Wydawca: Bernardinum Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 457 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Pod czerwoną różą - Karol Olgierd Borchardt

Zbiór opowiadań "Pod czerwoną różą i opowiadania różne" jest dopełnieniem kompletu twórczości Karola Olgierda Borchardta. W tym tomie zamieszczono wszystko to, co nie ukazało się we wcześniejszych książkach pisarza.

W pierwszej części, "Pod czerwoną różą", autor wraca do wspomnień z lat dzieciństwa i wczesnej młodości. Te opowiadania, odtwarzające atmosferę miejsc najbliższych sercu pisarza i przywołujące najważniejsze dla niego osoby, pozwalają bliżej poznać fascynującą osobowość kapitana Borchardta.

Na "Opowiadania różne" składają się utwory, które publikowane były za życia autora w czasopismach i te znalezione w archiwum pisarza po jego śmierci.

Uzupełnieniem tego tomu są zatytułowane "Pod białą różą" wspomnienia Ewy Ostrowskiej, zaprzyjaźnionej z kpt. Borchardtem asystentki pisarza.

Dla Karola Olgierda Borchardta każda z tytułowych róż - czerwona i biała - miała symboliczne znaczenie.

Opinie o ebooku Pod czerwoną różą - Karol Olgierd Borchardt

Fragment ebooka Pod czerwoną różą - Karol Olgierd Borchardt

Ka­rol Ol­gierd Bor­chardt

Pod czer­wo­ną różą

Wy­daw­nic­two „Ber­nar­di­num” Sp. z o.o.

ul. Bi­sku­pa Do­mi­ni­ka 11, 83-130 Pel­plin

tel. (58) 536 17 57; fax (58) 536 17 26

e-mail: ber­nar­di­num@ber­nar­di­num.com.pl

in­ter­net: www.ber­nar­di­num.com.pl

Opra­co­wa­nie re­dak­cyj­ne:

Ewa Ostrow­ska

Ko­rek­ta:

Do­ro­ta Ko­bie­row­ska-Dę­biec

© Co­py­ri­ght by Ewa Ostrow­ska

Fo­to­gra­fie z ar­chi­wum Ewy Ostrow­skiej

Wy­da­nie dru­gie ISBN 978-83-62994-84-7

All ri­ghts re­se­rved Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne

Re­pro­du­ko­wa­nie, ko­pio­wa­nie w urzą­dze­niach prze­twa­rza­nia da­nych, od­twa­rza­nie w ja­kiej­kol­wiek for­mie oraz wy­ko­rzy­sty­wa­nie

w wy­stą­pie­niach pu­blicz­nych – rów­nież czę­ścio­wych – tyl­ko za wy­łącz­nym ze­zwo­le­niem wła­ści­cie­la praw au­tor­skich.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Matecznik

Całe moje dzie­ciń­stwo i mło­dość upły­nę­ły pod wiel­kim wpły­wem mo­jej mat­ki i jej ro­dzi­ny. Uro­dzi­łem się w Mo­skwie, w kli­ni­ce mego ojca, któ­ry był le­ka­rzem. Za­nim to jed­nak się sta­ło, mat­ka moja zo­sta­ła zmu­szo­na do tego mał­żeń­stwa. Oby­dwo­je po­cho­dzi­li z po­wia­tu oszmiań­skie­go i na­wet byli spo­krew­nie­ni przez dzia­da Ba­nie­wi­cza, po­wstań­ca z 1863 roku. Po­cząt­ko­wo mat­ka, nie­zbyt za­chwy­co­na uczu­ciem ojca, ukry­ła się w miej­sco­wo­ści Lej­pu­ny na Su­walsz­czyź­nie, gdzie zo­sta­ła na­uczy­ciel­ką. Kie­dy jed­nak oj­ciec ją od­na­lazł, wy­jął pi­sto­let i (co było wów­czas w mo­dzie) po­wie­dział: – Albo pani wyj­dzie za mnie za mąż, albo w tej chwi­li się strze­lam… – Ta­kie to gwał­tow­ne wy­da­rze­nia po­prze­dzi­ły moje przyj­ście na świat.

Mat­ka moja była oso­bą ener­gicz­ną i nie­za­leż­ną. Mogę ją na­wet na­zwać pierw­szą pol­ską su­fra­żyst­ką. Więc gdy oj­ciec zo­stał po­wo­ła­ny do woj­ska i wy­je­chał do Azji, za­sta­wi­ła swo­je sre­bra i ucie­kła ze mną do Pa­ry­ża. Ry­zy­ko­wa­ła przy tym wie­le. W owe cza­sy mąż mógł żonę spro­wa­dzić, ucie­ka­jąc się do po­mo­cy po­li­cji, mógł za­brać jej dziec­ko, po­mi­mo że za­miesz­ka­li­śmy u ro­dzi­ny ojca.

Mia­łem wów­czas trzy­na­ście mie­się­cy. Wię­cej ojca swe­go nie wi­dzia­łem. Póź­niej kil­ka razy mia­ło dojść do na­sze­go spo­tka­nia, za­wsze jed­nak coś sta­nę­ło na prze­szko­dzie. Ostat­nio w sierp­niu 1939 roku, wra­ca­jąc z urlo­pu w Żu­ra­wach, by­łem już z oj­cem umó­wio­ny (miesz­kał wów­czas w War­sza­wie przy Mar­szał­kow­skiej), ale spo­tka­łem wuja Racz­kie­wi­cza, któ­ry po­ra­dził mi, bym jak naj­szyb­ciej wra­cał na „Dar”, je­śli nie chcę być od­cię­ty od Gdy­ni. Gdy je­sie­nią 1949 roku wró­ci­łem do kra­ju, oj­ciec mój już od kil­ku lat nie żył.

Po la­tach od­na­la­zły mnie… moje sio­stry przy­rod­nie – Ka­ru­sia i Bo­żen­ka, cór­ki mego ojca z dru­gie­go mał­żeń­stwa, o któ­rych ist­nie­niu nie wie­dzia­łem do lat 60., ale to one mnie od­na­la­zły, kie­dy sta­łem się zna­ny po na­pi­sa­niu „Zna­czy Ka­pi­ta­na”. Po­mo­gły mi też usta­lić lub po­twier­dzić uzy­ska­ne wcze­śniej wia­do­mo­ści o ro­dzie Bor­chard­tów.

Przod­ko­wie moi byli dwo­rza­na­mi księ­cia Ka­ro­la kur­landz­kie­go i wraz z nim prze­nie­śli się z Brunsz­wi­ku do Kur­lan­dii. Wszyst­ko wska­zu­je, że po mie­czu wy­wo­dzę się z ba­ro­nów kur­landz­kich i mam pra­wo pie­czę­to­wać się her­bem brunsz­wic­kim. Za­py­ta­na prze­ze mnie Ka­ru­sia (ak­tor­ka Te­atru Dra­ma­tycz­ne­go w War­sza­wie), czy coś wie na ten te­mat, od­po­wie­dzia­ła: Oczy­wi­ście, za­wsze na­zy­wa­no mnie ba­ro­nów­ną. Co praw­da póź­niej kró­lew­ną, ale to już zu­peł­nie inna hi­sto­ria.

Imio­na Ka­rol i Ka­ro­li­na, bar­dzo czę­sto po­wta­rza­ją­ce się w ro­dzi­nie Bor­chard­tów, nie są przy­pad­ko­we i mają zwią­zek wła­śnie z księ­ciem Ka­ro­lem. Mat­ka ojca, a moja bab­ka, była z po­cho­dze­nia Włosz­ką o na­zwi­sku Ni­co­lai.

Wy­da­je mi się, że mój oj­ciec miał ja­kieś szcze­gól­ne zdol­no­ści uzdro­wi­ciel­skie. Z przed­wo­jen­nych war­szaw­skich ga­zet mam wy­cin­ki, któ­re do­no­szą o jego wiel­kich suk­ce­sach w le­cze­niu raka. Przy­wra­cał zdro­wie lu­dziom, któ­rym inni le­ka­rze nie da­wa­li już żad­nych szans. Dużą wagę przy­kła­dał do czy­sto­ści po­wie­trza, wła­ści­we­go od­dy­cha­nia, die­ty. Wła­snym na­kła­dem wy­dał ksią­żecz­kę „Dla­cze­go głód le­czy”. Z ze­msty za ewen­tu­al­ną stra­tę klien­tów rzeź­ni­cy war­szaw­scy wy­bi­li szy­by w oknach jego ga­bi­ne­tu.

Po ką­dzie­li swój ro­do­wód mogę roz­po­cząć od trzech sióstr Klecz­kow­skich: Ame­lii, Zo­fii i Mi­cha­li­ny. Wy­szły one ko­lej­no za mąż: Ame­lia za Ada­ma Wań­ko­wi­cza, Zo­fia za Ot­to­na Bo­era, a Mi­cha­li­na za Igna­ce­go Li­twor-Ara­mo­wi­cza.

Moja ga­łąź wy­ra­sta z pnia ro­dzi­ny Li­ta­wor-Ara­mo­wi­czów, po­sia­da­ją­cych ma­ją­tek Ró­ży­sław. (Pra­dziad Igna­cy Li­ta­wor-Ara­mo­wicz 16 lat spę­dził na Sy­be­rii). Igna­cy i Mi­cha­li­na mie­li czte­ry cór­ki i trzech sy­nów. Cór­ki dały po­czą­tek no­wym ro­dzi­nom, wy­cho­dząc za mąż: Anie­la za Jo­achi­ma Nie­kra­sze­wi­cza, Ja­dwi­ga za Wy­szyń­skie­go, Ame­lia (moja bab­ka) za Le­oka­diu­sza Na­rwid-Racz­kie­wi­cza, Mi­cha­li­na za An­to­nie­go Łu­ka­sze­wi­cza.

Wszyst­kie te ro­dzi­ny żyły ze sobą bar­dzo bli­sko i wszę­dzie czu­łem się jak u sie­bie w domu. Moja ro­dzo­na bab­ka Ame­lia z Li­ta­wor-Ara­mo­wi­czów

Racz­kie­wi­czo­wa zmar­ła bar­dzo mło­do, na płu­ca. Zo­sta­wi­ła tro­je dzie­ci: Ol­gier­da (zmarł tak­że na płu­ca w 1912 roku, ku­ru­jąc się na Kry­mie), kil­ku­na­sto­let­nią wów­czas Ma­ry­nię (moją mat­kę) i naj­młod­sze­go Mie­czy­sła­wa. Była jesz­cze dru­ga cór­ka – Zo­fia, ale zmar­ła we wcze­snym dzie­ciń­stwie.

Cho­ro­ba bab­ki po­chła­nia­ła wie­le pie­nię­dzy, wy­ma­ga­jąc czę­stych wy­jaz­dów „do wód”. Pod­czas nie­obec­no­ści ro­dzi­ców fol­war­kiem ro­dzin­nym Żu­ra­wy (przed 1863 ro­kiem – Żu­ra­wie) za­rzą­dza­ła czter­na­sto­let­nia Ma­ry­nia, ra­dząc so­bie zna­ko­mi­cie i wzbu­dza­jąc po­dziw oko­licz­nych są­sia­dów. Fol­wark jed­nak nie da­wał do­sta­tecz­nie du­żej in­tra­ty i dziad pod­jął się funk­cji za­rząd­cy wiel­kie­go ma­jąt­ku Go­war­czów.

Wró­cę jesz­cze do Pa­ry­ża, w któ­rym spę­dzi­łem pięć lat. Mat­ka moja pra­co­wa­ła w ma­ga­zy­nie mód, ry­su­jąc mo­de­le mod­nych kre­acji i za­ra­bia­ją­cy ten spo­sób na ży­cie. Wkrót­ce z prze­ra­że­niem stwier­dzi­ła, że mogę zo­stać Fran­cu­zem. Mó­wi­łem do­sko­na­le po fran­cu­sku, po pol­sku zna­łem je­dy­nie „Ka­te­chizm ma­łe­go Po­la­ka”, po­wta­rza­ny bez spe­cjal­ne­go zro­zu­mie­nia za mat­ką. Do roku 1911 uda­ło się mej mat­ce tyle za­osz­czę­dzić, że wró­ci­li­śmy do Wil­na, a stam­tąd zo­sta­łem od­wie­zio­ny do słyn­nej na cały po­wiat oszmiań­ski mo­jej cio­tecz­nej ba­bu­ni, Mi­cha­si Łu­ka­sze­wi­czo­wej, se­nior­ki rodu. Bę­dąc wdo­wą, z tru­dem wy­cho­wy­wa­ła i kształ­ci­ła tro­je dzie­ci. Ma­ją­tek By­ków­ka stra­cił wie­le ze swej świet­no­ści od cza­su, gdy brat męża, Jó­zef Łu­ka­sze­wicz, zo­stał ska­za­ny na śmierć za udział w za­ma­chu (spo­rzą­dził ma­te­riał wy­bu­cho­wy) na ży­cie cara Alek­san­dra III. Był wów­czas stu­den­tem wy­dzia­łu ma­te­ma­tycz­no-przy­rod­ni­cze­go w Pe­ters­bur­gu. Jego oj­ciec wy­bła­gał na oso­bi­stej au­dien­cji u cara zmia­nę wy­ro­ku na do­ży­wo­cie. Kosz­to­wa­ło to jed­nak spo­ro i ob­cią­ży­ło ma­ją­tek. Jó­zef Łu­ka­sze­wicz prze­by­wał w Twier­dzy Szlis­sel­bur­skiej bli­sko dzie­więt­na­ście lat (aresz­to­wa­ny 2 mar­ca 1887, uwol­nio­ny 20 li­sto­pa­da 1905). Do uwol­nie­nia wpraw­dzie przy­czy­ni­ła się re­wo­lu­cja, jed­nak­że kosz­ty były tak­że znacz­ne.

Ba­bu­nia na­tu­ral­nie i oby­dwie ciot­ki mó­wi­ły po fran­cu­sku, ale z po­zo­sta­ły­mi oso­ba­mi we dwo­rze mu­sia­łem po­cząt­ko­wo po­ro­zu­mie­wać się na migi. Wkrót­ce jed­nak – ku zdu­mie­niu, a na­wet prze­ra­że­niu cio­tek z fran­cu­skie­go o pa­ry­skim ak­cen­cie prze­sze­dłem wprost na bia­ło­ru­ski, do­sko­na­lo­ny w za­ba­wach z wiej­ski­mi ró­wie­śni­ka­mi. Ba­bu­nia Mi­cha­sia była wy­rocz­nią. Przede wszyst­kim zo­sta­łem po­zba­wio­ny swo­ich pa­ry­skich bu­ci­ków, bo naj­lep­sze są z wła­snej skó­ry. Po śnia­da­nie mu­sie­li­śmy iść o wscho­dzie słoń­ca do ota­cza­ją­cych dwór la­sów. O jed­nym z nich mó­wio­no MA­TECZ­NIK. Stor­czy­ki tam ro­sną­ce mia­ły sta­no­wić uni­ka­to­we oka­zy, nig­dzie już nie wy­stę­pu­ją­ce. Ten ma­tecz­nik ba­bu­nia naj­wię­cej ko­cha­ła. Nie po­zwo­li­ła ściąć ani jed­ne­go drze­wa, na­wet na po­kry­cie kosz­tów kur­sów li­te­rac­kich jed­nej z cio­tek, uczą­cej się na nich w War­sza­wie. Każ­de drze­wo prze­cież mo­gło słu­żyć za tar­czę dla po­wstań­ca. W cza­sach mego dzie­ciń­stwa at­mos­fe­ra po­po­wsta­nio­wa była wciąż żywa, może bar­dziej niż dzi­siaj pa­mięć dru­giej woj­ny świa­to­wej.

