Pocałunek morza - Anna Stryjewska - ebook + książka

Pocałunek morza ebook

Anna Stryjewska

4,3

Opis

Patrycja w dzieciństwie straciła matkę, a później ojca, który na łożu śmierci wyjawił jej rodzinną tajemnicę. Samotna, bez rodziców i bliskich, jest wystawiona na wielką próbę. Nieszczęśliwa miłość, brak przyjaciół i nieżyczliwi ludzie motywują bohaterkę do opuszczenia nieprzyjaznej wsi. Pragnie zmierzyć się ze światem, który dla niej jest za zamkniętymi drzwiami. Wyrusza w podróż…
Nawet nie wie, że w krótkim czasie jej życie się zmieni za sprawą przypadkowo poznanej kobiety.
Pocałunek morza to powieść o samotności i spełnianiu marzeń nawet pomimo przeciwności losu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (32 oceny)
18
6
8
0
0

Popularność




Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki

Mateusz Kaczoruk / wschod-studio.pl

Redakcja

Mateusz Tutka / wschod-studio.pl

Korekta

Aleksandra Stronkowska / wschod-studio.pl

Zespół wydawnictwa

Skład i łamanie

Krzysztof Abramowski / wschod-studio.pl

Zdjęcie na okładce

© pexels.com

Niniejsza powieść to fikcja literacka. Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń rzeczywistych jest w tej książce niezamierzone i przypadkowe.

Wydanie I, Katowice 2018

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

[email protected]

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja: DICTUM Sp. z o.o.

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22 663 98 13, fax 22 663 98 12

[email protected]

www.dictum.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina, Katowice 2017

ISBNEPUB 978-83-65684-81-3

Mojej kochanej Siostrze,której pasjonujące życie zainspirowało mnie do napisania tej historii.

Październik 1991

Patrycja odetchnęła z ulgą w chwili, kiedy usłyszała łoskot rozpędzających się po torach kół pociągu. Drażnili ją ci wszyscy ludzie: jedni biegali po peronie jak opętani; inni samotni, smutni, zamyśleni; drobni przestępcy z oczami dookoła głowy, czyhający w każdej chwili na okazję; nawet pary całujące się ostentacyjnie. Wydawało jej się, że przejrzała ich na wylot, że znała ich myśli i pragnienia. I to było gorsze od świadomości, że nie ma obok niej nikogo, że odtąd sama będzie musiała borykać się z przeciwnościami losu.

Przedział był zapełniony ludźmi, ale na szczęście udało jej się zdobyć miejsce przy oknie. Chciała patrzeć na świat i zapomnieć o tym wszystkim, co ją ostatnio spotkało.

Kobieta siedząca naprzeciw wyglądała na szczęśliwą. Jej pulchna, różowa twarz była uśmiechnięta. Mężczyzna przy wyjściu, przypominający Mariana Opanię, pociągał głośno nosem i ślinił palce, wertując strony dziennika. Dziewczynka, może dziewięcioletnia, zsunęła się z siedzenia, przechylając głowę nad zakurzonym przejściem w przedziale.

– Czy ktoś z państwa zgubił długopis? – zapytała cienkim głosikiem, podnosząc w górę znaleziony przedmiot.

– Ach, to chyba mój! – wyrwało się starszej pani drzemiącej dotychczas w kącie pod połą płaszcza. Uśmiechnęła się do dziecka z czułością, po czym schowała przedmiot do brązowej skórzanej torby. Chwilę jeszcze czegoś w niej szukała, szeleszcząc zawartością. Wreszcie udało się staruszce wydobyć małą słodycz zawiniętą w kolorowy papierek.

– Proszę, to dla ciebie. – Pogłaskała małą po jasnych włosach i wcisnęła jej cukierek do rączki. Dziewczynka skinęła główką w podziękowaniu, a młoda, ładna, dobrze ubrana matka uśmiechnęła się z dumą.

