Wydawca: Edipresse Książki Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 538 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Początek - Nora Roberts

Z jedną kroplą krwi stary świat znika na zawsze. A w jego miejsce powstaje coś nadzwyczajnego...

W zimny sylwestrowy wieczór na szkockiej wsi zaczęła się śmiertelna pandemia - nazwano ją Zagładą. W wirusie oraz sposobie, w jaki się rozprzestrzenia jest coś zagadkowego. Gdy miliardy padają jego ofiarą i umierają, część z tych, którzy nie zachorowali, odkrywa w sobie dziwne, nieoczekiwane zdolności.

Lana, nowojorska szefowa kuchni, potrafi przenosić przedmioty i ludzi siłą woli. Fred umie przyzwać światło w ciemności. Jonah, ratownik medyczny, widzi strzępy przyszłości ludzi, których dotyka. Katie rodzi bliźnięta i podejrzewa, że wraz z nowym życiem sprowadziła na świat magiczne istoty.

Jednak Zagłada różnie wpływa na ludzi. Prócz światła, pojawi się także mroczna i przerażająca magia. Gdy resztki władz zgarniają odpornych oraz Niesamowitych na badania, Lana, Katie i inni uciekają z Nowego Jorku w poszukiwaniu bezpiecznej przystani. Stary świat się skończył, rozpoczął się Rok Pierwszy.

Opinie o ebooku Początek - Nora Roberts

Fragment ebooka Początek - Nora Roberts

Bestsellerowa autorka „New York Timesa”

Nora Roberts

POLECAMY

Obsesja

Kłamca

Przed zmierzchem

Dla Logana, za poradę

W tekście korzystano z Pisma Świętego w przekładzie Piotra Zaremby, Ewangeliczny Instytut Biblijny, Poznań 2016.

APOKALIPSA

Dusza słucha raczej spokojnego, cichego głosuniż straszliwych ryków potępienia[1].

William Dean Howells

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Dumfries, Szkocja

Kiedy Ross MacLeod pociągnął za spust i zestrzelił bażanta, nie mógł wiedzieć, że zabija także siebie. I miliardy innych osób.

W zimny, wilgotny dzień, ten ostatni dzień roku, który miał być dla niego rokiem ostatnim, wybrał się wraz z bratem i kuzynem na polowanie. Maszerowali raźno po oszronionym, chrzęszczącym pod stopami polu pod niebem barwy wyblakłego, zimowego błękitu. Ten wysportowany sześćdziesięcioczterolatek, który trzy razy w tygodniu chodził do siłowni i uwielbiał grać w golfa (miał handicap dziewięciu uderzeń), czuł się zdrów i pełen życia.

Z Robem, bratem bliźniakiem, stworzyli – i wciąż prowadzili – dobrze prosperującą firmę marketingową z siedzibami w Nowym Jorku i Londynie. Jego trzydziestodziewięcioletnia żona z żonami Roba oraz Hugh, ich kuzyna, zostały w uroczym, starym wiejskim domu. W kamiennych kominkach buzował ogień, w czajniku wrzała woda, kobiety postanowiły więc gotować, piec i szykować potrawy na nadchodzące przyjęcie sylwestrowe. Mężczyźni zaś, włożywszy kalosze, udali się na przechadzkę po polach.

Farma MacLeodów, od przeszło dwustu lat przekazywana z ojca na syna, zajmowała ponad osiemdziesiąt hektarów. Hugh kochał ją niemal równie mocno, jak swoją żonę, dzieci i wnuki. Z pola, które przecinali, widać było ciągnące się na wschodzie odległe wzgórza. Nieopodal zaś, na zachodzie, falowało Morze Irlandzkie.

Mimo że bracia i ich rodziny często podróżowali razem, ten coroczny zjazd na farmie był dla wszystkich najważniejszym wydarzeniem roku. Jako chłopcy latem często spędzali miesiąc na farmie, biegając po polach z Hugh i jego bratem Duncanem – nieżyjącym już, wskutek żołnierskiego życia, jakie obrał. Ross i Rob, mieszczuchy, zawsze rzucali się na prace rolne wyznaczone im przez wuja Jamiego i ciotkę Bess. Nauczyli się łowić ryby, polować, karmić kurczaki i zbierać jajka. Z pasją przemierzali lasy i pola, pieszo i konno.

W bezksiężycowe noce nierzadko wymykali się z domu, żeby odwiedzić właśnie to pole, które teraz przemierzali. Wewnątrz małego kamiennego kręgu, który miejscowi zwali sgiath de solas – tarczą światła – odbywali tajne spotkania i wywoływali duchy.

Co do tych ostatnich, nigdy tak naprawdę nie udało im się ich przywołać, podobnie jak nie odnaleźli zjaw ani duszków, które – tego chłopcy byli pewni – przemierzały te lasy. Chociaż podczas pewnej wyprawy o północy, kiedy – jak się zdawało – nawet powietrze wstrzymało oddech, Ross mógłby przysiąc, że wyczuł mroczną obecność jakiejś istoty, usłyszał szelest jej skrzydeł, a nawet poczuł cuchnący oddech.

Zwłaszcza poczuł – czego niezmiennie się potem trzymał – ten smrodliwy oddech, który go nagle owionął. Ogarnęła go panika; pragnąc uciec z kręgu, potknął się i obtarł nasadę dłoni o jeden z leżących tam kamieni. Na ziemię kapnęła kropla jego krwi.

Jakże to było dawno temu… Nadal śmiali się z tamtej nocy i dokuczali sobie, pielęgnując wspomnienia.

Jako dorośli mężczyźni przywozili na farmę swoje żony, a potem i dzieci, urządzając w ten sposób coroczne zjazdy rodzinne, rozpoczynające się w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia i trwające do drugiego stycznia.

Ich synowie z żonami dopiero co wyjechali do Londynu, gdzie mieli powitać Nowy Rok z przyjaciółmi i spędzić kilka dni w interesach. Tylko córka Rossa, Katie, która była w siódmym miesiącu ciąży i spodziewała się bliźniąt, została w Nowym Jorku.

Planowała przywitać rodziców kolacją, która miała nigdy się nie odbyć.

Jednak w ten rześki ostatni dzień roku Ross MacLeod czuł się tak sprawny i szczęśliwy, jak chłopak, którym niegdyś był. Dlatego zdumiał go przebiegający po plecach dreszcz oraz kołujące nad kamiennym kręgiem kraczące wrony. Otrząsnął się z tego jednak w mig, kiedy samiec bażanta, barwna smuga na bladym niebie, poderwał się do lotu.

Ross przyłożył do oka śrutówkę, którą dostał od wuja na szesnaste urodziny, i powiódł lufą za lecącym ptakiem.

Możliwe, że obtarty przed pięćdziesięciu laty nadgarstek zakłuł go przez chwilę pulsującym bólem.

Jednak…

Pociągnął za spust.

Gdy rozległ się huk wystrzału, przestraszone wrony zakrakały, ale nie odleciały. Zamiast tego jedna z nich oderwała się od stada, jakby zamierzając pochwycić zabitego ptaka. Któryś z mężczyzn parsknął śmiechem, gdy lecąca niczym strzała wrona zderzyła się ze spadającym bażantem. Ten, martwy, uderzył w środek kamiennego kręgu. Jego krew rozbryznęła po zmarzniętej ziemi.

Rob klepnął Rossa w ramię i trzej mężczyźni uśmiechnęli się, gdy jeden z labradorów Hugh popędził zaaportować ptaka.

– Widzieliście tę zwariowaną wronę? – zapytał Rob.

Ross pokręcił głową i znowu się zaśmiał.

– Nie zje bażanta na kolację.

– Ale my owszem – powiedział Hugh. – Każdy z nas upolował po trzy sztuki, czeka nas uczta.

Mężczyźni zebrali upolowane ptaki, a Rob wyciągnął z kieszeni kijek do robienia selfie.

– Zawsze przygotowany.

Ustawili się do zdjęcia – trzech mężczyzn z zaczerwienionymi od zimna policzkami i jarzącymi się błękitem MacLeodów oczami – po czym szczęśliwi i roześmiani wrócili do starego domu.

Tymczasem ptasia krew, zupełnie jakby gotowała się od niewidzialnego ognia, bąblując, przesiąkła przez zmarzniętą ziemię.

Zadowoleni z siebie myśliwi, minąwszy stado owiec pasących się na wzgórzu, pomaszerowali wzdłuż pól jęczmienia poruszanego lekkim wietrzykiem. Jedna z krów, którą Hugh tuczył na mięso, zaryczała leniwie.

Idąc, Ross pomyślał, że ma ogromne szczęście, mogąc skończyć jeden rok i zacząć kolejny tu, na farmie, w otoczeniu tych, których kocha.

Z kominów solidnego, kamiennego domu unosiły się dymy. Kiedy się do niego zbliżali, wyprzedziły ich psy, pędziły, żeby się siłować i bawić. Ich dzień pracy dobiegł końca. Mężczyźni musieli jeszcze zajrzeć do małej szopy.

Żona Hugh, Millie, zarazem córka farmera, stanowczo odmawiała oprawiania ptactwa. Musieli się tym zająć sami. Usadowili się przy długim stole, który Hugh zbudował specjalnie do tego celu.

