Pocałunek śmierci - J.T. Ellison - ebook
Opis

Krwawe ślady maleńkich stóp prowadzą do kuchni. Na podłodze leży martwa Corinne. Obok siedzi jej wystraszona półtoraroczna córeczka...

Śledztwo prowadzi detektyw Taylor Jackson. W trakcie dochodzenia odkrywa wstydliwe fakty z życia ofiary. Piękna i znana Corinne Wolff zażywała silne antydepresanty, mimo że była w siódmym miesiącu ciąży. Czy naprawdę czuła się aż tak nieszczęśliwa? Czy wiedziała, że jej mąż robi nielegalne interesy z bossem miejscowego pornobiznesu?

Lokalne media podgrzewają atmosferę, śledczy pracują pod ogromną presją. Sprawa wydaje się beznadziejna. Brakuje świadków, ktoś nieustannie podsuwa fałszywe tropy i próbuje skompromitować detektyw Jackson. Mimo to policja odnajduje dowody świadczące, że Corinne mógł zamordować tylko ktoś, komu bezgranicznie ufała…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 403

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


J.T. Ellison

Pocałunek śmierci

Tłumaczenie:

Dla Dela Tinsleya, bez którego nie powstałaby żadna z moich książek.

I dla mojego Randy’ego – zagubiłabym się, gdyby nie Ty.

Podziękowania

Autorowi, w stu procentach odpowiedzialnemu za efekt swej pracy, którym dzieli się z czytelnikiem, pomaga wiele osób. Służą pomocą przy zbieraniu materiałów, inspirują i zagrzewają do pracy. Wyrażanie wdzięczności tym osobom w postaci podziękowań jest jednym z najprzyjemniejszych aspektów pisania książki. Zatem pozwolę sobie porozpływać się w zachwytach nad moją ekipą.

Dziękuję mojemu wspaniałemu agentowi Scottowi Millerowi z Trident Media Group, który zawsze wie, kiedy i co powiedzieć, a także Stephanie Sun, z którą każda rozmowa jest przyjemnością.

Mojej cudownej redaktorce Lindzie McFall, kobiecie, która przekuwa chaotyczne rękopisy w zrozumiałe książki. Bez Ciebie nie dałabym rady. Specjalne podziękowania dla zastępcy redaktora Adama Wilsona, dzięki któremu biznesowy diabeł nie jest taki straszny, jak go malują. Oboje czynią magię z moimi słowami, za co jestem im dozgonnie wdzięczna.

Całemu zespołowi Mira Books, a zwłaszcza Heather Foy, Donowi Luceyowi, Michelle Renaud, Adrienne Macintosh, Megan Lorius, Mariannie Ricciuto, Tracey Langmuir, Kathy Lodge, Emily Ohanjanians, Alex Osuszek, Margaret Marbury, Dianne Moggy oraz artystkom odpowiedzialnym za piękne okładki: Tarze Kelly i Gigi Lau.

Mojemu niezależnemu specjaliście od PR-u Tomowi Robinsonowi, który zawsze wie, co jest dla mnie najlepsze. Dziękuję za wszystko!

Bibliotekarzom w całym kraju, którzy zamawiają moje książki – robi mi się błogo na duszy, kiedy słyszę, że ktoś znalazł moją książkę w bibliotece w swoim mieście!

Detektywowi Davidowi Achordowi z Wydziału Zabójstw Policji w Nashville – mojemu konsultantowi i przyjacielowi. Dzięki niemu Taylor jest postacią z krwi i kości.

Doktorowi Vince’owi Tranchidzie, lekarzowi sądowemu z Manhattanu, który pilnuje, aby Sam robiła wszystko, jak trzeba.

Elizabeth Fox, która zaskoczyła mnie mejlem – „Jestem Taylor!” – i została moją serdeczną przyjaciółką.

Mojej wspaniałej grupie krytyków Bodacious Music City Wordsmiths: Delowi Tinsleyowi, Janet McKeown, Mary Richards, Rai Lyn Woods, Cecelii Tichi, Peggy O’Neal Peden i J.B. Thompson, którzy zawsze wytykają mi, kiedy coś schrzanię, i chwalą, kiedy zrobię coś dobrze. Uwielbiam Was!

Specjalne podziękowania dla J.B., który zawsze rzuca czujnym okiem na moją pracę, zanim wyślę ją redaktorom.

Laurze i Lindzie, moim boginiom z knajpki Borders przy Cool Springs Boulevard, które z otwartymi rękami przywitały nową pisarkę w okolicy. Dzięki, dziewczyny!

Dziękuję Joan Huston, która jako pierwsza przeczytała tę książkę, skomentowała ją – czym bardzo się przejęłam – i sprawiła, że początek jest dużo mocniejszy, niż w pierwotnej wersji.

Mojej drogiej Tashy Alexander, jedynej kobiecie, która odrywa mnie od klawiatury i przykleja do słuchawki telefonu; często piszę i rozmawiam jednocześnie. Wszystkiego dobrego, kochana!

Moim szanownym kolegom i koleżankom po piórze: Brettowi Battlesowi, Robowi Gregory-Browne’owi, Billowi Cameronowi and Dave’owi White’owi – za rozmowy w sieci; Toni Causey, Greggowi Olsenowi, Kristy Kiernan – za pocieszanie mnie i rozbawianie; oraz kolegom i koleżankom z roku za inspirację.

Współautorom ze strony Murderati, którzy każdego dnia dostarczają mi natchnienia; szczególnie Pari Noskin Taichert, która potrafi oceniać moje pomysły jak nikt inny.

Lee Childowi i Johnowi Connolly’emu za to, że zastanawiam się nad każdym słowem, zanim je napiszę; Johnowi Sandfordowi za inspirację.

Moim rodzicom, którzy zawsze entuzjastycznie podchodzą do mojej pracy i którym powinnam płacić prowizję za sprzedaż moich książek. Ich miłość i wsparcie są nieocenione. Mojemu cudownemu bratu Jayowi, oraz Kendall, Jasonowi i Dillonowi za to, że muszą wytrzymywać z kapryśną ciocią. Mojemu bratu Jeffowi, który zawsze potrafi mnie rozśmieszyć.

Gdyby nie mój najukochańszy mąż, bujałabym w chmurach i nie schodziła na ziemię. Dziękuję, kochanie, że nie pozwalasz mi odlecieć. Dla Ciebie warto się starać.

Nashville to wspaniałe miejsce, uwielbiam o nim pisać. Staram się robić to precyzyjnie, ale czasem korzystam z prawa do swobody literackiej. Biorę odpowiedzialność za wszelkie błędy i wypaczenia. Wszystkie opinie i interpretacje należą wyłącznie do mnie.

PROLOG

Wszędzie krew.

Na podłodze, na ścianach, na ciele. Na spodniach i koszulce. Cholera, jak to sprać? Krzywi się, odkłada to, co trzyma w rękach, i staje nad nieruchomym ciałem. Koniec kłótni. Koniec wrzasków, wytykania porażek, niedotrzymanych obietnic, rozczarowań. W oddali narasta płacz dziecka, przebija się przez huczącą w uszach wściekłość. Uśmiecha się.

– Ty parszywa suko. Masz, na co zasłużyłaś.

Dziesięć godzin później

– Mama?

– Mama. Głodna. Daj ciastko. Mama. Ciastko.

– Budź się. Mama, budź się.

– Na nocniczek. Mama. Grzeczna dziewczynka.

– Mama?

– Mama boli? Boli? Kuku?

– Bankie, mama.

– Bankie misio.

– Mama. Mamaaaaaaaaaaa.

– Branoc, mama. Pa-pa.

PONIEDZIAŁEK

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Michelle Harris zatrzymała się na światłach na skrzyżowaniu Old Hickory Boulevard i Highway 100. Zmełła w ustach przekleństwo. Spóźni się, a Corinne nie znosiła, kiedy się spóźniała. Nie opieprzy jej, nie zgromi spojrzeniem, tylko popatrzy wymownie na stojący na kominku zegar, który zawsze śpieszył się o trzy minuty – Corinne lubiła mieć trochę czasu w zapasie – a między wypielęgnowanymi brwiami pojawi się niewielka zmarszczka.

Mecz za godzinę. Miały mnóstwo czasu, ale zanim przystąpią do rozgrzewki, Corinne będzie chciała zawieźć Hayden do żłobka i wypić koktajl proteinowy. Michelle i Corinne grały w tenisa od niepamiętnych czasów i równie długo były partnerkami w deblu. Od mistrzostwa Richland dzieliły je zaledwie dwa mecze. W zasadzie zwycięstwo miały w kieszeni, jako że triumfowały od siedmiu lat z rzędu.

Prawą dłoń trzymała na kierownicy i palcami nerwowo wystukiwała niezborny rytm, zaś lewą chwyciła kucyk i owinęła go wokół szyi. Ten gest, któremu była wierna od najmłodszych lat, uspokajał ją. Corinne nie musiała się uspokajać, nie potrzebowała pocieszenia, bo zawsze była tą silniejszą. Kiedy były małe i Michelle owijała sobie kucyk wokół szyi, a niesforne kosmyki tańczyły dokoła uszu, Corinne marszczyła brwi, w ten sposób wyrażając niezadowolenie ze słabości starszej siostry.

Przypomniawszy to sobie, Michelle skrzywiła się i strzepnęła kucyk z ramienia. Światło się zmieniło. Wcisnęła pedał gazu i wystrzeliła jak z procy. Nie cierpiała spóźniać się na spotkanie z Corinne.

Michelle skręciła w Jocelyn Hollow Road i szybko ją opuściła, wjeżdżając w krętą ślepą uliczkę, przy której mieszkała siostra. Dereń na podwórzu przed domem Wolffów zaczynał wypuszczać pąki. Michelle uśmiechnęła się. Wiosna idzie! Zima od kilku miesięcy trzymała Nashville w mroźnym, wietrznym uścisku, ale wyglądało na to, że wreszcie zamierzała odpuścić. W lasach roiły się młode zwierzęta, po polach biegały cielaki. Świergot strzyżyków i kardynałów osiągał wyższe rejestry, ptasie mamuśki i ojczulkowie oczekiwali przyjścia piskląt na świat. Corinne też nosiła w sobie nowe życie, była w siódmym miesiącu ciąży, choć wyglądała na czwarty. Ciąży bezproblemowej, co sama często powtarzała, łatwej jak kaszka z mlekiem. Dzięki aktywności fizycznej udało jej się nie obrosnąć tłuszczem. Zamierzała grać w tenisa tak długo, jak to będzie możliwe, najchętniej aż do rozwiązania. Tak samo postępowała, gdy nosiła w brzuchu Hayden.

