Pod skórą - Liz Nugent - ebook
NOWOŚĆ

Pod skórą ebook

Liz Nugent

4,0

79 osób interesuje się tą książką

Opis

Chyba mogłabym być aktorką. Udawanie kogoś innego nie jest trudne. Czyż nie robiłam tego przez prawie całe życie?

Potłuczone szkło, krew na podłodze. Roztrzęsiona Cordelia Russell wybiega z mieszkania. W barze rozpaczliwie wypatruje znajomych, którzy mogliby poratować ją pożyczką. Dojada stek pozostawiony przy sąsiednim stoliku, dwie godziny później na imprezie wciąga kokainę. O świcie zniesmaczona kelnerka pomaga jej wstać z brudnego parkietu. Czas wrócić do domu. A tam zleciały się już muchy zwabione zapachem trupa.

Pięćdziesiąt lat wcześniej w surowych warunkach irlandzkiej wysepki Inishcrann dorasta Delia O’Flaherty - córeczka tatusia bezkrytycznie przez niego uwielbiana i faworyzowana. Karmiona irlandzkimi legendami, nazywana przez ojca królową wyspy, dorasta w przekonaniu o swojej wyjątkowości. Zazdrosna o uczucia ojca do matki i braci zręcznie manipuluje dorosłymi. Aż pewnego dnia posuwa się o krok za daleko. Jedno kłamstwo będzie miało dramatyczne konsekwencje.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (2 oceny)
1
0
1
0
0

Popularność




Dla mojego taty, z wielką miłością. Dziękuję Ci, że byłeś pierwszą osobą, która zabrała mnie do biblioteki.

.

Czymkolwiek jest piękno, za podstawę ma porządek, a za istotę – jedność. Piękno sięga jedynie skóry, natomiast brzydota przenika do kości.

Dorothy Parker

Zastanawiałam się, kiedy dojdzie do stężenia pośmiertnego i czy już wystąpiło.

Zebrałam potłuczone szkło, zmyłam krew z podłogi i stwierdziłam, że muszę wyjść. Ominęłam to ostrożnie – ominęłam ostrożnie jego – i zamknęłam się w łazience. Wzięłam prysznic najszybciej, jak mogłam. W pękniętym lustrze nad umywalką zobaczyłam nabiegłe krwią oczy i spuchniętą twarz. Umalowałam się drżącymi rękami i wysuszyłam włosy. Wróciłam do pokoju, gdzie nie mogłam nie spojrzeć na to leżące bezwładnie cielsko. Nakazałam sobie spokój. Otworzyłam szafę i chwyciłam pierwszą rzecz, jaka wpadła mi w ręce. Jedwabno-kaszmirowa sukienka była już przetarta, ale niczego lepszego nie miałam. Musiałam wyjść. Nie mogłam trzeźwo myśleć, kiedy tak leżał, ten zakrwawiony potwór.

Wąskimi brukowanymi uliczkami ruszyłam do ulubionej kawiarni, wstępując po drodze po papierosy. Zamówiłam małą czarną i wypiłam ją wciąż trzęsącymi się rękami, obserwując turystów, dla których telefony i mapy były ważniejsze niż piękno Morza Śródziemnego po drugiej stronie ulicy.

Miałam w torebce dwadzieścia pięć euro, bo tylko tyle zostało mi do następnych alimentów. Za mało, bym mogła uciec.

Powtarzałam sobie, że coś się wydarzy, że ktoś mi pomoże. Musiałam zachować spokój. Musiałam udawać. Byłam w tym dobra.

Dochodziło południe i świeciło październikowe słońce. Za mocno. Za jasno jak dla mnie. Cały świat był dla mnie za jasny. Postanowiłam przejść się promenadą. Spotkam kogoś, myślałam, wiem, że kogoś spotkam. Ktoś się pojawi i dotrzyma mi towarzystwa. Nie muszę nic nikomu mówić. Rozwiązanie nasunie się samo. Musi. Pierwszy raz od dziesiątków lat moje myśli zwróciły się ku Bogu. Żałowałam, że nie jestem wierząca. Potrzebowałam boskiej interwencji.

Jak zawsze moje oczy przyciągnęło morze. Błękitne, delikatnie omywające kamyki na brzegu. Przesłonił je widok zakrwawionych zwłok. Wyrwałam kosmyk włosów, by go odpędzić.

Zbliżając się do Negresco, zakołysałam biodrami, podniosłam głowę i szłam przed siebie coraz pewniejszym krokiem, aż pozory stały się rzeczywistością. Przypomniało mi się, jak tatuś sadzał mnie na kolanie. „Jesteś wyjątkową dziewczynką, Delio O’Flaherty”, mówił, rozczesując moje splątane włosy starym szylkretowym grzebieniem. Miał rację. Jestem wyjątkowa. Weszłam do hotelu.

W barze usiadłam w dużym fotelu z widokiem na wejście, w rogu sali. Od tygodnia prawie nic nie jadłam. Puszka tuńczyka i bagietka wystarczyły mi na trzy dni. Teraz już wiedziałam, że będę potrzebowała pieniędzy na ucieczkę. Ale byłam w odpowiednim miejscu. Do Negresco wpadali czasem moi bogaci znajomi na popołudniową herbatkę, mimo że lubili narzekać na prostactwo turystów. Któryś z nich na pewno będzie mógł przelać mi pieniądze elektronicznie; w dzisiejszych czasach to takie łatwe.

Do czwartej ręce przestały mi drżeć i gdy piłam drugą kawę, zobaczyłam przed wejściem ubranych galowo Harolda i Ranię Crossów. Pomachałam do nich, ale chyba mnie nie zauważyli. Harold miał laskę i był w pelerynie, więc pewnie szli do opery. Myślałam, że wejdą, lecz odwrócili się na pięcie i szybko odeszli, jakby zapomnieli czegoś ważnego.

Próbowałam sobie przypomnieć, kiedy widziałam ich ostatni raz. Chyba cztery lata temu na przyjęciu w konsulacie brytyjskim. Próbowałam namówić Ranię, żeby kupiła ręcznie robioną biżuterię, którą ze sobą przyniosłam, ale powiedziała, że... Nie, może to nie była ona. W każdym razie ten ktoś stwierdził, że biżuteria jest tandetna. To nie mogła być Rania, ona nigdy by się tak nie wyraziła. Na miłość boską, przecież byłyśmy przyjaciółkami. Pomogłam jej kiedyś wyjść z depresji. Niemożliwe, to nie była ona. Wszystko jedno. Stare dzieje. Czy ten ktoś, ta kobieta, która nie mogła być Ranią, powiedziała, że biżuteria jest tandetna, czy że ja jestem tandetna? Ostatnio tyle rzeczy ginie we mgle zapomnienia.