Podczas pracy leniwie gawędzili o polowaniu i zbliżającym się posiłku. Ross wziął ostre nożyce, żeby odciąć skrzydła bażanta. Oporządzał go tak, jak nauczył go tego wuj, tnąc blisko ciała. Niektóre części będą na zupę; włożył je do grubej plastikowej torby, którą zamierzał zanieść do kuchni, pozostałe do torby na odpadki.

Rob podniósł odcięty łepek i zaczął wydawać z siebie skrzekliwe dźwięki. Zerknąwszy na brata, Ross zaśmiał się wbrew sobie. Nieoczekiwanie zadrasnął kciuk o odciętą kość.

– Cholera – wymamrotał i zatamował krew palcem wskazującym.

– Trzeba na to uważać – zacmokał Hugh.

– Tak, tak. To wina tego przygłupa tutaj.

Krew ptaka zmieszała się z jego krwią.

Skończywszy, umyli wypatroszone ptaki w lodowatej wodzie ze studni, po czym zanieśli je do domu, wchodząc kuchennym wejściem.

Kobiety zebrały się w dużej wiejskiej kuchni. Powietrze przesycały zapachy wypieków i palących się drew z paleniska.

Ross na widok tej idealnej sceny domowej poczuł drżenie w sercu. Położył ptaki na szerokim kuchennym blacie, pochwycił żonę wpół i okręcił ją tak, że się roześmiała.

– Powrót myśliwych – oświadczyła Angie i ucałowała go mocno w usta.

Rudowłosa Millie, z upiętą na czubku głowy burzą loków, popatrzyła z aprobatą na stos ptaków.

– Wystarczy ich do upieczenia na naszą ucztę – oznajmiła – i jeszcze zostanie na przyjęcie. Może zrobimy trochę pasztecików z bażanciną i orzechami? O ile pamiętam, bardzo je lubisz, czyż nie, Robbie?

Ten wyszczerzył zęby w uśmiechu, klepiąc się po wystającym znad paska brzuchu.

– Może powinienem wyjść i ustrzelić jeszcze kilka, żeby starczyło dla wszystkich.

Żona Roba, Jayne, udała, że wkręca palec w brzuch męża:

– Skoro zamierzasz zamienić się w prosię, to może nam trochę pomożesz.

– No właśnie – odezwała się Millie. – Hugh, wyciągnij proszę z chłopakami ten długi stół do salonu na przyjęcie i nakryj go długim, koronkowym obrusem mojej mamy. I ustaw porządne świeczniki. Przynieś też dodatkowe krzesła z gabinetu i je rozstaw.

– Gdziekolwiek je postawimy, i tak będziecie je przesuwały.

– No to bierzcie się już do roboty. – Millie zmierzyła wzrokiem ptaki i zatarła dłonie. – Dobrze, moje panie, dotrzymajmy panom kroku i też weźmy się do pracy.

Niedługo potem, zasiadłszy do uczty, szczęśliwa rodzina zajadała ze smakiem dzikiego bażanta doprawionego estragonem, nadziewanego pomarańczami, jabłkami, szalotkami i szałwią, upieczonego z marchewkami i ziemniakami. Oprócz pieczeni był groszek, pełnoziarnisty chleb z piekarnika i domowe masło.

Dobrzy przyjaciele z lat dziecinnych i rodzina cieszyli się ostatnim w starym roku posiłkiem. Na stole stały dwie butelki szampana Cristal, które Ross i Angie specjalnie na tę okazję przywieźli z Nowego Jorku.

Kiedy sprzątali i zmywali, nadal rozkoszując się dniem i ciesząc na myśl o nadchodzącym przyjęciu noworocznym, za oknami wiatr zawiewał drobny, rzadki śnieg.

A wieczorem świętowali Hogmanay – były zapalone świece i trzaskający w kominkach ogień. Na stół wjechało mnóstwo jedzenia – przygotowanie go zajęło dwa dni – wino, whisky i szampan, a także tradycyjne kordiały, bakalie w cieście, haggis i sery.

Niektórzy sąsiedzi i przyjaciele pojawili się wcześniej, zanim wybiła północ. Przyszli jeść, pić i plotkować oraz wybijać stopą rytm do grających dud i skrzypek. Gdy stary zegar na ścianie obwieścił północ, dom pełen był muzyki i wesela.

Odszedł stary rok, nowy zaś powitano wiwatami, pocałunkami i chóralnym odśpiewaniem Auld Lang Syne. Wszystko to niezmiernie radowało serce Rossa, który stał z wtuloną w niego Angie z jednej strony i z bratem z drugiej.

Gdy skończyli śpiewać, wznieśli toast. Wtem otworzyły się szeroko drzwi.

– Pierwszy, który przekroczy próg! – wykrzyknął ktoś.

Ross przeniósł wzrok na drzwi, spodziewając się w nich ujrzeć jednego z chłopaków Frazierów albo może Delroya MacGrudera, ciemnowłosego młodzieńca o łagodnym usposobieniu. Zgodnie z tradycją wierzył, że gdy taka osoba pierwsza przekroczy próg w Nowy Rok, przyniesie domowi szczęście.

Do środka wpadły jednak tylko wiatr, rzadki śnieg i głęboka ciemność.

Stojący najbliżej wejścia Ross wyszedł na zewnątrz i się rozejrzał. Poczuł dreszcz, który przypisał szalejącemu wiatrowi. Mimo jego pojękiwań panowała dziwna cisza.

Powietrze wstrzymywało oddech.

Czy był to szelest skrzydeł, długi, niewyraźny cień – mrok w mroku?

Ross MacLeod – człowiek, który miał już nigdy nie cieszyć się wspólną biesiadą ani nie witać następnego Nowego Roku – zadrżał gwałtownie i wszedł do środka, stając się jednocześnie tym, który pierwszy przekroczył próg.

– Musiałem nie zamknąć ich na zasuwkę – mruknął, zamykając drzwi.

Nadal czując dreszcze, Ross podszedł do ognia i wyciągnął dłonie ku płomieniom. Przy kominku siedziała stara kobieta opatulona szalem. Jej laska opierała się o fotel. Ross wiedział, że to prababcia młodych Frazierów.

– Może przyniosę pani whisky? – zagadnął.

Wyciągnęła do niego chudą, pokrytą plamami starczymi dłoń i kiedy podał jej rękę, ścisnęła ją z zadziwiającą siłą. Utkwiła w nim spojrzenie ciemnych oczu.

– Zapisano to tak dawno temu, że większość zapomniała.

– Co takiego?

– Że tarcza pęknie, a materia świata zostanie rozdarta przez krew Tuatha de Dananna. Więc teraz koniec i ból, niesnaski i strach – początek i światło. Nigdy nie sądziłam, że tego dożyję.

Położył łagodnie rękę na jej dłoni. Wiedział, że niektórzy nazywali ją jasnowidzką. Inni powiadali, że zdziecinniała ze starości.

Czuł się wciąż źle, ustawicznie wstrząsały nim dreszcze, tak jakby ktoś wbił mu w kręgosłup szpikulec do lodu.

– Zacznie się od was, potomkowie starożytnych.

Jej oczy pociemniały, głos się obniżył. Zebranych w sali ogarnęło uczucie grozy.

– A więc teraz pomiędzy czasem narodzini śmierci budzi się ze snu potęga – i ciemności, i światła. Zaczyna się przesiąknięta krwią bitwa między nimi. A z błyskawicami i bólami porodowymi matki nadchodzi Jedyna, która dzierży miecz. Grobów jest wiele, a twój pierwszy. Wojna będzie długa, jej koniec nie został zapisany. – Na twarzy starej kobiety odmalowało się współczucie, gdy głos znowu przybrał wyższe tony, a oczy rozbłysły światłem. – Ale nie ma w tym niczyjej winy, a błogosławieństwa nadejdą, gdy długo skrywana magia znowu odetchnie. Po łzach może nadejść radość. – Westchnęła i lekko ścisnęła jego dłoń. – Poproszę whisky.

– Już przynoszę.

Ross skarcił się w duchu, że to niemądre, by przejmował się jej nonsensownymi słowami i świdrującymi oczami. Ale musiał się uspokoić, zanim nalał jej whisky – i drugą dla siebie.

Gdy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi, zapanowała pełna oczekiwania cisza. Hugh otworzył je przed jednym z chłopaków Fraziera; Ross ich nie rozpoznawał. Gość przestąpił przez próg z szerokim uśmiechem na twarzy i bochenkiem chleba w dłoni. Powitano go gromkimi brawami i okrzykami zadowolenia.

Jednak czas, w którym mógł zwiastować szczęście, minął.

Mimo to kiedy prawie o czwartej nad ranem dom opuścili ostatni goście, Ross zapomniał o niepokoju. „Może wypił nieco za dużo”, pomyślał. Co tam, ta noc służyła przecież biesiadowaniu. Musiał już tylko dotrzeć chwiejnym krokiem do łóżka.

Po zmyciu makijażu i nałożeniu kremu na noc Angie wsunęła się pod kołdrę koło męża i westchnęła.

– Szczęśliwego Nowego Roku, kochanie – wymamrotała.

W ciemności objął ją ramieniem.

– Szczęśliwego Nowego Roku, kochanie.

I Ross zapadł w sen, w którym krwawiący bażant spadał z nieba do małego kamiennego kręgu, a czarnookie wrony krążyły w takiej masie, że zasłaniały słońce. We śnie dręczyły go wilcze wycie wiatru, przenikliwe zimno i straszliwy upał. Słychać było czyjś płacz i zawodzenie, kuranty wyznaczające pędzący czas.

