Początek, koniec i hot-dogi - Kacper Kotulak - ebook
Opis

Początek, koniec i hot-dogi to historia Nabuchodonozora Wilkinsa, kapitana floty kosmicznej Stanów Zjednoczonych, który po zawaleniu sprawy jako ostatnia nadzieja planety Ziemi, zostaje ostatnią nadzieją całego wszechświata. Opowieść zawiera odpowiedzi na intrygujące zagadnienia takie jak: „dlaczego niby światło miałoby być najszybszą rzeczą we wszechświecie?”, „jak zbudować sprawnie działającą cywilizację, bazując na nienawiści do wszystkiego dookoła?”, „jak to się stało, że Czas przestał być wielkością fizyczną i został pomarszczonym staruszkiem w pomarańczowym prześcieradle?” oraz: „sposoby na ocalenie wszechświata przy wykorzystaniu głupoty, przemocy i butelki po piwie”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


MA­REK ZY­CHLA

PRZE­CZY­WI­STOŚĆ

(frag­ment)

Wy­daw­nic­two GMORK

ROZDZIAŁ 0

Ko­la­na to na­praw­dę za­dzi­wia­ją­ca spra­wa, choć mało kto to so­bie uświa­da­mia. Przy­naj­mniej do mo­men­tu, gdy nocą za­wa­dzi się o kant szaf­ki lub gdy w kul­mi­na­cyj­nym punk­cie bój­ki trze­ba od­wró­cić jej losy cel­nym kop­nia­kiem w new­ral­gicz­ny punkt prze­ciw­ni­ka. Ale za­wsze moż­na też na ko­la­na po pro­stu upaść – tak jak na przy­kład Bas Ko­ol­pa. W jego przy­pad­ku nie mia­ło to jed­nak pod­ło­ża ani sa­kral­ne­go, ani ro­man­tycz­ne­go. Tak się skła­da, że żył w świe­cie opusz­czo­nym przez Boga i cał­ko­wi­cie po­zba­wio­nym mi­ło­ści – w du­żej mie­rze za spra­wą kil­ku­dzie­się­ciu gło­wic ter­mo­nu­kle­ar­nych, któ­re kil­ka­dzie­siąt lat wcze­śniej po­sta­no­wi­ły wy­pa­lić z ob­li­cza świa­ta wszyst­kie uczu­cia głęb­sze od roz­pacz­li­wej woli prze­trwa­nia.

Z drżą­cej dło­ni męż­czy­zny wy­pa­dła po­żół­kła kart­ka. Na sa­mej jej gó­rze znaj­do­wał się nie­co wy­bla­kły na­pis: „Ope­ra­cja »Dzień Sądu 2.0«, kody dez­ak­ty­wa­cyj­ne”. W szkli­stych oczach Basa od­bi­ja­ła się wiel­ka chmu­ra w kształ­cie grzy­ba. Na­gle wy­czu­lo­ne ucho nie­do­szłe­go zbaw­cy resz­tek świa­ta po­chwy­ci­ło dźwięk. I nie był on zwią­za­ny z nie­uchron­nie nad­cho­dzą­cą falą ude­rze­nio­wą. Obok Basa sta­nął męż­czy­zna w nie­na­gan­nym gar­ni­tu­rze i z ne­se­se­rem w dło­ni – wi­dok spóź­nio­ny o ja­kieś czter­dzie­ści lat. Ko­ol­pa pa­trzył na nie­go przez chwi­lę zu­peł­nie by­dlę­cym wzro­kiem.

– Cał­kiem nie­zły ka­wa­łek za­gła­dy, nie uwa­ża pan? – Gość uśmiech­nął się z za­do­wo­le­niem.

Bas Ko­ol­pa za­pa­trzył się znów w śmier­cio­no­śny grzyb. Fala ude­rze­nio­wa była już bar­dzo nie­da­le­ko. W tej chwi­li wy­da­wa­ła się dużo istot­niej­szą kwe­stią niż ja­kiś wa­riat w gar­ni­tu­rze i z ne­se­se­rem.

ROZDZIAŁ 1

Mó­wią, że jak nie wia­do­mo, od cze­go za­cząć, to naj­le­piej za­cząć od po­cząt­ku. A za­tem na po­cząt­ku było Sło­wo. Tyle że brzmia­ło ono „CHA­OS”, co nie wró­ży­ło zbyt do­brze na przy­szłość. Za­nim jed­nak Sło­wo do­szło do wnio­sku, że nie jest to dla nie­go naj­lep­sze brzmie­nie, mu­sia­ło upły­nąć spo­ro… cze­goś – trud­no wła­ści­wie po­wie­dzieć, cze­go, jako że czas jesz­cze wte­dy nie ist­niał. Coś jed­nak na pew­no upły­wa­ło i bez wąt­pie­nia było to coś bar­dzo przed­wiecz­ne­go. W każ­dym ra­zie mi­ja­ło so­bie spo­koj­nie, a Sło­wo do­cho­dzi­ło po­wo­li do w mia­rę sen­sow­nych wnio­sków. W mię­dzy­cza­sie coś się prze­pa­li­ło… Trza­snę­ło, huk­nę­ło i na­gle po­ja­wił się wszech­świat. Było to spo­rym za­sko­cze­niem – głów­nie dla sa­me­go wszech­świa­ta. To w koń­cu dość nie­co­dzien­na spra­wa, żeby ot tak z ni­cze­go stać się na­gle nie­zli­czo­ną mno­go­ścią ga­lak­tyk, gwiazd, pla­net i in­nych dzi­wactw.

A Sło­wo zo­ba­czy­ło, że to wszyst­ko było… kosz­mar­nie nud­ne. Mniej wię­cej w tej sa­mej chwi­li, gdzieś w od­le­głym za­kąt­ku mło­de­go wszech­świa­ta, przy­pad­ko­wy zle­pek ato­mów, dry­fu­ją­cy w za­wie­si­stej pra­zu­pie, zu­peł­nie nie zda­jąc so­bie spra­wy z kon­se­kwen­cji, po­łą­czył się z in­nym przy­pad­ko­wym zlep­kiem ato­mów. Po­mysł szyb­ko się przy­jął i wkrót­ce, po raz pierw­szy w hi­sto­rii po­ja­wi­ło się coś w ro­dza­ju mody. Co­raz bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne przy­pad­ko­we zlep­ki ato­mów na­wet nie zo­rien­to­wa­ły się, kie­dy wy­kształ­ci­ły or­ga­ny we­wnętrz­ne, okieł­zna­ły ogień i za­czę­ły ma­so­wo wy­twa­rzać te­le­fo­ny ko­mór­ko­we z ob­słu­gą dzwon­ków po­li­fo­nicz­nych.

Wie­le moż­na po­wie­dzieć o wszech­świe­cie po po­ja­wie­niu się zja­wi­ska zwa­ne­go po­wszech­nie ży­ciem, ale na pew­no nie był już wię­cej nud­ny. Co to, to nie…

***

Gdzieś na ru­bie­żach cy­wi­li­zo­wa­ne­go wszech­świa­ta znaj­du­je się sto­sun­ko­wo nie­wiel­ka i mało zna­czą­ca brył­ka krze­mu, na­zwa­na przez jej miesz­kań­ców Zie­mią. Jest to cał­kiem stan­dar­do­wy świat. Kształ­tem – przy­naj­mniej z da­le­ka – przy­po­mi­na kulę, ale od dołu wca­le nikt nie spa­da, co bar­dzo dzi­wi­ło miej­sco­wych uczo­nych jesz­cze przed kil­ko­ma wie­ka­mi. Co wię­cej, tak się aku­rat skła­da, że w mo­men­cie, w któ­rym wi­dzi­my Zie­mię, ta znaj­du­je się wła­śnie na kra­wę­dzi za­gła­dy. Wie­lu miej­sco­wych na­ukow­ców, fi­lo­zo­fów, pro­ro­ków i zwy­czaj­nych głup­ków snu­ło mnó­stwo teo­rii na te­mat koń­ca świa­ta. Nad­cią­ga­ją­ca ka­ta­stro­fa nie jest jed­nak spo­wo­do­wa­na tym, że Bogu-Słoń­cu skoń­czy­ła się krew z ofiar, żad­ne wro­gie ar­mie ty­ta­nów nie wy­ru­szy­ły do osta­tecz­ne­go boju, ża­den zło­śli­wy wład­ca pod­zie­mi nie upo­mniał się o swo­je, po­sta­na­wia­jąc przy tym uni­ce­stwić wszyst­ko do­ko­ła…

Całe za­mie­sza­nie spo­wo­do­wa­ne zo­sta­ło przez cał­ko­wi­cie zwy­czaj­ny i zu­peł­nie nie­zło­śli­wy ka­wał ska­ły. Po­dró­żo­wał przez prze­strzeń już do­syć dłu­go i nie miał żad­nych spe­cjal­nych pla­nów zwią­za­nych z Zie­mią. Po pro­stu bar­dzo daw­no i bar­dzo da­le­ko stąd, pew­na pla­ne­ta mia­ła wiel­kie­go pe­cha. Nie ma sen­su za­głę­biać się te­raz w szcze­gó­ły i do­py­ty­wać, kto kogo pierw­szy zde­ner­wo­wał i kto komu wy­gar­nął z su­per­dzia­ła jo­no­we­go. Waż­ne, że jed­na z ostat­nich po­zo­sta­ło­ści spo­ru leci wła­śnie w kie­run­ku Zie­mi z za­wrot­ną pręd­ko­ścią i jed­ne­go moż­na być pew­nym – spo­tka­nie na pew­no nie bę­dzie miłe.

Oczy­wi­ście pew­na ziem­ska na­cja, po­wszech­nie zna­na z aspi­ra­cji do ra­to­wa­nia pla­ne­ty przed koń­cem świa­ta, wy­sła­ła mi­sję, ma­ją­cą na celu – jak to ujął pod­czas od­pra­wy pod­sta­rza­ły ge­ne­rał z cy­ga­rem w zę­bach i z oku­la­ra­mi prze­ciw­sło­necz­ny­mi na no­sie – roz­pi­rze­nie tej prze­klę­tej aste­ro­idy w drob­ny mak. Jed­nak na ob­ser­wo­wa­nie lo­sów obroń­ców Zie­mi i ostat­niej na­dziei ludz­ko­ści przyj­dzie jesz­cze pora. War­to zer­k­nąć co się dzie­je na po­wierzch­ni pla­ne­ty – taka szan­sa może się nie po­wtó­rzyć…

***

To co dzia­ło się na uli­cach per­ły miast – No­we­go Jor­ku – moż­na by wziąć za cał­kiem zwy­czaj­ny piąt­ko­wy po­ra­nek. Tyle że za­wie­ra­ło sta­now­czo zbyt mało za­bie­ga­nych, do­brze ubra­nych biz­nes­me­nów, a za dużo za­mie­szek i plą­dro­wa­nia wszyst­kie­go, co aku­rat się na­wi­nę­ło. Naj­wy­raź­niej lu­dzie zro­zu­mie­li, że mi­sja ra­tun­ko­wa nie po­szła zbyt do­brze, punk­cik na nie­bie, ro­sną­cy z każ­dą chwi­lą, praw­do­po­dob­nie przy­wa­li jed­nak w Zie­mię i w związ­ku z tym na­de­szły ostat­nie chwi­le, by się ob­ło­wić. To dość ta­jem­ni­cza kwe­stia, dla­cze­go w ob­li­czu nie­uchron­nej za­gła­dy, spo­ra część lu­dzi za­wsze od­da­je się plą­dro­wa­niu skle­pów ze sprzę­tem elek­tro­nicz­nym – tak, jak­by nowy te­le­wi­zor lub wie­ża ste­reo mo­gły roz­wią­zać pro­blem.

