Pocztówki - Agnieszka Lis - ebook
Opis

PIERWSZA SERIA AGNIESZKI LIS!

 

Wakacje na Wyspach Kanaryjskich w styczniu, kiedy w Polsce jest szaro i zimno, wydają się strzałem w dziesiątkę. Słoneczne plaże, piękne widoki, hotel all inclusive. Żyć, nie umierać!

 

A jednak i w słonecznym raju nie zawsze może być idealnie. Trudno powstrzymać się od złośliwych komentarzy, widząc turystkę w zbyt skąpym stroju czy małżeństwo objadające się w hotelowej restauracji. Gdy okazuje się, że przewodnik testuje nową trasę, w której nie ma ani widoków ani wygód, maski opadają - do głosu dochodzą najgłębiej skrywane sekrety i ukrywane latami kłamstwa. Bohaterowie będą zmuszeni spojrzeć w głąb siebie i odkryć swoje prawdziwe ja.

 

Agnieszka Lis w swojej nowej powieści kreśli wyraziste portrety psychologiczne. Pokazuje jakie emocje rodzą się w nas, gdy wymarzone wakacje zamieniają się w nieporozumienie. Czy ten urlop na zawsze zmieni życie bohaterów?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 315

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Agnieszka Lis, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Redaktor prowadzący: Szymon Langowski

Redakcja: Agnieszka Czapczyk | panbook.pl

Korekta: Maria Moczko | panbook.pl

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki i stron tytułowych: Magda Bloch

Zdjęcie na okładce: Antonova Ganna | Shutterstock

Zdjęcie autorki na skrzydełku: Anika Nojszewska

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

eISBN 978-83-66278-57-8

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

fax: 61 853-80-75

redakcja@czwartastrona.pl

www.czwartastrona.pl

1

Agata, Darek i Kacper

O czwartej czterdzieści rano, szesnastego stycznia, był środek nocy. Jak każdego innego dnia.

Budzik nie miał skrupułów. Zadzwonił dokładnie o czwartej czterdzieści jeden, spóźniał się o minutę. Agata Lipińska nie lubiła budzika w telefonie – chociaż nigdy się nie spóźniał. Miała zawsze irracjonalne obawy, że telefon się rozładuje, zawiedzie. Z ustawionym alarmem w telefonie zwykle budziła się w nocy kilkakrotnie, za każdym razem przerażona, że zaspała. Nie potrafiła wtedy wypocząć.

Tego dnia szczególnie zależało jej na punktualności. Ustawiła więc budzik tradycyjny, ruski, z bazaru – ojciec kupił go, gdy była jeszcze dzieckiem. Wtedy bardzo jej się podobał, tata kupił go właściwie na jej prośbę. Czerwona plastikowa obudowa o dziwo przez blisko czterdzieści lat nie popękała ani nie wypłowiała, terkot budzika zaś wciąż potrafiłby poderwać umarlaka z trumny. Dwa okazałe dzwony rezonowały tak, że ustawione przy uchu, wywoływały drgania głowy.

Agata nie spała dobrze, dręczyły ją złe sny. W niektórych spóźniali się na lotnisko, w tych gorszych samolot rozbijał się zaraz po starcie. W jeszcze innym traciła kontrolę nad kierunkiem, w którym pchał ją tłum, gubiła z oczu rodzinę, bała się.

Latem już świta – pomyślała, zwlekając się z łóżka.

– Darek – powiedziała półgłosem, chrypiąc jeszcze po nocy. Bez odzewu. – Darek! – Powtórzyła głośniej.

– Wstaję, wstaję – odpowiedział mężczyzna, przeciągając się. – Nieludzka godzina – stwierdził, ziewając. – Anielcia kupiła już olej słonecznikowy?

– Ty znowu swoje – westchnęła Agata. – Idę budzić Kacpra – dodała.

Syn był niejako kopią ojca, tylko oczy miał po matce. Ciemne i z ciemną oprawą. Miał czternaście lat i związaną z wiekiem nieustanną potrzebę sprzeciwiania się rodzicom, uświadomił sobie jednak, że dzisiaj nie jest budzony do szkoły. Odchrząknął tylko coś niewyraźnie, żeby nie powiedzieć wprost „wstaję”. Być może zaniepokojona Agata po takiej zgodnej odzywce syna poszłaby po termometr. Kacper od trzech lat przeżywał rozterki dojrzewania i dla nikogo z rodziny to nie był łatwy czas.

Słyszała w sypialni krzątaninę męża, weszła do łazienki. Gdy z niej wyszła, była gotowa do drogi. Nie zamierzała szykować śniadania. Poszła prosto do przedpokoju.

Świeżo umyte, sięgające ramion czarne włosy rozsypywały się wokół twarzy. Zdyscyplinowała je okularami przeciwsłonecznymi, które nasunęła na czubek głowy jak opaskę. Poza tymi okularami cała była zimowa i ciemna. Czarne oczy podkreślone grubą czarną kreską, czarny opięty sweterek, obcisłe skórzane, czarne legginsy. Nasunęła czarne botki do kostki na piętnastocentymetrowym cienkim obcasie, pociągnęła wargi czerwoną matową szminką. Chanel, wyłącznie takiej używała. Chwyciła torebkę, tej samej marki.

Szczupła i efektowna, mogłaby uchodzić za seksowną i atrakcyjną, gdyby nie usta – nie schodził z nich wyraz niezadowolenia.

– Idziecie już? – Agata uchyliła drzwi przedpokoju, zza których słychać było męskie głosy. – Jestem gotowa!

– Idziemy, idziemy – odpowiedział Darek, wspierany pomrukiwaniem syna.

Schodzili po schodach, taszcząc trzy spore walizki. Nie były nadmiernie wypchane, Agata zostawiła miejsce na zakupy.

– Mówiłam, żebyście walizki znieśli wczoraj.

– Co się denerwujesz? Taksówka będzie dopiero za dziesięć minut.

– Jestem już gotowa – powtórzyła.

Darek na wszelki wypadek nie odpowiedział. Sam też był niewyspany, w tych warunkach jedno słowo za dużo mogło spowodować wybuch. A po cóż psuć sobie sam początek urlopu?

Ustawili walizki przy ścianie, Agata stała przed drzwiami, stukając obcasem.

– Na podróż, takie szpilki? Będzie ci niewygodnie – powiedział Darek.

– Pięćset kilometrów potrafię w takich przejechać, w samolocie też sobie poradzę.

– Ale to jest cztery i pół tysiąca, a nie pięćset – wtrącił Kacper.

Ojciec szturchnął syna.

– Nie pyskuj. Ubieraj się.

Chłopak wzruszył ramionami. Generalnie był milczący, otwierał usta głównie po to, by coś zanegować. Uczył się do niedawna nieźle, w ostatnim roku jednak oceny poszybowały w dół. Nie budowało to dobrej atmosfery w domu. Młody wolał więc siedzieć z nosem w telefonie. Teraz jego głównym zmartwieniem było upewnienie się, czy zabrał ładowarkę.