Zapanowała nagła, przerażająca cisza.

Obudził się dobrze po południu, z pękającą głową i mdłościami. Ponieważ zapracował na kaca, zmusił się, żeby wstać, dotrzeć do łazienki i znaleźć aspirynę w apteczce żony.

Połknął cztery tabletki i chcąc ukoić podrażnione gardło, popił je dwiema szklankami wody. Po krótkim wahaniu zdecydował się na wzięcie gorącego prysznica, po którym poczuł się nieco lepiej, ubrał się i zszedł na dół.

Skierował kroki do kuchni, gdzie pozostali zebrali się już wokół stołu, jedząc późne śniadanie złożone z jajek, ciepłych bułeczek, bekonu i sera. Zapach, zwłaszcza zaś widok jedzenia sprawił, że żołądek podszedł mu do gardła.

– Och, zobaczcie, żyje – powitała go z uśmiechem Angie, po czym przechyliła głowę i przyjrzała mu się uważnie, odgarniając za ucho sięgające brody jasne kosmyki. – Nie wyglądasz najlepiej, kochanie.

– Rzeczywiście, jesteś jakiś nieswój – zgodziła się Millie i wstała od stołu. – Usiądź, naleję ci kawy.

– Daj mu napój imbirowy – zaordynował Hugh. – Nic tak dobrze nie robi na kaca.

– Wszyscy wypiliśmy sporo. – Rob podniósł do ust kubek z herbatą. – Też nie jestem w najlepszej formie. Ale jedzenie postawiło mnie na nogi.

– Na razie może nie. – Wziął napój imbirowy od Millie, podziękował i upił łyczek. – Chyba pójdę się przewietrzyć. I przypomnieć sobie, że jestem za stary, by pić do świtu.

– Mów za siebie. – I choć Rob sam nieco pobladł, to nie stracił apetytu i wbił zęby w bułkę.

– Zawsze będę od ciebie starszy o cztery minuty.

– Trzy minuty i czterdzieści trzy sekundy.

Ross wciągnął kalosze i narzucił na siebie grubą kurtkę. Z myślą o obolałym gardle owinął szyję szalikiem i wcisnął na głowę czapkę. Wziął przygotowaną przez Millie herbatę w grubym kubku i wyszedł na zimne, rześkie powietrze.

Kiedy podbiegł do niego Bilbo, czarny labrador, ruszył na przechadzkę, popijając łyczkami mocną, gorącą herbatę. Przeszedłszy spory kawał drogi, uznał, że czuje się już lepiej. Pomyślał, że kac to okropne cholerstwo, ale przecież nie trwa wiecznie. I na pewno nie spędzi ostatnich godzin w Szkocji na żałowaniu, że przesadził z whisky i winem.

Kac nie zepsuje spaceru z psem.

Nie wiadomo kiedy znalazł się na tym samym polu, na którym zastrzelił ostatniego bażanta podczas polowania. Podszedł do małego kamiennego kręgu, do którego spadł ptak.

Czy to jego krew czerniała na pozbawionej koloru trawie, pokrytej warstewką śniegu? Taka smoliście czarna?

Nie chciał się do tego zbliżać ani tego oglądać. Gdy już miał odchodzić, usłyszał szelest.

Pies warknął cicho, kiedy Ross odwrócił się, by spojrzeć na zagajnik starych, sękatych drzew na skraju pola. Tam coś jest, pomyślał i znowu zadrżał. Coś się poruszało, coś tam szeleściło.

Uznał, że to pewnie jeleń. Jeleń albo lis. Może turysta.

Jednak pies odsłonił zęby i zjeżył sierść na karku.

– Halo?! – zawołał Ross, ale usłyszał tylko zagadkowy szmer. – To wiatr – oznajmił stanowczo. – To tylko wiatr.

Wiedział jednak, tak samo jak wiedział ongiś, jako młody chłopak, że to nie wiatr.

Przeszedł kilka kroków, przeczesując wzrokiem drzewa.

– Chodź, Bilbo. Chodź, piesku, wracajmy do domu.

Odwrócił się i ruszył szybkim krokiem, czując ucisk w piersi. Zerknął za siebie i zauważył, że pies nadal stoi na sztywnych łapach ze zjeżoną sierścią.

– Bilbo! Do nogi! – Ross klasnął w dłonie. – Już!

Pies odwrócił łeb i przez moment spoglądał na niego wściekłymi, oszalałymi ślepiami. Po czym ruszył pędem do swego pana z wywieszonym językiem.

Ross nie zwalniał kroku, póki nie dotarł na skraj pola, po czym położył drżącą dłoń na psim łbie.

– Dobra, stary, obaj jesteśmy idiotami. Nigdy do tego nie wracajmy.

W domu ból głowy nieco zelżał, a żołądek uspokoił się na tyle, że do kolejnego kubka herbaty mógł już zjeść grzankę.

Przekonany, że najgorsze minęło, zasiadł z innymi mężczyznami przed telewizorem, by obejrzeć mecz. Momentami zapadał w drzemkę wypełnioną dziwacznymi snami.

Ocknął się wzmocniony. Miska prostej zupy, którą zjadł na obiad, smakowała jak najwykwintniejsze danie. Po posiłku poszli z Angie się pakować.

– Położę się dziś wcześnie – oznajmił żonie. – Jestem zmordowany.

– Wyglądasz… rzeczywiście nieswojo. – Angie położyła mu dłoń na policzku. – Wydaje mi się, że masz podwyższoną temperaturę.

– Chyba łapie mnie przeziębienie.

Kiwnęła energicznie głową i poszła do łazienki poszukać czegoś w kosmetyczce. Wróciła z dwiema jaskrawozielonymi tabletkami i szklanką wody.

– Weź to i połóż się spać. To lek na przeziębienie na noc, pomoże ci się też wyspać.

– Myślisz o wszystkim. – Połknął lek. – Powiedz wszystkim dobranoc, zobaczę się z nimi rano.

– Wypocznij.

Otuliła go kołdrą i pocałowała w czoło. Uśmiechnął się.

– Oj tak, masz ciepłe czoło.

– Prześpię się i będzie dobrze.

– Koniecznie.

* * *

Rano wydawało się, że jest już lepiej. Nie miał stuprocentowej pewności – wrócił tępy, dokuczliwy ból głowy i męczyło go rozwolnienie – ale zjadł porządne śniadanie w postaci owsianki i wypił kubek mocnej czarnej kawy.

Ostatni spacer i wstawienie bagaży do samochodu sprawiły, że krew zaczęła w nim szybciej krążyć. Przytulił Millie, uścisnął Hugh.

– Przyjedźcie na wiosnę do Nowego Jorku.

– Możliwe, że wpadniemy. Jamie mógłby przez kilka dni popilnować farmy.

– Pożegnaj go od nas.

– Dobrze. Pewnie niedługo wróci, ale…

– Samolot nie będzie czekać. – Rob uściskał gospodarzy.

– Och, będę za wami tęskniła – powiedziała Millie, przytulając do siebie obie kobiety. – Szczęśliwej podróży!

– Przyjedź do nas! – zawołała Angie, wsiadając do samochodu. – Koniecznie! – Posłała im całusa.

* * *

Oddali samochód do wypożyczalni, zarażając pracownika firmy i biznesmena, który wziął po nich auto. Zarazili też bagażowego, który dźwignął ich torby; wirus przeskoczył w momencie podawania napiwku z ręki do ręki. Nim przeszli przez punkty kontrolne na lotnisku, infekcja przeszła na co najmniej dwadzieścia osób.

A także na kolejne dwadzieścia w poczekalni dla pasażerów pierwszej klasy, gdzie popijali krwawą mary i wracali myślami do świątecznych chwil.

– Już czas, Jayne. – Rob podniósł się, cmoknął Angie w policzek i poklepał brata po plecach. – Do zobaczenia za tydzień.

– Daj mi znać, co z tym kontem Colridge’a.

– Jasne. Niedługo będę w Londynie. Jeżeli jest coś, o czym powinieneś wiedzieć, to otrzymasz informację najpóźniej, gdy wylądujesz w Nowym Jorku. Odpocznij teraz. Nadal jesteś blady.

– Też nie wyglądasz za dobrze.

– Zaraz się ożywię – powiedział Rob, jedną ręką chwytając za teczkę, a drugą pozdrawiając bliźniaka. – Do zobaczenia wkrótce, braciszku.

Rob i Jayne MacLeodowie zawlekli wirusa do Londynu. Po drodze zarazili nim pasażerów udających się do Paryża, Rzymu, Frankfurtu, Dublina i dalej. Na Heathrow to, co miało otrzymać nazwę apokalipsa, dotknęło pasażerów czekających na loty do Tokio i Hongkongu, Los Angeles, Waszyngtonu i Moskwy.

Kierowca, który zawiózł ich do hotelu, ojciec czwórki dzieci, zabrał go do domu i podczas kolacji skazał na śmierć całą rodzinę.

Recepcjonistka w hotelu Dorchester zameldowała ich z uśmiechem. Naprawdę była wesoła. W końcu rano wyjeżdżała na tygodniowe wakacje na Bahamy.

Zabrała apokalipsę ze sobą.

Tego wieczoru przy drinkach i kolacji z synem, synową, bratankiem i jego żoną przekazali śmierć kolejnym członkom rodziny i dorzucili ją do hojnego napiwku dla kelnera.