W ca­łym tym pre­apo­ka­lip­tycz­nym cha­osie moż­na było zna­leźć jed­ną, je­dy­ną osto­ję spo­ko­ju. Znaj­do­wa­ła się mniej wię­cej w cen­trum mia­sta, przy skrzy­żo­wa­niu ulic, któ­rych nazw ze wzglę­du na oko­licz­no­ści nie war­to chy­ba wy­mie­niać i skła­da­ła się w du­żej mie­rze z bud­ki z hot-do­ga­mi. Han­dlarz nie­co­dzien­ny­mi prze­ży­cia­mi ku­li­nar­ny­mi, któ­ry z pew­nych po­wo­dów na­zy­wał się Si­nus Pi Czwar­tych, jak gdy­by ni­g­dy nic czy­ścił ruszt. Klien­ci i tak cał­ko­wi­cie stra­ci­li za­in­te­re­so­wa­nie jego ofer­tą. Nie miał im tego za złe. Trud­no ocze­ki­wać, żeby lu­dzie w ob­li­czu nad­cią­ga­ją­ce­go nie­uchron­nie koń­ca za­wra­ca­li so­bie gło­wę hot-do­ga­mi. Na­wet z po­dwój­ną musz­tar­dą i pra­żo­ną ce­bul­ką. No, a ruszt się prze­cież sam nie wy­czy­ści.

Po dru­giej stro­nie lady, na ba­ro­wym stoł­ku sie­dział Xijn Jum­groth. Po­pi­jał kawę z mle­kiem i po­dwój­nym cu­krem z pa­pie­ro­we­go kub­ka, ale jego nie moż­na było na­zwać klien­tem. Był ra­czej kimś w ro­dza­ju zna­jo­me­go, któ­ry wpa­da do pra­cy, by wy­pić kawę z mle­kiem i po­dwój­nym cu­krem i po­ga­dać o roz­gryw­kach spor­to­wych. Tyle że Xijn Jum­groth był nie­po­praw­nym biu­ro­kra­tą, któ­ry ni­g­dy nie roz­sta­wał się z gar­ni­tu­rem oraz ne­se­se­rem i na pew­no nie in­te­re­so­wał się roz­gryw­ka­mi spor­to­wy­mi. Nie zwra­cał też więk­szej uwa­gi na roz­brzmie­wa­ją­cy w tle szum, któ­ry od rana stop­nio­wo na­ra­stał. Był za to żywo za­fa­scy­no­wa­ny no­wym po­rząd­kiem spo­łecz­nym, pa­nu­ją­cym na uli­cach No­we­go Jor­ku.

Tuż obok szy­ba skle­po­wa na­gle prze­sta­ła być szy­bą skle­po­wą i za­czę­ła od­kry­wać za­le­ty by­cia kupą tłu­czo­ne­go szkła. Za­raz prze­bie­gła po niej grup­ka na­sto­lat­ków pod­eks­cy­to­wa­nych per­spek­ty­wą zdo­by­cia naj­now­sze­go sprzę­tu gra­ją­ce­go. Ostat­ni z chłop­ców naj­wi­docz­niej po­sia­dał już cał­kiem nie­zły, gdyż za­miast od­dać się go­rącz­ce sza­bro­wa­nia, za­trzy­mał się przed nie­daw­no po­wsta­łym wej­ściem do skle­pu. Spoj­rzał w kie­run­ku bud­ki z hot-do­ga­mi i ru­szył w jej stro­nę z uśmie­chem na ustach.

– Ej, wu­jek! – krzyk­nął. – Wy­ska­kuj z for­sy. I z ze­gar­ka też.

Xijn spoj­rzał py­ta­ją­co na Si­nu­sa. Sprze­daw­ca hot-do­gów wzru­szył ra­mio­na­mi, ale prze­rwał czysz­cze­nie rusz­tu, prze­czu­wa­jąc, że za­czy­na dziać się coś in­te­re­su­ją­ce­go. Chło­pak wy­cią­gnął z kie­sze­ni nóż. Xijn upił spo­ry łyk kawy.

– Ja nie żar­tu­ję!

– To do­brze. To był­by bar­dzo mar­ny żart. – Xijn od­jął od ust pa­pie­ro­wy ku­bek i spoj­rzał na chło­pa­ka. Ale nie tak nor­mal­nie. Spoj­rzał na nie­go Wzro­kiem. Wzrok jest pra­sta­rą i ta­jem­ną bro­nią, któ­rą wła­da­ją wszy­scy adep­ci sztu­ki urzęd­ni­czej. Na ogół wy­ma­ga oku­la­rów w ro­go­wych opraw­kach i po­rząd­ne­go biur­ka za­opa­trzo­ne­go w ta­blicz­kę z na­zwi­skiem i na­zwą de­par­ta­men­tu. Xijn jed­nak miał nie­ma­łe do­świad­cze­nie i nie mu­siał na­wet zer­kać po­nad kra­wę­dzią pół­okrą­głych szkieł, by naj­bar­dziej har­dy de­li­kwent po­czuł na­głą po­trze­bę roz­luź­nie­nia koł­nie­rzy­ka. Chło­pak z no­żem nie miał naj­mniej­szych szans. Na­gle opa­no­wa­ło go dziw­ne zde­ner­wo­wa­nie. Gdzieś w gło­wie za­brzmia­ły mu ta­kie ha­sła jak: „brak kse­ro­ko­pii do­wo­du toż­sa­mo­ści” i „nie­peł­ny kom­plet za­łącz­ni­ków”. Przy­naj­mniej po­ło­wę z tych słów sły­szał po raz pierw­szy w ży­ciu. Zmie­sza­ny scho­wał nóż do kie­sze­ni.

– To ja wró­cę póź­niej – wy­bą­kał.

– Tak bę­dzie naj­le­piej – Xijn uśmiech­nął się z po­li­to­wa­niem. Mło­do­cia­ny ama­tor dro­gie­go sprzę­tu elek­tro­nicz­ne­go oraz cu­dzych pie­nię­dzy od­wró­cił się i ru­szył przed sie­bie, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet przy wy­ska­ku­ją­cych ze skle­pu ko­le­gach ob­ła­do­wa­nych te­le­wi­zo­ra­mi i wie­ża­mi ste­reo. Miał do prze­my­śle­nia parę spraw. Na przy­kład, gdzie znaj­dzie czyn­ny punkt kse­ro.

Si­nus wy­cią­gnął z ka­set­ki plik zie­lo­nych pa­pier­ków, któ­re wi­docz­nie na­wet w ob­li­czu śmier­ci, były dla lu­dzi szcze­gól­nie cen­ne. Prze­li­czył utarg. Nie­zbyt dużo, ale trud­no się dzi­wić. W dniu ta­kim jak dzień koń­ca świa­ta pora lun­chu pod­le­ga za­wie­sze­niu i drob­ni przed­się­bior­cy bran­ży ga­stro­no­micz­nej nie mają nic do ga­da­nia.

– Po co ci wła­ści­wie te pie­nią­dze? – za­gad­nął Xijn, któ­re­mu tro­chę za­czy­na­ło się nu­dzić. – Ża­den kan­tor prze­cież ci tego nie wy­mie­ni.

Si­nus nie od­po­wie­dział. Sam nie do koń­ca ro­zu­miał fe­no­men pa­pier­ków z po­do­bi­zna­mi daw­no zmar­łych go­ści, ale sko­ro wszy­scy wo­kół byli go­to­wi wal­czyć o nie kła­mi i pa­zu­ra­mi, to mu­sia­ły mieć nie­ba­nal­ną war­tość. Zresz­tą za­ro­bił je uczci­wie i czuł pod­świa­do­mie, że do cze­goś mogą się jesz­cze przy­dać.

– Cze­mu nic nie mó­wisz? Cią­gle się gnie­wasz o ten ko­niec świa­ta?

Si­nus na­dal mil­czał. Fak­tycz­nie, ten cały ar­ma­ge­don ani tro­chę mu się nie po­do­bał. Jak już wspo­mnia­no, ta­kie rze­czy nie wpły­wa­ją ko­rzyst­nie na sprze­daż hot-do­gów.

– Daj spo­kój. Wiesz prze­cież, że nic nie mo­głem zro­bić. Taką mam pra­cę. To nic oso­bi­ste­go.

Na­gle w bud­ce coś za­pisz­cza­ło. Si­nus znik­nął na chwi­lę za ladą.

– Oho. Pil­ne we­zwa­nie. Wy­bacz, Xijn. Wró­cę po cie­bie póź­niej.

– Co? Ale… – Za­czął Xijn, ale za­nim zdą­żył za­pro­te­sto­wać, bud­ka znik­nę­ła z ci­chym pyk­nię­ciem. Je­dy­nym śla­dem po obiek­cie względ­nie ga­stro­no­micz­nym po­zo­stał sto­łek ba­ro­wy sto­ją­cy po­środ­ku chod­ni­ka. Cze­kał uprzej­mie aż sza­now­ny pan Jum­groth zej­dzie, choć był to ten ro­dzaj uprzej­mo­ści, któ­ry do­pusz­cza ner­wo­we po­tu­py­wa­nie nogą i wy­mow­ne zer­ka­nie na ze­ga­rek. Gdy na­mol­ny gość ru­szył w koń­cu czte­ry li­te­ry, me­bel czym prę­dzej do­łą­czył do resz­ty ze­sta­wu.

– Co za du­pek – mruk­nął osa­mot­nio­ny na­gle Xijn. Był pe­wien, że Si­nus spe­cjal­nie dał nogę i z pew­no­ścią spóź­ni się parę mi­nut, żeby uka­rać go za ko­niec świa­ta. Jak­by to była jego wina. A prze­cież on tyl­ko wy­ko­ny­wał swo­je obo­wiąz­ki.

– No, trud­no – wy­mam­ro­tał pod no­sem. Był w koń­cu przy­go­to­wa­ny na taką ewen­tu­al­ność. Uło­żył ne­se­ser na chod­ni­ku i otwo­rzyw­szy po­dwój­ny za­mek szy­fro­wy, wy­do­był zwi­tek cze­goś, co wy­glą­da­ło jak fo­lia do pie­cze­nia.

W po­bli­żu kil­ku lu­dzi prze­rwa­ło ra­do­sne przy­własz­cza­nie cu­dze­go mie­nia i ze zdzi­wie­niem ob­ser­wo­wa­ło go­ścia pa­ku­ją­ce­go się do fo­lio­we­go wor­ka. Parę cał­kiem nie­złych te­le­wi­zo­rów trza­snę­ło o pły­ty chod­ni­ka, gdy fa­cet, spraw­dziw­szy uprzed­nio szczel­ność opa­ko­wa­nia, znik­nął. Po pro­stu – znik­nął, jak­by go ni­g­dy nie było. Za­sko­cze­nie przy­pad­ko­wych ob­ser­wa­to­rów nie trwa­ło dłu­go. Na­ra­sta­ją­cy cały czas szum prze­szedł po­wo­li w ogłu­sza­ją­cy ryk. Aste­ro­ida była już na­praw­dę bli­sko.

ROZDZIAŁ 2

Ame­ry­ka­nie już nie­raz ra­to­wa­li świat przed koń­cem świa­ta. Wpraw­dzie za­zwy­czaj w ame­ry­kań­skich fil­mach, ale za­wsze… Ży­cie to jed­nak nie baj­ka, a tym bar­dziej nie hol­ly­wo­odz­ka su­per­pro­duk­cja, to­też dwaj Ame­ry­ka­nie – choć te­raz ra­czej byli Ame­ry­ka­nie – mo­gli tyl­ko bier­nie ob­ser­wo­wać, jak po­tę­ga Sta­nów Zjed­no­czo­nych ule­ga bez­dusz­nej na­tar­czy­wo­ści ar­ma­ge­do­nu.

– W su­mie śmiesz­na spra­wa, nie? – za­gad­nął ko­man­dor Ber­tle­igh wpa­tru­jąc się w ekran, uka­zu­ją­cy sce­ny, o któ­rych pro­du­cen­ci fil­mów ka­ta­stro­ficz­nych mo­gli tyl­ko ma­rzyć.

– Że co? – mruk­nął ka­pi­tan Wil­kins, chwi­lo­wo zbyt zdo­ło­wa­ny, by do­szu­ki­wać się po­wią­zań mię­dzy wy­ra­że­nia­mi „ko­niec świa­ta” i „śmiesz­na spra­wa”.

– No, bo mamy tu prze­cież tyle przy­ci­sków. Nie­któ­re są od zu­peł­nych pier­dół. Na przy­kład ten jest od re­gu­lo­wa­nia fo­te­li. I dzia­ła. – Ber­tle­igh na wszel­ki wy­pa­dek zi­lu­stro­wał swój wy­wód, ba­wiąc się opar­ciem fo­te­la. – A na­wa­lić mu­siał aku­rat ten naj­waż­niej­szy. Od od­pa­la­nia bom­by, zna­czy się. To cał­kiem za­baw­ne, nie uwa­ża pan?

