Wydawca: Wydawnictwo Iskry Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Pod ożywczym drzew cieniem... Na podwarszawskim Mazowszu ebook

Lechosław Herz  

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 286 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pod ożywczym drzew cieniem... Na podwarszawskim Mazowszu - Lechosław Herz

Opowieści i gawędy krajoznawcze o mazowieckiej prowincji – tym razem o bliskim otoczeniu Warszawy. O podmiejskich odpustach na Bielanach w przeszłości, o znanych z wyjazdów warszawiaków na wilegiatury i letniska Świdrze, Aninie, Podkowie Leśnej czy Zalesiu Górnym, o istniejących uzdrowiskach, np. w Konstancinie i o już zapomnianych, jak np. w Nowym Mieście nad Pilicą. Także o skrytych w cieniu drzew rezydencjach szlacheckich w Radziejowicach, Oborach i Młochowie. O podwarszawskiej przyrodzie nad Wisłą, w Puszczy Kampinoskiej i Lasach Chojnowskich, o bytujących w sąsiedztwie Warszawy wilkach i bobrach, o narodowym godle – bieliku, oraz o kormoranach, w poszukiwaniu których nie trzeba jeździć już na Mazury, bo jest ich tutaj całe mnóstwo.

Że najciemniej jest blisko latarni, tak i o tym wszystkim na ogół wie się niewiele lub nie wie wcale – i o tym właśnie jest ta książka. Jej tytuł jest fragmentem popularnego w końcu XIX wieku wierszyka: „Szosą, wodą i brzegiem, dryndą, statkiem i pieszo, warszawianie szeregiem na Bielany dziś śpieszą. (...) Nie brak szczęścia, wesela: pod ożywczym drzew cieniem rżnie od ucha kapela, płynie browar strumieniem”...

Opinie o ebooku Pod ożywczym drzew cieniem... Na podwarszawskim Mazowszu - Lechosław Herz

Fragment ebooka Pod ożywczym drzew cieniem... Na podwarszawskim Mazowszu - Lechosław Herz

Opracowanie ‌graficzne: Andrzej Barecki

Redakcja: ‌Tadeusz ‌Nowakowski

Korekta: Dobrosława ‌Pańkowska

Zdjęcia: Lechosław Herz ‌oraz na str. ‌181 z archiwum Arkadiusza ‌Szarańca, na str. 183 ‌fot. ‌Maria ‌Kaniewska, ‌na str. 178 ‌i 192 ‌fotopułapka KPN ‌(odwołania do numerów stron ‌dotyczą wydania ‌papierowego ‌publikacji)

Copyright © by Lechosław Herz

Copyright ‌© ‌by Wydawnictwo ‌Iskry, Warszawa 2017

ISBN ‌978-83-244-0499-5

Wydawnictwo Iskry

al. Wyzwolenia 18

00-570 ‌Warszawa

tel. (22) 827-94-15

e-mail: iskry@iskry.com.pl

www.iskry.com.pl

Konwersja ‌publikacji do wersji ‌elektronicznej

SPIS RZECZY

Pod ‌ożywczym drzew ‌cieniem...

Na tropach ‌prawdziwej puszczy

Mikroklimat

Lato ‌nad Liwcem

W ‌blasku ‌uzdrowiskowej sławy

W Otrębusach, ‌Leśnej Podkowie, Milanówku...

Nad ‌Zązą i Rządzą na ‌wschodnich ‌przedpolach Warszawy

Między burakami a ‌lasem

W lesie, pod lasem, ‌za lasem, ‌o kilka kroków ‌od ‌stolicy

Na Urzeczu, u rzyki ‌w wiślanej ‌dolinie

Magia Radziejowic

Pod ‌Młochowskim Lasem

...szum się okrutny ‌po wielkich ‌sosnach niesie

Sąsiedzi ‌albo godło na siedząco... ‌

Ekosystem

Przypis

Indeks

Mieszkańcom Warszawy

KLASZTOR NA BIELANACH ‌W WARSZAWIE

Pod ‌ożywczym drzew cieniem...

To tu, ‌od lasu na Bielanach, zaczęło się ‌wędrowanie ‌warszawiaków za granice miasta. ‌Bielański ‌las znajdował ‌się ‌wtedy daleko za miastem, dzisiaj ‌jest ‌w jego granicach, od wielu ‌dziesiątków lat podchodzą ‌do niego domy ‌mieszkalne – ‌są po drugiej ‌stronie ulicy, ‌po której ‌jeżdżą tramwaje. Choć ‌niewielki, Las ‌Bielański jest ogromnym ‌dobrodziejstwem dla Warszawy, to zabytek ‌przyrody i historii ‌nie mniej drogocenny niż ‌warszawska Starówka. Może ‌nawet bardziej, ‌gdyż jest przez ‌wieki wciąż ‌trwającą pozostałością prastarej mazowieckiej ‌puszczy. Fakt, ‌że pozostałością ‌mocno uszczuploną, lecz wciąż imponującą. To dawny las książąt mazowieckich, teren królewskich polowań jeszcze w wieku XVIII. Jest ważnym refugium, naturalnym muzeum, w którym natura przechowała dla nas puszczańską przeszłość ziemi mazowieckiej. Liczne z występujących tu roślin to prawdziwe rarytasy, stanowią też cenny rezerwuar genów. Las Bielański ocalał cudem i tylko dzięki temu, że na jego terenie przed wiekami powstała pustelnia kamedulska. Dzisiaj jest już po trosze parkiem, ale i puszczą jest również ten wspaniały las miejski, w którym królują monumentalne stare dęby, wiązy, graby i olchy.

Wiele z bielańskich drzew jeszcze zapewne pamięta czas, gdy na wzniesieniu Polkowskiej Góry sprowadzeni z Włoch kameduli w roku 1639 zbudowali swoją pustelnię, tak jak trzeba, w odpowiedniej odległości od miasta – w tym wypadku jednej mili polskiej, tj. siedmiu kilometrów od Starego Miasta i Zamku Królewskiego. Klasztor powstał za sprawą króla Władysława IV jako wotum dziękczynne za zwycięstwo pod Smoleńskiem.

Kazimierz Władysław Wójcicki w numerze 36 „Tygodnika Ilustrowanego” z roku 1860 przytacza legendę, którą tutaj warto zacytować in extenso. „Za dawnych czasów (tak brzmi tradycja) las bielański był wielką puszczą i pochłaniał w sobie całą okolicę Warszawy, aż do Wilanowa, czyli drugiego wybrzeża Wisły. W kniei tej ogromnej, gdzie tury i żubry bujały stadami, podobnie jak wilki, niedźwiedzie i rysie, gdzie bobry miały liczne swoje legowiska, udzielni książęta mazowieccy polowali często. Jeden z nich, imieniem Kaźmirz, zapędzony za zwierzem, zabłąkał się i nie mógł trafić do swego orszaku. Wielce strudzony, pod wysoką górą napotkał zdrojowisko i zaspokoił piekące pragnienie, a wdarłszy się na szczyt góry, usnął pod starą sosną.