To nie w porządku. Michelle nie miała ani dzieci, ani nawet męża. Po prostu nie spotkała odpowiedniego faceta. Jedyną pociechą była dla niej Hayden. Mając taką siostrzenicę, nie śpieszyła się do własnego potomstwa. Jeszcze nie teraz.

Skręciła na obrośnięty klonami podjazd i zaparkowała volvo obok stojącego przed drzwiami do garażu czarnego bmw 535i Corinne. Ustawione po obu stronach garażu lampy z kutego żelaza świeciły się. Michelle zmarszczyła czoło. Corinne nigdy nie zapominała o wyłączeniu światła. Przywołała z pamięci kłótnię pomiędzy Corinne a Toddem, jej mężem, której była świadkiem. Todd chciał kupić takie lampy, które będą się automatycznie włączały po zmroku i wyłączały nad ranem. Corinne upierała się, że przecież sami mogą je włączać, to żaden problem. Spierali się z zapałem godnym lepszej sprawy. Todd podkreślał względy bezpieczeństwa, a Corinne stwierdziła, że lampy wybrane przez męża są kiczowate i nie pasują do klimatu domu. Postawiła na swoim. Jak zawsze.

Corinne rano wyłączała lampy. Nigdy o tym nie zapominała. Nigdy.

Michelle poczuła, jak włosy na karku stają jej dęba. Coś było nie w porządku.

Wysiadła z samochodu, nie zamykając go. Do drzwi wejściowych prowadził zadaszony chodnik wyłożony kostką brukową. Podtrzymujące konstrukcję słupy zatopiono w betonie i podsypano piaskiem. Kostka kosztowała majątek i pochodziła z maleńkiej, starej jak świat żwirowni w Wirginii, o ile Michelle dobrze zapamiętała. Podeszła do drzwi. Były otwarte, ale to normalne. Michelle wielokrotnie przypominała siostrze o konieczności zamykania drzwi na noc, ale Corinne czuła się bezpieczna i nigdy nie chciało jej się przekręcać klucza w zamku. Michelle nacisnęła klamkę…

O mój Boże.

Pobiegła do samochodu i sięgnęła po komórkę. Wybierając numer alarmowy, biegiem wróciła do domu.

Telefon brzęczał przy jej uchu, brzęczał i brzęczał. Michelle zauważyła odciski stóp. Szybko obeszła parter. Pusto. Pognała na górę, pokonując po dwa schodki naraz. Z trudem oddychając, skręciła w lewo i ruszyła korytarzem.

Próbując zrozumieć, na co patrzy, słyszała głos w słuchawce, ale nie umiała odpowiedzieć.

– Halo! – powtórzył głos. – Co się stało?

Nie była w stanie wydusić słowa. Boże, Corinne. Leżała na podłodze twarzą do ziemi. Wszędzie dokoła krew.

– Proszę się odezwać!

Popłynęły łzy. Słowa opuściły jej usta, zanim uświadomiła sobie, co mówi:

– Boże. Moja siostra… chyba nie żyje.

– Halo, proszę pani! Proszę powtórzyć.

Powtórzyć? Czy mogła zmusić usta, by ponownie się otworzyły, i nie zwymiotować na ciało martwej siostry? Palcami dotknęła szyi Corinne. Miała przerażająco zimną skórę. O Boże, Hayden! Wypadła z pokoju. Hayden, gdzie jest Hayden? Rozejrzała się wokół. Dużo śladów na podłodze. Ale co się stało z dziewczynką? Krzyknęła i usłyszała własne słowa, jakby ktoś wołał w obcym języku.

– Wszędzie krew, mój Boże, tyle krwi! I ślady stóp! Hayden! – wrzeszczała jak oszalała. Wpadła z powrotem do sypialni. Coś w jej mózgu się przepaliło, coś się przestawiło. Nie była w stanie wziąć się w garść.

Dyspozytorka powtarzała pytanie, ale Michelle nie umiała odpowiedzieć.

– Proszę pani! Kto nie żyje?

Gdzie Hayden? Gdzie jej ukochana dziewczynka? Zza wielkiego małżeńskiego łoża wychynęła jasnoruda główka. Dopiero po chwili do Michelle dotarło. Hayden i rude włosy?! Przecież była jaśniutką blondynką, miała niemal białe włosy. Coś tu nie gra.

– O Jezu, Hayden, cała jesteś we krwi. Chodź tutaj. Jak ci się udało wyjść z łóżeczka?

Wzięła małą na ręce. Hayden zastygła, zamarła, przez dłuższą chwilę nie mogła albo nie chciała się poruszyć, ale w końcu objęła ciocię za szyję i wtuliła się w nią. Michelle poczuła ukłucia sztywnych od zaschniętej krwi kosmyków siostrzenicy. Wzdrygnęła się.

– Proszę pani! Proszę powiedzieć, skąd pani dzwoni!

Głos dyspozytorki zmusił ją do odwrócenia wzroku od martwego ciała Corinne. Przycisnęła do siebie Hayden i pomyślała, że musi się stąd wydostać. Nie może dłużej na to patrzeć.

– Już… już mówię. 4589 Jocelyn Hollow Court. Moja siostra…

Dotarła do schodów. Widziała ślady krwi na wykładzinie, którą były pokryte stopnie.

Dyspozytorka nadal usiłowała uzyskać więcej szczegółów.

– Czy Hayden to pani siostra?

– Nie, jej córka. O Boże.

Kiedy Michelle znalazła się na dole, dziewczynka poruszyła się, wyciągnęła rączkę w stronę schodów i pokazała na piętro.

– Mama boli – powiedziała głosem nienależącym do nieśmiałego półtorarocznego brzdąca, ale do czterdziestoletniej złamanej przez życie kobiety.

Mama boli… Już nie, kochanie, pomyślała Michelle.

Wyszły na zewnątrz. Michelle łapczywie nabrała powietrza, a Hayden zaczęła cicho płakać na jej ramieniu, paluszkiem pokazując dom.

– Proszę pani, proszę powiedzieć, kto nie żyje – dopytywała się dyspozytorka łagodniejszym głosem.

– Moja siostra, Corinne Wolff. Och, Corinne. Ona jest… zimna.

Michelle czuła, że dłużej nie wytrzyma. Usłyszała, że dyspozytorka informuje o wysłaniu patrolu. Przeszła po tej przeklętej, koszmarnie drogiej kostce i posadziła Hayden na przednim siedzeniu samochodu.

Potem odwróciła się i przegrała walkę z nudnościami. Wyrzygała swoją duszę pod delikatnym, pączkującym dereniem.

ROZDZIAŁ DRUGI

A zapowiadał się taki miły poranek.

Zamiast wylegiwać się w łóżku, rozkoszując się czystą pościelą i zżymając na pismaków z „The Tennessean”, porucznik Taylor Jackson patrzyła, mrużąc oczy, na sufit salonu, i czuła, że szlag ją trafia.

– Baldwin! – zawołała, podchodząc bliżej kominka. – Baldwin!

– Co? – krzyknął zniecierpliwiony z góry.

– Chodź, zobaczysz. Chyba przeciekamy.

Tupot stóp na schodach oznaczał, że narzeczony, który był w łazience na piętrze, umiejscowionej nad salonem, poważnie potraktował słowa Taylor i zaintrygowany zbiega na dół. Zatrzymał się obok niej i zadarł głowę do góry. Na suficie znajdowała się ciemnoszara mokra plama, która rosła w oczach. Pośrodku ohydnego placka pojawiła się niewielka kropelka wody. Wpatrzeni w nią czekali, co się stanie, a kropelka rosła i rosła, aż w końcu oderwała się od plamy i spadła Baldwinowi na ramię.

To był sygnał. Spojrzeli po sobie i ruszyli do akcji. Baldwin pognał z powrotem na górę, żeby zakręcić wodę w łazience. Taylor pobiegła do kuchni i wróciła z garnkiem do gotowania spaghetti. Ustawiła się pod plamą i łapała kapiącą coraz szybciej wodę.

O rany, i co teraz?

Baldwin wrócił do salonu z drabiną.

– Ten dom musi stać na starym indiańskim cmentarzu. Mówię ci. Przysięgam, że zakręciłem wodę. Daj ten garnek. Przynajmniej oszczędzimy wykładzinę.

Ustawił drabinę dokładnie pod plamą, zabrał Taylor garnek i postawił go na samej górze. Kropelka podziękowała mu za to radosnym plumk!

Roześmieli się, choć byli zdenerwowani i zdesperowani. Przed miesiącem wrócili z podróży przedślubnej i od tego czasu zepsuło się chyba wszystko, co tylko mogło się zepsuć w tym stosunkowo nowym domu. Trochę jak w życiu. Mogli do woli planować, kombinować, starać się, ale i tak zawsze coś się musiało wydarzyć i stanąć na drodze ich małżeństwu. Taylor w sumie to nie przeszkadzało, nie śpieszyło jej się, Baldwin też powoli zaczynał myśleć podobnie, to znaczy że lepiej pozostawić sprawy naturalnemu biegowi.

– Do kogo mam zadzwonić? – Poszedł do kuchni. – Myślisz, że gwarancja obejmuje takie naprawy?

– Mam nadzieję. Telefon jest w teczce w szafce. Niech przyślą hydraulika. Powiedz, że to pilne.

Otworzył szufladę i wyjął pękatą teczkę.

– Dobra, zadzwonię, ale potem wracam do pakowania się. Pamiętaj, że mam samolot o wpół do jedenastej.

Taylor obrzuciła sufit nienawistnym spojrzeniem i poszła do kuchni.

– Daj, sama zadzwonię, a ty się pakuj, chociaż i tak samolot wystartuje, kiedy zechcesz, szefie.

– Nie jestem szefem, tylko pełniącym obowiązki szefa, kochanie, dopóki Garrett nie wróci do pracy po operacji. Innymi słowy, przez dwa tygodnie będę zgrywał ważniaka i przekładał papiery na jego biurku. Naprawdę wolałbym zostać w domu i poużerać się z hydraulikiem.

Garrett Woods, dyrektor Jednostki Badań Behawioralnych FBI i szef Baldwina, zadzwonił dzień wcześniej i poinformował, że poszedł na rutynowe badania okresowe, z których trafił prosto na salę operacyjną, gdzie wszczepiono mu by-passy. Ktoś, kogo darzył zaufaniem, musiał tymczasowo przejąć dowodzenie. Wybór Garretta w oczywisty sposób padł na Baldwina. Taylor miała nadzieję, że nie chodziło o to, by narzeczonego na stałe usadzić w fotelu szefa JBB. Kiedy Taylor i Baldwin spędzali we Włoszech swój niedoszły miesiąc miodowy, w jednostce nastąpiło trzęsienie ziemi. Dyrektor JBB, Stuart Evans, został w trybie doraźnym usunięty ze stanowiska po tym, jak media doniosły o jego osobistych porachunkach w biurze. FBI nigdy nie lubiło, kiedy pracownicy publicznie prali brudy. Szefem JBB został ponownie Garrett Woods, którego nie satysfakcjonowała poprzednia pozycja w biurze. O jego powrocie na to stanowisko zdecydowało jednak co innego. Mianowicie nie tylko był zdeterminowany przywrócić porządek w wydziale śledczym i jednostkach skupiających profilerów, ale również wiedział, jak to zrobić.