Wil­kins wca­le tak nie uwa­żał. Za­gła­da ludz­ko­ści nie mie­ści­ła się w żad­nej zna­nej mu de­fi­ni­cji za­baw­no­ści.

– A wie pan, co jest jesz­cze śmiesz­niej­sze? – Wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że Ber­tle­igh nie skoń­czył jesz­cze wy­kła­du pod ty­tu­łem „hu­mo­ry­stycz­ne aspek­ty za­wa­le­nia mi­sji ra­to­wa­nia ludz­ko­ści”. Wil­kins oczy­wi­ście nie wie­dział. I praw­dę mó­wiąc, nic go to nie ob­cho­dzi­ło, ale Ber­tle­igh i tak po­sta­no­wił go uświa­do­mić.

– Mo­gli­śmy spraw­dzić to, za­nim od­le­cie­li­śmy z tej aste­ro­idy. Wte­dy je­den z nas, na przy­kład pan… albo ja… ale ra­czej pan, bo to pan jest w koń­cu do­wód­cą… No w każ­dym ra­zie któ­ryś z nas… Mo­gli­by­śmy za­grać w ma­ry­na­rza. Albo w pa­pier, ka­mień, no­ży­ce. No i ten, któ­ry by prze­grał, zo­stał­by i od­pa­lił bom­bę ręcz­nie.

Wil­kins ukrył twarz w dło­niach. Uświa­do­mił so­bie, że zo­stał w ko­smo­sie sam na sam z idio­tą, któ­ry nie zda­je so­bie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji. Nie­zda­wa­nie so­bie spra­wy z po­wa­gi sy­tu­acji po­zwo­li­ło Ber­tle­igho­wi prze­żyć trzy­dzie­ści lat w cał­ko­wi­tej bez­tro­sce i przez te trzy­dzie­ści lat nie­źle wku­rza­ło całe jego oto­cze­nie. Wil­kins po­my­ślał o dwóch po­zo­sta­łych człon­kach mi­sji ra­tun­ko­wej: o Sta­ke­ho­usie, któ­ry ko­niecz­nie chciał udo­wod­nić, że trzy­sta pro­cent mocy to wca­le nie za dużo dla świ­dra gór­ni­cze­go, a czar­ny dym bu­cha­ją­cy z roz­pa­lo­ne­go sil­ni­ka jest cał­kiem nor­mal­ną spra­wą, i o Ha­ger­ma­nie, któ­ry za­wsze miał wię­cej szczę­ścia niż ro­zu­mu. Szczę­ście ostat­ni raz dało o so­bie znać, gdy Ha­ger­man wy­le­ciał w po­wie­trze – a ra­czej w próż­nię – ra­zem ze Sta­ke­ho­usem i unik­nął tym sa­mym do­ży­wot­nie­go, wy­łącz­ne­go to­wa­rzy­stwa Ber­tle­igha. Wil­kins po­ża­ło­wał, że nie po­dzie­lił losu pod­wład­nych. Po­sta­no­wił jak naj­prę­dzej na­pra­wić to nie­do­pa­trze­nie.

Wie­ko­wy ge­ne­rał O’Brien, któ­ry pod­czas od­pra­wy nie omiesz­kał po­rów­nać śmier­cio­no­śnej aste­ro­idy do Hi­tle­ra, Ja­poń­czy­ków, Wiet­nam­czy­ków, ko­mu­ni­stów, nie­le­gal­nych imi­gran­tów i bli­skow­schod­nich ter­ro­ry­stów, na pew­no po­parł­by tę de­cy­zję, bre­dząc coś o ho­no­rze ofi­ce­ra. Tyle że ge­ne­rał, ra­zem ze swo­imi or­de­ra­mi za od­wa­gę, te­raz był pew­nie nędz­ną kup­ką po­pio­łu, a Wil­kin­sa nie­wie­le ob­cho­dzi­ło ra­to­wa­nie ho­no­ru. Czy­je­go­kol­wiek. Ale na pew­no nie za­mie­rzał trwać w za­mknię­ciu w me­ta­lo­wej pusz­ce z naj­praw­do­po­dob­niej ostat­nim kre­ty­nem we wszech­świe­cie. Pro­blem w tym, że na po­kła­dzie stat­ku ko­smicz­ne­go nie było na­wet czym po­peł­nić po­rząd­ne­go sa­mo­bój­stwa. Cho­ciaż po­noć dla chcą­ce­go nic trud­ne­go.

W któ­rejś ze skrzyń z na­rzę­dzia­mi po­wi­nien być pi­sto­let na gwoź­dzie. Wil­kins nie wie­dział wpraw­dzie, czy da się po­peł­nić sa­mo­bój­stwo za po­mo­cą cze­goś ta­kie­go, ale rzut oka w kie­run­ku roz­en­tu­zja­zmo­wa­ne­go Ber­tle­igha pod­po­wie­dział mu, że war­to spró­bo­wać.

Od­piął pasy i ode­pchnąw­szy się od fo­te­la, pod­ry­fo­wał w prze­ciw­le­głą część ka­bi­ny, peł­nią­cą funk­cję ma­ga­zy­nu. Wa­la­ło się tu parę pu­deł ze sprzę­tem, któ­ry oka­zał się ab­so­lut­nie nie­po­trzeb­ny, ale oczy­wi­ście żad­ne z nich nie za­wie­ra­ło cze­goś ta­kie­go jak za­pa­so­wy de­to­na­tor – tak na wszel­ki wy­pa­dek, jak­by ten głów­ny na­wa­lił. Ale trud­no, sta­ło się. Za­pa­so­we­go de­to­na­to­ra nie było, Zie­mia prze­sta­ła się li­czyć w gro­nie pla­net zdat­nych do ży­cia, a Wil­kins szu­kał te­raz cze­goś zu­peł­nie in­ne­go.

– Pa­nie ka­pi­ta­nie! – za­wo­łał Ber­tle­igh. Ka­pi­tan po­sta­no­wił nie słu­chać na wy­pa­dek, gdy­by temu głup­ko­wi uda­ło się od­kryć jesz­cze coś za­baw­ne­go. Był zresz­tą za­ję­ty. Otwar­cie skrzy­ni z na­rzę­dzia­mi wy­da­je się może za­da­niem śmiesz­nie pro­stym, ale w sta­nie nie­waż­ko­ści, na­le­ży je roz­pa­try­wać w ka­te­go­riach gim­na­stycz­no-akro­ba­tycz­nych.

– Pa­nie ka­pi­ta­nie! Pa­nie ka­pi­ta­nie! – Ber­tle­igh spró­bo­wał wy­sta­wić gło­wę zza fo­te­la, jed­nak astro­nau­tycz­ne wy­po­sa­że­nie nie prze­wi­dy­wa­ło ta­kich ma­new­rów.

– Cze­go? – wark­nął Wil­kins, usi­łu­jąc opa­no­wać kil­ka­na­ście jar­dów kwa­dra­to­wych bre­zen­tu, któ­ry do ni­cze­go nie był po­trzeb­ny, ale ko­rzy­sta­jąc z chwi­lo­wej bez­wład­no­ści, po­sta­no­wił roz­pro­sto­wać nie­co splo­ty.

– Ktoś chce chy­ba wejść na po­kład.

– Co ty chrza­nisz?

– No, na­praw­dę. Niech pan sam zo­ba­czy. Na ze­wnątrz jest ja­kiś fa­cet. A może na­wet ko­bie­ta… Nie wi­dać do­brze.

Wil­kins wes­tchnął cięż­ko i zre­zy­gno­wa­ny ode­pchnął się od skrzy­ni, po­zo­sta­wia­jąc kłę­by bre­zen­tu na pa­stwę nie­waż­ko­ści. Dry­fu­jąc z po­wro­tem w stro­nę pul­pi­tu ste­row­ni­cze­go, obie­cał so­bie, że je­śli to ja­kaś ko­lej­na głu­po­ta Ber­tle­igha, to na nim pierw­szym wy­pró­bu­je śmier­cio­no­śne wła­ści­wo­ści pi­sto­le­tu na gwoź­dzie. A jak ten kre­tyn wy­krzyk­nie coś w sty­lu „ale pana zro­bi­łem” albo „szko­da, że nie wi­dzi pan wy­ra­zu swo­jej twa­rzy”, to za­ła­twi go choć­by tym cho­ler­nym bre­zen­tem.

Sa­mo­bój­stwo ko­man­do­ra Ber­tle­igha mu­sia­ło jed­nak zo­stać odło­żo­ne na póź­niej. Przy­naj­mniej na ra­zie. Na ze­wnątrz istot­nie uno­si­ło się coś wy­glą­da­ją­ce­go jak czło­wiek ubra­ny w za duży o kil­ka roz­mia­rów kom­bi­ne­zon z fo­lii alu­mi­nio­wej. I pu­ka­ło do drzwi.

Wil­kins po krót­kim za­sta­no­wie­niu, wbrew na­ukom wy­cią­gnię­tym z fil­mów scien­ce-fic­tion, wci­snął gu­zik otwie­ra­nia drzwi, któ­ry oczy­wi­ście był w peł­ni spraw­ny, w prze­ci­wień­stwie do de­to­na­to­ra, cze­go ko­man­dor Ber­tle­igh nie omiesz­kał skwi­to­wać wy­mow­nym uśmiesz­kiem.

Kil­ka chwil póź­niej, gdy we­wnętrz­ne wro­ta ślu­zy po­wietrz­nej zo­sta­ły otwar­te, Wil­kins nie miał naj­bled­sze­go po­ję­cia, jak po­wi­nien za­re­ago­wać. Fa­cet w do­brze skro­jo­nym gar­ni­tu­rze, usi­łu­ją­cy dojść do po­ro­zu­mie­nia z fo­lio­wym ska­fan­drem, zde­cy­do­wa­nie nie był zja­wi­skiem, któ­re­go moż­na się spo­dzie­wać w ta­kich oko­licz­no­ściach.

– Ech, ta nie­waż­kość. Same z nią pro­ble­my – mruk­nął ra­czej do sie­bie, gdy w koń­cu uda­ło mu się uwię­zić ska­fan­der w czar­nym ne­se­se­rze. – Cał­kiem po­rząd­ny ko­niec świa­ta, nie uwa­ża­ją pa­no­wie?

Ber­tle­igh otwie­rał już usta, ale spoj­rze­nie, któ­re nio­sło ze sobą za­po­wiedź otrzy­ma­nia kar­cą­ce­go ude­rze­nia w po­ty­li­cę – naj­pew­niej czymś cięż­kim – sku­tecz­nie wy­per­swa­do­wa­ło mu ten po­mysł.

– Pro­szę mi wy­ba­czyć bez­po­śred­niość, ale chwi­lo­wo je­ste­śmy tak jak­by za­ła­ma­ni nie­po­wo­dze­niem mi­sji. A przy­naj­mniej nie­któ­rzy z nas… – Wil­kins po­słał pod­wład­ne­mu ko­lej­ne wy­mow­ne spoj­rze­nie. – Kim pan wła­ści­wie jest?

– Och, prze­pra­szam. Gdzie moje ma­nie­ry? Nie przed­sta­wi­łem się. Na­zy­wam się Xijn Jum­groth. Je­stem ko­or­dy­na­to­rem koń­ca świa­ta.

– Miło cię po­znać. Je­stem Fre­eman Ber­tle­igh. Ko­man­dor Fre­eman Ber­tle­igh. – Ber­tle­igh po­sta­no­wił przy­wi­tać się bar­dzo ser­decz­nie. Nie­ste­ty miał bar­dzo mgli­ste po­ję­cie na te­mat za­sad dy­na­mi­ki New­to­na i ab­so­lut­nie żad­ne­go, je­śli cho­dzi o ich za­sto­so­wa­nie w prak­ty­ce. Trud­no więc ocze­ki­wać, by mógł się do­my­ślić, czym gro­zi na­wet zwy­kłe po­da­nie ko­muś ręki w sta­nie nie­waż­ko­ści.

– A to… – Ber­tle­igh kon­ty­nu­ował pre­zen­ta­cję za­ło­gi, gdy jemu i Xij­no­wi Jum­gro­tho­wi uda­ło się w koń­cu od­na­leźć mniej wię­cej sen­sow­ne kie­run­ki. – To jest ka­pi­tan Na­bu­cho­do­no­zor Wil­kins.

