Wydawca: Instytut Wydawniczy Latarnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 906 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Poczet królowych polskich - Marcin Szczygielski

Poczet królowych polskich. Powieść i klucz” to powieść obyczajowa pisana z sensacyjnym zacięciem, kryminał splatający polskie i żydowskie losy oraz niezwykły romans, w którym to mężczyźni okazują się słabą płcią. Marcin Szczygielski prezentuje historię kilku pokoleń Polek, które są paniami własnego losu w czasach, w których przyszło im żyć. Co łączy przedwojenną gwiazdę kina, ideową komunistkę i współczesną singielkę?

Nowa powieść Marcina Szczygielskiego to wielowątkowa rodzinna historia, tajemnicze zmiany tożsamości głównych bohaterek oraz niewygodna fortuna, która zamiast wielkim szczęściem okazuje się niechcianym dziedzictwem.

Autor bestsellerowego Berka przygląda się losom polsko-żydowskich społeczności, którym daleko było do harmonijnego współistnienia. Wydobywa na światło dzienne mroczne kulisy przedwojennego showbiznesu, wyrafinowany półświatek wileńskich dandysów i lal czyli gejów.

Poczet królowych polskich to również niezwykły portret Warszawy i Wilna lat 30. Nowoczesna, tętniąca życiem stolica zestawiona jest z dekadenckim Wilnem, miastem w którym to polscy oficerowie dopuszczają się zbrodni. Autor proponuje całkowicie niesztampowy i nieromantyczny, obraz pomników polskiej martyrologii. Nad wszystkim zaś unosi się duch przedwojennej królowej polskiego kina Iny Benity, postaci nietuzinkowej, po której ślad zaginą wraz z upadkiem Powstania Warszawskiego.

Szokujący bieg wydarzeń, wyraziści bohaterowie prowadzący ryzykowną grę oraz niezwykła dbałość o historyczne detale sprawiają, że książkę Marcina Szczygielskiego czyta się z zapartym tchem, niczym psychologiczny thriller i niepokorny portret Polski XX i początku XXI wieku.

Opinie o ebooku Poczet królowych polskich - Marcin Szczygielski

Fragment ebooka Poczet królowych polskich - Marcin Szczygielski

Projekt okładki i stron tytułowych

Marcin Szczygielski

Redakcja

Anna Nastulanka

Strona tytułowa – reprodukcja obrazu „Pranie” Andrzeja Wróblewskiego, za zgodą Muzeum Narodowego w Warszawie

© Copyright by Marcin Szczygielski, 2011

© Copyright by Oficyna Wydawnicza AS, 2012

© Copyright by Instytut Wydawniczy Latarnik, 2012 Zdjęcie autora

© Oficyna Wydawnicza AS

Projekt typograficzny i skład komputerowy

Oficyna Wydawnicza AS

ISBN 978-83-60000-83-0

INSTYTUT WYDAWNICZY LATARNIK

IM. ZYGMUNTA KAŁUŻYŃSKIEGO

Warszawa, ul. Cypryjska 89

tel./fax 22 614 28 34

e-mail: latarnik@latarnik.com.plsklep@latarnik.com.pl

Marketing i promocja: Bartosz Dworzyński

e-mail: dworzynski@latarnik.com.pl

Zapraszamy do księgarni internetowej

www.latarnik.com.pl

oraz na nasz profil na portalu Facebook

www.facebook.com/iwlatarnik

Warszawa 2012

Wydanie II

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

Marcin Szczygielski

Pisarz, dziennikarz i grafik. Debiutował bestsellerową powieścią PL-BOY, potem ukazały się: Wiosna PL-BOYa, Nasturcje i ćwoki, Farfocle namiętności.

2007 r. otworzył nowy rozdział w twórczości Szczygielskiego – ukazał się Berek, historia geja i przedstawicielki moherowych beretów, których pozornie nie łączy nic poza wzajemną nienawiścią. Książka szybko stała się bestsellerem, a autorska adaptacja teatralna wyreżyserowana przez Andrzeja Rozhina z Ewą Kasprzyk i Pawłem Małaszyńskim w rolach głównych od kilku lat przyciąga tłumy widzów do warszawskiego teatru Kwadrat. W lutym 2010 r. w warszawskim teatrze Komedia Tomasz Dutkiewicz wyreżyserował kolejną sztukę pisarza – Wydmuszkę - z Anną Guzik i Joanną Liszowską w obsadzie. Jesienią 2011 r. w tym samym teatrze odbyła się premiera sztuki Szczygielskiego Furie z Teresą Lipowską w roli głównej.

Wiosną 2010 r. ukazały się Bierki, kolejna część cyklu Kroniki nierówności, zapoczątkowanego przez Berka. Również ta powieść trafiła na listy bestsellerów.

Odrębnym rozdziałem literackiej aktywności Szczygielskiego są książki dla dzieci i młodzieży. Pierwszą z nich była Omega - powieść o przygodach dwunastoletniej fanki gier komputerowych, dla której rzeczywistość w niebezpieczny sposób zaczyna mieszać się ze światem wirtualnym. Książka, zilustrowana przez Bartka Arobala, w 2010 r. trafiła na Listę Skarbów Muzeum Literatury Dziecięcej i została wyróżniona w konkursie im. Hanny Skrobiszewskiej oraz w konkursie Najpiękniejsze Książki Roku organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek. Rok później otrzymała nagrodę Książka Roku 2010 Polskiej Sekcji IBBY.

Kolejną powieść dla młodzieży, Czarny Młyn, opowiadającą o dzieciach z popegeerowskiej wioski, które muszą zmierzyć się z bezosobowym złem czyhającym w ruinach pobliskiego kombinatu, Marcin Szczygielski napisał na Konkurs Literacki im. Astrid Lindgren organizowany w ramach akcji Cała Polska Czyta Dzieciom. Jury uznało Czarny Młyn za najlepszą spośród wszystkich 580 nadesłanych prac, przyznając mu Grand Prix i statuetkę Pippi Langstrumpf, a także I nagrodę w kategorii powieści dla dzieci w wieku od dziesięciu do czternastu lat.

Trzecią książką autora skierowaną do młodszych nastolatków jest powieść Za niebieskimi drzwiami, która wiosną 2011 roku została nominowana – zarówno przez jury dziecięce, jak i profesjonalne – do Nagrody DONGA, kontynuatorki wieloletniej tradycji konkursu Dziecięcy Bestseller Roku, otrzymując nagrodę główną Dużego Donga od jury profesjonalnego i wyróżnienie od jury dziecięcego. Powieść Za niebieskimi drzwiami otrzymała także II nagrodę w kolejnej edycji konkursu literackiego im. Hanny Skrobiszewskiej i podobnie jak Omega została wpisana na Listę Skarbów Muzeum Literatury Dziecięcej.

Książki tego autora:

• PL-BOY (2003)

• Wiosna PL-BOYa (2004)

• Kuchnia na ciężkie czasy (2004)

• Nasturcje i ćwoki (2005)

• Farfocle namiętności (2006)

• Berek (2007)

• Omega (2009)

• Bierki (2010)

• Za niebieskimi drzwiami (2010)

• Czarny Młyn (2011)

• Furie i inne groteski (2011)

Doświadczenie? Doświadczenie

nauczyło mnie przede wszystkim tego,

że śmierć to coś, co spotyka innych.

Ina Benita

– Czy pani nie jest czasem Polką?

– Czasem jestem. A czasem nie.

Hela Rufeisen

Ina, według mitologii hawajskiej, była jedną z najpiękniejszych i najmądrzejszych kobiet, jakie kiedykolwiek narodziły się na Hawajach. Pożądali jej wszyscy mężczyzni, bez względu na wiek i pochodzenie. Zmęczona bezustanną adoracją, opuściła Ziemię i osiedliła się na Księżycu, stając się z czasem boginią Srebrnego Globu.

Według podań mieszkańców Tahiti Ina była żoną boga węgorzy. Znudzona mężem i życiem wśród swojego ludu, opuściła fale i pod pretekstem poszukiwania lepszego jedzenia udała się na ląd. Tam spotkała i poślubiła śmiertelnika Maui, wroga węgorzy. Gdy rozgniewany bóg węgorzy wyruszył, by odebrać Maui swoją żonę, ten za pomocą fortelu pozbawił go życia, rozczłonkował ciało boga, a jego głowę zakopał w ziemi między ścianami chaty, w której mieszkał wraz z Iną.

Słowo ina można wywieść od łacińskiego regina, czyli królowa.

Równie dobrze można jednak skojarzyć je z łacińskim słowem inane oznaczającym próżnię.

CZĘŚĆ IDYSOCJACJA

Jeżeli na ciecz w zbiorniku zamkniętym wywierane jest ciśnienie zewnętrzne, to ciśnienie wewnątrz zbiornika jest wszędzie jednakowe i równe ciśnieniu zewnętrznemu.

Blaise Pascal

Nic nie ciąży tak jak sekret.

Róża Król

Prawo to zostało unieważnione za sprawą konstytucji Księstwa Warszawskiego uchwalonej 22 lipca 1807 roku, jednak zaledwie na dwa miesiące. 7 października 1807 zostało przywrócone wraz z innymi wcześniejszymi przepisami dyskryminującymi polskich Żydów. Zapis ten, choć martwy, pozostawał w mocy prawnej aż do 1921 roku – do czasu konstytucji marcowej.

„Moja Przyjaciółka”

Ilustrowany Dwutygodnik Kobiecy

lipiec 1938 r.

Potężne i równocześnie tajemnicze jest milczące królestwo śmierci. Próżno mu się przeciwstawiać! Wśród licznych dogmatów ten jeden najgroźniej, najwięcej nieubłaganie głosi nam koniec doczesnego istnienia, choć z drugiej strony, jakby dla wynagrodzenia powyższego, rzuca światu triumfalną prawdę o nowym, doskonalszym życiu pozagrobowym.

Nie myślimy jednak o tym ostatnim, gdy tracimy kogoś najdroższego. Zupełnie inne uczucia przepełniają wówczas naszą duszę, bo wiemy tylko jedno: odeszło od nas na zawsze najbliższe, najukochańsze serce i żadna siła ziemska już go powrócić nam nie zdoła. Boli nas dusza, płaczemy, cierpimy. I ten nasz stan wewnętrzny to jakby hołd naszej pamięci w stosunku do zmarłego, jakby ekwiwalent za jego życzliwość i dobroć, których nam nie skąpił za dni swego życia…

Pragniemy zatem i zewnętrznie dostroić się do swego stanu wewnętrznego. Przywdziewamy więc żałobę.

Sztuką jest wielką dostosować się w życiu do każdej okoliczności, a więc pewnego rodzaju sztuką będzie dostosowanie się do wymogów tradycyjnej żałoby. Specjalnie łatwo przyjdzie to paniom, które żałobę mogą uzewnętrznić na różny sposób, nie tracąc przy tym nic na wdzięku, co jest dla kobiety bardzo ważne. Mało na tym, częstokroć czerń żałoby uwydatnia i wysubtelnia kobiecą urodę. Pani, która wyglądała w kolorowej sukience banalnie i nikło, nagle w kirach wydaje nam się porywająco ładna.