Tej nocy, przypisując ból gardła, zmęczenie i rozstrój żołądka czemuś, co złapał od brata – i nie mylił się – Rob łyknął paracetamol, żeby odzyskać siły.

* * *

Podczas lotu nad Atlantykiem Ross usiłował skupić się na książce, ale nie był w stanie się skoncentrować. Włączył więc muzykę, mając nadzieję, że ukołysze go do snu. Obok niego Angie oglądała film – komedię romantyczną, lekką i beztroską jak szampan w jej kieliszku.

W połowie drogi obudził go gwałtowny atak kaszlu. Angie z troską zaczęła klepać go plecach.

– Przyniosę ci wody – zaoferowała się, ale Ross pokręciwszy głową, podniósł rękę na znak, że dziękuje.

Odpiął pasy, wstał i pośpiesznie udał się do łazienki. Objął dłońmi umywalkę, wykaszliwując gęstą, żółtą flegmę, która wydawała się płynąć wprost z bolących, płonących płuc. Usiłował złapać oddech, kiedy zaczął się kolejny atak kaszlu.

Odkrztusiwszy jeszcze więcej flegmy, zwymiotował i w absurdalnym przebłysku świadomości przypomniał sobie film, w którym tytułowy Ferris Bueller zastanawia się, czy można wykaszleć płuco.

A potem poczuł w brzuchu ostry, przeszywający skurcz, tak że ledwie zdążył ściągnąć spodnie. Gdy na jego rozgrzanej twarzy wystąpił kroplami pot, przeszło mu przez myśl, że zaraz wypadną mu jelita. Poczuł, że dopadły go potworne zawroty głowy, więc przycisnął jedną dłoń do ściany, i gdy jego ciało brutalnie się wypróżniało, zamknął oczy.

Kiedy skurcze i zawroty głowy minęły, omal nie popłakał się z ulgi. Wyczerpany doprowadził się do porządku, wypłukał usta miętowym płynem i ochlapał twarz zimną wodą. Poczuł się lepiej.

Przyjrzawszy się swojej twarzy w lustrze, uznał, że nadal ma nieco podkrążone oczy, ale wygląda lepiej. Doszedł do wniosku, że jakikolwiek wirus wywołał ten stan, trafił do kanalizacji.

Gdy wyszedł, stewardesa obrzuciła go zaniepokojonym spojrzeniem.

– Wszystko w porządku, panie MacLeod?

– Chyba tak. – Przykrył zakłopotanie mrugnięciem i żartem. – Zjadłem za dużo haggisu.

Zaśmiała się grzecznie, nieświadoma, że za niecałe dwadzieścia cztery godziny sama będzie chorować równie gwałtownie.

Wrócił do Angie i usadowił się w fotelu przy oknie.

– W porządku, kochanie?

– Tak, tak. Chyba tak.

Przyjrzała mu się krytycznym okiem i potarła jego dłoń.

– Wróciły ci kolory. Co powiesz na herbatę?

– Owszem, chętnie.

Wypił małymi łykami herbatę i nabrał apetytu na kurczaka z ryżem. Godzinę przed lądowaniem dostał kolejnego ataku kaszlu, wymiotów i biegunki, ale uznał, że jest łagodniejszy niż poprzedni.

Zdał się na Angie, kiedy przechodzili przez odprawę celną i paszportową, pchając wózek z bagażami na zewnątrz, gdzie czekał umówiony kierowca z firmy.

– Miło państwa widzieć! Ja to wezmę, panie Mac.

– Dziękuję, Amidzie.

– Jak się państwu udał wyjazd?

– Cudownie – odparła Angie, manewrując między tłumami na lotnisku Kennedy’ego. – Ale Ross nie czuje się najlepiej. Złapał jakiegoś wirusa.

– Przykro mi to słyszeć. Zabierzemy pana jak najszybciej do domu.

Ross przebył drogę do domu kompletnie zamroczony. Przeszli drogę od lotniska do samochodu, załadowali bagaże, minęli korek wokół lotniska i wreszcie dojechali na Brooklyn do pięknego domu, w którym wychowali dwójkę dzieci.

Zdał się znów na Angie, pozwalając, by zajęła się szczegółami. Czuł wdzięczność, gdy objęła go w pasie i prowadząc na górę, poprosiła, by się na niej wsparł.

– Idziesz prosto do łóżka – zarządziła.

– Nie będę się z tobą sprzeczał, ale najpierw muszę wziąć prysznic. Czuję się… muszę się umyć.

Pomogła mu się rozebrać, co wzbudziło w nim kolejną falę czułości. Oparł głowę na jej piersi.

– Co ja bym bez ciebie zrobił?

– Nawet nie próbuj tego sprawdzać.

Pod prysznicem, pewien, że najgorsze za nim, poczuł się znów lepiej. Gdy wyszedł z łazienki i zobaczył, że odsunęła kołdrę, a na stoliku nocnym postawiła butelkę wody, napój imbirowy i jego telefon, do oczu napłynęły mu łzy wdzięczności.

Pilotem zasunęła żaluzje w oknach.

– Wypij trochę wody albo lemoniady, żebyś się nie odwodnił. A jeżeli rano nie poczujesz się lepiej, to nie ma zmiłuj, jedziemy do lekarza.

– Już mi lepiej – stwierdził, ale posłusznie wypił napój i z uczuciem błogości wsunął się do łóżka.

Otuliła go i z niepokojem położyła mu rękę na czole.

– Zdecydowanie masz gorączkę. Pójdę po termometr.

– Później – powiedział. – Daj mi wpierw kilka godzin.

– Będę na dole.

Zamknął oczy i westchnął.

– Potrzebuję tylko wyspać się we własnym łóżku.

Zeszła na dół, wyjęła z zamrażarki mięso kurczaka i porcję rosołową, po czym wstawiła je pod zimną wodę, żeby przyśpieszyć rozmrażanie. Zrobi duży garnek rosołu ‒ lek na całe zło. Jej też się przyda, czuła się wykończona, za plecami Rossa wzięła kilka tabletek na ból gardła.

Nie ma powodu go martwić, kiedy tak źle się czuje. Poza tym zawsze miała silniejszy organizm niż Ross i pewnie zwalczy to coś, nim się rozwinie.

Krzątając się po kuchni, włączyła tryb głośnomówiący w telefonie i zadzwoniła do córki. Gawędziły wesoło, gdy Angie nalewała wody do czajnika i robiła herbatę.

– Masz pod ręką tatę? Chciałam się przywitać – spytała Katie.

– Śpi. Rozchorował się w Nowy Rok.

– Ojej!

– Nie martw się. Właśnie gotuję rosół. Do niedzielnego obiadu wyzdrowieje. Nie mogę się doczekać spotkania z tobą i Tonym. Och, Katie, znalazłam przecudowne ubranka dla dzieci! No dobra, kilka ubranek. Zobaczysz. Muszę kończyć. – Mówienie męczyło jej obolałe gardło. – Zobaczymy się za kilka dni. Na razie tu nie przychodź, Katie, mówię serio. Tata prawdopodobnie zaraża.

– Powiedz mu, że mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia i żeby zadzwonił, gdy już poczuje się lepiej.

– Dobrze. Kocham cię, słonko.

– Ja ciebie też.

Angie włączyła kuchenny telewizor i uznała, że kieliszek wina zrobi jej lepiej niż herbata. Wrzuciła do garnka mięso i korpus, po czym pobiegła na górę, żeby sprawdzić, co u męża. Cicho pochrapywał, uspokojona wróciła więc obrać ziemniaki i marchewki oraz pokroić seler.

Skoncentrowana na zadaniu, jednym uchem słuchała bezmyślnej telewizyjnej paplaniny. Uparcie ignorowała ból głowy, który ćmił za oczami.

Pomyślała, że gdy Ross poczuje się lepiej – i spadnie mu gorączka – będzie mógł przenieść się z sypialni do pokoju dziennego. I na Boga, sama też przebierze się w piżamę, bo zaczyna się parszywie czuć, a potem będą się przytulać, jeść rosół i oglądać telewizję.

Robiła zupę jak automat – wyjęła korpus i wrzuciła go do śmieci, po czym pokroiła mięso na duże kawałki, dodała warzywa, zioła, przyprawy i domowej roboty bulion drobiowy.

Przykręciła gaz, wróciła na górę i ponownie zajrzała do Rossa. Nie chciała mu przeszkadzać, ale aby być jednak w pobliżu, poszła do dawnego pokoju córki, który służył teraz za miejsce zabaw dla wnuków. Gdy poczuła nagłe mdłości, rzuciła się do gościnnej łazienki i zwymiotowała makaron zjedzony w samolocie.

– Cholera, Ross, coś ty złapał… – stęknęła.

Wyjęła termometr, włączyła go i włożyła końcówkę do ucha. Kiedy piknął, spojrzała na wyświetlacz z przerażeniem: 38,5.

– W takim razie oboje zjemy w łóżku na tacy.

Połknęła jeszcze kilka tabletek advilu i zeszła po napój imbirowy z lodem. Wśliznąwszy się do sypialni, wyciągnęła bluzę i flanelowe spodnie oraz grube skarpetki, bo już wstrząsały nią dreszcze. Wróciła do drugiej sypialni, przebrała się, położyła na łóżku, owinęła piękną kapą i niemal natychmiast zasnęła.