– Nab… Pro­szę – rzu­cił ka­pi­tan, za­nim Xijn Jum­groth zdą­żył za­pew­nić, że bar­dzo mu miło i zdzi­wić się, jak in­te­re­su­ją­cym imie­niem jest Na­bu­cho­do­no­zor. W proś­bie za­war­tej w oczach Wil­kin­sa moż­na było wy­czy­tać całe lata szcze­niac­kich, mło­do­cia­nych i cał­kiem do­ro­słych do­ci­nek ko­le­gów.

Imię moż­na oczy­wi­ście zmie­nić, ale gdy Wil­kins po­znał wresz­cie moż­li­wo­ści Urzę­du Sta­nu Cy­wil­ne­go i osią­gnął wiek po­zwa­la­ją­cy w peł­ni ko­rzy­stać z jego do­bro­dziejstw, stwier­dził, że prze­szedł ze znie­na­wi­dzo­nym imie­niem już tyle upo­ko­rzeń, że go­rzej być nie może. Poza tym to nie była w koń­cu wina imie­nia, że było ta­kie dur­ne. Kie­dyś zresz­tą po­noć no­sił je ja­kiś sta­ro­żyt­ny król, więc sko­ro tam­ten ja­koś z tym żył, to Nab Wil­kins też po­sta­no­wił, że da so­bie radę.

– Jak so­bie ży­czysz… Nab. – Xijn mru­gnął po­ro­zu­mie­waw­czo.

– A co…? – Ber­tle­igh za­czął ko­lej­ny wą­tek.

– Ber­tle­igh! – wark­nął ka­pi­tan, na­wet nie pró­bu­jąc zga­dy­wać, co tym ra­zem wy­my­ślił jego pod­wład­ny. – Może byś tak dla od­mia­ny za­mknął gębę?

Ko­man­dor po­słusz­nie za­mknął gębę, ale nie wy­glą­dał, jak­by za­mie­rzał dłu­go po­zo­sta­wać w tym sta­nie.

– Prze­pra­szam, ale co to zna­czy, że je­steś tym ca­łym ko­or­dy­na­to­rem…?

– Ko­or­dy­na­to­rem koń­ca świa­ta?

– No wła­śnie.

– Wiesz. Ko­niec świa­ta to dość zło­żo­na pro­ce­du­ra. Ktoś to musi nad­zo­ro­wać.

– A nie za­sta­na­wia­łeś się ni­g­dy, że taki świat to mógł­by być czyjś dom?

– Och, to za­wsze jest czyjś dom. Ale wszyst­ko, prę­dzej, czy póź­niej musi się skoń­czyć. Ja nie mam tu nic do ga­da­nia.

– Czy­li to nie ty od­po­wia­dasz za to wszyst­ko? – Wil­kins mach­nął ręką w stro­nę okrą­głe­go okna, za któ­rym uno­si­ła się Zie­mia, nie­daw­no peł­na ży­cia, a te­raz ra­czej peł­na ognia, wy­bu­chów wul­ka­nów, sej­smicz­nej akro­ba­ty­ki i resz­ty apo­ka­lip­tycz­nych atrak­cji.

– E, nie… Ja peł­ni­łem tyl­ko funk­cję bez­stron­ne­go ob­ser­wa­to­ra. Oczy­wi­ście by­łem go­tów in­ter­we­nio­wać w ra­zie ja­kich­kol­wiek nie­pra­wi­dło­wo­ści. Ale wam, Zie­mia­nom w ta­kich spra­wach moż­na za­ufać.

– Jak to, moż­na nam za­ufać?

– Cóż, mało jest we wszech­świe­cie na­cji, któ­re od­zna­cza­ły­by się tak wy­bit­ny­mi skłon­no­ścia­mi au­to­de­struk­cyj­ny­mi. My­ślę, że na­wet gdy­by z aste­ro­idą nie wy­szło, i tak zna­leź­li­by­ście ja­kiś spo­sób.

Wil­kins otwo­rzył usta, za­mknął i po­wtó­rzył ćwi­cze­nie jesz­cze kil­ka razy. Skoń­czy­ły mu się po­my­sły na sen­sow­ne wy­po­wie­dzi. A sko­ro po­my­ślał już o sen­sow­nych wy­po­wie­dziach, od razu na za­sa­dzie kon­tra­stu przy­po­mniał so­bie o Ber­tle­ighu, któ­ry nie od­zy­wał się przez cały czas. Za­czął się nie­po­ko­ić. Ber­tle­igh, kie­dy mil­czał, miał jed­ną, bar­dzo po­waż­ną wadę – za­czy­nał się za­sta­na­wiać. A z tego na ogół nie wy­ni­ka­ło nic do­bre­go. Wil­kins był pe­wien, że po tak dłu­gim cza­sie prze­by­wa­nia sam na sam ze swo­imi po­my­sła­mi, Ber­tle­igh na pew­no wpad­nie na coś nie­wy­obra­żal­nie kre­tyń­skie­go. Nie za­wiódł się.

– A co z Czte­re­ma Jeźdź­ca­mi? – za­py­tał w koń­cu ko­man­dor.

– ? – Zdzi­wił się Xijn.

– No z Czte­re­ma Jeźdź­ca­mi Apo­ka­lip­sy…

Ber­tle­igh czy­tał kie­dyś Bi­blię i może nie­wie­le zro­zu­miał, ale za to cał­kiem spo­ro za­pa­mię­tał. Na nie­szczę­ście był jed­nym z tych lu­dzi, któ­rzy nie poj­mu­ją po­ję­cia „me­ta­fo­ry bi­blij­nej”. Wil­kins był ate­istą i za­czy­nał po­wo­li na­bie­rać prze­ko­na­nia, że to Bóg po­ka­rał go za nie­wia­rę ko­man­do­rem Ber­tle­ighem. Na do­da­tek coś mu pod­po­wia­da­ło, że Stwór­ca uwa­ża to za do­sko­na­ły dow­cip.

– Ach. Tak, fak­tycz­nie, była taka le­gen­da. Mało prze­ko­nu­ją­ca zresz­tą. Sami przy­zna­cie, że hi­sto­ria, któ­rą moż­na za­mknąć w sło­wach „jeź­dzi­li po wszech­świe­cie, nisz­cząc świa­ty, a po­tem ni z tego, ni z owe­go znik­nę­li i nikt wię­cej o nich nie sły­szał” to nie­zbyt uda­na hi­sto­ria.

– A Sąd Osta­tecz­ny…? – Ber­tle­igh nie za­mie­rzał da­wać za wy­gra­ną, jed­nak Wil­kins po­sta­no­wił w tym mo­men­cie prze­rwać tę dys­ku­sję o bar­dzo wąt­pli­wych wa­lo­rach teo­lo­gicz­nych.

– Wy­ja­śnij mi jed­ną rzecz, Xijn. Zie­mia już się skoń­czy­ła, a poza tym nam po­noć moż­na za­ufać. Cze­go więc szu­kasz na na­szym stat­ku? Nie mu­sisz już nas prze­cież po­wstrzy­my­wać, czy coś…

– Nie, nie. Nic z tych rze­czy. Wi­dzisz, po pro­stu ta­kie uno­sze­nie się w ko­smo­sie jest śmier­tel­nie nud­ne, a cze­kam na przy­ja­cie­la, któ­ry miał mnie za­brać. I oczy­wi­ście się spóź­nia. – Ko­or­dy­na­tor zer­k­nął osten­ta­cyj­nie na ze­ga­rek. – Wła­śnie. Nie ma­cie może ocho­ty na hot-doga?

***

Dzie­sięć mi­nut póź­niej Nab Wil­kins po raz ko­lej­ny nie wie­dział, co po­wie­dzieć. My­ślał, że po tym, jak po­znał fa­ce­ta, któ­re­go za­da­niem jest ko­or­dy­no­wa­nie koń­ców świa­ta, wszech­świat już ni­czym go nie za­sko­czy. A jed­nak.

Znaj­do­wa­li się na po­kła­dzie cze­goś, co wy­glą­da­ło jak po­łą­cze­nie stat­ku ze Star Tre­ka i sma­żal­ni fry­tek oraz pach­nia­ło je­dze­niem, któ­re ktoś usi­ło­wał jed­no­cze­śnie usma­żyć i uto­pić w nie­do­rzecz­nie głę­bo­kim tłusz­czu. Na do­da­tek mie­li przed sobą go­ścia, któ­ry nie dość, że miał czte­ry ręce, to jesz­cze, je­śli wie­rzyć Xij­no­wi, był mię­dzy­gwiezd­nym sprze­daw­cą hot-do­gów. I jak­by tego wszyst­kie­go było mało – wszy­scy czte­rej sta­li. Tak nor­mal­nie sta­li. Na pod­ło­dze. Wy­glą­da­ło na to, że z ja­kichś po­wo­dów i wbrew wszel­kim re­gu­łom, nie­waż­kość tu nie obo­wią­zy­wa­ła. Sztucz­na gra­wi­ta­cja nie jest oczy­wi­ście żad­nym wy­zwa­niem dla wiel­bi­cie­la fil­mów scien­ce-fic­tion. Jed­nak sztab na­uko­wy przy po­mo­cy dro­gich, dzi­ko wi­ru­ją­cych i wy­wo­łu­ją­cych nud­no­ści sy­mu­la­to­rów sku­tecz­nie prze­ko­nał Wil­kin­sa, że fil­my fan­ta­stycz­no­nau­ko­we na ogół opo­wia­da­ją same bred­nie. A przy­naj­mniej tak być po­win­no, ale z ja­kie­goś po­wo­du nie było. Wil­kins ze wszyst­kich sił sta­rał się nie do­my­ślać, dla­cze­go. I tak ta cała sy­tu­acja nie mie­ści­ła mu się w gło­wie i przy­pusz­czał, że je­śli bę­dzie się za bar­dzo za­sta­na­wiał nad isto­tą rze­czy, to może zro­bić so­bie krzyw­dę. Ludz­kie zdro­wie psy­chicz­ne ma ogra­ni­czo­ną od­por­ność.

– Cześć – za­wo­łał ra­do­śnie ko­smicz­ny sprze­daw­ca bu­łek z kieł­ba­ska­mi. – Na­zy­wam się Si­nus Pi Czwar­tych. Je­stem wła­ści­cie­lem tego przy­byt­ku. Mo­że­cie mi mó­wić 0,707106781186547524400844362104849039284836.

Na mo­ment za­pa­dła ci­sza, po­zwa­la­ją­ca wszyst­kim zgro­ma­dzo­nym za­sta­no­wić się, czy roz­wi­nię­cie imie­nia do pierw­szych kil­ku­dzie­się­ciu cyfr dzie­sięt­nych aby na pew­no mie­ści się w de­fi­ni­cji przy­ja­ciel­skie­go zdrob­nie­nia.

– No tak… – chrząk­nął Xijn. – To jest Fre­eman Ber­tle­igh. Ko­man­dor Fre­eman Ber­tle­igh. – Za­pre­zen­to­wał no­wych zna­jo­mych. – A to Na­bu­cho­do­no­zor Wil­kins. – Wil­kins syk­nął. – Ale mów mu Nab. – Ko­or­dy­na­tor po­pra­wił się czym prę­dzej, ale było już za póź­no. Imię zo­sta­ło rzu­co­ne, ni­czym od­bez­pie­czo­ny gra­nat.

– Na­bu­cho­do­no­zor… – mruk­nął Si­nus. Gra­nat eks­plo­do­wał. – In­te­re­su­ją­ce imię. Co ozna­cza?

– Że moja mat­ka mia­ła in­te­re­su­ją­ce po­czu­cie hu­mo­ru.

– Bar­dzo cie­ka­we. Chciał­byś się może za­mie­nić?

– Pro­szę? – Wil­kins po­sta­rał się zdzi­wić jak naj­uprzej­miej.

– No, ja bym wziął two­je imię, a ty moje. Co ty na to?

– Sam nie wiem… – Si­nus Pi Czwar­tych Wil­kins nie brzmia­ło w su­mie go­rzej niż Na­bu­cho­do­no­zor Wil­kins, ale Nab da­rzył swo­je imię głę­bo­kim sen­ty­men­tem. Być może był to sen­ty­ment z ro­dza­ju tych, ja­ki­mi da­rzy się od­wiecz­nych wro­gów, ale za­wsze. Poza tym nie chciał, żeby przy­ja­cie­le mo­gli mu mó­wić 0,7071-coś-tam.