Przy­jeż­dża­li bar­dzo ucze­ni krew­ni oglą­dać i po­dzi­wiać ma­tecz­nik. Niedź­wie­dzi już w nim nie było. Ostat­ni niedź­wiedź, o ja­kim sły­sza­łem, żył w ro­dzin­nym dwo­rze ba­bu­ni Mi­cha­si (a tym sa­mym i mo­jej ro­dzo­nej bab­ki Ame­lii), w Ró­ży­sła­wiu nad Be­re­zy­ną oszmiań­ską. Był po­moc­ni­kiem ku­cha­rza i do jego obo­wiąz­ków na­le­ża­ło za­opa­try­wa­nie kuch­ni w wodę i drew­no. Mi­sia tego bar­dzo lu­bi­ły psy i chęt­nie z nim ba­rasz­ko­wa­ły, ale gdy niósł drew­no, szcze­ka­ły na nie­go za­wzię­cie. Miś nie po­zo­sta­wał dłuż­ny i ci­skał w nie po­la­na­mi, co się naj­bar­dziej psom po­do­ba­ło i chy­ba o to im tyl­ko cho­dzi­ło.

Wpraw­dzie niedź­wie­dzi w ma­tecz­ni­ku nie było, za to wil­ków nie bra­ko­wa­ło. Idąc do lasu, prze­cho­dzi­li­śmy koło ogro­dze­nia, za któ­rym pa­sły się byki i woły. W owych cza­sach ora­no nimi po za­przę­że­niu do so­chy. Przy­szłe wła­sne­go wy­ro­bu ubra­nia ro­sły w po­sta­ci lnu. Utka­ne z lnu płót­no bie­li­ło się na łą­kach koło kry­nic po­mię­dzy la­sa­mi.

Ciot­ki uzna­wa­łem za wszech­wie­dzą­ce i orien­tu­ją­ce się naj­le­piej, co i gdzie w le­sie ro­śnie. Roz­po­czy­na­li­śmy od zbie­ra­nia po­zio­mek. Ciot­ki wie­dzia­ły, gdzie ro­sną naj­więk­sze, naj­bar­dziej so­czy­ste. W cie­niu. Te słod­kie – w miej­scach na­sło­necz­nio­nych. Jed­no­cze­śnie doj­rze­wa­ły czer­ni­ce, a po­tem ma­li­ny, bo­rów­ki.

Prze­cho­dzi­li­śmy przez za­gaj­ni­ki z ol­brzy­mich brzóz, za któ­ry­mi la­tem wscho­dzi­ło słoń­ce. Na­stęp­nie skrę­ca­li­śmy w pra­wo, w ol­brzy­mi las jo­dło­wy – wła­śnie na­zy­wa­ny ma­tecz­ni­kiem. Była to kra­ina nie­bo­tycz­nych jo­deł. Tam gdzie jo­dły ro­sły rza­dziej i było wil­got­no, kró­lo­wa­ły te po­dzi­wia­ne przez wszyst­kich stor­czy­ki. Za DĘ­BUSZ­KA­MI, jak zwa­no las ol­brzy­mich dę­bów, za­cho­dzi­ło słoń­ce. Tuż za nimi le­ża­ła kra­ina mo­ich noc­nych ma­rzeń przy ogni­sku – ROJ­STY. Za­bie­ra­no mnie cza­sem na roj­sty na noc­leg, pod­czas któ­re­go pa­sły się ko­nie. Naj­więk­szą jed­nak atrak­cją był do­jazd na roj­sty i jaz­da po­wrot­na na wy­po­czę­tych i rwą­cych z ko­py­ta ko­niach. Oży­wa­ły wów­czas za­sły­sza­ne w nocy przy ogni­sku opo­wie­ści chłop­ców pil­nu­ją­cych koni. Te­ma­tu do nich do­star­cza­ły te zie­mie „prze­siąk­nię­te” hi­sto­rią. Roj­sty do­cho­dzi­ły do oszmiań­skie­go trak­tu, wy­sa­dzo­ne­go brzo­za­mi, któ­ry nie­jed­no wi­dział, mię­dzy in­ny­mi prze­cho­dzi­ły nim woj­ska na­po­le­oń­skie. We wsi Kur­ha­ny, le­żą­cej za trak­tem, miesz­ka­ła jesz­cze sta­rusz­ka li­czą­ca so­bie sto kil­ka­na­ście lat. Gdy przy­cho­dzi­ła do ba­bu­ni, była pierw­szą oso­bą w domu, bo jako dwu­na­sto­let­nia dziew­czyn­ka na wła­sne oczy wi­dzia­ła Na­po­le­ona. Na proś­bę ba­bu­ni jej od­wie­dzi­ny koń­czy­ły się za­wsze udzie­la­nym przez nią nam wszyst­kim bło­go­sła­wień­stwem.

Z dę­bu­szek wra­ca­li­śmy do domu z na­czy­nia­mi peł­ny­mi ja­gód. Na śnia­da­nie głów­ną po­tra­wą były po­ziom­ki, czer­ni­ce lub ma­li­ny ze śmie­tan­ką „pro­sto od kro­wy”, z wie­czor­ne­go udo­ju. O cu­krze nie było mowy. Zja­wiał się na sto­le wy­jąt­ko­wo, gdy po­dej­mo­wa­no go­ści. Był prze­cho­wy­wa­ny w kre­den­sie, w ol­brzy­miej cze­czot­ko­wej szka­tu­le. Cu­kier za­stę­po­wał miód z licz­nych pa­siek w sa­dzie.

W po­rze grzy­bów wy­ru­sza­li­śmy do lasu po śnia­da­niu – znów z wszech­wie­dzą­cy­mi ciot­ka­mi. Zbie­ra­li­śmy głów­nie bo­ro­wi­ki, je­sie­nią ry­dze. Po­cząt­ko­wo mu­sia­łem każ­dy grzyb po­ka­zać, za­nim wło­ży­łem do ko­szy­ka, bo­ro­wi­ki bo­wiem róż­ni­ły się mię­dzy sobą bar­wą cza­pek i kształ­tem. Inne były z za­gaj­ni­ków, inne z ma­tecz­ni­ka, jesz­cze inne z dę­bu­szek. Tam ro­sły krę­pe, o ko­lo­rze orze­cho­wo po­pie­la­tym. Małe bo­ro­wi­ki od­kła­da­no do po­so­le­nia na zimę, tro­chę więk­sze su­szo­no na słoń­cu, naj­więk­sze, udu­szo­ne w ma­śle ze śmie­ta­ną, po­da­wa­no do sto­łu na obiad z go­to­wa­ny­mi kar­to­fla­mi. Na de­ser znów ja­go­dy zbie­ra­ne z rana. Po ko­la­cję trze­ba było iść tak­że do lasu.

Gdy po raz pierw­szy, po­zba­wio­ny swych pa­ry­skich bu­cicz­ków, boso wró­ci­łem z lasu do domu, wy­da­wa­ło mi się, że sto­py mam w ogniu. By­łem bli­ski pła­czu.

Ba­bu­nia, wi­dząc moje cier­pie­nie, przy­po­mnia­ła mi wier­szyk „Kto ty je­steś?” Gdy do­szli­śmy do słów: „od­dać ży­cie”, spy­ta­ła: – Je­śli zo­sta­niesz po­wstań­cem i nie bę­dziesz miał bu­tów w le­sie, to co zro­bisz? Ba­bu­nia za­wsze mia­ła ra­cję. A gdy je­sie­nią wra­ca­łem z ma­tecz­ni­ka z ko­szem peł­nym la­sko­wych orze­chów na pod­wie­czo­rek, przy­po­mnia­łem so­bie swo­je pierw­sze kro­ki bez trze­wicz­ków i po­my­śla­łem, że te­raz by­ło­by rze­czą okrop­ną je wło­żyć.

Au mérité

Le­ży­my z mamą na pod­ło­dze na roz­ło­żo­nym ple­dzie. Pal­ce stóp wsu­nię­te pod wą­ską prze­rwę po­mię­dzy lu­strza­ną sza­fą a pod­ło­gą. Pod­no­si­my się do po­zy­cji sie­dzą­cej. Znów wol­no opa­da­my ple­ca­mi na pled. Znów pod­no­si­my się, wy­dy­cha­jąc przez nos po­wie­trze. Opa­da­my na pled z wde­chem przez nos. Mama ma dłu­gie aż do zie­mi czar­ne wło­sy.

To naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie z dzie­ciń­stwa. Mama chce, bym jej od­po­wia­dał w in­nym ję­zy­ku, niż mó­wią w domu do­ro­śli i dwie moje ku­zyn­ki, pra­wie tego wzro­stu co ja. Hedi jest wyż­sza, ale Ża­net­te mie­rzy tyle co ja. Na­stęp­ne dwie, Ży­let­ka i Ma­ry­szet­te, są jesz­cze małe. Co dzień mama mnie pyta po pol­sku, a ja od­po­wia­dam też po pol­sku: – Kto ty je­steś? – Po­lak mały! – Jaki znak twój? – Orzeł bia­ły! – Gdzie ty miesz­kasz? – Mię­dzy swe­mi! – W ja­kim kra­ju? – W pol­skiej zie­mi! – Czym ta zie­mia? – Mą oj­czy­zną! – Czym zdo­by­ta? – Krwią i bli­zną! – Czy ją ko­chasz? – Ko­cham szcze­rze! – A w co wie­rzysz? – W Pol­skę wie­rzę! – Czym ty dla niej? – Wier­ne dzie­cię! – Coś jej wi­nien? – Od­dać ży­cie!

Po­zo­sta­ły mi w pa­mię­ci spa­ce­ry. Bar­dzo dłu­gie spa­ce­ry pod pa­łac Tro­ca­déro. Ale od tego pa­ła­cu in­te­re­so­wał mnie wię­cej je­den pan w ogro­dach Tu­ile­ries. Cza­ro­dziej. Oto­czo­ny był za­wsze wró­bla­mi i dzieć­mi. Znał imio­na wró­bli. Mó­wił: „Ża­net­te”. Pa­trzy­li­śmy na na­szą Ża­net­te i bar­dzo śmie­li­śmy się, gdy za­miast niej do pana przy­la­ty­wał wró­bel i sia­dał na wy­cią­gnię­tym pal­cu jego wznie­sio­nej ręki. Inne dzie­ci też się śmia­ły – sły­sząc swo­je imio­na i wi­dząc nad­la­tu­ją­ce, na­zwa­ne ich imio­na­mi, wró­ble. Mo­gli­by­śmy tak stać bar­dzo dłu­go i śmiać się. Nie lu­bi­łem tej chwi­li, gdy Hedi do­sta­wa­ła od słu­żą­cej pie­nią­dze i da­wa­ła je temu panu, bo to ozna­cza­ło, że mu­si­my iść da­lej.

Mia­łem już prze­szło trzy lata, te­raz nie cho­dzi­li­śmy na spa­ce­ry. Hedi, Żan­net­te i mnie od­pro­wa­dza­no do fre­bla (przed­szko­la). Było tam wie­lu chłop­ców i dziew­czy­nek ta­kich jak my. Bar­dzo dużo śpie­wa­li­śmy. Lu­bi­łem pio­sen­kę: ram-plam-plam j’ai per­du mes gants (Zgu­bi­łem swo­je rę­ka­wicz­ki). I pio­sen­kę o sa­mym so­bie: Je suis un pe­tit ga­rçon de bon­ne fi­gu­re, j’aime be­au­co­up Ies gâte­aux et les con­fi­tu­res (Je­stem so­bie zgrab­ny chłop­czyk, bar­dzo lu­bię ciast­ka i kon­fi­tu­ry).

We fre­blu do­sta­wa­li­śmy je­dze­nie. Na dłu­gich, ni­skich sto­łach co dzień sta­wia­no mi­secz­ki z zupą i kła­dzio­no por­cję chle­ba. Wie­le dzie­ci nie zja­da­ło swej por­cji chle­ba. Ten po­zo­sta­ły chleb zbie­ra­no i w pią­tek (ven­dre­di) da­wa­no nam z nie­go zupę. Za­nu­rza­łem łyż­kę w mi­secz­ce, pod­no­si­łem ją z zupą do ust i nie mo­głem tej zupy prze­łknąć. Ka­wał­ki chle­ba za­trzy­my­wa­ły się na zę­bach. W pią­tek cho­wa­łem się w domu pod fo­te­la­mi, pod ka­na­pą, za ko­ta­ra­mi. My­śla­łem, że jak scho­wam się do­brze, to nie pój­dę do fre­bla. Znaj­dy­wa­no mnie za­wsze i wlo­kłem się tam, z tru­dem po­wstrzy­mu­jąc łzy. Ba­łem się my­śleć o zu­pie, bo na­tych­miast łzy mi le­cia­ły z oczu. Będę mu­siał jeść zupę. Dzi­siaj ven­dre­di. Łzy same spa­da­ły mi z oczu do mi­secz­ki. Je­że­li łez bę­dzie bar­dzo dużo, to prze­le­ją się przez brze­gi – my­śla­łem. Wie­le dzie­ci, wi­dząc mnie pła­czą­ce­go, od­kła­da­ło łyż­kę i też nie ja­dło zupy. W domu wszyst­ko, co po­da­no, trze­ba było zjeść. Nie wol­no było zo­sta­wiać je­dze­nia na ta­le­rzu. We fre­blu w każ­dy inny dzień zja­da­łem wszyst­ko, tak jak w domu. W pią­tek zupy zjeść nie mo­głem. Zęby same się za­ci­ska­ły. Oczy same pła­ka­ły. Co­raz wię­cej dzie­ci nie ja­dło zupy w pią­tek. Któ­re­goś piąt­ku ma­da­me po­wie­dzia­ła do na­szej słu­żą­cej, Żeby moja mama przy­szła do niej w przy­szły pią­tek. Tego dnia słu­żą­ca bar­dzo mnie po­cie­sza­ła i li­to­wa­ła się nade mną. Nie wie­dzia­łem dla­cze­go.

W na­stęp­ny pią­tek szli­śmy do fre­bla. Oprócz słu­żą­cej szła i moja mama. Hedi i Ża­net­te ze słu­żą­cą na prze­dzie, mama i ja kil­ka kro­ków za nimi.

Mama za­czę­ła mnie py­tać, czy ro­zu­miem, że nie je­stem Fran­cu­zem, lecz Po­la­kiem. Ro­zu­mia­łem to do­brze, bo prze­cież co dzień ma­mie po­wta­rza­łem, że je­stem Po­lak mały.

Mama po­wie­dzia­ła, że mu­szę wie­dzieć, że Po­la­cy byli za­wsze bo­ha­te­ra­mi i że naj­więk­szym bo­ha­ter­stwem jest zwy­cię­żać sa­me­go sie­bie.

Tego nie ro­zu­mia­łem.

– Na przy­kład – tłu­ma­czy­ła mama – nie chcesz jeść zupy. Je­śli ją zjesz, zwy­cię­żysz sie­bie. Bę­dziesz bo­ha­te­rem.

Od­po­wie­dzia­łem: – To jest bar­dzo trud­ne. Łzy same lecą mi z oczu. Ja tego nie ro­bię umyśl­nie. Zupa sama za­trzy­mu­je się na zę­bach. Zęby same się za­ci­ska­ją. Ja zę­bów nie ści­skam. Same…

– Tak, ro­zu­miem – po­wie­dzia­ła mama. – Ale inne dzie­ci je­dzą zupę, choć na pew­no jej nie lu­bią, więc są bo­ha­te­ra­mi.

Mama tra­fi­ła swy­mi sło­wa­mi w od­po­wied­nie miej­sce. Od­po­wie­dzia­łem na­tych­miast: – Ja też zjem zupę.