Najważniejsze przy żałobie to odpowiedni kapelusz z długim welonem, który jest błogosławieństwem dla wielu kobiet. Poza kapeluszem należy pamiętać i o reszcie stroju. Jeżeli warunki materialne osoby osieroconej pozwolą, warto powierzyć robotę żałoby krawcowej, która o wszystkim pomyśli. Na suknię do ciężkiej żałoby najodpowiedniejsza będzie wełniana żorżeta lub woal wełniany; do lżejszej – crepe de chine gładki lub crepe marocain. Fason sukni i okrycia jak najskromniejszy bez żadnych wybryków mody. Nieodzowną dawniej angielską krepę zastąpiła zupełnie żorżeta – welony żorżetowe nosi się nawet na pogrzeb najbliższych, jak mąż lub rodzice. Jeżeli jednak wyższa cena nie stanowi różnicy, angielska krepa, choć mało używana, wygląda zawsze znacznie bardziej majestatycznie, a osoba w nią spowita robi wrażenie uosobienia boleści.

Co do bielizny, o ile nie nosi się czarnych kombinacji, to tylko biała. Osoba mająca subtelne poczucie dobrego smaku pod żadnym pozorem nie włoży kolorowej bielizny pod żałobną suknię!

Żałobę po rodzicach i współmałżonkach nosi się rok i sześć tygodni. Po dziadkach – sześć miesięcy. Po starszym bracie i siostrze również, po młodszym rodzeństwie wystarczą trzy miesiące. Rodzice po dorosłych dzieciach – jeden rok, po małych – pół roku lub wcale. Dzieci w młodszym wieku do lat czternastu noszą po rodzicach białe sukienki z czarnymi kokardami.

Ze strojów żałobnych do zwykłych należy przechodzić zwolna i umiarkowanie. Żałoba bowiem to symbol smutku i żalu, a więc nie należy się z nią rozstawać, jak z pewnego rodzaju pańszczyzną lub ciężkim obowiązkiem.

Maria Zemmlerówna

I

Królowa płonie. Stoi w oknie pierwszego piętra, w sypialni rodziców. Przez moment zastanawiam się, co tam robiła. Prawie nigdy nie opuszcza przecież parteru, a właściwie kuchni. Przelotna myśl. Na ulicy tłum, ludzie wrzeszczą. Ktoś przyciska mnie mocno do boku, Mańka zawodzi monotonnie niczym pies, któremu ktoś złamał łapę. Ja milczę. Królowa też. Otwiera szeroko usta, wznosi ręce, zupełnie jakby pozdrawiała zgromadzonych w dole poddanych. Płomienie pełzną po jej sukience, docierają do potężnych piersi. A jednak Królowa milczy. Może po prostu jej nie słyszę? Nie sądzę. W końcu po co miałaby krzyczeć? Sama przecież mawiała, że człowiek krzykiem ognia nie ugasi.

– Skacz! Skacz! – wrzeszczą ludzie jednym głosem, niemal skandują jak podczas meczu lub wyścigów konnych.

Nie skacz – myślę. Ludzie podają sobie wiadro, wychlapując na bruk jego zawartość. Jakiś mężczyzna chlusta resztą wody w drzwi do sieni, za którymi trzaska ogień. Nawet ja – choć mam zaledwie trzynaście lat – zdaję sobie sprawę z bezcelowości tych poczynań. Dom jest już stracony. Moje nieliczne zabawki, łóżko, szafa z sukienkami. Warsztat ojca, kuchnia z koślawym kredensem. Matka. Ojciec. Ale jeszcze nie Królowa. Królowa jeszcze ma szansę, liczę jednak, że jej nie wykorzysta. Głodnym, skrajnie przerażonym, a zarazem pełnym fascynacji wzrokiem pożeram każdą sekundę tej chwili. To mój pierwszy koniec świata, obserwuję go z bezpiecznej odległości. Co teraz będzie? Czuję na twarzy żar płomieni, ale nie czuję bólu. Wiele lat później przekonam się, że większość ludzi skrycie o czymś takim marzy – przyglądać się końcowi świata. Z bezpiecznej odległości.

– Skacz, kobieto! – drą się ludzie.

Mogłaby, w końcu to tylko pierwsze piętro. Małe prawdopodobieństwo, by stała jej się większa krzywda przy upadku. Może Królowa ma lęk wysokości? Absurdalne. Po prostu chce spłonąć. Dokąd by poszła? Woli stanąć w ogniu niczym krzew gorejący.

Jednak nie. Gdy płomień dociera do złocistej, ciężkiej korony jej warkoczy zaplecionych wokół głowy, chwyta framugę okna, opiera kolano o parapet. Wstrzymuję oddech. Nagle zapada się podłoga sypialni. W mgnieniu oka Królowa znika w oszałamiającym snopie iskier, niczym magik podczas cyrkowego pokazu. Gwóźdź programu.

– Ooooooo! – wołają ludzie jednym głosem.

Mańka mdleje, osuwa się na kamienny bruk Kawęczyńskiej. Ktoś ją podnosi, zamyka w ramionach. Stoję samotnie, nogi mi dygoczą. Po chwili zapada się dach naszego domu, płomienie strzelają wysoko w chmurne, granitowe niebo październikowego wieczoru. Ludzie nagle rozbiegają się jak mrówki, dociera do nich, że za chwilę ogień może przenieść się na sąsiednie domy. Unoszę twarz, przyglądam się iskrom, które wirują w górze i niczym gwiazdy odcinają się od ciemnoszarego tła obłoków. Na mój policzek spada pierwsza kropla deszczu. Potem druga. Krople spadają coraz gęściej, zmieniają się w ulewę. Koniec końca świata. Ogień słabnie z gniewnym sykiem, przesłaniają go smugi pary. Kobiety zarzucają sobie fartuchy na głowy, rozbiegają się do domów. Ktoś łapie mnie za rękę i ciągnie za sobą. Idę bezwolnie, chwytając w usta krople deszczu. Mają delikatny posmak dymu i popiołu. Jak w wędzarni.

Nikt mi jeszcze tego nie powiedział, ale ja wiem, że wszyscy nie żyją. Ojciec. I moja matka. No i oczywiście Królowa, choć tego akurat mogę być pewna, widziałam. Pierwszy z moich końców świata. Znaczący, choć w sumie – w odróżnieniu od następnych – raczej kameralny. Teraz już płaczę, ale chyba jeszcze nie ze smutku.

II

– Magda. – Żółwik wtyka głowę przez uchylone drzwi sali konferencyjnej.

– Która Magda? – Barrakuda rzuca jej wściekłe spojrzenie. – Spotkanie jest!

– Wiem, ale… – Żółwik oblizuje nerwowo usteczka umalowane jasnoróżową, tandetną szminką – …ale ja mam coś ważnego do Magdy. Król. Prywatną wiadomość mam. Bo dzwonili.

Dzwonili? Ciekawe, w którym kościele. We łbie jej chyba zadzwoniło, pewnie ten jej maleńki móżdżek zagrzechotał w czaszce. Idiotka, przerywa mi w najważniejszym momencie. Właśnie miałam negocjować procent od reklam.

– Nie teraz – warczę.

– Ale to chyba takie jakby ważne… – miauczy Żółwik z nieszczęśliwą miną.

– Co jest takie ważne? – pyta Barrakuda.

Druga Magda, ta z multimediów, wznosi na pokaz oczy do sufitu i wzdycha. Prywatna wiadomość, a tu takie istotne sprawy, uzgadniamy e-wydania, sedno rzeczywistości. Leniwa cipa, nawet pojęcia nie ma, jak sprzedać produkt, a na mnie oczy do sufitu podnosi.

– Nie teraz! – syczę do Żółwika. – Zaraz przyjdę.

– Ale kiedy to ważne… – sekretarka pojękuje, wytrzeszczając oczy.

Barrakuda kląska językiem ze zniecierpliwieniem.

– No! To mów już – wzdycha boleściwie.

– Ale kiedy to tak. Raczej w cztery oczy powinnam chyba – Żółwik potrząsa strzechą platynowych loczków. Zupełnie jakby ktoś podrzucił kopiasty talerz makaronu.

– Aśka, albo mówisz, albo wychodzisz – odzywam się złym głosem. – Przestań dupę zawracać, my naprawdę jesteśmy zajęte.

– Ale… – zaczyna Żółwik.

– Wyjdź – przerywam jej.

– Kiedy twoja matka nie żyje – wyrzuca z siebie dziewczyna. – Zadzwonili z Solca, to jest ze szpitala. Miała jakiś udar. Zmarła godzinę temu. Masz tam jechać.

– Oooo! – odzywa się osłupiałym tonem Barrakuda, zupełnie jakby Żółwik w czarodziejski sposób wypuściła zza bujnego dekoltu stadko białych gołębi.

Wypadam z roli. Przez chwilę tępym wzrokiem wpatruję się w Żółwika. Żółwik wlepia oczy we mnie, zresztą Barrakuda, druga Magda, Paulina z marketingu i Ninka od grafików też się gapią. Mrugam kilka razy. Słowa Żółwika brzęczą mi w uszach, ale nie łapię sensu. Matka? Jak to matka? Skąd niby w szpitalu mieli telefon do wydawnictwa?

– Zaraz – mówię.

Żółwik robi okrągłe oczy i cofa głowę. Zamyka za sobą drzwi. Odchrząkuję, przekładam wydruk prezentacji leżący przede mną na blacie stołu.

– No więc tak… – zaczynam. – Na początek musimy się oprzeć na reklamie krzyżowej, bo to jest narzędzie, które niemal nic nas nie kosztuje. Reklama internetowa wciąż ma marginalny charakter, nawet jeśli skorzystamy z know-how Hiszpanów, to i tak musimy się liczyć z tym, że u nas.

– Magda, czy ty słyszałaś, co ona powiedziała? – przerywa mi Barrakuda.

– Słucham? – odrywam oczy od wydruków.

– Twoja matka nie… Zmarła – Barrakuda wciąż wlepia we mnie osłupiałe oczy.

– A tak – mówię. – Słyszałam. Ale to jakaś bzdura.

W sali konferencyjnej zapada całkowita cisza. Mimo że siedzimy na dwudziestym piętrze biurowca, w którym nie otwiera się ani jedno okno, słychać cichy szum silników samochodów krążących po rondzie ONZ daleko w dole.

– My zresztą i tak nie byłyśmy ze sobą blisko. Prawie nie utrzymywałyśmy ze sobą kon… – odzywam się po zbyt długiej chwili i urywam w pół słowa.

Totalnie surrealistyczna sytuacja.

– To ja może. Chyba pojadę, co? – mówię.

– Tak – Barrakuda rzuca mi przeciągłe spojrzenie i odwraca głowę. – Przykro mi.

– Przepraszam – podnoszę się z krzesła.

Starannie zbieram wydruki, składam równo kartki i chowam je do pomarańczowej, kartonowej teczki.

Na wszelki wypadek z recepcji dzwonię do szpitala na Solcu, żeby upewnić się, że Żółwik nie wpuszcza mnie w kanał. Tak. Zofia Król, córka Marii. Zgon nastąpił o jedenastej rano. Co ja robiłam o jedenastej? Drukowałam prezentację i szykowałam się do spotkania. Piłam kawę.

Upał uderza mnie jak ciężarówka, gdy wychodzę z błyszczącego, klimatyzowanego holu biurowca na chodnik przed budynkiem. Powinnam poczekać w środku, aż taksówka podjedzie, zobaczyłabym ją przecież przez szyby. Ale już nie zawrócę, na fotelach obok wind siedziała naczelna „Fitu” z jakimś facetem. Miałam jej do dwunastej przesłać grafik spotów radiowych nowego numeru. Całkiem zapomniałam.