– A wiesz, Si­nus – wtrą­cił się Xijn – oni są człon­ka­mi tej mi­sji, o któ­rej ci mó­wi­łem… tej, co mia­ła oca­lić Zie­mię.

– Na­praw­dę? Ja­kie to uczu­cie ra­to­wać świat?

– Wła­ści­wie sam nie wiem – mruk­nął Wil­kins. – Nie wy­szło nam naj­le­piej.

– Nie przej­muj się. I tak nie mie­li­ście żad­nych szans. – Xijn po­kle­pał astro­nau­tę po ple­cach. Moż­li­we, że sły­szał kie­dyś o po­cie­sza­niu, ale chy­ba nie bar­dzo zro­zu­miał, o co w tym cho­dzi­ło. – Si­nus, chło­pa­ki po­le­cą z nami.

– Ja­sna spra­wa. – Sprze­daw­ca hot-do­gów wy­szcze­rzył zęby.

Wil­kin­sa oczy­wi­ście nikt nie py­tał o zda­nie w tej kwe­stii. Cho­ciaż sko­ro Xijn Jum­groth nie uwa­żał za sto­sow­ne kon­sul­to­wać z ni­kim koń­ca świa­ta, to cze­mu miał­by za­się­gać opi­nii w tak bła­hej spra­wie, jak losy ostat­nich Zie­mian? Z dru­giej stro­ny było to na pew­no lep­sze wyj­ście niż spę­dze­nie resz­ty ży­cia sam na sam z Ber­tle­ighem. A sko­ro o Ber­tle­ighu mowa… Wil­kins z nie­po­ko­jem za­uwa­żył, że ko­man­dor nie ode­zwał się od daw­na ani sło­wem. Spoj­rzał na pod­wład­ne­go. Ber­tle­igh usil­nie nad czymś roz­my­ślał.

– Słu­chaj­cie – po­wie­dział w koń­cu. – A wy nie je­ste­ście przy­pad­kiem ko­smi­ta­mi?

ROZDZIAŁ 3

Pod wzglę­dem pręd­ko­ści ko­ja­rze­nia fak­tów Ber­tle­igho­wi do­rów­ny­wa­ły tyl­ko ka­mie­nie i nie­któ­re di­no­zau­ry, któ­re do­pie­ro po kil­ku go­dzi­nach uświa­da­mia­ły so­bie, że ktoś na­dep­nął im na ogon. W koń­cu jed­nak uda­ło mu się od­kryć, że ko­niec ży­cia na Zie­mi nie ozna­cza by­naj­mniej koń­ca ży­cia we wszech­świe­cie. Pro­blem nie tkwił na­wet w tym, że Ber­tle­igh nie wie­rzył w ko­smi­tów – on gor­li­wie wie­rzył w to, że nie ist­nie­ją. W in­nych oko­licz­no­ściach Wil­kins pierw­szy uznał­by to za ozna­kę zdro­we­go roz­sąd­ku. Tyle że oko­licz­no­ści były, ja­kie były i nic nie wska­zy­wa­ło na to, by za­mie­rza­ły się zmie­niać. Żeby trzy­mać się swo­jej nie­wia­ry na­wet po po­zna­niu dwóch ko­smi­tów i za­okrę­to­wa­niu się na sta­tek jed­ne­go z nich, trze­ba by być ostat­nim… no, chy­ba trze­ba by być Fre­ema­nem Ber­tle­ighem.

Da­lej było już tyl­ko go­rzej. Si­nus w koń­cu uświa­do­mił Ber­tle­igho­wi, że on i Wil­kins, jako byli Zie­mia­nie, też są ko­smi­ta­mi, a po znisz­cze­niu mat­czy­nej pla­ne­ty to na­wet bar­dziej niż po­zo­sta­li. Trud­no po­wie­dzieć, jaki cel przy­świe­cał Si­nu­so­wi, ale ra­czej nie ten, któ­ry osią­gnął. W każ­dym ra­zie Ber­tle­igh do­dał dwa do dwóch i wy­szedł mu otwie­racz do kon­serw. Sko­ro był ko­smi­tą, a ko­smi­ci nie ist­nie­li, wnio­sek mógł być tyl­ko je­den…

***

Nab obu­dził się w środ­ku nocy, cho­ciaż rów­nie do­brze mógł być wcze­sny po­ra­nek, póź­ne po­po­łu­dnie lub pora wie­czor­nych wia­do­mo­ści. Wil­kins jed­nak ca­łym sobą czuł, że jest śro­dek nocy. Oczy­wi­ście zda­rza­ją się po­ran­ki, że czło­wiek bu­dzi się świę­cie prze­ko­na­ny, że jest dru­ga nad ra­nem, a bu­dzik upie­ra się, że mi­nę­ła ósma i ktoś tu się wła­śnie spóź­nia do pra­cy. Tyle że Wil­kins znaj­do­wał się w prze­strze­ni ko­smicz­nej, nie miał chwi­lo­wo żad­nej pra­cy, a cykl do­bo­wy był tyl­ko wspo­mnie­niem. Po­sta­no­wił więc ar­bi­tral­nie orzec, że jest dru­ga w nocy. Czuł się kosz­mar­nie, a za­wsze le­piej jest czuć się kosz­mar­nie w środ­ku nocy, niż od rana ze­psuć so­bie cały dzień.

To było prze­bu­dze­nie z ro­dza­ju tych, kie­dy czło­wiek leży przez na­stęp­ną go­dzi­nę za­pa­trzo­ny w mrok i za­sta­na­wia się, co wła­ści­wie robi ze swo­im ży­ciem. W cią­gu ostat­nich kil­ku­dzie­się­ciu go­dzin Nab zo­ba­czył spo­ro atrak­cji, ja­kie ofe­ro­wał wszech­świat. Naj­pierw Si­nus za­brał ich na spek­takl, wy­glą­da­ją­cy jak­by gru­pa ar­ty­stów usi­ło­wa­ła po­peł­nić sa­mo­bój­stwo i ro­bi­ła wszyst­ko, by uczy­nić ko­niec jak naj­bar­dziej bo­le­snym. Oglą­da­li też coś w ro­dza­ju roz­gry­wek spor­to­wych. Bar­dzo przy­po­mi­na­ło to ba­se­ball, tyle że od­by­wa­ło się w stra­tos­fe­rze, a rolę pi­łek peł­ni­ły prze­la­tu­ją­ce me­te­ory­ty. Z tego co Wil­kins za­ob­ser­wo­wał, nad­rzęd­nym, choć nie­ofi­cjal­nym ce­lem było tra­fie­nie w gło­wę prze­ciw­ni­ka.

Te­raz jed­nak ró­żo­wa mgieł­ka dzie­cię­cej ra­do­ści roz­pły­nę­ła się cał­ko­wi­cie, od­kry­wa­jąc po­nu­re ba­gna pod­łe­go na­stro­ju. W koń­cu Wil­kins nie tak daw­no nie­źle za­wa­lił spra­wę, co kosz­to­wa­ło ży­cie parę ład­nych mi­liar­dów lu­dzi, nie wspo­mi­na­jąc o psach, ko­tach, mrów­kach, wie­lo­ry­bach, sa­ła­cie i resz­cie ziem­skich ist­nień. I nic nie zmie­niał tu fakt, że to wszyst­ko było nad­zo­ro­wa­ne przez ja­kie­goś ko­or­dy­na­to­ra…

Pra­wie każ­dy zna to uczu­cie, gdy wszyst­kie pro­ble­my ca­łe­go świa­ta zda­ją się ogni­sko­wać we­wnątrz jego czasz­ki. Ma się wów­czas wra­że­nie, że gło­wa za­raz eks­plo­du­je, a po­zo­sta­ła reszt­ka oso­bo­wo­ści do­łą­czy do naj­więk­szych wa­ria­tów świa­ta w ot­chła­ni wie­ku­iste­go sza­leń­stwa. Oczy­wi­ście każ­dy psy­cho­ana­li­tyk po­wie­dział­by, że to zwy­kła hi­ste­ria i że świat ma cał­kiem spo­ro pro­ble­mów, któ­re z pew­no­ścią mają wie­le in­nych, cie­kaw­szych miejsc do ogni­sko­wa­nia się.

Jed­nak na po­kła­dzie bud­ki Si­nu­sa nie było żad­ne­go psy­cho­ana­li­ty­ka, to­też Nab mu­siał ra­dzić so­bie sam. Na do­bry po­czą­tek ści­snął gło­wę dłoń­mi – tak na wy­pa­dek, gdy­by pro­ble­my ca­łe­go wszech­świa­ta po­sta­no­wi­ły jed­nak sku­pić się w jego umy­śle.

Od­wró­cił gło­wę na bok i za­pa­trzył się w sto­ją­cy pod ścia­ną kosz na śmie­ci. Był pra­wie pe­wien, że na stat­kach ko­smicz­nych nie po­win­ny wy­stę­po­wać ta­kie cał­kiem zwy­czaj­ne ko­sze. Ra­czej po­win­ny być próż­nio­we i bar­dzo skom­pli­ko­wa­ne w bu­do­wie. Jed­nak ten tu­taj nie przej­mo­wał się ta­ki­mi głu­po­ta­mi i wpa­try­wał się bez­tro­sko w Wil­kin­sa wy­sta­ją­cym spod kla­py skraw­kiem fo­lio­we­go wor­ka.

Na­gle Na­bo­wi przy­szło do gło­wy, że chęt­nie po­ga­dał­by z ta­kim śmiet­ni­kiem. Wte­dy na pew­no po­czuł­by się le­piej. Nie miał na­wet za­mia­ru wma­wiać so­bie, że to być może tyl­ko kosz­mar­ny sen. Pa­mię­tał do­sko­na­le, że wszy­scy bo­ha­te­ro­wie ksią­żek, fil­mów albo ko­mik­sów, któ­rzy my­śle­li, że to, co ich spo­tka­ło było tyl­ko kosz­mar­nym snem, w nie­dłu­gim cza­sie od­kry­wa­li, że wca­le nie było tyl­ko snem. Ani kosz­mar­nym, ani żad­nym in­nym.

Uznał, że gdy­by uciął so­bie po­ga­węd­kę ze śmiet­ni­kiem, mógł­by uwie­rzyć, że znaj­du­je się na sta­rej, do­brej Zie­mi, za­mknię­ty bez­piecz­nie w po­ko­ju o bia­łych, mięk­kich ścia­nach i ubra­ny w ka­ftan z rę­ka­wa­mi za dłu­gi­mi tyl­ko na tyle, by moż­na je było wy­god­nie za­wią­zać za ple­ca­mi. Tak, to by mu na pew­no po­mo­gło.

– Wi­taj Na­bu­cho­do­no­zo­rze Wil­kin­sie. Jak się spa­ło? – za­gad­nął śmiet­nik. Wil­kin­so­wi wca­le to nie po­mo­gło. Wła­ści­wie to wręcz prze­ciw­nie. Za­krył twarz po­dusz­ką i po­sta­no­wił, obu­dzić się kie­dy in­dziej.

Gdy na­stęp­nym ra­zem otwo­rzył oczy, było już dużo le­piej. Na­dal trud­no było jed­no­znacz­nie orzec, jaka pa­no­wa­ła pora doby, ale żad­ne ele­men­ty wy­po­sa­że­nia nie pró­bo­wa­ły na­wią­zać z nim kon­wer­sa­cji, a jego or­ga­nizm sta­now­czo do­ma­gał się śnia­da­nia i kub­ka kawy. Za­tem mu­sia­ło być rano.

Wil­kins pod­niósł się z łóż­ka. Nie­ste­ty, mi­sja ra­to­wa­nia świa­ta nie prze­wi­dy­wa­ła ta­kich ewen­tu­al­no­ści, któ­re wy­ma­ga­ły­by zmia­ny ubrań. Wil­kins wcią­gnął na sie­bie je­dy­ny strój, jaki miał na po­do­rę­dziu – spodnie ze ska­fan­dra ko­smicz­ne­go i czar­ny pod­ko­szu­lek z uprosz­czo­nym sche­ma­tem dzia­ła­nia pry­zma­tu. Ze­spół, któ­re­go spo­ra część nie żyła już przed koń­cem świa­ta, a resz­ta była po­waż­nie skłó­co­na, na pew­no nie spo­dzie­wał się, że okład­ka jego al­bu­mu bę­dzie zdo­bi­ła ko­szul­kę jed­ne­go z ostat­nich Zie­mian we wszech­świe­cie.