Kosztowną kawę serwowano z orzeszkami, oliwkami i biscotti, ale co to za posiłek? Do baru nie wszedł już nikt ze znajomych. W fotelu po drugiej stronie sali jakiś mężczyzna czytał „New York Timesa”. Dotąd nie zwracałam na niego większej uwagi, ale o wpół do szóstej byłam już strasznie głodna, więc gdy kelner podał mu do stolika stek z frytkami, zaczęłam ukradkiem go obserwować. Od ciepłego zapachu ścisnęło mnie w żołądku. Kelner zasugerował, że w restauracji byłoby wygodniej, lecz mężczyzna odparł, że na kogoś czeka. Okazało się, że na swojego dilera, i kiedy młody, niechlujny chłopak stanął w progu, mężczyzna dopił piwo, szybko wstał i wyszedł z nim na zewnątrz. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dokonali tam szybkiej transakcji. Zabrał ze sobą gazetę, więc pomyślałam, że już nie wróci. Prawie nie tknął jedzenia. Patrząc, jak stek stygnie, wierciłam się w fotelu całe pięć minut, a potem usiadłam na jego miejscu i chwyciłam sztućce, które przed chwilą zostawił. Już miałam włożyć do ust pierwszy kęs, gdy nagle...

– Co pani robi, do cholery?!

Zaczerwieniłam się jak burak. Nie miałam żadnego wytłumaczenia. Mimo to spróbowałam jakieś znaleźć.

– Przepraszam – wyjąkałam. – Jestem ekolożką. Nie znoszę widoku marnującego się jedzenia.

Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.

– Większej bredni w życiu nie słyszałem – powiedział głośno. Amerykanin. Dzięki Bogu, że w pobliżu nikogo nie było.

Machnięciem ręki wezwał kelnera. Bałam się, że każe mi wyjść, ale...

– Jeszcze raz to samo – powiedział. – Do tego zimny budweiser i... – Zerknął na mnie. – Co pijesz, skarbie?

Kelner spojrzał na mnie z cieniem pogardy na twarzy.

– Nie wiedziałem, że żona do mnie dołączy – dodał Amerykanin.

Chłopak wiedział, że to kłamstwo. Przechodził obok nas kilka razy. Widział, że nic nas nie łączy i że godzinami piłam jedną kawę, ale zrozumiawszy, że może nie dostać napiwku, doszedł do wniosku, że klient ma zawsze rację. To dodało mi pewności siebie.

– Kieliszek różowego – odparłam, patrząc na niego bezczelnie.

Milczeliśmy, dopóki nie odszedł.

– Na co pani czeka? Niech pani je.

Wzięłam sztućce i zaczęłam jeść dużo wolniej, niż nakazywał mi apetyt. Stek był dobrze wysmażony. Szkoda.

– To co? Powie mi pani, dlaczego mam za panią płacić?

– Przepraszam. Pewnie uważa pan, że jestem okropna, ale naprawdę, nie robię tego... Po prostu...

– Problemy finansowe?

– Nie, nie, ja tylko... zapomniałam torebki i...

Wskazał moją kopertówkę.

– Spróbuje pani jeszcze raz?

– Nie mogę... Muszę... Czekam na...

– A co mi tam, mam to gdzieś. Chce pani iść na imprezę?

– Mogę najpierw dokończyć?

Roześmiał się, jak potrafią się śmiać tylko brzuchaci mężczyźni.

– Masz jaja, moja damo, trzeba ci to oddać.

Wzdrygnęłam się w środku na tę wulgarność, ale rozciągnęłam usta w uśmiechu.

– Mam na imię Cordelia.

– Sam. – Wyciągnął do mnie rękę i moja dłoń zginęła w jego olbrzymim łapsku. On też się uśmiechnął.

– Spędzasz tu urlop, czy tu mieszkasz? Jesteś Angielką, prawda?

Nie zamierzałam go poprawiać.

– Przyjeżdżam tu na lato. W Londynie się duszę. Chciałabym zostać do końca miesiąca.

– Mogę zapytać, z czego będziesz żyła? Nie wyglądasz na taką, która powinna chodzić głodna. Cholera, mówisz jak angielska królowa!

– To jedynie przejściowe trudności. Zimą robię w domu biżuterię, a mój znajomy sprzedaje ją tu latem. Właśnie czekam na przelew. To tylko krępujący wypadek przy pracy, naprawdę.

Kelner przyniósł stek i jedząc, prowadziliśmy uprzejmą rozmowę, jakby w moim mieszkaniu nie leżał zakrwawiony trup i jakby wszystko było normalnie. Nie zadawaliśmy sobie osobistych pytań o partnerów czy o dzieci. Już na samym początku zawarliśmy nieme porozumienie, że nie będziemy wtykali nosa w nasze prywatne sprawy. Był schludny i dobrze ubrany. Ale zupełnie nieatrakcyjny. Postanowiłam go rzucić. Choć nie od razu. Później. W odpowiednim momencie. Najpierw musiałam oskubać go z pieniędzy.

Dwie godziny później staliśmy ściśnięci w kabinie toalety jak szprotki w puszce. Na czubku głowy miał gładką, opaloną łysinę. Z rzadkimi włosami dookoła. Wyglądała jak tonsura. Odchylił się gwałtownie do tyłu, pociągnął nosem i zawołał:

– Chwała Najwyższemu! – Jak kaznodzieja.

Wciąż byłam trochę zdenerwowana.

– Ciii... Chcesz, żeby nas nakryli? – O ironio. Posiadanie kokainy byłoby najmniejszym z moich przestępstw.

– Nakryli? – powtórzył z uśmiechem. Z przedpokoju dobiegał śmiech i odgłosy wąchania, więc zrozumiałam, o co mu chodzi.

Podał mi zwinięty w rurkę banknot, a ja pochyliłam się nad rezerwuarem i wciągnęłam do lewego nozdrza kreskę drobniutkich białych kryształków. Ku mojemu rozczarowaniu zabrał mi banknot. Pięćdziesiątkę. Ściskając nos, podniosłam głowę i spojrzałam w lustro. Makijaż był nietknięty. Poprawiłam tylko usta wiśniową szminką. Uśmiechnęłam się do jego odbicia. Wtedy objął mnie i przytulił, szybko i z zadziwiającą siłą.

– Booożeee – rzucił, przeciągając samogłoski. – Jesteśmy na to za starzy. – Otworzył drzwi i wyszedł.