Scena, którą zobaczyła Patrycja, znów nakłoniła ją do refleksji. To na pewno wspaniałe uczucie być matką, a jednak… – westchnęła ciężko do swoich myśli.

Przeniosła wzrok za okno. Tam świat płynął jak woda, krajobraz uciekał z każdym stukotem pociągu. Zaczęła nawet liczyć drzewa, ale po chwili zrezygnowała. W oddali rysował się zielony pas łąki. Taką samą łąką, tylko bardziej ukwieconą, z pasącymi się krowami przed laty biegli we troje: mama, tata i ona. Zapamiętała siebie w różowej falbaniastej sukience oraz jaśminowy zapach mamy, który przez lata był dla niej najsłodszym, najpiękniejszym zapachem. Pamiętała ciepły, pogodny uśmiech pięknej kobiety, jaką była rodzicielka. Nigdy jej nie zapomni. Dziwne, ale nie pamiętała tak dokładnie ojca – Adama. Jego obraz to rozmazany cień, który nieustannie im wtedy towarzyszył. Jej szczęśliwe dzieciństwo trwało niespełna dziesięć lat. Potem mama odeszła. Miała tętniaka w mózgu. Czyż można słowami wyrazić ból, który się wtedy czuje? Czy istnieje coś, czym można wypełnić pustkę? Na pewno nie. Patrycja długo nie wierzyła w to, co się stało. Wieczorami, leżąc w łóżku, nasłuchiwała kroków matki. Rozmawiała z nią na głos przed snem. Po jej śmierci nic już nie było jak dawniej, a tata stał się jakby nieobecny. Jego świat wypełniała rozpacz i samotność. Taki stan trwał niemal cztery lata. W międzyczasie wyjeżdżał gdzieś, znikał na długie dni, podrzucając ją do sąsiadki. Pewnego wieczora oznajmił:

– Wyjeżdżamy stąd, Patrycjo! Już wkrótce. Żenię się!

Posmutniała.

– Tatusiu, ale czy ona jest lepsza i piękniejsza od mamusi? – zapytała cicho.

Ojciec zaniemówił. Przygarnął ją do siebie mocno ten jeden, jedyny raz i wykrztusił:

– Nie ma na świecie drugiej takiej jak twoja mama.

Po tej deklaracji zrobiło jej się lżej na sercu, przez chwilę uwierzyła nawet, że znów będą tworzyć szczęśliwą rodzinę. Dowiedziała się jeszcze, że wracają w rodzinne strony ojca, że na jakiś czas zostanie u babci Helenki, ale tylko do momentu, aż sytuacja unormuje się, a jego związek zostanie przypieczętowany ślubem. Mieli zamieszkać potem w pięknym, ogromnym domu z ogrodem i psami. Jedyny problem, jaki pozostał, to zmiana szkoły. Tak jej się wówczas wydawało…

Listopad 1983

Budynek szkolny z zewnątrz wydał się Patrycji mało zachęcający, do gustu nie przypadł jej też mizerny ogródek z rachitycznymi kwiatkami i okalający go niski płotek z metalowych prętów. Betonowe, wykruszone w kilku miejscach podwórko było puste. Dalej ciągnął się prostokąt przystrzyżonej trawy, z wytartym pośrodku czarnym pasem oraz dwiema bramkami po przeciwległych stronach. Właśnie stamtąd dochodziły głośne okrzyki. Kilkunastu chłopaków w dresach uganiało się za piłką. Towarzyszył im wysportowany mężczyzna w średnim wieku, który przy pomocy gwizdka pilnował zasad na boisku. Przez moment Patrycja przyglądała im się bez specjalnego powodu, po czym nieśmiało, ociągając się, weszła do budynku. Zaskoczył ją ciasny, wąski korytarz bez okien. Za zamkniętymi drzwiami, po obu stronach pomieszczenia, trwały lekcje. Dziewczyna przeszła na palcach, aż dotarła do klatki schodowej, którą dostała się na piętro. Tam również był taki sam korytarz, z takimi samymi drzwiami. Na ścianach wisiały gazetki szkolne zawierające najważniejsze informacje z życia placówki. Była też imponująca kolekcja portretów sławnych literatów, odkrywców i działaczy politycznych. Odnalazła klasę oznaczoną arabską cyfrą siedem. Wzięła głęboki oddech. Nie jest łatwo zmieniać szkołę w trakcie roku szkolnego. Trzeba nie tylko zyskać sympatię nowych kolegów, koleżanek, nauczycieli, należy także zaakceptować nowe środowisko, przebrnąć przez mur niechęci, na początku nieunikniony, oraz zaspokoić ciekawość innych i swoją własną.