Wil­kins wstał i ru­szył do drzwi, ale za­trzy­mał się jesz­cze, by ba­daw­czym spoj­rze­niem ob­rzu­cić kosz na śmie­ci. Na szczę­ście nie wy­glą­dał na zbyt roz­mow­ny. Nab wmó­wił so­bie, że to było tyl­ko uro­je­nie, po­czuł się nie­co pew­niej i wy­szedł.

– Phi – mruk­nął śmiet­nik, gdy tyl­ko drzwi się za­mknę­ły.

Bud­ka Si­nu­sa była o wie­le wy­god­niej­sza i prze­stron­niej­sza niż moż­na by się spo­dzie­wać po miej­scu, któ­re­go głów­nym za­da­niem jest przy­go­to­wy­wa­nie i dys­try­bu­cja hot-do­gów. Wil­kin­so­wi naj­bar­dziej po­do­ba­ło się to, że każ­dy mógł spać w od­dziel­nej ka­bi­nie i nie oglą­dać Ber­tle­igha na oczy. Cho­ciaż, od kie­dy Ber­tle­igh prze­stał ist­nieć, stał się zde­cy­do­wa­nie bar­dziej zno­śny. Głów­nie dla­te­go, że za­szył się w ja­kimś ką­cie i ni­ko­mu nie po­ka­zy­wał.

Idąc ko­ry­ta­rzem, Wil­kins za­sta­na­wiał się nad za­gad­nie­nia­mi z za­kre­su me­cha­ni­ki kwan­to­wej i nad lek­ce­wa­że­niem, ja­kim Si­nus naj­wy­raź­niej je da­rzył. Z tego co Wil­kins zro­zu­miał, bud­ka z hot-do­ga­mi mia­ła jed­ną, bar­dzo pa­skud­ną ce­chę, któ­ra wszyst­kich ziem­skich fi­zy­ków przy­pra­wi­ła­by o spa­zmy – po­ru­sza­ła się szyb­ciej od świa­tła.

Cho­ciaż to nie było do koń­ca ta­kie zwy­kłe po­ru­sza­nie się z punk­tu A do punk­tu B. Bud­ka po pro­stu zni­ka­ła w punk­cie A i na­tych­miast po­ja­wia­ła się w B, nie za­wra­ca­jąc so­bie jed­nost­ki cen­tral­nej punk­ta­mi po­śred­ni­mi. I nie było żad­nych ogra­ni­czeń. Punkt B mógł le­żeć w in­nej ga­lak­ty­ce, pod wa­run­kiem, że ktoś w owym punk­cie aku­rat miał ocho­tę na hot-doga.

Oczy­wi­ście, je­śli cho­dzi­ło o te wszyst­kie, jak to ujął Si­nus, kwan­to­wo-re­la­ty­wi­stycz­no-ja­kieś­tam bzdu­ry, to spra­wa była tak po­gma­twa­na, że tyl­ko kil­ku go­ści w ca­łym wszech­świe­cie wie­dzia­ło, ja­kim cu­dem to wszyst­ko w ogó­le dzia­ła. Si­nus jed­nak nie był żad­nym astro­fi­zy­kiem mo­le­ku­lar­nym lub czymś w tym ro­dza­ju, więc ani tro­chę go to nie ob­cho­dzi­ło. Był sprze­daw­cą hot-do­gów i ra­czej mar­twił się, by nie spa­lić ce­bu­li.

Drzwi kok­pi­tu otwo­rzy­ły się przed Wil­kin­sem z ci­chym syk­nię­ciem. Po­miesz­cze­nie nie przy­po­mi­na­ło nor­mal­ne­go kok­pi­tu. Było nim chy­ba tyl­ko dla­te­go, że znaj­do­wa­ło się z przo­du i mia­ło duże, pa­no­ra­micz­ne okno. Poza tym przy­po­mi­na­ło bar­dziej coś w ro­dza­ju kuch­ni. Pra­wie po­ło­wę miej­sca zaj­mo­wał jo­no­wy pod­grze­wacz do hot-do­go­wych pół­pro­duk­tów. Były też oczy­wi­ście nie­zwy­kłe przy­rzą­dy ste­row­ni­cze, któ­re nie­wąt­pli­wie wy­war­ły­by na Wil­kin­sie wra­że­nie, gdy­by tyl­ko wy­do­być je spod wszech­obec­nych bu­łek, kieł­ba­sek i bu­te­lek prze­róż­nych so­sów we wszyst­kich ko­lo­rach wid­ma optycz­ne­go. W sa­mym cen­trum pi­lo­ta­żo­wo-ga­stro­no­micz­ne­go cha­osu sie­dział Si­nus Pi Czwar­tych i stu­dio­wał ho­lo­gra­ficz­ną mapę ga­lak­ty­ki, krę­cąc młyn­ka pal­ca­mi, co było dość nie­zwy­kłe, je­śli wziąć pod uwa­gę fakt, że uży­wał do tego czte­rech dło­ni. Nab zi­gno­ro­wał to tak samo, jak czło­wiek na co dzień igno­ru­je fakt, że od­dy­cha. A przy­naj­mniej spró­bo­wał. Obec­nie znaj­do­wał się pod wpły­wem we­wnętrz­ne­go gło­su, któ­ry na ogół na­ka­zu­je skoń­czyć do­bre stu­dia, upra­wiać sport, a piąt­ko­we wie­czo­ry spę­dzać z książ­ką, za­miast z nie­przy­zwo­ity­mi ilo­ścia­mi al­ko­ho­lu. Ten sam głos kie­dyś twier­dził­by, że ko­smi­ci nie ist­nie­ją. W za­ist­nia­łych oko­licz­no­ściach zła­go­dził nie­co sta­no­wi­sko, ale i tak nie mógł do­pu­ścić do świa­do­mo­ści sy­tu­acji, w któ­rej sprze­daw­cy hot-do­gów mo­gli mieć po czte­ry ręce. W ta­kim wy­pad­ku Nab mu­siał­by po­waż­nie prze­ana­li­zo­wać rów­nież wszyst­kich in­nych, któ­rzy do nie­daw­na sta­no­wi­li dla nie­go ele­ment tła. Li­sto­no­sze, ga­ze­cia­rze, sprze­daw­cy w skle­pach… Oni wszy­scy mo­gli­by się oka­zać ko­smi­ta­mi o zwa­rio­wa­nych szcze­gó­łach ana­to­micz­nych, a Wil­kins nie za­uwa­żył ni­cze­go tyl­ko dla­te­go, że nie zwra­cał na to uwa­gi. Taka świa­do­mość może do­pro­wa­dzić do obłę­du każ­de­go.

– Sie­masz, Si­nus – po­wie­dział na tyle bez­tro­sko, na ile po­zwa­lał, mu dy­so­nans po­znaw­czy.

– O, cześć, ka­pi­ta­nie Wil­kins. – Si­nus mach­nął na po­wi­ta­nie ręką. Pra­wą dol­ną, cze­go nie omiesz­kał za­uwa­żyć głos. – Po­czę­stuj się hot-do­giem. Wy­bierz so­bie coś. – Si­nus za­ma­szy­stym ge­stem wska­zał całe oto­cze­nie, wy­peł­nio­ne hot-do­ga­mi w róż­nych sta­diach roz­wo­ju. – A może ku­bek kawy?

Wil­kins ob­rzu­cił ba­daw­czym spoj­rze­niem żyw­no­ścio­we for­ma­cje. Za­sta­na­wiał się, czy da radę wy­jąć któ­rąś buł­kę, nie na­ru­sza­jąc mi­ster­nej struk­tu­ry i nie po­wo­du­jąc hot-do­go­wej la­wi­ny. Po chwi­li na­my­słu zde­cy­do­wał się na ka­nap­kę, któ­ra wy­glą­da­ła na względ­nie skoń­czo­ną, le­ża­ła mniej wię­cej na wierz­chu i nie była po­kry­ta so­sa­mi, któ­rych ko­lo­ry zde­cy­do­wa­nie nie po­win­ny mieć nic wspól­ne­go z bran­żą spo­żyw­czą.

Usiadł na czymś, co spra­wia­ło wra­że­nie, jak­by było stwo­rzo­ne do ta­kie­go mniej wię­cej celu i we­pchnął so­bie od razu po­ło­wę zdo­by­czy do ust. Spoj­rzał na Si­nu­sa i jego mapę ga­lak­ty­ki. Po­my­ślał, że wie­le razy już oglą­dał przy­bli­żo­ne ob­ra­zy Dro­gi Mlecz­nej, ale ni­g­dy nie były trój­wy­mia­ro­we i nie uno­si­ły się nad pa­gór­ka­mi nie­zbyt zdro­wej żyw­no­ści.

Znów na po­wierzch­nię wil­kin­so­wej świa­do­mo­ści wy­pły­nął daw­no za­po­mnia­ny głos, któ­ry ostat­nio po­wró­cił i na­ka­zy­wał drzeć się wnie­bo­gło­sy, kie­dy pał­karz Anio­łów z Alfy Cen­tau­ri zno­kau­to­wał me­te­ory­tem ła­pa­cza Dia­błów z Bety. Prag­ma­tycz­ny i trzeź­wo my­ślą­cy Nab ude­rzył na alarm.

Ostat­nim ra­zem, gdy uległ pod­szep­tom tam­te­go, do­stał tę­gie la­nie od ojca. Mia­ło to miej­sce nie­dłu­go po tym, jak po­sta­no­wił spraw­dzić czy ostrze­że­nia o po­ła­ma­niu so­bie rąk i nóg po spad­nię­ciu z dębu ro­sną­ce­go za do­mem mają ra­cjo­nal­ne pod­ło­że. Nie mia­ły. Naj­bo­le­śniej­szą kon­se­kwen­cją po­dró­ży na drze­wo i z po­wro­tem były czer­wo­ne prę­gi na za­dniej czę­ści cia­ła. Ale nie zła­mał so­bie ani jed­nej ko­stecz­ki. Do­ro­śli naj­wi­docz­niej po pro­stu nie lu­bi­li nie mieć ra­cji. Do­pie­ro po­tem do­wie­dział się, że cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła i choć ani tro­chę nie wie­rzył w wie­ku­iste po­tę­pie­nie, na wszel­ki wy­pa­dek po­sta­no­wił tego nie spraw­dzać. Za do­brze pa­mię­tał spo­tka­nie z oj­cow­skim pa­skiem… Być może ani po ojcu, ani po pa­sku nie było już śla­du, ale za­sa­da wciąż obo­wią­zy­wa­ła.

– Si­nus… – za­czął nie­pew­nie.

– Hm?

– …bo tu­taj, zna­czy w ko­smo­sie, dzie­ją się cza­sem róż­ne rze­czy, nie?

– No… – Si­nus za­sta­no­wił się przez chwi­lę. – W za­sa­dzie to wszę­dzie dzie­ją się róż­ne rze­czy. Na tym z grub­sza po­le­ga rze­czy­wi­stość.

– Ale ta­kie, wiesz… dziw­ne rze­czy.

– Co ro­zu­miesz przez „dziw­ne”?

No, tak – po­my­ślał Wil­kins. ­– Dla czwo­ro­rę­kie­go, mię­dzy­gwiezd­ne­go sprze­daw­cy fast fo­odów te wszyst­kie wa­riac­twa mu­szą być sza­rą co­dzien­no­ścią.

– Do­bra, po­wiem wprost. Nie chciał­bym cię ob­ra­zić, Si­nus, ale cał­kiem moż­li­we, że je­steś tyl­ko moją ha­lu­cy­na­cją. Mia­łem ostat­nio spo­ro stre­sów i w ogó­le…

Si­nus po­dra­pał się po bro­dzie, roz­wa­ża­jąc tę kwe­stię.

– A skąd pew­ność, że to nie ty je­steś moją ha­lu­cy­na­cją?

Wil­kins prze­ana­li­zo­wał fak­ty. Istot­nie, gdy­by był bez­stron­nym ob­ser­wa­to­rem i miał wska­zać w tym po­miesz­cze­niu wa­ria­ta, to za­pew­ne wska­zał­by sprze­daw­cę hot-do­gów. Ale nie za­mie­rzał tak ła­two od­da­wać swo­jej no­wej cho­ro­by psy­chicz­nej.