Jak długo spał, nie pamiętał, ale gdy się obudził, otrzeźwiony promieniem słońca, usłyszał najprzód brzęk rojów pszczół dzikich, co liczne barcie miały w pniach odwiecznych sosen, a niedługo potem odbiło leśne echo po rosie kroplistej pieśń pobożną. Zerwał się na nogi, i niedaleko ujrzał małą kapliczkę drewnianą z modrzewia, a na jej progu modlącego się pustelnika, co w tej puszczy od dawna zamieszkał. Pomodlił się z nim razem, za jego przewodem wydostał się na drogę i wrócił szczęśliwie do Warszawy, gdzie go dwór niespokojnie oczekiwał. Książę opowiedział rzecz całą. Zaraz nazajutrz z dworem ruszył na powrót do puszczy, trafił łatwo do kaplicy, znalazł pustelnika, i hojnie go opatrzywszy, kazał naprawić kapliczkę już chylącą się do upadku. I odtąd to warszawianie zaczęli od pierwszych dni wiosny do jesieni nawiedzać Bielany, później zaś te pielgrzymki pobożne rozpoczynali od Zielonych Świątek. Zwyczaj ten odwieczny miał spowodować u króla Władysława IV, że tu wybrał miejsce na kościół i klasztor księży kamedułów. Na tym kończy się miejscowe podanie”.

Pod Warszawą nazwa Bielany pojawiła się razem z białymi habitami zakonników. Jak zanotował to proboszcz z mazowieckiej Rzeczycy, ksiądz Jędrzej Kitowicz w swoim Opisie obyczajów za panowania Augusta III, „erem ich, czyli klasztor, koniecznie musi być drzewem przynajmniej na pół staja opasany, choćby dalej było pole; i nie wolno żadnego drzewa z tego okręgu klasztornego ściąć pod ekskomuniką, aby tak klasztor opasany drzewem lepiej oznaczał pustynią”. No i tak też było, i jest nadal dzięki kamedułom, a chociaż ich już tutaj dawno nie ma, pozostała po nich nazwa Bielany i wciąż drzew wokół dawnej kamedulskiej pustelni rośnie niemało, do tego urodziwych, jak mało gdzie indziej.

Klasztor bielański był obdarzany hojnie przez kolejnych polskich królów, którzy chętnie tu przybywali, Władysław IV tutaj przyjeżdżał, aby się modlić lub polować, toż samo czynili i jego następcy, Jan Kazimierz i Michał Korybut Wiśniowiecki, miał erem zarezerwowany do wyłącznej dyspozycji Jan III Sobieski. Tradycję wyjazdów na Bielany rozpoczęła uroczystość intromisji zakonników do eremu w roku 1643, a utrwaliło wyjednanie przez Jana Kazimierza odpustów dla odwiedzających klasztor oraz procesyjne i uroczyste przeniesienie obrazu św. Bonifacego z warszawskiej katedry w roku 1673.

Odpusty kamedulskie zawsze cieszyły się zainteresowaniem ludu, który przybywał na nie tłumnie. Z czasem uroczystości kościelne przekształciły się w zabawę ludową na powietrzu. Zwyczaj urządzania wycieczek na Bielany w drugi dzień Zielonych Świątek na trwałe wpisał się w tradycję Bielan. Wędrowanie warszawiaków na łono natury zaczęło się wtedy, przed ponad pięciuset laty, w Zielone Świątki. Na wsi uważano je zawsze za ważne i radosne dni. Świeżą zielenią majono chaty, ze śpiewem procesjonalnie obchodzono pola, świętowanie kończyło się najczęściej wesołą zabawą. W miastach zwyczaj odbywania dalszych spacerów podmiejskich rozpowszechnił się w wieku XVII. W Warszawie, nim zaczęto wyruszać w dalsze okolice, przez całe wieki głównym celem był klasztor w królewskim lesie na północ od miasta.

Zrazu urządzano to wszystko pod królewskim patronatem, bywał tu August II i August III, zapamiętano szczególnie rok 1766 – wtedy to król Stanisław August urządził na Bielanach wielkie widowisko, na które przypłynął Wisłą. Gdy król wysiadł z łodzi, powitała go wdzięcznie „dziewica przebrana za Wisłę, niejaka Walterowa, trzymająca piekarnię na Koszykach”. Szymon Bogumił Zug pisał, że oświetlony był cały brzeg, na placu zabaw paliło się przeszło 9000 lamp, zewsząd rozbrzmiewała muzyka, rozdawano żywność, dzielono całe woły pieczone, wino rozlewał Bachus siedzący na beczce. Zaproszeni cudzoziemcy mówili, że niczego podobnego dotychczas nie widzieli. Jak się zdaje, wszystko finansował król jegomość. W drugiej połowie wieku XVIII jedną z atrakcji odpustowych był Cygan z tańczącym smorgońskim niedźwiedziem.

Upadek insurekcji i trzeci rozbiór Polski przerwały majówkowe odpusty i zabawy na Bielanach, ale nie na długo. Od 1821 roku na majówki bielańskie można było dopłynąć berlinkami, wyruszającymi spod kościoła Panny Marii na Nowym Mieście, dwadzieścia lat później ruszyły z Warszawy pasażerskie „paropływy”, chętnych było zawsze ponad miarę. Przed 1837 rokiem w okresie Zielonych Świątek w kierunku Bielan przez miejskie rogatki przejeżdżało przeciętnie trzy do sześciu tysięcy powozów i konnych oraz przechodziło do dwudziestu tysięcy pieszych. Największe nasilenie przypadało na drugi dzień świąt, kiedy po południu przyjeżdżał elegancki świat, czyli – jak to się mówiło – „wysoki ton”. „Wszystko, co żyło w mieście, wybierało się na Bielany” – pisał Kazimierz Władysław Wójcicki w 1858 roku. W roku 1874 w okresie świąt parowce przewiozły na Bielany kilka tysięcy osób. „Jądrem zabawy był półsetek huśtawek, dziesiątek karuzeli i para młynów diabelskich, a wszystko to otoczone różnobarwnym wieńcem kramów z garnuszkami i namiotów z kufelkami” – donosił „Kurier Warszawski”. A „Kurier Codzienny” z 1877 roku informował, że tego roku w Zielone Świątki do Lasku Bielańskiego przybyło pieszo z Warszawy ponad czterdzieści tysięcy osób, nie licząc tych, co to przyjechali tam 610 powozami i 450 dorożkami. Ufff...

W tym czasie powstał też cytowany przez profesora Jana Stanisława Bystronia taki wierszyk:

Szosą, wodą i brzegiem, dryndą, statkiem i pieszo,

warszawianie szeregiem na Bielany dziś śpieszą.

Na zielonej murawie, w słynnym z dawna ich lasku,

jakby w drugiej Warszawie, pełno krzyku i wrzasku.

Woła trzeźwy, pijany: Niechaj żyją Bielany!

Nie brak szczęścia, wesela: pod ożywczym drzew cieniem

rżnie od ucha kapela, płynie browar strumieniem.