– Jedź, pomóż Garrettowi. Pilnuj, żeby słuchał lekarzy. Wciąż nie mogę uwierzyć, że trafił do szpitala.

– Ja też nie. Zawsze wydawał mi się niezniszczalny. Dasz sobie radę sama?

– Jasne, że tak. – Pocałowała go i uniosła brwi. – To tylko mały przeciek.

– No to w porządku. Muszę skończyć się pakować.

Klepnął ją w tyłek i poszedł na górę. Odprowadziła go wzrokiem i uśmiechnęła się do siebie. Jak dzieci. Jak dwoje zakochanych w sobie bez pamięci nastolatków…

…których miłosne gwiazdko się sypie. Wprowadzili się przed dwoma miesiącami, a już cztery razy musieli wzywać ekipę do napraw, oczywiście wszystko w ramach gwarancji: a to w wentylatorze ułamała się łopatka, a to w przewodach umożliwiających dostęp do węzła sanitarnego zagnieździła się wiewiórka i przegryzła kabelki, a to zepsuł się termostat… No i teraz przeciek w łazience. W firmie budowlanej dobrze ich znano. Taylor zadzwoniła do hydraulików i zostawiła wiadomość, po czym poszła na górę, zamierzając pokazać pełniącemu obowiązki dyrektora JBB doktorowi Johnowi Baldwinowi, co straci, wyjeżdżając na dwa tygodnie. W końcu odrzutowiec nie odleci bez niego…

Zdążyła pokonać dwa schodki, kiedy zadzwonił telefon. Co znowu? Cofnęła się do kuchni, spojrzała na wyświetlacz i odebrała.

– Cześć, Fitz.

Sierżant Pete Fitzgerald, drugi po szefie w wydziale, od razu przeszedł do rzeczy:

– Wiem, że masz wolny dzień, ale chcę, żebyś natychmiast przyjechała. Morderstwo. Źle to wygląda.

– Kto nie żyje?

– Młoda matka z Hillwood. Spodziewała się drugiego dziecka. Pamiętasz głośną sprawę Scotta Petersona, który został skazany za zamordowanie ciężarnej żony? Laci miała na imię… To coś w tym stylu.

Taylor przesunęła dłonią po notatniku leżącym obok telefonu. Miała ochotę powiedzieć:

– Nie, dziękuję. Nie jestem w nastroju na morderstwo.

Jednak doskonale wiedziała, że nie zrobi tego. Była porucznikiem Wydziału Zabójstw i kiedy zespół potrzebował pomocy, nie dyskutowała, tylko pomagała.

– Rozumiem. Daj mi dwadzieścia minut.

– Federalny już poleciał?

– Nie, kończy się pakować.

– No to ucałuj tę jego śliczną buźkę i przyjeżdżaj. Jesteś nam potrzebna.

Zdążyła odłożyć słuchawkę i znów zadzwonił telefon. Tym razem był to hydraulik. Przywitał się grzecznie i powiedział, że tak, oczywiście, przyjedzie mniej więcej za godzinę, spokojnie, to na pewno tylko pęknięta rurka, jeszcze nie koniec świata. Poinformowała go, gdzie znajdzie klucz, po czym rozłączyła się i pobiegła na górę. Baldwin właśnie domykał walizkę.

– Gotowy?

– Jak na łowy.

– To dobrze. Chodź, podrzucę cię. Muszę jechać.

– Kto nie żyje?

Ech, uroki mieszkania ze stróżem prawa. Chciałby wszystko wiedzieć.

– Fitz mówi, że młoda matka. Widocznie coś poważnego, skoro ściąga mnie z urlopu.

Włożyła czarny sweter na szary podkoszulek i poszła do łazienki. Związała włosy w kucyk, posłała gniewne spojrzenie sedesowi, winnemu, jak sądziła, mokrej plamy na suficie w salonie, a potem poszła do garderoby i wyjęła kowbojki od Tony’ego Lamy. Stojąc, podciągnęła nogawki spodni, włożyła buty i lekko podskoczyła, żeby stopy się w nich ułożyły, a nogawki łagodnie opadły. Gotowe.

Baldwin stał w drzwiach i obserwował ją z rozbawieniem.

– Równo trzydzieści sekund. Nieźle. Wyglądasz bosko.

Taylor przewróciła oczami.

– Chodź, kochasiu, i nie gadaj. Im szybciej znajdziesz się w Quantico, tym prędzej wrócisz do domu.

ROZDZIAŁ TRZECI

Taylor spotkała się z Fitzem na parkingu przed budynkiem policji. Po szarzejącym niebie pędziły chmury. Owszem, wiosna w Nashville potrafiła zachwycać pięknem, ale tutejsza pogoda była schizofreniczna, na przykład w jednej chwili świeci słońce, a w drugiej szaleje burza. Taylor zdjęła ciemne okulary.

– Muszę jeszcze skoczyć do biura. To zajmie dosłownie chwilę – powiedział Fitz, pokazując na służbowego białego chevroleta impalę. – Zaczekaj w samochodzie. Chcesz coś do picia?

Pokiwała głową. Usiadła na miejscu dla pasażera. Musiała poprawić fotel, żeby nie trzymać kolan pod brodą. Tak to jest, kiedy ma się nogi do samej ziemi. Fitz zniknął w budynku policji i wrócił po kilku minutach, niosąc dwie puszki dietetycznej coli. Jedną podał Taylor i usiadł za kierownicą. Otworzyła puszkę, wypiła dwa łyki i postawiła ją między nogami.

Nagle wyszło słońce i oślepiło ją. Włożyła nowe raybany, które kupiła w sklepie wolnocłowym na lotnisku Malpensa w Mediolanie. Okulary były czarne i duże. Taylor czuła, że wygląda w nich modnie i efektownie. Tym drobnym gestem oddawała hołd nowo odkrytemu przez nią Staremu Światu. Wizyta w obcym kraju u boku kogoś, kto płynnie posługuje się tamtejszym językiem, pozwala lepiej doświadczyć klimatu krainy. Taylor była na kilku zagranicznych wycieczkach, ale żadna nie dostarczyła jej tak intensywnych przeżyć, jak trzytygodniowa wyprawa do Włoch z Baldwinem.

Teraz jednak musiała wrócić do życia w Nashville. Brakowało jej leniwego tempa włoskiego dnia, nieśpiesznego przemieszczania się z miejsca na miejsce, przystanków w uroczych knajpkach, symetrycznego piękna gajów oliwnych, winnic i rzędów cyprysów, a także odmładzającej swobody. Poza tym, mówiąc zupełnie szczerze, miło było przez pełne trzy tygodnie nie oglądać trupów.

Chmury znów przesłoniły słońce, ale tym razem nie zdjęła okularów. Irytujące są te miesiące, kiedy aura nie może się zdecydować na porę roku. Niech już będzie ciepło albo zimno, słonecznie albo deszczowo.

Fitz ruszył i wyjechał z parkingu.

– Co u ciebie słychać? – zagadnął.

– Łazienka przecieka – mruknęła.

– Mówiłem, żebyście nie kupowali nowego domu. Gdybyście zdecydowali się na coś solidnego, zbudowanego jak należy, jak na przykład te kapitalne wiktoriańskie domy w East Nashville, nie mielibyście tylu problemów.

– Za to mielibyśmy korniki i sypiące się ściany. Dziękuję, postoję.

– Wybredna jesteś.

– Wcale nie. Zależało nam na czymś… przestronnym.

– Przestronnym, jasne! – Fitz roześmiał się. – Chodziło wam o tak duży dom, żeby się zmieściły stół do bilardu i gromadka dzieciaków.

– Dlaczego tak mówisz? – spytała podejrzliwie.

Spojrzał na nią, unosząc brwi. Z rumianą i wykrzywioną gębą przypominał Popeye’a. Też mógłby grać w kreskówce, pomyślała złośliwie.

– A nie taka jest prawda? – drążył dalej.

– Co?

– Że chcesz urodzić federalnemu całe przedszkole. – Powiedział to tak spokojnym tonem, że od razu się zdenerwowała.

– Fitz, co ci strzeliło do głowy? Nigdy nic nie mówiłam o dziecku. Nawet nie możemy się pobrać, a co dopiero mówić o płodzeniu potomstwa. Zresztą nie wiem, czy w ogóle kiedykolwiek będę chciała mieć dzieci.

Spojrzała za okno. Betonowo-ceglane centrum Nashville ustępowało drzewom i krzewom. Byli w West Endzie, jechali w stronę Hillwood. Sielska przejażdżka na zielone przedmieścia. Co też wstąpiło w Fitza? Skąd to pytanie?

– Okej, mała, przekonałaś mnie. Ale posłuchaj, to miejsce zbrodni jest wyjątkowo paskudne. Jeśli myślałaś, żeby zajść z federalnym, to może nie powinnaś tego oglądać.

– Fitz, na miłość boską, daruj sobie. O co ci chodzi?

– Na miejscu jest Parks. Za osłoną przeciwsłoneczną znajdziesz zdjęcie. Wyjmij je, co?

Dobrze, pomyślała Taylor. Bob Parks to bardzo rozsądny, trzeźwo myślący policjant. Będzie wiedział, jak obłaskawić prasę, która na pewno już zwietrzyła sensację. Sięgnęła za osłonę przeciwsłoneczną, spodziewając się znaleźć tam zdjęcie z miejsca zbrodni, ale na kolana wypadła jej fotografia przedstawiająca żaglówkę. Biała łajba z wysokim masztem pruła dziobem cudownie błękitną wodę.

– No i?

– Parks powiedział, że widok jest makabryczny. Pomyślałem, że powinnaś wiedzieć.

– Chodzi mi o tę łódkę.

– Zastanawiam się, czy ją kupić.

Zerknęła na zdjęcie. No… żaglówka jak żaglówka. Nie znała się na tym.

– A kiedy zamierzasz nią pływać?

– Nie pływać, tylko żeglować. Tak brzmi dumniej. Nie wiem, może jak przejdę na emeryturę? – Fitz zacisnął usta.

Taylor znała ten gest. Koniec rozmowy. Ostrzegł, że na miejscu zbrodni czeka ją okropny widok, a także zasunął bombę o przyszłości, i na tym koniec. Super.