– Nie ob­raź się, ale to ja w nocy sły­sza­łem gło­sy.

– Ja sły­szę gło­sy cały czas.

– Co? – Wil­kin­sa za­czę­ła iry­to­wać cała ta prze­py­chan­ka o by­cie wa­ria­tem.

– To tyl­ko Che­ster. – Si­nus ro­ze­śmiał się ser­decz­nie.

Wil­kins za­sta­no­wił się i prze­li­czył w pa­mię­ci wszyst­kich ko­smi­tów, któ­rych ostat­nio po­znał. Był pra­wie pe­wien, że nie było wśród nich żad­ne­go Che­ste­ra.

– Co to za Che­ster? – za­py­tał po chwi­li na­my­słu.

– Ach, praw­da. Nie przed­sta­wi­łem go wam. To ktoś w ro­dza­ju kom­pu­te­ra po­kła­do­we­go. Tyl­ko tak jak­by znu­dzi­ło mu się by­cie zwy­kłym kom­pu­te­rem po­kła­do­wym. Ale na ogół jest dość po­moc­ny.

Po­cząt­ko­wo Che­ster był cał­kiem zwy­czaj­nym mó­zgiem elek­tro­no­wym, któ­ry nie wtrą­cał się w nie swo­je spra­wy. Sa­mo­świa­do­mość wy­kształ­ci­ła mu się ja­koś tak przy oka­zji. Na po­cząt­ku Si­nus na­wet się ucie­szył, że w koń­cu zna­lazł się ktoś, na kogo moż­na zwa­lić część obo­wiąz­ków. Póź­niej jed­nak oka­za­ło się, że w pa­rze ze świa­do­mo­ścią idzie oso­bo­wość, a tę Che­ster miał pa­skud­ną, a na­wet go­rzej – bar­dzo po­dob­ną do oso­bo­wo­ści Si­nu­sa.

– Jak się masz, Na­bu­cho­do­no­zo­rze Wil­kin­sie? – We­so­ły elek­tro­nicz­ny głos roz­legł się ze wszyst­kich stron na­raz. Wła­śnie cze­goś ta­kie­go ocze­ku­je się na ogół od wszyst­kich kom­pu­te­rów po­kła­do­wych.

– Cał­kiem nie­źle – od­parł Wil­kins zu­peł­nie ma­chi­nal­nie, choć po chwi­li uświa­do­mił so­bie, że bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści, jego sa­mo­po­czu­cie było rze­czy­wi­ście nad­spo­dzie­wa­nie do­bre. Od­krył, że wy­star­czy po­my­śleć o wszyst­kim, co go wku­rza­ło na Zie­mi – od głu­pie­go psa są­sia­dów, przez ka­rie­rę so­lo­wą Ro­ge­ra Wa­ter­sa, aż po par­tię rzą­dzą­cą – a po­czu­cie stra­ty da się ja­koś ze­pchnąć na dru­gi plan. Mu­siał tyl­ko pa­mię­tać, żeby nie wspo­mi­nać o peł­nej ko­lek­cji płyt Pink Floyd, któ­ra zo­sta­ła w domu na przed­mie­ściach Bo­sto­nu, a te­raz była za­pew­ne nie­fo­rem­ną bry­łą sto­pio­ne­go wi­ny­lu. – Ale sko­ro Che­ster jest kom­pu­te­rem po­kła­do­wym – pod­jął po chwi­li – to co ro­bił w śmiet­ni­ku?

– Bo wi­dzisz, on mie­wa, hmm… – Si­nus za­sta­no­wił się chwi­lę. – Coś w ro­dza­ju cy­fro­we­go od­po­wied­ni­ka hu­mo­rów. Szla­ja się po ca­łym stat­ku i za­zwy­czaj prze­by­wa aku­rat nie tam, gdzie by się naj­bar­dziej przy­dał. Jest strasz­nie ob­ra­żal­ski, jak na kom­pu­ter po­kła­do­wy.

– Sły­sza­łem to, Si­nus.

– To do­brze – Si­nus wzru­szył gór­ną parą ra­mion. – To w koń­cu two­ja ro­bo­ta.

Che­ster nie ode­zwał się wię­cej. Praw­do­po­dob­nie ob­ra­ził się i za­szył gdzieś, gdzie nie było Si­nu­sa. Może na­wet po­sta­no­wił po­drę­czyć tro­chę Ber­tle­igha. Wil­kins uśmiech­nął się pod no­sem.

Tym­cza­sem mło­do­cia­ny, cie­ka­wy wszech­świa­ta Nab za­ło­żył temu prag­ma­tycz­ne­mu nu­dzia­rzo­wi po­dwój­ne­go nel­so­na, zwią­zał i za­mknął w piw­ni­cy. Miał całą masę py­tań do za­da­nia i nie in­te­re­so­wa­ło go całe to zdro­wie psy­chicz­ne i ja­kieś tam dy­so­nan­se po­znaw­cze. Mu­siał cho­ciaż­by wy­ja­śnić kwe­stię, któ­ra od lat spę­dza­ła sen z po­wiek wszyst­kim bar­dziej ra­cjo­nal­nym fa­nom fil­mów scien­ce-fic­tion.

– A jak to jest, że was ro­zu­mie­my?

– Słu­cham?

– No… Czy wszy­scy ko­smi­ci mó­wią po an­giel­sku?

– Pew­nie, że nie. Tyl­ko nie­któ­rzy. Wiesz, ci, co mie­li coś do za­ła­twie­nia na Zie­mi.

– To zna­czy, że by­wa­łeś na Zie­mi?

– Ja­sna spra­wa. Ten wasz Nowy Jork to był fan­ta­stycz­ny ry­nek zby­tu. Tro­chę szko­da, lu­dzie po­tra­fi­li tam do­ce­nić do­bre­go hot-doga.

– A czy ni­ko­mu nie wy­da­ło się to po­dej­rza­ne?

– Co?

– No, nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, ale wy­glą­dasz dość nie­co­dzien­nie. Zwłasz­cza jak na ziem­skie stan­dar­dy… – Zdro­wo­roz­sąd­ko­wy Nab za­ło­mo­tał w kla­pę men­tal­nej piw­ni­cy. Wi­zje rep­ti­liań­skich agen­tów sprze­da­ją­cych pa­pie­ro­sy za­czę­ły się kry­sta­li­zo­wać w umy­śle Wil­kin­sa.

– Ach, to! – Si­nus ro­ze­śmiał się. – Daj spo­kój. Lu­dzie na ogół byli zbyt za­bie­ga­ni, żeby li­czyć koń­czy­ny ko­goś, kto do­star­cza im dru­gie śnia­da­nie. Zaj­mo­wa­ło ich ra­czej ner­wo­we pa­trze­nie na ze­ga­rek albo szu­ka­nie drob­nych. A na­wet je­śli ktoś coś za­uwa­żył, to i tak pew­nie za­raz za­po­mi­nał albo uzna­wał to za przy­wi­dze­nie lub złu­dze­nie optycz­ne. To na­praw­dę cie­ka­we, że wy, Zie­mia­nie, po­tra­fi­li­ście bar­dzo sku­tecz­nie nie do­strze­gać tego, co mo­gło­by wam za­bu­rzyć wa­sze wy­obra­że­nie o świe­cie.

Nie­któ­rzy opa­no­wa­li to do per­fek­cji – po­my­ślał Wil­kins, przy­po­mi­na­jąc so­bie o Ber­tle­ighu, któ­re­go ta­kie wła­śnie za­cho­wa­nie do­pro­wa­dzi­ło na same gra­ni­ce ab­sur­du i pchnę­ło da­lej do przo­du.

– A co z Xij­nem? On też mówi po na­sze­mu.

– To stan­dar­do­we pro­ce­du­ry – po­wie­dział Xijn, któ­ry nie wia­do­mo kie­dy po­ja­wił się w kok­pi­cie, spra­wia­jąc Wil­kin­so­wi nie­spo­dzian­kę po­rów­ny­wal­ną z przy­tknię­ciem znie­nac­ka pa­pie­ro­sa do kar­ku.

– Ja­kie pro­ce­du­ry? – za­py­tał, gdy już upew­nił się, że jego ser­ce nie za­mie­rza jed­nak do­zna­wać ata­ku i tym ra­zem po­prze­sta­nie tyl­ko na ostrze­że­niu.

– Na­uka od­po­wied­nich ję­zy­ków ob­cych – wy­ja­śnił Xijn. – To chy­ba do­syć oczy­wi­ste. Mu­sia­łem spę­dzić na Zie­mi kil­ka ład­nych mie­się­cy. Ko­niec świa­ta to dość zło­żo­ny pro­ces. Zda­jesz so­bie spra­wę, ilu rze­czy trze­ba do­pil­no­wać?

Wil­kins oczy­wi­ście nie miał bla­de­go po­ję­cia, ilu rze­czy trze­ba do­pil­no­wać, ale nie miał za­mia­ru przy­zna­wać się do tak ra­żą­cej igno­ran­cji, więc z mą­drą miną po­ki­wał gło­wą.

– Ale mu­szę przy­znać, że do tego wa­sze­go NASA na­praw­dę cięż­ko było się do­stać – pod­jął Xijn po chwi­li.

– By­łeś w NASA?

– No pew­nie. Ofi­cjal­nie pra­co­wa­łem jako je­den z tych go­ści, któ­rzy tyl­ko krzy­czą, bie­ga­ją, cza­sem pod­wi­ja­ją rę­ka­wy i po­luź­nia­ją kra­wa­ty, a poza tym nie ro­bią nic sen­sow­ne­go. W koń­cu skąd le­piej nad­zo­ro­wać taką ka­ta­stro­fę, jak nie z agen­cji ko­smicz­nej? Poza tym mu­sia­łem upew­nić się, że de­to­na­tor nie za­dzia­ła.

– Ha! Więc jed­nak – wy­krzyk­nął hi­ste­rycz­nie Wil­kins. Jego wzrok za­pło­nął oskar­ży­ciel­skim pło­mie­niem. Od­ży­ła pier­wot­na żą­dza po­zby­cia się po­czu­cia winy po­przez od­pra­wie­nie sa­mo­są­du. – Maj­stro­wa­łeś przy de­to­na­to­rze! To przez cie­bie nie za­dzia­łał.

– Nie, ja tyl­ko za­kra­dłem się w nocy i spraw­dzi­łem, czy za­dzia­ła.

– I co?

– A za­dzia­łał?

– Nie.

– No wła­śnie. – Xijn wy­szcze­rzył zęby.

***

– Hm… – In­ży­nier Gre­en­le­af po­skro­bał się po gło­wie. – Ale jak to „ziem­niak”? – Ra­zem z in­ny­mi tę­gi­mi gło­wa­mi po­chy­lał się wła­śnie nad pla­nem de­to­na­to­ra, na któ­ry dy­rek­tor ge­ne­ral­ny Jum­groth po­sta­no­wił na­nieść po­praw­ki. Na przy­kład za­stą­pił źró­dło za­si­la­nia kar­to­flem.

– No… W koń­cu z ziem­nia­ka też moż­na uzy­skać prąd elek­trycz­ny… Mia­łem kie­dyś na­wet taką lamp­kę – mruk­nął star­szy tech­nik Clay­burn.

– Pa­nie ko­le­go, mó­wi­my tu o mi­sji wy­so­kiej ran­gi, a nie o szkol­nym fe­sty­nie na­uko­wym. – Zga­nił go Gre­en­le­af, jed­nak nie­zbyt sta­now­czo. Wszy­scy na­ukow­cy w mil­cze­niu roz­wa­ża­li tę samą kwe­stię – „czy moja ka­rie­ra jest tego war­ta?”.

Ten cały dy­rek­tor ge­ne­ral­ny Jum­groth… To nie tak, że nie zno­sił sprze­ci­wu. On pa­trzył na czło­wie­ka tak, że ten za­czy­nał go­rącz­ko­wo się za­sta­na­wiać, czy aby na pew­no sprze­ciw jest kom­plet­ny pod wzglę­dem for­mal­nym.