Tu karuzel, huśtawki, młyn niosący wysoko,

tam znów inne zabawki wabią ucho i oko:

ówdzie różne wrą tany: Niechaj żyją Bielany!

Stare platany rosną przed palladiańską fasadą ukończonego w roku 1758 kościoła o znakomitej barokowej architekturze. Na tyłach prezbiterium stoi trzynaście eremów, od początku tyle było i nadal jest tyle samo. We wnętrzu świątyni, pełnej zabytków baroku i rokoka, spoczęło serce polskiego króla Michała Korybuta Wiśniowieckiego, jest więc kościół bielański jedną z nielicznych w Polsce nekropolii królewskich, chociaż nie tak znaną jak te z Poznania, Krakowa, Płocka i Warszawy.

Pod północną, zewnętrzną ścianą świątyni jest grób Stanisława Staszica, który w tym ukochanym miejscu kazał się pochować. Tutaj, u stóp bielańskiego kościoła, „chwile wolne od zatrudnień urzędowych, w dnie pogodne do późnej jesieni, przepędzał – opowiadał Wójcicki – czytując książki i kreśląc w nich notatki ołówkiem. Panowała tu zwykle cisza uroczysta; po gwarze bowiem Zielonych Świątek, podczas których cała niemal ludność Warszawy przepełniała i las, i kościół, rzadki gość odwiedzał tę odległą okolicę Warszawy. Miał Staszic widok piękny i otwarty na Wisłę i dalekie jej okolice; słuchał szumu tych starych sosen i starszych dębów, do którego z rana i nad wieczorem łączył się głos dzwonu z klasztoru kamedułów; słuchał z upojeniem to gwaru ptastwa, to wesołego okrzyku i pieśni krakowskich flisaków płynących po rzece. Ukochał też tę ustroń i polecił w testamencie, ażeby zwłoki jego pochowano przy tutejszym kościele”.

REZERWAT LAS BIELAŃSKI

LAS BIELAŃSKI, ECHO PRASTAREJ PUSZCZY

Ksiądz Staszic był jednym z ojców nowoczesnej nauki polskiej. Słusznie jego imię nosi pałac w Warszawie, w którym mieści się siedziba najwyższych władz Polskiej Akademii Nauk. Portret Staszica widnieje też na honorowym miejscu w galerii ojców polskiej turystyki i krajoznawstwa w barokowym pałacu Małachowskich, będącym siedzibą Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Warszawie. Należał do pierwszych polskich turystów i jako pierwszy lub jeden z pierwszych wchodził na kilka bardzo wysokich i niełatwych szczytów tatrzańskich. Chociaż główny cel tych jego wspinaczek był naukowy i tam na wysokich turniach dokonywał pomiarów i systematycznych badań, nie tylko botanika i geologia go zajmowały. Był patriotą najczystszej wody. Do grobu Staszica na Bielanach pielgrzymowali młodzi Polacy w czasach zaborów: Piotr Wysocki, jeden z przywódców sprzysiężenia, uczestnik powstania listopadowego Maurycy Mochnacki – z dala od agentów carskiej ochrany spotykali się tutaj z przyjaciółmi, u stóp klasztoru za miastem, pośród lasu, i tutaj formułowali cele walki o wyzwolenie narodowe.

W drugiej połowie wieku XIX elegancka Warszawa porzuciła Bielany i zaczęła wyjeżdżać na odpoczynek gdzie indziej, rozwijająca się sieć linii kolejowych z Warszawy bardzo to ułatwiała. Bielany stały się miejscem wypoczynku uboższych warstw ludności, Las Bielański poczęła otaczać zła sława, odpustowe zabawy ściągały dziesiątki żebraków i ciemnych typów, ukrywali się w lesie zbiegowie z więzień i złodzieje, tu załatwiano osobiste porachunki, popełniano samobójstwa, latem mieszkały tu prostytutki, stacjonowało wojsko.

W Polsce Ludowej zabawy z okazji religijnych odpustów zostały zastąpione majówkami świeckimi, powstał wtedy Park Kultury na Bielanach wzorowany na sowieckich urządzeniach do masowego wypoczynku. To była taka imitacja imprez dawniejszych, zielonoświątkowych. Była więc karuzela, tańce, strzelnica i piwo, była pańska skórka i wata cukrowa również, były place zabaw – na jednym królował ogromny drewniany słoń. Ale były też czytelnie na świeżym powietrzu, one również cieszyły się powodzeniem, dzisiaj chyba ten pomysł by już nie przeszedł. To w tamtych peerelowskich czasach powstała ta melodyjna, sympatyczna piosenka, napisana przez Witolda Krzemieńskiego do słów Ludwika Starskiego, którą śpiewała Maria Koterbska w filmie Irena do domu z 1955 roku:

Taki tłum jak tu,

Taki szum jak tu,

To tradycja stara jak świat,

I o śmiech tu lżej,

Więc się śmiej i śmiej,

Młodszy jesteś tu o parę lat.

Karuzela, karuzela

na Bielanach co niedziela,

Śmiechu beczka i wesela,

A muzyczka, muzyczka nam gra.

Karuzele na Bielanach to już przeszłość. Dzisiejszy Las Bielański jest oazą ciszy i spokoju. I ja po to tam przychodzę. Śnieżną zimą, kto wie, czy wtedy nie jest tutaj najpiękniej. Przedwiośniem, gdy w bielańskich grądach cieszą oczy kobierce zawilców. Wiosennymi wieczorami, gdy jak szalone koncertują dla mnie ptaki. Letnim skwarem można uciec w cień dębowych olbrzymów. Jesienią przychodzę, aby oglądać teatr barw.

Dębowe liście długo się ociągają, zanim opadną na ziemię, a gdy się już na to zdecydują, wtedy jedną z największych przyjemności jest brodzenie wśród tych liści zalegających leśne dróżki. Przedzimiem las jest bezlistny i wtedy ukazuje swoje zadziwiające piękno w całej okazałości, we mgłach i szarugach również. Wiem, co piszę, bo w bielańskiej puszczy bywam często, tam się zaczęło moje wędrowanie po mazowieckich lasach, to mój biotop, w którym czuję się dobrze, mój las domowy, oddalony tylko o kwadrans drogi od miejsca, w którym zapuściłem w Warszawie korzenie.

Najbardziej naturalne drzewostany w roku 1973 zostały objęte ochroną jako krajobrazowy rezerwat przyrody. Niedawno Las Bielański znalazł się na liście specjalnie chronionych europejskich obszarów przyrodniczych. Niewiele wielkich miast europejskich może się szczycić takim lasem pośrodku miejskiej zabudowy. Ten niewielki las jest ostoją, w której przechowywane jest bogactwo mazowieckiej flory. Utrzymuje się w nim stale stadko saren i żyją rzadkie motyle – paź żeglarz i paź królowej oraz jeden z naszych największych motyli nocnych – zawisak tawulec. Mieszkańcem bielańskich dębów jest kozioróg dębosz, chrząszcz związany ze starymi dębami.