Z naprzeciwka nadjechała karetka i minęła ich na pełnym gazie. Jedzie do szpitala świętego Tomasza, pomyślała. Przeżegnała się w myślach, jak zawsze, gdy słyszała jęk syreny. Po trzynastu latach w służbie, w tym pięciu w Wydziale Zabójstw, nie była jeszcze na tyle zblazowana, by nie współczuć obcym ludziom, którym działa się krzywda.

Obracała w palcach pierścionek zaręczynowy. Mówiąc ściślej, pozaręczynowy i przedmałżeński. Kiedy Baldwin oświadczył się po raz pierwszy, wręczył jej zachwycający platynowy pierścionek od Tiffany’ego z dwukaratowymi brylantami ze szlifem w stylu art déco. Cudowne świecidełko, ale kompletnie niepraktyczne. A ponieważ do ślubu nie doszło – nie z jej winy, po prostu została bezceremonialnie potraktowana paralizatorem i odwieziona nieprzytomna do Nowego Jorku, podczas gdy biedny Baldwin czekał na nią w kościele – nowy pierścionek miał symbolizować drugą szansę.

Kiedy byli we Florencji, na chwilę zostawił ją samą, po czym zjawił się na kolacji w kameralnej knajpce U Mamy Giny, w której się zakochali. Zmarszczki wokół głęboko szmaragdowych oczu Baldwina płonęły rumieńcem. Ku uciesze kelnera Antonia i zachwyconych klientów, przyklęknął i wręczył Taylor pierścionek. Ten był jeszcze bardziej zniewalający. Na platynowej obrączce lśniło pięć osadzonych w równym rzędzie brylantów ze szlifem Asschera. Baldwin powiedział, że każdy brylant symbolizuje przyszłe pięć lat ich wspólnego życia i że kolejny pierścionek sprezentuje jej, kiedy spędzą ze sobą ćwierć wieku.

Było romantycznie, musiała to przyznać. Ale wzruszyło ją też to, że nowy pierścionek był płaski i inaczej niż klejnot od Tiffany’ego, o nic nie zaczepiał. Praktyczny pierścionek dla policjantki, nie stanie się zawadą, gdy będzie musiała błyskawicznie sięgnąć po broń. Gest Baldwina stopił jej serce, miała ochotę wstać, wybiec z restauracji i poszukać najbliższego kościoła. Jemu zaś wystarczyło, że wiedział, o czym myślała. A jednak wciąż jeszcze nie podjęła decyzji, czy jest gotowa ponownie spróbować.

Fitz odchrząknął, wyrywając Taylor z zamyślenia. Właśnie skręcał w Jocelyn Hollow Road. Przy cichej, spokojnej uliczce stał długi rząd pojazdów.

Dla niewtajemniczonych miejsce zbrodni i to, co się wokół niego działo, przypominało cyrk na kółkach. Wjazd do ślepej uliczki blokowało pięć niebiesko-białych radiowozów policji w Nashville. Karetka już opuszczała miejsce zdarzenia. Kiedy dyspozytor linii alarmowej przyjmuje zgłoszenie, przesyła informację do trzech najważniejszych służb, przy czym najpierw na miejsce kierowane są najbliższe wozy straży pożarnej i karetki, a potem patrole policji. Standardowa procedura. Tutaj nie było pośpiechu, ofiary nie można już było uratować, toteż podjęto kolejne kroki.

Między innymi zaczęto szukać odpowiedzi na podstawowe pytanie, dlaczego doszło do morderstwa.

Fitz zaparkował przed jednym z sąsiednich domów. Wysiedli z auta i poszli w kierunku ulokowanego na podjeździe centrum dowodzenia. Na stojącej przy ulicy skrzynce pocztowej widniał napis WOLFF. Wyraziście czarne litery z zawijasami aż biły po oczach. Taylor nigdy nie mogła pojąć, czemu ludzie umieszczają swoje nazwiska na skrzynkach pocztowych, na tabliczkach umocowanych na ścianach domów i jeszcze w innych tego typu miejscach. Adres – to zrozumiałe, ale nazwisko… Zawsze sądziła, że to głupie i ryzykowne. Sama wolała nie ogłaszać wszem wobec, kto mieszka w domu. Zresztą czyje nazwisko miałaby umieścić na skrzynce? Swoje? Baldwina? A może Jackson-Baldwin? E tam, brzmi jak nazwa domu pogrzebowego.

Po drugiej stronie ulicy, na pożółkłym trawniku, zebrał się tłumek gapiów. Zobaczyli Taylor, uznali jej pewność siebie i zamaszysty krok za oznakę władzy i zaczęli głośno domagać się wyjaśnień.

– Co się stało?! – krzyknął jakiś mężczyzna, a głos drżał mu ze strachu. – Mamy prawo wiedzieć, co się dzieje u Wolffów!

Taylor odwróciła się i namierzyła go. Był to starszy pan, włosy miał czarne jak smoła, więc najpewniej farbowane, nosił grube okulary. Był nieogolony, miał na sobie spodnie od piżamy i dżinsową kurtkę narzuconą na podkoszulek. Wdowiec, pomyślała, i zrobiło jej się go szkoda.

Mężczyzna zorientował się, że zwrócił uwagę policjantki, więc ponowił pytanie:

– Co tu się dzieje? Czy coś się stało Corinne i Toddowi? Czy Hayden jest cała? Mój Boże, nawet nie umiecie nas obronić. Ty i ten zasrany szef policji! Najlepiej wszystkich pozamykać i nic więcej nie robić, co? – Wydmuchał nos.

– Proszę pana… – zaczęła Taylor, ale tłum na nią naskoczył. W mgnieniu oka ich strach przerodził się we wściekłość.

– Potraficie tylko wlepiać mandaty!

– Miastem rządzą gangi!

– Chcemy, żeby na przedmieściach było bezpiecznie! To porządna okolica.

– Prasa powinna patrzeć wam na ręce!

Uniosła dłonie w obronnym geście.

– Proszę państwa, proszę się uspokoić. Nazywam się Taylor Jackson, pracuję w Wydziale Zabójstw. Jak państwo widzieli, dopiero przyjechałam, dlatego jeszcze nie wiem, co tu się wydarzyło. Może pozwolicie mi zorientować się w sytuacji, zanim rozerwiecie mnie na strzępy? – Jeden z drugim burknął coś pod nosem, ale tłum się uciszył. – Dziękuję. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby wyjaśnić tę sprawę. Rozumiem, że jesteście wzburzeni, i oczywiście macie do tego prawo. Pozwólcie jednak, że najpierw rozeznam się, z czym mamy do czynienia, a potem z wami porozmawiam. W porządku?

Odeszła, zanim gapie zdążyli wymyślić ripostę. Zamierzała spełnić obietnicę. A jakże, porozmawia z nimi, to znaczy przesłucha wszystkich, tak na wszelki wypadek, a nuż wśród nich znajduje się ktoś, kto ma coś wspólnego z morderstwem.

– Fitz, czy możesz spisać państwa nazwiska? Tak na wszelki wypadek. Nie chciałabym nikogo pominąć.

– Jasne. – Wyjął notatnik z kieszeni koszuli.

Taylor przeszła na drugą stronę ulicy i spotkała się z Bobem Parksem. Podkręcał wąsa, rozprawiając z mundurowym policjantem o szansach drużyny Tennessee Titans po niedawnej sromotnej porażce i skandalu z udziałem graczy.

– Witam moją ulubioną panią porucznik! Szczęśliwa z powrotu po wojażach do domu?

– Nieszczególnie. Najchętniej znowu bym wyjechała. Nie skreślaj chłopaków, zobaczysz, jeszcze podniosą się z upadku. A na razie kibicuj Predatorom.

– Miałbym chodzić na mecze hokejowe? – Spojrzał na nią zdumiony. – Chyba żartujesz. Futbol to moje życie. Kibicuję Volunteerom. – Uderzył się w pierś. – Mam pomarańczową krew! – Powiedzieć, że drużyna futbolowa Uniwersytetu stanu Tennessee miała oddanych i zagorzałych zwolenników, to mało.

– Volunteerzy muszą wygrać mistrzostwa Konferencji Południowo-Wschodniej – dodała Taylor – bo inaczej kibice wywiozą Phila Fulmera na taczkach. Poza tym jako wierny fan drużyny z Tennessee na pewno rozumiesz, jak ważne jest, abyśmy mieli porządny, solidny system pozwalający uzdolnionym studentom realizować się w sporcie. Kiedy członkowie drużyn studenckich kończą naukę, trzeba natychmiast podpisywać z nimi kontrakty, prawda?

Fitz przeszedł przez ulicę i machnął notatnikiem.

– Gotowe.

– Futbol w ustach kobiety brzmi pięknie, co nie, Fitz?

Fitz tylko pokręcił głową, natomiast Taylor przeszła do rzeczy:

– Więc co tu mamy?

Uśmiech zniknął z twarzy Parksa.

– Nic przyjemnego, pani porucznik. Zamordowana nazywa się Corinne Wolff, biała, dwadzieścia sześć lat, zamężna, ciężarna. W domu jest pełno krwi, staraliśmy się poruszać bardzo ostrożnie. Mam wstępną wersję raportu. Chcesz posłuchać?

– Nie, zreferuj tylko najważniejsze punkty.

– Okej, skoro tak wolisz. Odebrałem wezwanie około dziewiątej czterdzieści i natychmiast przyjechałem na miejsce. Spotkałem się z siostrą denatki, zajmowali się nią sanitariusze. Nic jej nie dolegało poza tym, że była w szoku. Trzydziestkasiódemka jako pierwsza odebrała wezwanie, przyjechali dwoma wozami, była z nimi karetka. Zjawili się dokładnie o… – zerknął do notatek – …dziewiątej trzydzieści osiem. Siostra nazywa się Michelle Harris. Była z nią córeczka zamordowanej, Hayden Wolff, cała we krwi, ale zdrowa i względnie spokojna. Harris powiedziała, że znalazła Corinne Wolff, swoją siostrę, martwą w domu, w sypialni, leżącą na podłodze twarzą do ziemi. Nie potrafi sobie przypomnieć, czy czegoś dotykała, ale profilaktycznie pobraliśmy jej odciski palców. Ja i sanitariusz Steve Jones weszliśmy do domu dokładnie o dziewiątej czterdzieści osiem. Sprawdziliśmy schody, na których było mnóstwo krwi, i skierowaliśmy się na piętro. – Smagła twarz Parksa zrobiła się blada jak ściana. – Na górze strasznie śmierdzi. Myślę, że ofiara leżała tam od co najmniej dwudziestu czterech godzin. Wygląda to paskudnie. Jones stwierdził brak pulsu. Zgodziliśmy się, że za późno na reanimację. Wyszliśmy z domu po własnych śladach, po czym przystąpiłem do zabezpieczania dowodów. Na miejscu były trzy patrole, ale postanowiliśmy zaczekać na ciebie. Oczywiście założyliśmy centrum dowodzenia. Wprawdzie w całym domu jest sporo krwi, ale myślę, że dramat rozegrał się w sypialni, reszta to po prostu poroznoszone ślady.