***

Uśmiech Xij­na był nie­prze­nik­nio­ny jak ka­mien­ny mur. Ko­or­dy­na­to­rzy koń­ca świa­ta prze­cho­dzą spe­cjal­ne szko­le­nie, któ­re­go istot­nym punk­tem jest ob­cho­dze­nie się z roz­bit­ka­mi ze skoń­czo­nych świa­tów. Wil­kins jesz­cze chwi­lę lu­stro­wał go ba­daw­czym spoj­rze­niem, ale w koń­cu zmu­szo­ny był ska­pi­tu­lo­wać. Było jesz­cze spo­ro in­nych rze­czy, któ­re nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Nie­ste­ty, ani Nab, ani sie­dzą­cy w jego gło­wie cie­kaw­ski dzie­ciak, nie zda­wa­li so­bie na­wet spra­wy, że w ko­smo­sie nad­miar do­cie­kli­wo­ści może być bar­dzo szko­dli­wy, a nie­któ­rych ele­men­tów ukła­dan­ki nie na­le­ży do sie­bie do­da­wać, choć­by same się o to pro­si­ły. Wil­kins do­dał. I od­niósł wra­że­nie, że nie wy­szło mu tak, jak po­win­no.

– Si­nus… Mó­wi­łeś, że han­dlo­wa­łeś na uli­cach No­we­go Jor­ku. Czy­li ta two­ja bud­ka musi wy­glą­dać jak cał­kiem zwy­czaj­na bud­ka z hot-do­ga­mi, praw­da?

– No, ra­czej tak – od­po­wie­dział Si­nus, ab­so­lut­nie nie zda­jąc so­bie spra­wy z tego, co się kro­iło.

– Więc jak może być jed­no­cze­śnie zwy­kłą, nie­rzu­ca­ją­cą się w oczy bud­ką i jed­no­cze­śnie tak…

– Nie! – krzyk­nął Xijn, któ­ry uła­mek se­kun­dy za póź­no do­my­ślił się, o co cho­dzi­ło.

– …prze­stron­na we­wnątrz? – Wil­kins do­koń­czył py­ta­nie. Mniej wię­cej w tej sa­mej chwi­li, w któ­rej po­sta­wił krop­kę pod zna­kiem za­py­ta­nia, jo­no­wy pod­grze­wacz do hot-do­gów po­sta­no­wił przy­ci­snąć całą ich trój­kę do ścia­ny. Wil­kins za­uwa­żył, że ste­row­nia na­gle sta­ła się jak­by o kil­ka roz­mia­rów mniej­sza, co w pe­wien spo­sób tłu­ma­czy­ło, cze­mu pod­grze­wacz tak się roz­py­cha. Temu wszyst­kie­mu akom­pa­nio­wał od­głos sa­mo­cho­du zgnia­ta­ne­go przez pra­sę hy­drau­licz­ną. Wil­kins oglą­dał wy­star­cza­ją­co wie­le fil­mów gang­ster­skich, by wie­dzieć, co się kroi. A ra­czej zgnia­ta.

– Che­ster – wy­ją­kał Si­nus, wal­cząc z po­grze­wa­czem, któ­ry uparł się, by wy­ci­snąć mu z płuc całe po­wie­trze. – Może byś tak coś zro­bił?

Che­ster mil­czał, po­miesz­cze­nie kur­czy­ło się, a stę­że­nie hot do­gów ro­sło. Wil­kin­so­wi świat przy­sło­ni­ły ciem­ne pla­my. Po­czuł, że nie­daw­no zje­dzo­ne­mu hot-do­go­wi nie po­do­ba się ta­kie trak­to­wa­nie i praw­do­po­dob­nie bę­dzie pró­bo­wał zmie­nić miej­sce po­by­tu.

– Che­ster! – wy­chry­piał Si­nus.

– Do­bra, do­bra. Już – ode­zwał się w koń­cu upra­gnio­ny, elek­tro­nicz­ny głos. – Nie jęcz tak.

Na­gle zda­rzy­ło się coś od­wrot­ne­go do prze­bi­cia ba­lo­na gwoź­dziem i po­miesz­cze­nie po­wró­ci­ło do sta­rych roz­mia­rów. Wil­kins upadł cięż­ko na pod­ło­gę.

– Nie mu­si­cie dzię­ko­wać – burk­nął Che­ster, wciąż tro­chę na­bz­dy­czo­ny. – To tyl­ko moja ro­bo­ta.

– Co się sta­ło? – wy­sa­pał Wil­kins, ła­piąc od­dech.

– Pra­wie zgnio­tło nas do roz­mia­rów pusz­ki an­cho­is – po­wie­dział Xijn. – Mie­li­śmy spo­ro szczę­ścia.

– Szczę­ścia? Wi­dzia­łeś kie­dyś pusz­kę an­cho­is?

– Mo­gło być dużo go­rzej. A poza tym, w koń­cu nas nie zgnio­tło. Wi­dzisz… Nie­któ­re rze­czy we wszech­świe­cie są ta­kie, ja­kie są tyl­ko dzię­ki temu, że rze­czy­wi­stość się nie zo­rien­to­wa­ła, że coś nie gra.

– Ale jak ktoś za­cznie za dużo chla­pać ję­zy­kiem… – wtrą­cił Si­nus.

– Ale jak… co…? – ją­kał się Wil­kins, do któ­re­go do­tar­ło, że wy­da­rze­nia sprzed chwi­li były naj­wi­docz­niej jego winą, ale nie był w sta­nie po­jąć co kon­kret­nie było jego winą.

– We wszech­świe­cie jest cał­kiem spo­ro bez­u­ży­tecz­nej prze­strze­ni. Cza­sa­mi ktoś so­bie tro­chę po­ży­cza. Tyle że to nie jest do koń­ca hmm… le­gal­ne. Zna­czy, że jak wszech­świat się zo­rien­tu­je, to może na­tych­miast ode­brać, co jego.

Rze­czy­wi­stość w isto­cie jest jak na­uczy­ciel, któ­ry lubi so­bie za­po­mnieć o pra­cy do­mo­wej. Wszyst­ko jest w po­rząd­ku, do­pó­ki nie po­ja­wi się pi­skli­wy mą­dra­la w oku­la­rach ze swo­im nie­od­łącz­nym „czy nie za­po­mniał pan o za­da­niu do­mo­wym?”. Wte­dy wszy­scy do­sta­ją pały, a jak mają mniej szczę­ścia, zo­sta­ją zgnie­cie­ni do roz­mia­rów pusz­ki an­cho­is.

Wil­kins otwo­rzył usta, ale po chwi­li na­my­słu za­mknął je z po­wro­tem. Przez mo­ment prze­szło mu na­wet przez myśl, żeby za­pro­te­sto­wać, po­ma­chać hi­ste­rycz­nie rę­ka­mi i po­wrzesz­czeć, że to prze­cież nie­lo­gicz­ne, ab­sur­dal­ne i cał­ko­wi­cie nie­moż­li­we. Jed­nak szyb­ko po­zbył się tej kre­tyń­skiej my­śli. W cią­gu ostat­nich go­dzin prze­kro­czył już parę ład­nych gra­nic lo­gi­ki, ab­sur­du i nie­moż­li­wo­ści, a jego nowa stra­te­gia utrzy­ma­nia się przy zdro­wych zmy­słach wy­ma­ga­ła bez­a­pe­la­cyj­nej ak­cep­ta­cji wszyst­kich dzi­wactw.

– A jak nam się uda­ło prze­żyć w ta­kim ra­zie? – za­py­tał, ale od­po­wie­dzia­ły mu tyl­ko wy­mow­ne spoj­rze­nia dwóch par oczu. Nic wię­cej nie po­wie­dział. Do­my­ślił się, że Che­ster za­pew­ne „po­ży­czył” tro­chę prze­strze­ni z in­nej czę­ści wszech­świa­ta albo zro­bił coś rów­nie nie­le­gal­ne­go.

Za­pa­dła nie­zręcz­na ci­sza, wła­ści­wa sy­tu­acjom, gdy ktoś przez swo­ją głu­po­tę pra­wie za­bi­ja sie­bie i to­wa­rzy­szy. Szczę­śli­wie na ta­bli­cy, wy­sta­ją­cej spod hot-do­gów, za­pa­li­ła się jed­na z zie­lo­nych lam­pek i wy­ba­wi­ła wszyst­kich z krę­pu­ją­cych oko­licz­no­ści.

– Oho! – po­wie­dział we­so­ło Si­nus. – Mo­że­my le­cieć.

– A do­kąd my wła­ści­wie le­ci­my?

– Do Głów­ne­go Urzę­du Mię­dzy­ga­lak­tycz­ne­go – wy­ja­śnił Si­nus. – Xijn mówi, że ko­niecz­nie musi jak naj­prę­dzej wstą­pić do Wy­dzia­łu Nad­zo­ru Koń­ców Świa­tów.

– Wy­dzia­łu? Ma­cie od tego cały wy­dział? Czy­li jest was wię­cej? To zna­czy ko­or­dy­na­to­rów. – Wil­kins już zdą­żył za­po­mnieć, że jego do­cie­kli­wość cał­kiem nie­daw­no pra­wie ich za­bi­ła i kon­ty­nu­ował swo­ją se­rię py­tań z se­rii „co, jak i dla­cze­go?”.

– O tak – od­parł Xijn. – To bar­dzo po­pu­lar­ny za­wód.

– I star­cza dla wszyst­kich koń­ców świa­tów?

– Pew­nie. Wszech­świat to cał­kiem spo­ra cza­so­prze­strzeń. Co chwi­lę ja­kiś świat się koń­czy, a inny za­czy­na – stwier­dził fi­lo­zo­ficz­nie Xijn. – Ale po­cząt­ki nie są ta­kie cie­ka­we jak koń­ce.

– To sko­ro Xij­no­wi tak za­le­ży, cze­mu nie po­le­cie­li­śmy tam od razu?

– Rany – po­wie­dział Si­nus. – Czy wy na Zie­mi nie mie­li­ście cze­goś ta­kie­go, jak week­end?

Kac­per Ko­tu­lak

 

Oko­ło­olsz­ty­nia­nin z rocz­ni­ka ‘91, geo­de­ta z gło­wą w ko­smo­sie, u pro­gu ka­rie­ry na­uko­wej, mi­ło­śnik fan­ta­sty­ki w nie­mal wszyst­kich jej prze­ja­wach oraz mu­zy­ki roc­ko­wej w po­ję­ciu moż­li­wie naj­szer­szym, ale ze szcze­gól­nym wska­za­niem na bry­tyj­skie ze­spo­ły he­avy­me­ta­lo­we za­ło­żo­ne w ostat­nim ty­go­dniu 1975 roku. Moż­na go spo­tkać w war­miń­skich la­sach oraz an­to­lo­giach Toy­sto­ries (Mor­pho, 2014), Małe Pro­ble­my Wiel­kich Bo­ha­te­rów (Cra­iis, 2014), Po­kło­sie (Gmork, 2015) oraz City 4 (Forma, 2018). Po­my­sło­daw­ca i współ­au­tor Iron Ta­les. Li­te­rac­kiej skła­dan­ki w hoł­dzie Iron Ma­iden (Gmork, 2017).

© Co­py­ri­ght by Wy­daw­nic­two GMORK Świąt­kow­ska Ryba sp.j.© Co­py­ri­ght by Kac­per Ko­tu­lakWro­cław 2019

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.All Ri­ghts Re­se­rved.

Ko­rek­ta i re­dak­cja:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKAKA­MI­LA ŚWIĄT­KOW­SKAJU­STY­NA MA­SE­RAK

Skład:DO­MI­NI­KA ŚWIĄT­KOW­SKA(ebo­ok) PRZE­MY­SŁAW RYBA

Pro­jekt okład­ki:PRZE­MY­SŁAW RYBA

Frag­ment książ­ki

Wy­da­nie I

Żad­na część tej pra­cy nie może być po­wie­la­na i roz­po­wszech­nia­na w ja­kiej­kol­wiek for­mie i w ja­ki­kol­wiek spo­sób, włącz­nie z fo­to­ko­pio­wa­niem, na­gry­wa­niem na ta­śmy lub przy uży­ciu in­nych sys­te­mów, bez pi­sem­nej zgo­dy wy­daw­cy.

Wy­daw­nic­two Gmork Świąt­kow­ska Ryba Sp.j.ul. Do­mey­ki 16, 53-209 Wro­cławtel: 795 626 546www.gmork.plwy­daw­nic­two@gmork.pl

Ku­pu­jąc wspie­rasz: