?

Mark uśmiecha się i wyciąga do mnie rękę.

– Miło mi cię poznać, Erin.

Te oczy trzymają mnie na uwięzi i wciągają. Podaję mu rękę jak mężczyzna i mocno ściskam. Czuję jego ciepłą dłoń, jak obejmuje moje palce, nadal chłodne od wody w kranie w toalecie.

Obdarzam go uśmiechem, któremu pozwalam się przelać z ust do kącików oczu.

– Nawzajem – mówię.

Koniecznie muszę się dowiedzieć, czy jest zajęty i czy mogę go mieć. To jak – mogę?

– Napijecie się czegoś? – proponuję.

– Ja muszę najpierw pójść za twoim przykładem. Za minutkę wracam, skarbie – piszczy Caro, obraca się na pięcie i znika, ciągnąc za sobą gęstą chmurę perfum.

Zostawiła mi go. Ale cóż, w świecie takich ludzi jak Caro atrakcyjni faceci to chleb powszedni.

Mark lekko luzuje krawat kciukiem i palcem wskazującym. Ciemnogranatowy garnitur. Ja pierdolę.

– Mark, a ty? – pytam. – Napijesz się?

– O rany, nie, przepraszam, ja to zrobię. – Zamawia szampana skinieniem głowy i ruchem dłonią.

Wskazuje wnękę, w której stoi niski stolik. Siadamy. Okazuje się, że poznał Caro dosłownie kilka chwil wcześniej i że przyszedł sam. To znaczy z kolegą Richardem.

– Który rozmawia z tamtą uroczą damą. – Wskazuje kobietę ewidentnie wyglądającą jak osoba do towarzystwa. Lateksowe buty do kolan i rozbiegane, znudzone spojrzenie. Richardowi nie przeszkadza konwersacyjna bierność partnerki, jako że sam załatwia kwestię rozmowy za oboje.

– Wow, okej. Ciekawe. – Tego się nie spodziewałam. Wow.

Mark szczerzy zęby w uśmiechu i kiwa głową. Nie udaje mi się powstrzymać parsknięcia śmiechem. Mark dołącza do rozbawienia.

– Richard jest moim przyjacielem – zaczyna z udawaną powagą. – Przyleciał na jeden dzień ze Szwajcarii, gdzie pracuje w banku. Robię za jego opiekuna. A może raczej ochroniarza? Trudno powiedzieć. Mam go zabierać tam, gdzie będzie miał ochotę. A miał ochotę przyjść… tu. Jakie dokumenty kręcisz?

– W tej chwili żadnych. Ale to dlatego, że tak naprawdę dopiero zaczynam. Zrobiłam krótki metraż o norweskich rybakach. Wyszło mi coś na kształt hołdu Melville’owi, jakbyś wymieszał Biznesmena i gwiazdy i Starego człowieka i morze. – Zerkam, czy go przypadkiem nie nudzę. Uśmiecha się i kiwa zachęcająco głową.

Rozmawiamy przez bite dwie godziny. Rozpracowujemy butelkę Kruga, za którego mam nadzieję, że on zapłaci, bo kosztował pewnie tyle, co mój miesięczny czynsz. Jedno i drugie – rozmowa i szampan – płyną gładko. W chwilach, gdy Mark się uśmiecha, odruchowo napinam mięśnie ud.

Czar pryska, kiedy znajomy Marka posyła mu spojrzenie z drugiego końca pomieszczenia i pokazuje, że ulatnia się w towarzystwie rozmownej damy. Zapewne doszli do jakiegoś z trudem wynegocjowanego porozumienia.

– Obawiam się, że tą magiczną nutą będę musiał zakończyć moją dzisiejszą wizytę w klubie. – Mark z ociąganiem wstaje z krzesła.

– Musisz go odstawić do hotelu? – gram na zwłokę.

Nie chcę go prosić o telefon; wolę, żeby to on poprosił mnie.

– Broń Boże, to by było… Nie, na szczęście nie. Zapakuję ich do taksówki i na tym koniec. A ty?

– Caro mieszka w okolicy. Pewnie prześpię się u niej na kanapie. – Robiłam to już wcześniej i muszę szczerze przyznać, że jej rozkładana sofa jest znacznie wygodniejsza od mojego łóżka.

– Ale tak w ogóle to mieszkasz na północy, prawda? – Teraz to on też przeciąga pożegnanie.

Spoglądam nad jego ramieniem i widzę, że zniecierpliwiony Richard kręci się przy schodach. Jego towarzyszka pewnie już zeszła na dół i czeka, znudzona przechodniami.

– No tak, na północy. W Finsbury Park. – Nie bardzo wiem, do czego zmierza rozmowa. Zaczynamy się plątać.

Mark stanowczo kiwa głową. Decyzja została podjęta.

– Super. E… dobra, powiem krótko. No więc siostra kupiła mi projektor pod choinkę i powiem ci, że to nawet fajna zabawka. Rzucam obraz na pustą ścianę w mieszkaniu i naprawdę zajebiście wygląda. Może by ci się spodobało. Mam parę dokumentów. Strzał w ciemno, ale przymierzałem się do czterogodzinnego filmu o Nicolae Ceaușescu, więc jeśli…

Patrzę na niego i myślę: „Ceaușescu? To żart?”. Trudno powiedzieć. Niewykluczone, że to najbardziej błyskotliwie osobliwe zaproszenie na randkę, jakie kiedykolwiek słyszałam. Reflektuję się, że mu nie odpowiedziałam. Ale Mark nie przestaje mówić, nie pozwala, żeby z balonu uleciało powietrze.

