Pod powierzchnią - Peter Robinson - ebook + audiobook

18 osób właśnie czyta

Opis

Niezapomniana pierwsza scena i niespodziewany finał – kolejna powieść z inspektorem Banksem w roli głównej to … Sierżant Winsome Jackman, współpracowniczka Banksa, uczestniczy w ślubie koleżanki. Piękną ceremonię przerywa jednak seria strzałów, która trafia dziewięć osób, uśmiercając parę młodą i dwie druhny. Policja szybko odnajduje zabójcę i go aresztuje. Sprawa zostaje zamknięta. A przynajmniej tak się wszystkim wydaje. Zdaniem Banksa, który niedawno sam doświadczył tragicznej straty, coś jest w tym śledztwie nie tak. Jakiś jego aspekt nie został jeszcze rozwiązany. Inspektor ponownie łączy siły z profilerką Jenny Fuller, by zagłębić się w meandry tej wstrząsającej zbrodni i odkryć dawno pogrzebane sekrety, które wywracają ich dotychczasowe podejrzenia do góry nogami. Gdy szokująca prawda wreszcie wychodzi na jaw, jest już niemal za późno. „Kolejny triumf autora u szczytu formy”. Louise Penny

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 494

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 40 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Popularność


SLEEPING IN THE GROUND Copyright © 2017 by Peter Robinson All rights reserved.
Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga Copyright © 2019 for the Polish translation by Paweł Cichawa (under exclusive license to Wydawnictwo Sonia Draga)
Projekt graficzny okładki: Marcin Słociński / Szara Sowa
Redakcja: Mariusz Kulan
Korekta: Marta Chmarzyńska, Aleksandra Pietrzyńska
ISBN: 978-83-8110-957-4
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórców i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!Polska Izba Książki
Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl
WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o. ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28 e-mail:[email protected]/WydawnictwoSoniaDraga
E-wydanie 2019
Konwersja:eLitera s.c.
.
NAKŁADEM WYDAWNICTWA SONIA DRAGAUKAZAŁY SIĘ NASTĘPUJĄCE KSIĄŻKI TEGO AUTORA:
Blisko domu
Dzieci rewolucji
Groby niewinnych
Kameleon
Kiedy ucichnie muzyka
Mroczne miejsca
Niebezpieczny chłopak
Niebezpieczny romans
Odrzucona miłość
Podpalacz
Przyjaciółka diabła
Skrawek mego serca
Trucicielka
Ukryte w mroku
W mogile ciemnej

Dedykuję pamięci mojego ojcaClifforda Robinsona(31 XII 1923–27 V 2016)

Ale wiem – chociaż czasu bezlitosne prawa

Wyrokiem bezpowrotnym zabrały z widoku

Jej postać – że w tym miejscu majaczy wciąż zjawa,

Gdzieżeśmy dwoje ogniem płonęli na stoku

Po nocy.

I patrzę, jak dalej, wciąż dalej odpływa,

Śród deszczu zaglądam do świata przeszłości

Raz jeszcze – ostatni, bo piasku ubywa;

Więc potem nie wrócę do dawnej miłości

Już nigdy.

Thomas Hardy, Przy Zamku Boterel

Oni wszyscy odeszli do świata jasności!

Ale mój czas jeszcze nie nadszedł.

Pamięć o nich jest czysta i pełna miłości,

Smutne myśli coraz są rzadsze.

Henry Vaughan, Silex Scintillans

Rozdział pierwszy

Taka scena w filmie wyglądałaby naprawdę pięknie. Tragedia odbyłaby się w ciszy, a wystudiowane ruchy pokazano by w zwolnionym tempie. Najpierw zobaczylibyśmy zapewne, jak weselnicy się kłębią przed malowniczym wiejskim kościołem, potem zaś kamera sfilmowałaby krwawą różę rozkwitającą na białej sukni, a zaskoczona panna młoda spojrzałaby do góry. Bezskutecznie próbując znaleźć w powietrzu coś, na czym mogłaby zacisnąć dłonie, rzuciłaby swoją wiązankę wysoko w powietrze i łagodnie się osunęła na ziemię. Różowe i fioletowe kwiaty spadłyby prosto do rąk pięknej druhny, której głowa niemal w tej samej chwili rozprysnęłaby się na kawałki. Smugi krwi rozchodziłyby się w powietrzu niczym krople atramentu w wodzie.

Ale przed oczami Terry’ego Gilchrista, który stał wśród weselników, wszystko się rozegrało szybko i brutalnie. Po trzasku – na tyle głośnym, że się przebił przez dźwięk dzwonów – nastąpiło głuche uderzenie i białą suknię zabarwiła krew. Panna młoda się wygięła w łuk, a następnie obróciła o sto osiemdziesiąt stopni, by upaść na ziemię wśród przesiąkniętych krwią koronek i szyfonów, a w jej otwartych ustach na zawsze uwiązł krzyk. Kolejny trzask i obok niej padł pan młody. Wystraszone dziecko kurczowo ściskało nogę swojej matki, a druhny w orszaku swoje bukieciki. Trzeci pocisk dosięgnął pierwszą druhnę, zanim zdążyła się ukryć. Upadła obok państwa młodych z odstrzeloną połową twarzy. Mężczyźni w prążkowanych garniturach w popłochu wpadali na kobiety w niewygodnych butach i kapeluszach z szerokim rondem, gdy wszyscy chaotycznie biegali tam i z powrotem. Pocisk odłupał krawędź starej płyty nagrobnej, a jej odłamek trafił w oko fotografa. Jakiś mężczyzna upadł, chwytając się za udo. Najszybsi dopadli do kościoła w chwili, gdy kolejny pocisk ugodził w wiekowe drzwi. Ktoś zdołał je otworzyć i ci, którzy mogli, wbiegli do środka. Tłum zablokował wejście. Kolejna druhna wygięła się do tyłu i padła na ziemię, krwawiąc z rany w plecach. Ludzie deptali po jej zwłokach, chcąc jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym wnętrzu świątyni.

Wszystko trwało niespełna minutę.

Terry Gilchrist zareagował natychmiast. Stykał się już z brutalnością i śmiercią, nieraz bywał też pod ostrzałem, nic jednak nie przygotowało go na coś takiego. Mimo wszystko zadziałały żołnierskie nawyki. Spojrzał na wzgórze, z którego padły strzały, i dostrzegł ciemną sylwetkę biegnącą wzdłuż porośniętego trawą szczytu i w dół po zboczu.

Licząc, że na górze nie został nikt inny i ostrzał się skończył, Terry zaczął wprowadzać przerażonych, oszołomionych ludzi do bezpiecznego wnętrza kościoła, rozpaczliwie szukając Winsome. Kolejnych strzałów nie było. Dzwony kościelne umilkły. Jeden po drugim, niepewnie, znów się rozśpiewały ptaki.

Terry stał w jasnym grudniowym słońcu, z telefonu komórkowego dzwoniąc na pogotowie i policję. Jeden z postrzelonych gości jęczał z bólu. Obok niego, oparta o płytę nagrobną, siedziała jedna z druhen z zakrwawionymi dłońmi przyciśniętymi do brzucha w miejscu, z którego coś mokrego i błyszczącego wystawało, opierając się o uda. Terry nie był medykiem, ale w wojsku przeszedł szkolenie z udzielania pierwszej pomocy, obszedł więc wszystkie ofiary, żeby sprawdzić, czy może komuś pomóc, zanim przyjedzie pogotowie. Pan młody, jego kolega Ben, dostał postrzał w brzuch przy wątrobie. Żył, ale był ledwo przytomny. Terry mógł tylko oderwać kawałek jego przesiąkniętej krwią koszuli, zwinąć w tampon i kazać mu przycisnąć go do rany. Poczuł napływające do oczu łzy, gdy przechodził obok ciała panny młodej. Przyklęknął, dotknął jeszcze ciepłego policzka i zamknął jej zdumione oczy. Wokół siebie widział tylko zwłoki rozrzucone wokół przykościelnego cmentarza. Potem wszedł do kościoła, żeby znaleźć Winsome.

Banks wyszedł z krematorium przed pozostałymi, gdy tylko przez brzękliwe głośniki rozległ się Starman Davida Bowiego. Krocząc po żwirowanym podjeździe w kierunku żelaznej bramy, szybko się oddalał od grupek ludzi, które zaczynały się zbierać za jego plecami.

– Zawsze lubiła tę piosenkę – rzucił ktoś za jego plecami, pociągając nosem. Wcześniej, podczas krótkiej ceremonii, jeden z przyjaciół zmarłej odczytał wiersz Christiny Rossetti: „Gdy umrę, mój najdroższy, / Nie śpiewaj dla mnie smutnych pieśni”. Starman z pewnością nie jest smutną pieśnią, ale ludzie i tak płakali. No i sam David Bowie też już umarł.

Banks przyśpieszył kroku. Nie miał ochoty prowadzić z obcymi ludźmi zdawkowych rozmów o śmierci i przemijaniu. Podczas ceremonii obserwował zapłakanych żałobników w pierwszym rzędzie: dwie młode kobiety, prawdopodobnie córki lub synowe, z partnerami i małymi dziećmi, zapewne wnukami. Zauważył też rodziców. Ojciec jeździł na wózku, trzęsła mu się głowa i drżała ręka. Pozostali uczestnicy ceremonii byli pewnie przyjaciółmi, kolegami z pracy, siostrzeńcami i siostrzenicami. W mowie pogrzebowej wspomniano o niestrudzonej pracy zmarłej na rzecz organizacji Lekarze bez Granic, pewnie część obecnych znała ją właśnie stamtąd.

Ale dla Banksa to była tylko jego śmierć, nie chciał się nią dzielić z innymi. Pragnął ją zachować tylko dla siebie, na ile to możliwe oswoić, a następnie połączyć ze smutkiem sprzed wielu lat.

Zamówiona taksówka czekała po drugiej stronie ulicy. Usiadł z tyłu i kazał się zawieźć na dworzec kolejowy. Podróż nie trwała długo i przebiegła w milczeniu. Z rozkładu jazdy wiszącego tuż za drzwiami wejściowymi do budynku wynikało, że następny pociąg odjeżdża za niecałą godzinę, Banks wrócił więc na zewnątrz, żeby się rozejrzeć po okolicy. W supermarkecie Waitrose napiłby się kawy, ale co z tego. Nie miał ochoty ani na kawę, ani na herbatę. O wiele bardziej kuszący wydał mu się hotel Great Northern, który stał niemal dokładnie naprzeciwko dworca: trzy kondygnacje, fasada bielona do wysokości parteru i czarna tablica przed wejściem, a na niej reklama dań dnia. Banks przekroczył jezdnię, wszedł do budynku, skierował się w stronę recepcji i po lewej dostrzegł bar. Zazwyczaj nie pił o jedenastej przed południem, po pogrzebie jednak musiał jakoś rozładować napięcie. W którymś z pomieszczeń po prawej odbywała się chyba jakaś uroczystość. Banks słyszał czyjeś przemówienie przerywane od czasu do czasu donośnym śmiechem.

Bar świecił pustkami. Oprócz starszej pary, która sączyła wino przy jednym ze stolików, nie było nikogo, jeśli nie liczyć ładnej brunetki za barem. Na dużym telewizorze w końcu sali leciała transmisja meczu rugby. Banks usiadł przy barze tak, żeby móc obserwować przebieg gry. Już chciał zamówić kufel piwa, gdy zmienił zdanie i poprosił o wino. Mniej płynu. Miał przed sobą dwugodzinną podróż, a korzystanie z toalet w pociągach, niemal zawsze zaśmieconych przemoczonym papierem i pochlapanych moczem, wręcz zagrażało zdrowiu. Krany też zazwyczaj nie działały, zresztą woda zmieniłaby niewiele, bo ręczniki papierowe i tak leżały rozrzucone po całej podłodze.

Barmanka posłała mu uśmiech. Zamówił duży kieliszek shiraz i rozsiadł się wygodnie na stołku. Nie był wielkim fanem rugby, nie miał więc pojęcia, jakie to drużyny, ale raz na jakiś czas lubił popatrzeć na mecz. W młodości uprawiał ten sport i grał nawet w reprezentacji szkolnej jako łącznik ataku, ponieważ był muskularny, szczwany i raczej szybki. Czasem jednak nie dość szybki, żeby uniknąć powalenia przez któregoś z barczystych, potężnych filarów młyna. Raz w tygodniu wychodził na boisko w rozgrywkach ligowych, a co sobota grał dla szkoły, bez względu na pogodę. Czasem się taplał w błocie, a czasem się ślizgał po zamarzniętej ziemi.

Dziwnie się czuł w mieście swojej młodości, nie odwiedzając rodziców, ci jednak sprzedali dom komunalny, w którym dorastał, i przenieśli się do prywatnego domu opieki koło Durnham, a więc bliżej Banksa i swojej wnuczki Tracy, mieszkającej w Newcastle. Mimo wieku – obydwoje dobrze po osiemdziesiątce – rodzice byli jeszcze w niezłej formie, choć już zwalniali tempo. Przed przeprowadzką do domu opieki ojciec powiedział Banksowi, że o podróżach nie ma już dla nich mowy; doskwierała mu dusznica, a ledwie kilka miesięcy wcześniej przeszedł niegroźny atak serca. Poza tym większość ich dawnych przyjaciół albo umarła, albo się wyprowadziła, nic już więc nie trzymało ich w starym domu. Przeprowadzka nie była tak bolesna, jak jeszcze kilka lat wcześniej. Dzięki pieniądzom, które zostawił im Roy, brat Banksa, mogli sobie pozwolić na najlepszą opiekę w pięknie odrestaurowanej wiktoriańskiej rezydencji z widokiem na rzekę Wear. Zachowali tam niezależność. Ich malutkie mieszkanie miało dobrze wyposażoną kuchnię i matka Banksa sama przygotowywała posiłki. Dzień spędzali zgodnie z własnymi upodobaniami, a na miejscu przez całą dobę dyżurowała pielęgniarka, na wszelki wypadek. Twierdzili, że mają wszystko, czego potrzebują, i są zadowoleni, chociaż ojciec narzekał, że pozostali mieszkańcy domu opieki są albo zbyt wykwintni, albo zbyt zdziecinniali jak na jego gust. Nigdy nie lubił towarzystwa, nie chodził więc na wieczory zagadek, wspólne śpiewanie czy zajęcia ruchowe. Matka za to lubiła wytworne towarzystwo. Zawsze miała ambicje przewyższające jej klasę społeczną.

Nagle do sali wparowała grupka uczestników uroczystości naprzeciwko. Wszyscy stłoczyli się wokół baru. Weselnicy, stwierdził Banks. Mężczyźni mieli na sobie źle dopasowane smokingi z kwiatami w butonierkach, ale kobiety wyglądały olśniewająco w eleganckich, kremowych atłasowych sukniach o odcieniu brzoskwini albo kości słoniowej. Państwo młodzi stali pośrodku grupy. Ktoś zamówił piwo i dżin z tonikiem dla wszystkich. Jeden z mężczyzn miał głośny, skrzypiący głos i oczywiście to on mówił najwięcej. Panna młoda śmiała się jak rżący koń. Właściciel skrzypiącego głosu opowiedział pieprzny dowcip i wszyscy pokładali się ze śmiechu. Ktoś inny rzucił dowcipną uwagę na temat teściowej pana młodego, wywołując kolejne rechoty, najgłośniejszy u samej teściowej, która wydawała się nieźle podcięta. Na szczęście dla Banksa wizyta weselników nie trwała długo. Wypili swoje i wrócili na przyjęcie. Barmanka spojrzała na Banksa, robiąc skrzywioną minę.

Sięgając po wino, Banks zauważył, że wypił już prawie całe. Zerknął na zegarek i uznał, że wystarczy mu czasu na kolejny kieliszek, poprosił więc o dolewkę. Pociągnął spory łyk i chociaż wzrok miał skierowany na telewizor, nie mógłby powiedzieć, że śledzi przebieg meczu. Myślał o sobotnich przedpołudniach dawno temu, pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy jeszcze mu się chciało biegać po boisku w każdą pogodę, tydzień po tygodniu, ryzykując złamanie ręki, uszkodzenie stawów albo mokrą piłkę między nogami. Ale nie było tak źle, pomyślał. Po skończonym meczu brał prysznic i niemal w każdą sobotę szedł do miasta po płyty, a razem z nim koledzy: Dave, Graham, Steve i Paul. Wszyscy poza Dave’em już nie żyli. Używane czterdziestkipiątki kupowało się od handlarza na targu pod gołym niebem, ale były to płyty z szaf grających, dlatego miały wycięty środek i należało korzystać z kiepskich plastikowych adapterów, które nie zawsze działały. Płyty były też często porysowane i przeskakiwały. Sprzedawca nie odpowiada za ukryte wady towaru. Na targu znajdowało się też stoisko z używanymi książkami, gdzie polował na tanie wydania tomików o Świętym, Toffie i Jamesie Bondzie. Miały miękkie okładki w krzykliwych kolorach.

Ale najlepsze były sobotnie wieczory. W sobotnie wieczory zwykle szedł do kina z Emily. Emily Hargreaves. Pierwszą dziewczyną, którą pokochał. Dziewczyną, której trumnę odprowadzał dziś wzrokiem w płomienie.

– Nie na długo – zapewnił Ray Cabbot. – Najwyżej tydzień albo coś koło tego. Dopóki czegoś odpowiedniego nie znajdę.

Annie Cabbot odłożyła nóż i widelec.

– Nie jestem przekonana – odparła. – Sam wiesz, że to bardzo mały dom.

– W niczym nie będę ci przeszkadzał, kochanie. Obiecuję. Nie chcę zaburzać twojego stylu życia.

Annie się zaśmiała.

– Mojego stylu życia? A co to niby jest? Obawiam się, że nie mam czegoś takiego. Zresztą nie o to chodzi... – Trochę się jednak martwiła, że obecność gościa może wpłynąć na jej relacje z Nickiem Flemingiem, detektywem z komendy hrabstwa. Znajomość była jeszcze świeża i narodziła się po długiej posusze, ale o tym nie zamierzała informować ojca. – Coś się wydarzyło w kolonii?

– Nie, nic. Ale mam wrażenie, że zaczynam być za stary na takie rzeczy. Ci młodzi radykałowie! – Uśmiechnął się szeroko. – Nikt już dzisiaj nie maluje ani nie rzeźbi. Chodzi wyłącznie o koncepcję i nastawienie. Takie czasy. Równie dobrze mogłabyś wejść do galerii, naszczać na podłogę i twierdzić, że to dzieło sztuki. Tylko patrzeć, jak zaczną robić te swoje instalacje na tokarkach albo na drukarkach 3D. Nie, kochanie, czas się stamtąd wynosić.

– A taki byłeś postępowy, taki awangardowy. Na stare lata robisz się konserwatystą?

Ray Cabbot się nadąsał.

– Każdy ma swoje granice.

– Chyba nie masz problemów?

– Jakich problemów? Oczywiście, że nie mam.

– Wszystko się dzieje tak nagle.

– Możesz mi wierzyć, że długo nad tym myślałem.

– Poza tym nie jesteś stary – dodała Annie, przełknąwszy piwo. Uświadomiła sobie, że Ray wygląda znacznie młodziej niż jego siedemdziesięciokilkuletni rówieśnicy.

– Dziękuję, że to mówisz, kochanie. – Ray przesunął dłonią po włosach. Były siwe, podobnie jak rozwichrzona broda, ale nadal miał ich tyle, żeby wiązać kucyk. – Może po prostu jestem zmęczony.

– Ale dlaczego Yorkshire? Zawsze mieszkałeś w Kornwalii. Tam jest twój dom.

– Wiem, ale chodzi o to, że... No cóż, ty tutaj jesteś.

– Nie bądź taki miękki, tato. – Annie rzadko nazywała Raya tatą. Jeszcze jako mała dziewczynka, gdy umarła matka, zaczęła zwracać się do niego po imieniu, jemu zaś najwyraźniej to odpowiadało. Dobrze też pasowało do atmosfery kolonii artystycznej na przedmieściach St Ives, gdzie się wychowała.

– Ale to prawda. Jesteś wszystkim, co mam, Annie. Wszystkim, co mi zostało... Wszystko ze mną w porządku. Wciąż mam siłę i zdrowie. Fizycznie nic mi nie dolega. Nie przeprowadzam się tutaj po to, żeby cię wykorzystywać jako nianię, jeśli tego się obawiasz.

– Nie, nie o to chodzi. I nie byłabym dobrą niańką.

– Kiepskie podejście do pacjenta?

Annie wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Właśnie tak. W każdym razie były już skargi.

Ponownie sięgnęła po widelec, żeby nadziać na niego trochę sałatki. Wybrali się na lunch do Czarnego Łabędzia w Harkside, gdzie mieszkała. Mały, spokojny pub krył się za bieloną fasadą z elementami drewna. Annie nieczęsto tam jadała, ale musiała przyznać, że sałatka była ponadprzeciętnie smaczna: awokado, komosa i pomidorki koktajlowe. Zupełnie nie pasowała do gorzkiego piwa, ale to jej nie przeszkadzało.

– To kiedy chcesz zacząć szukać tego domu? – zapytała.

– Jak najszybciej. Najlepiej natychmiast.

Annie upuściła widelec.

– Chcesz powiedzieć, że teraz? Dzisiaj?

– To zwykle znaczy słowo „natychmiast”. Może nie już dzisiaj, ale po weekendzie. W poniedziałek. A co? To dla ciebie problem?

– Nie, nie. Ale przydałaby się informacja z jakimś wyprzedzeniem, to wszystko. Pomyślałam, że to wstępna wizyta. Coś w rodzaju rekonesansu. To znaczy, że nie zamierzasz wracać, żeby zakręcić wodę, spakować jakąś torbę albo coś takiego?

– No niestety. Wszystko pozałatwiane. Przynajmniej dopóki o czymś sobie nie przypomnę.

– Czyli nic się na to nie poradzi, jak rozumiem. A twoje obrazy?

– Zelda się nimi opiekuje. Jej mogę zaufać.

– Zelda?

– To długa historia. Czyli się zgadzasz? Mogę zostać?

– Oczywiście, że możesz. Chyba nie miałeś wątpliwości?. – Annie nie mogła mu odmówić. Był jej ojcem. Wychował ją, zawsze poświęcał jej uwagę, kiedy jej potrzebowała, nawet jeśli nie musiał w tym celu specjalnie się poświęcać. Nie zmienił swojego stylu życia, przez co jej dzieciństwo było bardzo ciekawe, najdelikatniej mówiąc.

Ale dom, w którym mieszkała, był naprawdę mały i miał cienkie ściany. To oznaczało, że Nick nie będzie mógł u niej nocować przez... No właśnie, kto wie, ile czasu zajmie Rayowi znalezienie odpowiedniego domu w Yorkshire. Był w końcu malarzem, potrzebował więc pomieszczenia na studio, w którym miałby dobre światło i najchętniej piękny widok. Miał swoje kaprysy i wymagania, a czasem naprawdę trudno było mu dogodzić, mimo liberalnej postawy. Prosił ją więc o wiele, a spełnienie jego prośby wiązało się z kosztami, wiedziała też jednak, że jako wzięty malarz nie narzeka na brak funduszy. W sezonie turystycznym sprzedawał w Kornwalii dużo obrazów – pejzaże, mariny i portrety – ale jego poważniejsze, impresjonistyczne prace wisiały w uznanych galeriach i osiągały coraz wyższe ceny. Mogła więc założyć, że nie będzie dla niej ciężarem finansowym.

– Oczywiście stać mnie na wynajęcie lokum – oznajmił, jakby czytając w jej myślach. – Mogę więc zamieszkać w hotelu albo jakimś pensjonacie, jeśli tak byś wolała.

W żartach Annie klepnęła go w ramię.

– Nie gadaj głupot, tato. Mówiłam ci przecież. Możesz się zatrzymać u mnie, dopóki nie znajdziesz czegoś odpowiedniego. – Rozległ się dzwonek jej telefonu: Winkworth Gong imitujący sygnał samochodów policyjnych z lat sześćdziesiątych. – Przepraszam, muszę odebrać – powiedziała. – Praca.

Wyszła na ulicę i przyłożyła telefon do ucha. Dzwoniła nadinspektorka Gervaise, Komendant Regionalny Policji w Eastvale. Mówiła ponaglającym głosem.

– Mamy poważny incydent. Strzelanina podczas ślubu. Kościół Świętej Marii niedaleko Fortford. Nie znamy jeszcze liczby ofiar. Rozpętało się prawdziwe piekło. Jedź tam jak najszybciej. I poinformuj nadkomisarza Banksa. Powinien być w drodze powrotnej z Peterborough.

W tle Annie słyszała rozmowy, krzyki, dzwonki telefonów i odgłos kroków.

– Tak jest, pani nadinspektor – odpowiedziała, ale mogła myśleć tylko o Winsome. Jej przyjaciółka i koleżanka z pracy sierżant Winsome Jackman miała dzisiaj jechać na ślub do kościoła Świętej Marii w Fortford.

Czując lekkie zawroty głowy i senność po pośpiesznie wypitym drugim kieliszku wina oraz wczesnorannej pobudce, Banks z zadowoleniem stwierdził, że ma dla siebie dwa miejsca i może usiąść przodem do kierunku jazdy. Poprzedniego wieczoru przygotował na komputerze playlistę i wgrał ją do iPoda z myślą właśnie o podróży powrotnej. Rozsiadł się wygodnie, poprawił słuchawki i zanurzył się we własnym świecie, na wpół zamkniętymi oczami obserwując przemykające za oknem widoki.

Lubił porośnięty bujną roślinnością wiejski krajobraz środkowej Anglii. Nawet teraz, w grudniu, odległe pofałdowane wzgórza były skąpane w słońcu. Od czasu do czasu pociąg mijał osadę, czasem zaś Banks spostrzegał w oddali albo strzeliste dzwonnice, albo przysadziste wieże romańskich kościołów, albo okazałe domostwo na szczycie wzniesienia. W słońcu lśniły przednie szyby samochodów. Po wiejskich dróżkach spacerowali ludzie z psami.

Jeden odcinek drogi lubił szczególnie, serię małych, porozdzielanych zagajnikami jezior o trawiastych brzegach, na których zazwyczaj zauważał co najmniej trzech wędkarzy siedzących w znacznej odległości jeden od drugiego z kijami pochylonymi nad spokojną wodą i spławikami daleko od brzegu. Na ich widok Banks miał ochotę zacząć wędkować. Siedzieli jak posągi Buddy, nieruchomo i w zamyśleniu, czekając na branie, drgnięcie spławika, nirwanę. Być może rozmyślali o rachunkach, które mają do zapłacenia, albo cyckach dziewczyn z pracy, ale zawsze wydawali się skupieni na rzeczach wzniosłych, zjednoczeni z naturą. Tylko raz w życiu Banks pojechał na ryby, śmiertelnie się wynudził, a złowił tylko jednego ciernika.

Akurat gdy pociąg mijał jeziora, Banks słuchał Andy’ego Robertsa w piosence Gliders and Parks, którą dołączył do składanki, ponieważ kojarzyła mu się z dniem, gdy Emily zerwała ich znajomość podczas spotkania w Hyde Parku. Nie tyle ze względu na tekst, co nastrój, który ta piosenka tworzyła. Potem była Judy Collins i First Boy I Loved, a jeszcze później I’ll See You Again Roya Harpera. Wiedział, że się w ten sposób pogrąża w przesadnym sentymentalizmie, nie mówiąc o nostalgii, ale było mu wszystko jedno. Chodziło przecież o jego śmierć, jego żałobę, i mógłby nawet płakać, gdyby chciał.

Ale nie zapłakał.

Wspomnienia o Emily nie przychodziły mu z łatwością, choć potrafił sobie wyobrazić, że stoi przed nim. Pamiętał maleńką bliznę nad jej górną wargą w miejscu, gdzie się uderzyła, spadając z rowerka na trzech kółkach, gdy była małą dziewczynką. Blizna delikatnie się poruszała z każdym uśmiechem. Pamiętał jej bladą, gładką cerę, jasne fale długich włosów spływających na ramiona. Zawsze jej powtarzał, że przypomina mu Julie Christie z Doktora Żywago, bo naprawdę było w niej coś jaśniejącego, jakby światło obdarzało specjalnymi względami jej oczy i usta. Ale nie mógłby określić Emily mianem eterycznej istoty. Potrafiła walić prosto z mostu, reagować impulsywnie, czasem nawet okrutnie. Dużo się śmiała, jak pamiętał, ale bywała też poważna. Miewała kaprysy i humory, a niekiedy z trudem potrafił się przebić przez jej milczenie, powściągliwość i tajemniczość, zwłaszcza pod koniec ich związku.

Wspólnie słuchali płyty The Rise and Fall of Ziggy Stardust, gdy tylko się pojawiła. Pamiętał, że Starman od początku był jej ulubionym kawałkiem. Ze zdumieniem odkrył, że kazała go odtworzyć na swoim pogrzebie. Niewiele jednak wiedział o ostatnich latach jej życia. Nie miał nawet pojęcia, że pracowała dla Lekarzy bez Granic. Gdyby Dave nie przysłał mu wyciętego z lokalnej gazety nekrologu, nie wiedziałby nawet, że umarła. Gdy zaczynają umierać przyjaciele i pierwsze miłości, człowiek dochodzi do przekonania, że sam ledwie się wywinął kostusze, ale to tylko kwestia czasu. Co oczywiście jest prawdą. Ale wcześniej trzeba sobie poradzić z jakąś wersją syndromu ocaleńca.

Nagle Banks zaczął się zastanawiać, czy dzieci Emily dowiedzą się o jego istnieniu, gdy zaczną sprzątać dom po matce. Czy znajdą stare albumy ze zdjęciami i pamiątki po wydarzeniach, które nic dla nich nie znaczą? Plakaty koncertów rockowych? Stare bilety na koncert? Listy miłosne? Pocztówki? Tybetańską bransoletkę, którą dał jej na urodziny? Srebrny pierścionek?

Pociąg zatrzymał się w Newark, potem w Doncaster. Gdy obok przejeżdżał minibar, Banks wyrwał się z zadumy. Kupił kawę i wafelka Penguin, a następnie rozłożył tacę przy pustym siedzeniu obok siebie, żeby je na niej położyć.

Podróż z Doncaster do Yorku zawsze trwała krócej, niż oczekiwał, a zaraz za Yorkiem było Northallerton. Jego stacja. W połowie All Things Must Pass George’a Harrisona wyłączył iPod i umieścił w teczce obok antologii poezji angielskiej nieotwieranej już od kilku dni. Ostatnim wierszem, który w niej przeczytał, była Oda do greckiej urny Keatsa – bardzo mu się spodobała.

Telefon komórkowy wyłączył przed uroczystościami pogrzebowymi, potem zapomniał go włączyć. Zrobił to dopiero teraz, przygotowując się do wyjścia. Diabelskie urządzenie w jego rękach niemal natychmiast eksplodowało powiadomieniami o esemesach i nieodebranych połączeniach. Pod jego nieobecność musiało się wydarzyć coś naprawdę złego. Żonglując telefonem w jednej, i teczką w drugiej ręce, szedł wzdłuż peronu, odsłuchując pierwszą wiadomość od detektyw Annie Cabbot.

Rozdział drugi

Kiedy Banks dotarł do Fortford, w całej wiosce roiło się od policjantów, którzy stanowczo zalecali ciekawskim mieszkańcom, żeby ci zostali w domach. Mieszkańcy oczywiście nie posłuchali, mundurowi mieli więc mnóstwo pracy, żeby utrzymać wszystkich za taśmą policyjną na południowym krańcu lokalnych błoni.

Z relacji Annie wynikało, że dyżurna odebrała telefon Terry’ego Gilchrista o 13.03 i natychmiast się skonsultowała ze swoim przełożonym, który wydał rozkaz, że nieuzbrojonym policjantom i pracownikom służb ratunkowych nie wolno wkroczyć na miejsce, dopóki nie otrzymają zgody dowództwa Uzbrojonej Grupy Wsparcia, chociaż Terry Gilchrist zapewniał go, że widział, jak sprawca schodzi ze wzgórza.

Dowódca jednostki specjalnej wysłał trzy najbliżej stacjonujące pojazdy opancerzone. Uzbrojeni funkcjonariusze właśnie zakończyli zabezpieczanie terenu wokół kościoła, odległego od pozostałych zabudowań o mniej więcej ćwierć mili. Dopiero wtedy policjanci odgrodzili miejsce zdarzenia, wyznaczając drogi dostępu i punkty zborne, żeby umożliwić medykom poruszanie się, a śledczym pracę. Nadal nie było dokładnych ustaleń na temat liczby zabitych i rannych.

Banks pokazał legitymację na drugim punkcie kontrolnym, odległym od kościoła o mniej więcej sto metrów, wpisał się do dziennika wejść, po czym szybko podszedł do Annie Cabbot stojącej wraz z Dougiem Wilsonem i Geraldine Masterson, detektywami z Wydziału Śledczego, którzy dotarli na miejsce chwilę przed nim. Nadinspektor Gervaise kierowała operacją jako strategiczny dowódca, koordynując wszystkie działania z komendy w Eastvale wspólnie z przedstawicielami dowództwa służb ratunkowych i Uzbrojonej Grupy Wsparcia.

Funkcjonariusze w pełnym rynsztunku bojowym rozstawieni za budynkiem kościoła twarzą w stronę przeciwległego wzgórza wyglądali jak armia najeźdźcza. Kilku członków jednostki specjalnej Banks zauważył także na wzgórzu. Standardowo oprócz glocka i paralizatora każdy z nich miał na wyposażeniu pałkę teleskopową PR-24, kajdanki oraz gaz CS, teraz jednak, ponieważ sytuacja była poważna, wszyscy zabrali ze sobą także pistolety maszynowe HK MP-5, które zazwyczaj zostawiali w bagażnikach pojazdów. Ich widok mroził krew w żyłach.

– Coś nowego? – zapytał Banks, gdy dołączył do kolegów.

– Jeszcze nic – odpowiedziała Annie. – Jak po pogrzebie?

– Jak to po pogrzebie. Co z Winsome?

– Przez telefon Terry powiedział mi, że Winsome jest ranna, ale nie umiał określić, czy postrzał jest poważny. Jednostka specjalna przeszukała wzgórze, które wskazał Terry, i potwierdziła, że sprawca się ulotnił. Sądzą, że znaleźli miejsce, skąd padły strzały, i zabezpieczyli je do analizy kryminalistycznej. Dowództwo akcji zaleciło, żeby wszyscy uczestnicy zdarzenia, którzy nie ucierpieli, pozostali w budynku kościoła, dopóki karetki nie zabiorą rannych i zabitych. Szpital Eastvale General ma się przygotować na przyjęcie ofiar. W pogotowiu są też lekarze w szpitalu uniwersyteckim Jamesa Cooka i szpitalu w Leeds. Udało się ustalić, że łącznie było około sześćdziesięciu gości. Ślub brała celebrytka, można powiedzieć. Relacje w gazetach i tym podobne. – Przełknęła ślinę. – To była masakra, Alanie. Jeszcze nie mieliśmy tu takiej.

– Przyjechały media? Mówiłaś, że to celebrytka.

– No ale przecież nie Madonna ani nikt podobny. Przyjechało kilku reporterów i fotografów, ale albo uciekli, albo się schronili w kościele.

– Akurat tym razem szkoda, że nie było ich więcej – stwierdził Banks. – Może zabójca zawahałby się na ich widok albo ktoś zdążyłby go sfilmować. Może fotograf ślubny?

– Nie przypuszczam – odpowiedziała Annie. – Odłamek kamienia ugodził go w oko. Ale sprawdzimy wszystkie zdjęcia i filmy zrobione podczas ceremonii. Terry opowiadał, że zrobił, co mógł, żeby pomóc rannym – kontynuowała. – Kilku ofiarom założył opaski uciskowe, powstrzymując krwawienie. Narzekał, że oddziały specjalne strasznie się grzebały. Dotarli na miejsce prawie godzinę po fakcie.

Banks zerknął na zegarek.

– Wiem. Twoje wiadomości odebrałem dopiero po wyjściu z pociągu. Przyjechałem prosto z Northallerton. Najszybciej, jak się dało. Żałuję, że nie włączyłem telefonu wcześniej.

– To nie ma znaczenia. W pociągu i tak mógłbyś się jedynie martwić. Zresztą nas też wpuścili dopiero przed chwilą. Wcześniej dostęp był tylko dla uzbrojonych. Nawet podejść nie mogliśmy. Pierwszy samochód jednostki specjalnej przyjechał dopiero o trzynastej czterdzieści jeden, a musieli jeszcze przeszukać teren, żeby ustalić, czy sprawca gdzieś się nie czai. Część ratowników medycznych i lekarzy naprawdę się wściekła, bo niewykluczone, że tam umierali ludzie, a oni nie mogli im pomóc przez jakiś biurokratyczny zakaz.

Po chwili wszyscy czworo weszli na teren kościoła przez starą bramę od strony cmentarnej. Banks widział rannych, którzy z płaczem ściskali w dłoniach oderwane kawałki koszul albo sukienek, żeby zatamować krwawienie. W oddali słyszał syreny kolejnych karetek, a ratownicy medyczni już okrążali cmentarz przykościelny, poruszając się wzdłuż jaskrawożółtych plastikowych kwadratów wyznaczających drogę dostępu, którą wytyczono, żeby nikt nie zatarł śladów na miejscu zbrodni. Peter Darby, fotograf kryminalistyczny, już robił zdjęcia skutków masakry. Trwały jeszcze tak zwane złote godziny, czas bezpośrednio po przestępstwie, nigdy potem dowody nie będą już ani tak świeże, ani tak liczne. Doktor Burns, lekarz policyjny, podniósł głowę, gdy detektywi przechodzili obok niego. Banks jeszcze nie widział, żeby Burns był taki blady.

Piękna młoda kobieta w koralowej sukience siedziała oparta o płytę nagrobną i słabym głosem wzywała pomocy, wstrząsana dreszczami. Materiał sukienki był przesiąknięty krwią, kobieta oburącz trzymała się za brzuch, jakby próbowała wcisnąć na miejsce swoje wnętrzności. Jej długie blond włosy i twarz w kształcie serca skojarzyły się Banksowi z Emily Hargreaves. Po chwili dobiegł do niej lekarz. Obok na trawie leżała kobieta bez połowy twarzy. Wyglądała jak aktorka telewizyjnego serialu o zombie w bardzo realistycznej masce.

– Ile jest ofiar? – zapytał Banks.

– Siedem albo osiem według Terry’ego. Nie ma jeszcze oficjalnej informacji.

– Adrian Moss już jest? – Moss był rzecznikiem prasowym policji, niebawem czekało go więc dużo pracy.

– Jeszcze nie.

Gerry Masterson, najmłodsza wiekiem i stażem w zespole, pobladła. Szła coraz wolniej, po czym się zatrzymała, jakby ugrzęzła na jednym z żółtych kwadratów, wpatrzona w kobietę trzymającą się za brzuch pod płytą nagrobną. Banks zauważył, że Gerry zaczyna drżeć. Szybko podszedł do niej i chwycił ją za ramię.

– No, już dobrze – powiedział. – Spójrz na mnie. I oddychaj głęboko. Raz. Dwa. Trzy.

Gerry odwróciła się do niego. Miała rozszerzone nozdrza i patrzyła błędnym wzrokiem. Po chwili skinęła głową. Jej ramiona zesztywniały i Banks obserwował, jak jego podwładna z wysiłkiem spowalnia oddech, wpatrując się w drzwi do kościoła.

– Dam radę, panie komisarzu – powiedziała przez zaciśnięte zęby.

Już w progu Banks usłyszał płacz dzieci, ale potrzebował chwili, żeby przyzwyczaić oczy do panującego w kościele mroku. Wszędzie byli ludzie. Niektórzy milczeli, inni płakali, a jeszcze inni rozmawiali. Banks zauważył dziewczynkę z kwiatami. Miała kręcone włosy. Ściskała swój bukiecik, szlochając, a jej twarz i sukienka były poplamione krwią, chociaż Banks nie przypuszczał, że to jej krew. Mały chłopiec w eleganckim garniturze obejmował ją, niezręcznie próbując uciszyć. Obok, na wytartym kamiennym stopniu ołtarza siedział pastor, przygarbiony, ze spuszczoną głową i rękami złożonymi w modlitwie, mamrocząc coś do Boga. Potem Banks wypatrzył Terry’ego Gilchrista, który obejmował kogoś ramieniem, opierając się o kamienną kolumnę.

Banks pośpiesznie podszedł do niego i, tak jak się spodziewał, zobaczył przy nim Winsome. Siedziała z rękami wokół kolan, przyciskając je do piersi. Koszula, marynarka i twarz Terry’ego były całe we krwi. Brzoskwiniowa sukienka z atłasu – ta sama, którą Winsome z taką radością upolowała na wyprzedaży – też miała wszędzie czerwone plamy. Banks zauważył strużkę krwi ściekającą z odsłoniętego ramienia. Coś przecięło skórę. Bruzda nie była głęboka, co najwyżej powierzchowna rana, ale naprawdę niewiele brakowało. Winsome drżała, jej załzawione oczy zdawały się nie dostrzegać niczego wokół, jakby widziały tylko jej własne myśli.

– Jest w szoku – stwierdził Terry. – Potrzebuje lekarza, ale są tu ludzie w gorszym stanie. Sam widziałeś, co się dzieje na zewnątrz.

– Byłeś tam, gdy to się stało?

Terry podniósł się, ale nie spuszczał oczu z Winsome. Miejsce, które zwolnił przy jej boku, zajęła Annie.

– Robiłem, co mogłem. Starałem się wprowadzić wszystkich obecnych do środka, żeby byli bezpieczni. Snajper drasnął ramię Winsome. Miała szczęście. Wydaje mi się, że ten bydlak strzelał pociskami z wgłębieniem wierzchołkowym, na to wskazują rany. Widziałem, jak schodził ze wzgórza nad drogą. Kierował się na południe. Myślę, że czekanie było najgorsze. Ludzie płakali, krzyczeli z bólu. Medycy mogli interweniować znacznie wcześniej, potrzebowali tylko zgody, ale dowódca jednostki specjalnej nie chciał jej dać, a przecież i tak minęło sporo czasu, zanim się pojawił ze swoimi ludźmi. Chryste Panie, Alan, ludzie umierali. Winsome mogła umrzeć. A on mi nie wierzył, że sprawca już poszedł.

Banks delikatnie dotknął jego ramienia.

– Zrobiłeś, co było w twojej mocy, Terry. W odróżnieniu ode mnie oni nie wiedzą o twojej wojskowej przeszłości. Musieli postępować zgodnie z procedurami. Nie martw się, Winsome będzie miała dobrą opiekę. Dojdzie do siebie. Co z tobą?

– Nic mi nie jest.

Banks odwrócił głowę, ponownie lustrując wnętrze kościoła. Gerry i inni rozmawiali ze świadkami, kucając obok nich. Syreny, które zwróciły jego uwagę jeszcze na dziedzińcu, nagle ucichły i po chwili do kościoła wbiegli lekarze i ratownicy medyczni niosący nosze i torby ze sprzętem.

Banks stał na szczycie wzgórza naprzeciwko miejsca zbrodni, obserwując ludzi na dziedzińcu kościelnym: maleńkie figurynki jak na obrazach Lowry’ego. Stok opadał delikatnie ku łące pełnej owiec. Pasły się niewinnie po przeciwnej stronie drogi tak samo nieświadome tego, co się stało, jak Audenowski koń drapiący zad o drzewo w wierszu o upadku Ikara. Po lewej, przy skrzyżowaniu z drogą do Helmthorpe, Banks miał wioskę Fortford, skupisko kamiennych, krytych dachówką domów przycupniętych wokół błoni, znajome rzymskie grodzisko i bielona fasada pubu Lamb and Flag. Z tyłu rozciągały się wrzosowiska, plątanina wrzosów i kolcolistów rozciągniętych niczym drut kolczasty między łupkowymi wychodniami. Po drugiej stronie drogi, za kościołem, podobne wzgórze wznosiło się przed podobnym wrzosowiskiem. Wcześniej warunki dla snajpera były idealne, ani śladu wiatru czy kropli deszczu, teraz jednak znów zaczynało wiać i nadciągały burzowe chmury. Dochodziła czwarta, sobotnie popołudnie na początku grudnia nie trwa długo. Zaczynało się zmierzchać, a w powietrzu czuć było chłód zakradający się z północy.

Do Banksa dołączył kierujący zabezpieczeniem miejsca zbrodni Stefan Nowak i komisarz Mike Trethowan, który dowodził funkcjonariuszami z oddziału specjalnego. We trzech podeszli do miejsca odgrodzonego taśmą policyjną, za którą dwóch techników kryminalistycznych rozkładało prowizoryczny brezentowy namiot nad miejscem, z którego strzelał zabójca.

– Znaleźliście coś? – zapytał Banks.

– Dziesięć łusek – odpowiedział Trethowan. – Już posłaliśmy do analizy balistycznej.

– Coś jeszcze?

– Na razie nic – stwierdził Nowak. – Trawa jest spłaszczona, jakby wyleżana. Niewątpliwie coś znajdziemy, jak tylko ludzie rozpoczną szczegółowe poszukiwania. Najprawdopodobniej włókno. Kto wie, może palił papierosa i zostawił nam jakąś ładną próbkę DNA?

Trethowan wskazał na nierówną ścieżkę po prawej stronie, prowadzącą po przekątnej zbocza na dół.

– Tędy schodził, gdy widział go pan Gilchrist – powiedział. – Zarządziliśmy już blokadę dróg. Alert został ogłoszony w całym hrabstwie. Gdybyśmy tylko wiedzieli, czego szukamy. Niebawem powinny dotrzeć psy tropiące.

– Przyjechał samochodem?

– Tego nie wiemy, ale tak przypuszczam. Jest wiele miejsc w pobliżu, gdzie można zaparkować. Wszystkie sprawdzamy. To nie jest bardzo uczęszczana droga. W promieniu wielu mil nie ma żadnego monitoringu.

Banks dobrze znał tę drogę. Prowadziła na południe od głównej trasy wschód–zachód do Helmthorpe. Początkowo biegła pod górę, potem długo się wiła przez wrzosowisko obok schroniska młodzieżowego, by wreszcie powoli opaść do przyległej doliny. Tam skręcało się do Harrogate, Yorku albo Leeds, skąd można było wjechać na autostradę M62 albo M1. Zabójca uciekł natychmiast, równie dobrze mógł więc teraz być w drodze do Londynu, a oni nadal nic nie wiedzieli i nawet nie mieli opisu samochodu, który chcą znaleźć.

Oczywiście przy założeniu, że zabójca chciał stamtąd uciec.

Banks znów obserwował teren przed kościołem. Trudno było uwierzyć, że coś tak potwornego mogło się wydarzyć w biały dzień, przy tak radosnej okazji i w takim pięknym miejscu. Przysadzisty kościół wzniesiony w 1174 roku miał typową dla stylu normandzkiego czworokątną wieżę z zegarem. W słabnącym świetle dnia wapień przybierał zielonkawoszary odcień. Wiele płyt nagrobnych na przykościelnym cmentarzu niebezpiecznie się pochyliło, niemal wszystkie były pokryte porostami lub przesłonięte wybujałą trawą. Tylko o te niedawne ktoś dbał, stawiając przed nimi wazony kolorowych kwiatów.

Kościół Świętej Marii należał do najbardziej znanych i lubianych w okolicy, kiedyś był jedynym miejscem pochówku w całej dolinie. Mieszkańcy bardziej oddalonych na zachód wiosek i gospodarstw rolnych po tak zwanej Drodze Umarłych przynosili tu albo przywozili na wozach ciała swoich bliskich na chrześcijański pochówek, nie mając bliżej żadnej świątyni, gdzie mogliby ich pogrzebać. Podobnie jak kościół Świętego Andrzeja w Swaledale stał się czymś w rodzaju katedry dla całej doliny. A teraz to.

– Nie bał się ryzyka? – zapytał Banks.

– Powiedziałbym, że nie było wysokie – odpowiedział Trethowan. – Trafił na dobrą pogodę, ale to raczej kwestia szczęścia niż prognoz. Na dzisiaj zapowiadali deszcz i czuć go w powietrzu, z jakiegoś powodu jednak jeszcze nie zaczęło padać. Ale nawet przy dobrej pogodzie nie spotkałoby się tutaj wielu spacerowiczów o tej porze roku. Poza tym druga strona doliny jest popularniejsza, bardziej malownicza. Moim zdaniem sprawca zaplanował to wcześniej, dobrze wybrał miejsce.

– Ale jeśli leżał tutaj w trawie, obserwując kościół, to jest szansa, że ktoś go zauważył, prawda? Chociażby podczas spaceru z psem.

– Zawsze jest jakaś szansa, Alanie. Zawsze istnieje ryzyko – odparł Trethowan. – Ale gdyby się pojawił ktoś na spacerze z psem albo jacyś turyści, to ich też by pewnie zastrzelił.

– Racja. Dlaczego twoi ludzie tak długo tu jechali, Mike?

– Na Boga, ty też?!

– O co ci chodzi? Przecież wiesz, że temat wypłynie, i z nas dwóch to ja siedzę na gorącym krześle.

Trethowan westchnął.

– Nie brakuje nam wyszkolenia, ale sam wiesz, że nieczęsto dochodzi do incydentów z użyciem broni w odległych częściach kraju. Najbliższy uzbrojony patrol znajdował się w rejonie Middlesbrough. Dotarli tu najszybciej, jak się dało. Był duży ruch. Nie mogli przecież przyfrunąć.

– A przez ten czas tutaj umierali ranni ludzie.

– Ciekawe, jak mielibyśmy funkcjonować lepiej przy środkach, którymi dysponujemy. Większość naszych ludzi i jednostek wsparcia koncentruje się wokół miast, gdzie jest większe zagrożenie terrorystyczne. Centra handlowe, stadiony, imprezy muzyczne i sportowe, tego typu rzeczy. Mało kto został w północnej części Yorkshire.

– Rozumiem to, Mike, ale Terry Gilchrist informował cię, że sprawca zszedł ze wzgórza, a mimo to nie zgodziłeś się wpuścić medyków.

– Sprawców mogło być kilku. Albo ten jeden mógł nie odejść daleko. Albo Terry Gilchrist mógł się mylić. Nie mieliśmy pojęcia, czy jest wiarygodny. Niepełne zeznanie świadka może budzić najróżniejsze zastrzeżenia. Nie wolno się na nim opierać. Wiesz przecież, że zostaliśmy wezwani, żeby chronić nieuzbrojonych policjantów i personel służb medycznych. A gdyby jeszcze jakiś cywil albo ratownik medyczny został zastrzelony, to czyja byłaby wina? Oczywiście, że nasza. Dlatego zanim do akcji wkroczą inni, musimy zawsze sprawdzić teren i dać zgodę. Takie są procedury. Zresztą nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle bronię tej akcji. To nie była moja decyzja. Porozmawiaj z dowódcą koordynatorem akcji.

– Ja tylko mówię, że się pojawi taki temat. Po prostu cię ostrzegam.

– Jakbym sam nie wiedział.

– Jak sądzisz, jaka jest odległość? Stąd do kościoła.

– Jakieś trzysta pięćdziesiąt, może czterysta metrów.

– A po angielsku?

Trethowan się żachnął.

– Luddysta. Około ćwierci mili.

– Daleko. Jakiej broni potrzebował, żeby trafić z tej odległości?

– Nie wiemy, jakim jest strzelcem – stwierdził Trethowan. – Strzelał do tłumu. Nie mamy pojęcia, kto był celem, albo co, jeśli nie liczyć samej grupy. Z relacji Terry’ego Gilchrista wynika, że najpierw trafił pannę młodą, po niej pana młodego, następnie pierwszą druhnę, a potem zaczęło się zamieszanie. Ale nawet gdyby nie mierzył do nikogo konkretnego, to i tak prawdopodobnie w kogoś by trafił.

– O ile wiem, postrzelił siedem albo osiem osób.

– To całkiem możliwe.

– Luneta?

– Najprawdopodobniej. Jeśli celował do konkretnych osób, z pewnością miałby większą szansę trafienia.

– Jak myślisz, z jakiej broni padły strzały?

– W razie czego się na mnie nie powołuj, ale obstawiałbym AR-15 – odpowiedział Trethowan. – Tak zwany czarny karabin. Na to wskazują też znalezione łuski. Naboje Remington kaliber dwieście dwadzieścia trzy, a tej amunicji używa się do AR-15 w magazynkach po dwadzieścia lub trzydzieści sztuk. Oczywiście to nie jest jedyna broń na taką amunicję, ale... no cóż, AR-15 jest najpowszechniejszy. Pytałeś o moje domysły.

– Zgaduję, że to nielegalna broń?

– Skądże. Bardzo popularny karabin wśród entuzjastów. Ale jest dostępny tylko dla uczestników zawodów strzeleckich i tylko w wersji powtarzalnej.

– Czyli jakiej? Minęło trochę czasu, odkąd skończyłem szkolenie z broni palnej.

– Trzeba odciągnąć zamek, żeby opróżnić komorę i wprowadzić do niej kolejny nabój.

– Czyli potrzeba czasu? Czy sprawca mógłby to zrobić wystarczająco szybko, żeby oddać aż tyle strzałów?

– Dziesięć? Tak, z łatwością. Ewidentnie mu się udało. Da się zrobić w niecałą minutę. Z informacji uzyskanych od pana Gilchrista wynika, że to musiała być broń powtarzalna, a nie samopowtarzalna. A on chyba wie, co mówi, po doświadczeniach w służbie wojskowej. Gdyby strzały padły z nielegalnej broni samopowtarzalnej, zginęłoby znacznie więcej ludzi.

– A pociski?

– O to pytaj patologa, gdy je wygrzebie.

– Terry uważa, że miały wydrążony wierzchołek.

– I niewykluczone, że słusznie.

– Czy zabójca musiał mieć przygotowanie wojskowe?

– Niekoniecznie, ale bym tego nie wykluczał. Jest mnóstwo klubów strzeleckich, a w nich mnóstwo ludzi, którzy z pasją uprawiają strzelectwo przy użyciu całej gamy broni palnej. Albo myślistwo. Ale też nie da się wykluczyć, że sprawca po prostu dobrze strzelał.

– To mógł być atak terrorystyczny?

– Zawsze istnieje taka możliwość – stwierdził Trethowan. – Nawet tutaj. Eksperci są w drodze i wszystko dokładnie sprawdzą. Ale między nami mówiąc, nie wygląda mi to na terrorystów. Samotny strzelec, o ile wiemy, z legalną bronią, strzelający z dużej odległości. Wiejskie wesele w nieuczęszczanym miejscu. Gdzie tu przesłanie?

– Że mogą nas dopaść, gdzie chcą i kiedy chcą, a nasze zwyczaje i ceremonie nic dla nich nie znaczą. Ostatnio wiele było ataków na łatwe cele. Przypomnij sobie. Paryż, Bruksela, Nicea, Stambuł.

– Jeśli tak stawiasz sprawę, to...

– Nie, zgadzam się z tobą, Mike. Nie czuję tu ręki terrorystów. Oni raczej dążyliby do większych strat, wysyłając do kościoła mężczyznę albo kobietę z pistoletem maszynowym albo ładunkami wybuchowymi wokół pasa, chociaż nie wydaje mi się, żeby mieli chętnego samobójcę zawsze, gdy go potrzebują. Po prostu rozważam wszystkie możliwości. – Banks zrobił pauzę. – Jeśli broń była legalna, to powinniśmy ją namierzyć po pozwoleniu, prawda?

– Teoretycznie tak – odpowiedział Trethowan. – Żeby dostać pozwolenie, trzeba przejść rygorystyczną kontrolę, ale są tacy, którzy potrafią się przemknąć. Pamiętaj, powiedziałem tylko, że ta broń jest legalna. Nie twierdziłem, że ten konkretny karabinek został pozyskany zgodnie z prawem.

– Racja, ale przestępcy popełniają błędy, stają się zbyt pewni siebie. Jaka liczba pozwoleń może wchodzić w grę?

– Ostatnio słyszałem o około siedmiuset tysiącach właścicieli i prawie dwóch milionach sztuk legalnie posiadanej broni palnej w Wielkiej Brytanii.

– Dwa miliony?

– Nie przesłyszałeś się. Około sześćdziesięciu tysięcy sztuk tylko w samym North Yorkshire.

– Z czego duża część to śrutówki?

– Uhm. Zwłaszcza na obszarach wiejskich.

– Czyli AR-15 byłoby mniej?

– Znacznie mniej. Możemy zawęzić poszukiwania. Wtedy pójdzie o wiele szybciej.

– W takim razie zacznijmy natychmiast – zarządził Banks. – Powiedz swoim ludziom, żeby najpierw namierzyli te najbliżej miejsca zbrodni, a dopiero potem szukali dalej. Zresztą sam wiesz, co i jak.

– Powiem im też, żeby zachowali szczególną ostrożność. Jeśli ktoś używa legalnej broni, żeby popełnić taką zbrodnię, to musi się spodziewać, że go niebawem odwiedzimy.

– Może mu nie zależy.

– Tego właśnie się obawiam.

Banks zauważył, że na miejsce dotarły wozy transmisyjne, a w powietrzu krążyły już dwa śmigłowce stacji telewizyjnych i maszyny ratownictwa lotniczego, które policja włączyła do akcji, żeby patrolowały wrzosowiska w poszukiwaniu zabójcy. Media zrobią z tego wielką historię. Przez najbliższe dni wszystkie oczy będą zwrócone na nich. Jeśli jakiś reporter odkryje, ile czasu jednostki specjalne potrzebowały, żeby dotrzeć na miejsce, a potem zabezpieczyć teren, podczas gdy przed kościołem umierali ludzie, i ile czasu minęło, zanim pozwolono udzielić tym ludziom pomocy medycznej, to polecą głowy. Nie będzie miał znaczenia rozkaz przegrupowania funkcjonariuszy na obszary miejskie, bardziej narażone na atak terrorystyczny. A prędzej czy później media się dowiedzą. Ktoś zawsze coś chlapnie. Rzecznik prasowy Moss będzie miał pełne ręce roboty. Gdyby atak terrorystyczny, taki jak w Paryżu czy Stambule, nastąpił w tak malowniczym miejscu jak Yorkshire Dales, wzgórza Cotswold czy Kraina Jezior, to terroryści mieliby więcej niż dość czasu, żeby wyrządzić każdą szkodę i zabić tylu ludzi, ilu tylko by chcieli, zanim ktokolwiek choćby spróbował ich powstrzymać. Skoro mowa o łatwych celach.

Banks usłyszał szelest, odwrócił się i zobaczył dwóch funkcjonariuszy prowadzących psy. Niemal w tej samej chwili odezwała się krótkofalówka Mike’a Trethowana.

– Panie komisarzu – zatrzeszczał głośnik. – Kazano mi sprawdzić, czy jest z panem nadkomisarz Banks.

– Jest – odpowiedział Trethowan.

– Jego zespół właśnie otrzymał informację z pobliskiego schroniska. Znaleźli tam jakiegoś świadka. Detektyw jest już w drodze na miejsce i prosi nadkomisarza, żeby też tam pojechał. Samochód czeka na niego u stóp wzgórza.

Banks pożegnał Trethowana skinieniem głowy i ruszył na dół.

Banks wysiadł z radiowozu przed schroniskiem młodzieżowym i poprosił kierowcę, żeby na niego zaczekał. Dziewiętnastowieczna rezydencja z klasycznie gotycką fasadą sprawiała wrażenie, jakby jej budowniczy był wielbicielem Brama Strokera i Ann Radcliffe. Budynek wzniesiono z lokalnego wapienia, podobnie jak kościół, później zaś dodano skrzydła oraz dwuspadziste dachy, całości dopełniając gdzieniegdzie gargulcem. W gęstniejącym przedwieczornym mroku, na tle ciężkich chmur deszczowych, budynek przypominał przerażające stare domy z czarno-białych horrorów, zwłaszcza że światła było widać w zaledwie kilku z szeregu wielodzielnych okien. Dom na nawiedzonym wzgórzu. Brakowało tylko grzmotów i błyskawic.

Drzwi wejściowe były otwarte. Kobieta w recepcji skierowała Banksa do świetlicy i zaproponowała mu filiżankę herbaty. Podziękował jej i pod sklepionym przejściem udał się we wskazanym kierunku. Kilku uzbrojonych funkcjonariuszy przeszukiwało właśnie budynek, ponieważ znajdował się niecałe ćwierć mili na południe od kościoła Świętej Marii.

Świetlica okazała się chłodną, wysoką salą z wielkim oknem wykuszowym i skrzącym się żyrandolem. W różnych jej częściach stały wysłużone fotele, niektóre pod osłoniętymi abażurami lampami do czytania. W tle sączyła się muzyka pop, jakaś grupa, której Banks nie rozpoznawał. Wewnątrz nie było nikogo oprócz detektyw Masterson i siedzącego naprzeciwko niej przy oknie tyczkowatego blondyna.

– Jak sobie radzisz? – Banks zwrócił się do Gerry, gdy podszedł bliżej.

– Dobrze, panie nadkomisarzu. Dopiero tu dotarłam.

Gerry wyglądała bardzo profesjonalnie. Siedziała z nogą założoną na nogę, a jej kucyk opadał na plecy. Miała na sobie żakiet w kolorze butelkowej zieleni, dżinsy i czarny golf. Odzyskała trochę rumieńców i znacznie więcej niż trochę panowania nad sobą. Sądząc po tym, jak odwracała wzrok, czuła się zakłopotana swoją reakcją na dziedzińcu kościoła. Banks wiedział, że to przejdzie, ale głębsze odczucia pozostaną. Z pewnością nie zamierzał jej winić za tę reakcję, prawdopodobnie był to najgorszy widok w całym jej życiu. Prawdopodobnie też będzie ją prześladować w koszmarach nocnych jeszcze przez długie lata.

Sam Banks nie mógłby powiedzieć, że to, co zobaczył, spłynęło po nim jak woda po gęsi. Wręcz mógłby się założyć, że dzisiejszy widok zacznie się pojawiać w nocnych danse macabre świata jego snów. Tylko że dla niego nie była to pierwsza jatka: widział ciała dziewczynek w piwnicy domu Terence’a Payne’a, pomagał na miejscu okaleczonym ofiarom i widział umierających ludzi po pierwszym zamachu terrorystycznym w Londynie, niedawno zaś musiał jakoś przejść między częściami ciał ludzi i zwierząt porozrzucanymi po dnie przełęczy Belderfer. I wszystko to miało swoją cenę. W jego pamięci zostawały nie tyle zdarzenia, co ich szczegóły, jak druhna na dziedzińcu kościoła rękami utrzymująca własne wnętrzności wewnątrz.

– To Gareth Bishop, panie nadkomisarzu – oznajmiła Gerry. – Twierdzi, że ma dla nas ważne informacje. Uznałam, że chciałby pan porozmawiać z nim osobiście.

Tyczkowaty młodzieniec uniósł się z miejsca, podając Banksowi rękę, po czym obydwaj usiedli. Gerry wyjęła notatnik. Recepcjonistka przyniosła tacę z herbatą i postawiła ją na stoliku między nimi.

– Dajcie jej chwilę, niech naciągnie – powiedziała i wyszła.

– No dobrze, Gareth, co takiego widziałeś? – zaczął Banks.

Gareth Bishop przełknął ślinę. Miał wystające jabłko Adama i burzę jasnych włosów opadających na lewe oko.

– Widziałem mężczyznę, jak zbiegał ze wzgórza naprzeciwko kościoła, a potem wsiadł do samochodu zaparkowanego w zatoce przy drodze jakieś pięćdziesiąt metrów dalej w stronę schroniska.

– Tylko jednego?

– Tak.

– Czy ktoś czekał na niego w samochodzie?

– Nie zauważyłem, ale okna były przyciemniane.

– Gdzie ty wtedy byłeś? Jak daleko od auta?

– Stałem na wzgórzu naprzeciwko. Miejscami ścieżka prowadzi tam wzdłuż samej krawędzi. Biegnie dość wysoko i jest mocno cofnięta, jakieś czterysta, może pięćset metrów od miejsca, gdzie stał samochód.

– Czyli nie mogłeś się dobrze przyjrzeć?

– Nie.

– Dlaczego uważasz, że to był mężczyzna?

– Sylwetka, sposób chodzenia – odpowiedział Gareth. – Bo dziewczyny... chodzą tak, że... To po prostu wiadomo. Kobieta nie będzie chodzić ani biegać w taki sposób. – Zerknął nerwowo na Gerry, zaczerwienił się i przyłożył dłonie do mostka. – No i kształt. On nie miał piersi.

Kątem oka Banks zauważył, że Gerry się do siebie uśmiecha, zapisując coś w notatniku. Zapewne nie zaskoczył jej fakt, że nastolatek może zauważyć cycki – albo ich brak – z odległości pięciuset metrów. Banks widział w życiu wiele kobiet z bardzo małymi piersiami, ale nie uznał za stosowne, żeby informować o tym Garetha. Chłopak miał rację, że kobiety poruszają się inaczej niż mężczyźni.

– Był gruby czy chudy?

– Raczej przeciętny. Pośrodku. Nie gruby, ale też nie chudy. Raczej szczupły.

– Mógłbyś określić jego wzrost?

– Tylko w porównaniu do samochodu. Nie był wysoki. Powiedziałbym, że średniego wzrostu, dałbym mu metr siedemdziesiąt pięć mniej więcej.

– Ile to w...

– Około pięciu stóp i dziewięciu cali, sir – odpowiedziała Gerry z cierpliwym uśmiechem.

Banks nalał wszystkim herbaty.

– Przypuszczam, że nie widziałeś jego twarzy? – kontynuował przesłuchanie.

– Nie. Stałem zbyt daleko, żeby dostrzec takie szczegóły.

– Biały?

– Tak, chyba tak.

– Która była godzina?

– Nie jestem pewien. Nie noszę zegarka, a nie miałem powodu zabierać komórki. Około pierwszej, może trochę po.

Czas by się zgadzał – pomyślał Banks.

– Słyszałeś coś, zanim zobaczyłeś tego mężczyznę? – zapytał.

– Tak. Słyszałem bicie dzwonów i huki. Nie były głośne, w każdym razie nie tam, gdzie stałem. Ścieżka czasem opada i szczyt zasłania drogę.

– Ile było tych huków?

– Nie wiem. Kilka. Nie liczyłem.

– Wystrzały z broni palnej?

– Przypuszczam, że tak. Na wsi często słychać wystrzały, dlatego się nie zwraca uwagi. Zwykle strzelby. Teraz już wiem, co się stało, i mam ochotę skopać sobie tyłek, że się wtedy nie zorientowałem, ale...

– Nie możesz się obwiniać, Gareth. Gdybyś zrobił cokolwiek, zapewne zostałbyś zabity, a martwy nie mógłbyś nam teraz pomóc. Tak się składa, że jesteś pierwszą osobą, która informuje nas o tym samochodzie.

– Naprawdę?

– Tak. Co możesz nam o nim powiedzieć?

– Był raczej duży. SUV. Toyota, która się tak dużo reklamuje.

– RAV4?

– Tak, ta. Z tyłu miała drzwi. Otwierały się na bok, jak w budynku. Przez nie włożył do środka coś, co niósł, zapewne broń.

– Otworzył tylne drzwi i włożył broń?

– Nie wiem, czy broń. To coś miało długość kija golfowego. Równie dobrze to mogła być wędka, taka rozkładana.

– Co zrobił później?

– Usiadł za kierownicą i odjechał.

– W którym kierunku?

– Na południe. Oddalał się od wioski.

– Jakiego koloru była ta toyota?

– Czarna.

– Jesteś pewien?

– Mogła być ciemnozielona albo granatowa, ale wyglądała mi na czarną.

– To bardzo ważne informacje, Gareth. Dokąd szedłeś, gdy widziałeś to wszystko?

– Wracałem do schroniska. Rano wybrałem się na długi spacer. Po drodze zatrzymałem się w Lamb and Flag na kanapkę i piwo.

– Czyli znajdowałeś się na odcinku między kościołem Świętej Marii a schroniskiem?

– Tak.

– Usłyszałeś huk wystrzałów, potem widziałeś mężczyznę wsiadającego do samochodu, prawdopodobnie czarnej toyoty RAV4, ale nie widziałeś kościoła ani tego, co się tam dzieje? Nie słyszałeś krzyków ani innych odgłosów?

– Nie, jak mówiłem, ścieżka prowadzi wzdłuż szczytu i stamtąd go zobaczyłem przy samochodzie, około stu metrów na południe od kościoła. Wcześniej nie widziałem ani nie słyszałem niczego oprócz dzwonów i huków. Ale były stłumione. Wydawały się odległe.

– Jak długo przebywasz w schronisku?

– Cały ten tydzień. Jutro wracam do domu. Do Southampton.

– Przyjechałeś tu sam?

– Tak. Trochę pochodzić. Coś w rodzaju kompensacji. Jestem... Dopiero co rozstałem się z dziewczyną.

– Przykro mi to słyszeć. Czyli dużo spacerowałeś po okolicy.

– Tak. – Uśmiechnął się. – Żeby rozchodzić ból, można powiedzieć.

– Czy wcześniej widziałeś tego mężczyznę albo ten samochód?

– Mężczyzny nie widziałem, ale samochód był tutaj w czwartek.

– Czwartek? Dwa dni temu?

– Tak.

– W tym samym miejscu?

– Tak.

– Jesteś pewien, że to ten sam samochód?

– Nie widziałem tablicy rejestracyjnej, więc nie mogę być pewien na sto procent, ale tak mi się wydaje. Ten sam kolor, też SUV.

Przez moment Banks się zastanawiał, jaka jest szansa, że inny czarny SUV parkował w tej samej zatoce na uboczu dwa dni wcześniej. Prawdopodobnie niewielka. A więc sprawca przynajmniej raz się wybrał na rekonesans. Musiał gdzieś usłyszeć o ślubie albo przeczytał o nim w prasie, wybrał go na cel ataku, wyznaczył miejsce i zawczasu sprawdził ukształtowanie terenu. Annie wspomniała, że to miał być ślub miejscowej celebrytki. Czyżby to stanowiło motyw? Czyżby chodziło o stalkera? Musieli oczywiście zakładać różne scenariusze, ale informacja przekazana przez Garetha dała Banksowi punkt zaczepienia, którego dotychczas nie miał. Wiedział już przynajmniej, że sprawca nie zaszył się gdzieś na wrzosowiskach, tylko odjechał z miejsca zbrodni czarnym SUV-em. Zgadzało się to z zeznaniem Terry’ego Gilchrista, który widział sprawcę zbiegającego ze wzgórza. Nie znaczyło to, że mogą odwołać przeszukiwania wrzosowisk, ponieważ sprawca mógł porzucić auto i dalej uciekać pieszo, ale był powód, żeby zawęzić akcję na wrzosowiskach i skupić cały wysiłek na poszukiwaniu samochodu.

– Jasne – rzucił Banks i zerknął na Gerry, która zamknęła notatnik, po czym znów się zwrócił do Garetha. – Dziękuję za te informacje. Bardzo nam pomogły. – Wręczył chłopakowi swoją wizytówkę. – Jeśli przypomnisz sobie coś jeszcze, choćby najdrobniejszy szczegół, to zadzwoń do mnie, proszę.

– Czy wie pan... ilu ludzi... – Gareth spojrzał pytająco.

– Jeszcze nie ma oficjalnych danych.

Chłopak spuścił głowę.

– To okropne uczucie. Być tak blisko i nic nie wiedzieć ani nie móc nic zrobić.

Banks wstał z fotela i położył dłoń na ramieniu Garetha.

– Miałeś szczęście, że byłeś za granią, poza linią strzału. Gołymi rękami nie można się obronić przed strzałem. Uważaj na siebie.

Gdy szli do samochodu, Banks polecił Gerry sprawdzić relację Garetha Bishopa.

– Wiem, że sprawiał wrażenie uczciwego, ale zdarzały się już dziwniejsze rzeczy niż zabójcy wtrącający się do policyjnego dochodzenia. Wyszlibyśmy na kompletnych idiotów, gdyby się okazało, że to on strzelał. Razem z Dougiem sprawdźcie jego alibi w Lamb and Flag, ustalcie, o której tam przyszedł i jak długo tam był, a potem sprawdźcie trasę, którą opisał, żeby się przekonać, co mógł widzieć i słyszeć, idąc tą ścieżką. Jeśli chcesz, możecie go zabrać ze sobą jutro rano, niech wszystko pokaże. Powiecie mu, że to wizja lokalna.

– A jego pokój w schronisku? – zapytała Gerry.

– Nasi ludzie go sprawdzą. Już przeszukują cały budynek. Ale jeśli Gareth miał cokolwiek wspólnego z tą strzelaniną, to niewątpliwie dawno się pozbył broni.

W radiowozie czekającym na niego przed budynkiem Banks zapytał, czy się nie wydarzyło coś nowego. Odpowiedź brzmiała, że nic, i była to dobra informacja tylko z jednego powodu: nikt więcej nie został zabity.

Rozdział trzeci

Banks wszedł do sali odpraw Komendy Regionalnej Policji w Eastvale tuż przed ósmą w sobotni poranek. Białe tablice już były oklejone zdjęciami ofiar. Dawni handlarze wełną – z bokobrodami i purpurowymi żyłkami na nosach, o cerze koloru befsztyku – obserwujący pomieszczenie spomiędzy złoconych ram portretów, zadawaliby sobie zapewne pytanie, co u diabła się tutaj dzieje. Ze względu na naturę i skalę przestępstwa zespół został rozszerzony o przedstawicieli komendy głównej hrabstwa, cywilów i funkcjonariuszy. Wszystkie miejsca wokół wykończonego na wysoki połysk owalnego stołu były zajęte i ktoś doniósł jeszcze składane krzesła, które ustawiono z tyłu. Wczorajsza strzelanina stała się kwestią narodową. Ludzi ogarnął strach. Uzbrojony zabójca pozostawał na wolności i nikt nie miał pojęcia, kim jest ani gdzie może znów uderzyć.

Jedynym nowym ustaleniem był wynik pracy psa tropiącego, który zatrzymał się przy zatoczce, gdzie według zeznania Garetha Bishopa mężczyzna wsiadł do czarnego SUV-a. Zespół Stefana Nowaka pracował już na miejscu, szukając nawet najdrobniejszych dowodów rzeczowych. Na razie mieli częściowy ślad opony, który zdaniem Nowaka mogła zostawić toyota RAV4, był więc już jakiś punkt zaczepienia.

Banks zwołał tę odprawę, żeby zlecić ludziom zebranie szczegółowych informacji na temat ofiar i skierować dochodzenie w najbardziej obiecującym kierunku. Niestety nie miał pojęcia, jak ten kierunek wyznaczyć. Czuł ciężar odpowiedzialności i nie mógł sobie pozwolić na wątpliwości. Zespół widział w nim swojego lidera, polegał na jego autorytecie. Niemal nikt z tych ludzi nie miał na co dzień do czynienia z wysokimi rangą funkcjonariuszami, którzy w ciszy gabinetów podejmują ważne decyzje, ale Banks kierował pionem dochodzeniowo-śledczym i stał na pierwszej linii razem ze swoimi podwładnymi.

Podszedł do białych tablic i stanął twarzą do zebranych. Wiedział już, że mają troje zabitych i sześcioro rannych, w tym Winsome. Dziesięć strzałów, dziewięć ofiar, jeden pocisk w drzwiach kościoła. Czy taka skuteczność była wynikiem umiejętności snajperskich, czy raczej skutkiem strzelania do ryb w beczce, jak się wyraził Mark Trethowan? Troje rannych, w tym pan młody, znajdowało się w stanie krytycznym.

Banks podsumował dotychczasową wiedzę na temat incydentu, po czym stanął naprzeciwko tablicy ze zdjęciami i zaczął przekazywać zebranym, co udało się ustalić na temat ofiar. Wskazał na pierwszą fotografię.

– Jak zapewne wiecie, to był głośny jak na tamtejsze warunki ślub, dlatego miały go relacjonować lokalne media. Pierwsza ofiara: panna młoda. Nazywała się Laura Tindall. Najpierw była wziętą modelką, potem sama zaczęła prowadzić agencję. Laura wraz z przyszłym mężem przenosiła się właśnie z Londynu, gdzie mieszkała w Docklands, do domu pod Lyndgarth. Jeden pocisk w serce. Zginęła na miejscu. – Przesunął się. – Druga ofiara to Francesca Muriel, jej pierwsza druhna, która także mieszkała w Londynie, była jej koleżanką z agencji i bliską przyjaciółką. Strzał w głowę. Nasz numer trzy to Charles Kemp, ojciec pana młodego. Pocisk trafił w klatkę piersiową i przebił prawe płuco. Pan Kemp prowadził firmę informatyczną na przedmieściach Northallerton. To ofiary śmiertelne. Doktor Glendenning i jego asystenci przeprowadzą sekcje zwłok najszybciej, jak to będzie możliwe. Chciałbym dodać, że wielu uczestników zajścia znajduje się w złym stanie psychicznym, jak można sobie wyobrazić, i w najbliższym czasie zapewne nie będziemy mogli z nimi rozmawiać. Nadinspektor Gervaise zorganizowała pomoc psychologiczną dla tych, którzy jej potrzebują, a są wśród nich nie tylko weselnicy. Teraz ranni. Benjamin Kemp, pan młody. Postrzał w wątrobę. Przebywa na oddziale intensywnej terapii. Po zakończeniu służby wojskowej Benjamin podjął pracę w firmie swojego ojca i mieszkał w Northallerton. Diana Lofthouse, druhna, była modelka i kolejna bliska przyjaciółka panny młodej, została postrzelona w plecy. Powinna przeżyć, ale raczej nie ma szans na to, że zachowa władzę w nogach. Dalej Katie Shea, kolejna druhna. Postrzelona w brzuch. – Banks zerknął na Gerry. Wpatrywała się we własne złożone dłonie, które oparła na udach. – Odniosła poważne obrażenia wewnętrzne. Rokowania niepewne. Ponadto ranni zostali David Hurst, fotograf ślubny, który może stracić oko, i nasza funkcjonariuszka sierżant Winsome Jackman, koleżanka panny młodej. Sierżant Jackman miała szczęście, w jej przypadku skończyło się na powierzchownej ranie na ramieniu. Z radością informuję, że została już wypisana ze szpitala i dochodzi do siebie w domu swojego narzeczonego Terry’ego Gilchrista, wczorajszego bohatera. Teraz jest jeszcze pod środków uspokajających, ale jutro zamierzam dłużej porozmawiać zarówno z nią, jak i Terrym. Tak wygląda pełna lista, panie i panowie. Rodzice panny młodej, Maureen i Robert Tindallowie, nie zostali postrzeleni, matka pana młodego też nie.

– Dlaczego? – zapytał ktoś z sali. – Na Boga, dlaczego?

– To dobre pytanie – stwierdził Banks. – Musimy się liczyć z ewentualnością, że nigdy nie poznamy odpowiedzi, albo poznamy i nie zrozumiemy, ponieważ wyda się nam rozumowaniem szaleńca. Jeśli jednak mamy do czynienia z masowym mordercą, to być może ustalimy, co popchnęło go do działania, i być może odkryjemy, że ten ślub był dla niego po prostu najdogodniejszym albo najbardziej teatralnym sposobem zaspokojenia jego chorych potrzeb. Nie oczekujcie łatwych odpowiedzi. Na razie mamy tylko domysły. Chcę, żebyście się dowiedzieli wszystkiego, co będzie możliwe, na temat ofiar, zwłaszcza zabitych. Najpierw dokładnie prześledźcie ich poczynania w ciągu dwudziestu czterech godzin poprzedzających ceremonię ślubną, w tym ustalcie, co jedli na śniadanie tamtego ranka i z kim rozmawiali po drodze do kościoła. Nigdy nie wiadomo, co może sprowokować szaleńca. Mamy informację, która pozwala przypuszczać, że sprawca poprzedził swoje działania pewnymi przygotowaniami, może więc trzeba będzie się cofnąć dalej niż te dwadzieścia cztery godziny. Kierujcie się własną oceną sytuacji. Jeśli natraficie na coś, co waszym zdaniem może mieć choćby najmniejszy związek ze sprawą, informujcie mnie. Nasi ludzie przeszukują już dolinę oraz kontaktują się ze wszystkimi klubami strzeleckimi i docierają do właścicieli broni palnej, namierzając ich w systemie pozwoleń na broń, zwłaszcza tych posiadających karabinki AR-15.

Jeden z obecnych podniósł rękę.

– Czy to możliwe, że mamy do czynienia z terrorystami, panie nadkomisarzu?