Nieruchome powietrze drży lekko nad asfaltem, niebo wygląda jak odwrócona do góry nogami błękitna, emaliowana miska, pod którą ktoś zapalił żarówkę. Zdejmuję żakiet, sprawdzam, czy nie mam plam potu pod pachami. Mam oczywiście. Uświadamiam sobie, że niepotrzebnie zabrałam pomarańczową teczkę z prezentacją. Usiłuję wepchnąć ją do torebki, ale nie wchodzi. Mogłabym właściwie wyrzucić te papiery, po co mi one. Wydrukuję sobie jeszcze raz, gdy wrócę do biura. Stoję nad śmietniczką i przyglądam się jej z powątpiewaniem. A jeśli ktoś to wyciągnie? Właściwie nie ma tam nic specjalnie istotnego, ale gdyby Barrakuda się dowiedziała…

Podjeżdża taksówka, zaglądam najpierw przez przednią szybę i oceniam taksówkarza. Starszy facet, na oko niegroźny, łysy z zaczeską. Zresztą mam paralizator w torebce.

– Na nazwisko Król – mówię, otwierając drzwi i wsuwając się na rozgrzane do czerwoności tylne siedzenie. – Do szpitala na Solcu poproszę.

Samochód rusza. Wszystkie okna pootwierane, parzące powietrze targa mi włosy. Lakier na każdą pogodę. Pewnie. O ile nie wyjdziesz na zewnątrz.

– Nie ma pan klimy? – pytam cierpko.

– Mam – odpowiada taksówkarz.

– To czemu pan nie włączy?

– Bo więcej pali.

Przesuwam się na środek kanapy, na nic. Tu jeszcze gorzej. Szlag mi włosy trafi całkiem.

– A jakbym poprosiła, toby pan włączył? – pytam, siląc się na grzeczny ton. – Na te kilka minut?

– Jak pani dopłaci, to mogę – bezczelnie odpowiada taksiarz.

Wzruszam ramionami i już mam powiedzieć, że nie ma sprawy, ale dociera do mnie, że nie wzięłam od Żółwika vouchera na taksówkę. Zaciskam usta, wyglądam na ulicę.

– Moja matka zmarła – mówię, wzdychając. – Koło jedenastej. Jadę do szpitala, żeby… Żeby, no wie pan.

Żeby co? Nie mam pojęcia. Zidentyfikować zwłoki? Przecież lepiej ode mnie wiedzieli, że tam jest. I kim jest. Nigdy nie byłam w podobnej sytuacji. Nikt, kogo znam, jeszcze nie umarł. Co ja mam właściwie robić w tym szpitalu?

Taksówkarz spogląda na mnie ukradkiem we wstecznym lusterku. Po chwili szyby podjeżdżają do góry. Włączył klimatyzację.

– Dziękuję – mówię.

Przecinamy Marszałkowską, mijamy McDonalda przyklejonego do Sezamu i Sphinxa położonego bliżej Świętokrzyskiej. Kiedyś tu był Hortex, matka przywoziła mnie do niego czasami w niedziele na lody plus wykład o stolicy. Marszałkowska – mało istotny element osiemnastowiecznej Osi Stanisławowskiej. Nikomu wtedy nie przyszłoby do głowy, że w przyszłości będzie to główna ulica miasta. Słowa matki brzęczą mi w uszach. Miała prawdziwego świra na punkcie Warszawy, pasła mnie informacjami na jej temat od maleńkości. Miała…

Wyjmuję z torebki komórkę i wybieram numer Adriana.

– No co tam? – odzywa się po pierwszym sygnale. – Tylko szybko mów, bo mam klientkę. Gmera i gmera w witrynach, ale czuję, że na coś wreszcie się połaszczy.

– Moja matka nie żyje – mówię bardzo wyraźnie, ale i tak nadal tego nie czuję.

Nic nie czuję, ewentualnie winę z tego powodu. Że nic nie czuję.

– No co ty? – mamrocze ze zdumieniem Adrian. – Jaja sobie robisz!

– Nie, powaga. Umarła.

Adrian milczy przez długą chwilę i w końcu mówi:

– Przywaliłaś – milknie znowu i pyta wreszcie: – A jak ty się czujesz?

– Nie wiem. Nijak – odpowiadam.

– Chcesz, żebym przyjechał czy coś?

– Chyba nie. Jadę do szpitala. Kazali mi przyjechać. Nie wiem po co.

– Jak to po co? No chyba, żeby załatwić wszystko.

– Ale co załatwić?

– Papiery podpisać. Akt zgonu i tak dalej. Znaczy odebrać. I rzeczy wziąć. Zresztą nie wiem. Nigdy tego nie załatwiałem.

– Ja też nie.

– Coś podobnego… A na co umarła?

– Na udar podobno. Może to przez ten upał, nie mam pojęcia.

Adrian milczy. Ja też. Bo co tu powiedzieć? Już kto jak kto, ale on najlepiej wie, jak wyglądały sprawy z moją matką.

– Już do pani podchodzę – mówi wreszcie, słabo słychać, pewnie zasłonił mikrofon.

– Dobra, kończę – odzywam się. – Zdzwonimy się.

– Co? A tak, okej. Bo ja tu, wiesz, muszę. A może wpadniesz później? Skoczymy coś zjeść, może do Karmy?

– Nie wiem, muszę wracać do redakcji.

– Masz zamiar wracać do pracy? – pyta ze zdumieniem. – Po szpitalu?

– Chyba tak. A nie?

– Oszalałaś chyba!

– Właściwie… – zamyślam się na sekundę. – Właściwie masz rację. To wpadnę.

– Wpadaj. Buźka. A, no i… wiesz… sorry mi.

– Wiem. Pa.

Chowam telefon do torebki. Rzeczywiście nie ma sensu, żebym tam wracała. Nawet Barrakuda słowa nie powie. Na dobrą sprawę mogłabym wziąć kilka dni wolnego, spokojnie mi się należy, za traumę. W końcu matka mi umarła. Nic nie czuję z tego powodu, ale wiem o tym tylko ja.

– Od frontu? – pyta taksówkarz. – Czy od Kruczkowskiego?

– Chyba od frontu, nie wiem. A co jest od Kruczkowskiego?

Taksówkarz znowu rzuca mi spojrzenie w lusterku, szybko odwraca oczy.

– Kostnica – mówi.

– Pod główne.

Idiota. Sięgam do torebki po portfel.

III

Wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, jak wiele i jak mało pamiętam. Pamiętam dni sprzed dekad tak drobiazgowo, jakby wydarzyły się wczoraj. Nie pamiętam za to całych lat. Pamiętam Szmulki czy raczej Michałów, jak mawiało się wtedy, ale głównie ulice i podwórka. Z domu tylko kuchnię i stołowy, trochę warsztat ojca. Mojej sypialni nie pamiętam prawie wcale, pamiętam za to niektóre zabawki. Przedmioty. Słabo pamiętam matkę. Pamiętam ojca, ale te wspomnienia są wyrywkowe jak ścinki pozostałe po montażu filmu. Nie mają początku ani końca. On sam w moich wspomnieniach nie jest całością, składa się z fragmentów. Zęby, dłonie. Ciemnorude, kręcone włosy, zawsze potargane i źle ostrzyżone. Kto go strzygł? Królowa? Matka? Może cyrulik? Nie mam pojęcia. Czy nosił jarmułkę? Nie, na pewno nie. Na ulicę wychodził w czapce z daszkiem. Chyba pamiętam tę czapkę, ale nie jestem pewna. To niepokojące, te białe plamy w pamięci. Czy były już wcześniej, czy może pojawiły się dopiero niedawno?

Najlepiej pamiętam Królową. Jej grube, złote warkocze, czerwone, twarde dłonie o zadziwiająco zręcznych i zgrabnych palcach. Pamiętam jej śmiech, zapach, wszystko, co mówiła. Królowa była istną kopalnią mądrości, starczyłaby za dwa uniwersytety. Miała w zanadrzu powiedzenie na każdą okoliczność. Niektóre były zabawne i zbereźne, jak choćby: „czy to z góry, czy pod górę, furman patrzy w końską dziurę”. Inne głębokie, tak je przynajmniej odbierałam: „myśl cła nie płaci”. Trafne. Ale były też zagadkowe, na przykład „diabłu z dupy nie kareta”. O co miało w tym chodzić? Do dziś nie pojęłam. Ale mocno zapadało w pamięć, prawdopodobnie dzięki słowu „dupa”, którego używanie przez dziewczynki, gdy byłam mała, wydawało się nie do pomyślenia. Przynajmniej w obecności dorosłych. Pamiętam, że szalenie mnie śmieszyło to powiedzenie, Królowa często go używała, ale nie pamiętam, w jakim kontekście. W każdym razie zaśmiewałam się do łez za każdym razem.

Pamiętam oczywiście Manię, no ale ona była przy mnie najdłużej.

Moje okno wychodzi na północ. Gdy się przez nie wyjrzy, widać drzewa, fragment alejki, ławkę i niebo. Estetyczny widok, niewiarygodnie banalny. Absolutnie nie kojący, przynajmniej nie dla mnie. Wręcz przeciwnie. Ale teraz już mnie on nie dotyczy, bo głównie siedzę. Z tej perspektywy widać tylko czubek korony najbliższego klonu i niebo. To już lepsze, choć – dobry Boże – jakże nieskończenie nudne.

Dużo myślę, więcej niż kiedykolwiek. Myślę o pamięci. I o ciele. O ciele myślę głównie. Zbyt mało myślałam o moim ciele, nie poświęcałam mu uwagi. Gdy byłam mała, nie zauważałam go. Potem, gdy nieco podrosłam, zaczęłam się go wstydzić. Później bywałam z niego dumna, tak mniej więcej do czterdziestych urodzin. Potem znowu zaczęło mnie zawstydzać. A teraz się go boję. Nie jest tak, że starość to powrót do dzieciństwa. Określenie „zdziecinnienie” absolutnie tu nie pasuje. Gdy byłam mała, ciało było moim przyjacielem, a nie wrogiem. Czasami myślę, że byłoby dobrze, gdyby mój mózg dogonił resztę organów pod względem zużycia, wyłączał się stopniowo niczym wielki dom towarowy po godzinach pracy, w którym subiekci po kolei gaszą światła na piętrach. Pracowałam kiedyś w takim wielkim domu towarowym. Krótko.

Czasami natomiast budzę się w nocy przerażona i robię błyskawiczny remanent pamięci. Czy coś zniknęło? Czy czegoś ubyło? Skąd jednak mogę mieć pewność, że nie? Mnożę, dodaję. Powtarzam tytuły filmów, książek, nazwiska ludzi, których kiedyś znałam. Wszystko jeszcze jest na miejscu, a przynajmniej tak mi się wydaje. Uspokajam się i zasypiam znowu, choć częściej już nie, bo ostatnio – szczególnie tutaj – mam ze snem niejakie kłopoty. W pewnym więc sensie chciałabym, aby mózg – podobnie jak ciało – odmówił mi posłuszeństwa. Nie chciałabym jednak być tego świadoma.

Kiedyś uważałam, że starość nierozerwalnie połączona jest ze spokojem i mądrością. Z pogodzeniem. To nieprawda, choć czegoś rzeczywiście mnie nauczyła. Gdy spoglądam wstecz, dochodzę do wniosku, że życie składa się z czekania. Czy raczej może serii mniejszych i większych czekań. Czeka się bezustannie na coś lub kogoś. Czasami niecierpliwie, niekiedy z lękiem. Bywa, że nawet nieświadomie. Czy jeszcze czekam? Tak. Czekam. Czekam na niedzielę. Akurat to czekanie dostarcza mi odrobinę radości. Nieco złośliwej może, ale jednak radości.

