Wydawca: Świat Książki Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 181 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poczucie kresu - Julian Barnes

"Książka nagrodzona Bookerem 2011!

Anthony Webster, sześćdziesięciolatek, przyjaźnił się w młodości z niezwykle inteligentnym Adrianem. Poróżniła ich kobieta. Po latach Anthony otrzymuje nieoczekiwany spadek, odkrywając sekret, który na zawsze zmąci mu dobre samopoczucie…

Jeden z najwybitniejszych współczesnych brytyjskich pisarzy jak nikt potrafi zestawiać intrygującą fabułę, fakty, fikcję i refleksje dotyczące kwestii najważniejszych. Tym razem, opowiadając o pewnej tajemnicy, snuje rozważania o istocie przyjaźni, miłości, wyrzutach sumienia i sensie samobójstwa."

Opinie o ebooku Poczucie kresu - Julian Barnes

Cytaty z ebooka Poczucie kresu - Julian Barnes

istnieją dwa rodzaje kobiet: te, które można bez trudu określić, i te, które odznaczają się tajemniczością. I że jest to pierwsza rzecz, jaką mężczyzna wyczuwa, i pierwsza, jaka go przyciąga albo i nie. Niektórzy mężczyźni mają inklinacje do jednego rodzaju, inni do drugiego.

Fragment ebooka Poczucie kresu - Julian Barnes

JulianBarnes

Poczucie kresu

Fragment

Z angielskiego przełożył Jan Kabat

Dla Pat

CZĘŚĆ PIERWSZA

Pamiętam, niekoniecznie w tej kolejności:

– błysk po wewnętrznej stronie nadgarstka;

– parę unoszącą się z mokrego zlewu, gdy ktoś wrzuca do niego ze śmiechem gorącą patelnię;

– krople spermy, wirujące w kratce ściekowej, nim zostaną spłukane i powędrują w dół wysokiego domu;

– rzekę płynącą absurdalnie pod prąd, jej fale oświetlone myszkującymi światłami kilku latarek;

– inną rzekę, szeroką i szarą, bieg jej nurtu zamaskowany przez uporczywy wiatr, który marszczy powierzchnię;

– wodę w wannie, od dawna wystygłą za zamkniętymi drzwiami.

Tego ostatniego nie widziałem na dobrą sprawę, ale to, co pozostaje w pamięci, nie zawsze jest równoznaczne z tym, czego człowiek był świadkiem.

Żyjemy w czasie – trzyma nas w swoich ryzach i kształtuje – nigdy jednak nie odnosiłem wrażenia, że pojmuję go zbyt dobrze. Nie mam tu na myśli teorii, według których zakrzywia się i powraca, ani też tego, że może istnieć w jakichś równoległych wersjach. Nie, chodzi mi o zwykły, codzienny czas, który upływa regularnie, o czym przekonują nas zegarki i zegary: tik-tak, tik-tak. Czy istnieje coś bardziej wiarygodnego niż duża wskazówka? Jednak wystarczy drobna przyjemność czy nieznaczny ból, by uświadomić nam plastyczność czasu. Niektóre emocje przyspieszają jego bieg, inne sprawiają, że zwalnia; niekiedy zdaje się znikać – aż do tego końcowego punktu, kiedy naprawdę znika, by nigdy więcej nie powrócić. Nie przejawiam zbytniego zainteresowania swoimi szkolnymi czasami, nie tęsknię też za nimi, lecz wszystko zaczęło się właśnie w szkole, muszę więc powrócić na chwilę do kilku wydarzeń, które przerodziły się w anegdoty, do pewnych przybliżonych wspomnień, które czas zdeformował i zamienił w pewność. Jeśli nie mogę być już przekonany o prawdziwości faktów, to przynajmniej mogę wiernie oddać wrażenia wywołane przez owe fakty. Na nic więcej mnie nie stać.

Było nas trzech, a teraz pojawił się czwarty. Nie spodziewaliśmy się, że ta ściśle określona liczba powiększy się kiedykolwiek: etap nowych przymierzy i przyjaciół dawno minął, my zaś wyobrażaliśmy już sobie ucieczkę ze szkoły w prawdziwe życie. Nazywał się Adrian Finn, wysoki, nieśmiały chłopiec, który spuszczał wzrok i nie zdradzał swoich myśli. Przez ten pierwszy dzień czy dwa nie zwracaliśmy na niego szczególnej uwagi: w naszej szkole nie obowiązywała ceremonia powitalna, nie wspominając już o jej przeciwieństwie, bolesnej i karzącej inicjacji. Po prostu przyjęliśmy do wiadomości jego istnienie. I czekaliśmy.

Nauczyciele darzyli go większym zainteresowaniem niż my. Musieli przecież ocenić jego inteligencję i zmysł dyscypliny, zorientować się w jego wcześniejszych postępach i zdecydować, czy stanowi „odpowiedni materiał”. Rano, na trzeci dzień tego nowego roku szkolnego, mieliśmy lekcję historii ze Starym Joe Huntem, ironicznie przyjaznym w tym swoim garniturze z kamizelką; był nauczycielem, który utrzymywał w klasie porządek za sprawą dostatecznej, ale nie nadmiernej nudy.

– Jak z pewnością pamiętacie, prosiłem was, byście poczytali o panowaniu Henryka VIII – oznajmił na początek, a Colin, Alex i ja popatrzyliśmy na siebie zezem, z nadzieją, że pytanie nie wyląduje na głowie któregoś z nas niczym spławik rzucony przez wędkarza. – Kto zechciałby scharakteryzować ten okres? – Wyciągnął stosowny wniosek z naszych spuszczonych oczu. – No cóż, może Marshall. Jak opisałbyś rządy Henryka VIII?

Nasza ulga przewyższała naszą ciekawość merytoryczną, ponieważ Marshall był ostrożnym ignorantem, któremu brakowało pomysłowości zrodzonej z prawdziwej niewiedzy. W zadanym pytaniu zaczął się dopatrywać ukrytych komplikacji, nim w końcu sformułował odpowiedź.

– Panował niepokój, panie profesorze.

Wybuch z trudem kontrolowanej wesołości; sam Hunt niemal się uśmiechnął.

– Zechciałbyś to rozwinąć?

Marshall skinął z wolna głową, pomyślał jeszcze chwilę i doszedł do wniosku, że to nie pora na ostrożność.

– Powiedziałbym, że panował duży niepokój, panie profesorze.

– Spytajmy więc Finna. Orientujesz się w omawianym okresie?

Nowy chłopiec siedział rząd przede mną, z lewej. Dotychczas nie zareagował w widoczny sposób na idiotyzmy Marshalla.

– Obawiam się, że nie, panie profesorze. Istnieje jednak pewien sposób rozumowania, według którego wszystko, co można powiedzieć tak naprawdę o jakimkolwiek wydarzeniu historycznym – nawet o wybuchu pierwszej wojny światowej – sprowadza się do jednego: „Coś się stało”.

– Czyżby? No cóż, oznaczałoby to, że moja praca nie ma sensu, czyż nie?

Po krótkim i przypochlebnym śmiechu z naszej strony Stary Joe Hunt wybaczył nam wakacyjne rozleniwienie i oświecił w kwestii królewskiego rzeźnika poligamisty.

Na następnej przerwie odszukałem Finna.

– Jestem Tony Webster. – Popatrzył na mnie nieufnie. – Zażyłeś Hunta.

Wydawało się, że nie ma pojęcia, o co mi chodzi.

– Wiesz, tym „coś się stało” – wyjaśniłem.

– Ach, tak. Byłem raczej rozczarowany, że nie podjął tematu.

Nie to miał powiedzieć.

Kolejny szczegół, który pamiętam: my trzej, na znak naszego przymierza, nosiliśmy zegarki po wewnętrznej stronie nadgarstka. Była to oczywiście poza, ale może i coś więcej – dzięki temu czas wydawał się czymś osobistym, nawet sekretnym. Oczekiwaliśmy, że Adrian dostrzeże tę manierę i będzie ją naśladował. Nie poszedł jednak za naszym przykładem.

Tego samego dnia – a może nazajutrz – mieliśmy dwie lekcje angielskiego z Philem Dixonem, młodym nauczycielem świeżo po Cambridge. Lubił korzystać ze współczesnych tekstów i często rzucał nam niespodziewane wyzwania. „Narodziny kopulacja śmierć; T.S. Eliot twierdzi, że tylko o to chodzi. Jakieś komentarze?” Kiedyś przyrównał jednego z Szekspirowskich bohaterów do Kirka Douglasa w Spartakusie. I pamiętam też, że raz, gdy omawialiśmy poezję Teda Hughesa, przekrzywił po belfersku głowę i mruknął: „Oczywiście wszyscy się zastanawiamy, co będzie, kiedy już skończą mu się zwierzęta do tych wierszy”. Czasem zwracał się do nas per panowie. Uwielbialiśmy go, ma się rozumieć.

Tego popołudnia rozdał nam kartki z wierszem bez tytułu, daty czy nazwiska autora, powiedział, że mamy dziesięć minut, by się zastanowić nad utworem, a potem poprosił o komentarze.

– Może zaczniemy od ciebie, Finn? Ujmując to najprościej, co jest tematem tego wiersza?

Adrian podniósł wzrok znad swojej ławki.

– Eros i Tanatos, panie profesorze.

– Hm. Mów dalej.

– Seks i śmierć – ciągnął Finn, jakby w tylnych rzędach siedziały tępaki, które nie rozumieją greki. – Albo miłość i śmierć, jeśli pan woli. Pierwiastek erotyczny w każdym razie, pozostający w konflikcie z pierwiastkiem śmierci. I co z tego konfliktu wynika.

Byłem prawdopodobnie pod takim wrażeniem, że Dixon uznał je za przesadne.

– Podejmij wątek, Webster, i oświeć nas.

– Wydawało mi się, że to wiersz o płomykówce, panie profesorze.

Na tym właśnie polegała jedna z różnic między nami trzema a naszym nowym przyjacielem. Na ogół robiliśmy sobie jaja, z wyjątkiem chwili, kiedy zachowywaliśmy się poważnie. On na ogół zachowywał się poważnie, z wyjątkiem chwil, kiedy robił sobie jaja. Upłynęło trochę czasu, zanim się w tym zorientowaliśmy.

*

Adrian pozwolił się wchłonąć naszej grupie, nie dając po sobie poznać, że mu na tym zależy. Może rzeczywiście tak było. Nie zmienił też swoich poglądów, by dopasować je do naszych. W trakcie modlitwy porannej wygłaszał stosowne kwestie, podczas gdy Alex i ja tylko naśladowaliśmy słowa, a Colin preferował fortel polegający na entuzjastycznym i pseudożarliwym ryku. Nasza trójka uważała zajęcia sportowe za kryptofaszystowski plan mający na celu stłumienie popędu seksualnego; Adrian natomiast wstąpił do klubu szermierczego i uprawiał skok wzwyż. Z wojowniczą zajadłością wykazywaliśmy się głuchotą na muzykę; on przychodził do szkoły z klarnetem. Kiedy Colin potępiał własną rodzinę, ja wyśmiewałem system polityczny, Alex zaś czynił filozoficzne obiekcje wobec postrzeganej rzeczywistości i jej natury, Adrian zachowywał swoje opinie dla siebie – z początku przynajmniej. Odnosiło się wrażenie, że wierzy w pewne rzeczy. My też wierzyliśmy – z tą różnicą, że chcieliśmy wierzyć we własne rzeczy, a nie w to, co nam podsuwano, nie pytając nikogo o zdanie. Dlatego byliśmy przekonani o swoim oczyszczającym sceptycyzmie.

Szkoła była usytuowana w centrum Londynu i każdego dnia dojeżdżaliśmy z różnych dzielnic, zamieniając jeden system kontroli, ten rodzicielski, na drugi, ten edukacyjny. W owych czasach wszystko było prostsze: mniej pieniędzy, żadnych elektronicznych wynalazków, tyrania mody w formie szczątkowej, nieobecność dziewczyn. Nie istniało nic, co mogłoby nas odciągać od ludzkiego i synowskiego obowiązku, którym była nauka, zdawanie egzaminów, wykorzystywanie zdobytych kwalifikacji do znalezienia odpowiedniej pracy, a następnie urządzenie sobie życia, niegroźnie pełniejszego niż życie naszych rodziców; aprobowali to, przyrównując naszą teraźniejszość do swojej przeszłości, która była prostsza, a tym samym lepsza. Nikt oczywiście nie mówił o tym w ten sposób: szacowny społeczny darwinizm klasy średniej zawsze pozostawał domyślny.

– Pieprzeni dranie, ci rodzice – zaczął narzekać Colin pewnego poniedziałku, podczas przerwy na lunch. – Kiedy człowiek jest mały, to uważa, że są w porządku, a potem uświadamia sobie, że niczym się nie różnią od...

– ...Henryka VIII, Col? – podsunął Adrian.

Zaczęliśmy się już przyzwyczajać do jego zmysłu ironii, a także do tego, że mógł równie dobrze obrócić ją przeciwko nam. Kiedy zachowywał się prowokacyjnie albo chciał nas skłonić do powagi, zwracał się do mnie per Anthony; Alex zamieniał się w Alexandra, natomiast Colin, którego imię nijak nie dawało się wydłużyć, przybierał zdrobniałą formę Col.

– Nie pogniewałbym się, gdyby mój tata miał sześć martwych żon.

– I był niewiarygodnie bogaty.

– I żeby malował go Holbein.

– I żeby kazał się papieżowi odpieprzyć.

– Jakiś konkretny powód, dla którego nazywasz ich pieprzonymi draniami? – zwrócił się do Alexa Colin.

– Chciałem, żebyśmy wybrali się do wesołego miasteczka. Powiedzieli, że muszą podczas weekendu zająć się ogrodem.

Racja: pieprzeni dranie. Lecz nie dla Adriana, który słuchał naszych oskarżeń, ale rzadko się wtrącał. A jednak, jak się nam wydawało, miałby więcej powodów do narzekań niż większość ludzi. Przed laty odeszła jego matka, pozostawiając męża z synem i córką na głowie. Nikt wtedy nie znał pojęcia „samotnego rodzica wychowującego dzieci”; mówiło się „rozbity dom”, Adrian zaś był jedynym znanym nam człowiekiem, który z takiego domu pochodził. Powinno to na dobrą sprawę rozbudzić w nim niezmierzone pokłady egzystencjalnej wściekłości, ale jakoś do tego nie doszło; mówił, że kocha swoją matkę i szanuje ojca. Przeanalizowaliśmy na osobności jego przypadek, czego rezultatem była pewna teoria: klucz do szczęśliwego życia rodzinnego to brak rodziny – albo przynajmniej taka rodzina, która nie żyje razem. Dokonawszy tej analizy, jeszcze bardziej zazdrościliśmy Adrianowi.

W tamtych dniach wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy trzymani w jakimś kojcu, czekając, aż nas wypuszczą na wolność, i że gdy ten moment wreszcie nadejdzie, nasze życie – i sam czas – przyspieszy. Skąd mieliśmy wiedzieć, że tak czy owak to życie się zaczęło, że odnieśliśmy już pewne korzyści i doznaliśmy pewnych klęsk? I że nasze uwolnienie oznaczałoby jedynie przejście do większego kojca, którego granice byłyby z początku niedostrzegalne?

Tymczasem byliśmy spragnieni książek, seksu, merytokracji, anarchii. Wszelkiego rodzaju polityczne i społeczne systemy wydawały się nam skorumpowane, a jednak nie zamierzaliśmy rozważać jakiejkolwiek alternatywy z wyjątkiem hedonistycznego chaosu. Adrian jednakże nakłaniał nas, byśmy wierzyli w sens posługiwania się w życiu myślą, w tym znaczeniu, że działaniami powinny rządzić zasady. Wcześniej to Alex uchodził pośród nas za filozofa. Czytał dzieła, do których dwaj pozostali nigdy nie zajrzeli, i mógł na przykład oświadczyć nagle: „O czym nie da się mówić, to się musi przemilczeć”. Colin i ja rozważaliśmy przez chwilę tego rodzaju propozycje, potem uśmiechaliśmy się szeroko i gadaliśmy dalej. Teraz jednak pojawienie się Adriana oznaczało, że Alex utracił swoją pozycję – albo że mieliśmy do wyboru jeszcze jednego filozofa. Jeśli Alex czytywał Russella i Wittgensteina, to Adrian czytywał Camusa i Nietzschego. Ja czytywałem George’a Orwella i Aldousa Huxleya; Colin czytywał Baudelaire’a i Dostojewskiego. Przesadzam tylko nieznacznie z tymi lekturami.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

CZĘŚĆ DRUGA

Dostępne w wersji pełnej

Tytuł oryginału

THE SENSE OF AN ENDING

Redaktor prowadzący

Elżbieta Kobusińska

Redakcja

Mirosław Grabowski

Redakcja techniczna

Małgorzata Juźwik

Korekta

Jolanta Rososińska

Marianna Filipkowska

Copyright © Julian Barnes 2011

All rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Weltbild Polska Sp. z o.o., 2012

Copyright © for the e-book edition by Weltbild Polska Sp. z o.o., Warszawa 2012

Świat Książki

Warszawa 2012

Weltbild Polska Sp. z o.o.

ul. Hankiewicza 2, 02-103 Warszawa

Księgarnia internetowa: Weltbild.pl

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

ISBN 978-83-7799-923-3

Nr 90452327

Plik ePub opracowany przez firmę eLib.pl

al. Szucha 8, 00-582 Warszawa

e-mail: kontakt@elib.pl

www.eLib.pl