Mama była pew­na, że ją zjem. Za­wsze gdy po­wie­dzia­łem, że coś zro­bię albo że nie będę się bał, je­że­li zo­sta­nę sam – zro­bi­łem to, co przy­rze­kłem. Do­szli­śmy do fre­bla. Mama za­py­ta­ła mnie po pol­sku: – Kto ty je­steś? – Od­po­wie­dzia­łem, jak za­wsze, po pol­sku: – Po­lak mały. – Mama po­ca­ło­wa­ła mnie i po­cze­ka­ła, aż do­go­nię dziew­czyn­ki.

Słu­żą­ca po­wie­dzia­ła ma­da­me, że mama przyj­dzie po nas do fre­bla. Za­ba­wa i śpie­wa­nie mi nie szły. Wie­dzia­łem, że mu­szę zjeść zupę, ale nie by­łem pew­ny, czy zęby za moc­no nie za­ci­sną się same. Ba­wi­li­śmy się kloc­ka­mi, a ja my­śla­łem o zu­pie. Śpie­wa­li­śmy pio­sen­ki – my­śla­łem o zu­pie. Żeby się zęby nie za­ci­snę­ły, tego się wciąż ba­łem. Ma­de­mo­isel­le za­pro­wa­dzi­ła nas do umy­wal­ni. My­li­śmy ręce – my­śla­łem o zu­pie. Tyl­ko o zu­pie. Zjem zupę, zjem zupę – po­wta­rza­łem so­bie w my­śli. Sie­dzie­li­śmy przy sto­le. Wie­dzia­łem, że ma­da­me pa­trzy na mnie. Po­da­no zupę. Zro­bi­łem taki wdech jak przy sza­fie na ple­dzie. Za­mkną­łem oczy, Żeby nie wi­dzieć chle­ba w zu­pie. Ja­dłem szyb­ko, od­dy­cha­jąc przez nos, bez łez. Mi­secz­ka była pu­sta. Zja­dłem. Na­praw­dę zja­dłem zupę. Zęby się same nie za­ci­snę­ły. Mama bę­dzie za­do­wo­lo­na.

Przed za­koń­cze­niem za­baw tego dnia ma­da­me usta­wi­ła nas w jed­nym sze­re­gu. Po­tem ka­za­ła mi sta­nąć przed sze­re­giem. Sa­me­mu! Za ma­da­me usta­wi­ły się ma­de­mo­isel­le i ku­char­ka. Ma­da­me po­de­szła do mnie i za­wie­si­ła na mo­jej pier­si srebr­ny krzyż na wstąż­ce w żół­te i ciem­no­gra­na­to­we pa­ski. Po­wie­dzia­ła gło­śno: – Au méri­té! (Za­słu­żo­ne­mu!) – i po­ca­ło­wa­ła mnie w po­li­czek.

Mi-carème

Mama jest bar­dzo smut­na, bo nie ro­zu­miem, gdy mówi do mnie po pol­sku. Mama mówi, że mu­si­my wra­cać do Pol­ski. Chce, że­bym mó­wił po pol­sku. Umiem na pol­skie py­ta­nia po­wie­dzieć po pol­sku: Po­lak mały. Orzeł bia­ły. Mię­dzy swe­mi. W pol­skiej zie­mi. Mą oj­czy­zną. Krwią i bli­zną. Nie bar­dzo ro­zu­mie­jąc, co to zna­czy, od­po­wia­da­łem wy­raź­nie, sła­bo wy­ma­wia­jąc li­te­rę „r”: Ko­cham szcze­rze. W Pol­skę wie­rzę. Wier­ne dzie­cię. Od­dać ży­cie. Ro­zu­mia­łem sło­wo „za­bić”, łą­cząc je z od­da­niem ży­cia. W kuch­ni wi­dząc mię­so lub pta­ki py­ta­łem: – Kogo oni za­bi­li? – Nikt nie od­po­wia­dał. Umia­łem też po­wie­dzieć po pol­sku: – To moja mama, to moja Ma­ry­nia. – Ża­net­te uda­wa­ła, że mówi po pol­sku. Mó­wi­ła: – Alu­met­ki na sze­mi­net­ce. – Wie­dzia­łem, że to nie po pol­sku. Wszy­scy tak mó­wi­li. Zna­czy­ło to, że za­pał­ki leżą na ko­min­ku. Wie­dzia­łem, że Ma­ry­szet­te jest cór­ką chrzest­ną mo­jej mamy. Nie ro­zu­mia­łem, co to zna­czy.

Cza­sa­mi po obie­dzie da­wa­no za­pie­kan­kę. W za­pie­kan­ce była ma­lut­ka por­ce­la­no­wa la­lecz­ka. Nig­dy jej nie zna­la­złem w swo­im ka­wał­ku. Za­wsze była w za­pie­kan­ce Hedi lub Ża­net­te.

Gdy nie było star­szych w po­ko­ju i mamy w domu, lu­bi­ły ob­ci­nać mi pa­znok­cie. Krwa­wi­ły mi po­tem pal­ce. Za­czą­łem bar­dzo się bać ob­ci­na­nia pa­znok­ci. Tyl­ko mama mo­gła mi je ob­ci­nać. Na wi­dok dziew­czy­nek lub ko­goś in­ne­go, kto zbli­żał się do mnie z no­życz­ka­mi, pod­no­si­łem taki krzyk, że mo­gli usły­szeć są­sie­dzi. Da­wa­no mi wów­czas spo­kój.

Cie­szę się wy­jaz­dem do Pol­ski. Nie będą mi ob­ci­nać pa­znok­ci. Nie zo­sta­nę Fran­cu­zem. Mama tego się bała. Nie ro­zu­miem, dla­cze­go mama się boi. Fran­cu­zów lu­bi­łem. Lu­bi­łem bar­dzo tego pana z wró­bla­mi. Mama nie mia­ła cza­su być cią­gle ze mną. Pra­co­wa­ła. Cho­dzi­ła wie­czo­ra­mi do ope­ry albo te­atru. Ro­bi­ła ry­sun­ki su­kien, ja­kie tam zo­ba­czy­ła. Po­tem szy­to ta­kie suk­nie dla pań.

Fran­cu­zi cią­gle się ba­wią. Mia­ło być mi-ca­rème. Cią­gle w domu wszy­scy mó­wi­li, że bę­dzie mi-ca­rème. Mama po­wie­dzia­ła po pol­sku: pół­po­ście. Nie ro­zu­mia­łem, co to zna­czy. Wszy­scy cie­szy­li się w domu, że będą na sie­bie sy­pa­li kon­fet­ti. Nie ro­zu­mia­łem, co w tym przy­jem­ne­go. Ob­sy­pa­ni bar­dzo się z tego cie­szą. Na pew­no jest bar­dzo przy­jem­nie być ob­sy­pa­nym kon­fet­ti.

Po mi-ca­rème z rana zo­ba­czy­łem, że we wło­sach mamy jest dużo kon­fet­ti. Spa­łem na jed­nym bar­dzo du­żym łóż­ku z mamą. Przy­su­ną­łem się do jej wło­sów. Ostroż­nie, Żeby nie obu­dzić mamy, wy­bra­łem róż­no­ko­lo­ro­we krąż­ki pa­pie­ru. Uzbie­ra­łem całą garść. Po­sta­no­wi­łem sam so­bie zro­bić wiel­ką przy­jem­ność, mi-ca­rème! Wsta­łem ostroż­nie z łóż­ka, pod­sze­dłem do sza­fy. Wi­dzia­łem bar­dzo do­brze sie­bie ca­łe­go w lu­strze. Mia­łem dłu­gie wło­sy, opa­da­ły na ra­mio­na. Pod­nio­słem rękę wy­so­ko nad gło­wę. Otwo­rzy­łem dłoń. Wi­dzia­łem do­kład­nie, jak ko­lo­ro­we kon­fet­ti po­sy­pa­ło się na mnie i osia­dło na wło­sach. Pa­trzy­łem w lu­stro i cze­ka­łem, kie­dy bę­dzie mi przy­jem­nie. Dłu­go cze­ka­łem. Na próż­no. Zmar­twio­ny wró­ci­łem do łóż­ka.

Ce n’est pas Varsovie

Zim­no. Uli­ce Pa­ry­ża są dłu­gie. Bez koń­ca. Mam zzięb­nię­te ręce. Mama pyta, czy jest mi bar­dzo zim­no. Tak, w rękę. Mama prze­su­wa mnie na dru­gą stro­nę. Bie­rze moją zmar­z­nię­tą dłoń. Tam­ta, ogrza­na ręką mamy, jest cie­pła. Za­trzy­mu­je­my się przy ulicz­nym sprze­daw­cy pie­czo­nych kasz­ta­nów. Mama ku­pu­je to­reb­kę i daje mi. Idę ostroż­nie, grze­jąc obie ręce na to­reb­ce peł­nej go­rą­cych kasz­ta­nów. Zro­bi­ło się ciem­no. Je­stem zmę­czo­ny. Idę co­raz wol­niej. Sta­ną­łem.

– Je­steś bar­dzo zmę­czo­ny?

– Tak.

Mama na­chy­la się nade mną.

– Idzie­my do War­sza­wy! – mówi do mnie po fran­cu­sku. Mama po­wta­rza to sta­le, od cza­su gdy za­czę­ła oszczę­dzać na po­wrót do kra­ju. Nie mogę iść da­lej. Nie mam sił. Sły­szę: War­sza­wa to Pol­ska. Mia­sto ład­niej­sze od Pa­ry­ża. Nous al­lons à Var­so­vie! Idzie­my do War­sza­wy.

Oży­wio­ny sło­wem Var­so­vie idę szyb­ciej. Ze zmierz­chu wy­ra­sta­ją ol­brzy­mie ko­lum­ny świą­ty­ni Ma­de­la­in. Miesz­ka­my na są­sied­niej uli­cy. Zmę­czo­ne nogi same się ugi­na­ją. Sia­dam na tro­tu­arze. Zbie­ra mi się na płacz.

– Ce n’est pas Var­so­vie – to nie War­sza­wa – wy­do­by­wa się ze mnie roz­pacz­li­wa praw­da.

– Tak, to nie War­sza­wa – mówi mama. – To po dro­dze do War­sza­wy.

Var­so­vie. Var­so­vie. Mu­szę do niej dojść. Pod­no­szę się. Pro­stu­ję nogi.

Za­czy­nam iść. Skrę­ca­my na na­szą uli­cę. Wie­dzia­łem, że się na­zy­wa rue Vi­gnon.

Ça pique

War­sza­wa! Przed nią za­pa­mię­ta­łem ogrom­ny, ciem­ny dwo­rzec w Pa­ry­żu. Nad pe­ro­na­mi wy­so­ko w gó­rze było wie­le, wie­le nie­my­tych, pra­wie czar­nych szyb. Szło od nich brud­ne, sza­re świa­tło. Tłu­my lu­dzi. Z pa­kun­ka­mi. Wszy­scy się śpie­szą. Mama trzy­ma mnie moc­no za rękę. Wa­gon że­la­zny. Ogrom­ny. Mama po­ło­ży­ła mnie spać. Cały dzień sie­dzia­łem przy oknie. Pola, drze­wa, lasy, domy – wszyst­ko nas mija.

Nowe miesz­ka­nie. Nowa oso­ba. Pani. Po­lka. Bez prze­rwy roz­ma­wia z mamą. Po pol­sku. Nic nie ro­zu­miem. Pani i mama roz­ma­wia­ją, roz­ma­wia­ją. Po śnia­da­niu po­szli­śmy do par­ku. Słoń­ce. Cie­pło. Mama z pa­nią sia­dły na ław­ce. Znów mó­wią. Mó­wią.

Cho­dzi­łem koło ław­ki po ścież­ce. Za ław­ką, da­lej, były krza­ki i drze­wa. Tuż obok ro­sły wy­so­kie zie­lo­ne ro­śli­ny. Było ich dużo, bar­dzo dużo. Po­sta­no­wi­łem ze­brać dla mamy bu­kiet. Wsu­ną­łem się za ław­kę i ze­rwa­łem jed­ną ło­dy­gę. Wy­da­ła mi się cie­pła, na­wet go­rą­ca. Po­czu­łem ukłu­cie i cie­pło. Sam do sie­bie po­wie­dzia­łem: – Ça pi­que! – Urwa­łem dru­gą. – Ça pi­que! – po­wtó­rzy­łem. Nig­dy cze­goś po­dob­ne­go nie czu­łem w Pa­ry­żu. Chcia­łem, Żeby był duży bu­kiet dla mamy. – Ça pi­que! – Ukła­da­łem ło­dy­gi na zgię­te ra­mię.

– Ça pi­que! Ça pi­que! – po­wta­rza­łem po urwa­niu każ­dej ło­dy­gi.

Bu­kiet jest ogrom­ny. Sły­szę głos tej pani. Mówi do mamy po fran­cu­sku: – Twój syn jest fan­ta­stycz­ny! – Pod­nio­sła się z ław­ki i pod­bie­gła do mnie, mó­wiąc po fran­cu­sku. Wy­ma­wia­ła bar­dzo do­kład­nie „r”, to mnie ba­wi­ło. Mó­wi­ła, że nie wi­dzia­ła ta­kie­go chłop­czy­ka. Przez pół go­dzi­ny zry­wa po­krzy­wę. Do każ­dej ło­dyż­ki mówi: – Ça pi­que. To kole.

Obej­rza­ła moją rękę. Była czer­wo­na. – Boli cię? – spy­ta­ła.

– Tak.

– Po co rwa­łeś, je­śli to cię bo­la­ło? Po co?

– To bu­kiet dla mo­jej mamy.

Broniś

W wie­ku sied­miu lat przy­je­cha­łem do ma­jąt­ku bab­ki, po­ło­żo­ne­go przy piasz­czy­stym trak­cie wio­dą­cym z Wil­na do Oszmia­ny, dwa ki­lo­me­try od Mied­nik Kró­lew­skich. Ku memu roz­go­ry­cze­niu, król już daw­no w Mied­ni-kach­nie miesz­kał, a z jego zam­ku po­zo­sta­ły wy­łącz­nie ru­iny. Na­tu­ral­nie po­dróż z Wil­na od­by­wa­ła się koń­mi, bo bab­ka nie uzna­wa­ła po­dró­ży ko­le­ją ani sa­mo­cho­dem.

By­ków­ka ocza­ro­wa­ła mnie la­sem-ma­tecz­ni­kiem, peł­nym wil­ków. Wie­le z tych bu­dzą­cych strach dra­pież­ni­ków sam na wła­sne oczy wi­dzia­łem, a na­wet z po­wo­du jed­ne­go zmu­szo­ny by­łem do spę­dze­nia kil­ku go­dzin na drze­wie. Cu­dem na­tu­ry były cią­gną­ce się, wy­da­wa­ło się w nie­skoń­czo­ność, kwit­ną­ce łąki, a w za­chwyt wpra­wia­ła przede wszyst­kim nie­zna­na mi wcze­śniej moż­ność ob­co­wa­nia ze zwie­rzę­ta­mi. Za­dzi­wia­ła mno­gość by­ków – nie roz­róż­nia­łem kro­wy od wołu i byka, wszyst­kie zwie­rzę­ta z ro­ga­mi uwa­ża­łem za byki. W Pa­ry­żu nie uda­ło mi się wi­dzieć byka, wołu czy kro­wy. Lwy, ty­gry­sy, sło­nie – owszem, ale kro­wy – nig­dy.

Po­mi­mo ję­zy­ko­wych trud­no­ści szyb­ko sko­ja­rzy­łem na­zwę By­ków­ka z by­ka­mi i nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie tu­taj po­mię­dzy bo­ra­mi na mo­krych łą­kach ho­do­wa­no kró­lew­skie byki. Czy tak było w rze­czy­wi­sto­ści, nikt nie wie­dział, ale ja by­łem tego pe­wien. Tak czy in­a­czej, głów­ną przy­czy­ną wiel­kiej obec­no­ści tych zwie­rząt było to, że w owych cza­sach ora­no jesz­cze so­cha­mi, cią­gnio­ny­mi przez dwa woły w jarz­mie.

By­cze sta­do w By­ków­ce na za­wsze zro­sło się w mej pa­mię­ci z po­sta­cią Bro­ni­sia, o dwa lata młod­sze­go ode mnie. Nie uda­ło mi się na­uczyć go mó­wie­nia po fran­cu­sku, on na­to­miast na­uczył mnie bar­dzo szyb­ko swej dzie­cię­cej gwa­ry.

W dniu, w któ­rym po raz pierw­szy Bro­niś wy­pro­wa­dził mnie w „wiel­ki świat”, w pola i bory, ku ol­brzy­mie­mu, ogro­dzo­ne­mu pa­stwi­sku by­ków pod la­sem, w oszo­ło­mie­nie wpra­wił mnie wi­dok zbli­ża­ją­ce­go się ga­lo­pem sta­da. Pę­dzi­ło ku nam, by jak naj­szyb­ciej przy­wi­tać Bro­ni­sia, któ­ry wdra­paw­szy się na ogro­dze­nie, usiadł na nim i za­czął wy­do­by­wać zza pa­zu­chy ka­wał­ki chle­ba i roz­dzie­lać po­mię­dzy ci­sną­ce się do jego rąk czar­ne wil­got­ne noz­drza. Kie­dy wy­czer­pa­ły się za­pa­sy przy­nie­sio­ne­go chle­ba, Bro­niś z ogro­dze­nia prze­siadł się na naj­bliż­szy nie­go grzbiet byka, a stam­tąd na­tych­miast zna­lazł się na tra­wie pa­stwi­ska, tur­la­ny ro­ga­mi ba­wią­cych się z nim w ten spo­sób zwie­rząt. Za każ­dym ra­zem, gdy Bro­niś wsta­wał, byki da­wa­ły mu do zro­zu­mie­nia, że za­ba­wa nie jest jesz­cze skoń­czo­na i ta­rza­ły go da­lej po łące. Póź­niej na­stą­pi­ło do­sia­da­nie ko­lej­no każ­de­go byka. W za­dzi­wie­niu pa­trzy­łem na to, co się dzia­ło, a Bro­niś ura­stał w mo­ich oczach na ja­kie­goś bo­ha­te­ra z baj­ki, któ­re­mu na roz­kaz do­brej wróż­ki po­ma­ga­ją wszyst­kie zwie­rzę­ta. Tu­taj jed­nak nie było żad­nej wróż­ki.

Kie­dy Bro­niś wy­szedł zza ogro­dze­nia, był już dla mnie zu­peł­nie inną oso­bą od tej, z któ­rą tu­taj przy­sze­dłem.

Do­wie­dzia­łem się póź­niej, że ma­lut­ki, roz­ko­cha­ny w by­kach Bro­niś zdo­by­wał dla nich chleb, jak się dało i skąd się dało, wkła­da­jąc w to spo­ro tru­du. Stop­nio­wo, nie wie­dzieć kie­dy, oswo­ił byki ze sobą, tak że mógł bez­piecz­nie prze­do­sta­wać się do nich przez żer­dzie ogro­dze­nia. W koń­cu na­uczył ich za­ba­wy i zdo­był pew­ność, że jest wśród nich bez­piecz­ny. Kie­dy za­tem coś prze­skro­bał, ucie­kał przed karą po­mię­dzy swych przy­ja­ciół, a tam to chy­ba po wy­bi­ciu ca­łe­go sta­da mógł­by go ktoś tknąć.

In­ne­go dnia wy­ru­szy­li­śmy z Bro­ni­siem do ora­czy na pole. Kie­dy ci za­trzy­ma­li się dla od­po­czyn­ku, Bro­niś za­czął czę­sto­wać woły przy­nie­sio­nym chle­bem. Po­tem przed dal­szą orką szyb­ko wdra­pał się na grzbiet jed­ne­go z pary wo­łów. Zwie­rzę­ta, za­chwy­co­ne obec­no­ścią swe­go ulu­bień­ca, rwa­ły na­przód i trud­no je było zmu­sić do nor­mal­ne­go tem­pa.

Przy Bro­ni­siu wy­da­wa­łem się so­bie ni­czym. Wlo­kąc się w tyle, prze­my­śli­wa­łem, jak choć w czę­ści mu do­rów­nać. Po­sta­no­wi­łem zo­stać ora­czem. Pod­czas na­stęp­ne­go po­sto­ju zwie­rzy­łem się ze swe­go za­mia­ru, na migi i po fran­cu­sku, idą­ce­mu przede mną ora­czo­wi. Zro­zu­miał, uśmiech­nął się, uło­żył mi od­po­wied­nio dło­nie na rącz­kach so­chy i po­go­nił woły. Ostrze so­chy, nie­utrzy­ma­ne na od­po­wied­nim po­zio­mie, na­tych­miast za­ry­ło głę­bo­ko w zie­mię, a woły sta­nę­ły. Pró­ba pod­nie­sie­nia so­chy do góry spo­wo­do­wa­ła jej prze­chy­le­nie się i wyj­ście ostrza z bruz­dy. Przy­gnę­bio­ny po­nie­sio­ną po­raż­ką, z re­zy­gna­cją od­da­łem rącz­ki so­chy ora­czo­wi.

Nie była to moja ostat­nia po­raż­ka. Mnie, pa­ry­ża­ni­na, wkrót­ce za­ćmił Bro­niś przy opo­wia­da­niu o po­dró­żach. Moje opi­sy nie mia­ły tak wiel­kiej siły wy­ra­zu i pla­stycz­no­ści jak Bro­ni­sia. Od­był tyl­ko jed­ną po­dróż w ży­ciu, ale za każ­dym ra­zem, gdy ją opi­sy­wał, a ro­bił to już chy­ba po raz set­ny któ­ryś, z ta­kim prze­ję­ciem, że nie prze­sta­wa­ła być atrak­cyj­na w słu­cha­niu, choć wszy­scy zna­li ją na pa­mięć: Jak my je­cha­li do ba­bu­ni, to kasz­tan­ka cały czas – hał­da-dy, hał­da-dy, hał­da-dy, hał­da-dy, a koli (koła) blaź-blaź, blaź-blaź, blaź-blaź, blaź-blaź, a bło­ta pluś-pluś, pluś-pluś, pluś-pluś, pluś – pluś… A jak my przy­je­cha­li do ba­bu­ni, to ba­bu­nia dała ar­ba­ty. Ja tak opo­wia­dać nie po­tra­fi­łem. Do za­gro­dy by­ków wejść bym się nie ośmie­lił. Orać się nie na­uczy­łem. Czu­łem się po­ko­na­ny i uni­ce­stwio­ny.

Diabeł pod poduszką

Wa­ka­cje let­nie spę­dza­łem u jed­nej z kil­ku sióstr mo­jej ro­dzo­nej ba­bu­ni na wsi w oszmiań­skim po­wie­cie. A było to przed pierw­szą woj­ną świa­to­wą. Ora­no u ba­bu­ni w tam­tych cza­sach wo­ła­mi i so­chą.

Ró­wie­śni­ków do za­baw nie mia­łem. Ba­bu­nia była wdo­wą, z tru­dem kształ­ci­ła tro­je dzie­ci. Naj­młod­sza cór­ka, star­sza ode mnie o lat dzie­więć, była już na pen­sji w Wil­nie, w szó­stej kla­sie gim­na­zjal­nej. Głów­ny­mi to­wa­rzy­sza­mi mych za­baw i za­in­te­re­so­wań były przede wszyst­kim ko­nie, po­tem woły, kro­wy i gęsi. Ta naj­młod­sza moja ciot­ka, nie ma­jąc te­raz la­tem in­ne­go to­wa­rzy­stwa, ko­cha­ła się w kro­wie. Kro­wa w cio­ci. Cio­cia wie­dzia­ła, któ­re ziel­ska jej krów­ka naj­le­piej lubi i bez wzglę­du na po­go­dę, na­wet w ulew­ny deszcz, po­tra­fi­ła go­dzi­na­mi wy­szu­ki­wać ulu­bio­ne przez kro­wę tra­wy. Nie­kie­dy, zwa­bio­ny przez cio­cię opo­wia­da­nia­mi o przy­go­dach hra­bie­go Mon­te Chri­sto, po­ma­ga­łem w zbie­ra­niu tych le­biod i mo­krzyc. Po­dej­rze­wa­łem cio­cię, że kar­mi swą kro­wę nie tyl­ko spe­cjal­ny­mi tra­wa­mi, ale rów­nież prze­czy­ta­ny­mi opo­wia­da­nia­mi, w któ­re ob­fi­cie była za­opa­trzo­na bi­blio­te­ka do­mo­wa.

Cio­cia, je­śli nie czy­ta­ła, to po­więk­sza­ła swój do­by­tek – le­piąc z gli­ny kro­wy i ko­nie. Ule­pio­ne przez nią sta­da były przez znaw­ców po­rów­ny­wa­ne do dzieł Wita Stwo­sza. Mó­wio­no, że zdol­no­ści odzie­dzi­czy­ła po swym ojcu. Jego fi­gur­ki do ja­se­łek dla dzie­ci rów­nież były oce­nia­ne na mia­rę tego wiel­kie­go ar­ty­sty.

Star­sza cio­cia już ukoń­czy­ła kur­sy li­te­rac­kie w War­sza­wie i pi­sa­ła po­ezje. Na­to­miast wu­ja­szek, śred­ni z ro­dzeń­stwa, za­ję­ty był głów­nie ła­pa­niem ryb, a to mnie nie in­te­re­so­wa­ło zu­peł­nie.

Bie­da u ba­bu­ni aż pisz­cza­ła. Po śnia­da­nie, moż­na po­wie­dzieć, cho­dzi­li­śmy pra­wie wszy­scy do lasu, przy­no­sząc ol­brzy­mie ilo­ści po­zio­mek, czar­nych ja­gód, a po­tem ma­lin; do­da­wa­li­śmy do nich mle­ko i miód, bo cu­kier w owe cza­sy był zbyt dro­gi. Na wieś przy­wo­zi­ło się go z po­bli­skie­go mia­stecz­ka, w kształ­cie „gło­wy” – stoż­ka z za­okrą­glo­nym wierz­choł­kiem o wy­so­ko­ści oko­ło trzy­dzie­stu cen­ty­me­trów, a śred­ni­cy pod­sta­wy chy­ba dwu­na­stu. Rą­ba­ło się gło­wę cu­kru spe­cjal­ną sie­kier­ką. Ka­wa­łek ta­kie­go cu­kru ucho­dził wów­czas za naj­lep­szy cu­kie­rek.

Po obiad i ko­la­cję znów szli­śmy do lasu, przy­no­sząc naj­wspa­nial­sze ga­tun­ki grzy­bów. Du­szo­ne w śmie­ta­nie z do­da­niem kar­to­fli były da­niem wspa­nia­łym tak na obiad, jak i na ko­la­cję.

Czas głów­nie spę­dza­łem przy ko­niach, je­śli były wol­ne. Ro­zu­mie­li­śmy się „na migi”. Nie­któ­re były tak uprzej­me, że same pod­cho­dzi­ły do pło­tu, by uła­twić mi do­sta­nie się na ich grzbiet. Po­tem pę­dzi­łem „co koń wy­sko­czy” na noc­le­gi na tak zwa­ne roj­sty.

Któ­re­goś dnia mło­dy gą­sior, po­czę­sto­wa­ny prze­ze mnie kil­ko­ma ka­wał­ka­mi słod­kie­go, świe­żo upie­czo­ne­go cia­sta, stał się moim nie­od­stęp­nym to­wa­rzy­szem. W dzień sta­le tkwił koło gan­ku, do­pra­sza­jąc się od wszyst­kich sma­ko­ły­ków, przez co na­zwa­no go Że­bra­kiem.

Cho­dzi­li­śmy we dwój­kę do­pó­ty, do­pó­ki nie zo­ba­czy­łem na wy­go­nie wśród du­że­go sta­da świń ma­lut­kie­go czar­ne­go pro­siacz­ka. Po­sta­no­wi­łem go zdo­być, po­mi­mo że wie­dzia­łem, iż wszyst­kie świ­nie sta­ną w jego obro­nie, gdy za­cznie wo­łać o po­moc. W chwi­li gdy zbli­żył się do pło­tu, szyb­ko po­rwa­łem mal­ca, prze­sko­czy­łem przez płot w mo­men­cie, gdy zna­ko­mi­ta część świń ru­szy­ła na po­moc po­rwa­ne­mu i kwi­czą­ce­mu pro­siacz­ko­wi. Za­nio­słem go do ogro­du. Mia­łem tam przy­go­to­wa­ne dla nie­go mle­ko w mi­secz­ce. Gdy za­nu­rzy­łem jego pysz­czek w mle­ku, prze­stał kwi­czeć.

1 ja­koś to było. Przy­wią­za­li­śmy się do sie­bie mniej wię­cej tak, jak cio­cia do kro­wy, a kro­wa do cio­ci. We­dług mnie było to NAD­PRO­SIĘ. Ogrom­nie spodo­ba­ło się pro­się­ciu na­my­dla­nie i spłu­ki­wa­nie go wodą. Do lasu cho­dzi­li­śmy we trój­kę: gą­sio­rek, pro­sia­czek i ja. Z pro­siacz­kiem urzą­dza­li­śmy wy­ści­gi. Gą­sio­rek nie brał w nich udzia­łu. Pro­sia­czek za­wsze mnie wy­prze­dzał i był z tego po­wo­du bar­dzo za­do­wo­lo­ny. Nie mó­wił ludz­kim gło­sem – to praw­da – ale miał tyle spo­so­bów chrzą­ka­nia, że nie­omyl­nie wie­dzia­łem, co mu się po­do­ba, a co nie. W do­ga­dza­niu mu prze­ści­gną­łem chy­ba na­wet ciot­kę z jej fa­wo­ry­zo­wa­niem „krów­ki” (przy ciot­ce nie moż­na było mó­wić „kro­wa”). Cie­szy­ło mnie, że pro­sia­czek, prze­cho­dząc koło swych po­bra­tym­ców, nie ucie­kał i nie in­te­re­so­wał się nimi.

Gdy była pięk­na po­go­da, nikt w domu nie sie­dział, tyl­ko na po­sił­ki zbie­ra­li­śmy się wszy­scy w sto­ło­wym po­ko­ju, przy­le­głym do kuch­ni. Na­to­miast do „go­ścin­ne­go” nikt nig­dy nie za­glą­dał, je­śli nie było go­ści. Był tam ol­brzy­mi stół i jesz­cze więk­sza ka­na­pa, gdy­by ktoś chciał za­no­co­wać. Na ka­na­pie uło­żo­ne były pięk­ne wzo­rzy­ste po­dusz­ki.

Przy­szło mi kie­dyś do gło­wy, by uho­no­ro­wać pro­siacz­ka w go­ścin­nym po­ko­ju. Był tak czy­ściut­ki, jak ża­den chy­ba inny pro­sia­czek na świe­cie. Pro­siacz­ko­wi ka­na­pa i po­dusz­ki bar­dzo się spodo­ba­ły, dał mi znać o tym swym chrzą­ka­niem. Kil­ka razy, gdy tak uży­wa­li­śmy so­bie na tej ka­na­pie, mu­sia­łem pro­siacz­ka scho­wać pod po­dusz­kę przed nad­cho­dzą­cą ba­bu­nią lub któ­rąś z cio­tek. By­łem z nimi po imie­niu, były to jed­nak cio­cie z pre­ten­sją do wła­dzy nade mną oraz do in­stru­owa­nia mnie. Pro­sia­czek szyb­ko zro­zu­miał, że go cho­wam, gdy ktoś się zbli­ża, i sam się za­szy­wał pod po­dusz­kę, by go nikt nie zo­ba­czył. A ni­ko­mu na­wet nie przy­szło do gło­wy, że mógł­bym pro­siacz­ka po­ło­żyć na ka­na­pie w go­ścin­nym po­ko­ju.