IV

Szpital jest okropny. Śmierdzi potem i amoniakiem. Dlaczego tu nie ma klimatyzacji? Muszę kupić nakładki na buty, żeby wejść na piętro. Wrzucam dwa złote do maszyny, wypada niewielka paczuszka. W środku dwa zielonkawe woreczki z gumkami. Przypominają czepki kąpielowe. Wciągam je na szpilki, prawy obcas natychmiast rozrywa fizelinę. To ma chronić przed bakteriami? Bzdura. Chodzi tylko o to, żeby sprzątaczki miały mniej roboty z myciem podłogi. W sumie logiczne. Przydatne jesienią bądź zimą, ale nie o tej porze roku.

Kiedy widziałam ją ostatnio? Nie pamiętam. Pół roku temu? Chyba wcześniej. Święta spędziłam z Adrianem na Teneryfie, wysłałam jej SMS-a.

Dostaję akt zgonu. Nawet szybko. Niespecjalnie są mną przejęci, przygotowałam się psychicznie na wyrazy współczucia i smutne miny. Na miejscu jest filia zakładu pogrzebowego, w maleńkim pokoiku blisko windy. Biurko z przedpotopowym pecetem, ściany w kremowym kolorze z olejną lamperią, kusa firanka.

– Chce pani sama przygotować zmarłą?

– Słucham?

– Umyć, ubrać.

Przez sekundę z niedowierzaniem przyglądam się kobiecie siedzącej za biurkiem. Czy ona upadła na głowę? Przecież nie robi się takich rzeczy! Pomijając całą niewyobrażalność podobnej sytuacji, przecież chyba normalny człowiek nie może dotykać trupa? Od tego muszą być jakieś specjalne służby, nie wiem, coś jak straż miejska, pielęgniarki czy MPO. To chyba zabronione, żeby zwykła osoba z ulicy, cywilna niejako, dotykała nieżywego człowieka? Może coś takiego zdarzało się kiedyś, sto, dwieście lat temu, kiedy ludzie umierali w domach, we własnych łóżkach! Nie było ani Medicoveru, ani Falcka, lodówek, prądu, telefonów komórkowych i karetek pogotowia. Ale teraz? Przecież jesteśmy w Unii… Na pewno są jakieś przepisy! Nie uwierzę, że jeśli zabraniają nam jeść oscypki, to pozwolą, żeby normalny człowiek sam mył zwłoki!

– Nie – odpowiadam ostrożnie po długiej chwili milczenia.

– A ubranie?

– Co ubranie?

– W co ma być ubrana zmarła?

Ubrana? Przecież chyba nie przywieźli jej tu nagiej. Podobno upadła na ulicy, w coś musiała być ubrana. Jeżeli zmarła niemal natychmiast, po co mieli ją rozbierać? Ale może do trumny – idiotyczne sformułowanie – powinna mieć na sobie coś lepszego? Chyba tak się robi. Może jakieś specjalne ubranie? Tylko jakie?

– A w co może być? Ma pani jakiś katalog?

– Katalog? – kobieta mruga kilka razy powiekami. – Tutaj są zdjęcia dostępnych trumien, kompozycje kwiatowe.

– Ale z ubraniami.

– Z ubraniami? – kobieta gapi się na mnie podejrzliwie. – Nie, no pani. Musi pani przywieźć coś dla mamy z domu.

– A, rozumiem. Myślałam, wie pani, że może to musi być jakieś specjalne. Z suwakiem na plecach, może bez pleców, czy nie wiem.

Urywam. Dlaczego ja muszę to załatwiać? Nagle ogarnia mnie fala wściekłości na matkę. Akurat teraz musiała. Nabieram powietrza ustami i wypuszczam je powoli nosem. Chcę stąd wyjść.

– Kiedy powinnam przywieźć?

– Jutro rano. Świetnie. Która trumna?

Przekładam zalaminowane karty w segregatorze. Horror.

– Nie wiem. Którą pani poleca? To znaczy, która jest najlepsza?

Kobieta stuka palcem w jedną z kart. Trumna jest mahoniowa, lakierowana na wysoki połysk. Wygląda jak element kompletu mebli, które stoją w pokoju matki. Pasuje.

– Niech będzie.

– Życzy sobie pani coś specjalnego?

– To znaczy?

– Jakiś występ. Współpracuje z nami znakomity trębacz.

Trębacz? Przerasta mnie to.

– Nie, raczej nie.

– Świetnie. Cmentarz.

– Na Bródnie. Tam leży moja prababcia, matka mówiła, że i ona…

– Świetnie. Ma pani numer kwatery?

– Nie. Jutro podam.

– Świetnie. Trzeba porozumieć się z księdzem.

– Nie trzeba księdza – mówię szybko. – Mama na pewno by sobie tego nie życzyła. I na pewno nie powinno być krzyża.

Tego akurat jestem pewna, wielokrotnie o tym wspominała. Matka pewnie wolałaby czerwoną gwiazdę, ewentualnie emblemat z sierpem i młotem. A może w ogóle powinnam ją skremować?

– Ceremonia świecka. Świetnie – mówi kobieta, zapisując coś w komputerze. Spogląda na mnie i pyta: – Może napije się pani wody? Zbladła pani. Wszystko w porządku?

– Tak. Trochę tu duszno. Czy coś jeszcze?

– Proszę podpisać. I jeszcze kwiaty. Będzie pani musiała dopłacić, ubezpieczenie nie pokryje wszystkich wydatków.

– Mogę kartą kredytową?

– Niestety nie mam czytnika. Ale może pani zrobić przelew. Tu jest numer rachunku. Jutro byłoby świetnie.

Świetnie. Wychodzę na ulicę, ściskając pod pachą pomarańczową teczkę i spory plastikowy worek, który dała mi pielęgniarka. W środku są rzeczy matki, nie zaglądałam do środka. To chyba torebka.

Przed wejściem zatrzymuje się taksówka, z której wysiada jakiś facet. Patrzę przez przednią szybę, kierowca chyba w porządku.

– Wolny pan? – pytam.

Kiwa głową. Wsiadam do środka, chociaż nawet nie sprawdziłam, z której jest korporacji. Wszystko mi jedno.

– Na Mokotowską poproszę. Róg Chopina.

Dopiero teraz orientuję się, że nie zdjęłam fizelinowych ochraniaczy z butów. Ściągam je, zwijam w kulkę i wciskam ukradkiem między siedzenie a oparcie kanapy. Oczywiście okna pootwierane. Wystawiam twarz na podmuch gorącego powietrza.

*

– Szybko – stwierdza Adrian, gdy wchodzę do galerii.

Kładę na biurku worek ze szpitala i pomarańczową teczkę.

Całuję nadstawiony policzek.

– Jak się masz? – pyta, obejmując mnie ramieniem. – Zaraz zmykamy, pięć minut. O pierwszej mają przywieźć serwis Norblina z czyszczenia, śliczny, mówię ci. Zobaczysz. Potem możemy iść do Karmy.

– Nie spieszy mi się – mówię i siadam na jednym z obitych popękaną skórą foteli ustawionych przed biurkiem.

Adrian ma na sobie zbyt szerokie dżinsy, kiedy pochyla się przed jedną z witryn, odsłaniają bokserki w kolorową kratę, a ciasny, wściekle kolorowy T-shirt podjeżdża mu do połowy pleców. Japonki na bosych stopach. Wyjątkowo niezobowiązujący strój jak dla właściciela galerii z antykami. Zazwyczaj zakłada do pracy garniturowe spodnie i koszulę.

– Człowieku, czy ty jesteś świadomy, że my mamy już prawie po czterdzieści lat?

– No i? Poza tym jakie czterdzieści? W tym roku kończymy trzydzieści sześć. Zobacz – wyjmuje z witryny jakąś figurkę i podtyka mi ją pod nos.

– Ubrałeś się, jakbyś chodził do gimnazjum.

– Nie przesadzaj. Patrz.

Obraca w palcach niedużą porcelanową statuetkę. Nie, to nie porcelana, tylko fajans. Dziewczyna w krótkiej kraciastej sukience z okrągłym pudłem na kapelusze w dłoniach. Ma fryzurę na pazia, włosy w kolorze żółtka, usteczka jak serduszko.

– Ładne – stwierdzam.

– To Lenci! Wyobraź sobie, ta baba przyniosła, ta, która tu była, kiedy dzwoniłaś!

– Aha. Ile?

– Raz tylko widziałem w realu figurkę Lenci z lat czterdziestych, w Berlinie. W życiu nie sądziłem, że u nas ktoś to może mieć! Zobacz, śliczna! Spokojnie można by ją wystawić w domu aukcyjnym, chociaż czy u nas ktoś się na tym pozna?

– Ile?

– Ile, ile! To naprawdę unikalna rzecz!

– No więc ile?

– Zgodziła się na tysiąc pięćset.

– Tysiąc pięćset!

– To prawdziwa okazja.

– Tysiąc pięćset! Ile zarobiłeś na tej całej galerii w zeszłym miesiącu? Na czysto!

– Coś tam zarobiłem. Zresztą będę mógł ją sprzedać w każdej chwili.

– Ale nie sprzedasz – wzdycham i ostrożnie biorę figurkę.

Ładna czy może raczej słodka. Ale przecież to tylko kawałek starej ceramiki.

– Popękana – stwierdzam.

– To krakelura! Powierzchowne spękanie szkliwa, stary fajans zawsze tak ma!

– I gdzie ty ją postawisz?

– O, bez obawy. Znajdę miejsce.

Oddaję mu figurkę i osuwam się niżej w fotelu. Patrzę spod oka, jak z uszczęśliwioną miną podziwia kolorową skorupę.

Nigdy nie zrozumiem, o co w tym chodzi. Nie lubię starych rzeczy. Fakt, niektóre są ładne, ale kiedy ich dotykam, mam świadomość tych setek rąk, które dotykały ich wcześniej. Przygnębiające, choć nie potrafię dokładnie określić, co konkretnie tak mnie w nich nastraja. Może to, że trwają dłużej niż ja? I że będą trwały niezmienione, gdy ja będę starzała się coraz bardziej, marszczyła, tyła i ulegała sile grawitacji? No, chyba że wydarzy się jakiś niefortunny wypadek. W sumie większość tych rzeczy jest dosyć krucha.

– Może się stłuc. Co wtedy zrobisz? – pytam.

– Nie stłucze się. Przetrwała osiemdziesiąt lat, przetrwa następne. A kiedyś ją sprzedam za ogromne pieniądze, zobaczysz.

– Tak, na pewno – wzdycham.

Zanim to kiedyś nastąpi, rzeczy go zasypią. Widziałam w telewizji reportaż o staruszce, która zgromadziła w mieszkaniu gigantyczne sterty śmieci. Zbierała dosłownie wszystko. I pewnego dnia hałdy rupieci przewróciły się i ją przygniotły. Normalnie się udusiła, zanim dotarła pomoc. Nie mogli otworzyć drzwi. To było w Warszawie.

Adrian mieszka przy Emilii Plater, mieszkanie ma naprawdę duże. Odziedziczył je po ciotce, jeszcze zanim skończyliśmy liceum. Trzy spore pokoje, kuchnia ze służbówką i wielki hol, ale prawie nie można się tam ruszyć. Półki zajmują każdy dostępny fragment ścian, a na nich dziesiątki, setki, tysiące rzeczy. Wyładowane kartony pod ścianami, za kanapą. Nigdy nie pojmę tej jego miłości do przedmiotów. Ładnych parę lat temu uświadomiłam sobie, że nie mogę z nim dłużej mieszkać.

Kupiłam sobie mieszkanie w małym apartamentowcu kilka domów od jego kamienicy, naprzeciwko Mandali, blisko Wilczej. Trzydzieści cztery metry, kredyt będę spłacała do emerytury. Ale jest moje, zresztą w porównaniu z kawalerką matki na Pradze, w której się wychowałam, to i tak gigantyczna przestrzeń. Wszystko mam feng shui – lustra, bambus, piaskowiec, kolory ziemi. Zero Ikei, co najwyżej Almi Décor i Bo Concept, plus gigantyczna szafa. Minimum przedmiotów.

Jeżeli się spotykamy, to głównie u mnie. A spotykamy się, to znaczy znamy się już od, hm… grubo ponad dwudziestu lat. Od liceum. I Adrian, i ja mieszkaliśmy na Osiedlu Młodych na Grochowie. Zabawna nazwa, jeśli wziąć pod uwagę, że w tych domach mieszkali głównie ludzie koło sześćdziesiątki. Szaserów, Wspólna Droga, Szklanych Domów – niby Warszawa, choć właściwie niewarszawska. Matka nigdy głośno o tym nie mówiła, ale wiem, że wolałaby mieszkać na tym brzegu. Podobno wychowała się gdzieś przy Szucha. Pragi nie zaliczała do stolicy, ewentualnie okolice Targowej, Ząbkowskiej, Wileńskiej i Dworca Wileńskiego – istotne punkty w historii miasta.

Już wtedy, w liceum, Adrian interesował się starociami. Ciągnął mnie na bazar na Kole lub na Wolumen w prawie każdą niedzielę. Próbował handlować, niekiedy mu się udawało, ale częściej nie. Kiedy poszedł na historię sztuki, poszłam i ja, chociaż studia od początku wydawały mi się nieziemsko nudne. Wytrwałam dwa lata, potem przeniosłam się na marketing i zarządzanie. Matka nie była zadowolona, ale co mnie to obchodziło? I tak już z nią nie mieszkałam.

Przed galerią parkuje furgonetka, Adrian wybiega na ulicę. Po chwili z rozradowaną miną wnosi potężną drewnianą kasetę.

– Chcesz zobaczyć? – pyta, stawiając ją na podłodze obok biurka. – To wzór irysowy.

– Nie chcę. Chodź już.

Adrian zagląda do kasety, wyjmuje sztućce i ogląda uważnie przy świetle padającym z wysokich wystawowych okien. Odkłada je, bierze klucze, odwraca zawieszoną na drzwiach tabliczkę z napisem „open”. Wychodzimy na zastygniętą w upale ulicę.

V

Nigdy nie przywiązywałam do posiłków zbyt wielkiej wagi. Do pewnego momentu dbał o nie ktoś inny, potem niby zajmowałam się nimi sama, ale często zapominałam o jedzeniu. Jadłam, gdy głód dawał o sobie znać. Obiad, śniadanie, kolacja to były naprawdę mało istotne sprawy, nawet już później, gdy czekanie stało się sednem mojej egzystencji, gdy przestałam żyć naprawdę, choć miałam zaledwie dwadzieścia siedem lat. Chociaż nie przesadzajmy, w końcu żyłam. Tyle tylko, że jako ktoś inny i – w porównaniu z życiem wcześniejszym – na pół gwizdka.

Tutaj posiłki są sednem dnia. Wydarzeniami, wokół których ogniskuje się czas. Śniadanie – dzień się rozpoczyna. Obiad – półmetek. I. kolacja! Finisz, choć to zaledwie osiemnasta, a ja nawet tu nie potrafię zasnąć przed pierwszą w nocy. Życie w tym… domu to czekanie na jedzenie. Wstrząsające, kiedy się nad tym zastanowić. Coś jak farma hodowlana drobiu lub tuczarnia świń – choć mało który z tutejszych lokatorów może poszczycić się nadmiarem tkanki tłuszczowej.

W zeszłym roku, zaraz po przeprowadzce, schodziłam na obiady do jadalni. Jeszcze mi się chciało, miałam tyle strojów. Ile to trwało? Pięć miesięcy? Może krócej. Pokazałam wszystko, co przywiozłam, i mi się znudziło. Zresztą i tak nikt nie patrzył, a jedzenie w towarzystwie siorbiących, smarkających i zmantyczałych rupieci raczej nie należało do przyjemności. Przez jakiś czas bawiło mnie podpytywanie ich o ludzi, których kiedyś znałam, o kobietę, którą byłam. Ale szybko zorientowałam się, że choć znaczna część tych pierników to przybysze z mojego czasu i o dziwo, w dużej mierze nawet całkiem przytomni, to jednak w mówieniu o tamtym życiu interesuje ich wyłącznie opowiadanie o sobie. Mnie interesowało mówienie o mnie, zabrakło więc rozmówców. Nie słuchaczy, tylko rozmówców, bo ja, w odróżnieniu od nich, nie chciałam o sobie opowiadać. Chciałam o sobie słuchać. Zresztą przygnębiało mnie obserwowanie całkowicie zramolałych osób, które były o tyle młodsze ode mnie, że na dobrą sprawę mogłyby być moimi dziećmi. Przestałam zatem schodzić na obiady do wielkiej jadalni przy głównym korytarzu. Od czasu do czasu zachodziłam jeszcze na werandę, ale późną jesienią zrobiło się tam zbyt chłodno.

Przynoszą mi jedzenie do pokoju. Dostaję nawet śniadania do łóżka niczym w dawnym Bristolu lub lwowskim czy wileńskim George’u, różnica jedynie w menu. Tam czegoś podobnego nie podaliby nawet służbie.

Nawet Królowa gotowała o całe niebo lepiej.

Ile właściwie ona miała lat? Trzydzieści? Czterdzieści? Trudno powiedzieć, w tamtych czasach kobiety tak prędko się starzały. Nie pamiętam, żeby miała siwe włosy, więc pewnie była przed czterdziestką. Gojka w żydowskim domu, nawet tak mało wiernym tradycji jak nasz, to była sensacja. A jednak udało jej się przetrwać. Wrosła w tamtą ulicę bardziej niż moja matka, która od pewnego momentu zaczęła golić głowę i zakrywać ją na co dzień chustką, a w niedziele zakładała komiczną i żałosną zmatowiałą perukę z płaskim kokiem na karku. Matki nikt chyba nie lubił, z pewnością nie szanował. Królową lubili wszyscy, pamiętam. Gdy się baba rozpanoszy i diabła wypłoszy, jak mawiała. Tyle tylko, że dla mojej matki to Królowa była diabłem.

Przyjmijmy, że nie miała jeszcze trzydziestki, gdy trafiła do naszego domu – pewna siebie, wygadana, mocna, twarda i zdrowa jak rzepa. I oczywiście brzemienna, choć pewnie jeszcze nie było widać. Gdy płonęła w oknie sypialni, a wszyscy mieszkańcy zbiegli się z całego Michałowa, by podziwiać ten niecodzienny spektakl, mogła zatem mieć czterdzieści lat. Dobry Boże, to mniej niż połowa mojego całego życia.

Ojciec robił kufry, walizki i sakwojaże, czasami też torby i teczki ze świńskiej skóry1, ale rzadziej. Najbardziej cieszył się z zamówień na kufry z dykty i jesionowych listew, oklejane płótnem, a później okuwane blachą, niemodne już wtedy zresztą, ale wciąż jeszcze chętnie kupowane przez starszych, zamożniejszych mieszkańców Szmulek. Uwielbiałam siedzieć w warsztacie i przyglądać się, gdy pracował. Trzymał pomocnika, Aronka. Aronek miał dwie lewe ręce i był jąkałą, ale mimo to bardzo dużo mówił. Mojego ojca niezmiernie to śmieszyło. Myślę, że głównie z tego powodu Aronka zatrudniał.

– A opowiedz, co ty tam dzisiaj śniłeś, Aronek – żądał, ostrożnie przycinając kawałki dykty czy smarując klejem płótno.

Aronek z miejsca zaczynał opowiadać z niezwykłym przejęciem w głosie:

– Ba-ba-ba-ba-rdzo pie-pie-pie-piękny sen mia-mia-miałem. Ta-ta-taki wielki cy-cy-cy-cyrk mnie się śnił, a w tym cy-cy-cy.

Ojciec już się śmiał na cały głos i przedrzeźniał Aronka. Śmiałam się i ja, a Aronek wcale się nie obrażał, tylko śmiał się razem z nami. Mańka nigdy nie śmiała się z Aronka, było jej go szkoda. Przynosiła mu z kuchni od Królowej kawałki słodkiej chałki i podtykała ukradkiem. Aronek tego nie lubił, rzucał bułkę psom na podwórku – choć tylko wtedy, gdy Mańka nie widziała. Aronek wolał, żeby się z niego śmiać, niż żeby się nad nim litować. Kiedyśmy z niego żartowali, mógł udawać, że śmieje się razem z nami, zresztą chyba naprawdę go to bawiło, bo mój ojciec śmiał się w niezwykle zaraźliwy sposób. Natomiast litość Mańki uświadamiała mu, że jest gorszy. Dlatego nie lubił Mańki, zresztą ku jej wielkiemu żalowi, bo chyba trochę durzyła się w tym piegowatym jąkale. Najprawdopodobniej z litości właśnie. Kiedyś próbowałam jej sprawę wytłumaczyć, tę kwestię złego podejścia do Aronka, ale mi się nie udało. Nie miałam cierpliwości do Mańki, choć była mi tak bliska.

Co się stało z Aronkiem? Dobiegałby setki, gdyby żył. Marne szanse.

Królowa urodziła Mańkę kilka dni po tym, jak moja matka urodziła mnie. Na początku wszystko pewnie było dobrze, nie wiem, bo przecież nie pamiętam matki z tamtego czasu. Nauczyła Królową gotować po żydowsku, musiały więc jakoś się dogadywać. Z tych nielicznych strzępków rozmów, które podsłuchałam, z wyrywkowych napomknień ciotki Iry, wynikało, że matka wcześniej była spokojną, miłą kobietą, może nieco zbyt cichą. Z pewnością kochała mojego ojca i ta miłość opętała ją całkowicie. Kiedy się zorientowała? Chyba szybko, ale dopóki mogła, udawała sama przed sobą, że nie wie. Miałyśmy z Manią po pięć lat, gdy dłużej nie dało się udawać. To akurat pamiętam, ten moment, gdy do mojej matki dotarła cała prawda.

*

Nasz dom stoi przy Kawęczyńskiej, daleko od wielkomiejskiej Targowej, spory kawałek za zamożną Brzeską, ale jeszcze przed zajezdnią tramwajową. To dziwna okolica. Wszystko się tu miesza, rodziny polskie, półpolskie, półżydowskie, żydowskie, a nawet niedobitki ruskich i kilka niemieckich mieszkają przez ścianę w tych samych domach, dzieci wychowują się razem. Ogromna część rodzin żydowskich jest spolszczona, duża – nie przywiązuje do tradycji wielkiego znaczenia. Z drugiej znowu strony wiele dzieci polskich mówi w jidysz, bo wszyscy bawią się razem i spędzają ze sobą całe dnie. Ludzie tu są raczej biedni – drobni rzemieślnicy i sklepikarze, krawcy, szewcy, szklarze, powroźnicy, kilku domokrążców i wyplataczy. Kobiety trudnią się pachciarstwem – przywożą z podmiejskich gospodarstw niewielkie ilości nabiału, a potem sprzedają go z niewielkim zyskiem. Inne dorabiają sobie praniem, szyciem i oczywiście sprzątaniem. Prawie nikomu zbytnio się nie przelewa, ale nie ma też nędzy, choć może to ja po prostu jej nie dostrzegam.

Mam pięć lat, matka nalega, aby posłać mnie do żeńskiego chederu, jednego z pierwszych, jakie powstały w naszej okolicy. Ojciec jest przeciwny. Mnie samej też nie podoba się ten pomysł, bo Mańka nie musi chodzić do szkoły, dlaczego więc ja bym miała? Poza tym chedery są dla chłopców, wiem to. Ten nowy niby jest dla dziewczynek, ale w to nie wierzę. Na pewno byłoby tam stado paskudnych, podłych chłopaków, którzy ciągnęliby mnie za włosy i plamili sukienki atramentem. Na dodatek nie umiem mówić w jidysz, a w chederach mówi się tylko po żydowsku.

Nasz dom z pewnością nie jest tradycyjnym żydowskim domem. Już samo to, że mieszka z nami Królowa, która gotuje, a nawet sprząta, o tym świadczy. Owszem, zdarza się, że nawet w bardzo wiernych tradycji domach żydowskich usługują biedne gojki – szczególnie zimą, w szabat lub podczas innych świąt, bo ktoś przecież musi choćby napalić w piecu – ale to wyjątki. U nas nie mówi się w jidysz, umie trochę tylko matka, ojciec albo wcale nie potrafi, albo się do tej umiejętności nie przyznaje. Mówimy po polsku. Królowa dokłada niejakich starań, żeby jedzenie było zgodne z żydowskimi tradycjami, ale robi to na pokaz, głównie dla matki. Wiem, że kupuje wieprzowe kiełbasy i chowa je w tekturowej walizce pod łóżkiem, na którym sypia z Mańką w ich małej komórce za kuchnią. I wiem, że ojciec czasami podjada z nią te kiełbasy, sama też zresztą próbowałam, nawet mi smakowały.

Tego ranka mam zły humor, podsłuchałam, jak matka znowu napomykała ojcu o chederze, muszę się na kimś wyładować. Wpadam jak bomba do kuchni. Mańka siedzi za stołem, a na blacie już czeka dzbanek z białą kawą, placki z makiem i cebulą, których serdecznie nie znoszę, i słodka chałka, którą akurat lubię. Biorę się pod boki i złym wzrokiem mierzę Królową pochylającą się nad kuchnią. Zerka na mnie przez ramię.

– Małe garnki prędko kipią – mówi, co mnie rozjusza, bo rozumiem, co ma na myśli.

Tupię nogą w podłogę, aż dzwonią talerze w kredensie, i wpadam jak bomba do alkowy Królowej. Wyciągam spod łóżka walizkę, łapię pęto kiełbasy i wracam do kuchni.

– To kiełbasa ze świni – mówię oskarżycielskim tonem, potrząsając nią przed nosem Królowej. – Tego się nie je!

– Tak? – pyta Królowa. – A dlaczego właściwie?

Nie wiem. Pokazuję jej język i wykrzykuję:

– Bo się nie je świni, ty świnio!

Królowa wali mnie w pupę swoją czerwoną ręką, a kiedy zaczynam się drzeć, groźnym tonem oznajmia:

– Zamknij się. Bo powiem ojcu! Siadaj i jedz – odnosi pęto kiełbasy do alkowy i chowa je do walizki.

– Oby cię Bóg pokarał – złorzeczę, ale siadam obok Mańki, która przygląda mi się z pobladłą twarzą. – Czego się gapisz?

– Dlaczego ty taka jesteś… Itka, nie mów tak!

– Jak będę chciała – odpowiadam, przysuwam sobie kubek z kawą i odłamuję duży kawał chałki. – Nie będę chodziła do szkoły, skoro ty nie musisz.

– Jeśli chcesz, będę chodziła – oznajmia Mania.

– Nie chcę, ty durna! Wcale nie chcę chodzić!

– Ale skoro ja bym też poszła.

– Nie możesz! To tylko dla żydowskich dzieci, a nie dla takich gojów jak ty!

Królowa wraca do kuchni, kładzie coś na stołku obok kredensu. Podchodzi do stołu i zabiera mi chałkę z talerza.

– Oddawaj! – wołam.

– Jak się pasterze sprzeczają, wilki owce porywają – mówi z zadowoloną miną i gryzie chałkę.

– Żebyś ty słońca nie oglądała więcej za tę moją krzywdę! – wykrzykuję.

Mimo młodego wieku mam całkiem spore słownictwo. Wystarczy, że usłyszę jakieś nowe słowo lub wyrażenie – szczególnie wulgarne czy obelżywe – z miejsca je zapamiętuję. Ojca i Królową to bawi. Matkę mniej.

– Diabłu z dupy nie kareta – wzrusza ramionami Królowa, a ja oczywiście od razu zaczynam chichotać.

– No i tak to jest z wami – uśmiecha się Królowa. – Dzieci śmiech i płacz w jednej torbie noszą. Dam ci coś, chcesz?

– Tak! A co?

Królowa podnosi paczuszkę ze stołka, rozwija brązowy pergamin i wyjmuje ze środka.

– Wstążki! – klaszczę w dłonie. – Jagodowe!

– To kolor bzu – wyjaśnia Królowa, przesuwając połyskliwe szerokie pasy miękkiej tkaniny między palcami. – Jak zjecie, zaplotę wam warkocze. Dla Manieczki też mam.

– Już zjadłam! – oznajmia Mańka, a ja potakuję gorliwie.

Królowa odstawia talerze i dzbanek na kredens, wyciera blat stołu i sadza nas na nim, jedną obok drugiej. Jej dłonie pachną mydlanymi płatkami i masłem. Rozczesuje nam włosy grzebieniem wyjętym z kieszeni fartucha – najpierw moje, jaśniejsze, potem ciemnobrązowe Mańki. Szybko zaplata nam warkocze, zupełnie tak samo, jak splata ciasto na chałkę. Każdej z nas zawiązuje cztery kokardy ze wstążek w kolorze bzu, po jednej tuż przy głowie i po jednej na końcach warkoczy. Wyglądamy, jakby na naszych ramionach i uszach przysiadły ogromne motyle. Mańka klaszcze w dłonie, śmiejemy się. Zeskakujemy ze stołu, łapiemy się za ręce i wirujemy po całej kuchni. Nie zauważam, gdy matka staje w drzwiach, nie wiem, jak długo nam się przygląda. Dostrzegam ją dopiero po chwili. Stoi w progu, zaciskając dłonie tak mocno, że aż pobielały jej kłykcie, na twarzy ma czerwone rumieńce. I ten wzrok… Tępy, a zarazem pełen zgrozy. Zatrzymujemy się na środku kuchni, wciąż trzymając się za ręce. Matka przenosi wzrok ze mnie na Mańkę, potem znowu na mnie.

– Mamo, mama patrzy – mówię do niej. – Jakie nam Królowa piękne wstążki sprawiła. Ładne?

Matka oddycha głośno przez nos, patrzy na nas jeszcze przez chwilę, a potem przenosi osłupiały wzrok na Królową.

– Mamo? – pytam niepewnym tonem, bo wydaje mi się, że coś chyba zmalowałam, ale nie wiem co.

Oglądam się na Królową, która stoi za nami z dumnie wyprostowaną głową, uniesionymi lekko brwiami i hardym spojrzeniem odpowiada na spojrzenie matki.

– Ty… – odzywa się ochrypłym szeptem matka. – Ty…

– I o co to krzyk robić? – spokojnie odpowiada Królowa. – Dziewczynkom się przydadzą nowe wstążki. Kto ma dziatki, ma wydatki.

– Przeklinam dzień, w którym twoja noga w tym domu stanęła – szepcze matka. – Przeklinam!

– Oj tam zaraz, pani Heno – dobrotliwym tonem odzywa się Królowa, ale wyraz twarzy ma wcale nie dobrotliwy. – Dobrze pamiętać, że kto w bagno kijem trzepie, ten błotem się ochlepie…

Matka odwraca się na pięcie jak rażona gromem i znika w mrocznej sieni.

– Królowa, co się mamie stało? – pytam, bo nigdy jeszcze nie widziałam matki tak poruszonej.

– E tam, nic – Królowa wzrusza ramionami. – Oko pewniejsze jak ucho, i tyle. Idźcie no stąd, muszę się brać do obiadu, ogień wygasł. A jak kuchnia stygnie, stygnie i miłość.

Oko pewniejsze? Mam pięć lat, nic z tego nie rozumiem. Ciągnę Manię za rękę, wybiegamy z kuchni. W sieni stoi wielkie zwierciadło, trochę przymglone, ale jeszcze dobre. Przystajemy przed nim, żeby obejrzeć nasze kokardy. I wtedy to zauważam, nawet mimo że mam tylko tyle lat, ile mam. Kiedy widzę odbicie Mańki obok mojego odbicia w tym nieco mglistym, upstrzonym brązowymi plamkami, starym lustrze, orientuję się, że jesteśmy niemal identyczne. Oczy, usta, kształt policzków. Ona ma ciemne włosy, ja mam jasne – to jedyne, co nas różni.

Wcześniej tego nie zauważyłam, nikt nie zauważył. Królowa zbierała mi włosy gładko do tyłu, Mańce zawsze plotła warkoczyki nad uszami. Różnica niby niewielka, ale odwracająca uwagę. Tego dnia uczesała nas obie w identyczny sposób i obu zawiązała identyczne wstążki w specjalnym kolorze. W kolorze bzu. Ale też w kolorze oczu Mańki i moich, stosunkowo nieczęstym. Dlaczego to zrobiła? Z pewnością nie przypadkiem, Królowa była zbyt cwana, by popełnić taki błąd. Po latach dojdę do wniosku, że zrobiła celową demonstrację. Po co? Żeby udowodnić prawo do naszego ojca? Żeby umocnić swoją pozycję w domu? Wielkie ryzyko. Nie. Królowa wiedziała, że matka nie pogodzi się z sytuacją. Wiedziała, że matka jest słaba. Myślę, że miał to być pierwszy gwóźdź do maminej trumny i zresztą tak się właśnie stało. Pech w tym, że Królowa nie przewidziała, iż będzie to także gwóźdź do jej własnej trumny. Iskra spadająca na beczkę z prochem.

Tego dnia, późnym popołudniem, matka ścięła włosy i ogoliła głowę. Zegar zaczął tykać. A Królowa zaczęła rosnąć, bo choć nadal właściwie nie opuszczała kuchni, jej osoba zaczęła wypełniać cały dom, spychając matkę na margines, wysuwając się na pierwszy plan, zagarniając ojca.

– Wyglądasz jak ja. Przeklinam dzień, w którym twoja noga w tym domu stanęła – mówię dramatycznym szeptem do Mańkowego odbicia.

Trzymając się za ręce, wybiegamy z sieni na ulicę i śmiejąc się do rozpuku, pędzimy na drugą stronę ulicy do sodówki-owocarni Rywki, żeby pochwalić się wstążkami i wyżebrać po jednej słodkiej gryczanej bułeczce z masłem.

VI

– Co zrobisz z mieszkaniem? – pyta Adrian, odstawiając na stolik wysoką szklankę z mrożoną kawą.

Siedzimy pod arkadami przy placu Zbawiciela – kolejny element Osi Stanisławowskiej. Plac Zbawiciela, czyli Salwator, który pierwotnie miał być częścią ogrodu rezydencji ujazdowskiej, ze względu na gwiaździsty układ ulic zwany też Małym Paryżem. Połowicznie przebudowany w ramach projektu MDM… Po co ja to pamiętam? Napchała mi mózg tymi pierdołami jak pieczoną kaczkę jabłkami. Potrząsam głową.

– Nic, a co mam zrobić? Jest spółdzielcze, matka go nie wykupiła, a ja się wymeldowałam. Będę musiała je oddać.

– Szkoda, co? – Adrian rozpiera się wygodnie w wiklinowym foteliku, wystawia twarz do słońca. – Pewnie ze dwie stówy można by za nie wziąć.

– Pewnie tak – przesuwam się troszkę głębiej w cień arkady. – Dostaniesz czerniaka, zobaczysz. Jak możesz wytrzymać na tym słońcu?

– Posmarowałem się dwudziestką. Nic mi nie będzie. Może coś da się zrobić?

– Nie wydaje mi się.

– A rzeczy?

– Jakie rzeczy?

– No, z mieszkania. Co z nimi zrobisz?

– Jakie rzeczy? Przecież ona nic nie ma poza książkami.

– Zabierzesz je?

– Na grzyba mi te książki? To prawie same varsaviana. Chryste, jaki upał.

– Mogą być coś warte. Ludzie zbierają.

– No, może – wzruszam ramionami.

To fakt. Matka wydawała na nie wszystkie pieniądze, pamiętam, że niektóre były bardzo drogie. Każdą czytała po kilka razy – z ciekawości i z konieczności. Pracowała jako przewodnik, głównie na Zamku. Trakt Królewski to był jej konik, znała historię każdej posesji.

– Zapytaj w Kosmosie – Adrian podciąga T-shirt do połowy brzucha. – Może ktoś przyjedzie, obejrzy. To antykwariat przy Ujazdowskich.

– Wiem. Obciągnij tę koszulkę, ludzie się gapią. Łoniaki ci widać.

– Niech się wstydzi ten, kto widzi – odpowiada Adrian i podciąga koszulkę jeszcze wyżej.

Uśmiecham się lekko wbrew woli i pociągam przez słomkę łyk mrożonej kawy z jego szklanki. Sprawdzam godzinę na komórce, prawie czwarta. Jeżeli mam jechać na Szaserów, to albo teraz, albo dopiero koło ósmej, bo inaczej ugrzęznę w korkach. Zamawiam taksówkę SMS-em.

– Czwarta – mówię. – Pojedziesz ze mną?

– Gdzie?

– No, do nas. Na Grochów.

– Kiedy? Teraz?

– Teraz.

– Oj, kochanieńka… – Adrian spogląda na mnie znad ciemnych okularów przepraszającym wzrokiem – nie da rady. Muszę jeszcze wrócić do galerii. A potem mam randkę. Sorry.

– W porządku – mówię, choć robi mi się przykro. – Jaką randkę?

– A taką tam. Nic specjalnego.

– To dlatego tak się odstawiłeś – stwierdzam. – Ile ma lat?

– Niedużo.

– Piętnaście?

– Bez przesady. Dziewiętnaście.

– Uważam, że upadłeś na głowę – wyjmuję z torebki portfel i kładę na blacie stolika dwadzieścia złotych. – Jadę. A ty nie zapomnij kupić jakiejś gry na playstation, bo się zanudzicie na tej randce.

– Przecież wiesz, że ciebie i tak kocham najbardziej – mówi Adrian i nadstawia mi policzek do pocałowania. – Na razie.

*

Za każdym razem, kiedy przejeżdżam przez Wisłę na praską stronę, mam wrażenie, że czas się cofa. To nie jest przyjemne uczucie. Mam wrażenie, jakby w moim życiu nic tak naprawdę się nie zmieniło, jakbym była znowu tak samo nic nieznacząca i głupia jak wtedy. Oczywiście taksówka grzęźnie w korku przed rondem Wiatraczna. Dlaczego tak się czuję? Przecież wszystko tu wygląda inaczej. Wszędzie nowe domy, został tylko Uniwersam. Ale powietrze pachnie tak samo, wciąż czuć w nim tę delikatną, ulotną woń rozgrzanego kakao z fabryki Wedla blisko Grochowskiej. A podobno pozakładali jakieś filtry. Może więc tylko mi się wydaje?

Wysiadam przy Wspólnej Drodze. Domy są mniejsze, niż je pamiętam, uliczki węższe. Pawilon ze sklepem spożywczym i biblioteką na piętrze, parkingi wyłożone koślawymi płytami chodnikowymi. Podwórko z powyginanymi metalowymi drabinkami, z których odłażą warstwy olejnej farby. Siadywaliśmy na nich z Adrianem wieczorami i paliliśmy papierosy. Jakiś tysiąc lat temu.

– Niech pani nie zamyka – wołam do kobiety, która akurat wychodzi z naszego wieżowca.

Przytrzymuje skrzydło przeszklonych drzwi i przygląda mi się uważnie. Znam ją, mieszka dwa piętra nad nami. Wygląda staro. Ma syna, to był straszny gnój. Zatrzymał kiedyś windę między piętrami, gdy z nim jechałam. To było proste, wystarczyło otworzyć wewnętrzne drzwi. Próbował mnie obmacywać, ale kopnęłam go kolanem w krocze. Adrian mnie nauczył.

– Pani do kogo? – pyta baba.

– Pod czterdzieści sześć.

– Do pani Król? Ale jej nie ma, listonoszka mówiła.

– Mam klucze.

Baba marszczy lekko brwi, wpatruje się we mnie uważnie.

– Madzia? – pyta.

– Tak.

– Madzia! Jak ja cię dawno nie widziałam. Oj, pędzi ten czas, pędzi.

– Pędzi – mówię, przeciskając się obok niej. – Do widzenia.

Kobieta mówi coś jeszcze, ale nie odwracam się i wchodzę na półpiętro przy windzie. Hol jest dość duży, pod ścianą stoi ogromny fikus w doniczce. Starszy ode mnie, ma liście jak bochenki chleba. Obok wisiał kiedyś aparat telefoniczny, jedyny w zasięgu kilku bloków. Byliśmy uprzywilejowani. Zawsze tu tłumy się kłębiły, wystawały kolejki. Sama też stałam. W kapciach zjeżdżałam windą na parter. Do kogo dzwoniłam? Pewnie do matki, nie pamiętam. Teraz hol jest pusty, na ścianie nie ma nawet śladu po aparacie.

Jak kiedyś przyciskam czoło do wąskiego okienka w drzwiach, spoglądam w górę ciemnego szybu, czekając na windę. Uświadamiam to sobie i natychmiast cofam głowę. Po chwili wsiadam do kabiny. Nie wymienili jej. Podłoga ugina się pode mną z głuchym stęknięciem, w środku przeszklone drzwiczki niczym w kabinie prysznicowej. Wciskam siódemkę. Winda rusza, za okienkami przesuwają się szare drzwi i przekroje stropów. Kiedy byłam mała, zatrzymywaliśmy windę między piętrami i wypisywaliśmy na obrzeżach sufitów brzydkie słowa. Kurwa, pizda, cipa, huj (zawsze z błędem). Rysowaliśmy penisy, rzadziej waginy, bo wychodziły mniej czytelnie. Moje przypominały rosiczki lub przekręcone o dziewięćdziesiąt stopni ludzkie oko z gęstymi rzęsami. Zależało mi, aby rysunek był prawidłowy anatomicznie, gubiłam się w detalach. Sylwia z dziewiątego piętra napisała kiedyś „Jaruzelski, smok wawelski”, moja matka była zarazem oburzona i przerażona. Trwał stan wojenny. Ludzie musieli na to patrzeć, nie mieli wyjścia. Dorośli bali się zatrzymywać windę między piętrami, żeby zmyć bądź zamazać brzydkie słowa.

Wysiadam, schodzę pół piętra w dół, gdy nagle do mnie dociera…

– Kurwa! Klucze! – mówię na głos.

Powiedziałam tej krowie, że mam klucze, a przecież nie zabrałam. Zaraz! Torebka matki!

Dopadam szerokiego parapetu pod oknem tuż obok naszych drzwi, wytrząsam zawartość z plastikowego worka. Jest! Na parapet wypada letnia płócienna torba i mała, cienka reklamówka pełna rozgniecionych śliwek. Chyba upadli na głowę, że mi to oddali. Odsuwam reklamówkę na bok, otwieram torebkę. Same śmieci, jakaś wypchana koperta, wytarty portfel, mapa Warszawy. Po co jej mapa Warszawy? Mogłaby pracować jako GPS dla kierowców w tym mieście, znała każdy zaułek… Pod mapą znajduję podłużne, zielonkawe etui zapinane na zamek błyskawiczny. Używa go, odkąd pamiętam. Używała. Wrzucam rzeczy z powrotem do torby i otwieram drzwi.

Nic się tu nie zmieniło, koszmarne wrażenie. Maleńki przedpokój, naprzeciw drzwi wejściowych drzwi do łazienki – gdy są otwarte, nie da się wyjść z mieszkania. Szafa wnękowa, otwarta kuchnia z moim starym tapczanem pod oknem, drzwi do pokoju. Na ścianie nad wezgłowiem mojego łóżka ciągle wisi słomiana mata, do której szpilkami poprzypinałam kolorowe pocztówki i jakieś proporczyki. W pokoju tapczan matki, szafa, fotel, niewielka etażerka, komoda z kineskopowym telewizorem i stół, przy którym odrabiałam lekcje. I cała ściana książek, od podłogi po sufit. Książki na podłodze, na parapecie okna, na stole. Sterty jakichś papierów, broszur, map. Przecież zawsze tak dbała o porządek…

Kładę na krześle torebki i teczkę z prezentacją, otwieram szafę. Na półkach po lewej stronie pościel i sprane ręczniki. Po prawej wieszaki. Większość tych ubrań pamiętam, matka nie przywiązywała wielkiej wagi do mody. Wystarczy wyglądać schludnie. Schludny wygląd to jej zdaniem klucz do sukcesu. Ja nigdy nie wyglądałam zbyt schludnie, a w liceum to już na pewno. Co wziąć? Przeglądam ciasno upchnięte wieszaki. Szarobure koszulowe bluzki w drobny rzucik, proste, nijakie sukienki. Każda jota w jotę taka sama, o identycznym, bezpłciowym, workowatym kroju. Co za różnica w sumie? Na jednym z wieszaków znajduję granatową garsonkę. Trochę przypomina mundur konduktorki. Matka zakładała ten komplet na uroczyste okazje, pamiętam, że była w nim na rozdaniu moich matur. Może być. Wyciągam garsonkę, z najbliższego wieszaka zsuwa się miękki szalik, spływa na podłogę. Przywiozłam jej ten szalik z Królewca. To był prezent dla niej od ojca, ale o tym nie powiedziałam. Udawałam, że ode mnie. Podnoszę szeroki pas tkaniny. Ma ostro błękitny kolor, wesołe, geometryczne wzory. Matka nigdy tego nie założyła, nie sądziłam, że jeszcze go trzyma. Podnoszę szalik do twarzy i wciągam zapach. Bułgarskie perfumy, sprzedawali je kiedyś w drewnianych fiolkach ozdobionych wypalanym wzorem. Drażniąco nieprzyjemny różany zapach rodem z cukierni, jakby kobieta miała udawać ciasto czy pączka. Czyli jednak używała tego szalika. Kręci mi się w głowie, chwytam skrzydło drzwi szafy. Przez chwilę nie mogę złapać tchu. Mam wrażenie, że skóra oddziela się od mojej czaszki, a mózg rozwarstwia się, dzieli na cienkie płaty niczym więdnąca cebula. Wydaje mi się, że zemdleję. Siadam ciężko na tapczanie, upuszczam garsonkę na dywan i chowam twarz w dłoniach. Dlaczego mi to zrobiła? Dlaczego nie miesiąc temu, kiedy byłam na Sycylii z Adrianem? Wszystko odbyłoby się samo, beze mnie. Poza mną. Co najwyżej odwiedziłabym cmentarz i zapaliła świeczkę. Nie chcę tu być, nie chcę o tym myśleć. Nie chcę być na pogrzebie. I nie chcę go załatwiać.