Śniła o czarnych błyskawicach i czarnych ptakach, o rzece, którą płynęła spieniona, czerwona woda.

Obudziła się gwałtownie. Paliło ją gardło, a w głowie huczało. Czyżby słyszała krzyk, wołanie? Usiłując się wyplątać z kapy, usłyszała jakiś łoskot.

– Ross! – Pokój zawirował, gdy wyskoczyła z łóżka. Zaklęła pod nosem, pędząc do sypialni i krzycząc.

Leżał na podłodze przy łóżku w konwulsjach. Obok niego znajdowała się kałuża wymiocin i kolejna wodnistych odchodów. W obu widziała krew.

– O mój Boże! – zawołała. Uklękła i spróbowała przewrócić go na bok. Cholera, tak chyba należało zrobić. Nie miała pewności. Chwyciła jego telefon ze stolika nocnego i wystukała numer pogotowia.

– Potrzebuję karetki. Natychmiast. Potrzebuję pomocy. Boże. – Wyrecytowała szybko adres. – Mój mąż, mój mąż… Tak, ma atak… Jest rozpalony, cały rozpalony… Wymiotował… Z krwią.

– Karetka już do pani jedzie.

– Szybko, proszę, pośpieszcie się!

ROZDZIAŁ DRUGI

Jonah Vorhies, trzydziestodwuletni ratownik medyczny, poczuł zapach gotującej się zupy i wyłączył gaz pod garnkiem, nim on i jego partnerka, Patti Ann, zabrali MacLeoda z domu i wnieśli nosze do ambulansu.

Kobieta wskoczyła do szoferki i włączyła sygnał alarmu, on zaś został z tyłu, starając się ustabilizować stan pacjenta, czemu przyglądała się jego żona.

Jonah pomyślał, że dobrze się trzyma. Nie histeryzuje. Niemal słyszał, jak w myślach błaga męża, żeby się obudził.

Jonah potrafił rozpoznać śmierć, gdy ją widział. Czasami ją wyczuwał. Starał się tego nie robić, bo się bał, że zaszkodzi mu to w pracy – usilnie blokował tę wiedzę. Czasami jednak wiedział, że facet, który na niego wpadł na ulicy, ma nowotwór. Albo że jakiś przebiegający dzieciak jeszcze tego samego popołudnia spadnie z roweru i złamie prawy nadgarstek.

Niekiedy nawet znał imię tego dzieciaka, wiedział, ile ma lat i gdzie mieszka.

Ta wiedza bywała tak konkretna, że przez jakiś czas traktował ją jak formę zabawy. Szybko jednak przestał, bo go wystraszyła.

W przypadku MacLeoda ogarnęło go tak silne przeczucie, że nie pozwalało się zablokować. Co gorsza, towarzyszyło mu coś nowego: jasnowidzenie. Atak minął, nim on i Patti Ann dojechali na miejsce, ale kiedy zajmował się MacLeodem i podawał Patti Ann szczegóły, żeby przekazała je dyspozytorom, Jonah widział pacjenta w łóżku: jak się obraca, jak wymiotuje na podłogę. Jak przed upadkiem z łóżka i atakiem konwulsji wzywa pomocy.

Widział też wbiegającą żonę, słyszał jej głos, gdy krzyknęła. Słyszał i widział wszystko, jakby oglądał to na wielkim ekranie.

I cholernie tego nie lubił.

Kiedy wjechali na podjazd dla karetek, starał się wyłączyć ten obraz, robić co w jego mocy, by ratować życie, o którym wiedział, że dobiega końca.

Jednym tchem wyrecytował parametry życiowe, podał szczegóły objawów i zastosowane działania ratunkowe, podczas gdy doktor Rachel Hopman (w której poważnie się durzył) oraz jej ekipa pędem wieźli pacjenta do sali zabiegowej.

Gdy dotarli na miejsce, nim żona pacjenta pchnęła dwuskrzydłowe drzwi, ujął ją za ramię. I natychmiast je puścił, jakby go parzyło, zobaczył bowiem, że i ona jest martwa.

Powiedziała „Ross” i chcąc otworzyć drzwi, położyła dłoń na klamce.

– Proszę pani. Pani MacLeod, musi pani tutaj zaczekać. Doktor Hopman jest znakomitym lekarzem. Zrobi dla pani męża wszystko, co możliwe.

I dla pani, już niedługo, przeszło mu przez głowę. Choć to nie wystarczy.

– Ross. Muszę…

– Może pani usiądzie? Życzy pani sobie kawy?

– Ja… nie. – Przycisnęła dłoń do czoła. – Nie, dziękuję. Nie. Co mu jest? Co się stało?

– Doktor Hopman z pewnością to sprawdzi. Chce pani, żebyśmy do kogoś zadzwonili?

– Nasz syn jest w Londynie. Wróci dopiero za kilka dni. Moja córka… Jest w ciąży, spodziewa się bliźniąt. Nie wolno jej denerwować. Moja przyjaciółka Marjorie…

– Chce pani, żebym zadzwonił do Marjorie?

– Ja… – Spojrzała niepewnie na ściskaną torebkę, którą złapała odruchowo, tak samo jak chwyciła płaszcz i włożyła buty. – Mam telefon.

Wyjęła urządzenie i nie wiedząc, co robić, wbiła w nie wzrok.

Jonah oddalił się i złapał jedną z pielęgniarek.

– Ktoś musi się nią zająć. – Wskazał na panią MacLeod. – Jej mąż jest w sali w ciężkim stanie. Ona chyba też jest chora.

– Tu jest dużo chorych osób, Jonah.

– Ma gorączkę. Nie wiem, jak wysoką. – Wiedział: 38,5 i rośnie. – Pacjent też ma gorączkę. A ja muszę wracać do ambulansu.

– Dobrze, dobrze. Zaraz się nią zajmę. Bardzo źle? – spytała, wskazując brodą na salę zabiegową.

Wbrew woli Jonah widział, co się dzieje w sali, czuł, jak kobieta, której nadal nie miał odwagi zaprosić na randkę, zerka na zegarek i podaje czas zgonu.

– Źle – bąknął tylko i uciekł, nim Rachel wyszła poinformować żonę o śmierci męża.

* * *

Po drugiej stronie cieśniny East River, w lofcie w Chelsea, Lana Bingham krzyknęła, gdy zaczął w niej wzbierać długi, rozwijający się falami orgazm. Gdy krzyk przeszedł w jęk, a jęk w westchnienie, przestała zaciskać palce na pościeli i uniosła ręce, by objąć szczytującego Maksa.

Westchnęła ponownie – zaspokojona, rozluźniona i zadowolona. Cieszyła się z ciężaru leżącego na niej kochanka, którego serce nadal biło jak szalone przy jej piersi. Przesunęła leniwie palcami po jego włosach.

Powinien je przystrzyc, pomyślała, ale lubiła, kiedy były dłuższe i mogła zawijać je na palce.

Mieszkali razem od sześciu miesięcy i było coraz lepiej.

Spokojna i odprężona zamknęła oczy i znów westchnęła.

Krzyknęła, gdy coś dzikiego i cudownego przetoczyło się przez nią, jakby w niej eksplodowało. Coś o wiele silniejszego niż orgazm, głębszego, będącego zarazem mieszaniną rozkoszy i wstrząsu, którego nie umiałaby opisać. Uczucie to przypominało eksplozję światła, błyskawicę przeszywającą ją na wskroś, płonącą strzałę, która trafiła ją w samo serce i rozgorzała blaskiem w ciele. Prawie czuła, jak krew jej się jarzy.

Leżące na niej i tkwiące wciąż w niej ciało Maksa drgnęło. Usłyszała, jak wstrzymał oddech, gdy na moment znowu stwardniał.

A potem wszystko się uspokoiło, wyrównało i złagodniało. W jej oczach migotały tylko drobne iskierki, a w końcu i one zniknęły.

Max podniósł się na łokciach i spojrzał na nią w świetle pełgających świec.

– Co to było?

Jeszcze nieco oszołomiona wypuściła powietrze.

– Nie wiem. Największy postkoitalny wstrząs świata?

Zaśmiał się i zniżył głowę, żeby musnąć wargami jej usta.

– Myślę, że musimy kupić jeszcze jedną butelkę tego nowego wina, które otworzyliśmy.

– Weźmy całą skrzynkę, jejku. – Przeciągnęła się pod nim, podnosząc ręce. – Czuję się niesamowicie.

– I tak samo wyglądasz, moja śliczna, śliczna czarownico.

Teraz ona się zaśmiała. Wiedziała – podobnie jak on – że w najlepszym razie jest amatorką. I była rada, w zupełności wystarczały jej próby rzucania niewielkich uroków i odprawianie rytuałów ze świecami oraz przestrzeganie świąt.

Od czasu, kiedy w trakcie przesilenia zimowego poznała Maksa Fallona, w którym zakochała się – i to bardzo – jeszcze zanim nadeszła Ostara, równonoc wiosenna, próbowała poważniej popracować nad czarostwem.

Nie miała jednak iskry i szczerze mówiąc, znała niewiele osób, które ją miały. Większość – właściwie wszyscy – których znała lub spotkała na festiwalach, rytuałach, spotkaniach, zaliczali się do amatorów, tak samo jak ona. A niektórzy mieli, według niej, po prostu nierówno pod sufitem, inni zaś zwyczajnie mieli obsesję.

Niektórzy pewnie nawet byliby niebezpieczni, gdyby rzeczywiście mieli moc.