– Były rumuński dyktator. Zaśpiewał Międzynarodówkę na własnej egzekucji. Zbyt mroczne? Raczej. Podoba ci się? Rajcowne, co nie? Miał własny autobus, którym podróżował po kraju. Ceaușescu-bus.

Zawiesza głos. Jest doskonały.

– Niesamowite. To było świetne. Bardzo bym chciała. Piszę się. – Sięgam do kopertówki i wyjmuję swoją pachnącą świeżością wizytówkę.

Zamówiłam komplet przed miesiącem, tuż po pożegnaniu z uczelnią. To dopiero trzecia, jaką wręczam, ale ruch wygląda na wyćwiczony. Fred Davey ma moją wizytówkę, Caro ma moją wizytówkę i teraz Mark Roberts też ma moją wizytówkę.

– Jestem wolna w przyszłym tygodniu. Obejrzyjmy te cztery godziny o Ceaușescu – rzucam i znikam wśród gości Annabel’s.

Z całych sił próbuję nad sobą zapanować, żeby nie obejrzeć się przez ramię, zanim skręcę za róg.

5Środa, 20 lipcaWywiad numer jeden

Mark dzwoni z pracy o siódmej dwadzieścia trzy rano. Coś jest nie tak. Słychać panikę w jego głosie. Bezskutecznie stara się opanować.

Ogarnia mnie niepokój. Nigdy wcześniej nie słyszałam takiego tonu w jego głosie. Przechodzi mnie lekki dreszcz, mimo że w pomieszczeniu jest ciepło.

 – Erin, posłuchaj. Jestem w toalecie. Odebrali mi służbowy telefon i kazali natychmiast opuścić biuro. Za drzwiami czeka dwóch ochroniarzy, którzy mają mnie wyprowadzić z siedziby firmy. – Mówi lekko chropawym głosem, ale panuje nad sobą.

– Co się dzieje? – pytam, a w mojej głowie pojawiają się skręcone kamerką w telefonie chybotliwe ujęcia ataku terrorystycznego.

Ale to nie to. Wiem, że chodzi o coś innego. Rozpoznaję podstawowe cechy. Słyszałam tę historię od wielu ludzi. Jest wręcz upiorna w swej jałowości. Mark został „zwolniony”.

– O siódmej na dzień dobry Lawrence wezwał mnie do siebie i powiedział, że dotarło do niego pocztą pantoflową, że rozglądam się za nową posadą i że wszystkim zainteresowanym będzie na rękę, jeśli jeszcze dziś pożegnam się z firmą. Z chęcią służy referencjami, ale wydał już polecenie uprzątnięcia mojego biurka, więc pozostaje mi tylko zwrócić aparat służbowy i opuścić budynek. – Milknie na chwilę. – Nie wspomniał, od kogo się dowiedział. – Ale nic nie szkodzi. Naprawdę, Erin, to nic takiego. Wiesz, jak to jest, po zwolnieniu prowadzą cię prosto na spotkanie z HR-em. Wychodzisz z jednego pomieszczenia i od razu wchodzisz do drugiego, w którym siedzi gość z HR-u! Zabezpieczają sobie tyły. Ja pierdolę, co za brednie! Facet pyta, czy byłem zadowolony z pracy w firmie, a ja muszę odpowiedzieć: „Tak, było fantastycznie i w sumie szczęśliwie się złożyło. Lawrence wyświadczył mi przysługę. Dzięki niemu będę mógł się podjąć kolejnego wyzwania bla, bla, bla” – rozprawia Mark. Wyczuwa mój niepokój. – Ale jest okej. Wszystko będzie dobrze, Erin, naprawdę. Obiecuję. Słuchaj, muszę teraz pójść z ochroniarzami, ale za jakąś godzinę powinienem być już w domu.

Tyle że ja jestem zupełnie gdzie indziej.

Pojechałam do więzienia Holloway przeprowadzić pierwszy z wywiadów do mojego dokumentu. Czyżby zapomniał? Siedzę w pokoju odwiedzin. Cholera! Oby mnie teraz nie potrzebował, myślę. Proszę, niech się trzyma.

Jeśli się jednak okaże, że mnie potrzebuje, pojadę.

W dupę mać. Te dwie nieustająco ścierające się ze sobą potrzeby: moje życie i „bycie przy nim”. Związek kontra własne życie. Nie da się mieć obu, choćby nie wiem jak się człowiek starał.

– Chcesz, żebym wróciła do domu? – pytam.

Milczenie.

– Nie, nie trzeba – odpowiada po chwili. – Mam w chuj ludzi do obdzwonienia. Muszę coś wymyślić, dostać się gdzieś, zanim to się rozniesie. Rafie i Andrew mieli się wczoraj odezw… – Słychać walenie do drzwi. – Kurwa. Daj mi chwilę, człowieku! Wyszczać się nie można?! – krzyczy Mark. – Kochanie, muszę kończyć. Zadzwoń po wywiadzie. Kocham cię.

– Ja też cię kocham. – Cmokam do słuchawki, ale on już zdążył się rozłączyć.

Wracam myślami do cichego pokoju odwiedzin. Strażnik zerka na mnie uprzejmym, ale stanowczym wzrokiem i marszczy czoło.

– Nie chciałem nic mówić, ale zasadniczo nie wolno tu tego używać – bąka lekko speszony rolą dyżurnego w klasie. No, ale na tym przecież polega jego praca; stara się.

Przełączam telefon w tryb samolotowy i odkładam na stół. Znów zalega cisza.

Wpatruję się w puste krzesło po drugiej stronie. Usiądzie na nim osoba, która udzieli mi wywiadu.