– Ta dziewczynka, córeczka ofiary… To ona zostawiła krwawe ślady? A może zrobił to morderca?

– Wygląda na to, że ona. Zresztą sama zobaczysz. Rozmawiałem z siostrą zamordowanej, spisałem jej wersję zdarzeń. Umówiły się na mecz tenisa. Harris przyjechała po Wolff. Weszła do środka, zobaczyła ciało, złapała małą, zadzwoniła na policję i uciekła z domu. Zapewne sama będziesz chciała z nią pomówić. Uprzedzam tylko, że na miejscu są rodzice ofiary. Harris najpierw zgłosiła odkrycie zwłok, a zaraz potem zadzwoniła do matki. Wszyscy są bardzo wstrząśnięci.

– A gdzie mąż? – spytała Taylor.

– Wyjechał, jest w podróży służbowej. Wybrał sobie dobry moment, co?

– Tak, jasne… Namierzysz go?

– Już to zrobiłem. Zadzwoniła do niego matka ofiary. Był w Georgii. Jest już w drodze. Powinien zameldować się po południu.

Taylor zerknęła na Fitza, który wszystko notował.

– Na jego miejscu nie wybrałbyś samolotu?

– To się wie – odparł Fitz.

– To samo powiedziałem. – Parks uśmiechnął się pod nosem. – Ale jak się okazuje, nie ma bezpośrednich połączeń i samochodem ponoć jest szybciej. Tyle wiem od matki ofiary.

Parks podał Taylor niezbędne przy oględzinach ochraniacze na buty i lateksowe rękawiczki. Zaproponował również niebieską papierową maseczkę, jakich używają dentyści, ale podziękowała, kręcąc głową. Szkoda zachodu. Nic nie zatrzyma zapachu śmierci, wniknie do zatok i zostanie w nich przez wiele godzin. Zdjęła okulary przeciwsłoneczne i schowała je do kieszeni, bo w domu się nie przydadzą.

– Zadzwoniliście po ojca Rossa?

Kapelan policji w Nashville był miłym, łagodnym mężczyzną, z którego specyficznych usług Taylor niestety musiała korzystać niezliczoną ilość razy. Nie było żadnego łatwego sposobu powiadamiania ludzi o śmierci bliskich im osób. To, że był przy tym kapłan, nieco łagodziło napięcie i dodawało otuchy, zresztą jego obecność była obowiązkowa, bo wymagały tego przepisy.

– Tak, jest tutaj. Rodzice, dwie siostry i córeczka zamordowanej przebywają u sąsiadki i czekają na ciebie.

– Czy ktoś wie, kiedy po raz ostatni widziano ofiarę?

– Próbujemy się tego dowiedzieć. Siostra rozmawiała z nią w piątek. Może widział ją któryś z sąsiadów?

– Okej. Zawiadomiliście techników?

– Oczywiście, mniej więcej wtedy, kiedy wezwaliśmy ciebie. Dziś rano dyżur ma doktor Loughley. Jest…

– …tutaj – usłyszała Taylor za plecami.

Odwróciła się i ujrzała swoją najlepszą przyjaciółkę Samanthę Loughley. Szła w ich stronę, taszcząc ciężką torbę. Długie ciemnobrązowe włosy związała w kucyk, a równo obcięta grzywka spadała na czoło. Grzywka była u niej czymś nowym i niekoniecznie umiłowanym. Sam przez tydzień lamentowała nad zmianą fryzury.

– Cześć, kochana – powiedziała do Taylor. – Co słychać, Parks? Fitz, nieźle wyglądasz, chłopie.

Fitz wyszczerzył zęby. Ostatnio ostro wziął się za siebie i choć nie mógł się jeszcze pochwalić seksownym kaloryferem na brzuchu, to przynajmniej pozbył się obwisłego maćka, typowego dla takich jak on pięćdziesięciopięciolatków. Tracąc zbędne kilogramy, odjął sobie co najmniej dziesięć lat. Zaczął się spotykać z kobietą, którą poznał na zawodach w grillowaniu. Aha, więc o to chodziło z żaglówką, uświadomiła sobie Taylor. Ale nie czas o tym myśleć.

– Podoba mi się pani nowa fryzura, doktor Owens – stwierdził z uśmiechem Fitz.

Sam przewróciła oczami.

– Czy może pan, sierżancie, wreszcie zacząć używać mojego nazwiska po mężu?

– Nieee. Podoba mi się Owens. Loughley źle się wymawia. – Trącił ją łokciem.

Sam postawiła torbę na stoliku w centrum dowodzenia.

– A mów sobie, co chcesz. Tylko pamiętaj, żeby używać mojego tytułu. Cholernie drogo mnie kosztował.

– Wystarczy już – powiedziała Taylor. – Nie zapominajmy, po co tu jesteśmy. Sam, właśnie mieliśmy wejść do środka. Parks mówi, że ofiarą jest biała ciężarna kobieta. Bierzmy się do pracy, okej?

Fitz zerknął w stronę domu sąsiadki Wolffów.

– Słuchajcie, wy się tu pobawcie, a ja porozmawiam z rodziną.

Taylor odprowadziła go wzrokiem. Dobry pomysł, odpowiednie zarządzanie czasem to podstawa.

– Parks, gotowi?

– Tak. Tim jest na miejscu. Jesteśmy gotowi.

Tim Davis był technikiem kryminalistyki. Zaczynał jako pracownik zakładu medycyny sądowej, po czym przeniósł się do policji, przewidując, że przy Komendzie Głównej w Nashville wkrótce powstanie laboratorium kryminalistyczne. Był młody, ale zdolny i poważnie podchodził do swego zawodu. Taylor lubiła z nim pracować.

– No to idziemy.

Poszła jako pierwsza, za nią ruszyła Sam. Przed drzwiami wejściowymi do domu czekała fotografka, trzymając w gotowości kamerę cyfrową. Jej zadaniem była dokumentacja oględzin miejsca zbrodni. To była nowa osoba w zespole, Taylor jej nie znała. Obok stał Tim Davis, trzymał torbę ze sprzętem i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę.

– Cześć, Tim – rzuciła Taylor.

– Dzień dobry, pani porucznik. Witam, doktor Loughley. To jest Keri McGee, będzie obsługiwała cyfrówkę.

Sympatycznie wyglądająca młoda blondynka wyciągnęła pulchną rękę.

– Miło panią poznać, pani porucznik. Pracowałam w policji w Nowym Orleanie, niedawno przeprowadziłam się do Nashville. Cieszę się, że będziemy współpracowały.

– Mnie również miło. – Taylor nie podała jej ręki. – Przepraszam, ale już włożyłam rękawiczki. Witamy w Nashville. Idź za mną. Jeśli będzie trzeba naładować akumulator, wróć po własnych śladach i postaraj się niczego nie zniszczyć, okej?

– Tak jest, proszę pani.

Taylor ugryzła się w język i nie wygłosiła następującej przemowy:

– Na miłość boską, dziewczyno, nie mów do mnie „tak jest, proszę pani”. Nie jestem aż taka stara!

Za to uśmiechnęła się przyjaźnie do Keri McGee i weszła do domu.

Zepsuty kurczak – to było pierwsze, co podpowiedział jej zmysł węchu. Zaraz potem wyczuła miedzianą woń krwi, odór gnijącego ciała, ów stygmat ostatecznego rozkładu, a także słodki, przypominający perfumy zapach. To nie był odświeżacz powietrza. Hm. Oczy Taylor przyzwyczaiły się do otoczenia, a podświadomość walczyła z odruchem ucieczki. To nie był naturalny zapach. Jej tętno przyśpieszyło. Pierwszą i naturalną reakcją, podyktowaną przez instynkt samozachowawczy, była chęć jak najszybszego wydostania się na zewnątrz. Ów instynkt, będący produktem milionów lat ewolucji, ostrzegał ją, że tutaj czai się niebezpieczeństwo. Znała to uczucie i wiedziała, że prędko minie. Odetchnęła głęboko, uspokoiła się. Kątem oka dostrzegła, że Sam robi to samo. Szkolono je, by w takich sytuacjach panowały nad sobą i nie poddawały się panice.

Omiotła pomieszczenie wzrokiem. Korytarz. Marmurowa posadzka. Pod ścianą stolik, a na nim zdjęcia w wykonanych ze srebra, pozłacanych ramkach, przedstawiające szczęśliwych nowożeńców na tle letniego lasu. Po prawej drewniane schody, na stopniach wykładzina w kolorze kości słoniowej. Poręcz, a tuż za nią wejście do jadalni. W jadalni ciężkie i ciemne dębowe meble, dużo srebra i kryształów, duża szafka z porcelaną. Po lewej krótkie przejście do salonu. Na podłodze w jadalni lśniące dębowe deski, natomiast w salonie dywan takiego samego koloru co wykładzina na schodach.

Mnóstwo karmazynowych śladów drobnych stóp. Tu piętka, tam paluszki. Wyglądały, jakby zostawiła je mysz, która biegała w tę i z powrotem, po schodach, w górę i w dół, do salonu, a nawet do kuchni, do której prowadziło wejście z jadalni. Ślady były wszędzie, dobrze widoczne, inne niewyraźne, ledwie różowe, ale i tak szpecące dywan, czasami tylko kontury, parę kresek. Bliżej schodów kilka ciemnych plam, tak bardzo intensywnych, że wydawały się wciąż mokre. Sam nabrała powietrza.

Taylor odsunęła od siebie emocje, wyłączyła się. Nie chciała wyobrażać sobie zrozpaczonej dziewczynki, która krąży zapłakana po domu, na gołych stópkach roznosząc krew martwej matki.

– Nazywam się porucznik Taylor Jackson – powiedziała głośno na potrzeby dokumentacji. – Prowadzę śledztwo w sprawie morderstwa przy 4589 Jocelyn Hollow Court. Dom jest piętrowy. Najpierw zbadam parter.

Kiwnęła głową na Sam i skręciła w prawo, do jadalni, starając się nie stąpać po krwi. Sam poszła za Taylor. Za nimi Tim i Keri. Grupa poruszała się w milczeniu, uważnie rozglądając się dokoła.

Ślady stóp przecinały jadalnię, prowadziły pod stołem i zmierzały do kuchni. Były chaotyczne, nie wiodły do żadnego konkretnego celu. Dziecko błądziło po mieszkaniu. W jednym miejscu odciski ledwie było widać, w drugim przypominały plamki z czerwonego atramentu, a w innym wyraźnie rysował się kształt stopy. Im więcej kroków, tym mniej krwi do roznoszenia, co logiczne. Ślady cechowała niekonsekwencja, ponieważ zostawiało je stawiające nierówne kroki dziecko.