Ubywa tych dębów na Bielanach. Coraz ich więcej leży powalonych na ziemię, pokonanych przez choroby, starość i zanieczyszczenia atmosferyczne. W niżej położonej części lasu rosło sześć ogromnych dębów. Zawsze je odwiedzałem, przy każdej sposobności. Od niedawna dwa z tych olbrzymów już nie żyją. Pozostałe, na szczęście, wciąż imponujące. Przed stu laty w tym lesie rosło dębów ponad trzydzieści tysięcy. Ćwierć wieku temu już tylko coś około trzech tysięcy. Zaledwie. Ile pozostało teraz? Ale to wciąż bardzo, bardzo piękny las. Jeden z najpiękniejszych polskich lasów.

NA TROPACH PUSZCZY. KAMPINOSKA DŻUNGLA U WRÓT WARSZAWY

Na tropach prawdziwej puszczy

Tuż za granicami stolicy rośnie naprawdę duży las, sąsiaduje z miastem i niemal zagląda do okien warszawskich domów. Sąsiedztwo Puszczy Kampinoskiej jest wielkim dla miasta dobrodziejstwem. Najczęściej mieszkańcy nie zdają sobie sprawy, jak wielką jest to wartością, że Warszawa jest otoczona wianuszkiem lasów. Rosną niemal z każdej strony miasta. Pierwsze miejsce pod względem przyrodniczej wartości zajmuje wśród nich Puszcza Kampinoska. Różne były tej puszczy losy, mogło się nawet wydawać w wieku XIX, że jej już nie będzie, i zostanie już tylko historycznym wspomnieniem. Na szczęście w roku 1959 na jej terenie został utworzony Kampinoski Park Narodowy i puszczy zapewniono prawną ochronę, dano szansę odbudowy dawnej, puszczańskiej potęgi.

Dla przeciętnego Polaka puszczą jest tylko las, który sprawia wrażenie dzikiego i przepastnego, z wiekowymi drzewostanami. Niestety, pośrodku Polski takiego romantycznego lasu z baśni już nie ma. Są pojedyncze rezerwaty, jest ich nawet wcale niemało, ale nie spotkamy już dużego kompleksu lasów, który w całości odpowiadałby naszym o puszczańskości wyobrażeniu. A kiedyś Mazowsze słynęło z puszcz. „Puszcze w Województwie Mazowieckim leżące są ornamenta tego Województwa” pisano w roku 1601. Do dzisiaj na Mazowszu zachowało się wiele leśnych kompleksów noszących nazwę puszcz. Kampinoska jest tylko jednym z nich. Jest jeszcze Puszcza Biała, Bolimowska, Kamieniecka, Zielona, są pozostałości Puszczy Osieckiej, a więc sporo.

Niegdyś słowo „puszcza”, łacińskie „desertum”, oznaczało obszary odludne, nieprzebyte pralasy i prabory. Od wieku XVI do XVIII nazywano puszczami każdy obszar lasu, a regułą było wiązanie nazwy puszczy z siedzibą administracyjną i gospodarczą, np. Bolimowskiej z Bolimowem, Kampinoskiej z Kampinosem albo Białowieskiej z Białowieżą. Przyrodnicy twierdzą, że prawdziwych puszcz już nie ma, że z chwilą, gdy człowiek zaczął lasy wycinać i zalesiać, nie zasługują już one na nazwę puszczy.

Przybywający do Warszawy przyjeżdżają najczęściej od zachodu. Z okien pociągu lub samochodu widzą płaską jak stół równinę, pełną pól. Lasu tam jak na lekarstwo. Takie się im jawi Mazowsze. Znakomity nasz etnograf Oskar Kolberg tę część Mazowsza, położoną na zachodnim brzegu Wisły, nazywał Mazowszem Polnym. Od niemal dwóch tysięcy lat naczelnym rysem krajobrazu są tutaj pola uprawne. Już u zarania państwowości polskiej większe kompleksy leśne były tu tylko dwa. Jeden to Puszcza Kampinoska, drugi to puszcze zachodniego Mazowsza; oba kompleksy wtedy tych nazw jeszcze nie nosiły.

Puszcze zachodniego Mazowsza tworzyły wielki kompleks leśny umiejscowiony na południe od Sochaczewa i dlatego przez współczesnych często określany mianem Puszczy Sochaczewskiej. Kompleks składał się z kilku części, które wyraźnie poczęły się wyodrębniać w wieku XVI, a poszczególne części tej ogromnej puszczy zyskiwały nowe nazwy od miejscowości będącej administracyjnym ich centrum: Bolemowska, Wiskicka, Jaktorowska, potem z Wiskickiej wydzielono jeszcze Korabiewską (Korabiewicką) i Miedniewicką.

Do naszych czasów dotrwała praktycznie tylko Puszcza Bolimowska między Nieborowem, Skierniewicami, Radziwiłłowem i Bolimowem. Tą nazwą dopiero od stosunkowo niedawna określa się cały kompleks leśny po obu stronach rzeki Rawki, spływającej z morenowych wysoczyzn zlodowacenia środkowopolskiego. Ta niewielka rzeka jest niezwykłym zjawiskiem w pejzażu środkowej Polski. Ma charakter naturalnej, mocno meandrującej puszczańskiej rzeki o zakrzewionych i zadrzewionych brzegach, w wielu miejscach z przylegającymi do niej lasami.

Puszcze zachodniego Mazowsza przez długi czas znajdowały się w centrum zainteresowania polskich władców. Tu żyły tury, ostatnie tury na świecie, jedynie tu właśnie, już nigdzie indziej. W Wiskitkach znajdował się dwór myśliwski książąt mazowieckich i polskich królów. Przyjeżdżali do niego na łowy Władysław Jagiełło, Kazimierz Jagiellończyk, Jan Olbracht, Zygmunt August, Stefan Batory. A jednak mimo opieki tury wyginęły i w roku 1627 pod Wiskitkami padł ostatni tur na świecie.

Gdy turów i celu łowieckiego zabrakło, władcy stracili zainteresowanie dla swoich mazowieckich puszcz, przenosząc je do Puszczy Białowieskiej. Tam żyły żubry. Tutaj wycinano lasy. Gdy w drugiej połowie wieku XVIII zaczął się rozwój przemysłu, wzrosło zapotrzebowanie na drewno i wówczas w ocalałych dotąd puszczach poczęto osadzać budników, tj. ludzi, którzy w zamian za wycinanie lasu byli zwolnieni od pańszczyźnianych powinności. Robili to bardzo dobrze; Puszczę Wiskicką wycięto niemal całkiem, Jaktorowską zupełnie.

Puszcza Kampinoska ocalała. Dlaczego? Tutaj też działali budnicy, dzielnie sobie poczynali, rąbali las, ile sił im starczyło, to była ich powinność.

Nazwa tej puszczy wiąże się ze wsią Kampinos, ośrodkiem dóbr, do których należała. Nazwa wsi w łacińskiej formie Capinoss pojawiła się w dokumentach w roku 1489, a w roku 1712 po raz pierwszy użyto formy używanej obecnie, tj. „Puszcza Kampinoska”. Wpierw książęca, później królewska, po roku 1590 puszcza była królewszczyzną, z której dochody przeznaczano na rzecz skarbu państwa. Chociaż polowali i tutaj polscy królowie, Władysław IV, Jan III Sobieski oraz władcy z dynastii saskiej, przede wszystkim jednak puszczę eksploatowano, a znaczne jej fragmenty oddawano w dzierżawę, czasem jako zastaw albo w nagrodę.

Po inkorporacji Mazowsza do Korony w roku 1529 Puszcza Kampinoska, dotychczas własność książąt mazowieckich, stała się własnością królewską. Po roku 1590 nastąpił rozdział skarbu publicznego i królewskiego, ten drugi był przeznaczany na utrzymanie króla i dworu. Puszcza Kampinoska – i wiele innych w Polsce – została królewszczyzną, a więc własnością królewską, z której dochód szedł na rzecz skarbu państwa. Król chętnie oddawał królewszczyzny w dzierżawę, najczęściej jako zastaw, stąd bywa spotykana także inna ich nazwa: „dzierżawa”. Niekoniecznie tyczyła tylko lasów. Dzierżawa kampinoska obejmowała lasy, wsie i grunty uprawne.

W tym przypadku okoliczność ta zaważyła na dalszych losach puszczy. Dzierżawcy chcieli czerpać z lasu jak największą korzyść, więc o przyszłości lasu nie myśleli, lecz o doraźnym zysku. Puszczę Kampinoską ominęło to wszystko, co mogłaby zyskać dzięki osobistym zainteresowaniom, jakie niemal wszyscy królowie polscy przejawiali w stosunku do terenów swoich łowów, głównie byłaby to w pełni fachowa opieka w zakresie gospodarki leśnej, kierowana i egzekwowana przez prokuratora lasów królewskich.

Puszcza Białowieska rośnie na glebach dla rolnictwa zdatnych, a ocalała, bo w niej żyły żubry, cel godny łowów dla władcy. Kampinoska tego atutu nie miała. Zachowała się jako tako dlatego, że zajmowała nieużyteczne dla rolnictwa gleby piaszczyste. Tury żyły w Puszczy Jaktorowskiej, im były do życia potrzebne grądy, a te rosną na glebach, na których po ich odlesieniu człowiek mógł gospodarować. Tak więc Jaktorowska po wymarciu turów zniknęła, z Wiskickiej zostało prawie tyle, co nic. A dla odmiany jeszcze inna z puszcz województwa mazowieckiego, znajdująca się na jego południu Puszcza Kozienicka, weszła w skład dóbr stołowych, nigdy nieoddawanych w dzierżawę, i to ją chroniło przed rabunkową gospodarką leśną. Praktycznie aż do upadku Rzeczpospolitej. Historie puszcz jedna do drugiej niepodobne.

Walorami przyrodniczymi puszczy zainteresowano się na początku XX wieku, lecz dopiero gdy w roku 1959 został utworzony Kampinoski Park Narodowy, zaczął się żmudny proces odbudowy puszczy. Z roku na rok pięknieje i coraz bardziej staje się puszczą nie tylko z nazwy. Na wydmach rosną sosnowe bory i liściaste grądy, bagna zajęte są przez wilgotne łąki, bagienne turzycowiska i lasy liściaste. Najstarsze zwarte fragmenty leśne puszczy osiągają wiek ponad dwustu lat. Botanicy zachwycają się bogactwem roślin, wiele wśród nich gatunków chronionych i rzadkich. Jest też Puszcza Kampinoska ostoją licznych gatunków dziko żyjących zwierząt, nie byle jakie są to zwierzęta, a wśród nich łosie i jelenie, wilki i rysie, wszystko to niemal u wrót dwumilionowego miasta, niezwykła sprawa.

Od ponad pół wieku przyjaźnię się z tą puszczą. Co jakiś czas odwiedzam tereny, w których najlepiej można zobaczyć, jak po kilku wiekach rabunkowej gospodarki leśnej puszcza staje się na powrót Puszczą. Jednym z takich miejsc jest Zaborów Leśny i sąsiadujące z nim uroczysko Kalisko. Jest to ogromne i wyjątkowej urody torfowisko, mokradło jakich niewiele. Jego nazwa pochodzi od staropolskiego wyrazu „kał”, oznaczającego miejsce błotniste. Pochodzi też odeń nazwa ptaka – kaczki i błotnej rośliny – kaczeńca. Jeszcze niedawno były na Kalisku kośne łąki i pasły się na nich krowy. Teraz imponująco powraca tam dzika natura, łąki ustąpiły turzycowiskom, wkroczyły na nie szuwary, na podbój torfowiska wyruszyły forpoczty lasu, torfowisko nareszcie wygląda tak, jak prawdziwe bagno wyglądać powinno.

Był czas, gdy często gęsto po Kalisku łaziłem. Jeszcze się dało, chociaż łatwo nie było. Wtedy teren nie był zarośnięty krzami, to był raj ptasi. Czego tam nie było! Fruwały nad głowami ptasie rarytasy. Szlamniki i czajki, kszyki i słonki. Upłynęło trzydzieści lat i oglądam teraz inny krajobraz. Zmieniła się szata roślinna, a i ptasie towarzystwo już na Kalisku inne. Łosie, jak tam bywały, tak bywają, ale wypatrzeć je trudniej. Aby przez to torfowisko wędrować, udający się na jego penetrację przyrodnicy zakładają wodery, gdyż zwykłe wiejskie gumiaki po kolana to za mało. Turystyczny szlak wiedzie w głąb Kaliska usypaną pośród bagien Drogą do Gaci, bo od majątku w Zaborowie do folwarku w Gaci doprowadzała. Gdy wody na torfowiskach Kaliska jest sporo, a to się często przytrafia, zwłaszcza przedwiośniem, nie sposób iść tym szlakiem. Przez obniżenia terenu z jednej na drugą stronę drogi przelewał się wtedy nadmiar wody pokrywającej torfowisko i zwykły szlak zamieniał się w szlak wielkiej przygody. Jesienią 2015 roku opiekunowie Kampinoskiego Parku Narodowego zbudowali na tej drodze kilkusetmetrowej długości kładkę turystyczną, dzięki niej wygodnie można teraz wejść w głąb bagna, to robi wrażenie, ale tej przygody, co to na wędrowca czekała, brakuje.

Gaci Zaborowskiej już nie ma, jest tam teraz tylko jeden jedyny budynek służbowej osady Kampinoskiego Parku Narodowego i to wszystko. Lecz – cóż za otoczenie! Zaborów Leśny ma niezwyczajny, bardzo zróżnicowany przyrodniczy krajobraz. Dobrze się w jego otoczeniu czuję, nie da się ukryć, że to jest mój biotop, moje środowisko naturalne. Uwiodła mnie tamta okolica dawno temu i wciąż jestem nią zauroczony. W wieku XIX powstał tam folwark, przynależący do majątku w oddalonym o kilka kilometrów Zaborowie. Folwark nazywał się Gać Zaborowska, a nazwę Gać wziął od gaci, czyli okładziny ocieplającej ściany drewnianych chałup, wykonywanej dawniej ze słomy, liści, ściółki sosnowej i chrustu; stąd też i wzięła się nazwa gaci ocieplających ludzkie pośladki. Dodać jeszcze należy, że gacono również drogi na mokradłach, i jak sądzę, akurat w tym przypadku chyba o taki źródłosłów chodzi. Od takiego gacenia, tj. umacniania brzegów wzięła nazwę znana kaszubska miejscowość Swornegacie położona na przesmyku między jeziorami.

Puszczańska Gać została posadowiona w miejscu podobnym do Swornegaci, tyle że nie nad jeziorami, a na wyniesieniu na pograniczu wydm, w otoczeniu dorodnego lasu nad Kanałem Zaborowskim, przekopanym po 1868 roku przez przesmyk pomiędzy dwiema kotlinami torfowiskowymi. W latach międzywojennych XX wieku Gać należała do krewnych marszałka Józefa Piłsudskiego.

Koło leśniczówki jest rozstaj dróg i turystycznych szlaków. Godny podziwu las tam rośnie, kiedyś był folwarcznym parkiem, nawet pozostała po nim nazwa, miejscowi nazwali ten fragment lasu Parkiem. Parkowe alejki już zarosły, a sadzawki, wykopane jako poidła dla bydła, zamieniły się w urocze, pełne romantycznego wdzięku jeziorka śródleśne. To najbliższe leśniczówki ma kształt prostokąta, przeglądają się w jego wodzie potężne, ponaddwustupięćdziesięcioletnie dęby. Największy z nich, dostojny olbrzym o wspaniałej koronie, wczepił się potężnymi korzeniami w brzeg jeziorka i pochylił ku jego ciemnej tafli. Ten las jest dzisiaj jednym z najbardziej efektownych grądów w Puszczy Kampinoskiej. Wspaniały to drzewostan o wiekowych, olbrzymich sosnach, grabach, dębach, brzozach i lipach. Od chwili, kiedy po raz pierwszy go zobaczyłem, często do niego powracam. Nawet wtedy, gdy jestem daleko, zamknięty w kamiennych murach Warszawy, nie mogę uwolnić się od jego obrazu.

Na północ od leśniczówki rozścieliła się kraina wysokich piaszczystych wydm. Pośród nich 14 kwietnia roku 1863 rozegrała się bitwa. Pisali o niej Paweł Jasienica w Dwóch drogach i Maria Kann w Wiernej puszczy. Ta bitwa trwała zaledwie pół godziny, a to, co tu się stało, wstrząsnęło ówczesną Warszawą. Puszcza Kampinoska była wtedy schronieniem dla słabo uzbrojonego oddziału powstańczego, dowodzonego przez Walerego Remiszewskiego, a złożonego głównie z warszawskiej młodzieży zbiegłej przed branką „w carskie sołdaty”. Dostał on zadanie udzielenia pomocy Jarosławowi Dąbrowskiemu i towarzyszom, planującym ucieczkę z Cytadeli Warszawskiej. Do ucieczki nie doszło, a Remiszewski otrzymał rozkaz wycofania się w głąb lasów. Władze carskie wysłały za nim wojsko pod wodzą generała Krüdenera, które tutaj właśnie dosięgło powstańców.

„Plac boju okropny przedstawiał widok. Barbarzyńcy odarli do naga wszystkich poległych i rannych, tych ostatnich w okrutny dobijali sposób, ciała ich jedną stanowiły ranę” – pisały konspiracyjne „Wiadomości z pola bitwy”. Hucznie, z muzyką i śpiewem wjeżdżał generał Krüdener do Warszawy. Z tyłu, przywiązani do koni, szli młodzi chłopcy w pokrwawionych szarych kurtkach powstańczych. Kozacy powiewali triumfalnie przyczepionymi do pik krakuskami pomordowanych. Wielki płacz towarzyszył im na trasie tego triumfalnego przejazdu Alejami Jerozolimskimi do Krakowskiego Przedmieścia.

Wzruszający opis pielgrzymki rodzin poległych na pobojowisko znalazł się w powieści Dziedzictwo Zofii Kossak i Zygmunta Szatkowskiego. „Pieszą procesją idą ku tym wzgórkom... O Boże, wieluż ich tu leży! Wszystkie ciała zmasakrowane, zrąbane okropnie. Niektórych nie można poznać. Kobiety czołgają się po tym cmentarzysku. Szukają swoich. Proszą Boga, by nie znaleźć”.

U stóp stupięćdziesięcioletnich sosen jest mogiła na grzbiecie wydmy. W niej spoczywa 72 powstańców. Ku mogile prowadzi piaszczysta droga, od lat miejscowi zwą ją Grobową Drogą. „W święta narodowe szliśmy na mogiłę powstańców” – wspominała jedna z mieszkanek okolicy. „Całe wsie tam szły, dziewczynki w amarantowych beretach, a chłopcy w granatowych z chorągiewkami w rękach – widok imponujący i czas podniosły dla nas i naszych rodziców”. Trudno się powstrzymać od zadumy nad tym powstańczym grobem. Styczniowy zryw roku 1863 nie był na pewno rozsądny z każdego punktu widzenia. Był jednak koniecznością i powinnością patriotyczną.

Mokradła Kaliska są dzisiaj niemal całkowicie niedostępne, takie miejsca opisywali autorzy powieści o akcji osadzonej w zamierzchłych, słowiańskich czasach: Józef Ignacy Kraszewski w Starej baśni, Karol Bunsch w Dzikowym skarbie, Antoni Gołubiew w Bolesławie Chrobrym. To były lektury młodości mojego pokolenia, nie sądziłem, że podobne plenery jeszcze kiedyś zobaczę i to tak blisko Warszawy. Oglądam teraz te mokradła, gdy wędruję na południe, ku sośninom na piaszczystym wyniesieniu. Tam, gdzie teraz rosną te sosny, była wioska. Już jej nie ma, cały ten teren został całkowicie wykupiony przez skarb państwa, ludzie się wyprowadzili. Pierwsi, jacy tam się osiedlili, wycinali las pod swoje siedliska w połowie wieku XIX. Nazwę osady pisano na mapach jako Tritew, dopiero znacznie później została Wyględami Górnymi.

Życie było tam niełatwe, wszędzie było daleko, do szkoły, sklepu, kościoła, a Warszawa wydawało się, że jest na drugim końcu świata. Uprawy na piaszczystych gruntach plony dawały marne. W czasie wojennym po zmierzchu przychodzili z lasu partyzanci i domagali się chleba i ziemniaków. Brali i odchodzili. Rankiem przyjeżdżały auta z hitlerowskimi żandarmami z Zaborowa. Byli ci bandyci z lasu? Byli. Czego chcieli? Chleba i kartofli. Daliście im? A co mieliśmy robić, grozili nam, więc daliśmy. Dużo? A tyle i tyle. To i nam tyle dajcie. Brali i odjeżdżali. Szczęście, że nie popędzili do Zaborowa, tam w szkolnym budynku wielu z okolicy zakatowali na śmierć.

Leśnych było trochę w tej puszczy. Najczęściej byli nimi miejscowi, czynnie działający w konspiracji, ukrywający się w lesie „spaleni”, zmuszeni do ucieczki ze swoich wsi rodzinnych. Jest pośród bagien Cichowęża trudno dostępna, zagubiona wśród trzęsawisk niewielka wysepka piaszczysta, która była schronieniem dla leśnych ludzi i długo utrzymywała się jej nazwa – Grąd Partyzantów. W sierpniu i wrześniu 1944 roku niedaleka od Ław wieś Wiersze oraz sąsiednie wioski Brzozówka, Truskawka, Janówek, Krogulec i Kiścinne stanowiły kwaterę zgrupowania partyzanckiego liczącego trzy i pół tysiąca żołnierzy. Stamtąd przeprowadzano akcje dywersyjne i stąd wyruszały oddziały na pomoc walczącym powstańcom w Warszawie. „Zarówno leśni powstańcy, jak i tutejsza ludność przeżywali niemal przez dwa miesiące wspaniały okres szczególnej wolności, wolności powstańczej, i tego nikt nie jest w stanie zapomnieć” – pisał dowódca zgrupowania, pułkownik Józef Krzyczkowski, pseudonim Szymon. Pomnik w Wierszach postawiono, upamiętnia Rzeczpospolitą Kampinoską, w urnie na partyzanckim cmentarzu jest ziemia z pobojowisk na terenie puszczy i są tablice ku czci kapelanów zgrupowania. Jednym z nich był ksiądz Stefan Wyszyński, pseudonim Radwan III, późniejszy prymas Polski.

Od wielu lat jest prowadzony wykup prywatnych gruntów położonych w granicach parku kampinoskiego. Wioski w kręgu Kaliska wyludniły się najszybciej. Teraz jest tu całkiem inny krajobraz niż za czasów, gdy z gronem przyjaciół poznanych na górskich szlakach odnajmowaliśmy starą chałupkę od rolnika, który już się stamtąd wyprowadził, bo bliżej Warszawy wybudował sobie murowany dom. Związałem z tą chałupą swoje życie na wiele dobrych lat.

Chata była nieduża, drewniana, kryta dwuspadowym dachem słomianym, łatałem kalenicę strzechy płatami darni. Jak się napaliło, było wewnątrz bardzo gorąco. Ojcowie wiedzieli, jak budować. Dom zwrócony był twarzą do słońca, ku południowi, wyglądało się z chaty przez okna, były dwa, jak i izby, jedna z izb była kuchnią i jednocześnie jadalnią i świetlicą, w drugiej była sypialnia z piętrową pryczą. Tylko jedna ściana była z cegieł, rozdzielała obie izby, w niej znajdował się przewód kominowy i do niej przytykał piec kuchenny, wiejski jak należy, z blachą. Wygódka była na zewnątrz, tradycyjna, z serduszkiem w drzwiach, przez serduszko wpadało do środka światło. Była studnia, puste wiadro na grubym sznurze wrzucało się do środka i zapełnione wodą wyciągało z pewnym wysiłkiem.

WIEŚ, KTÓREJ JUŻ NIE MA – ŁAWY W ROKU 1976

Tak ludzie wtedy na wsi mieszkali. Przyjmowało się to z całym dobrodziejstwem tego stanu rzeczy, nikt z nas, przybyszy z miasta, nie miał wtedy jeszcze własnego letniskowego domu, tylko jeden z moich przyjaciół miał auto – maleńką zastawę. Sylwestry w takiej chałupce obchodziło się wspaniałe! Śnieg skrzypiał pod nogami, gdy siedmiokilometrową trasą od autobusu niosło się przez puszczę duży gar z bigosem, a w plecakach inne specjały i pobrzękujące butelki szampana. Po północy ruszało się przywitać las. Pięknie było. Piękną miało się młodość. Odwiedził mnie tam kiedyś znajomy speleolog, który właśnie powrócił z eksploracji jaskiń Meksyku. Przywiózł z sobą maczetę. Opowiadał, jak to tam wycina się lasy. Sąsiad miejscowy nie wierzył, że takim czymś można ścinać drzewa. I wtedy doszło do pojedynku. Sąsiad ciął sosnę siekierą, a speleolog maczetą. Tubylec pojedynek przegrał.

Tak naprawdę, to ta fascynująca okolica nauczyła mnie przyrody. Wypatrywałem tam łosi, niemal zawsze dały się oglądać o świcie, chociaż daleko, aż nad kanałem. Rósł tam las olszynowy, sąsiedzi nazywali go Olszyną Rykaczewskiego, bo do Rykaczewskiego należała. Jak szło się trytewką w głąb mokradeł, z łąk zrywały się z krzykiem czajki i wywijały koziołki. Pokrzykiwały rycyki. Zmienił się krajobraz okolicy, więc nie jest już ona dla czajek i rycyków właściwym biotopem. Przyjaciel przyprowadzał tu swojego synka i mówił mu, że jak będzie grzeczny, to wujek opowie mu bajkę o biotopie. Więc opowiadałem. Już zupełnie inne ptaki tam bytują dzisiaj, czajki i rycyki lubią łąki kośne, a tam teraz szuwary i spośród nich wieczorami dobiega dziwne buczenie, tak jakby ktoś dmuchał w szyjkę butelki po piwie. To buczy bąk, ptak dziwny i tajemniczy.

Nie ma już nad Kaliskiem wioski Wyględy Górne i nie ma sąsiadującej z nią wsi Ławy. Pomiędzy błotami Kaliska i bagnami Debel była ta wioska, założona w połowie XIX wieku pośród lasów na piaszczystym wyniesieniu otoczonym torfowiskami południowego pasa bagiennego, na północ od Zaborowa. Nazwa jej poszła najpewniej od wyrazów ława, ławica, oznaczającego w tym przypadku piaszczystą mieliznę rozdzielającą te dwie torfowiskowe kotliny bagienne. Przed wykupami Ławy miały około 41 gospodarstw i 160 mieszkańców. Grunty rolne były tak słabej jakości, że uniemożliwiały utrzymanie. Decyzja wykupu okazała się korzystna nie tylko dla ludzi z wykupywanych wiosek, również dla przyrody. Teraz okolica jest jednym z bardziej fascynujących miejsc w Puszczy.

Do Ław powraca las. Nie było go ponad sto pięćdziesiąt lat. Ten las w części przybył tutaj w sposób naturalny, z samosiewu, nie tylko z zalesień. Grunty całkowicie wykupiono, siedliska zarastają, na rozstajach przetrwały drewniane krzyże, pośród lasu ślady fundamentów. Czasem się trafi pozostałość piwniczki, w której teraz zimują nietoperze, pod dębem nieco dziurawa psia buda, niedaleko stamtąd jakaś ławeczka, na której już nikt nie siada, słupy ogrodzenia, którego już nie ma, drogi zarosły, niektórych nie można już nawet wyczuć. Bardzo to przypomina pozostałości po wioskach w dolinach Beskidu Niskiego i Bieszczadów lub Roztocza w okolicach Horyńca. Ktoś, kto dawno już nie był w tych stronach, niemal nie pozna tej okolicy. Niezwykle to wszystko stało się malownicze. Rzekłoby się: podniecająco malownicze.