A prócz nich, och tak, prócz nich był jeszcze Max.

On miał talent. Czyż nie rozpalał świec w sypialni oddechem, co zawsze ją podniecało? A gdy się porządnie skupił, potrafił unosić siłą woli małe przedmioty.

Niesamowite.

I kochał ją. A ten rodzaj magii był dla Lany najważniejszy.

Pocałował ją i przetoczywszy się na bok, wziął do ręki niezapaloną świecę.

Lana przewróciła oczami i jęknęła z udawaną przesadą.

– Zawsze idzie ci lepiej, kiedy jesteś zrelaksowana. – Powoli przesunął wzrokiem po jej ciele. – Wyglądasz na zrelaksowaną.

Leżała, nie wstydząc się nagości, z ramionami skrzyżowanymi za głową i rozrzuconymi na poduszce, długimi włosami barwy karmelu. Miała pełne usta o wydatnej dolnej wardze.

– Gdybym była jeszcze bardziej zrelaksowana, to chyba straciłabym przytomność.

– No to spróbuj. – Sięgnął po jej dłoń i pocałował palce. – Skup się. Masz w sobie energię.

Cóż, chciała, żeby tak było, ponieważ Max tego pragnął. A ponieważ nie znosiła go rozczarowywać, usiadła i odgarnęła włosy.

– Dobrze.

Szykując się, zamknęła oczy i wyrównała oddech. Starała się, zgodnie z tym, co próbował jej tłumaczyć, przyciągnąć energię, którą jego zdaniem w sobie miała.

O dziwo, poczuła, jak coś w niej lekko drga i zaskoczona tym wrażeniem, otworzyła oczy i odetchnęła.

Świeca zapłonęła.

Wpatrywała się w nią ze zdumieniem, a on uśmiechnął się szeroko.

– Brawo! – krzyknął z dumą.

– Ale… ale ja nawet nie… – Dotąd zdołała ledwie zapalić kilka świec po paru minutach wytężonej koncentracji. – Nawet nie byłam gotowa zacząć i… ty to zrobiłeś.

Czując rozbawienie i lekką ulgę, stuknęła go palcem w klatkę piersiową.

– Chcesz dodać mi pewności siebie.

– Niczego nie zrobiłem – zaprzeczył i położył dłoń na jej nagim kolanie. – Nie zrobiłbym czegoś takiego i nigdy cię nie okłamuję. Lano, ty to sprawiłaś.

– Ale ja… Naprawdę nie ty? Nie dałeś mi, bo ja wiem… jakiegoś wsparcia?

– Zrobiłaś to absolutnie sama. Spróbuj jeszcze raz. – Zdmuchnął świecę i tym razem włożył ją w jej dłonie.

Zdenerwowana zamknęła oczy, bardziej, żeby się uspokoić niż w jakimkolwiek innym celu. Kiedy jednak pomyślała o świecy, poczuła, że coś w niej wzbiera. Gdy otworzyła oczy i po prostu pomyślała o płomieniu, ten wystrzelił w górę.

– Och, o Boże – westchnęła. W jej oczach barwy letniego nieba odbijało się światło świecy. – Naprawdę to zrobiłam.

– Co czułaś?

– Jakby… jakby się coś we mnie wznosiło. Wznosiło, pęczniało, sama nie wiem. Ale Max, to było naturalne. Nie żaden tam wielki błysk i bum. Tylko jak… cóż… jak by to ująć? Jak oddech. Ale to, wiesz, jest dość straszne. Nie mówmy o tym nikomu, dobrze? – Popatrzyła na niego nad płomieniem.

Ujrzała na jego przystojnej, uduchowionej twarzy dumę i błysk zainteresowania. Pokrywał ją dwudniowy zarost. Jego oczy w świetle świecy wydawały się szare.

– Nie pisz o tym ani nic takiego. Przynajmniej dopóki się nie upewnimy, że to nie przypadek.

– Otworzyły się w tobie drzwi, Lano. Dostrzegłem to w twoich oczach, tak samo jak dostrzegłem w nich możliwość, że się otworzą, kiedy się poznaliśmy. Widziałem to, zanim cię pokochałem. Ale jeżeli chcesz, by zostało to między nami, niech tak będzie.

– Dobrze. – Wstała i dostawiła świecę do poprzednio przez niego zapalonych. Pomyślała, że to symbol ich jedności. Odwróciła się, drgały za nią płomyki. – Kocham cię, Max. Oto moje światło.

Poderwał się gibki niczym kot i przyciągnął ją do siebie.

– Nie potrafię wyobrazić sobie życia bez ciebie. Chcesz jeszcze wina?

– To jakiś eufemizm? – Odchyliła głowę.

– Myślę o winie i o zamówieniu czegoś, bo umieram z głodu. – Uśmiechnął się i ją pocałował. – A potem zajmiemy się eufemizmami.

– Zgadzam się na wszystko. Choć mogę coś ugotować.

– Na pewno, tylko że robiłaś to cały dzień. Masz wolne. Umówiliśmy się, że zjemy coś na mieście…

– Wolałabym zostać. Z tobą. – Zdała sobie sprawę, że zdecydowanie bardziej woli być z nim sam na sam, niż wyjść na miasto.

– Dobrze. Na co masz ochotę?

– Zaskocz mnie – powiedziała, odwracając się, żeby podnieść czarne spodnie i koszulkę, którą nosiła pod bluzą szefa kuchni, zastępcy szefa kuchni, mówiąc dokładniej, które zdarł z niej, gdy wróciła z restauracji. – W tym tygodniu dwa razy pracowałam na dwie zmiany, więc chętnie zostanę w domu i zjem coś – cokolwiek – co ktoś inny ugotuje.

– Załatwione. – Wciągnął dżinsy i ciemny sweter, w których pracował, czyli pisał w gabinecie. – Otworzę wino i zaskoczę cię resztą.

– Zaraz wracam – obiecała, idąc do garderoby.

Kiedy wprowadziła się do Maksa, starała się zająć nie więcej niż pół szafy, ale… uwielbiała ubrania i modę – a ponieważ większość czasu spędzała w białej tunice i czarnych spodniach, nadrabiała to po wyjściu z pracy.

Pomyślała, że ubranie codzienne nadal może być ładne, a nawet romantyczne, gdy się je włoży na wieczór spędzony w domu. Wybrała granatową sukienkę z czerwonymi zawijasami, kończącą się tuż nad kolanami. I też go zaskoczy: seksowną bielizną, gdy już zajmą się eufemizmami.

Ubrała się, po czym przyjrzała się krytycznie swojej twarzy w lustrze. Światło świec jest korzystne, pomyślała, ale… Położyła dłonie na twarzy i używając czarów, przydała sobie nieco uroku – miała do tego talent od czasów licealnych.

Często się zastanawiała, czy talent, jakikolwiek miała, nie zależał bardziej od próżności niż rzeczywistej mocy.

To jej jednak zupełnie nie przeszkadzało. Ani trochę się nie wstydziła, że jest lub czuje ładniejsza niż bardziej pełna mocy. Zwłaszcza że jej przymioty w obu tych dziedzinach przyciągnęły takiego mężczyznę jak Max.

Już miała do niego pójść, kiedy przypomniała sobie o świecach.

– Lepiej nie zostawiać ich bez nadzoru – mruknęła i odwróciła się, by je zgasić.

Zatrzymała się i chwilę zastanowiła. Skoro może je zapalić, to czy może je zgasić?

– To samo, tylko w drugą stronę, no nie? – Powiedziawszy to, a zwłaszcza pomyślawszy o tym, wskazała na jedną ze świec i podeszła bliżej, by spróbować.

Świeca zgasła.

– Ach… Jeju. – Zaczęła wołać Maksa, ale zaraz zdała sobie sprawę, że prawdopodobnie tylko go to nakręci i zamiast zjeść spokojną kolację w domu, będą ćwiczyć i się uczyć.

Zamiast tego skoncentrowała uwagę na świecach, najpierw jednej, potem drugiej, aż w końcu w pokoju zapanowała ciemność. Nie potrafiła wyjaśnić, co czuje ani jakie drzwi, o których mówił Max, się nagle otworzyły.

Uznała, że później o tym pomyśli. Najpierw wino.

* * *

Podczas gdy Max i Lana pili wino – i jedli przystawkę w postaci rozpuszczonego brie na grzankach z bagietki, przed których zrobieniem Lana nie była w stanie się powstrzymać – Katie MacLeod Parsoni spieszyła do szpitala na Brooklynie.

Nie płakała jeszcze, gdyż nie wierzyła – nie chciała wierzyć – że jej ojciec nie żyje, a matka nagle zachorowała tak, że musiano ją położyć na OIOM-ie.

Z dłonią podtrzymującą brzuch i mężem obejmującym ją w nieistniejącej już talii szła do windy prowadzącej na oddział intensywniej opieki medycznej.

– To się nie dzieje. To jakaś pomyłka – mamrotała. – Mówiłam ci, rozmawiałam z nią kilka godzin temu. Tata źle się czuł – jakieś przeziębienie czy coś takiego – a ona robiła zupę.

Powtarzała te słowa całą drogę do szpitala. Tony tylko ją obejmował.

– Wszystko będzie dobrze – powiedział, nie umiejąc wymyślić nic innego.