I jak tu się nie bać, mając zaledwie trzynaście lat, będąc nieśmiałą i chorobliwie wstydliwą dziewczynką? – myślała.

Gdy żyła jeszcze mama, wszystko wydawało się o wiele prostsze. Była zawsze, kiedy potrzebowała pomocy. Służyła jej radą, ale przede wszystkim czuła, że jest kochana. A teraz? Niewiele brakowało, aby się rozpłakała, ale szybko się otrząsnęła i postanowiła nie wracać do czegoś, czego nie ma.

Patrycja już chciała chwycić za klamkę, gdy drzwi same się otworzyły. Ujrzała w nich pucułowatą, rumianą twarz z parą szaroniebieskich wesołych oczu. Dziewczyna przyglądała jej się badawczo przez chwilę. Miała sporą nadwagę, w dodatku ubrana była w mało gustowną rozkloszowaną spódnicę w kratę oraz sweterek w ukośne paski, wystający spod granatowego zbyt obcisłego fartuszka. Brązowe proste do ramion włosy rozchodziły się na jej wypukłym czole. Roześmiane, delikatnie zarysowane usta odkrywały białe, drobne, równiutkie ząbki. Budziła uśmiechem sympatię, toteż Patrycja ufnie wyciągnęła do niej rękę:

– Jestem Patrycja, a ty?

– Ewa – powiedziała niskim, chrapliwym głosem. – Nic się nie martw. Pobiegnę tylko po kredę do woźnego i wejdziemy razem. Możesz nawet usiąść obok mnie. Właśnie pokłóciłam się z Iloną, więc wyniosła się do Pauliny.

Mówiła szybko, dość nieskładnie, ale Patrycja pomyślała, że mogłaby się z nią zaprzyjaźnić, zwłaszcza że wkrótce siedziały w jednej ławce, a całą ceremonię poznawczą miały już za sobą. Klasa liczyła dwadzieścia siedem osób, wychowawczynią była pani od języka polskiego – Grażyna Żurek.

Patrycja czuła na sobie wiele ciekawskich spojrzeń: skrzywione, parodiujące miny niektórych chłopców, ale też takie, które wyrażały pozytywne zainteresowanie.

– Głupia, zarozumiała krowa! – syknęła Ewa na widok chudego rudzielca, stojącego przy tablicy, usiłującego coś z siebie wydusić, ale niestety efekty były raczej mierne.

– Siadaj, Zielińska! Znowu nie przygotowałaś się do lekcji! To już trzeci raz! Zmuszona jestem postawić ci dwóję!

Dziewczyna wzruszyła tylko ramionami i pomaszerowała do ławki. Miała jasną cerę usypaną piegami, duży nos, zielone oczy w jasnej oprawie.

– Nie lubisz jej? Dlaczego? – zapytała Patrycja.

– Nie cierpię – odparła Ewa, krzywiąc się, jakby ugryzła cytrynę. – Sama się kiedyś przekonasz dlaczego – zachichotała.

– Zaraz, zaraz. Zielińska? Słyszałam to nazwisko. Tak nazywa się kobieta, która…

Nie dokończyła, bo Ewa przerwała jej w pół zdania:

– A kto jej nie zna? Jest obrzydliwie bogata i wkrótce wychodzi za mąż. Ludzie różne rzeczy wygadują o jej narzeczonym.