Od kilku lat na odbywające się tutaj spotkania przybywają dawni mieszkańcy Ław, ich dzieci i wnuki, i z Polski, i z zagranicy. Biesiadują przy stołach rozstawionych pod drzewami dziczejących sadów, z sentymentem wspominają stare czasy, rozmowy i tańce trwają do późnych godzin. Choć z żalem opuszczało się to miejsce, to może i na dobre wyszło – mówią. Ostatnio jeden z byłych mieszkańców Ław postawił ogromny głaz na terenie swojego byłego siedliska. Na głazie widnieje napis: „Żyłeś nadzieją, jak mówią prorocy, dzień w końcu staje po najdłuższej nocy. William Shakespeare. Ojcu syn Krzysztof Kamil. Ławy 2015”.

Przed laty z grzbietu wydmowego Ławskiej Góry można było zobaczyć oddalony o dwadzieścia pięć kilometrów warszawski Pałac Kultury. Od krzyża na rozstajach nadal zbiega piaszczysta droga ku wsi, ale wsi już nie ma. Spod tego krzyża widać było niemały rząd drewnianych ławskich chałup, wszystkie kryte były strzechą. Znajdowało się tam we wsi gniazdo bocianie – ptaki wyniosły się stąd razem z ludźmi i już nie słychać ich klekotania. Wiosennymi świtami z okolicznych mokradeł niosą się teraz donośne fanfary żurawi. Wtedy w całej Puszczy Kampinoskiej były cztery pary żurawi, teraz ocenia się, że jest ich blisko siedemdziesiąt. Turzycowisk Kaliska też już z wydmowego grzbietu nie widać, wkroczyły na torfowisko krzewy i drzewa. Łosiom to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie, w to im graj, ale widoku żal.

Czterdzieści lat temu od znajdujących się w głębi lasów Ław do kościoła w Zaborowie wiodła przez podmokłe łąki wąska ścieżynka. Wędrowały nią na nabożeństwo kobiety, szły tamtędy boso, a nie dochodząc do kościoła, z torebek wyjmowały pończochy i buciki, aby założyć je na nogi. Dopiero potem pojawiały się na placyku przykościelnym, żeby godnie, jak na gospodynie przystało, wejść do wnętrza świątyni. Pamiętam tamten czas i te kobiety. Teraz nie sposób odnaleźć tej ścieżynki, została ogarnięta przez turzyce i ostrożenie, przez las przypominający romantyczne uroczyska. Rosną w tej okolicy drzewa dorodne, wysokopienne, pół wieku ochrony ścisłej zrobiło swoje. Sąsiadujące z Ławami uroczysko Debły należy teraz do najbardziej niedostępnych fragmentów Puszczy Kampinoskiej. Jeśli ktokolwiek wątpi, że ta podwarszawska puszcza rzeczywiście na swe miano zasługuje, tutaj może się o tym przekonać. Bronią dostępu do jej wnętrza powalone na ziemię wiekowe olchy i jesiony, sterane wiekiem dęby, u ich stóp gęstwa krzewów podszycia albo łany wysokich pokrzyw.

Od lat w Deblach nie ma już żadnej drogi. Przyroda jest tu pozostawiona sama sobie, sama ma się rządzić, wedle swoich, odwiecznych praw. Leśnicy nie mają tam nic do roboty prócz tego, aby ją chronić przed intruzami, którzy – nawet nieświadomie – mogą przynieść coś niepożądanego ze swojego świata, co zaburzy naturalność przyrody, odbudowującej się w parku narodowym po latach bezwzględnego wyzysku ze strony człowieka. Tylko opiekunowie puszczy i badający jej tajemnice naukowcy mają prawo wejścia. W połowie czerwca 2016 roku obfotografowałem leżące wśród traw odchody wilka, a więc i on tutaj przywędrował, piękne i dzikie ma ostępy do bytowania, takie, jakie mieć powinien, puszczańskie.

Stareńkie dęby rosną tam, gdzie dawna wiejska droga się kończy. Co roku któregoś ubywa, widno przyszła na niego pora. Ta część lasu, gdzie one rosną, nosiła nazwę Grabowy Grunt. Powinno się pisać nie „grunt”, a „grond” lub jeszcze lepiej „grąd”, ale jak się zastanowić, to i tak, i tak jest dobrze. Wyraz „grąd” oznacza suche, piaszczyste wyniesienie pośród bagien lub łąk bagnistych, mokradeł. Jest to słowo prapolskie, od XVI wieku wymieniane we wszystkich aktach granicznych, m.in. w znaczeniu wyspy („na ostrowiech albo grądziech między wodami” jak to podawał Aleksander Brückner).

Grądy puszczańskie mają najczęściej kształt elipsy o równoleżnikowej osi, a zachodni jej kraniec bywa bardziej zaostrzony i węższy. Ten sam kształt mają piaszczyste wyspy na Wiśle, gdyż grądy wewnątrz Puszczy są takimi wyspami Prawisły, która przed tysiącami lat tędy płynęła. Zazwyczaj grąd jest płaski, chociaż spotykane są grądy z wydmami. Największą z nich jest Rzepowa Góra koło Cisowego i jest to niemała wydma. Tam, gdzie na grądach jest żyźniejsza gleba, powstawały pola uprawne, pastwiska i ludzkie sadyby. Na takich wyspach grądów uformowały się Ławy i sąsiadujące z nimi Wyględy Górne, nazwane Górnymi w odróżnieniu od wsi Wyględy, położonej przy Trakcie Królewskim z Warszawy do Sochaczewa.

Nazwa niektórych grądów przetrwała w zmienionej nieco formie „grunt” zapewne dlatego, że na orne grunty tam ziemia była zdatniejsza niż na sąsiadujących z nimi mokradłach. Taki właśnie jest Grabowy Grunt koło Ław, dzisiaj znajdujący się w granicach obszaru ochrony ścisłej Debły, tam na klasycznej wyspie grądu rośnie typowy grąd dębowo-grabowy. Na jego wschodniej części powstały Ławy. Przy okazji warto wspomnieć, że wyraz „grąd” to także nazwa typu biocenozy leśnej. W Puszczy Kampinoskiej występują grądy dębowo-grabowe, są siedliskowym typem lasu świeżego, wyraźnie odróżniającym się od innych zespołów leśnych. W przeszłości lasy grądowe zajmowały znaczną powierzchnię puszczy, lecz w obszarach ochrony ścisłej, gdzie natura pozostawiona jest sama sobie, widać, jak zasadzone na wyspach grądów sosny szybko ustępują miejsca tylko czekającym okazji dębom i grabom, typowym dla tego siedliska. Jest również wieś Grądy koło Leszna, w której nazwie najpewniej utrwalona została leśna przeszłość okolicy.