Kacper był szczupły, wręcz chudy, jak zwykle ubrany w dżinsy i t-shirt z kolorowym nadrukiem. Miał ciemne oczy i podobnie jak ojciec, krótko ostrzyżone włosy. O to dbała Agata – żeby rodzina dobrze wyglądała.

Darek guzdrał się najdłużej.

– Nie przygotowałeś sobie kurtki? – zapytała Agata z przekąsem.

– Wszystko przygotowałem, tylko okularów szukam.

– Więc nie wszystko – skwitowała.

Młody oparł się o ścianę i spokojnie czekał.

Darek był w końcu gotów. Średniego wzrostu, trochę misiowaty, z niewielkim brzuszkiem, sprawiał sympatyczne wrażenie. Miał włosy w ciepłym odcieniu ciemny blond, ciut dłuższe niż zwyczajowo na męskich głowach, co było celowym zabiegiem fryzjerskim. Piwne oczy patrzyły ciepło i na ogół wprost na rozmówcę, co wzbudzało zaufanie. W przeciwieństwie do żony, zupełnie nie rzucał się w oczy.

– Jest taksówka – powiedziała Agata, wyglądając przez szybkę w drzwiach.

Młody odkleił się od ściany na wyraźny znak matki i chwycił walizkę.

– O ku…! – wyrwało mu się, gdy wyszedł na zewnątrz. Było minus jedenaście stopni, wiało i padał śnieg.

2

Sandra, Luiza i Patrycja

W śródmieściu o czwartej czterdzieści szesnastego stycznia był taki sam środek nocy jak na Bemowie. A jednak było jasno. Sandra, Luiza i Patrycja Wielickie mieszkały na wprost dużego neonu, dzięki czemu w ich przypadku powiedzenie o „mieście, które nigdy nie śpi” było nadzwyczaj trafne. Przywykły już jednak, a sześcioletnia Patrycja w ogóle nie wyobrażała sobie prawdziwie ciemnej nocy.

Również godzina nie wydawała im się abstrakcyjna. Luiza od wielu lat pracowała po sąsiedzku, na stoisku mięsnym w Hali Mirowskiej, wstawała więc wcześnie. Sandra od niedawna pracowała w Biedronce na Grzybowskiej, przysłowiowy rzut beretem od matki. Często stawiała się w pracy przed szóstą, bo to i dostawę trzeba było przyjąć, i towar po sklepie rozwieźć. Zwyczajowo Wielickie wstawały przed piątą, mała Patrycja najczęściej szła z babcią na godzinę do hali, potem, na siódmą, odprowadzana była do przedszkola numer 1, do którego chodziła kiedyś także Sandra. Niewiele się w nim zmieniło, standardem pozostało także to, że nieodmiennie witał je uśmiechnięty personel. Niedawno odmalowane, było blisko, wystarczyło przejść przez niewielki park, aleję Drzewieckiego, miało zatem wszelkie możliwe atuty. Zazwyczaj Patrycja była w przedszkolu jako pierwsze z dzieci, jeszcze przed siódmą; lubiła tam przychodzić, chociaż lubiła także siedzieć w kącie stoiska babci, przyglądając się krojeniu i odważaniu mięsa.

Luiza, Sandra i Patrycja nie wyjeżdżały często. Właściwie prawie w ogóle nie wyjeżdżały. Czasami w upalne dni jechały SKM nad Świder. Na ten – daleki – wyjazd Sandra namawiała matkę od kilku lat, zawsze jednak coś stawało na przeszkodzie. Zbierały i oszczędzały, ale w międzyczasie trzeba było wymienić kanapę, kupić weselny prezent dla córki ciotki, która niespodziewanie w siedemnastym roku życia miała zostać mamą… Zawsze coś przeszkadzało w spełnieniu marzenia o dalekich i ciepłych krajach. Aż w końcu Sandra zauważyła na drzwiach agencji turystycznej, obok której codziennie przechodziła, ofertę last minute tak atrakcyjną, że wpłaciła zaliczkę i postawiła matkę przed faktem dokonanym.

Wczesnoporanne wstanie nie było dla żadnej z nich problemem, nie różniło się zasadniczo od dnia codziennego. Było jednak podszyte wielkimi emocjami. Luiza była kiedyś za granicą, na pielgrzymce u papieża. Jechała wtedy autokarem, po drodze zwiedziła Wiedeń i Pragę. Samolotem żadna z nich nie leciała jeszcze nigdy.

Spakowane były od dwóch dni. Walizki ważyły kilkakrotnie, żadna nie przekraczała dozwolonej wagi. Luiza odkładała, dokładała, Sandra powtarzała to samo po matce. Patrycja ciągle donosiła jakąś zabawkę, Sandra wkładała ją do walizki – by wyjąć, gdy dziewczynka nie widziała.

– Wzięłaś ręczniki? – pytała nerwowo Luiza.

– Będą tam – odpowiadała Sandra.

– A jak będzie za mało? – pytała retorycznie matka i dokładała dwa ręczniki do bagażu.

Sandra wyjmowała je później, wymieniając na dodatkowy kostium kąpielowy, sprzed dwóch lat wprawdzie, ale ciągle dobry.

Może się tam trafi kto ciekawy – myślała. – Będę mogła się przebrać.

Dwudziestoośmiolatka miała żal do świata, że jej ukochany zniknął jak sen złoty, gdy tylko test ciążowy pokazał dwie kreski. Teraz, stojąc przed lustrem, zebrała w efektowny kuc na czubku głowy długie blond włosy. Regularnie rozjaśniane, były przesuszone, a fryzura eksponowała rozdwojone końcówki. Sandra obejrzała świeżo zrobione paznokcie – były długie i elektryzujące, po dwa czerwone i dwa pomarańczowe na każdej ręce, środkowe palce miały paznokcie srebrne.

Zagęszczone specjalnie na wyjazd rzęsy, kruczoczarne i wywinięte jak szczotki na myjni samochodowej, bardzo jej się podobały. Na ich tle intensywnie modre oczy wydawały się jeszcze bardziej niebieskie. Jak oczy jej matki. A przecież o tym nie pisały na pewno żadne gazety. O lazurze oczu proporcjonalnym do długości rzęs.

Będę sobie takie ekstra rzęsy robić częściej, nie tylko na wyjazd – pomyślała Sandra.

Dziewczyna dbała o siebie – była bardzo szczupła, wręcz chuda. Niedojadała, co zupełnie jej nie przeszkadzało. Uważała, że w ten sposób nie tylko o siebie dba, ale także oszczędza, a pieniędzy nigdy nie miała za wiele. Wcisnęła się w bardzo obcisłe dżinsy i trykotową różową bluzeczkę z cekinowym wzorem.

– Idziemy! – zarządziła piskliwym głosem, gdy wyszła z łazienki.

– Też mi – prychnęła Luiza. – Siedziałaś tam pół dnia, nie jesteś jedyna. – Po czym zamknęła drzwi od środka.

Luiza przebolała już swój los samotnej matki i dawno przestała szukać partnera. Głośno o tym zresztą mówiła.

– W moim wieku już nie ma potrzeby – powtarzała często. – Chłop to tylko obowiązek. Ugotuj, upierz, popieść. Do niczego mi to niepotrzebne.

Przestała też w związku z tym ostentacyjnie dbać o siebie, nie tleniła włosów, nie malowała się. Nie malowała nawet paznokci, zniszczonych, jak i całe ręce, od noszenia skrzynek z mięsem, codziennie w porannym chłodzie. Marzła, ale nie zakładała rękawic ani nie smarowała dłoni kremem. Przed wyjazdem jednak poszła do fryzjerki – namówiła ją na eleganckie podcięcie włosów i balejaż, którego nigdy wcześniej Luiza nie robiła. Czuła się w nim… dziwnie. W lustrze spoglądała na nią inna kobieta. Niby ta sama twarz, z tymi samymi zmarszczkami i śladami po licznych zmartwieniach, zmęczona i szara, a jednak – w jakiś tajemny sposób elegancka.

Może będę sobie robić na głowie takie coś częściej? – zastanawiała się Luiza.

Zapięła bardzo obcisłe dżinsy, miała figurę nastolatki. Na czarną koszulkę założyła luźny szary sweter i wyszła do córki i wnuczki. Czekały na nią, siedząc na walizkach, już w butach i kurtkach, trzymały czapki w rękach.

– Babciu, a kupisz mi loda? – zapytała Patrycja, patrząc niebieskimi oczami na babkę. Jasnoblond loki rozsypały się wokół szalika. Na wyjazd Sandra nakleiła na paznokcie córki białe kwiatki. Zanim babka odpowiedziała, Patrycja już oglądała swoje rączki, wciąż zachwycona efektem.

– I będziesz mi częściej, mama, takie naklejać, prawda? – zapytała piskliwym głosem, modulowanym dokładnie tak, jak robiła to Sandra.

– Będę, będę – odpowiedziała ta nieuważnie.

– Tak chyba nie pojedziecie! – Luiza patrzyła wstrząśnięta na kusą czarną spódniczkę wnuczki, podszytą kilkoma warstwami tiulu, z naszytymi dżetami. – Przecież ona zamarznie!

– Tam jest dwadzieścia pięć stopni – odpowiedziała Sandra.

Luiza pokręciła głową. – Ale tutaj…

– Zakładaj czapkę – przerwała jej Sandra, zwracając się córki.

– Uważaj, mamo, na psinki! – odpowiedziała dziewczynka, osłaniając przed czapką dwa różowe jednorożce. – Żeby nie zgubić!

– Spinki, nie psinki. Będę uważać.

Pomimo dyskusji szesnastego stycznia nad ranem Wielickie zebrały się sprawnie. Zdążyły na SKM o piątej pięćdziesiąt trzy z dworca Śródmieście.

3

Julita i Zbyszek

– Idź już do auta – powiedziała Julita Szałomska, wiecznie odchudzająca się czterdziestolatka.

– Śtoi w garaźu, nie trzeba go grzać – odparł zapatrzony w rudowłosą żonę Zbyszek. – Daj bagaź, źaniośę.

Wysoki i szczupły, o lekko szpakowatych ciemnych włosach, robił piorunujące wrażenie na kobietach. Dopóki nie otworzył ust. Żaden logopeda nie był w stanie pomóc, szczególnie w mowie swobodnej. Podczas wielkich prezentacji Zbyszek mówił poprawnie, cyzelując każde s, z, c i dz oraz sz, ż, cz i dż. Na co dzień próby poprawnego mówienia storpedowała Julita, która szybko się zorientowała, że chętnych kandydatek do boku obrotnego i przystojnego męża jest bez liku, a gdy mówił dużo – jakby mniej. „Jakby mniej” podobało jej się bardziej.

– Pięknie wyglądaś – powiedział do żony Szałomski, przytulając ją zdecydowanym ruchem. Wtulił twarz w gęste rude loki, które zwyczajowo nosiła puszczone luźno aż do pasa. Julita odruchowo spojrzała w lustro. Mleczna cera, mnóstwo piegów, niemal w kolorze mlecznej czekolady, prawie jak włosy. I jak oczy. Okrągłe usta, z lekko rozmytym konturem. Nie lubiła siebie. Uważała się za rozmazaną i niewyraźną.

Przeglądając się w lustrze, dostrzegła na brązowej spódnicy plamę.

Jak mogłam nie zauważyć? – zastanawiała się. – Całą spódnicę sobie zapaprała… Klęła na potęgę! W myślach, oczywiście.

– Moja rubenśowśka piękność. – Zbyszek miał inne zdanie na temat urody żony.

Wywinęła się z jego objęć. Nerwowo ruszyła do garderoby, przed którą stanęła bezradnie. Nadmiar nigdy nie ułatwia wyboru, a decyzja Julity musiała oscylować wokół niezliczonych spódnic: za kolano, do pół łydki lub do kostek i kolorów: brązowego, kasztanowego i czekoladowego. Czasem przebłyskiwał zielony i szary, ale w innej części szafy.

– Następnym razem nie będziemy kupowali wycieczki z tak wczesnym odlotem – powiedziała Julita, patrząc w lustro w przedpokoju, gdy wróciła przebrana. Poprawiła na wydatnym biuście puchaty szary sweter, obciągnęła kasztanową spódnicę z grubej wełny, krytycznie oceniając pospieszny wybór. Obróciła się, zerkając na łydki w brązowych matowych rajstopach. Dzięki tym kolorom praktycznie nie było jej widać. Dla osób postronnych Julita zlewała się w wielką ciepłą plamę.

– Przecieź źmieniono nam godzinę odlotu – odpowiedział Zbyszek, wpatrując się w żonę z zachwytem.

– No tak, pamiętam. Pierwotnie była tam czternasta czterdzieści. Rzeczywiście. Okropna gapa ze mnie. Jesteś gotów?

Zbyszek kiwnął głową.

Otworzył przed żoną drzwi. Niezwykle operatywny biznesmen był w stanie zapewnić rodzinie wszystko. Począwszy od eleganckiego domu w podwarszawskiej Lesznowoli, aż po luksusowe przedmioty codziennego użytku. Julita mogła być rozrzutną panią domu, i taką była. Z nudów poszła do pracy, na pół etatu, jako sekretarka. Miała tylko jeden warunek – biuro nie mogło być daleko od domu, na dojazdy była zbyt delikatna. Miało to być wyjście do ludzi, pretekst do ubrania się. Trafiła do firmy dwóch Wietnamczyków. Szefów więcej nie było niż byli, zadaniem Julity było odbieranie telefonów i informowanie właścicieli o pojawiających się sprawach. Obcokrajowcy mówili po polsku, zniekształcając go jednak dość silnie, więc Julita tłumaczyła ich polski na nasz i pisała listy. Czasami. Nasza mowa ojczysta po wietnamsku sprawiała Julicie przyjemność – przypominała sposób mówienia Zbyszka, do którego przywykła i który ją rozczulał. Większość spraw szefowie załatwiali sami, Julita była właściwie tylko dla pozoru. Przyniosła tam kilka doniczkowych kwiatków, bujnie rosły pod jej czujnym okiem. Parzyła dobre herbaty. Używała odświeżaczy powietrza. Dwa razy w tygodniu pojawiała się księgowa i raz w tygodniu sprzątaczka. „Wyjście do ludzi” nie było więc najtrafniejszym opisem jej pracy, jednak Julicie wystarczało. Resztę potrzeb towarzyskich realizowała na zakupach.

Zbyszek ze zniewalającym uśmiechem przepuścił żonę w drzwiach do garażu. Jego uśmiech po prostu taki był, i już. Zniewalający odruchowo. Podobnie działała jego wysportowana sylwetka, trzy razy w tygodniu utrwalana na siłowni, i zawsze nienagannie odprasowany ubiór. W walizce leżącej w bagażniku mercedesa nie miał ani jednego t-shirta, wyłącznie koszulki polo z niegniotącej się bawełny. I odprasowane cztery pary szortów. I turystyczne żelazko.

– Okropna godzina – powiedziała Julita, sadowiąc się wygodnie w aucie. Od razu po włączeniu silnika uruchomiła podgrzewanie siedzenia. – Trochę jestem niewyspana.

– Ale kochanie, będziemy dzięki temu mieli duźo ćaśu na miejśću.

– Tak, kochanie, to dobra wiadomość – odparła Julita. – Jedźmy już.

4

Lotnisko

Jak każde większe lotnisko na świecie, Okęcie o godzinie szóstej rano było w środku dnia. Walizki, wózki, pośpiech. Kolejka do odprawy ich lotu zakręcała osiem razy, Agata była niezadowolona.

– To właściwie skandal – mówiła do Darka, który potakiwał w milczeniu. On wciąż ziewał i mrużył oczy. – Tylko dwa stanowiska, a ludzi? Ze trzysta osób – gardłowała oburzona Agata. – Dwudziesty pierwszy wiek! Jak bydło nas traktują!

Darek nie słuchał uważnie. Przesuwał walizki, posapując. Kacper stał obok i patrzył w smartfona. Agata mówiła cały czas.

– Nie rozpychaj się – powiedziała Luiza do wnuczki.

– Ale mi zimno – odpowiedziała dziewczynka.

– Tu ciepło jest, nie marudź, zaraz się rozgrzejesz.

– Straszny tłok – wtrąciła Sandra.

– Otwierają następne okienko – dopowiedziała Luiza.

– A mi jest gorąco! – poskarżyła się Patrycja.

– To się zdecyduj, zimno czy gorąco – zapytała Sandra, kucając przed małą.

– Było zimno, ale teraz jest gorąco. Bo się rozgrzałam. Uważaj! – krzyknęła do matki zdejmującej jej czapkę. – Bo pogubisz jednorożce!

– Jednorożce, jasne. Przypniemy jeszcze raz. Kurtkę też zdejmujemy?

– Co ty pytasz sześciolatkę. Zdejmuj i już – wtrąciła się babka.

– Pani uważa! – Sandra zdenerwowała się, gdy potrąciła ją przechodząca Agata.

– Przepraszam. Taki tu tłok okropny. – Agata przeszła dalej.

– Proszę. – Julita podała Sandrze spinkę z jednorożcem, która wypadła jej z dłoni, gdy podpierała się ręką przed upadkiem. – Pomóc pani?

– Ja pomogę, ty śobie śtań i się nie kłopoć – powiedział Zbyszek.

– Ale pani jest ładna! – Patrycja zachwyciła się Julitą. – Całkiem ciepła!

– Nie mów tak do pani! – wtrąciła Luiza.

– Nie powiedziała przecież niczego złego.

– Straszny tu tłok dzisiaj – powtórzyła Sandra, wstając z kucek.

– Tak jest chyba zawsze przy czarterach – odpowiedziała Julita. – Ale już następne okienko otwierają.

– Dla ciebie to nawet okienka otwierają – odpowiedział Zbyszek. – Moja źona to najmilśa ośoba pod śłońćem. – Skierował słowa do Sandry i Luizy, ale odwróciło się kilka głów.

– A ten pan jest bliski z brzydka – wyszeptała Patrycja do matki na tyle głośno, że usłyszało kilka osób. Sandra się skupiła.

– Kochanie, tak nie można…

– Nić nie śkodzi – powiedział. – Pani się nie przejmuje. To tylko dziećko.

– Ale obciach – powiedziała Agata do Darka. – Całe szczęście, że otworzyli trzecie okienko.

Kolejka przesuwała się sprawnie. Do dwóch młodych dziewczyn, jednej bardzo chudej, drugiej grubej jak serdelek, dołączył śniady chłopak.

– Szczęście, że jesteś – powiedziała gruba, której kusa spódniczka podjechała tuż pod pachwinę. – Zaraz by nas tu zjedli.

– Oj tam, zaraz zjedli, nieobudzeni jeszcze, napoczęliby tylko. Zobaczcie, większość ziewa.

– Ziewa, ziewa, jak nie musi czekać w kolejce. – Zaśmiała się pierwsza. – Do roboty!

– Już się robi! – Chłopak zasalutował, chociaż już siedział przy stanowisku i odpalał komputer.

– Masz taśmę? Jak na złość mi się skończyła.

– Proszę – odpowiedział chłopak, podając grubej koleżance rolkę. Uśmiechał się szelmowsko.

– No weź! Ty zobacz, co on mi dał! – poskarżyła się chudej.

– Taśmę – odpowiedziała pierwsza, czekając akurat, aż kolejni pasażerowie włożą walizkę na podajnik.

– Do kodów kreskowych – odpowiedziała gruba, ocierając urojoną łezkę. – A ja chciałam do identyfikatorów.

– Żarcik taki – odparł chłopak, podając dziewczynie właściwą taśmę.

– Zobacz, ta trójka świetnie się bawi – powiedziała Agata do Darka. Zbliżali się już do stanowiska.

– To dobrze. O tej godzinie trzeba się śmiać, inaczej człowiek zaśnie – odpowiedział Darek, znów ziewając.

Agata prychnęła.

– Może byłoby szybciej, gdyby nie te żarciki? – powiedziała do dziewczyny za kontuarem. Chuda zacisnęła usta w krzywym uśmiechu.