Któ­re­goś dnia przy­je­chał nie­spo­dzia­nie z są­sied­nich Hupi pan Bo­ry­sie­wicz, „bu­dow­ni­czy”. Miał omó­wić z ba­bu­nią do­bu­do­wa­nie do sta­re­go domu jesz­cze kil­ku po­koi. Był bar­dzo cie­pły dzień, więc od­po­czy­wa­łem z pro­siacz­kiem na ka­na­pie w chłod­nym go­ścin­nym po­ko­ju, gdy na­gle usły­sza­łem roz­mo­wę i otwie­ra­nie drzwi. Pro­sia­czek szyb­ciej ode mnie zo­rien­to­wał się i znikł pod po­dusz­ką.

Ba­bu­nia wpro­wa­dzi­ła pana bu­dow­ni­cze­go do „go­ścin­ne­go”, by so­bie od­po­czął, a mnie za­bra­ła ze sobą do kuch­ni, Że­bym po­mógł w przy­go­to­wa­niu „trak­ta­men­tu” (tak się na­zy­wa­ło po­dej­mo­wa­nie go­ści ciast­ka­mi wła­sne­go wy­pie­ku, kon­fi­tu­ra­mi i czym cha­ta bo­ga­ta). Drzwi do przed­po­ko­ju i na ga­nek zo­sta­wi­łem otwar­te, prze­wi­du­jąc, że pro­sia­czek może mnie szu­kać.

Gdy wró­ci­łem z ba­bu­nią, nio­sąc ta­le­rze i sztuć­ce, za­sta­li­śmy pana bu­dow­ni­cze­go le­d­wie ży­we­go na ka­na­pie. Nie mógł wręcz zła­pać tchu, by po­wie­dzieć, co mu jest. Wi­dząc prze­ra­że­nie w oczach ba­bu­ni, uspo­ko­ił się na tyle, żeby roz­dy­go­ta­nym gło­sem oznaj­mić:

– Pani sza­now­na! Wy­ba­czyć pro­sza, co po­wiem, sam nie uwie­rzył­by, Żeby kto to mó­wił. Nu, taka kon­fu­źja, pani! Nu, pro­sto nie do wia­ry. Pani sza­now­na, nu siad ja, pani, na tej ka­na­pie, Żeby od­po­cząć, nu go­ronc, praw­da, nie­mo­żeb­na, ale nie prze­wi­dzia­ło sie mnie. Opar sie ja o po­dusz­ka, a tu, pani sza­now­na, jak coś nie FUK­NIE! Ka­na­pa za­trzen­sła sie w ta pora. A ja w po­wie­trzu wi­dza: nad wał­kiem leci czar­ny, ko­sma­ty dia­beł. Oczy ja, praw­da, ze stra­chu za­mknoł i mó­wie gło­śno: WSZEL­KI DUCH PANA BOGA CHWA­LI! I w tej chwi­li po­sły­szał, jak dia­beł ko­py­ta­mi o pod­ło­ga trza­snoł. Oczy ja otwo­rzył, du­cha zła­pać nie moga, ale dia­bła już nie było, zna­czy sie, pod po­dusz­ko był scho­wa­ny. Nu, wiem, pani, że nie po­wie­rzysz. Nu, prze­bacz, pro­sza. Ale taka prze­ży­cia wiel­ka mnie spo­tkaw­szy. Mowa mnie pra­wie od­je­ło.

Ba­bu­nia tak­tow­nie mil­cza­ła, a po wy­jeź­dzie pana bu­dow­ni­cze­go po­wie­dzia­ła:

– Nie ta­kie rze­czy od upa­łu się wi­dzi.

A ja po dziś dzień mil­cza­łem.

Wuj Ignacy

Wu­jasz­ka Igna­ce­go po­zna­łem w roku 1912. Wie­le razy sły­sza­łem, jak mó­wio­no o nim: „Tak toż już nie DU­REŃ, ale GŁU­PI”. Dla mnie był to ge­niusz. Jed­nak­że ze swo­im uzna­niem dla nie­go nie zdra­dza­łem się przed ni­kim.

Po­cząt­ko­wo, za­raz po moim przy­jeź­dzie z Wil­na do ba­bu­ni na wieś, nę­kał mnie przez pe­wien okres wuj Igna­cy, gdy spa­łem z nim w jed­nym po­ko­ju. Kie­dy tyl­ko za­uwa­żył, że otwo­rzy­łem z rana oczy, wy­trzesz­czał swo­je, a war­gi ukła­dał w ten spo­sób, że mo­głem po­dzi­wiać całe jego przed­nie uzę­bie­nie. Do tego po­ru­szał gło­wą na… NIE!

Po­mi­mo że mó­wi­łem mu po imie­niu – był tyl­ko o sie­dem lat star­szy – przez ja­kiś czas za­wsze ra­nek mia­łem ze­psu­ty przez to oglą­da­nie jego uzę­bie­nia przy pierw­szym bla­sku po­ran­ne­go słoń­ca.

Miał wuj Igna­cy i zdol­no­ści ar­ty­stycz­ne. Pręt lesz­czy­no­wy po­tra­fił tak ład­nie na­ciąć, że wy­cho­dzi­ła z jego rąk la­ska o wzo­rach bia­łych i zie­lo­nych.

Zjeż­dża­li się la­tem do ba­bu­ni krew­ni z ca­łej Pol­ski. Wśród nich wie­lu było ad­wo­ka­tów, le­ka­rzy, in­ży­nie­rów. Przy­cią­ga­ły ich ru­iny zam­ku mied-nic­kie­go, zbu­do­wa­ne­go przez Ol­gier­da; swe­go cza­su ba­wił w nim rów­nież Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk i jego sy­no­wie pod opie­ką Jana Dłu­go­sza.

Któ­re­goś dnia całe to­wa­rzy­stwo szy­ko­wa­ło się do zwie­dze­nia zam­ku. Na­de­szła go­dzi­na wy­mar­szu (nie­ca­łe dwa ki­lo­me­try). Ośmio­let­ni wów­czas wuj Igna­cy, za­py­ta­ny, czy pój­dzie ra­zem, zde­cy­do­wa­nie od­po­wie­dział: NIE! Na py­ta­nie, dla­cze­go, ge­niusz wy­ja­śnił: – NOGI ZA­BO­LO, JEŚĆ ZA­CHCE SIE. NIE PÓJ­DA! – I nie po­szedł.

Rósł zdro­wo i po­mi­mo że uczo­ny i przy­go­to­wy­wa­ny do gim­na­zjum przez do­brych na­uczy­cie­li, nie zdał żad­ne­go eg­za­mi­nu – na­wet do kla­sy wstęp­nej. Ba­bu­nia i cała ro­dzi­na do­szli do wnio­sku, że tyl­ko moja mat­ka po­tra­fi go do­brze przy­go­to­wać do eg­za­mi­nu do ro­syj­skiej szko­ły rol­ni­czej i że go tak­że na­uczy po­słu­gi­wa­nia się w pi­śmie oj­czy­stą mową.

Asy­sto­wa­łem przy tej na­uce. Któ­re­goś dnia ba­wi­łem się, sie­dząc na pod­ło­dze i ukła­da­jąc szy­ny dzie­cię­cej ko­lej­ki, gdy mat­ka po­dyk­to­wa­ła wu­jo­wi Igna­ce­mu zda­nie: JA BĘDĘ ŻOŁ­NIE­RZEM. Wte­dy za­czą­łem mó­wić szep­tem, tak by mat­ka nie sły­sza­ła: – JA BĘDĘ DZI­KIM ŻOŁ­NIE­RZEM, JA BĘDĘ DZI­KIM ŻOŁ­NIE­RZEM.

Gdy mat­ka za­czę­ła czy­tać to, co Igna­cy na­pi­sał, zdu­mia­ła się:

– Igna­siu – spy­ta­ła – dla­cze­go na­pi­sa­łeś: Ja będę dzi­kim żoł­nie­rzem?

– Ma­ry­nia tak mi po­dyk­to­wa­ła – od­po­wie­dział wuj Igna­cy. I na tym się spra­wa urwa­ła.

La­tem, po kil­ku­mie­sięcz­nych lek­cjach, mat­ka moja po­je­cha­ła z wu­jem Igna­cym do szko­ły rol­ni­czej. Przy­go­to­wa­ny na piąt­kę do kla­sy pierw­szej, wuj Igna­cy ob­lał eg­za­min do… kla­sy wstęp­nej. Tak za­koń­czy­ły się wszel­kie pró­by przy­go­to­wa­nia wuja Igna­ce­go do pra­cy i na­uki w szko­le.

Pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej w la­tach 1915-1918 zna­la­złem się la­tem znów u ba­bu­ni. Wuj Igna­cy sam mu­siał orać pra­dzia­dow­skie grun­ty. Za­brał mnie za­raz ze sobą w pole, bym mu pro­wa­dził ko­nia, gdy on pój­dzie za płu­giem. Po za­ora­niu kil­ku za­go­nów koń sam już do­brze wie­dział, co ma ro­bić, i ja oka­za­łem się nie­po­trzeb­ny. Sie­dząc na mie­dzy przy­glą­da­łem się orce wuja Igna­ce­go.

Wuj Igna­cy – o lot­nym i nie­ob­cią­żo­nym wie­dzą, na­uką i przy­ka­za­nia­mi umy­śle, wy­zna­ją­cy w ży­ciu za­sa­dę: NIE RÓB NIG­DY TEGO SAM, CO MOŻE ZRO­BIĆ KTO INNY – na­tych­miast po­wie­rzył mi pro­wa­dze­nie płu­ga, a sam wy­god­nie uło­żył się na mięk­kiej tra­wie. Koń wuja Igna­ce­go bar­dzo mnie lu­bił. Za­dzi­wia­ją­cą wy­ka­zał życz­li­wość dla mej oso­by i żwa­wiej się za­czął po­ru­szać, po­mi­mo że nie prze­ją­łem od wuja Igna­ce­go bi­cza do po­ga­nia­nia.

Do po­łu­dnia wspól­nie z ko­niem przy­glą­da­li­śmy się roz­ło­żo­ne­mu na mie­dzy cia­łu wuja, śpią­ce­go snem zdro­we­go i spo­koj­ne­go dziec­ka. Zdu­mie­li­śmy się, gdy obu­dził się punk­tu­al­nie, by za­rzą­dzić prze­rwę na obiad. Pług zo­sta­wi­li­śmy na polu, ko­nia spę­ta­li­śmy, po­zo­sta­wia­jąc go na brze­gu lasu na so­czy­stej tra­wie. Po obie­dzie koń i ja znów oglą­da­li­śmy śpią­ce­go na mie­dzy wuja Igna­ce­go i dzi­wi­li­śmy się, że po­mi­mo głę­bo­kie­go snu wie, kie­dy na­le­ży obu­dzić się na ko­la­cję.

Po upły­wie kil­ku ty­go­dni po­sia­dłem je­den z naj­star­szych za­wo­dów pol­skich – ORA­CZA. Na­uczy­łem się pro­wa­dzić głę­bo­ką, rów­ną bruz­dę, a po­tem lu­bo­wa­łem się, ra­zem z ko­niem, wi­do­kiem za­ora­ne­go przez nas po­let­ka. Pod­czas pra­cy koń, oglą­da­jąc się na mnie, da­wał mi do zro­zu­mie­nia, kie­dy chce od­po­cząć. Kła­dłem się wów­czas na mie­dzy, a koń sku­bał so­bie tra­wę.

Słod­kich owo­ców na­uki wuja Igna­ce­go do­świad­czy­łem w kil­ka lat póź­niej, w okre­sie Li­twy Środ­ko­wej, gdy ze­spół in­ży­nie­rów pol­skie­go po­cho­dze­nia w Sta­nach Zjed­no­czo­nych Ame­ry­ki wy­de­le­go­wał swych przed­sta­wi­cie­li, w oso­bach in­ży­nie­rów Prze­włoc­kie­go i Orze­chow­skie­go, do Wil­na z pro­po­zy­cją, by mój oj­czym ze­chciał ob­jąć kie­row­nic­two to­wa­rzy­stwa ak­cyj­ne­go Agro­mo­tor. To­wa­rzy­stwo owo mia­ło na celu do­star­cza­nie do Pol­ski przede wszyst­kim ma­szyn rol­ni­czych i na­rzę­dzi oraz róż­nych in­nych ma­szyn i na­rzę­dzi – bo w Pol­sce w tym cza­sie wszyst­kie­go bra­ko­wa­ło. Oj­czym, oszmiań­czuk z dzia­da pra­dzia­da, był in­ży­nie­rem i pra­cu­jąc w Wi­leń­skim To­wa­rzy­stwie Rol­ni­czym, prze­pro­wa­dził pierw­szy spis sta­ty­stycz­ny by­dła na Wi­leńsz­czyź­nie. Jed­no­cze­śnie był se­kre­ta­rzem To­wa­rzy­stwa Po­mo­lo­gicz­ne­go. Zgo­dził się na pro­po­zy­cję Po­la­ków z Ame­ry­ki.

Na­stą­pi­ło uro­czy­ste otwar­cie pla­ców­ki przy uli­cy Wi­leń­skiej 26 w Wil­nie. Ol­brzy­mi dzie­dzi­niec za­peł­nił się żni­wiar­ka­mi i ko­siar­ka­mi Mas­sei Har­ris, ka­li­for­nij­ski­mi trak­to­ra­mi, pierw­szy­mi chy­ba na Wi­leńsz­czyź­nie sa­mo­cho­da­mi Do­dga. Były też kosy i sier­py, od mo­ty­ki do trak­to­ra – wszyst­ko. Naj­więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem rol­ni­ków i nie­rol­ni­ków cie­szy­ły się trak­to­ry.

Pierw­szy po­kaz spraw­no­ści ma­łe­go i zwrot­ne­go trak­to­ra z pól Ka­li­for­nii od­był się na po­lach Kal­wa­rii, zwa­nej We­rkow­ską, bo po­ło­żo­nej w po­bli­żu We­rek, nie­da­le­ko Wil­na. Na po­kaz orki przy­był rów­nież ge­ne­rał Lu­cjan Że­li­gow­ski, peł­nią­cy wów­czas funk­cję na­czel­ni­ka pań­stwa Li­twa Środ­ko­wa. Uro­dzo­ne­go w Oszmia­nie ge­ne­ra­ła nie na­zy­wa­li­śmy in­a­czej, jak wiel­kim księ­ciem li­tew­skim, spad­ko­bier­cą Ol­gier­da i Wi­tol­da.

Na­tu­ral­nie Agro­mo­tor dys­po­no­wał wy­kwa­li­fi­ko­wa­ny­mi kie­row­ca­mi, ale upro­si­łem oj­czy­ma, by mnie po­zwo­lił za­de­mon­stro­wać ge­ne­ra­ło­wi Że­li­gow­skie­mu przy­dat­ność ka­li­for­nij­skie­go trak­to­ra dla zie­mi wi­leń­skiej. Od­rzu­ca­jąc ski­by na szyb­kim i zwrot­nym trak­to­rze, mia­łem cały czas w pa­mię­ci swo­ją orkę przy uży­ciu so­chy, a przed ocza­mi – wuja Igna­ce­go, spo­koj­nie śpią­ce­go na mie­dzy snem lo­gicz­nie wy­ro­zu­mo­wa­nym, opar­tym na twier­dze­niu: teo­ria bez prak­ty­ki jest ni­czym.