Odczekałam chwilę, a potem też wmieszałam się w tłum. Ale w uszach wciąż pobrzmiewały mi jego słowa. Musiał mieć sześćdziesiąt, sześćdziesiąt pięć lat, a więc był co najmniej dziesięć lat starszy ode mnie.

Ile lat ma ten w moim mieszkaniu? – pomyślałam. Trzydzieści trzy. Nie ma, tylko miał. Miał trzydzieści trzy lata. Tyle, ile Jezus, kiedy go ukrzyżowano? Chyba tak. Przypomniały mi się lekcje religii, inna epoka.

Idąc do salonu i grzebiąc w torebce w poszukiwaniu papierosów – strasznie chciało mi się palić – wzięłam margaritę z tacy przechodzącej obok kelnerki. Jak by tu wykorzystać Sama? Mógłby mi pomóc? Czy dać sobie spokój i po prostu świsnąć mu portfel? Musiało tu być mnóstwo portfeli i torebek. Już miałam zapalić, gdy ubrany w czarny frak mężczyzna wskazał taras, dając mi do zrozumienia, że powinnam wyjść. Nie wiedziałam, czy to gość czy kelner. Dzisiaj trudno ich rozróżnić. Ale posłałam mu dworny uśmiech i wyszłam.

Niewidzialna ręka zamknęła za mną drzwi i poczułam się tak, jakby ktoś mnie z czegoś... Nie. Poczułam się tak, jakbym sama się z czegoś wykluczyła.

Na tarasie było cicho i spokojnie. Jesienny chłód nie zachęcał do wychodzenia na dwór. Zakłopotana sytuacją w salonie, zostawiłam zapalniczkę na cokole okrytym złocistą tkaniną. Musiałam więc podejść do dwóch chudych Rosjanek w kusych jedwabnych sukienkach, które z trudem balansując na niebotycznych szpilkach, kuliły się przed lekką morską bryzą. Jedna z nich podała mi zapalniczkę wysadzaną sztucznymi brylantami. Nawet na mnie nie spojrzała, ale zważywszy zapalniczkę w ręku, stwierdziłam, że brylanty nie są sztuczne, tylko prawdziwe. Uśmiechnęłam się pobłażliwie i spróbowałam nawiązać rozmowę, lecz dziewczyna tylko przewróciła oczami i wyrwała mi ją z ręki, jakbym była złodziejką. Głupia suka.

Kiedy odchodziłam, roześmiały się ordynarnie i wiedziałam, po prostu wiedziałam, że śmieją się ze mnie. Impreza odbywała się w penthousie i jechaliśmy z nimi windą. Wisiały na ramionach starego aktora, którego rozpoznałam, choć nie pamiętałam jego nazwiska. Grał w dziesiątkach filmów. Na pewno nominowano go do Oscara. Uśmiechnęłam się do niego promiennie, udając, że wiem, kim jest. Kiedyś pamiętałam takie szczegóły.

Chyba mogłabym być aktorką. Udawanie kogoś innego nie jest trudne. Czyż nie robiłam tego prawie całe życie? Wciąż mogłabym spróbować. W Los Angeles, nad Pacyfikiem. Mam bardzo hollywoodzkie zęby i strukturę kostną. Pewien kochanek powiedział mi to w zeszłym roku. Na imprezie byli producenci filmowi. Sam musiał ich znać. Był autorem zdjęć do filmu, którego premierę oblewaliśmy, przynajmniej tak mówił, ale wydawało się, że nie zna zbyt wielu osób. Nikomu mnie nie przedstawił i tylko jeden przystojniak po trzydziestce skinął mu głową. Widziałam Sama teraz przez okno. Rozmawiał z tym właśnie mężczyzną, lecz go nie słuchał. Znałam kokainistów. W tym momencie interesowała go jedynie papierowa torebka w cienkiej, srebrnej papierośnicy w wewnętrznej kieszeni marynarki. Liczył, kalkulował, kiedy będzie mógł wciągnąć kolejną kreskę i gdybym teraz do niego podeszła, nie pamiętałby pewnie, jak mi na imię. Chociaż ja też brałam kokainę, sporadycznie i w celach towarzyskich, to nie wpadłam w nałóg. Ale tego wieczoru bardzo jej potrzebowałam. Potrzebowałam wszystkiego, co tylko wpadłoby mi w ręce i pomogło zapomnieć.

Gwałtowna eksplozja hałasu i drzwi ponownie się zamknęły. Weszła kelnerka z tacą, na której stały tylko dwa kieliszki. Chciałam wypić obydwa. Musiałam. Kelnerka była zawiedziona, że na tarasie w ogóle ktoś jest. Udałam, że na kogoś czekam, oddałam jej pusty kieliszek koktajlowy, a ona postawiła drinki na białym żelaznym stoliku, przy którym stało takie samo krzesło.

– Madame.

– Merci. – Celowo wydmuchałam dym z dala od jej twarzy. Czekałam, aż odejdzie, lecz przystanęła obok krzaka w doniczce i zaczęła bawić się telefonem. Miałam nadzieję, że zaraz sobie pójdzie. Usiadłam i popatrzyłam na promenadę, na morze.

Od portu po mojej prawej stronie aż po Cap d’Antibes po lewej mrugały światełka. W zatoce kołysały się wesoło jachty od masztu do masztu przybrane sznurami jarzących się kolorowo żarówek. Po wodzie niosło się ciche echo śmiechu. Przypaliłam papierosa od papierosa i zgasiłam niedopałek w kryształowej popielniczce. Zastanawiałam się, czy zmieściłaby się w mojej torebce. Ot, mała pamiątka. Kieliszek był za duży.

Od strony zatoki znów dobiegł wysoki, dźwięczny śmiech. Kiedyś to ja śmiałam się na takich jachtach. Kiedyś to ja nosiłam mini w londyńskich klubach. Kiedyś to ja błyskałam brylantowymi bransoletkami i paliłam ekskluzywne papierosy. Kiedyś to ja byłam młoda i piękna.

A teraz jestem morderczynią w średnim wieku. Szybko odpędziłam tę myśl.

Wyprostowałam nogi, opalone i wciąż zgrabne. Wsunęłam rękę pod stanik i poprawiłam piersi w miseczkach. Ktoś stłumił kaszlnięcie. Kelnerka. Jeszcze nie odeszła. Widziała, jak niezgrabnie podciągam biust. Przeniosła wzrok na ekran komórki, który rozświetlał jej małą twarz. Ona też paliła. Paliła i grzebała w telefonie w obecności gościa, na pewno wbrew zasadom, dlatego przestało mnie obchodzić, że widziała również, jak piję drinka przeznaczonego dla mojego wyimaginowanego towarzysza.