– To jakaś pomyłka – powtórzyła. Ale kiedy dotarli do dyżurki pielęgniarek, nie potrafiła wykrztusić słowa i spojrzała tylko bezradnie na Tony’ego.

– Powiedziano nam, że Angie – Angela – MacLeod została przyjęta na oddział. To jej córka, Kathleen. Moja żona, Katie.

– Muszę się zobaczyć z mamą, muszę się z nią zobaczyć. – Coś w oczach tej pielęgniarki sprawiło, że w Kate zaczęła narastać panika. – Muszę zobaczyć się z mamą! – zawołała. – Chcę rozmawiać z doktor Hopman. Powiedziała… – Katie załamał się głos.

– Pani mamą zajmuje się doktor Gerson – oznajmiła pielęgniarka.

– Nie chcę widzieć doktora Gersona. Chcę zobaczyć się z mamą! Chcę rozmawiać z doktor Hopman.

– Spokojnie, Katie, no już. Spróbuj się uspokoić. Musisz myśleć o dzieciach.

– Skontaktuję się z doktor Hopman. – Pielęgniarka wyszła zza biurka. – Może poczeka pani tutaj, proszę usiąść. Który miesiąc?

– Dwadzieścia dziewięć tygodni, cztery dni – odpowiedział Tony.

Z oczu Kate popłynęły łzy.

– Liczysz też dni – wymamrotała.

– Oczywiście, że tak, kochanie. Jasne, że liczę. Będziemy mieli bliźnięta – poinformował pielęgniarkę.

– Fajnie. – Pielęgniarka uśmiechnęła się, ale, gdy odwróciła się z powrotem w stronę biurka, jej twarz natychmiast spoważniała.

Rachel zareagowała na wezwanie pagera najszybciej, jak umiała i na widok pary w ułamku sekundy trafnie oceniła sytuację. Wkrótce będzie miała do czynienia z ciężarną w żałobie.

Dobrze, że dotarła tu przed Gersonem. To doskonały internista, ale potrafił być tak szorstki, że aż nieuprzejmy.

Pielęgniarka dała Rachel znak kiwnięciem głowy. Lekarka zebrała siły i podeszła do Parsonich.

– Jestem doktor Hopman. Bardzo mi przykro z powodu pani ojca.

– To jakaś pomyłka.

– Pani jest Katie?

– Tak. Katie MacLeod Parsoni.

– Katie. – Rachel usiadła. – Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy. Pani mama zrobiła wszystko, co w jej mocy. Zadzwoniła po karetkę, tata znalazł się u nas tak szybko, jak się dało. Ale był zbyt chory.

Oczy Katie, takiego samego koloru ciemnej zieleni co oczy jej matki, wpatrywały się w Rachel błagalnie.

– Jest tylko przeziębiony. To jakiś łagodny wirus. Mama gotowała mu rosół.

– Pani mama nie była w stanie nam wiele powiedzieć. Byli w Szkocji? Ale pani z nimi nie pojechała?

– Mam jak najwięcej leżeć, nie wolno mi latać samolotem.

– Bliźnięta – wtrącił Tony. – Dwadzieścia siedem tygodni, cztery dni.

– Wiecie, gdzie dokładnie w Szkocji?

– W Dumfries. Jakie to ma znaczenie? Gdzie jest moja mama? Muszę się z nią zobaczyć.

– Jest w izolatce.

– Jak to w izolatce?!

Spojrzenie Rachel było tak spokojne i opanowane, jak jej głos.

– To środek ostrożności, Katie. Jeżeli ona i pani tata nabawili się jakiejś infekcji lub jedno z nich zaraziło drugie, musimy przeciwdziałać epidemii. Może pani się z nią zobaczyć przez kilka minut, ale musi się do tego przygotować. Mama jest bardzo chora. Musi pani włożyć maseczkę, rękawiczki i strój ochronny.

– Wszystko mi jedno, co mam włożyć, muszę zobaczyć mamę.

– Nie będzie pani mogła jej dotknąć – dodała Rachel. – I może pani spędzić tam tylko kilka minut.

– Idę z żoną.

– Dobrze. Najpierw muszą mi państwo opowiedzieć o ich wyjeździe do Szkocji. Pani mama wspominała, że wrócili dopiero dziś rano i bawili tam od drugiego dnia świąt. Wie pani może, czy pani tata był chory, zanim wyjechali?

– Nie, nie, czuł się dobrze. Spotkaliśmy się w Boże Narodzenie. Na drugi dzień zawsze wyjeżdżamy na farmę. Pojechali wszyscy z wyjątkiem mnie i Tony’ego, bo nie wolno mi podróżować w tym stanie.

– Rozmawiała pani z nimi, kiedy byli w Szkocji?

– Oczywiście. Prawie codziennie. Mówię pani, że nic im nie dolegało. Może pani spytać wuja Roba, brata bliźniaka mojego ojca. Wszyscy tam zebrani dobrze się czuli. Może pani go spytać. Jest w Londynie.

– Może mi pani dać do niego numer telefonu?

– Ja to zrobię. – Tony ścisnął dłoń Katie. – Podam pani wszystko, czego sobie pani życzy. Ale Katie musi zobaczyć się z mamą.

Gdy oboje włożyli szpitalne kitle i rękawiczki, Rachel pomyślała, że musi ich przygotować na to, co zastaną.

– Przeciwdziałamy odwodnieniu. Pani mama ma wysoką gorączkę, którą staramy się zbić. – Zatrzymała się przed salą o szklanej ścianie: drobnokoścista kobieta z burzą czarnych loków, bezlitośnie zaczesanych do tyłu i spiętych. Wskutek zmęczenia jej oczy koloru ciemnej czekolady zapadły się w głąb, ale głos emanował energią. – Plastikowa zasłona służy ochronie przed infekcją.

Katie mogła tylko patrzeć przez plastikową szybę, oddzielającą kobietę leżącą na wąskim szpitalnym łóżku od reszty pokoju.

Jak pusta skorupa po mojej matce, pomyślała.

– Dopiero co rozmawiałyśmy ‒ wybełkotała. ‒ Dopiero co rozmawiałyśmy. – Chwyciła dłoń Tony’ego i weszła do środka.

W sali było słychać dźwięki monitorów. Po ekranach przesuwały się jakieś zielone szlaczki, jedne przypominały bazgraninę, inne szpikulce. Wentylator szumiał niczym rój pszczół. Nad wszystkimi tymi dźwiękami górował chrapliwy oddech jej matki.

– Mamo – powiedziała, ale Angie ani drgnęła. – Czy mama dostała jakieś środki uspokajające?

– Nie.

– Mamo, to ja, Katie. Mamo.

Angie poruszyła się i jęknęła.

– Zmęczona… taka zmęczona… Zrobić zupę… Trzeba zostać w domu, wszyscy jesteśmy chorzy i musimy zostać w domu… Mamuusiu, chcę piżamkę w owieczki. Nie mogę dziś iść do szkoły.

– Mamo, to Katie.

– Katie, Katie. – Głowa Angie przewracała się na poduszce to w prawo, to w lewo. – Mamusia mówi: Katie, zarygluj drzwi. Zarygluj drzwi, Katie. – Powieki Angie zamrugały i uniosły się, a błyszczące od gorączki oczy rozejrzały się po sali. – Nie pozwól temu dostać się do środka. Słyszysz, jak szeleści w krzakach? Katie, zarygluj drzwi!

– Nie martw się, mamo. Nie martw się.

– Widzisz te wrony? Wszystkie krążą.

Wtem jej rozgorączkowane, niewidzące spojrzenie spoczęło na Katie. Zamigotało w nich coś matczynego.

– Katie. Moja dziewczynka.

– Jestem tu, mamo. Jestem przy tobie.

– Tata i ja nie czujemy się najlepiej. Zjemy rosół w łóżku na tacach i pooglądamy telewizję.

– Dobrze. – Wzbierające łzy ścisnęły jej gardło, zdołała jednak wymamrotać: – Wkrótce poczujesz się lepiej. Kocham cię.

– Musisz trzymać mnie za rękę, kiedy przechodzimy na drugą stronę ulicy. I trzeba się rozejrzeć w obie strony, to bardzo ważne.

– Wiem.

– Słyszałaś? – Oddech Angie przyśpieszył, a głos opadł do szeptu. – Coś szeleści w tych krzakach. Coś na nas patrzy.

– Niczego tu nie ma, mamo.

– Jest! Kocham cię, Katie. Kocham cię, Ian. Moje dzieci.

– Kocham cię, mamo – powiedział Tony, zdając sobie sprawę, że teściowa bierze go za brata Katie. – Kocham cię – powtórzył, ponieważ była to prawda.

– Później zrobimy sobie piknik w parku, ale… Nie, nie, idzie burza. Razem z tym. Czerwona błyskawica, ogień i krew. Uciekaj! – Usiłowała się podnieść. – Uciekaj!

Dostała gwałtownego ataku kaszlu. Na plastikową zasłonę poleciały kropelki śliny i flegmy.

– Proszę ją stąd zabrać! – nakazała Rachel, wciskając guzik przywołujący pielęgniarkę.

– Nie! Mamo!

Mimo protestów Katie Tony wyciągnął ją z sali.

– Przykro mi. Naprawdę mi przykro, ale musisz im pozwolić jej pomóc. Chodź. – Dłonie mu drżały, kiedy pomagał jej zdjąć kitel. – Powinniśmy zostawić te rzeczy tutaj, pamiętasz?