Tym­cza­sem wuj Igna­cy rósł zdro­wo. Przy­stoj­ny, o atle­tycz­nej bu­do­wie, był mów­cą nie­po­śled­niej mia­ry. Pod­czas po­by­tów u nas w Wil­nie nie do­pusz­czał do gło­su swych ku­zy­nów czy wu­jów, ad­wo­ka­tów z za­wo­du. A cóż do­pie­ro, gdy słu­cha­cza­mi jego byli są­sie­dzi z od­le­głe­go o kil­ka ki­lo­me­trów Ka­mien­ne­go Łogu – Oleś i Bo­niecz­ka Wo­ło­żyń­scy. Pod­czas oku­pa­cji nie­miec­kiej w 1915 roku cha­dza­li­śmy tam, na­tu­ral­nie boso, by nie znisz­czyć dro­go­cen­ne­go obu­wia. W miej­scu, skąd by­li­śmy nie­wi­docz­ni z okien do­mo­stwa, na­kła­da­li­śmy te „kosz­tow­no­ści” na nogi i tak uka­zy­wa­li­śmy się cze­ka­ją­cym na nas go­spo­da­rzom. Po nie­odzow­nym trak­ta­men­cie wuj Igna­cy wy­gła­szał swe po­glą­dy na spra­wy ży­cia, na po­zio­mie, któ­ry obu Wo­ło­żyń­skich przy­pra­wiał z za­chwy­tu o za­wro­ty gło­wy.

I tak kie­dyś na te­mat ję­zy­ka pol­skie­go i or­to­gra­fii wy­łusz­czał taki po­gląd:

– We­dług mnie to CHIŃSZ­CZY­ZNA. Tyl­ko że w Chi­nach man­da­ry­no­wi za na­ucze­nie się dzie­się­ciu ty­się­cy zna­ków dają ty­tuł MAN­DA­RY­NA O NIE­BIE­SKIEJ GAŁ­CE i ma pra­wo no­sze­nia na czap­ce NIE­BIE­SKIEJ GAŁ­KI. A je­śli ja na­uczę się dzie­się­ciu ty­się­cy słów pi­sa­nych przez „rz”, to nic z tego nie mam.

Po­dzi­wia­łem w ta­kich chwi­lach Ole­sia i Bo­niecz­kę Wo­ło­żyń­skich. (Oleś był o dwa lata star­szy od Bo­niecz­ki, a z wu­jem Igna­cym dzie­li­ła ich nie­wiel­ka róż­ni­ca wie­ku). Obu tym słu­cha­czom od sku­pie­nia, by ogar­nąć mą­dro­ści wuja Igna­ce­go, pot kro­pli­sty zra­szał czo­ła i szep­ta­li w to­nie naj­więk­sze­go uzna­nia: – Pan Igna­cy! Pan Igna­cy! Praw­da mówi! Praw­da mówi!

– Man­da­ry­no­wi – wta­jem­ni­czał da­lej Wo­ło­żyń­skich wuj Igna­cy – je­śli na­uczył się pi­sa­nia dal­szych dzie­się­ciu ty­się­cy zna­ków, zmie­nia­ją gał­kę nie­bie­ską na czer­wo­ną. A je­śli ja na­uczę się pi­sa­nia dzie­się­ciu ty­się­cy słów przez „o” kre­sko­wa­ne, to nie mam za to nic!

Pot stru­ga­mi spły­wał z twa­rzy Ole­sia i Bo­niecz­ki Wo­ło­żyń­skich i w naj­wyż­szym po­dzi­wie szep­ta­li chó­rem:

– Pan Igna­cy! Pan Igna­cy! Praw­da mówi! Praw­da mówi!

O tych man­da­ry­nach na­czy­tał się wuj Igna­cy z ol­brzy­mich, opra­wio­nych w skó­rę, pre­nu­me­ro­wa­nych nie­gdyś ty­go­dni­ków: „Wie­czo­ry Ro­dzin­ne” i „Kło­sy”.

– Albo – na­uczał wuj Igna­cy Wo­ło­żyń­skich – weź­my taką gra­ma­ty­kę pol­ską. Ot, naj­bar­dziej zna­ne pol­skie sło­wo „jeść”. Na­ucz się to od­mie­niać. Nie bę­dzie pro­sto „ja jeść”, tyl­ko „ja jem”. Dla­cze­go „ja­jem”? Co to ma wspól­ne­go z jaj­kiem? Też do je­dze­nia, ale samo „jeść” zgi­nę­ło.

– Pan Igna­cy, Praw­da mówi. Praw­da mówi.

Wuj Igna­cy zmie­niał się w ich oczach pra­wie w apo­sto­ła i na­uczał da­lej:

– Ty „jeść”? O, nie! Ty jesz! Zga­dzam się, że po je­dze­niu się tyje, ale skąd moż­na wie­dzieć, że to aku­rat ty.

Za­chwyt i osłu­pie­nie Ole­sia i Bo­niecz­ki do­cho­dzi­ły do eks­ta­zy.

– Pan Igna­cy, Praw­da mówi, praw­da mówi!

– I na­resz­cie on, ale nie „jeść”, tyl­ko „je”. Dla­cze­go, py­tam, dla­cze­go tyl­ko „je”?!

– Pan Igna­cy, praw­da mówi, praw­da mówi!

– A co my? – wy­ja­śniał wuj Igna­cy. – „my jemy”. Wia­do­mo, że myć się trze­ba, ale dla­cze­go tyl­ko my? A tam­ci to bru­da­sy? Co? Ja, ty, on… nie myją się?!

– Pan Igna­cy, praw­da mówi, praw­da mówi!

– Im da­lej, tym go­rzej – roz­pa­lał się wuj Igna­cy wła­snym prze­mó­wie­niem – bo te­raz wy. No i co wy? Wy je­cie. Co? Było ta­kie złe je­dze­nie, że te­raz wyją?

Pot Wo­ło­żyń­skich kro­pla­mi spa­dał na stół, a usta au­to­ma­tycz­nie szep­ta­ły: – Pan Igna­cy, praw­da mówi, praw­da mówi.

– A oni – koń­czył wy­kład o ko­niu­ga­cji wuj Igna­cy – wca­le nie „jeść”, tyl­ko ja­kieś nie­zna­ne „je­dzą”.

– Pan Igna­cy, praw­da mówi, praw­da mówi – sły­sza­łem po każ­dym zda­niu wy­gło­szo­nym przez wuja Igna­ce­go.

– A je­śli już jeść, to się py­tam, dla­cze­go rę­ka­mi, jak po­ucza nas sło­wo „rę­ko­jeść”. Prze­cież mamy już łyż­ki, wi­del­ce i noże, a oka­zu­je się, że w słow­ni­ku tyl­ko „rę­ko­jeść” – koń­czył swój wy­kład wuj Igna­cy. – Tak uczo­no mnie i tak uczą mi­lio­ny nie­szczę­śli­wych dzie­ci. A im wyż­sza na­uka, tym co­raz wię­cej ta­kich słów, któ­re po­wo­du­ją za­ćmie­nie ro­zu­mu i nie­ja­sność sądu. Im bar­dziej uczą, tym bar­dziej za­ciem­nia­ją zdro­wy roz­są­dek, a po skoń­cze­niu kil­ku fa­kul­te­tów otrzy­mu­je się już tyl­ko UCZO­NE­GO DUR­NIA! Bro­nić się mu­si­my przed taką na­uką, już po­dob­no w Bi­blii po­wie­dzia­no, Żeby nic nie brać z drze­wa mą­dro­ści, bo to nie­bez­piecz­ne.

– Pan Igna­cy, praw­da mówi, praw­da mówi!

Gdy usły­sza­łem po raz pierw­szy to prze­mó­wie­nie, zro­zu­mia­łem, dla­cze­go wuj Igna­cy OB­LE­WAŁ każ­dy eg­za­min wstęp­ny do szko­ły. Ge­niusz! Nie tyl­ko że nie po­zwo­lił so­bie za­ćmić zdro­we­go roz­sąd­ku, ale uwal­niał się od na­uki w za­kła­dzie dla przy­szłych obłą­ka­nych, za jaki uwa­żał szko­łę. W zgo­dzie ze swo­ją teo­rią Ignaś upo­rczy­wie, za­miast iść do szko­ły, szedł w lud i prze­no­sił prak­ty­kę na teo­rię. Cho­dził na wszyst­kie wie­czo­ryn­ki do oko­licz­nych za­ścian­ków. Pięk­nie, z przy­tu­pem i kla­ska­niem w dło­nie, tań­czył „ko­cha­necz­kę”, a wra­ca­jąc pie­szo do domu, moc­nym dęb­niacz­kiem opę­dzał się wil­kom.

Gdy osią­gnął wiek mę­ski, był ol­brzy­mem o ja­snych wło­sach, wspa­nia­le zbu­do­wa­nym. Mów­cą nie­zrów­na­nym, o po­glą­dach tak od­mien­nych od utar­tych, że wie­lu nie wie­dzia­ło, czy wuj żar­tu­je, czy mówi se­rio. Słu­cha­ją­cy mie­li nie­zde­cy­do­wa­ny wy­raz twa­rzy.

W tym cza­sie za­ko­cha­ła się w wuju Igna­cym pan­na są­siad­ka – z ma­jąt­kiem, prze­ślicz­na, zgrab­na. Skoń­czy­ła w Pe­ters­bur­gu wyż­szy za­kład na­uko­wy ze zło­tym me­da­lem. Sama się oświad­czy­ła.

– IGNAŚ – szep­ta­ły wu­jen­ki, ciot­ki i stry­jen­ki – PANA BOGA UŁA­PI­ŁEŚ ZA NOGI!

Ge­nial­ny wuj Igna­cy – za ge­nial­ny był, by w tej sy­tu­acji po­wsta­wać prze­ciw na­uce – po na­le­ga­niach wszyst­kich krew­nych i zna­jo­mych nie po­wie­dział: „Za MĄ­DRA”, ale… „Za CHU­DA”!

I nic nie po­mo­gło. Krew­ni mę­skie­go ro­dza­ju zga­dza­li się, że je­śli on uwa­ża, iż jest „za chu­da”, to trud­no mu wma­wiać, że „do­sta­tecz­nie pulch­na”. Mię­dzy sobą zaś szep­ta­li, że pew­nie boi się, że za mą­dra i że za­miast w ra­mio­na, wpad­nie jej w ręce.

Po la­tach do­wie­dzia­łem się, że wuj Igna­cy oże­nił się… ale tak, by oże­nek nie mą­cił mu ja­sno­ści umy­słu. Po­dob­no dzie­ci swe pil­nie kształ­cił wbrew gło­szo­nym przez sie­bie w mło­do­ści teo­riom. Za­sły­nął jako kie­row­nik PGR-u przy­no­szą­ce­go kra­jo­wi znacz­ne do­cho­dy – dzię­ki jego umy­sło­wi nie­zmą­co­ne­mu ba­la­stem na­uki i wie­dzy. Ku­pił so­bie sta­re dwo­rzysz­cze na Ma­zu­rach, pięk­niej­sze niż kie­dyś jego ro­dzin­ne.

Nie­ste­ty, był śmier­tel­ni­kiem, jak wszy­scy na tym świe­cie, a po­zo­sta­wił po so­bie pa­mięć świa­tłe­go or­ga­ni­za­to­ra o nie­po­wsze­dnim ro­zu­mie.

Wspaniały pomysł Mohikanów

Był rok 1912. Na naj­wyż­szym szczy­cie, zwa­nym Gniaz­dem Orła Śnież­nych Wier­chów, nad naj­głęb­szym ka­nio­nem za­war­ty zo­stał zwią­zek brat­ni po­mię­dzy dwo­ma In­dia­na­mi szcze­pu Mo­hi­ka­nów. Po na­cię­ciu no­żem ra­mion i przy­ło­że­niu na­cięć do sie­bie, po zmie­sza­niu się krwi obu – ko­lej­no wy­mó­wi­li sło­wa przy­się­gi:

– Te­nan­ga jest bra­tem Unka­sa na śmierć i ży­cie, HOWGH!

– Unkas jest bra­tem Te­nan­gi na śmierć i ży­cie, HOWGH!

Za­da­niem, ja­kie so­bie po­sta­wi­li, było iść moż­li­wie naj­szyb­ciej na po­moc swym bra­ciom wal­czą­cym z le­piej uzbro­jo­ny­mi BLA­DY­MI TWA­RZA­MI. Obaj cel­nie strze­la­li z łuku. Na od­le­głość dwu­dzie­stu me­trów nie było nie­tra­fień. Naj­więk­szą trud­ność w wy­ko­na­niu swe­go za­mie­rze­nia wi­dzie­li w prze­do­sta­niu się do swych bra­ci w Ame­ry­ce, jako że ZBRA­TA­NIE to mia­ło miej­sce w Wil­nie na Bo­uf­fa­ło­wej Gó­rze, przez któ­rą prze­cho­dził KA­NION, bę­dą­cy nie­wy­bru­ko­wa­ną jesz­cze uli­cą.

Mia­łem wów­czas lat sie­dem. Po po­wro­cie z pię­cio­let­nie­go po­by­tu w Pa­ry­żu za­miesz­ka­li­śmy w Wil­nie przy uli­cy Za­wal­nej nu­mer 7, na naj­wyż­szym pię­trze. Nasi bli­scy krew­ni – ad­wo­ka­ci, le­ka­rze i ucznio­wie naj­star­szych klas gim­na­zjal­nych – na­mó­wi­li moją mat­kę, by wy­na­ję­ła duże miesz­ka­nie, tak że­by­śmy wszy­scy byli u sie­bie, a nie w od­naj­mo­wa­nych po­ko­jach.

Dom, w któ­rym za­miesz­ka­li­śmy, był, jak na Wil­no, ostat­nim krzy­kiem mody – czte­ro­pię­tro­wy „dra­pacz chmur”. Na par­te­rze mie­ści­ła się ap­te­ka. Jej wła­ści­ciel przed­sta­wił się nam, to jest lo­ka­to­rom miesz­ka­nia nu­mer 6, jako UŻA­SNYJ PIE­DANT, i to okre­śle­nie przy­lgnę­ło do nie­go na sta­łe. Pierw­sze pię­tro zaj­mo­wa­li le­ka­rze. Dok­tor Rym­sza. Miał swą kli­ni­kę w alei Róż, pięk­nej ulicz­ce bę­dą­cej prze­czni­cą Ma­łej Po­hu­lan­ki, two­rzą­cej z uli­cą Za­wal­ną róg, na któ­rym wła­śnie stał nasz „wie­żo­wiec”. Na­prze­ciw­ko dok­to­ra Rym­szy miesz­kał le­karz den­ty­sta, sym­pa­tycz­ny i to­wa­rzy­ski dok­tor Szloss­berg. Miesz­ka­nie nad nim na­le­ża­ło do wła­ści­cie­la domu, pana Ka­zi­mie­rza Rudz­kie­go. Po­dob­no jako dzie­się­cio­let­ni chło­pak przy­szedł ze wsi do Wil­na boso i boso za­czął za­mia­tać dru­kar­nię i księ­gar­nię Za­wadz­kie­go, z bie­giem cza­su sta­jąc się jej wła­ści­cie­lem. Na­prze­ciw­ko Rudz­kich za­dzi­wiał swym na­zwi­skiem Po­lak ar­ty­sta fo­to­graf – Ku­ru­sza Wo­ro­bjow. Całe pół­pię­trze nad miesz­ka­niem Rudz­kie­go zaj­mo­wa­li jego te­ścio­wie, pań­stwo Mon­twił­ło­wie, a dru­gą po­ło­wę pię­tra MY. Na­sze miesz­ka­nie skła­da­ło się z dłu­gie­go ko­ry­ta­rza przez cały dom, z drzwia­mi do ośmiu po­koi, któ­re moż­na było łą­czyć ze sobą. W ła­zien­ce był prysz­nic i wan­na. Słu­żą­ca zaj­mo­wa­ła duży po­kój. W domu była ELEK­TRYCZ­NOŚĆ. To było coś, cze­go mój ro­zum jesz­cze wów­czas nie ogar­niał.

Na za­ple­czu na­sze­go „dra­pa­cza” sta­ła dwu­pię­tro­wa ofi­cy­na, za nią był duży ogród i sad, do któ­re­go przy­le­ga­ła szko­ła księ­dza Lu­biań­ca, kształ­cą­ca za dar­mo me­cha­ni­ków czy ślu­sa­rzy. Jed­nym z tech­ni­ków w tej szko­le był oj­ciec An­to­sia-UNKA­SA, mego ró­wie­śni­ka, z któ­rym po prze­czy­ta­niu kil­ku ksią­żek o lo­sie In­dian w Ame­ry­ce za­war­li­śmy BRA­TER­STWO w celu nie­sie­nia im po­mo­cy w wal­ce z bla­dy­mi twa­rza­mi.

Na dro­dze jed­nak stał oce­an. Zda­wa­li­śmy so­bie spra­wę, że je­ste­śmy za mło­dzi, by nas za­okrę­to­wa­no jako ma­ry­na­rzy. Pie­nię­dzy na za­pła­ce­nie bi­le­tów za prze­jazd nie mie­li­śmy. Po­zo­sta­wa­ło je­dy­ne wyj­ście: za­kraść się na sta­tek i prze­pły­nąć oce­an jako pa­sa­że­ro­wie na gapę.

Czas ko­niecz­ny do prze­my­śle­nia na­sze­go pla­nu po­świę­ca­li­śmy na na­ukę strze­la­nia z łuku i wy­ra­bia­nie co­raz to lep­szych łu­ków i strzał. An­toś, ma­jąc do­stęp do warsz­ta­tów tech­nicz­nych i po­moc ojca, ro­bił je co­raz do­sko­nal­sze.

Na­raz za­gad­nie­nie prze­do­sta­nia się do Ame­ry­ki prze­sta­ło być za­gad­ką nie do roz­wią­za­nia. Spra­wi­ła to książ­ka, jaką otrzy­ma­łem od mo­jej ciot­ki. Na jej okład­ce wid­niał por­tret Mi­ko­ła­ja Ko­per­ni­ka, a pod nim na­pis: „Wstrzy­mał Słoń­ce, wzru­szył Zie­mię. Pol­skie wy­da­ło go ple­mię”.

Zie­mia się krę­ci nie tyl­ko do­oko­ła Słoń­ca, ale i do­oko­ła swej osi! Plan był go­to­wy. Wznie­sie­my się w nocy nad zie­mię na ba­lo­ni­kach, ja­kie sprze­da­ją na ryn­ku Łu­ki­skim, po­cze­ka­my tyle cza­su, by Ame­ry­ka zna­la­zła się pod nami, pu­ści­my część ba­lo­ni­ków i wy­lą­du­je­my. Wszyst­ko za­le­ża­ło te­raz od do­brej re­ali­za­cji po­my­słu.

Prze­ka­za­na mi przez mat­kę od naj­wcze­śniej­sze­go dzie­ciń­stwa wska­zów­ka „MYŚL, CO RO­BISZ”, obec­nie zna­la­zła naj­więk­sze za­sto­so­wa­nie. Ile trze­ba mieć ba­lo­ni­ków? W czym le­cieć? Z książ­ki pt. „Ba­lo­nem przez Au­stra­lię” do­wie­dzia­łem się, że musi być gon­do­la i do niej przy­wią­za­ny ba­lon. My bę­dzie­my mie­li wie­le ba­lo­ni­ków. By osiąść na zie­mi, gdy już ląd ame­ry­kań­ski bę­dzie pod nami, trze­ba bę­dzie od­wią­zać po kil­ka ba­lo­ni­ków, aż gon­do­la opad­nie.

Przy róż­nych oka­zjach otrzy­my­wa­łem od wu­jo­stwa Wo­je­wódz­kich dość znacz­ne sumy pie­nięż­ne na za­baw­ki, ale do­tych­czas tyl­ko je skła­da­łem. Zna­jąc cenę ba­lo­ni­ków, wie­dzia­łem, że bę­dzie­my mo­gli za­ku­pić ich od­po­wied­nią licz­bę.

Trze­ba było rów­nież po­my­śleć, gdzie bu­do­wać gon­do­lę i gro­ma­dzić ba­lo­ni­ki, skąd wzbić się nad zie­mię, ile cza­su cze­kać, aby Ame­ry­ka po­de­szła pod gon­do­lę, w któ­rym miej­scu wy­lą­do­wać, co za­brać ze sobą – na­tu­ral­nie żeby jak naj­mniej ob­cią­żyć gon­do­lę.

Je­dy­nym miej­scem, na­da­ją­cym się do zmon­to­wa­nia gon­do­li, był nasz skła­dzik na prze­cho­wy­wa­nie ja­rzyn w zi­mie, miesz­czą­cy się w piw­ni­cach dwu­pię­tro­wej ofi­cy­ny. Jej pierw­sze pię­tro zaj­mo­wał puł­kow­nik ro­syj­ski, par­ter pań­stwo Ja­ło­wiec­cy z sy­nem ośmio­kla­si­stą. Ten szczę­śli­wie nas w ogó­le nie wi­dział, na­to­miast jego dwie sio­strzycz­ki, sied­mio­let­nia Lu­nia i dzie­wię­cio­let­nia Jan­ka, mia­ły ocho­tę po­zna­jo­mić się z nami, po­dob­nie jak syn puł­kow­ni­ka, trzy­na­sto­let­ni Kola. Do tych ży­wych prze­szkód mu­sie­li­śmy do­li­czyć dzie­się­cio­let­nie­go syna den­ty­sty.

Bu­do­wę gon­do­li wziął na sie­bie An­toś-UNKAS, ro­biąc rze­ko­mo dla mnie klat­kę na kró­li­ki. Wy­mia­ry jej mia­ły wy­no­sić: wy­so­kość je­den metr, pod­sta­wa pół­to­ra me­tra na pół­to­ra. Dys­po­no­wa­li­śmy dwu­dzie­sto­ma moc­ny­mi li­stew­ka­mi i dyk­tą, z któ­rej mia­ła być pod­ło­ga. Wnę­trze za­mie­rza­li­śmy obić naj­cień­szym płót­nem. Wy­po­sa­że­nie: cie­płe ubra­nie i dwie nie­prze­ma­kal­ne płach­ty, 12 strzał i 3 łuki, ta­blicz­ka cze­ko­la­dy ŻORŻ BOR­MAN. Hub­kę i krze­si­wo uzna­li­śmy za pew­niej­sze od dro­gich „siar­czy­ków”, jak jesz­cze nie­kie­dy na­zy­wa­no w Wil­nie za­pał­ki, któ­rych jed­nak za­bie­ra­li­śmy ze sobą jed­no pu­deł­ko.

Każ­dy przed­miot prze­zna­czo­ny na po­dróż wa­ży­li­śmy i do­kład­nie za­pi­sy­wa­li­śmy, ilu ba­lo­ni­ków wy­ma­ga do unie­sie­nia. Ba­lo­ni­ki ku­po­wa­łem na ryn­ku Łu­ki­skim i by nie wzbu­dzać za­cie­ka­wie­nia, po jed­nym przy­no­si­łem w tor­bie pa­pie­ro­wej do na­sze­go skła­dzi­ku. Dla tych sa­mych po­wo­dów po­szcze­gól­ne czę­ści gon­do­li UNKAS-An­toś przy­no­sił już po za­cho­dzie słoń­ca.

Z książ­ki „Dzie­ci ka­pi­ta­na Gran­ta” wie­dzie­li­śmy, co to są rów­no­leż­ni­ki i po­łu­dni­ki na ma­pach i że po­łu­dni­ków jest 360. Trud­ność spra­wia­ło ob­li­cze­nie cza­su ko­niecz­ne­go do prze­lo­tu nad Atlan­ty­kiem. Po­nie­waż Zie­mia krę­ci się z za­cho­du na wschód, a cały ob­rót trwa 24 go­dzi­ny, stąd we­dług An­to­sia, a ra­czej jego ojca, na jed­ną go­dzi­nę wy­pa­da 15 po­łu­dni­ków. Wil­no leży na 25 po­łu­dni­ku wschod­nim i na 55 rów­no­leż­ni­ku pół­noc­nym, zie­mia Ame­ry­ki za­czy­na się gdzieś na 60 po­łu­dni­ku za­chod­nim, wo­bec cze­go musi pod nami prze­le­cieć 85 po­łu­dni­ków i to zaj­mie oko­ło 6 go­dzin (przy 90 po­łu­dni­kach po­dróż trwa­ła­by do­kład­nie 6 go­dzin).

Naj­bar­dziej ba­li­śmy się prze­ciw­nych wia­trów, mo­gą­cych nas znieść do mo­rza, ale przy do­brej po­go­dzie po 6 go­dzi­nach mu­si­my być w Ame­ry­ce, w miej­sco­wo­ści zwa­nej La­bra­dor. Wy­ru­szyć po­sta­no­wi­li­śmy w bez­k­się­ży­co­wą noc o go­dzi­nie 11, tak żeby nas nikt nie wi­dział. Ze skła­dzi­ka bę­dzie­my mu­sie­li wy­nieść gon­do­lę, przez nią prze­cią­gnąć sznur od bie­li­zny, za­mo­co­wa­ny z jed­nej stro­ny do klo­nu tuż przy zie­mi, a z dru­giej do słu­pa od bram­ki, przy­cię­ty i za­wią­za­ny na wę­zeł w środ­ku gon­do­li. Po roz­wią­za­niu sznu­ra gon­do­la wznie­sie się do góry.

Naj­trud­niej bę­dzie wy­nieść nie­po­strze­że­nie ta­kie mnó­stwo ba­lo­ni­ków. Wszyst­ko nam się uda­wa­ło – to zna­czy nikt się nami do­tych­czas nie za­in­te­re­so­wał. Gon­do­la wy­glą­da­ła wspa­nia­le, była lek­ka i mo­gli­śmy się na­wet w niej po­ło­żyć. Wszyst­kie wią­za­nia były z moc­nych szpa­ga­tów, a li­stew­ki głów­ne spo­ili­śmy śrub­ka­mi.

Bar­dzo ba­li­śmy się zim­na, ma­jąc tyl­ko dwie cien­kie nie­prze­ma­kal­ne płach­ty. Ko­ców nie mo­gli­śmy za­bie­rać ze wzglę­du na ich cię­żar. Z en­cy­klo­pe­dii wy­czy­ta­li­śmy, że w miej­sco­wo­ści La­bra­dor jest dużo dzi­kich zwie­rząt: niedź­wie­dzie i wil­ki. Na te po­lo­wać nie mie­li­śmy ocho­ty. Tyl­ko na ryby. Mie­li tam być In­dia­nie, Eski­mo­si, An­gli­cy i Fran­cu­zi. To do­da­ło nam otu­chy, że ja się z nimi roz­mó­wię. An­toś-UNKAS za­czął w tym okre­sie „bar­dzo” zbie­rać mo­ne­ty, tak że miał pra­wie dwa do­la­ry w sre­brze.

Po mie­sią­cu przy­go­to­wań by­li­śmy we­dług nas go­to­wi, by wy­ru­szyć na po­moc na­szym bra­ciom. Ich sie­dli­ska mia­ły się znaj­do­wać w oko­li­cach No­we­go Jor­ku. Z La­bra­do­ru bę­dzie­my zmu­sze­ni wę­dro­wać pie­szo na po­łu­dnie, ży­wiąc się ry­ba­mi i ja­go­da­mi lub ko­rzy­sta­jąc z po­mo­cy po­zo­sta­łych tam In­dian. O ni­czym in­nym nie umie­li­śmy już my­śleć, jak tyl­ko o na­szej po­dró­ży.

Na­resz­cie!!! Cie­pła czerw­co­wa bez­k­się­ży­co­wa noc. Wy­ru­sza­my. W domu zo­sta­wi­łem list z wia­do­mo­ścią, gdzie się po­dzia­łem, to samo zro­bił An­toś. Z wiel­kim tru­dem uda­ło mi się, nie bu­dząc ni­ko­go, wy­do­stać przez ku­chen­ne drzwi na klat­kę scho­do­wą i bez świad­ków spo­tkać na dzie­dziń­cu z An­to­siem. Ru­szy­li­śmy do skła­dzi­ku. Naj­pierw ostroż­nie, by o coś nie za­cze­pić, wy­nie­śli­śmy we dwój­kę gon­do­lę. Gdy za­mo­co­wa­li­śmy sznur ma­ją­cy ją utrzy­mać przy zie­mi po przy­wią­za­niu wszyst­kich ba­lo­ni­ków, An­toś-UNKAS pierw­szy wsu­nął się przez ce­lo­wo rzad­sze li­stew­ki do wnę­trza gon­do­li, a ja za­czą­łem wy­no­sić ze schow­ka po dzie­sięć ba­lo­ni­ków. An­toś przy­wią­zy­wał je na­tych­miast do ba­lu­stra­dy gon­do­li. Wpa­dli­śmy w za­chwyt, gdy gon­do­la za­wi­sła w po­wie­trzu, przy­trzy­my­wa­na już wy­łącz­nie przez sznur. Te­raz po­zo­sta­ły do przy­nie­sie­nia ostat­nie ba­lo­ni­ki, nie­zbęd­ne, by gon­do­la unio­sła w po­wie­trze nas obu. I oto ja wresz­cie wsu­ną­łem się przez roz­sta­wio­ne li­stew­ki. To była wiel­ka chwi­la. Po­da­li­śmy so­bie dło­nie i po­wie­dzie­li­śmy z uprzed­nio przy­go­to­wa­nym ce­re­mo­nia­łem: – LE­CI­MY. HOWGH!

Dzi­wi­li­śmy się z An­to­siem, że lu­dzie wolą ty­go­dnia­mi pły­nąć przez oce­an, niż zbu­do­wać so­bie taki ba­lon jak nasz. Tych dwóch, któ­rzy prze­le­cie­li nad Au­stra­lią, nikt wię­cej oprócz nas nie na­śla­do­wał. An­toś przy­trzy­mał rę­ka­mi sznur, by uła­twić mi roz­wią­za­nie wę­zła, któ­ry nas trzy­mał przy zie­mi.

– JUŻ! HOWGH! – An­toś pu­ścił sznur i gon­do­la po­szy­bo­wa­ła szyb­ko w górę. Po chwi­li zna­leź­li­śmy się na wy­so­ko­ści czwar­te­go pię­tra, ocza­mi po­że­gna­łem nasz bal­kon. Gdy wzbi­li­śmy się jesz­cze wy­żej, po­czu­li­śmy moc­ny po­wiew wschod­nie­go wia­tru, któ­ry uno­sił nas szyb­ciej w górę. Przez ja­kiś czas wi­dzie­li­śmy w nie­któ­rych oknach świa­tła i świa­tła ulicz­nych la­tarń. Z cza­sem sta­wa­ły się co­raz dal­sze, aż wresz­cie zni­kły w czer­ni nocy.