– Tak? A jakie na przykład? – spytała spiętym, nienaturalnym głosem. Wytężyła słuch, czując jednocześnie, że czerwieni się po same cebulki włosów.

W tej chwili zadźwięczał dzwonek.

– Chodźmy, pokażę ci boisko! – zaproponowała Ewa.

– Zaczekaj! – Patrycja pociągnęła koleżankę za róg szkolnego fartuszka. – Spójrz, co się dzieje, kocioł przy drzwiach!

Ewa usiadła, pochyliła się nad tornistrem i wyciągnęła kanapkę owiniętą w papier śniadaniowy.

– Chcesz? Mam jeszcze dwie. – Podsunęła nowo poznanej dziewczynie pajdę chleba z pasztetem i sałatą.

– Dzięki, ale jakoś nie jestem głodna. Więc… Co mówiłaś o tej pani? Zaciekawiła mnie ta opowieść.

Ewa roześmiała się.

– Wiesz co – zaczęła mówić z pełną buzią. – Jeśli ten facet, z którym Zielińska bierze ślub, jest tak przystojny jak jego syn, to wcale jej się nie dziwię – znów zachichotała.

– Nic nie rozumiem. O czym ty mówisz? O jakim i czyim synu?

– Ach, to taka stara historia! Wszyscy w okolicy o tym plotkują! Jej syn, Przemek, jest także synem tego narzeczonego. To było dawno temu, kiedy matka Pauliny była jeszcze bardzo młoda i nie tak bogata jak dziś. Ona bardzo go kochała, ale on jej nie chciał. Urodziła mu syna, a facet się ulotnił. Potem wyszła za mąż za Zielińskiego, urodziła Paulinkę, ale biedak szybko zszedł z tego świata, zostawiając ogromny majątek. A teraz, po latach, znów się spotkała z ojcem Przemka. Wybaczyła mu i będzie ślub! – Roześmiała się, połykając kolejny kęs. – To dopiero historia, co?

Patrycja znieruchomiała. Nie wierzyła własnym uszom. Żołądek skurczył jej się boleśnie, ale wiedziała, że to nie z głodu.

Tata nie mógł mnie przecież tak oszukać… – myślała w drodze do domu, krótko po tym, jak pożegnała się z Ewą na rozstaju polnych dróg. Gdy tylko przyjedzie, koniecznie muszą o tym porozmawiać, powinien wyznać jej całą prawdę. Czy to możliwe, że ma brata? Do ślubu zostały jeszcze trzy miesiące. Dla niej to cała wieczność! Na samą myśl, że musiała wracać do miejsca, w którym nie była mile widzianym gościem, bolała ją głowa.

Odkąd Patrycja przeprowadziła się do Górek, zamieszkała z owdowiałą babką Heleną Jaroszową, matką Adama, oraz jej siostrzenicą Tereską, którą staruszka przygarnęła po śmierci siostry męża, Janka. Ten dom jednak bardzo różnił się od tego, w którym się wychowała, gdzie wszystko miało swoje miejsce, pachniało świeżym powietrzem, stały ścięte kwiaty na stole w wazonie i leżał wyprasowany obrus. U babki nikt nie dbał o czystość i ład, jakby to w ogóle nie było ważne – denerwowała się.

Już po kilku dniach okazało się, że ma więcej obowiązków niż czasu. Tereska podśmiewała się pod nosem, gdy Patrycja szorowała podłogi i nędzne meble w kuchni, które pamiętały pewnie pierwszą wojnę światową. Jednocześnie okazywała złość, gdy musiała dzielić się swoim pokojem. W domu były co prawda trzy, ale zimą ogrzewano tylko dwa. W kuchni spędzano najwięcej czasu, tam też stało łóżko babki Heleny. Skrzypiało nieznośnie za każdym razem, gdy opadała na nie zmęczona. Co gorsza dom miał też inne wady: siennik wypchany słomą szeleścił, a drewniana podłoga, pod którą kryła się wilgotna, ciemna piwnica, dudniła. Nieodłączny był też zaduch, który z racji niewietrzonych tygodniami pomieszczeń, przyrósł na stałe do ścian, mebli, ubrań i domowników.