Jadalnię od kuchni oddzielały drzwi. Były otwarte, nie zamykały się dzięki podpórce w kształcie kota. Na białej powierzchni drzwi widniała czerwona plama, jakby ktoś oblał je sokiem z wiśni. Mała Hayden, chodząc z pokoju do pokoju i wołając mamę, musiała dotknąć ich zakrwawionymi rączkami.

Kuchnia była dostosowana do małych dzieci, w szafkach znajdujących się poniżej blatu zamontowano mechanizmy zabezpieczające. Zapach zgnilizny zyskał na intensywności. Taylor zajrzała do stalowego zlewu i zobaczyła w nim kurczaka w foliowej torebce z logo supermarketu. No, to już wiadomo, skąd odór na parterze. Ofiara nie żyła prawdopodobnie od co najmniej dwudziestu czterech godzin, skoro po raz ostatni rozmawiała ze swoją siostrą dwa dni wcześniej, a kurczak zaczął się psuć. Taylor wkładała mięso do zlewu jedynie wtedy, kiedy chciała je rozmrozić i planowała od razu wykorzystać. Czyli mamy dzień na rozmrożenie i dzień, zanim zaczęło śmierdzieć. Ale mogło być też tak, że zamordowana wróciła do domu z zakupów i napastnik zaatakował ją, zanim zdążyła schować produkty do lodówki. Aby dokładniej określić czas zgonu, trzeba będzie sprawdzić temperaturę wątroby i zmierzyć poziom potasu w ciele szklistym. Absolutnie najpierwsze przykazanie Taylor brzmiało: Nigdy nie zakładać niczego z góry.

Owoce w koszyku na granitowym blacie, pusty karton po chudym mleku, pusty kubeczek po jogurcie. Taylor podejrzewała, że Corinne Wolff przed śmiercią zjadła śniadanie, po czym wyszła z kuchni i dopiero wtedy padła ofiarą mordercy.

Na ścianie wisiał telefon z automatyczną sekretarką. Migające światełko sygnalizowało nową wiadomość.

– Niech ktoś sprawdzi, kto się nagrał – poleciła Timowi.

Sam odchrząknęła.

– Od rana miałam ochotę na kebab, ale chyba zrobię sałatkę.

Fotografka nie skomentowała. Taylor łypnęła na nią okiem. Keri nie była speszona, po prostu wykonywała swoją pracę, czyli filmowała chłodnym okiem kamery. Doskonale. Taylor napotkała spojrzenie Sam i uśmiechnęła się. Myślałby kto, że taka dowcipna.

– Idziemy na górę – zarządziła.

Powoli, ostrożnie przeszła z kuchni do salonu, a potem z powrotem na korytarz. Grupa nie odstępowała jej na krok. W połowie wysokości schody skręcały w lewo. Na wykładzinie wyraźnie było widać rozmazaną krew, a plamy nie przypominały tych chaotycznych śladów w korytarzu i jadalni. Taylor spytała Sam, co o tym sądzi.

– Małe dziecko zsuwa się po schodach na czworakach albo na tyłku stopień po stopniu. Więc jeśli dziewczynka była ubrudzona krwią…

– Aha. – Taylor wyobraziła sobie, jak to mogło wyglądać.

Poszli na górę, starając się stawać pomiędzy smugami krwi.

– Bramka na schody jest otwarta – zauważyła Sam. – Keri, skręć to, dobrze?

– To wyjaśnia, dlaczego mała mogła chodzić po całym domu – stwierdziła Taylor.

Po prawej zobaczyła troje drzwi prowadzących do sypialni. Po lewej ciągnął się dość długi korytarz. O ile na dole czerwień była obecna właściwie tylko na podłodze, o tyle na górze pokrywała i podłogę, i ściany. Wszędzie były plamy, długie smugi, odciski stópek i ślady rączek. Makabryczne malowidło autorstwa przerażonego, zagubionego i zapłakanego dziecka.

Każdy pokój był pomalowany na inny kolor. Łazienkę wykończono w stylu morskim, wyglądała jak żywcem przeniesiona z hotelu na plaży. Zrobiła wrażenie na Taylor. Pomyślała, że ktoś musiał włożyć bardzo dużo wysiłku i pieniędzy w wykończenie i wyposażenie domu. Właściciele nie zadowolili się zwykłymi, niedrogimi materiałami z marketów budowlanych, lecz postawili na rzeczy z wyższej półki.

Taylor zajrzała do sypialni dla gości, biura i pokoju dziecinnego. Do każdego z tych pomieszczeń prowadziła krwawa ścieżka wydeptana przez małą Hayden. Taylor ruszyła jej śladem. Pokój dziecinny pomalowano na różowo i liliowo, na ścianie po lewej znajdowało się malowidło przedstawiające las. Meble z bielonego dębu. Duże łóżeczko, nad nim wisząca zabawka karuzela. Przez okno wpadały promienie słońca. Do pokoju przylegała niewielka łazienka. Taylor zajrzała do środka. Uderzył ją ostry zapach moczu i odchodów. Na podłodze obok sedesu stał pełny po brzegi nocnik. Dziewczynka potrafiła korzystać z nocnika, ale niestety nie miał kto go opróżniać.

Taylor zmarszczyła nos i skierowała się w stronę sypialni rodziców Hayden. Drzwi były otwarte na oścież, przed zamknięciem zabezpieczała je podpórka w kształcie brązowej myszy. Corinne Wolff ewidentnie nie przepadała za zamkniętymi drzwiami. Ściany w kolorze kremowej szałwii, meble z ciemnego rattanu i palisandru. Swobodny, relaksujący styl. Pokój miał być oazą spokoju. Taylor przypomniała sobie reklamę, w której zachwalano zestaw identycznych mebli, designerskich i absurdalnie drogich.

Wnętrze pokoju przypominało paletę malarza o skłonnościach do makabry. Na ścianach ciemnobrązowe plamy zaschniętej krwi. Na białym abażurze jej kolor przypominał raczej bordo.

Najpierw zobaczyli stopy. Ciało leżało za małżeńskim łożem i było częściowo niewidoczne. Szli bardzo ostrożnie. Żadne z nich nie chciało przypadkiem zniszczyć dowodów. Pokój miał co najmniej dwanaście metrów szerokości. Łóżko stało centralnie przy ścianie naprzeciwko drzwi, po obu jego stronach do najbliższej ściany było około czterech i pół metra. Tim skrzętnie notował rozkład pomieszczeń i ułożenie ciała.

Bosa Corinne Wolff leżała na boku z podkulonymi nogami. Była zwrócona twarzą do wejścia. W otwartych czekoladowych oczach ani śladu życia; tęczówki wyglądały jak lepka kawa. Brązowe włosy zlepiła gęsta krew z rozcięcia na czole. Miała złamaną szczękę i przesuniętą żuchwę. Ciało było wykrzywione, ręce rozłożone, jakby denatka chciała zamortyzować upadek, ale rozmyśliła się. Była ubrana w majtki i sportowy biustonosz. Brzuch miała zasłonięty różowym kaszmirowym kocem. Na wysokości głowy i piersi rozlewała się kałuża krwi, długa na około sześćdziesiąt centymetrów i szeroka na trzydzieści. W zgięciu łokcia tkwiła mała pluszowa zabawka. Ślady prowadziły wokół ciała, rozchodziły się w każdą stronę. Tuż przy ciele plama krwi była wyraźnie rozmazana.

Taylor i Sam podeszły bliżej.

– O rany – szepnęła Sam. – Biedactwo.

– Corinne czy Hayden?

– Obie.

Taylor sama nie wiedziała, co ją bardziej rozkleiło: pluszowy miś, którego przytulała Corinne, koc na półnagim ciele czy stojący obok nieruchomej głowy zestaw małego lekarza. Hayden, nie rozumiejąc, co się dzieje, próbowała pomóc mamie. Przykleiła jej więc na rękę wielki zabawkowy plaster. Chciała ją wyleczyć. A potem położyła się obok w kałuży krwi.

Keri sfilmowała zwłoki, po czym do pracy przystąpiła Sam. Zdjęła koc i zobaczyła brzuch martwej ciężarnej.

– O Jezu, nienawidzę tego. – Dotknęła ciała. – Skóra jest zimna i plastyczna. Krew wsiąkła w dywan i jest lepka. Wprawdzie dokładny czas zgonu poznamy dopiero po autopsji, ale już teraz mogę powiedzieć, że ofiara nie żyje od co najmniej trzydziestu sześciu godzin. Nastąpiło stężenie, są plamy pośmiertne, odbarwienia się utrwaliły, ponieważ ciało dłuższy czas leżało w niezmienionej pozycji. Powiedziałabym, że to się wydarzyło tutaj. Upadła i tak została. Nie wiesz, w którym była miesiącu? Wygląda na czwarty, może piąty.

– Nie mam pojęcia. Parks tylko nadmienił, że była w ciąży. Mówisz, że trzydzieści sześć godzin? Boże, biedne dziecko przez cały ten czas przebywało w domu z martwą matką.

– Brutalnie zatłuczoną na śmierć matką. – Sam kontynuowała oględziny. – Zabito ją najprawdopodobniej tępym narzędziem. Ciosy w głowę. Szczęka złamana, brakuje części zębów. – Notowała spostrzeżenia w niewielkim czarnym notesiku. – Paskudny widok.

– Nie musisz mi tego mówić. Nie widzę narzędzia, którym zadano śmierć.

– Rzeczywiście. Napastnik na pewno nie posłużył się pięściami, ponieważ obrażenia są zbyt duże. Tim, słyszałeś? Szukamy narzędzia.

– Tak jest, doktor Loughley.

– No dobrze, dzieci, zabieramy się do roboty.

Keri filmowała poczynania Sam i Tima. Taylor podeszła do okna. Kremowe, obryzgane krwią rolety były opuszczone do połowy. Wyjrzała na ulicę. Sąsiedzi nadal okupowali drugą stronę ulicy i rozmawiali między sobą. Żaden z nich na pierwszy rzut oka nie wydawał się podejrzany, nikt nie okazywał niezdrowego zainteresowania czynnościami policji, nikt się nie wychylał.

Sam wstała, pochyliła się nad ciałem i powiedziała do Taylor:

– To będzie długi dzień. Muszę skoczyć do auta po parę rzeczy. Chcesz się przewietrzyć?

– Tak.

Taylor raz jeszcze spojrzała na denatkę i ruszyła za Sam, a kiedy wyszły z domu, zadała sobie pytanie, które nurtowało ją od chwili, gdy zobaczyła zwłoki Corinne Wolff:

– Gdzie się podziewa jej mąż?

ROZDZIAŁ CZWARTY

Rodzina Harrisów znalazła schronienie u sąsiadki Wolffów.

W domu oprócz Fitza, ojca Rossa i gospodyni były jeszcze cztery osoby. Przebywały w salonie, patrzyły tępo przed siebie albo płakały. Ojciec Ross przytulał mniej więcej pięćdziesięcioletnią kobietę o rudawych włosach. Matka… Cicho łkała wtulona w duchownego. Poza tym w pokoju panowała grobowa cisza.

Młoda ciemnowłosa kobieta przyciągnęła spojrzenie Taylor. Na jej twarzy pojawiła się mieszanina odrazy i tęsknoty, która po chwili ustąpiła masce, surowej zasłonie, obojętności nie do przebicia. Doskonale znała ten wzrok. Ludzie czuli, że policjantka jest zwiastunem złych wieści, a zarazem potrzebowali jej, bo mogła znać odpowiedzi, tropy, przyczyny. Kobieta miała dwadzieścia osiem, może trzydzieści lat i była podobna do ofiary. Michelle Harris, siostra. Na jej twarzy Taylor dostrzegła coś jeszcze, ale zignorowała to.

Całkowicie różniły się między sobą, po prostu dwa przeciwieństwa. Taylor była wysoka, o miodowych włosach i szeroka w ramionach, natomiast Michelle Harris miała ciemne włosy i liczyła nie więcej niż metr sześćdziesiąt wzrostu. Choć w tej chwili w ogóle się nie ruszała, emanowała czymś takim, że łatwo rozpoznawało się w niej sportsmenkę. Po prostu samo zdrowie, witalność, znakomite samopoczucie. Taki musiał być jej naturalny stan, to się czuło mimo tak niesprzyjających okoliczności. Na koniec można dodać, że wprawdzie nie była ładna, ale większość mężczyzn powiedziałaby dyplomatycznie, że ma ciekawe rysy i „może się podobać”.

Gdy posłała Taylor kolejne spojrzenie, tym razem nie dało się uciec od oczywistego wniosku.

Taylor poczuła się nieswojo, jakby nagle coś zaczęło ją uwierać. Zawsze tak było, gdy jakaś kobieta okazywała jej swoje zainteresowanie. Wprawdzie Michelle Harris nie przystawiała się, co zresztą z uwagi na okoliczności było raczej niemożliwe, ale to, co sygnalizowała, było bardzo intensywne. No to pięknie, pomyślała Taylor. O co jej chodzi? Czyżby naprawdę o to?

– Porucznik Taylor Jackson, policja w Nashville, Wydział Zabójstw – przedstawiła się. – Przykro mi z powodu pani siostry.

– Nazywam się Michelle Harris.

Zaskoczył ją jej głos. Był głęboki i chropowaty, a przy tym seksowy, pociągający. Ciekawe, bo Taylor miała bardzo podobny głos, z tą całą głębokością, seksownością i chropowatością.

Michelle wskazała zalaną łzami kobietę tkwiącą w objęciach ojca Rossa i powiedziała:

– To moja matka Julianne Harris. – Następnie przestawiła pozostałe osoby: – Mój ojciec Matthew Harris. Moja siostra Nicole Harris. Carla Manchini, sąsiadka Corinne. Czekamy na Dereka, mojego brata, powinien przyjechać lada moment. Czy wiadomo, kto zabił Corinne?

– Niestety, jeszcze nie. Jest na to o wiele za wcześnie, pani Harris.

– Panno… Ale proszę mi mówić po imieniu.

– Przepraszam, panno Harris… to znaczy Michelle. Gdzie jest Hayden?

Na to pytanie odpowiedziała Nicole Harris:

– Śpi w pokoju gościnnym. – Sporo niższa od niewysokiej przecież siostry i bardzo drobna, mówiła zaskakująco donośnym głosem. – Biedactwo, była wykończona. Kiedy lekarz powiedział, że nic jej nie jest, umyliśmy ją, nakarmiliśmy i położyliśmy do łóżka. Fizycznie nic jej nie dolega.

– Skąd to pytanie? – ostro, zaczepnie zareagowała Michelle Harris. – Przecież Hayden nie ma z tym nic wspólnego.

Taylor darowała sobie komentarz. To zrozumiałe, że jest wzburzona, przecież tak bliska jej osoba została zamordowana. To samo dotyczyło oczywiście drugiej z sióstr, do której się zwróciła:

– Masz na imię Nicole, zgadza się?

– Tak, pani porucznik.

– Oddałaś ubranie Hayden policjantowi, prawda? Posłuży jako materiał dowodowy.

– Tak, oddałam. Kiedy ją przebieraliśmy, był z nami jeden z techników. Zrobiliśmy wszystko tak, jak kazał.

– To dobrze. Dziękuję, że nam pomagacie. Razem z sierżantem Fitzgeraldem spiszemy państwa zeznania. Pani Manchini, chciałabym porozmawiać z panią na osobności. Czy możemy przejść do drugiego pokoju?

– Nie chcesz zacząć ode mnie? – spytała Michelle.

Taylor spojrzała jej w oczy. Były błękitne i tak bardzo przejrzyste, że niemal przezroczyste. Innymi słowy, nietypowe, oryginalne, tak jak oczy Taylor, które były szare jak zachmurzone niebo, jedno ciemniejsze od drugiego.

– Chcę porozmawiać ze wszystkimi, którzy znajdują się w tym pokoju. Na początek chciałabym uzyskać nieco informacji od pani Manchini. Wytrzymaj. To będzie długi dzień, jak na pewno już wiesz. Pani Manchini, czy możemy?

Gospodyni wstała i przygarbiona, jakby dźwigała jakiś ciężar, poszła przodem. Kiedy znalazły się w korytarzu, Taylor usłyszała, jak Matthew Harris pyta niskim głosem:

– W porządku, kochanie?

Taylor przystanęła, a potem cofnęła się i stanęła przed wejściem do pokoju, zadbawszy o to, by nikt ze środka jej nie zauważył. Widziała, co się dzieje w pokoju, ponieważ na przeciwległej ścianie, tuż nad niewielkim biurkiem, wisiało lustro.

Fitz siedział odwrócony plecami do Taylor i rozmawiał z kapelanem, natomiast Michelle Harris przywarła do ojca, a z jej ust wylał się potok słów:

– Och, tatusiu, nic nie jest w porządku! Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam zapomnieć ten widok. Corinne na podłodze, cała we krwi, a obok niej Hayden… Nigdy nie pozbędę się tego z pamięci.

– Wiem, kochanie, wiem. To musiało być straszne. – Przytulił ją.

Taylor poczuła ukłucie zazdrości. Matthew Harris był wybawcą dla córki, był jej obrońcą.

– Czy Derek się odezwał? – spytała Michelle.

– Nie, ma zajęcia w laboratorium. Kończą się w południe. Pojadę na uczelnię i zaczekam na niego. Nie chcę, żeby o tym, co się stało, dowiedział się od kogoś obcego. Przywiozę go. Poradzicie sobie jakiś czas beze mnie?

– Damy sobie radę, tatusiu. Porozmawiam z tą policjantką, a potem posiedzę z mamą. Nie musisz się śpieszyć. Derek będzie zdruzgotany.

– Tak… Dziękuję za wyrozumiałość, moja mała Shelly. Kocham cię, córeczko, zawsze byłaś taka dobra. Zaopiekuj się Nikki, dobrze? Nie jest tak silna jak ty i mama. – Przytulił ją do piersi.

Taylor odwróciła się i poszła za panią Manchini. Rodzina w żałobie. Czemu patrząc na nich, czuła… dojmującą pustkę?

Pani Manchini zaprowadziła Taylor do perkalowej sypialni. W odróżnieniu od gustownego w sposób wręcz doskonały domu Wolffów, tutaj wszystko tchnęło swojskim kiczem.

Pokój był stosunkowo nieduży, mniej więcej o połowę mniejszy niż sypialnia sąsiadów. Większość miejsca zajmowało łoże z baldachimem i poduchami z falbankami. Ale banał, pomyślała Taylor, ale zaraz się zbeształa. Dom pani Manchini wydawał się karykaturą, a jego właścicielka nierzeczywistą postacią. Carla Manchini równie dobrze mogła mieć czterdzieści pięć albo sześćdziesiąt pięć lat, nosiła niemodne okulary w drucianej oprawce, miała przerzedzone blond włosy, trwałą z odrostami i nieco krzywe zęby – ale widocznie na tyle proste, że rodzice nie uznali za słuszne zainwestować w aparat, kiedy Carla była małą dziewczynką. W rezultacie kiedy mówiła, prawy górny siekacz wystawał tak, że zaczepiała o niego dolna warga.

Zadumana Taylor nagle zdała sobie sprawę, że Carla już coś do niej mówi. Otrząsnęła się i skupiła na jej słowach.

– Nie bardzo wiem, czego pani ode mnie oczekuje, pani porucznik. Nie znałam ich za dobrze. Nie wtykałam nosa w ich sprawy, co to, to nie. Jak Bóg przykazał siedzę w swoim domu i nie szpieguję, nie zaglądam sąsiadom przez płot, o nie. Naprawdę.

Taylor przyjrzała się jej uważnie. Ciekawe, dlaczego Carla Manchini tak uparcie zaprzecza swemu wścibstwu i jakiejkolwiek wiedzy, siedząc na brzegu łóżka, nerwowo wyłamując palce i popatrując po pokoju tu i tam, byle nie zetknąć się wzrokiem z policjantką.

– Pani Manchini, chciałam zapytać, czy może w ciągu ostatnich kilku dni zauważyła pani coś niezwykłego.

– Nie, nic takiego. – Powoli pokręciła głową.

– Naprawdę nic? – dociskała Taylor.

Carla Manchini zawahała się, a potem zamknęła oczy, jakby starała się przypomnieć sobie ostatnie dni.

– Światło się świeciło – powiedziała wreszcie. – Pani Wolff zawsze wyłącza je rano, ale paliło się cały weekend.

– To było aż tak bardzo niezwykłe?

– Tak. Już mówiłam, zawsze je wyłączała. Zawsze.

Taylor odnotowała w pamięci kolejny szczegół w chronologii zdarzeń.

– Kiedy pani po raz ostatni widziała panią Wolff?

– Och, trudno tak dokładnie powiedzieć. Jest poniedziałek, w poniedziałki mam klub książki. Nie pamiętam, żebym ją dzisiaj widziała, a zwykle widzę, jak podlewa begonie na tyłach domu. Ładny ma ogródek, to trzeba przyznać. Urządziła go dopiero w zeszły weekend. Jak dla mnie, to trochę za wcześnie na takie kwiatki, ale ja się nie znam. No więc widziałam ją… w piątek. No tak, w piątek mam klub ogrodniczy. – Pyk, pyk, pyk.

Taylor skryła irytację. Jeśli pani Manchini nie przestanie, połamie sobie palce.

– W piątek o której?

– Tak co do minuty nie pamiętam. Po piętnastej, jakieś dwadzieścia po, ale nie jestem w stu procentach pewna. Mówię, bo pani nalega, naciska na mnie, ale nie chciałabym pani wprowadzić w błąd.

– Nie wprowadza pani. Świetnie sobie pani radzi.

Na tę pochwałę Carla Manchini nieśmiało się uśmiechnęła. Taylor uzmysłowiła sobie, że nikt nie prawi jej komplementów.

– Co wtedy robiła Corinne?

– Bawiła się z Hayden. Piękne dziecko, nieprawdaż?

– Przed domem? Za domem?

– Ach, nie powiedziałam. Ani przed, ani za, tylko z boku. Pani Wolff sadziła kwiatki, upiększała teren wokół pojemników na śmieci. Pewnie tak to sobie wymyśliła.

Nie zagląda sąsiadom przez płot. Jasne, skwitowała w duchu Taylor.

– Czy był ktoś z nią?

– Poza Hayden? Nie, nikt.

– A pan Wolff?

Przelotne spojrzenie w oczy, prawie niezauważalne. Carla Manchini zaczęła splatać dłonie. Rozmowa wyraźnie ją denerwowała. Kiedy człowiek jest zdenerwowany, mówi ciekawe rzeczy.

– Och, właściwie to jakbym go nie znała. Przystojny mężczyzna, nikt temu nie zaprzeczy, ale niezbyt dobrze nastawiony do takich osób jak ja.

– Czy zauważyła pani, żeby mieli jakieś problemy?

– Ależ skąd, żadnych. Wyglądali na bardzo szczęśliwych i zadowolonych z życia. Tak, bardzo.

– Jak rozumiem, w piątek nie widziała pani nikogo więcej w pobliżu domu. A w sobotę?

– W sobotę nikogo nie widziałam. Chciałabym już wrócić do gości. Czy mogę?

– Jeszcze kilka pytań, pani Manchini. Czy w ciągu dnia przebywa pani w domu?

– Tak, owszem. Kiedyś pracowałam na poczcie, ale przeszłam na emeryturę. Mieszkam sama, nikomu nie zawadzam. Czytam, oglądam telewizję, chodzę do klubu książki i uprawiam ogródek. Mam mnóstwo przyjaciółek, całe mnóstwo.

– To dobrze, pani Manchini. Czy państwo Wolff udzielają się towarzysko?

– Naturalnie, pani porucznik. To młodzi ludzie, do tego lubiani i popularni, jak większość mieszkańców naszej uliczki. Powiem pani, że mieszkam tu od czterdziestu lat, ludzie się wprowadzają i wyprowadzają, ale wszyscy są tu szczęśliwi. – Przestała wyłamywać palce, położyła dłonie na podołku. Miała czerwone krzywe kłykcie. Z nich, jak również z wyczuwalnej w głosie tęsknoty za dawnymi czasami, można było wywnioskować jej prawdziwy wiek. Samotna stara kobieta, taki był teraz jej status.

– No dobrze, wróćmy do pozostałych. To miłe, że przyjęła pani rodzinę Harrisów. Na pewno doceniają pani pomoc. Niewykluczone, że jeszcze będę chciała z panią porozmawiać. Dobrze?

Carla Manchini powoli wstała. Zaskrzypiały sprężyny.

– Oczywiście, naturalnie. Kiedy tylko będzie trzeba. Będę w domu, o tak.

Taylor i nieśmiała, strachliwa pani Manchini wróciły do salonu. Niewiele się w nim zmieniło, jedynie to, że Michelle Harris siedziała w perkalowym kwiecistym fotelu i trzymała w ramionach blond aniołka. Dziewczynka miała niebieskie oczy, kremową skórę i czerwone policzki. W głębi chabrowego spojrzenia Hayden mignęła trudna do uchwycenia czerń. Spostrzegła broń Taylor, utkwiła w niej wzrok, po czym rozpłakała się, rzuciła się cioci na szyję i mocno do niej przytuliła.

Taylor i Michelle Harris siedziały przy stole. Przez wychodzące na południową stronę okna do kuchni pani Manchini wlewało się popołudniowe słońce. Michelle trzymała się nieźle, choć wspomnienie koszmarnego poranka musiało być dramatycznie żywe w jej pamięci.

Ojciec ofiary przyjechał z synem, który bardzo źle przyjął wiadomość o śmierci Corinne. Fitz zabrał Dereka Harrisa na taras na poważną rozmowę. Taylor obserwowała ich ponad ramieniem Michelle. Stali za dużym wykuszowym oknem przystrojonym krótkimi perkalowymi zasłonkami z frędzlami. Mój Boże, ileż można patrzeć na perkal w kolorowe kwiatki, pomyślała Taylor. Szybko by oszalała w takim wnętrzu.

Udało jej się zidentyfikować nieznany zapach z domu Wolffów. Chodziło o perfumy Michelle Harris. Były bardzo mocne, z dominującą nutą jaśminu i irysa, zdecydowanie przesłodzone i używane w zbyt dużych ilościach, jak gdyby Michelle korzystała z mydła, balsamu i perfum tej samej firmy, w dodatku z tej samej linii zapachowej.

Zmarszczyła nos i powiedziała:

– Dobrze, zacznijmy od początku. Kiedy ostatni raz rozmawiałaś z siostrą? – Michelle była blada, wyglądała na wykończoną i załamaną. Co chwila zerkała przez ramię. Na pewno chciała pójść do młodszego brata i pocieszyć go. – Michelle?

– Przepraszam. Wiesz, jak to jest między rodzeństwem. Człowiek pragnie chronić je za wszelką cenę.

– Niestety nie wiem. Jestem jedynaczką. Zacznijmy od początku. Byłyście umówione na mecz tenisa, tak? – Oparła się o drewniane oparcie krzesła, założyła ręce na piersi i cierpliwie czekała, aż doczeka się odpowiedzi.

Michelle bawiła się kucykiem, owinęła go sobie wokół szyi. Kompulsywny gest, jak zidentyfikowała go Taylor.

– Zgadza się. Gramy w Richland. Walczymy o mistrzostwo. Jesteśmy parą w deblu, praktycznie od zawsze. Kiedyś chciałam grać w singlu, ale Corinne mi to wyperswadowała. Na korcie istnieje między nami wyjątkowe porozumienie, nigdy nie wiem, jak to nazwać, no, po prostu wyczuwamy swoje ruchy.

– Siostra grała pomimo ciąży?

– Tak. Przed urodzeniem Hayden grała dosłownie do ostatniej chwili, przerwała na tydzień przed rozwiązaniem, bo Todd ją ubłagał. Tym razem ciąża przebiegała nadzwyczaj gładko, dlatego siostra żartowała, że prosto z kortu pojedzie na porodówkę. Wcale bym się nie zdziwiła. Corinne zawsze potrafiła zmusić swój organizm do wysiłku. Jeśli coś sobie wymyśliła, miało tak być i koniec. Kiedy zdarzało się, że skręciła kostkę, zawsze zdążyła ją wyleczyć przed następnym meczem. Kobieta ze stali.

– Kiedy miało się urodzić dziecko?

– Za osiem tygodni – odparła Michelle zachrypłym głosem.

– O! – zdziwiła się Taylor. – Miała mały brzuch jak na kobietę w siódmym miesiącu ciąży.

– W poprzedniej ciąży przytyła raptem cztery kilo, a Hayden ważyła trzy trzydzieści cztery. Zaraz po porodzie wróciła do dawnej sylwetki. Teraz pewnie byłoby tak samo. Boże, biedne dziecko. Co z nią będzie? – Łzy napłynęły jej do oczu.

Taylor odwróciła głowę, a Michelle prędko wzięła się w garść. Taylor wolała nie myśleć teraz o akcie zgonu płodu.

– Porozmawiajmy o szczegółach – powiedziała. – Przyjechałaś po Corinne…

– …i zauważyłam, że nie zgasiła światła przed garażem. To dla niej nietypowe. Corinne była bardzo… zasadnicza w pewnych sprawach. Zawsze, ale to naprawdę zawsze gasiła te lampy zaraz po przebudzeniu, czyli przeważnie o wpół do szóstej rano. Czasem myślałam, że robiła to na złość Toddowi. Pamiętam, że pokłócili się o wygląd lamp. Przepraszam, to nie ma żadnego znaczenia. Budzi się, wyłącza światło, parzy kawę, zalicza pół godziny ćwiczeń na orbitreku, budzi Todda, jeśli jest w domu.

– O której godzinie włącza lampy przed garażem?

– Słucham?

– Światło na zewnątrz. O której Corinne je włącza?

– Aha. – Michelle zastanowiła się. – Wiesz co, nie jestem pewna. Pewnie kiedy robi się ciemno.

– Tak… A zatem kiedy przyjechałaś, lampy przed garażem były włączone. Co jeszcze zwróciło twoją uwagę?

– Wysiadłam z samochodu i zaczęłam iść w stronę domu. Drzwi nie były zamknięte na klucz, ale to akurat normalne. W tej okolicy nikt się nie zamyka na noc. Wiem, to głupie, ale tutejsi mieszkańcy naprawdę czują się bezpiecznie. Założę się, że teraz zaczną się zamykać. – Spojrzenie Michelle stało się nieobecne, mówiła, jakby recytowała z pamięci. – Weszłam do środka, zobaczyłam krew, pobiegłam na górę, zobaczyłam Corinne, zobaczyłam Hayden, spanikowałam, złapałam Hayden, zbiegłam na dół.

– Zadzwoniłaś pod numer alarmowy.

– Tak. Przepraszam cię, ale nadal jestem w szoku. Jak sobie przypomnę tę krew. I Hayden… – Zamilkła. Jej oczy zaszkliły się od łez. – Nigdy nie zapomnę tej chwili. Też tak masz? Na pewno widziałaś już tyle trupów, że potrafisz się wyłączyć i nie myśleć o śmierci. Ale ja nigdy nie wyprę z pamięci sypialni Corinne.

– Michelle, trzymasz się dobrze, naprawdę. Jeszcze tylko kilka pytań. Opowiedz mi o Toddzie.

– A o czym tu opowiadać? Todd jest…

– O czym opowiadać? – Do kuchni wparował Matthew Harris. – Powiem pani o czym. Otóż Corinne nie żyje, a jego tu nie ma. On i te jego wieczne wyjazdy. Chciał się stąd wyrwać. Gdyby był w domu, gdyby chronił Corinne, tak jak powinien, nie doszłoby do tego. Moja córka i mój wnuk wciąż by żyli.