Staram się oddychać równo, liczę w myślach do dwudziestu. Idę do kuchni, nalewam do szklanki wody z kranu, wypijam duszkiem. Buty. Otwieram szafę w przedpokoju. Kilka kurtek, płaszcz, jesionka. Na dolnej półce stara torba podróżna ze skaju, kilka par mokasynowatych pantofli na niskim obcasie. Zawsze się zastanawiałam, skąd ona bierze takie buty, nigdy nie widziałam podobnych w sklepach. Torba się przyda. Ma popielaty kolor i białe lamówki. Zabawne, bardzo trendy. Vintage. Nie wyrzucę jej.

Upycham w torbie buty, garsonkę. Po namyśle dorzucam jeszcze bieliznę, rajstopy z szuflady komody pod telewizorem i dobieram z szafy jasną bluzkę. Gdybym chciała być złośliwa, dodałabym jeszcze łańcuszek z jakimś świętym medalikiem lub krzyżykiem, ale nie mam. Zresztą nie jestem już złośliwa. Nie chce mi się. Chyba wszystko?

Chowam jeszcze do torby tę moją nieszczęsną pomarańczową teczkę. Torebka matki. Dokumenty. Chyba będą potrzebne?

Wytrząsam zawartość na stół, wyjmuję z portfela dowód osobisty, jakieś pieniądze. Prawie dwieście złotych, no proszę. Chowam do swojej torebki. Komórka, zabieram, chociaż to jakaś przedpotopowa nokia. Coś jeszcze? Zaglądam do kieszonki, w środku znajduję zawinięty w chustkę do nosa pęk kluczy. Co to za klucze? Może z pracy? Zabrać, zostawić? Na wszelki wypadek zabieram. Zadzwonię do Zamku i zapytam. Przeglądam resztę szpargałów. Bilet miesięczny. Dlaczego ona nosiła go luzem? Odcinki przelewów, przesyłka z banku. Będę musiała zlikwidować konto, muszę sprawdzić, jak to się robi. Przekładam list do swojej torebki, na pewno jest tam numer rachunku. Szara, wypchana koperta. Podnoszę ją, żeby sprawdzić, czy pod spodem coś się nie zawieruszyło. Zaskakująco ciężka. Rozwijam ją, wytrząsam zawartość na stół i oczy wychodzą mi z orbit. Z koperty wypada kilka paczek stuzłotowych banknotów w bankowych banderolach. Paczek jest pięć, a w każdej – przynajmniej według opisu na papierowych paskach – po dwadzieścia pięć tysięcy złotych.

VII

Ciekawe, czy gdyby nie tamta demonstracja ze wstążkami, wydarzyłoby się to, co się wydarzyło? Pewnie tak. Ludzie na pewno gadali, nawet matka, która nie utrzymywała specjalnie dobrosąsiedzkich stosunków, musiałaby się zorientować prędzej czy później. No, ale oko pewniejsze niż ucho. Zobaczyć, a usłyszeć to dwie zupełnie inne sprawy. Po tamtym dniu Królowa przestała być ostrożna, a ojciec ostrożny nigdy nie był. Nie dlatego, żeby mu nie zależało – po prostu nie zwracał na to uwagi. Lekkomyślny i dobroduszny, nie rozumiał, w czym problem. Przecież był dobry dla matki, robił prawie wszystko, czego sobie życzyła. Prawie, bo odmawiał celebrowania szabatu i pracował w soboty tak samo jak w pozostałe dni, choć oczywiście chętnie jadał wtedy świąteczne śledzie, rybę w galarecie z rodzynkami czy kugiel. Lekceważył Paschę, jadając przez te siedem dni zwykły chleb pieczony przez Królową, która zresztą gotowała wtedy w tych samych garnkach co przez resztę roku pomimo sprzeciwu matki. Ojciec nigdy nie chodził w Kuczkę do szałasu stojącego na najbliższym podwórku i właściwie będącego zwykłą drewnianą szopą, w której zasiadali mężczyźni obsługiwani przez kobiety donoszące im potrawy. Natomiast chętnie jadł strucle z powidłami przynoszone przez sąsiadki w Purim. Chętnie też wpuszczał purimowych przebierańców i bardzo głośno śmiał się z ich występów, choć nie zawsze miały być zabawne, bo przecież przedstawiały historię z „Księgi Estery”. Nie był religijny. Ignorował ukośną mezuzę na framudze drzwi umieszczoną tam na prośbę matki. Nie pamiętam, aby się modlił, nigdy nie chodził do bożnicy. Nie pytałam dlaczego, zupełnie mnie to nie obchodziło.

Matka kiedyś nie wytrzymała i zaczęła mu przy mnie robić wyrzuty. To był chyba jedyny raz, kiedy przekonałam się, że ojciec potrafi się zdenerwować. Najpierw siedział przy stole spokojnie. Pamiętam, był rosół z łokszyną, bardzo lubiłam te łazanki. Matka zapalała się coraz bardziej, zaczęła mówić po żydowsku, rozumiałam piąte przez dziesiąte. Nagle ojciec walnął pięścią w stół, aż rosół chlusnął z talerzy, i wstał gwałtownie.

– Dlaczego ty taki jesteś, Natan? – wykrzyknęła matka z rozpaczą. – Dlaczego ty nas nie szanujesz?

– Kobieto! Ja was nie szanuję? Jak ja was nie szanuję?

– Dlaczego ty praw nie dochowujesz? Jaki ty przykład dziecku dajesz?

Ojciec solidnie się wtedy zdenerwował, twarz poczerwieniała mu bardziej niż zwykle i chyba matka zorientowała się, że zabrnęła zbyt daleko. Ja sama myślałam, że ją uderzy, i zaraz mi się na płacz zebrało, ale bałam się nawet głośniej westchnąć. Ojciec nadął się jak bania karmelicka, wsparł się pięściami o blat stołu i wbił rozpalony do białości wzrok w matkę, która nagle zmalała na krześle, skuliła się i wsunęła pod blat.

– Żebyś ty kobieto choć połowę tego rozumu miała co twoja siostra, toby dobrze było! – warknął.

Matka wybałuszyła oczy, ale nic nie odpowiedziała. Nie wiedziałam zbyt dokładnie, o co chodzi z tą jej siostrą, wiedziałam tylko, że się z nią jakiś skandal wiązał, ale nie znałam szczegółów. Na wszelki wypadek przestałam nawet oddychać. Ojciec nagle zwrócił głowę w moją stronę i powiedział:

– A ty sobie zapamiętaj. Ani ty Żydówka, ani ty Polka. Nic nie jest zapisane. W twoich rękach to, kim masz być, i tylko od ciebie to zależy. Jak nam tu przyszło żyć, będziemy żyć jak tutejsze i starczy. A gdzie ty żyć będziesz i jak żyć będziesz, to twój wybór. Ale jak już masz żyć tutaj, żyj tak, jak tu żyją.

– Natan! – krzyknęła matka, ale ojciec odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stołowego, trzaskając drzwiami.

Zaczęłam płakać, bo się wystraszyłam. Ile mogłam mieć lat? Sześć? Może trochę więcej. Na pewno było to już po tych wstążkach Królowej, bo matka nosiła chustkę na głowie. Nie powiedziała słowa. Wstała i też wyszła. Zostałam sama nad tym rosołem z łokszyną.

Ojciec chciał się asymilować. Nic nie wiem ani o jego rodzicach, ani o rodzicach matki. Skąd pochodzili? Wiele lat później zastanawiałam się też nad naszym domem – drewnianym co prawda, ale zbyt obszernym i kosztownym jak na drobnego wytwórcę walizek. Nie wiem, w jaki sposób ojciec wszedł w jego posiadanie. Odziedziczył zapewne, ale po kim? Może odziedziczyła go matka? Wiodło nam się dobrze, nie przelewało się, ale było dostatnio. Spokojnie. Dlaczego postanowił wtopić się w Polskę, oderwać od żydowskiej wspólnoty? Nie mam pojęcia, ale nigdy go za to nie potępiłam, wręcz przeciwnie. Zgadzał się na pewne ustępstwa wobec matki, ale Królowej nigdy nie odprawił. Pewnie wydawało mu się, że skoro podział ról jest taki jasny – matka pani, Królowa kuchta – nikomu nic nie ubywa, choć de facto utrzymywał w domu harem. Sama długo byłam tego nieświadoma, dopóki nie przyłapałam ojca i Królowej na gorącym uczynku.

*

Budzę się nagle w środku nocy. W pokoju nie jest tak ciemno, jak być powinno. W pierwszej chwili nie wiem dlaczego. Ząbkowską słabo oświetlają nieliczne latarnie, ciągnąc się tylko od Targowej do bramy wytwórni wódek, ale przy wylocie Kawęczyńskiej, obok naszego domu, nie ma już prawie ani jednej – kilka jest dopiero przy zajezdni tramwajowej. A jednak noc jest jasna – przypominam sobie, że przecież spadł świeży śnieg, który pokrył dachy i ulice miękkim, białym kocem odbijającym blade światło księżyca. Sen mnie przestraszył, siadam na łóżku. Co mi się śniło? Nie wiem, coś groźnego, ale chyba nie bardzo, bo już się nie boję. W pokoju jest chłodno, chociaż pod wieczór Królowa solidnie napaliła w piecach. Owijam się pierzyną i na bosaka podchodzę do okna. Malowane olejną farbą deski podłogi są lodowate, podkurczam palce stop. Ząbkowska wygląda jak uliczka z bajki. Na każdym wybrzuszeniu murów, na parapetach, na obdachach, na starym kamiennym poidle dla koni stojącym przed jatką Mordki Erbesfelda po drugiej stronie ulicy narosły puchowe, lśniące czapy, a księżycowe światło lśni na soplach kryształowo przejrzystego lodu zwieszających się z dachów i gałęzi rachitycznego drzewa rosnącego przy dwupiętrowej kamienicy Dwojry Wakszulowej2. Ta kamienica to jeden z najbardziej okazałych budynków w sąsiedztwie. A Dwojra jest najgrubszą osobą, jaką znam.

– Baba jak żaba – zgryźliwie mawia o niej Królowa. – Co te chłopy w niej widzą, że tak za nią na czworaka biegają?

Podobno Dwojra pochowała czterech mężów, a jednak nie doczekała się swoich dzieci. Może dzięki temu jest dobra dla cudzych – w kieszeni fartucha nosi zawsze kilka słodkich makagig albo maleńkich rybek z barwionego karmelu, którymi chętnie częstuje Mańkę i mnie. Lubię Dwojrę, chociaż ma smutne oczy. W suterenie swojej kamienicy Dwojra prowadzi magiel, a to jedno z najbardziej popularnych miejsc przy naszej ulicy. Zawsze tam kolejki bab stoją, nawet jak już mają wszystko nawinięte, to nie wychodzą, tylko gadają i gadają. Królowa wiedzie prym.

Skąd takie sople? Dzień był stosunkowo ciepły jak na tę porę roku, wszystko się topiło, wieczorem musiał chwycić solidny mróz. Z zachwytem wyglądam przez szyby, z których każda otoczona jest delikatną koronką szronu, i chce mi się śmiać z radości, że się obudziłam. Rano to już nie będzie to samo, teraz mam cały widok tylko dla siebie! Owijam się ściślej pierzyną, opieram łokcie na parapecie i chłonę widok. Ale co to właściwie za przyjemność z takiego widoku, skoro nie można się nim z nikim podzielić? Nagle dochodzę do wniosku, że muszę obudzić Mańkę i przyprowadzić ją do swojego pokoju, do okna.