Patrycję traktowano raczej jak intruza. Babka wydawała polecenia zawsze tym samym surowym, stanowczym tonem, a Tereska widziała w niej jedynie przyczynę zmąconego spokoju. Przez ostatnie lata Helena wraz z osieroconą siostrzenicą mieszkały same, toteż przyzwyczaiły się do tego stanu rzeczy. Pojawienie się w domu kolejnej osoby Jaroszowa potraktowała jako głupi żart. Przez trzynaście lat swojego życia Patrycja nie miała okazji spotkania tych dwóch kobiet, nawet nie przyjechały na pogrzeb jej mamy, nic więc dziwnego, że czuła się przy nich obco i nieswojo.

Tereska liczyła sobie dwadzieścia sześć wiosen, chociaż wyglądała na nieco starszą. Była wysoką, mocno zbudowaną kobietą o masywnych udach, szerokich biodrach i dużych, obfitych piersiach. Miała szare, mało wyraziste oczy, prosty nos, okrągłe policzki, a usta lubiła podkreślać różową szminką. Długie puszyste włosy rozjaśniała wodą utlenioną, dlatego miały żółty, nieokreślony odcień blondu. W jej sposobie bycia wyczuwało się ignorancję do otoczenia, do tego cechowała ją wulgarność w wypowiadaniu się, lenistwo i całkowity brak wrażliwości. Nosiła często stylonowe bluzki, które nie przepuszczały powietrza. Wszystkie cuchnęły potem wymieszanym z perfumami „Być może” lub „Pani Walewska”.

– Skoro tak już się wzięłaś za porządki, to nie radzę, byś zaglądała do moich szafek i szuflad! Jeszcze coś zginie, a ja ciężko na wszystko haruję! – syknęła Tereska pewnego wieczora, piłując paznokcie i spoglądając na Patrycję z ukosa.

– Ja nie muszę brać cudzych rzeczy, bo mam swoje – odparła dziewczynka, czując się zraniona takim podejrzeniem.

– Za wiele to ty tego nie masz! – Zaśmiała się złośliwie. – I raczej długo nie będziesz miała. Zresztą, nie moja sprawa.

– Racja, nie twoja – wtrąciła chłodno Jaroszowa. – Lepiej byś się zajęła czymś pożytecznym, a nie tylko piłujesz te pazury. Potrzebne ci one? – prychnęła, przekręcając się na łóżku.

– A właśnie, że potrzebne! – odcięła się wychowanka krótko, siorbnęła z wyszczerbionego kubka łyk mętnej herbaty i odstawiając go głośno na bok, wyszła do swojego pokoju.

Tej nocy Patrycja długo nie mogła zasnąć. Myślała o tacie, który nie przyjechał, a obiecał. O tym, co mówiła Ewa, a także o przytykach Tereski. Ostatnie wydarzenia rzuciły cień na osobę ojca, jej przyszłość natomiast stała pod znakiem zapytania. Co przyniosą kolejne dni? Jaki okaże się jej nowy dom? Jaka będzie macocha, brat, Paulina? Tyle pytań i żadnej odpowiedzi. Jeszcze tylko trzy miesiące i wszystko się wyjaśni. Jeszcze tylko trzy miesiące…

Ale jak wytrzymać taką wieczność w tym okropnym domu? – myślała z przerażeniem.

Paulina Zielińska miała zarówno przyjaciół, jak i wrogów. Zjednała sobie tę część, która uwielbiała jej pikantne, często zmyślone historyjki, a także bez skrępowania korzystała z wysokiego kieszonkowego, które dziewczyna w przypływie szczodrości potrafiła wydać w ciągu jednego dnia, zapraszając swoich znajomych na lody i pączki do cukierni. Pod wpływem złości nie omieszkała tego później wypomnieć, ale mało kto się tym przejmował.