Spojrzałam na nią i zastukałam w stolik, żeby zwrócić jej uwagę.

– Une autre, s’il vous plaît? – Wskazałam kieliszek.

Dziewczyna ciężko westchnęła, zgasiła papierosa w plastikowej trawie i wyszła z tacą pod pachą. Tlący się niedopałek zmienił zielone źdźbła w unoszące się na wietrze czarne przecinki.

Czekałam, próbując zebrać myśli, żeby nie porwał ich dochodzący z salonu hałas. Kiedy przyszliśmy, powiodłam wokoło wzrokiem w poszukiwaniu starych znajomych, ale ci tutaj byli młodsi, bardziej rzucający się w oczy i pewniejsi siebie niż my kiedyś. Nie znałam nikogo. Przeważali Amerykanie. A ich trudno jest oszacować. Nigdy nie wiadomo, czy są dziedzicami starych rodzinnych fortun czy nuworyszami. Poza tym tragicznie się ubierają. Mężczyźni chodzą w niebieskich dżinsach i białych adidasach. Kobiety stroszą włosy i noszą za dużo biżuterii. Rok temu spotykałam się z facetem z Dakoty – nie pamiętam już, południowej czy północnej – który kazał mi przejść plażą prawie kilometr tylko dlatego, że sprzedawali tam colę o pięć centów tańszą niż w pierwszym klubie, do jakiego zajrzeliśmy. Rzuciłam go, kiedy zabrał mnie do opery i posadził pod sufitem, w rzędzie najtańszych miejsc. Chryste, pod samym sufitem!

Kelnerka nie wróciła, zapalniczka została w salonie, oba kieliszki były już puste. Wstałam i zachwiałam się lekko. Wypiłam przedtem trzy koktajle i kieliszek wina. Postanowiłam, że wypiję jeszcze jednego drinka, a potem spróbuję wyciągnąć od Sama trochę kasy. Tylko jednego. Otworzyłam drzwi i w twarz uderzyła mnie muzyka, aranżacja na bębny i gitarę basową, od której natychmiast rozbolały mnie uszy. Czułam, że długo tego nie zniosę. Poszukałam wzrokiem kelnerek, ale wszystkie kręciły się teraz przy barze i musiałam stanąć w kolejce. Wykrzyczałam zamówienie, lecz zanim barman zdążył mi nalać, za moimi plecami wyrósł Sam, który położył mi rękę na ramieniu i krzyknął do ucha:

– Tu jesteś! Masz ochotę? – Poklepał się znacząco po górnej kieszeni.

Wisiała na nim jedna z Rosjanek, tych z tarasu.

– Nie, dziękuję – odparłam.

Byłam zawiedziona, bo myślałam, że się mną interesuje i chociaż zupełnie mi się nie podobał, jeszcze bardziej nie podobało mi się to, że próbuje go wyhaczyć ta mała zdzira. Poszli przypudrować nosy. Piłam drinka w nieskończoność. Obok mnie stała miło wyglądająca dziewczyna, więc spytałam ją, który z rozmawiających w kącie mężczyzn jest producentem filmowym.

– Ja – odparła lodowatym głosem mieszkanki Nowego Jorku i odwróciła się do mnie tyłem. Jaka drażliwa.

Sam nie wrócił. Nikt ze mną nie rozmawiał, ale przestało mi na tym zależeć. Po sali znowu krążyły tace z drinkami. Stopniowo uodporniłam się na poziom dźwięku i – jeśli to poprawne określenie – na muzykę techno, która powoli rozpuszczała mi kości. Wpłynęłam seksownie na parkiet i zatraciłam się między pięknymi, młodymi ludźmi, wspominając noce spędzone w klubach Mayfair. Zamknęłam oczy i wyciągnęłam ręce do nieba. Było mi dobrze. Było mi wspaniale.

Otworzyłam oczy i zobaczyłam śmiejącego się nastolatka – pokazywał mnie palcem, krzycząc coś w języku, którego nie rozumiałam. Większość ludzi też się śmiała, zagłuszając nawet muzykę. Spojrzałam w dół, tam gdzie pokazywał. Moja sukienka pękła na szwie od pachy po biodro, odsłaniając stary beżowy gorset i fałdkę skóry pod pachą. Ja też się roześmiałam. Bardziej zależało mi na tym, żeby tańczyć dalej.

Mgliście pamiętam, że jakiś czas potem podszedł do mnie Sam, który zaproponował, żebyśmy pojechali do mnie. Rosjanki musiały stracić zainteresowanie.

– Musimy odstawić cię do domu, złotko.

Spytałam głośno, dlaczego nie możemy pójść do niego, do jego pokoju w Negresco.

– I obudzić moją żonę? – odpowiedział pytaniem, a ja uznałam, że jest to najzabawniejsza rzecz, jaką w życiu słyszałam. Dodał, że podrzuci mnie „bez żadnych zobowiązań”, ale odmówiłam. Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.

Głowa bolała mnie tak bardzo, jakby z czaszki wyparował cały płyn mózgowy. Otworzyłam oczy, zobaczyłam światło dnia i brudny parkiet. Wszystko pod złym kątem. Ktoś mnie szturchał. Zrozumiałam, że musiał urwać mi się film.

– Madame. – Kelnerka, palaczka z tarasu. – On doit partir, maintenant, s’il te plaît.

Te. Koniec z uprzejmością.

Spadłam, jakby w górę, i wstałam, przytrzymując się jej ramienia. Odsunęła się gwałtownie i podała mi żółtą płócienną marynarkę. Barmańską.

– Niech się pani okryje – rzuciła po angielsku. Jej zniesmaczone spojrzenie przypomniało mi o pękniętym szwie. Wsiadłam chwiejnie do windy i wyszłam na ulicę.

Po lewej stronie wschodziło słońce, skrząc się w bezkresnej tafli błękitu.

Ruszyłam powoli przed siebie. Nie chciałam iść do domu.

Szłam niepewnie, bo horror znowu powrócił. Nikt mi nie pomógł. Nie mogłam nic zrobić. Wpatrywałam się w twarze ludzi, ale byli to głównie imigranci, budowlańcy w kombinezonach i spieszące do pracy nianie w mundurkach. Tylko ja wracałam do domu o tej porze. Do domu, cokolwiek to teraz znaczyło.

Wchodząc do mieszkania, usłyszałam ciche brzęczenie i poczułam ten zapach.

Za wcześnie, pomyślałam.