Wiatr pchał nas na za­chód, co stwier­dzi­li­śmy, ob­ser­wu­jąc do­brze nam zna­ną kon­ste­la­cję Wiel­kiej Niedź­wie­dzi­cy i Gwiaz­dę Po­lar­ną. Za­czę­ło być bar­dzo zim­no. Po­nie­waż nie było nic wi­dać, po­ło­ży­li­śmy się na dnie gon­do­li i przy­kry­li­śmy płach­ta­mi. Zro­bi­ło się cie­plej i ogar­nę­ła nas sen­ność. Dum­ni i za­chwy­ce­ni speł­nie­niem na­szych ma­rzeń, za­snę­li­śmy.

Obu­dził mnie An­toś. Po­sta­no­wi­li­śmy za­pa­lić za­pał­kę, by zo­ba­czyć, któ­ra go­dzi­na. Było zu­peł­nie ciem­no. Oka­za­ło się, że jest go­dzi­na pią­ta, a więc spa­li­śmy ja­kieś pięć go­dzin. Gdy za­cznie świ­tać, musi uka­zać się ląd. Wody pod nami nie by­li­śmy w sta­nie od­róż­nić od zie­mi, trze­ba jed­nak było szy­ko­wać się do lą­do­wa­nia. Za­czę­ło sza­rzeć. Pil­nie wpa­try­wa­li­śmy się, co jest pod nami. Na­gle doj­rze­li­śmy rze­kę i pa­gór­ki, wśród któ­rych pły­nę­ła. AME­RY­KA! Po­sta­no­wi­li­śmy lą­do­wać.

– LĄ­DU­JE­MY! HOWGH!

An­toś-UNKAS wy­jął swój nóż i po­wo­li za­czął od­ci­nać ba­lo­nik we­dług prze­wi­dzia­nej ko­lej­no­ści. Co­raz le­piej już roz­róż­nia­li­śmy wy­so­ko­ści pa­gór­ków. Szczę­śli­wie nie wi­dzie­li­śmy żad­nych do­mów. An­toś co­raz szyb­ciej uwal­niał gon­do­lę od ba­lo­ni­ków. Rze­ka „ro­sła nam w oczach”, gon­do­la opa­da­ła wol­no. Dzi­wi­li­śmy się, że rze­ka nie prze­su­wa się do nas, lecz jest nie­ru­cho­ma. Te­raz trze­ba było uwa­żać, by wy­lą­do­wać MIĘK­KO. Po chwi­li gon­do­la osia­dła po­mię­dzy tra­wa­mi. An­toś od­ciął szyb­ko po­zo­sta­łe ba­lo­ni­ki, by wiatr nie po­rwał gon­do­li. Wy­szli­śmy z gon­do­li i gdy ko­niecz­nie chcie­li­śmy się zo­rien­to­wać we­dług na­szej mapy, gdzie je­ste­śmy, wy­cią­gną­łem rękę i… obu­dzi­łem się. Była go­dzi­na siód­ma. Obu­dzi­łem się jak zwy­kle – o siód­mej.

Czarujący chłopak

NIWA, MOJA NIWA, NIWA ZO­ŁO­TA­JA, ZRIE­JESZ TY NA SOŁN­CE KO­ŁOS NA­LI­WA­JA.

Tym wier­szem w roku 1912 mama roz­po­czę­ła ze mną na­ukę ję­zy­ka ro­syj­skie­go, do­łą­cza­jąc ją do lek­cji ję­zy­ka pol­skie­go, hi­sto­rii Pol­ski i aryt­me­ty­ki. Po na­ucze­niu się na pa­mięć tego wier­sza za­czą­łem się uczyć AZBU­KI, to zna­czy ro­syj­skie­go abe­ca­dła, i CZY­STO­PI­SAN­JA, czy­li ka­li­gra­fii. Na na­ukę ję­zy­ka pol­skie­go, hi­sto­rii pol­skiej i aryt­me­ty­ki przy­cho­dzi­ła moja ró­wie­śnicz­ka Ja­dzia, cór­ka sto­la­rza. Aby­śmy z Ja­dzią mie­li złu­dze­nie, że już je­ste­śmy w szko­le, mama sta­wia­ła nam w ze­szy­tach stop­nie. Mie­li­śmy za­wsze jed­na­ko­we. Same piąt­ki. Ja­dzia miesz­ka­ła bar­dzo da­le­ko, pod Za­krę­tem1, i gdy po­go­da się po­psu­ła, a Ja­dzia prze­zię­bi­ła, sam mu­sia­łem po­do­łać cię­ża­rom AZBU­KI, STI­CHOW i CZY­STO­PI­SAN­JA.

Mia­łem krót­ką prze­rwę w na­uce. Oj­czym za­brał mnie ze sobą do Wo­ro­ne­ża. Koń­czył w nim bu­do­wać elek­trow­nię. Po przy­jeź­dzie na bu­do­wę oka­za­ło się, że nie bar­dzo wie, co ze mną zro­bić w go­dzi­nach swej pra­cy. Że­bym sam nie nu­dził się w ho­te­lu, za­pro­wa­dził mnie do zna­jo­me­go ba­tiusz­ki – popa. Był on bar­dzo miły i we­so­ły. Ba­tiusz­ka, znaw­ca dusz mło­dzie­ży, na­tych­miast po­tra­fił za­in­te­re­so­wać mnie swo­ją ogrom­ną plan­ta­cją tru­ska­wek i wy­pu­ścił sa­me­go po­mię­dzy dłu­gie sze­re­gi ciem­no­zie­lo­nych li­ści, ol­brzy­miej ilo­ści zie­lo­nych tru­ska­wek, wśród któ­rych raz na go­dzi­nę uda­wa­ło mi się zna­leźć jed­ną ró­żo­wą. Po ca­łym dniu spę­dzo­nym na uga­nia­niu się za ró­żo­wy­mi tru­skaw­ka­mi szyb­ko za­czą­łem sam ro­bić się jak czer­wo­na doj­rza­ła tru­skaw­ka, przy czter­dzie­stu stop­niach go­rącz­ki. Na­stęp­ne­go dnia, gdy tyl­ko tem­pe­ra­tu­ra spa­dła, na­tych­miast wy­ru­szy­li­śmy do Wil­na i mu­sia­łem wró­cić do mo­jej NIWY.

Mama do­sta­ła pra­cę w To­wa­rzy­stwie Rol­ni­czym. Dy­rek­cja, ad­mi­ni­stra­cja i park z na­rzę­dzia­mi rol­ni­czy­mi przy­le­ga­ły do po­se­sji na­sze­go domu przy uli­cy Za­wal­nej 7. To­wa­rzy­stwo mie­ści­ło się pod nu­me­rem 9. Wkrót­ce i oj­czym za­czął pra­co­wać w To­wa­rzy­stwie Rol­ni­czym. Oprócz tego zo­stał se­kre­ta­rzem To­wa­rzy­stwa Po­mo­lo­gicz­ne­go. Ten ty­tuł, po „klę­sce wo­ro­ne­skiej”, pod­niósł znów oj­czy­ma w mo­ich oczach na nie­bo­tycz­ną wy­so­kość. Wy­obra­ża­łem so­bie, że jego ga­bi­net za­sta­wio­ny jest ol­brzy­mi­mi biur­ka­mi z ty­sią­ca­mi szu­fla­dek, w któ­rych oj­czym w licz­nych tecz­kach prze­cho­wu­je se­kre­ty, do­star­cza­ne przez lu­dzi „po­ma­ga­ją­cych”, stąd na­zwa po­mo­lo­gicz­ne. Naj­bar­dziej in­te­re­so­wa­ły mnie owe se­kre­ty w szu­flad­kach, ale ro­zu­mia­łem, że je­śli ob­da­rzo­no oj­czy­ma tak wiel­kim za­ufa­niem, to nie wy­pa­da py­tać, ja­kie to se­kre­ty.

W tym cza­sie oj­czym roz­po­czął pra­ce nad sta­ty­sty­ką by­dła Li­twy i Bia­ło­ru­si. Do­wie­dzia­łem się o tym, gdy do po­ko­ju oj­czy­ma wnie­sio­no wiel­ki stół kre­ślar­ski, opar­ty na że­la­znej kon­struk­cji z pe­da­łem. Dzię­ki nie­mu ta­bli­ca kre­ślar­ska po­zwa­la­ła się usta­wiać w każ­dej po­zy­cji. Na­pa­wa­ły mnie dumą po­su­wa­ją­ce się po niej na szy­nach li­nie, nie mó­wiąc już o lam­pie elek­trycz­nej z re­flek­to­rem na ru­cho­mym ra­mie­niu, da­ją­cym się skra­cać i wy­dłu­żać, oraz że w ogó­le coś ta­kie­go po­sia­da­my w domu. Pra­ca oj­czy­ma była pio­nier­ska. Do­tych­czas sta­ty­sty­ką by­dła na tych zie­miach nikt się nie zaj­mo­wał.

Któ­re­goś dnia oj­czym po­wie­dział, że za­bie­rze mnie ze sobą do To­wa­rzy­stwa Po­mo­lo­gicz­ne­go. Pra­co­wał w nim wy­łącz­nie po po­łu­dniu. Po­je­cha­li­śmy do­roż­ką. Gdy tyl­ko we­szli­śmy do tego domu, w któ­rym mie­ści­ło się biu­ro, i upew­ni­łem się, że je­stem w ga­bi­ne­cie oj­czy­ma – do­zna­łem wiel­kie­go uczu­cia za­wo­du, a oj­czym z nie­bo­tycz­nych wy­żyn zstą­pił na zie­mię. W jego ga­bi­ne­cie sta­ło zwy­kłe biur­ko. Mie­li­śmy w domu ta­kich kil­ka. W biur­kach były zwy­kłe szu­fla­dy, a w nich zwy­kłe tecz­ki. W ta­kich, we­dług mnie, nikt se­kre­tów chy­ba nie prze­cho­wu­je. Nie mo­głem zro­zu­mieć, dla­cze­go lu­dzie uży­wa­ją ta­kich wiel­kich ty­tu­łów, a po­tem oka­zu­je się, że to nic waż­ne­go. My­śla­łem, że se­kre­tarz zna­czy wię­cej niż ge­ne­rał, wię­cej może na­wet niż ksią­żę, bo nig­dy nie sły­sza­łem, Żeby ktoś im prze­ka­zy­wał se­kre­ty. Bar­dzo mi było oj­czy­ma żal, że dali mu tyl­ko ty­tuł, a nie dali od­po­wied­nich biu­rek, te­czek i se­kre­tów.

Mama, za­trud­nio­na w To­wa­rzy­stwie Rol­ni­czym, przy­po­mnia­ła so­bie zwie­dza­ną pod Pa­ry­żem wszech­świa­to­wą wy­sta­wę ko­lo­nii fran­cu­skich. Ja nie by­łem z nią na tej wy­sta­wie z po­wo­du upa­łu i od­le­gło­ści – na­le­ża­ło je­chać po­cią­giem – ale po­zo­sta­ło we mnie wspo­mnie­nie wiel­kiej dumy z mo­jej mamy.

Ca­ło­dzien­ne cho­dze­nie po wy­sta­wie w sło­necz­nym skwa­rze, przy tym w no­wych, su­per­mod­nych bia­łych bu­ci­kach z cien­kiej skó­ry, za­pi­na­nych pra­wie do ko­lan na bia­łe gu­zi­ki, zmę­czy­ło mamę ogrom­nie. Opusz­cza­jąc dwo­rzec w Pa­ry­żu, zna­la­zła się na za­la­nych jesz­cze pro­mie­nia­mi za­cho­dzą­ce­go słoń­ca as­fal­to­wych uli­cach, co do­peł­ni­ło miar­ki. Mama prze­pro­si­ła to­wa­rzy­szą­cych jej pa­nów, roz­pię­ła gu­zi­ki i oświad­czy­ła, że pój­dzie da­lej z bu­ci­ka­mi w ręku. Na uli­cy pa­ry­ża­nie, na wi­dok tak kro­czą­cej mamy, kła­nia­li się i bili bra­wo. Ku zdu­mie­niu to­wa­rzy­szą­cych ma­mie pa­nów, rów­nież pa­ry­żan­ki wy­ra­ża­ły ma­mie uzna­nie, bi­jąc bra­wo. W domu cio­cia usi­ło­wa­ła po­mniej­szyć od­wa­gę mamy. Stwier­dzi­ła: „Gdy­byś nie była taka ład­na, nikt by ci bra­wa nie bił”. Pa­no­wie jed­nak uwa­ża­li, że je­śli cho­dzi o aplauz pań, to na pew­no od­no­sił się do od­wa­gi mamy.

Ja w każ­dym ra­zie by­łem z mamy bar­dzo dum­ny.

Otóż mama, przy­po­mniaw­szy so­bie tę wy­sta­wę, po­sta­no­wi­ła urzą­dzić w Wil­nie wy­sta­wę wy­ro­bów lu­do­wych, spo­rzą­dza­nych na wła­sny uży­tek: tka­nin, przed­mio­tów z gli­ny, drew­na i że­la­za – po­dob­nie jak pod Pa­ry­żem pre­zen­to­wa­ły swo­je wy­ro­by ludy czar­ne, żół­te i czer­wo­ne z ko­lo­nii fran­cu­skich.

Pro­jekt mamy bar­dzo się po­do­bał dy­rek­to­ro­wi To­wa­rzy­stwa Rol­ni­cze­go, panu Igna­ce­mu Tur­skie­mu, i na ze­bra­niu To­wa­rzy­stwa po­sta­no­wio­no taką wy­sta­wę urzą­dzić. Wzię­ła swój po­czą­tek w na­szym miesz­ka­niu, w du­żym po­ko­ju sto­ło­wym. Wu­ja­szek i jego ko­le­dzy, koń­czą­cy stu­dia praw­ni­cze na uni­wer­sy­te­tach ro­syj­skich, pod­ję­li się zbie­ra­nia eks­po­na­tów. Roz­je­cha­li się w ich po­szu­ki­wa­niu. Stop­nio­wo za­czę­ły przy­cho­dzić prze­sy­ła­ne przez nich ze­bra­ne przed­mio­ty. Każ­da nowa prze­sył­ka wzbu­dza­ła za­chwyt.

Tka­ni­ny były prze­pięk­ne, rów­nież wy­ro­by z drew­na, że­la­za i garn­car­skie. Mno­gość zgro­ma­dzo­nych przed­mio­tów była tak wiel­ka, że prze­szła ocze­ki­wa­nia mo­jej mamy i wszyst­kich pra­cow­ni­ków To­wa­rzy­stwa Rol­ni­cze­go. Dla ich wy­eks­po­no­wa­nia po­miesz­cze­nia To­wa­rzy­stwa Rol­ni­cze­go były za małe. Z po­mo­cą ma­mie przy­szedł pan Fer­dy­nand Rusz­czyc, wów­czas sła­wa ar­ty­stycz­no­ma­lar­ska Wil­na. Rusz­czyc miesz­kał z ro­dzi­ną w Boh­da­no­wie, ślicz­nym ma­jąt­ku w po­wie­cie oszmiań­skim, po­ło­żo­nym w po­bli­żu Ró­ży­sła­wia i Sie­dlisz­cza. Za swych pa­nień­skich cza­sów mama by­wa­ła tam czę­stym go­ściem, wpa­dał też „Fer­dzio” Rusz­czyc, opro­mie­nio­ny już sła­wą wiel­kie­go ar­ty­sty. W tym okre­sie szcze­gól­nie, jak mó­wio­no, za­ję­ty ma­lo­wa­niem mo­rza i… moją mamą. Mama za­prze­cza­ła temu, mó­wiąc, że pan Fer­dy­nand ma wy­łącz­nie mo­rze w gło­wie i – zda­niem jego przy­ja­ciół – „fa­lu­je”.