Zdjął jej rękawiczki, ściągnął swoje i wyrzucił, kiedy pielęgniarka wpadła do sali, by pomóc lekarce.

– Katie, musisz usiąść.

– Co jej jest, Tony? Ona bredziła.

– To pewnie gorączka. – Czując jak drży, poprowadził ją z powrotem na fotele. – Zbiją tę gorączkę.

– Mój ojciec nie żyje. On nie żyje, a ja nie mogę o nim myśleć. Muszę myśleć o niej. Ale…

– W porządku. – Cały czas ją obejmował i przyciągając jej głowę do ramienia, głaskał po kręconych kasztanowych włosach. – Musimy o niej myśleć. Ian będzie tu tak szybko, jak to możliwe. Może nawet jest już w drodze. On też będzie nas potrzebował, zwłaszcza że Abby i dzieci nie mogą z nim przylecieć, jeżeli nie zdołał kupić biletów.

Mów, pomyślał Tony, dużo mów, żeby Katie nie zastanawiała się nad tym, co się dzieje po drugiej stronie tej potwornej plastikowej zasłony.

– Pamiętasz, napisał, że udało mu się znaleźć przelot do Dublina, a stamtąd już leci bezpośrednio. Pamiętasz? I stara się znaleźć lot dla Abby i dzieci, żeby jak najszybciej wylecieli z Londynu.

– Wzięła cię za Iana. Ona cię kocha, Tony.

– Wiem. Już dobrze. Wiem.

– Przykro mi.

– Och, daj spokój, Katie.

– Nie, przykro mi. Mam skurcze.

– Czekaj, co? Ile?

– Nie wiem. Nie wiem, ale mam. I czuję…

Zakołysała się w fotelu. Podniósł ją, wstał, objął żonę i ich nienarodzone dzieci i czując, że świat wali mu się na głowę, wezwał pomoc.

Przyjęto ją natychmiast i po pełnej napięcia godzinie skurcze ustały. Po koszmarze z rodzicami i zaleceniu pozostania w szpitalu na obserwacji oboje byli wyczerpani.

– Zrobimy listę tego, czego potrzebujesz, z domu, a ja pojadę i to przywiozę. Zostanę tu z tobą do rana.

– Nie jestem w stanie jasno myśleć. – Choć Katie miała wrażenie piasku pod powiekami, nie mogła przymknąć oczu.

Wziął jej dłoń i okrył ją pocałunkami.

– Coś wymyślę. A ty musisz robić to, co powiedział lekarz. Musisz odpoczywać.

– Wiem, ale… Tony, możesz tylko iść sprawdzić? Możesz zobaczyć, jak się czuje mama? Chyba nie będę mogła odpoczywać, póki się tego nie dowiem.

– Dobrze, ale żadnego wstawania i kręcenia się po sali, kiedy mnie nie będzie.

Zdobyła się na wątły uśmiech.

– Uroczyście przyrzekam.

Wstał, nachylił się i pocałował ją w brzuch.

– A wy, dzieciaki, siedźcie tu grzecznie. Dzieci – przewrócił oczami – zawsze dokądś pędzą.

Kiedy wyszedł, oparł się o drzwi, walcząc z przemożną chęcią poddania się rozpaczy. Pomyślał, że to Katie jest silna, Katie jest twarda. A teraz to on musi być silny. Więc będzie.

Przeszedł przez oddział intensywnej opieki – który przypominał labirynt – i znalazłszy drzwi do poczekalni i recepcji, dotarł do wind. Podejrzewał, że żeby przestał się gubić, Katie będzie musiała zostać tu o wiele dłużej.

Kiedy podszedł do windy, wyszła z niej drobna, ładna Afroamerykanka w białym laboratoryjnym fartuchu i czarnych nike’ach. Rozpoznał ją.

– Doktor Hopman. – Rozpromienił się.

– Pan Parsoni. Jak Katie?

– Proszę mi mówić Tony. Katie stara się odpoczywać. Wszystko w porządku. Od godziny nie miała skurczy, a dzieci czują się dobrze. Chcą ją zatrzymać przynajmniej na noc, pewnie na kilka dni. Pyta o mamę, więc szedłem sprawdzić.

– Może usiądziemy tutaj?

Od dziecka pracował w rodzinnym sklepie z artykułami sportowymi – teraz kierował główną filią. Znał się na ludziach.

– To nie może być prawda.

– Naprawdę mi przykro, Tony. – Wzięła go pod ramię i poprowadziła do foteli. – Powiedziałam doktorowi Gersonowi, że zejdę, ale mogę go przywołać pagerem, żeby z panem porozmawiał.

– Nie, nie znam go, nie ma takiej potrzeby. – Opadł ciężko i schował głowę w dłoniach. – Co się dzieje? Nie rozumiem, co się dzieje. Dlaczego oni zmarli?

– Sprawdzamy to, usiłujemy ustalić, co to za infekcja. Sądzimy, że zarazili się w Szkocji, skoro pański teść poczuł się źle przed wylotem. Katie wspominała, że byli na farmie. W Dumfries…?

– Tak, to rodzinna farma prowadzona przez kuzyna – potwierdził. – Cudowne miejsce.

– Kuzyna?

– Tak, Hugh, Hugh MacLeoda. I Millie. Boże, muszę ich powiadomić. I Roba, i Iana. Co ja powiem Katie?

– Chce pan kawy?

– Nie, dziękuję. Przydałby mi się porządny, mocny drink, ale… – Musi być silny, napomniał siebie w duchu i obtarł łzy przegubami dłoni. – Wystarczy mi cola.

Zaczął się podnosić, gdy Rachel położyła mu dłoń na ramieniu.

– Ja przyniosę. Zwykła?

– Tak.

Podeszła do automatów i wydobyła drobne. Farma, pomyślała. Świnie, kurczaki. Czyżby jakiś szczep świńskiej albo ptasiej grypy?

Nie jej dziedzina, ale postanowiła, że zdobędzie informacje i przekaże je dalej.

Przyniosła Tony’emu colę.

– Gdyby podał nam pan telefon do Hugh i Rossa MacLeodów, brata, mogłoby nam to pomóc w ustaleniu faktów.

Zapisała w telefonie wszystkie numery podane przez Tony’ego. Kuzyn, brat bliźniak, syn, nawet bratankowie.

– Proszę wziąć mój numer. – Wzięła jego telefon i wpisała się do listy kontaktów. – Proszę do mnie zadzwonić, gdybym mogła się na coś przydać. Zamierza pan zostać z Katie do rana?

– Tak.

– Zajmę się tym. Przykro mi, Tony. Bardzo mi przykro.

Odetchnął głęboko.

– Ross i Angie, byli… kochałem ich jak własnych rodziców. Dobrze wiedzieć, że w ostatnich chwilach byli z kimś dobrym, z kimś, wie pani, troskliwym. Żonie też ta świadomość pomoże.

Powłócząc nogami, ruszył do sali Katie. Raz nawet umyślnie źle skręcił, by dać sobie więcej czasu.

Kiedy do niej wszedł i zobaczył, jak leży i wpatruje się w sufit, a dłońmi tuli rosnące w niej dzieci, wiedział, co musi zrobić.

Po raz pierwszy, odkąd się poznali, okłamał ją.

– Mama?

– Śpi. Ty też powinnaś się przespać. – Nachylił się nad łóżkiem i pocałował ją. – Pojadę do domu i przywiozę trochę rzeczy. Na pewno mają tu paskudne jedzenie, wezmę więc lazanię z twojej ulubionej restauracji. Dzieciaki muszą jeść. – Poklepał ją delikatnie po brzuchu. – I potrzebują mięsa.

– Okej, masz rację, moja ty opoko.

– Wrócę, nim się zorientujesz. Żadnych dzikich imprez pod moją nieobecność.

Oczy jej zalśniły, a usta zadrżały. Jego Katie zawsze była dzielna.

– Już zamówiłam striptizerów.

– Powiedz im, żeby na mnie poczekali.

Wyszedł i powlókł się do samochodu. Zaczął padać śnieg, ale tak rzadki, że ledwo go czuł na skórze. Wsiadł do minivana, którego kupili zaledwie przed dwoma tygodniami, szykując się na narodziny bliźniąt.

Nachylił głowę nad kierownicą i rozpłakał się z rozpaczy.

[1] Przełożyła Małgorzata Szercha.

Tytuł oryginału: Chronicles of the One. Year One

Copyright © 2017 by Nora Roberts

Copyright for the Polish Edition © 2018 Edipresse Polska SA

Copyright for the Translation © 2018 Magdalena Rabsztyn-Anioł

Edipresse Polska SA

ul. Wiejska 19

00-480 Warszawa

Dyrektor ds. książek: Iga Rembiszewska

Redaktor inicjujący: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk, Beata Gontarska

Digital i projekty specjalne: Katarzyna Domańska

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51), Barbara Tekiel (tel. 22 584 25 73),

Andrzej Kosiński (tel. 22 584 24 43)

Redakcja: Ewdokia Cydejko

Korekta: Iwona Sośnicka, Jolanta Kucharska

Projekt okładki: www.blacksheep-uk.com

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Skład i łamanie: Tomasz Pisarek / tom@pisarek.xyz

Biuro Obsługi Klienta

www.hitsalonik.pl

mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 584 22 22

(pon.–pt. w godz. 8.00–17.00)

www.facebook.com/edipresseksiazki

www.instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8117-149-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.