Nie przypuszczałam, że dojdzie do tego tak szybko, ale nie stać mnie było na klimatyzację. Muchy już się zleciały, już biesiadowały na trupie.

CZĘŚĆ I

1

W naszej rodzinie były dwie strony. Po jednej stała mamusia i chłopcy, po drugiej tatuś i ja. Moi bracia byli głośni, porywczy i nieokrzesani. Brian urodził się dwa lata po mnie, Aidan rok, a Conor aż pięć lat później. Miał dwa lata, kiedy widziałam go ostatni raz, ale już wtedy był duży jak na swój wiek i potrafił dźwignąć wiadro torfu. Mamusia doglądała ich, a tatuś mnie. Nie wiem, dlaczego tak było. Po prostu było.

Lubiłam braci, kiedy zostawaliśmy sami, kiedy szliśmy do szkoły, bawiliśmy się na plaży albo zbieraliśmy kraby w skalistych sadzawkach za portem. Krzyczeliśmy wtedy, skakaliśmy, śpiewaliśmy i patrząc na nas, nikt by nie powiedział, że jesteśmy podzieleni, ale kiedy tylko pojawiało się któreś z rodziców, natychmiast biegliśmy do naszych mistrzów – mnie przejmował tatuś. Mówiłam mu, że bracia są o mnie zazdrośni.

– Nie przejmuj się nimi – odpowiadał. – Jesteś przyszłością tej wyspy i tylko ty się liczysz.

Do siódmego roku życia mieszkałam tuż przy porcie, ale wszystko się skończyło, kiedy nasz nauczyciel, „Pryszcz” McGrath, wyrzucił mnie za drzwi za rozrabianie. Mieliśmy lekcję historii i opowiadał nam o Helenie Trojańskiej, o jej urodzie, która doprowadziła do wojny. Powiedziałam mu, że według tatusia to ja jestem najpiękniejszą dziewczynką, jaka kiedykolwiek żyła. Fergal, Danny, Malachy i mój brat Brian, którzy chodzili ze mną do szkoły, wybuchnęli śmiechem, a wtedy rzuciłam w nich gąbką i dodałam, że powinni paść przede mną na kolana, bo jestem królową wyspy. Pryszcz powiedział, że tatuś opowiada mi stare, głupie bajki i że królowe umieją się zachowywać, więc ugryzłam go w rękę, a on wyrzucił mnie z klasy, żebym się uspokoiła. Tatuś wracał akurat z portu i zobaczył mnie zapłakaną na murku przed szkołą. Skutek był taki, że we wsi doszło do wielkiej awantury. Cieszyłam się, że ja też wywołałam wojnę i byłam jak Helena Trojańska.

Niemal wszyscy wzięli stronę Pryszcza, więc tatuś, któremu na wojnie nic się nie stało, postanowił, że przeprowadzimy się jak najdalej od nich, i gołymi rękami zbudował dom na ruinach opuszczonej chaty na zachodnim brzegu wyspy. Oznajmił, że chce wrócić do tradycji, pokrył dach strzechą i wykopał studnię z Tomem Wroną. Nie mieliśmy teraz elektryczności, tylko baterie, lampki oliwne i piec, w którym paliliśmy torfem i wysuszonym drewnem wyrzuconym przez morze. Po tej stronie wyspy wiał tak silny wiatr, że kiedy mamusia pierwszy raz wywiesiła pranie, zdmuchnął wszystko do Atlantyku. Mama się wściekła, ale tatuś powiedział, żeby przestała narzekać, bo mieszkamy teraz bliżej Ameryki i może Amerykanom spodobają się nasze majtki i koszule.

Zachodni brzeg był dziki, odizolowany i jałowy. Na wschodnim rosło dość trawy, żeby mogły paść się tam kozy, ale tutaj nie rosło zupełnie nic. Tatuś powtarzał, że lepiej nam będzie bez wścibskich sąsiadów, którzy wzięli stronę sadysty, kogoś, kto śmiał wygnać na zimno jego jedyną córkę i jedyną dziewczynkę na wyspie. Mamusia zauważyła, że teraz będzie mi jeszcze zimniej, bo mam dalej do szkoły i idąc, na pewno przemarznę, i że tatuś nie robił awantur, gdy w poprzednim semestrze Briana aż trzy razy wyrzucano za drzwi za niegrzeczne zachowanie. Ale kiedy tatuś zagroził, że w ogóle wypisze nas ze szkoły i będzie uczył w domu, mamusia zamilkła i już do tego nie wracała.

Mama przyjechała na wyspę aż z Ameryki, pewnego lata, jako młoda studentka. Zakochała się w tacie, który był wtedy starym kawalerem i miał trzydzieści pięć lat.

Podczas jednej z kłótni tatuś wytknął jej, że nie dawała mu spokoju, dopóki się z nią nie ożenił. Że go prześladowała. Mama odparła, że nigdy nie znalazłby lepszej niż ona, na co tata krzyknął, że w ogóle nikogo nie chciał, a ona ryknęła, że „da sobie łeb uciąć”, że chciał mieć Delię. Mówiła prawdę. Tatuś mnie chciał.

Mnie i tylko mnie. Zawsze o tym wiedziałam. Inaczej by mnie tak nie wyróżniał, nie zabierał na łódź z Tomem Wroną, chociaż mama próbowała mu wytłumaczyć, że jestem za mała i że to zbyt niebezpieczne. Inaczej nie odbierałby jedzenia moim braciom i nie kładł go na moim talerzu.

– W tym domu to ja zarabiam – warczał na mamusię. – I to ja decyduję, kto ile dostaje. Mama odwracała się wtedy i zajmowała chłopcami, a on uśmiechał się do mnie i kładł mi na głowie swoją wielką, szorstką rękę. – Jedz, słoneczko, potrzebujesz więcej paliwa!

Mamusia robiła wszystko, żeby ją pokochał, ale on nie zwracał uwagi na jej nowe fryzury, niepraktyczne szpilki, w których nie umiała chodzić, ani na krótkie spódniczki, w których dostawała gęsiej skórki na zimnie. W ogóle nie komentował jej wyglądu, chyba że szorstkim słowem. Źródłem jej miłości byli chłopcy, którzy tulili się do niej przy kominku, gdy czytała im książki wypożyczone z biblioteki przez Pryszcza McGratha, podczas gdy tatuś opowiadał mi wyspiarskie legendy w moim pokoju. Gasząc lampę sztormową, co wieczór szeptał mi do ucha:

– Bądź tym, kim chcesz być, skarbie.

Bracia spali w swoim pokoju, a mama i on w swoim. Tylko ja miałam osobny. Kiedy urodził się Conor, mamusia chciała mi go przydzielić, ale tatuś zaprotestował, mówiąc, że Conor może spać z chłopakami.