– Coś jeszcze do nadania? – odpowiedziała.

Agata pokręciła głową. Dziewczyna zdjęła z drukarki karty pokładowe, przy ostatniej drukarka się zacięła. Bez problemu mogła wydrukować kartę na stanowisku koleżanki, wolała jednak wyciągnąć zacięty papier, otworzyć pokrywę, zresetować drukarkę… Wszystko to i tak musiała zrobić, mogła jednak w międzyczasie poprosić koleżankę o wydruk karty dla Kacpra. Nie zrobiła tego, uśmiechając się niewinnie do Agaty.

– Nie mamy za dużo czasu! – Agata, rozzłoszczona, spojrzała na kolejkę do kontroli bezpieczeństwa. – Chciałam jeszcze zakupy w bezcłowym zrobić!

Darek po prostu chwycił żonę pod rękę i lekko pociągnął.

– Nie ma co się denerwować, kochanie – powiedział. – I tak musisz przejść security, nerwy nie pomogą.

Ochrona uwijała się bardzo szybko. Agata jednak wygięła usta, gdy kazano jej zdjąć wysokie botki, a potem otworzyć torebkę. Zabrano jej dużą tubę kremu do rąk, o którym zupełnie zapomniała przy pakowaniu.

Darek przeszedł praktycznie bez kontroli. Buty, pasek – standard, który go nie zirytował. Kacper zorientował się w zmianie położenia w przestrzeni wyłącznie dlatego, że zabrano mu smartfona.

– Zamierzałam zrobić zakupy! – powtórzyła Agata już po drugiej stronie.

– To idź – odpowiedział Darek. – Czekamy przy bramce.

I po prostu odwrócił się w drugą stronę. Spojrzał na zegarek. Prawie dwadzieścia minut do otwarcia gejtu. I tak wyda za dużo. Usiadł w niewielkiej kawiarni. Tylko na lotnisku można było o tej porze spotkać w pełni sprawną intelektualnie obsługę.

Zlani potem kelnerzy nieśli nad głowami zmatowiałe kufle piwa, pokrzykując ochryple i wrogo: „Przepraszam, obywatelu!” – wyszeptał. Kacper nie zwracał uwagi na ojca.

Julita ze Zbyszkiem trafili na krótką kolejkę. Szybko przeszli kontrolę bezpieczeństwa i niemal równocześnie z Agatą i Darkiem znaleźli się po drugiej stronie.

– Mam jeszcze prawie dwadzieścia minut! – Julita się ucieszyła. – Pójdę pochodzić po sklepach.

– Oćywiście, moja ty Wenuś, kochana moja. Idź po śklepach i kup, ćo potrzeba.

Nic nie było trzeba, ale Julita wróciła do męża z kilkoma torbami zakupów. Apaszka od Hermesa, baleriny od Ferragamo, trochę kosmetyków.

Sandra, Luiza i Patrycja przeszły odprawę najpóźniej. Dziewczynka denerwowała się, być może przejęła emocje od babki.

– Muszę zdejmować buciki? – zapytała, wtulając nos w mamę.

– Musisz, kochanie.

– Nie chcę. – Podkówka na buzi małej nie wróżyła spokojnej podróży.

– Pomogę ci – odpowiedziała Sandra.

Zajęło im to sporo czasu, w końcu, spocone i zmęczone, przeszły kontrolę.

Jak to dobrze, że mam mało czasu – pomyślała Sandra. – Nie stać mnie na te sklepy – westchnęła.

– Mamo, idziemy do sklepu – radośnie wykrzyknęła mała.

– Śpieszymy się na samolot. – Babka złapała ją za rękę.

Nie wchodziły do sklepów, ale Patrycja oglądała uważnie niemal każdą wystawę. Przypadkiem udało im się pójść stroną, na której nie było wystawy z zabawkami. Dzięki temu doszły do bramki idealnie o czasie, niemal równocześnie z Agatą. Podobnie jak Julita, Agata miała ze sobą kilka reklamówek, w każdej była tylko jedna rzecz.

Agata zaległa na siedzeniu obok Darka i powiedziała:

– Jeszcze się ta nasza podróż nie zaczęła, a już jestem zmęczona.

– Jesteśmy niewyspani. – Mąż wzruszył ramionami.

– Jest strasznie wcześnie, tak dobrze jest się w ciebie wtulić – powiedziała Julita do Zbyszka dwa rzędy dalej.

– Nudno tu siedzieć, mamoooo – kaprysiła Patrycja. Luiza siedziała obok ze zsuniętymi kolanami i rękami złożonymi w małdrzyk. Sandra przytuliła małą. – Zaraz wchodzimy na pokład – powiedziała.

– Ciii… – Darek pochylił się do ucha żony, widząc, że ta znów chce coś powiedzieć. – Szminka ci się rozmazała.

5

Samolot

– Popatrz, dziura w skarpetce – powiedziała Sandra, wystawiając w stronę córki stopę z neonowo pomarańczowym lakierem na paluchu prawej nogi.

Dziewczynka się zaśmiała.

– Nie rozbawiaj jej, bo nigdy nie zaśnie – odezwała się Luiza.

– Zobacz, jak oni się zachowują – skomentowała Agata, siedząca obok Darka w następnym rzędzie. – Girę wystawia na wierzch, jakby to coś pięknego było. Dobrze, że jest rano, przynajmniej jeszcze nie śmierdzi.

Sandra odwróciła się gwałtownie. W tym samym momencie Patrycja usiadła na kolanach matki, odwracając jej uwagę. Szeptały chwilę, potem Sandra ignorowała Agatę.

– Spójrz, jakie widoki – westchnęła Julita. Samolot wzbił się już na wysokość przelotową, na ziemi ciemne chmury leżały ludziom niemal na głowach, sypiąc co rusz śniegiem. Tutaj słońce oślepiało. – Te obłoki od góry wyglądają jak wata cukrowa. Aż chciałoby się po nich spacerować.

– Lepiej nie śpaćerować po takich chmurach – żachnął się Zbyszek.

Julita się uśmiechnęła. – Oczywiście, kochanie. A zauważyłeś, jak niemiła jest ta wysoka czarna kobieta? – powiedziała, subtelnie wskazując brodą w kierunku Agaty.

– Ona nie jeśt wyśoka – odpowiedział Zbyszek. – Ani ćarna. Ma śkórę białą jak śnieg.

– Masz rację, kochanie. – Julita oparła się o ramię męża.

Lot upływał spokojnie. Co rusz ktoś szeleścił kanapką, rozchodził się wtedy zapach wędliny, kabanosów, sera, a nawet i czosnku. Czarterowy lot nie oferował darmowych posiłków, można było je oczywiście kupić, jednak większość pasażerów miała jedzenie ze sobą.

– Wafelka – powiedziała Patrycja sennie. – Chciałabym wafelka.

– Nie po to płaciłyśmy tyle pieniędzy za przelot, żeby teraz wydawać na bzdury – odparła Luiza.

– Kupię ci na miejscu – powiedziała Sandra, głaszcząc małą po główce. Dziewczynka ułożyła się matce na kolanach, przykryta swetrem, zasypiała.

– Mamo, nie przesadzaj, nie zbankrutujemy od wafelka – powiedziała do Luizy Sandra, gdy Patrycja już zasnęła.

– Grosz do grosza – odparła Luiza.

– Chyba kupię sobie kanapkę – stwierdził Darek, ziewając.

– Mnie też kup – wtrącił Kacper.

– Proszę, jak o jedzeniu mowa, to ci słuch odetkało – skomentowała Agata. – Nie ma mowy. Mamy jedzenie. Kanapki, mandarynki, banany. Do wyboru, do koloru. Kacper, sięgnij po tę zieloną siatkę, nad twoją głową, w schowku.

Młody niechętnie odłożył telefon, który wcześniej wyłączył tylko na moment startu.

Agata wyciągnęła kanapki, każdą zawiniętą osobno w woskowany papier i foliowy woreczek. Sięgnęła też po torbę z owocami, wyjmując trzy dorodne mandarynki.

Posiłek przygotowała poprzedniego dnia wieczorem. Postępowała zgodnie z wcześniej przygotowaną listą – zakupy, kolejność pakowania, kolor torebek. Rano tylko sięgnęła do lodówki, wyjęła zamknięty, gotowy pakunek, nawet wilgotne chusteczki się w nim znalazły. W lodówce.

Żeby nie zapomnieć – myślała Agata w wieczór poprzedzający wylot.

Teraz w samolocie rozszedł się smakowity zapach cytrusów, wielu pasażerów przełykało ślinę. Tylko Kacper się skrzywił.

– Musisz zawsze kombinować? – burknął do matki. – Nie możesz po prostu dać zwyczajnej kanapki?

– Nie marudź, jedz – odparł ojciec w imieniu Agaty. – Panie Archibaldzie, gdyby tak wódeczki… – powiedział cicho do siebie.

– Nie zaczynaj! – warknęła Agata.

– To nie jest zbyt kulturalne, takie pachnące jedzenie wyciągać w zamkniętym pomieszczeniu – wyszeptała Julita do ucha Zbyszkowi.

– Zawśe moglibyśmy siedzieć obok tych, ćo jedźą śledzie – odszepnął.

Lot się dłużył. Trochę atrakcji sprawiły turbulencje, podczas których część pasażerów trzymała się kurczowo oparć foteli. Inni profilaktycznie sięgali po torebki. Jeszcze inni nawet się nie obudzili.

Lądowanie było krótkie. Śmiesznie wyglądały ciężkie kurtki, które pasażerowie wynosili przerzucone przez ramię. Na Lanzarote były dwadzieścia dwa stopnie, kanaryjska zima.

6

Wyspa

– Chciałabym tu mieszkać – powiedziała Agata do męża.

– Nie da się jeździć na nartach. – Darek pokręcił głową.

Kacper nie wypuszczał telefonu z rąk, chociaż przeszkadzał mu w niesieniu torby i kurtki.

– Ale nie umarł. Otwarłszy nieco oczy, zobaczył, że siedzi na czymś kamiennym, a dokoła coś szumi. Kiedy otworzył oczy jak należy, pojął, że szumi morze, że co więcej, fale kołyszą mu się u stóp i że, krótko mówiąc, siedzi na samym końcu mola, mając nad sobą lśniące błękitem niebo, za sobą zaś białe miasto na wzniesieniach – wyszeptał Darek tak cicho, że nikt tego nie usłyszał.

– Chciałabym tu mieszkać – powiedziała Sandra do Luizy. Matka tylko prychnęła, odpowiedziała za to Patrycja:

– Możemy, mamusiu? Możemy tu zamieszkać?

– Chciałabym tu mieszkać – powiedziała z łagodnym uśmiechem Julita wprost do ucha Zbyszka.

– Jeśće nawet nie dojechaliśmy na miejśće. Poćekaj!

– Kocham ciepło, przecież wiesz – odpowiedziała.

Prawie dwieście osób wysypało się z samolotu. Podjechały dwa autobusy, na niewielkim lotnisku pasażerowie sprawiali wrażenie porozrzucanej stonki. Po odebraniu bagażu każdy zatrzymywał się niepewnie za rozsuwanymi drzwiami. Większość szybko odnajdowała swoich rezydentów, kierowali się do autobusów, w ciągu kilku minut niewielka hala lotniska opustoszała.

– Ale że o co chodzi? – powiedziała Agata głośno.

– Chyba na nas nikt nie czeka – skwitował Darek.

– Nie ćeka? Nie ćeka? – zdenerwował się Zbyszek. – Na waś teź?

– I chyba jeszcze na nas – dodała Sandra. Patrycja wkleiła się w matkę.

– To nasze biuro to chyba nie ten tego – dodał Darek.

– I co teraz? – Luiza skuliła ramiona, niepewna, czy odnajdą swój hotel.

– A tam? – Agata pokazała palcem na wystraszoną długowłosą blondynkę stojącą przy wyjściu z hali przylotów. – Ona ma chyba tabliczkę z nazwą tego – tfu! – biura.

– Zobacz, niemiła i niekulturalna – powiedziała na ucho Zbyszkowi Julita. – Złości się i jeszcze pokazuje palcem.

Ruszyli, ciągnąc za sobą walizki.

– Na państwa chyba jeszcze czekamy! – zaćwierkała blondwłosa.

– Szkoda, że nie tam, gdzie się pani spodziewaliśmy – głośno powiedziała Agata, nie patrząc w oczy dziewczynie.

– Ale dobrze, że panią znaleźliśmy – dodała miękko Julita.

– Teraz musicie się państwo udać wzdłuż tej żółtej linii aż do autobusu numer dziewiętnaście. Pojedziecie nim państwo prosto do hotelu.

– Wzdłuż tej linii? Traktuje nas jak debili – powiedziała Agata do Darka, wszyscy ją jednak słyszeli. – Wystarczyłoby powiedzieć, że do autobusu.

– Trzeba iść wzdłuż. – Dziewczyna mówiła coraz ciszej – potem wjechać windą, i tam będzie dworzec.

– Trafimy. Zapewne – powiedziała głośno Agata.

– Państwo nie macie opieki rezydenta, ale ja jutro do was przyjadę. O dziesiątej trzydzieści – powiedziała do wychodzącej już grupy.

– Nie mamy opieki? – Agata porzuciła walizkę w samym przejściu. – Jak to nie mamy rezydenta?

– Tak jest w pakiecie. – Dziewczyna prawie szeptała.

– Co ty nam kupiłeś? – Agata zwróciła się do męża. Darek jednak już wyszedł, razem z Kacprem, wciąż zapatrzonym w ekran smartfona. Agata ze złością szarpnęła rączkę walizki.

– Naprawdę nie mamy rezydenta? – zapytała Julita cichym, pełnym przejęcia głosem.

– Ale ja do państwa przyjadę – powiedziała dziewczyna. – I w razie potrzeby służę pomocą.

– Który to był autobus? – Upewniała się Julita.

– Chodź, kochanie, dziewiętnaście. Ja pamiętam.

Autobus czekał na stanowisku z otwartymi bagażnikami, błyszczący jakby przed chwilą wyjechał z myjni. Tak pewnie było. Kierowca miał na sobie białą koszulę z krótkim rękawem i czarną kamizelkę. Odbierał bagaże i układał je starannie w luku, cały czas się uśmiechając, jakby praca bagażowego – kierowcy była marzeniem jego życia. Podróżni wyglądali egzotycznie z przerzuconymi przez ręce kurtkami, swetrami, w grubych rajstopach i długich spodniach. Z rękawa kurtki Patrycji zwisał szalik, zamiatał ulicę. Agata przyglądała się temu z zainteresowaniem.

– Szalik się pani wysunął. – Julita zwróciła Sandrze uwagę.

– Długo tak będziemy czekać? – zapytała Agata, wzdychając głęboko. Siedziała już na swoim miejscu w autobusie, obok niej było wolne miejsce. Sąsiednie siedzenia zajmowali Darek z Kacprem. Pozostali pasażerowie usiedli w innej części pojazdu.

– Pewnie aż do odjazdu – mruknął Darek.

– Bardzo śmieszne.

– Długo tak będziemy jechać? – zapytała Agata po kwadransie od odpalenia silników.

– Aż do końca – odpowiedział Kacper. Agata, zdumiona faktem, że syn uczestniczy w rzeczywistości, nawet się nie skrzywiła.

– W sumie ze czterdzieści minut. Jedziemy w inną część wyspy – odpowiedział Darek po chwili.

– To sprawdziłeś, ale o rezydenta nie zadbałeś, co?

– Nie przyszło mi do głowy, że renomowane biuro wypuści nas ot tak, bez opieki.

– Ile razy mam ci tłumaczyć, że ufać to można sobie? Innych trzeba sprawdzać.

Z przodu autobusu Patrycja położyła się znów na kolanach matki.

– Zmęczona? – ta zapytała retorycznie.

– Niech się tak nie kładzie, spadnie jeszcze – wtrąciła Luiza z sąsiedniego siedzenia.

– Pięknie tu – powiedziała rozmarzonym głosem Julita do Zbyszka.

7

Hotel

Oddalony od plaży przynajmniej o półtora kilometra hotel raził bielą. Zgodnie z folderem miał być w „drugiej linii zabudowy”, czyli fakt, że nie było widać oceanu, nie wydawał się niepokojący. Budynek był okrągły, prezentował się efektownie. Szerokie przeszklone wejście okalały wysokie kolumny, do drzwi prowadziły trzy białe, głębokie schody. W środku witał podróżnych ciepły w kolorze kamień na posadzce i wygodna recepcja z długim blatem. Z boku bar zachęcał wystawioną butelką szampana na stoliku przy wejściu.

– To też all inclusive? – zapytała Agata Darka.

– Chyba – odszepnął.

Kacper usiadł po drugiej stronie szerokiego lobby, zapadając się w beżową kanapę.

Julita przystanęła przy wyjściu na taras. Wyszła na niego, zostawiając Zbyszka z walizkami na środku wielkiego hallu. – Jak pięknie! – powiedziała głośno.

– Cóż za emfaza – skomentowała Agata. Sama jednak, gdy już z bagażami szli w kierunku bungalowu numer 5234, zrobiła to samo.

Z tarasu, na który goście wychodzili z wielkiej sali recepcyjnej przez przeszkloną ścianę, rozciągał się widok na sadzawkę z widowiskową fontanną. Na wprost odbijała słońce turkusowa woda z dwóch podgrzewanych basenów. Na lewo, na kolejnym tarasie, pysznił się długi bar z porozstawianymi wokół rattanowymi krzesłami. Było biało, turkusowo i słonecznie.

Wszyscy przybyli wyglądali śmiesznie – w ubraniach z długimi rękawami, objuczeni płaszczami i puchowymi kurtkami.

– Mamo, idę się kąpać! – Usłyszeli głos Patrycji.

– Uważaj, tu za głęboko! No chyba nie puścisz jej samej? – Od razu zripostował głos Luizy.

– Kochanie, najpierw się rozpakujemy – odpowiedziała Sandra.

– Pić mi się chce – powiedziała mała.

Agata przyglądała się, jak Sandra z córką, pozostawiwszy bagaże w samym środku jednego z przejść, ruszyły w stronę baru. Sandra z daleka świeciła. Różową bluzką, cekinami, długim blond kucem i zbyt obcisłymi dżinsami. Z daleka też było widać, że jest samotną matką, tak przynajmniej uważała Agata, chociaż nie umiałaby wytłumaczyć, dlaczego tak sądziła. A jednak… gdy dziewczyna szła przez drewniany podest, wcale nie wyglądała tandetnie. Agata zastanawiała się chwilę, jak mogłaby ją określić. I nie potrafiła wymyślić nic ponad „świecąca”, przy czym w tym momencie to określenie nie wydało jej się pejoratywne.

Gdy weszli do pokoju 5234, Kacper, nie wypuszczając smartfona z ręki, usiadł na kanapie. Nie zainteresował się telewizorem, widokiem, drugim pokojem. Na wyraźne syknięcie matki wniósł bagaże do pokoju, byle jak postawił przy ścianie i znów usiadł. Agata otworzyła drzwi do sypialni, zlustrowała w niej szafę, sprawdziła palcem brak kurzu pod łóżkiem. Darek obserwował żonę oparty o ścianę.

– Ciebie to nie interesuje? – skomentowała.

– Ależ oczywiście. Interesuje. Ale przecież sprawdzisz lepiej.

Agata wzruszyła ramionami, przeszła obok męża i otworzyła drzwi do łazienki.

– Bardzo proszę do kąpieli – zaprosiła kobieta. Pod jej ręką rozsunęła się wewnętrzna ściana, odsłaniając łazienkę i doskonale urządzoną ubikację – wyrecytował Darek.

– Ty naprawdę znasz chyba całość na pamięć – powiedziała, wzruszając ramionami.

– Całości nie. Ale prawie – odpowiedział.

Agata zostawiła Darka z Kacprem w pokoju i ruszyła na zwiedzanie okolicy. Poza podgrzewanymi basenami przed hotelowym lobby z tyłu kompleksu znajdował się wielki aquapark. Kilkanaście zjeżdżalni, większych, mniejszych, minigolf, brodziki i baseny. Głównie płytkie, dziecięce. Oprócz tego kort tenisowy, grill, tor wyścigowy dla dziecięcych samochodów. Raj dla dzieci, ale Agata była przekonana, że perspektywa tenisa i trzy największe zjeżdżalnie spodobają się także Kacprowi. Obeszła cały teren hotelu, zajęło jej to blisko pół godziny, chociaż szła, jak zwykle, szybkim marszem.

Agata zresztą zawsze się śpieszyła – tego wymagała jej praca. Była marketingowcem w międzynarodowym koncernie farmaceutycznym. Bezpośrednio podlegała jej grupa kilku osób, jednak licząc wszystkich współpracowników, także zewnętrznych, można by się doliczyć ponad dwudziestu. Musiała w pracy ogarniać co najmniej kilka spraw równocześnie, i robiła to skutecznie. Nauczyła się perfekcyjnej organizacji i nie rozumiała, jak można z czymś „nie zdążyć”. Zarządzała nie tylko ludźmi i projektami, także domem i rodziną, do czego wszyscy wokół przywykli. Jeśli Agata nie „zarządziła”, obiad nie był odgrzany. Bilety na zaplanowaną imprezę – niekupione. Wizyta lekarska – nieodbyta, bo Agata nie przypomniała. Oboje, Darek i Agata, kończyli razem studia. Fizjoterapia dla Darka była trochę przypadkiem, dla Agaty świadomym wyborem. Jej mama cierpiała na poważne schorzenia kręgosłupa, córka pomagała jej, jak umiała. A reszty postanowiła się nauczyć. W trakcie jej studiów mama zmarła, ale Agata ukończyła wybrany kierunek – bo zwykła kończyć to, co zaczęła.

Potem obydwoje, najpierw narzeczeni, potem małżonkowie, ukończyli zarządzanie i marketing. Darek zamierzał pracować w biznesie, ale to Agata przebojem dostała pracę w światowym koncernie. I tak już zostało.

Darek zrealizował ich wspólne marzenie – założył gabinet masażu leczniczego, z czasem tworząc sieć renomowanych miejsc, do których przychodzili znerwicowani i zestresowani menadżerowie wielkiego biznesu. Mieli chore kręgosłupy, obolałe barki, zaciśnięte szczęki, a Darek pomagał im wrócić do stanu względnego komfortu. Na początku masował sam, teraz zatrudniał już kilkunastu masażystów.

– Twoja firma to nasza przyszłość – mawiała Agata.

Także Darek dbał o rodzinę. Agata twierdziła, że nie ma na to czasu, ale nawet i ona poddawała się rygorowi wspólnych rowerowych wycieczek, regularnego pływania raz w tygodniu i nieużywania windy. Nie dała się tylko namówić na tenisa, w którego z upodobaniem grali ojciec i syn. W świecie doskonale zorganizowanym przez Agatę sport, a raczej rekreacja, był obszarem Darka, na którym rządził niepodzielnie i autorytatywnie. Być może tutaj właśnie wyżywał się, oddając pozostałe pola żonie.

Pokoje dla wszystkich przybyłych były podobne. Julita szła za Zbyszkiem, rozglądając się uważnie, co chwila wydając okrzyki zachwytu.

– Może zatrzymajmy się tu, w barze. – Uśmiechnęła się do męża. – Tak jest gorąco.

– Oćywiście, duśko – odpowiedział, odstawiając walizki na skraj betonowego chodnika. Marzył o czymś zimnym, choć wolałby najpierw odnieść bagaże i przede wszystkim schować na dno szafy ciepłe okrycia, swetry i szaliki. Usiadł obok żony, która z błyskiem w oku niosła dwa plastikowe kubeczki wypełnione musującym płynem.

– Zobacz, mają tu niebieskiego szampana! – Cieszyła się.

Zbyszek wypił duszkiem. Julita sączyła napój jeszcze wtedy, gdy Zbyszek kończył drugie piwo. Na koniec beknął i zakrył usta dłonią.

– Przepraśam! – powiedział, chowając głowę w ramiona.

– Och, kochanie – odpowiedziała Julita. – Jakbyś trochę wolniej pił…

– Oćywiście. Tak zrobię.

Zbyszek czuł, jak koszula przykleja mu się do ciała.

– Ja juś pójdę, odśtawię waliźki.

– Idziemy razem, kochanie – odpowiedziała Julita, wstając z gracją od stolika.

W pokoju numer 5246 było czysto i miło, ale gorąco.

– Tu nie działa klimatyzacja, nie ma nawet pilota! – wykrzyknęła Julita.

Zbyszek uśmiechnął się sztucznie.

– Juź, kochanie, idę do rećepćji.

Drogę wzdłuż basenu, obok baru, przebył szybkim marszem. W recepcji okazało się, że pilot i basenowe ręczniki są dostępne za kaucją, Zbyszek z zadowoleniem zatrzymał się w barze w drodze powrotnej. W pokoju uruchomił klimę, wskoczył pod prysznic i uznał życie za piękne.

Pokój 5250 niczym nie różnił się od pozostałych. W małym pokoju miały spać Sandra z Patrycją, w większym Luiza. Patrycja już z daleka wypatrzyła wyłaniającą się zza zakrętu wysoką wodną zjeżdżalnię.

– Idziemy! Tam, mamusiu! Idziemy!

– Powoli, najpierw się rozpakujemy, coś zjemy, odpoczniemy. Jutro pójdziemy – odpowiedziała za Sandrę Luiza.

Mała posmutniała.

– Szybko się rozpakujemy i coś zjemy. A potem pójdziemy na zjeżdżalnię. – Sandra prostowała sytuację.

– No wiesz, podważasz moje zdanie. – Luiza wyraźnie była obrażona.

– Ale to ja powinnam decydować – odpowiedziała córka.

– Całe życie ci poświęciłam. – Luiza się zdenerwowała. – Zawsze z tobą i dla ciebie. A ty mi tak…

– Mamo – przerwała jej Sandra – znowu zaczynasz? Wiem, wychowałaś mnie sama i dla mnie się poświęcałaś. Ja też wychowuję Patrycję sama.

– Bo ten twój chłoptaś, od razu mówiłam!

Sandra przełknęła ślinę. Drżały jej wargi. – Mówiłaś. Nie wiem, jaki był ten twój chłoptaś, ale może wreszcie powinnaś przestać wypominać mi mojego, tylko sobie kogoś znaleźć!

– Nie wiesz, co mówisz, dziecko. W moim wieku nie wypada. Ty powinnaś sobie kogoś znaleźć. Jesteś młoda i piękna – rzuciła Luiza ze źle skrywaną zazdrością.

– Ale ty też wyglądasz młodo. A ja nikogo nie znajdę, bo każdego przeganiasz. Rozejrzyj się, może w końcu ktoś ci się spodoba. Idziemy – powiedziała do Patrycji, która słuchała tej wymiany zdań bez zainteresowania. Była przyzwyczajona.