Kiedy przybyło mi lat i zrobiłam się za duża na to, żeby nosił mnie na barana, chodziliśmy na spacery, trzymając się za ręce. Raz spytałam go, czy się ze mną ożeni, gdy dorosnę.

– Jasne – odparł. – Ustawię się w kolejce.

Tego dnia wracaliśmy do domu, tańcząc, i gdyby ktoś nas wtedy zobaczył, pewnie uśmiałby się na widok dorosłego mężczyzny tańczącego z małą dziewczynką, ale w życiu na zachodnim brzegu właśnie to było najlepsze. Nikt nas nie widział, chyba że ktoś przeszedłby przez całą wyspę, co kosztowało dużo wysiłku.

Decydowali się na to jedynie Tom Wrona i ksiądz Devlin. Tom pływał z tatą małym trawlerem i odwiedzał nas regularnie, przywożąc torf, zakupy spożywcze i przesyłki z lądu. Ksiądz Devlin przyszedł pobłogosławić nasz nowy dom. Przychodził też przed naszą pierwszą komunią, żebyśmy wiedzieli, jak ważny jest to sakrament.

Rodzice zawsze traktowali go podejrzliwie, za to oboje lubili Toma i zawsze witali go z otwartymi ramionami. Tom, kilka lat młodszy od tatusia, był jego najlepszym i jedynym przyjacielem, bo znali się całe życie i chodzili razem do szkoły. Wszyscy nazywali go Tomem Wroną, bo kiedy miał siedem lat, zabił z procy wronę. Jego matka, Biddy Farrelly, prowadziła bar i sklep spożywczy we wsi.

Tatuś twierdził, że to on nakłonił go do ślubu z mamą. Często wypływali w morze na wiele dni i znali się tak dobrze, że jeden kończył zdanie za drugiego. Mamusia i Tom mówili, że trzeba mieć świętą cierpliwość, żeby wytrzymać z tatusiem. Ale kiedy wszyscy inni zwracali się przeciwko niemu, Tom zawsze brał jego stronę. Często zostawał, żeby coś przekąsić, a wtedy mama zdejmowała z szafy przezroczystą butelkę i nalewała do kieliszków kapkę alkoholu, a oni pili, rzęzili, kaszlali i sapali: „Boże, ale siekiera!”. W obecności Toma rodzice zawsze byli dla siebie mili. Zawsze udawali.

Mama raz powiedziała, że aby znaleźć sobie żonę, Tom będzie musiał pewnie wyjechać, bo w wiosce nie ma już niezamężnych kobiet w jego wieku. Tatuś na to, że Tom nigdy nie opuści wyspy, bo to jego dom i wyjazd by go zabił. Tom jednak nie był przywiązany do wyspy tak bardzo jak on i odrzekł, że być może wyjedzie kiedyś, po śmierci matki. Tata roześmiał się i powiedział, że Biddy Farrelly nigdy nie umrze i przeżyje nas wszystkich. Dodał, że my, dzieci, jesteśmy przyszłością tej wyspy, a ja będę jej królową.

Słuchałam tych rozmów, często zasypiając na jego kolanach. Rano budziłam się w łóżku wściekła, że nie doczekałam końca wieczoru. Chłopców zawsze wysyłano spać, mnie tata pozwalał zostać, bo chciał się mną pochwalić. Tom Wrona nie podziwiał mnie tak jak on, ale zawsze mówił kilka ciepłych słów, żeby go uszczęśliwić.

Bywało, że tatuś wypływał w morze sam i wtedy Tom przychodził do nas, żeby zaczekać na jego powrót. Bali się o siebie, a odkąd się przeprowadziliśmy, tata namawiał go, żeby zabrać trawler z portu po zawietrznej stronie wyspy i zacumować go w wąskiej zatoczce u stóp naszej chaty. Tom początkowo protestował, bo bał się, że łódź będzie tam bardziej narażona na fale, ale w końcu ustąpił, żeby uniknąć kłótni. Ilekroć czekał u nas na tatę, wysyłano mnie spać razem z braćmi, a wtedy siadałam pod drzwiami i słyszałam salwy śmiechu, kiedy on i mama sięgali po przezroczystą butelkę. Mamusia skarżyła się mu, że tato ma bzika na moim punkcie. Raz, siedząc pod drzwiami, zawinięta w koce, podsłuchałam rozmowę, która bardzo mi się nie podobała.

– Boże, przecież on nie odstępuje jej na krok! Ma na jej punkcie fioła!

– Przestań, Loretto. Czy to nie miłe, że poświęca jej tyle uwagi?

– Po prostu chcę, żeby poświęcał uwagę im wszystkim. A chłopcy dla niego nie istnieją. Jak myślisz, dlaczego?

– Boisz się, że... No wiesz...

– Nie... Nie! Nic z tych rzeczy, Martin nigdy by... Nie, tylko czasem... Sama nie wiem...

– Ale czego nie wiesz? Czym się tak martwisz?

– To naprawdę pokręcone, bo on cały czas stawia ją na piedestale. Jakby od tego zależało, czy będzie szczęśliwa. Nie wiem nawet, jak to wytłumaczyć. Jaki Martin był w szkole? Delia nie uczy się za dobrze. McGrath mówi, że nie jest zbyt lotna. Brian bije ją na głowę. Martin był taki jak ona? Kiedy go poznałam, wydawał się najmądrzejszy na świecie.

– Uczył się dobrze, świetnie, tylko...

– Tylko co?

– Był kilka lat starszy ode mnie i raczej nie trzymał się z nami. Dużo czasu spędzał sam, ale dobrze wiesz, że na tej wyspie wszyscy w końcu wariują.

– Na początku był taki miły, tak bardzo chciał mieć dzieci. Kiedy urodziła się Delia, omal nie zwariował ze szczęścia. Nie przestawał mi dziękować, ale kiedy urodziłam Briana, jakby w ogóle tego nie zauważył. Tak samo było z Aidanem, a odkąd urodził się Conor, w ogóle mnie nie dotyka...

– Loretto, nie powinnaś mówić mi takich rzeczy. To są wasze prywatne sprawy.

– Chcę wrócić do domu, do Minnesoty, i zabrać ich wszystkich ze sobą, ale Martin nie chce o tym słyszeć. Ja tu naprawdę oszaleję, byłam za młoda...

– Loretto, nie mów tak...

– A z kim mam porozmawiać, jak nie z tobą? Martin narobił sobie tylu wrogów, że zostałam sama jak palec! Cholera jasna, jesteś jedyną osobą, która nas odwiedza!

Słyszałam płaczliwą nutę w głosie mamy.

– Nie mogę nawet wyjechać, chociaż na parę dni, bo mówi, że nas nie stać. A tu ciągle są tylko dzieci i dzieci, dzień w dzień! Matka mnie ostrzegała, ale jej nie słuchałam. Mówiła, że jestem jak mój ojciec, ostatni próżniak i leń, że zmarnuję sobie karierę i życie. Po tym, jak nie chciała przyjechać na nasz ślub, w ogóle przestałam do niej pisać, byłam zbyt uparta. Nigdy nie widziała swoich wnuków. To wszystko moja wina, a teraz jest już za późno.

– Dlaczego jej nie zaprosisz?

– Tutaj? Żeby przyjechała i zobaczyła, że miała rację? Że żyję w biedzie z czwórką dzieci i mężem, który ma mnie gdzieś?

– Loretto...

– Przestań, Tom! Dobrze wiesz, że to prawda. Jemu zależy tylko na tej dziewczynie. Obłęd, jestem zazdrosna o swoją własną córkę! Dasz wiarę?

– Macie zły okres, i tyle. Dlaczego przestałaś przychodzić do wioski? Przyjdź sama, pogadasz z Norą i Mary. Na pewno się ucieszą.

W tym momencie opuściłam głowę i stuknęłam nią w drzwi.

– Ciii... – syknęła mama i zaszurała krzesłem.

Z nogami zaplątanymi w koce bezszelestnie wróciłam do łóżka. Mama otworzyła drzwi i przez chwilę stała w progu. Miałam zamknięte oczy i lekko rozchylone usta, oddychałam cicho i równo. Mama podniosła z podłogi koce, ostrożnie mnie przykryła, pocałowała w czoło i wyszła. Zdrajczyni.

Pewnej czerwcowej nocy kilka tygodni później Tom Wrona znów przyszedł zaczekać na tatusia, bo zapowiadano sztorm. A ja znów przytknęłam ucho do drzwi.

– Nie pozwala mi wyjść z domu, dopóki nie powiem, dokąd idę i kiedy wrócę. A kiedy wracam, wypytuje, z kim rozmawiałam. Jeśli wdam się z kimś w milszą rozmowę, mówi, że go zdradzam. Dłużej tego nie wytrzymam. Tak, napiszę do matki. Przyznam, że miała rację i wybłagam od niej pieniądze, żebym mogła wrócić z dziećmi do domu.

– Co takiego? Chyba nie mówisz poważnie, jesteś po prostu roztrzęsiona. Zgoda, pewne rzeczy muszą się zmienić, ale na razie nic nie rób. Porozmawiam z nim. Martin nie jest złym człowiekiem.

– Dlaczego zawsze go bronisz? Bez względu na to, co mówi czy jak traktuje mnie i chłopców, nigdy nie powiesz na niego złego słowa. A ja nie mam tu prawdziwych przyjaciół! Więc po co mam zostawać? Zabieram dzieci i wyjeżdżam.

Wpadłam w panikę. Mama mówiła bardzo poważnie, jakby od ich ostatniej rozmowy powzięła ostateczną decyzję. Tatuś powiedział kiedyś, że Ameryka jest brzydka, pełna ludzi i wielka, większa, niż można to sobie wyobrazić, i że gdybyśmy tam pojechali, od razu byśmy się zgubili i już nigdy nie odnaleźli. Mama odrzekła, że to bzdura. Zresztą skąd tata może wiedzieć, skoro tam nie był? Doszłam do wniosku, że mama chce nas mu odebrać.

Rozmowa ustała i słyszałam tylko przytłumiony szloch mamy i cichy głos Toma, który ją pocieszał. Zajrzałam przez dziurkę od klucza i zobaczyłam, że ją obejmuje, a ona tuli głowę do jego ramienia. To mi nie pasowało. Nigdy nie widziałam, żeby mama i tatuś tak się obejmowali. Mama zwróciła do niego twarz. Tom próbował się cofnąć, ale ona pocałowała go i tak, a on zawahał się, oddał pocałunek, a potem gwałtownie się wyszarpnął i wytarł usta. Byłam zaszokowana. Od razu uciekłam do łóżka i naciągnęłam koc na głowę. Po chwili usłyszałam, jak zamykają się frontowe drzwi, ale już wiedziałam, że w naszej rodzinie doszło do prawdziwego rozłamu. Gdy tatuś w końcu wrócił, jak zwykle powarczeli na siebie i poszli spać, jakby nic się nie stało.

Kilka dni później zobaczyłam, że mama pisze coś przy kuchennym stole. Wiedziałam, że pisze do matki i kiedy włożyła list do koperty, celowo oblałam go wrzątkiem z czajnika. Nigdy przedtem nie była tak wściekła, dlatego jeszcze bardziej się na nią wkurzyłam. Nie wiedziała, że widziałam, jak całowała się z Tomem Wroną. Kazała mi wrócić do pokoju. Odmówiłam.

– Natychmiast wyjdź, smarkulo, bo dostaniesz łyżką!

Drewniana łyżka była naszym narzędziem kary. Moi bracia obrywali nią regularnie, ale mnie przytrafiło się to tylko kilka razy i nigdy w obecności tatusia. Zawarłyśmy niepisane porozumienie, że mu nie powiem, bo zawsze się bałam, że mama źle na tym wyjdzie. Kochałam ją, chociaż się nie lubiłyśmy. A właściwie kochałam ją do tego momentu.

– Podniesiesz na mnie rękę, to powiem tatusiowi!

– Niby co mu powiesz?

– Że pocałowałaś Toma Wronę!

Mama upuściła łyżkę i rozejrzała się nieprzytomnie, ale chłopcy bawili się na dworze i byłyśmy same.

– Aha, więc ojciec każe ci mnie śledzić, tak? – Powiedziała to szeptem, bojąc się, że mówię prawdę. – Co jeszcze widziałaś albo słyszałaś?

Wiedziałam, że posunęłam się za daleko. Podbiegłam do niej i objęłam ją w talii chudymi ramionami.

– Przepraszam, mamusiu! Nic mu nie powiem. Przysięgam! Tylko nie zabieraj nas do Ameryki. Zgubimy się tam!

Przytuliła mnie i pierwszy raz od długiego czasu poczułam ciepło jej ciała. Cała się trzęsła i wiedziałam, że płacze, bo na głowę spadały mi łzy. Byłam przerażona. Mamusia nie należała do kobiet, które płaczą.

Po chwili odwróciła się i zaczęła sprzątać bałagan na stole. Atrament się rozmazał i słowa były nieczytelne. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, ile trudu kosztowało ją napisanie tego listu, błagalnego listu do matki, która porzuciła ją za coś, co uważała za złą decyzję. Wzięła mokre kartki i wrzuciła do ognia, gdzie najpierw trochę się tliły, a potem spaliły na popiół.

Gdy w końcu przestała płakać, posadziła mnie przy stole i zrobiła nam kawę, czarną i mocną dla siebie, słabą i z mlekiem dla mnie.

– Delio, z twoim ojcem jest coś nie tak. Wiesz o tym, prawda?

Ogarnął mnie lęk.

– Co mu jest? – spytałam. – Tatuś... umrze?

Mama uśmiechnęła się krzepiąco.

– To trudno wytłumaczyć, bo coś jest nie tak z jego umysłem. Weźmy choćby to, że każe nam mieszkać na tym odludziu i nie rozmawia prawie z nikim z wioski. To nie jest normalne, skarbie. Większość ludzi dogaduje się z sąsiadami. I kocha wszystkie swoje dzieci. W taki sam sposób, taką samą miłością. Twój tata jest inny...

– Ty nie kochasz mnie w taki sam sposób! – krzyknęłam oskarżycielsko. Nie podobało mi się, że mówi tak o tatusiu.

– Kocham! Oczywiście, że kocham, ale więcej uwagi muszę poświęcać twoim braciom, bo tatuś ich ignoruje.

– Bo on nie lubi chłopców.

– Kochanie, i właśnie to jest nienormalne. Swoje dzieci się kocha! Wszystkie: chłopców i dziewczynki, chore i zdrowe, po prostu się je kocha!

– Nie chcę jechać do Ameryki. Chcę zostać tutaj, z tatusiem.

Mama ciężko westchnęła.

– Właśnie to nas różni, rozumiesz? Ja bym cię nie zostawiła, a jemu byłoby wszystko jedno, gdyby już nigdy nie zobaczył ani mnie, ani swoich synów. Nie tak powinno być. Nie tęskniłabyś za nami?

Przemyślałam to sobie.

– Nie – odparłam i zanim zdążyła zareagować, spytałam: – Dlaczego pocałowałaś Toma?

Mama ukryła twarz w dłoniach i wbiła wzrok w podłogę.

– Bo czuję się samotna, ale jesteś za mała, żeby to zrozumieć.

– A gdybym powiedziała tatusiowi?

Mama gwałtownie odsunęła krzesło i wstała.

– Rób, co chcesz, ale jeśli pojadę do Ameryki, pojedziesz ze mną.

Inishcrann znaczy po irlandzku Wyspa Wielkiego Drzewa – od pięknego dębu, który rósł kiedyś dumnie na najwyższym wzgórzu wyspy. Tatuś mówił, że to był cud, bo na tych wyspach nie rośnie ani jedno drzewo. Nie pozwala na to wiatr, a sól i zimno zabija wszystkie, jakie się tylko posadzi.

Dąb zniknął w siedemnastym wieku, gdy na jego gałęziach powiesił się ostatni kapitan wyspy. Jego jedyna córka, piękna Dervaleen, w przypływie szaleńczej energii ścięła potężne drzewo toporem. Powiadano, że zajęło jej to cały tydzień i że nie mogło jej powstrzymać nawet dziesięciu mężczyzn. Ani razu nie zrobiła przerwy na posiłek, nie wypiła ani łyka wody i w ciągu tych siedmiu dni nie przespała ani minuty, jakby była przekonana, że dąb udusił jej ojca z czystej złośliwości – nikt nie przypuszczał, że może ulec aż tak wielkiej furii.

A kiedy dąb porąbano już na polana, zaczęła wykopywać korzenie z obawy, że drzewo może odrosnąć. Pomagała jej armia wyspiarzy, którzy się w niej kochali – a kochali się wszyscy – i zajęło im to pół roku, bo korzenie, niczym macki, rozpełzły się po wszystkich zakątkach Inishcrann. Zburzono kamienne mury i wykopano głęboki rów, który przeciął na pół trzy chaty. Powiadano, że Dervaleen zapadła potem w sen i spała aż pięćdziesiąt siedem dni, po jednym dniu na każdy rok życia jej ojca.

Wśród klanów dochodziło do niesnasek, bo zanim wymyślono latarnie morskie, jedyną rzeczą, która odróżniała naszą wyspę od innych, był ten wspaniały dąb. Dodawał nam okazałości, jaką pozostałe nie mogły się poszczycić.

Dlatego za pomocą lin i uprzęży nasi mężczyźni i chłopcy zabrali podłużny granitowy głaz, od niepamiętnych czasów leżący u wejścia do naszego naturalnego portu, wciągnęli go na wierzchołek wzgórza i ustawili pionowo.

Dervaleen nie wyszła nigdy za mąż, choć o jej rękę ubiegało się wielu chętnych. Zamiast się ustatkować, żyła w dziczy, rzadko kiedy jedząc lub pijąc. Zrobiła sobie łoże po zawietrznej stronie wielkiego głazu, gdzie po kilku latach znaleziono ją martwą. Umarła z głodu i zimna i tam ją pochowano.

Wiele lat później na szczycie wzgórza chciano zbudować latarnię morską, lecz nikomu nie udało się przesunąć olbrzymiego kamienia. Dlatego zbudowano ją dziesięć metrów dalej, za głazem, który leży tam do dziś i do dziś jest znany jako Łoże Dervaleen.

Tatuś twierdził, że pochodzimy z jej rodu i jesteśmy potomkami wielkich królów. Kiedy opowiadał mi tę historię, było widać, jak bardzo podziwia Dervaleen O’Flaherty. „Jej akt wierności zmienił krajobraz całej wyspy – mówił. – Wyobrażasz to sobie? To, co zrobiła w tak młodym wieku, wymagało niezwykłej odwagi”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginałuSKIN DEEP
Projekt okładkiKarolina Żelazińska
Zdjęcia na okładceMagdalena Wasiczek / Trevillion Images
Redaktor prowadzącaDorota Jabłońska
RedakcjaBeata Kołodziejska
KorektaAleksandra Kubis Natalia Galuchowska
Copyright © 2018 by Liz Nugent Copyright © for the Polish translation by Jan Kraśko, 2021 Copyright © by Wielka Litera Sp. z o.o., Warszawa 2021
ISBN 978-83-8032-629-3
Wielka Litera Sp. z o.o. ul. Kosiarzy 37/53 02-953 Warszawa
Konwersja: eLitera s.c.