Pozostałych raziła bezczelnością, próżnością czy złośliwą naturą, dlatego połowa klasy schodziła z drogi dziewczynie bez wdawania się z nią w dyskusje. Od początku było wiadomo, że Patrycja będzie zaliczała się do tej drugiej grupy, zwłaszcza że Paulina traktowała ją jak powietrze.

Pewnego dnia matematyczka przywołała Zielińską do tablicy. Miała wykonać działanie na ułamkach dziesiętnych, niezbyt trudne, ale dziewczyna nie miała bladego pojęcia, jak się do niego zabrać. Nic więc dziwnego, że dostała dwóję. Patrycja natomiast poradziła sobie z przykładem bez najmniejszego problemu. Gdy nauczycielka stawiała „Nowej” piątkę, mina Pauliny wyrażała pogardę. To wydarzenie również zadecydowało o wrogości do Patrycji.

Tego dnia, gdy opuszczały szkołę, miał miejsce jeszcze jeden istotny incydent. W pewnej chwili pod bramą zatrzymało się lśniące zachodnie auto. Wysiadła z niego matka Zielińskiej ubrana w biały jak śnieg płaszcz ściągnięty w talii szerokim czarnym paskiem. Głowę miała omotaną czerwonym szalem, a twarz częściowo zasłoniętą wielkimi okularami. Już na pierwszy rzut oka widać było wyrafinowaną elegancję i zasobny portfel. Patrycja zamarła w bezruchu, gdy do kobiety podbiegła Paulina, która powitała ją krótkim cmoknięciem w policzek, po czym schowała się we wnętrzu srebrnego pojazdu. Zielińska stała jeszcze przez moment zapatrzona w szkolne podwórko, po czym usiadła za kierownicą, ruszyła ze zrywem, aż po oponach pozostał czarny głęboki ślad na świeżym śniegu.

Każdej soboty, uwzględniając oczywiście ładną pogodę, babka Helena organizowała na podwórku wielkie pranie. Był to szereg najrozmaitszych, wcale niełatwych czynności, w które Patrycja została wkrótce włączona.

Najpierw na zamiecionym kwadracie, tuż przy wejściu do letniej kuchni, pojawiała się leciwa pralka „Frania”, do której trzeba było nagrzać wody na węglowej kuchni, nasypać proszku i podłączyć przedłużaczem do prądu. Następnie obok lądowały cynkowe wanny oraz plastikowe miednice, które należało napełniać wielokrotnie wodą przyniesioną ze studni. Sterta prania leżała, posegregowana według kolorów, nieopodal urządzeń. Najpierw partia rzeczy wędrowała do wnętrza pralki, potem przepuszczona przez wyżymaczkę płukała się w jednej i drugiej wannie. Na końcu każdą rzecz trzeba było umiejętnie wycisnąć i powiesić na przygotowanych w tym celu sznurkach. Niby łatwe, ale problemem dla Patrycji był ciężar wiader, które musiała napełnić, uruchamiając korbą wał, a następnie targać przez pół podwórza. Lubiła patrzeć, jak metalowe wiadro spuszcza się po łańcuchu w dół i głośnym, tępym klapsem opada na taflę wody. Zdecydowanie ciężej było w drugą stronę. Wiadro chwiało się, woda rozpryskiwała na boki, łańcuch zgrzytał, a korba wyślizgiwała się z rąk, gdy niezdarnie próbowała wyciągnąć je z powrotem. Babka Helena czasem spoglądała na dziewczynę z ukosa, kręciła nosem i burczała do siebie niezadowolona:

– Te miastowe to nic nie potrafią…

Na przekór tym komentarzom Tereska rzadko kiedy uczestniczyła w tych czynnościach. Zawsze znalazła wymówkę, na co Helena nie posiadała najwyraźniej wpływu. Nie miała też pretensji do wychowanicy, tylko Patrycji wciąż się o wszystko czepiała.

Całemu zamieszaniu towarzyszyły zwykle kury, które gdacząc, domagały się nieustannie jedzenia, kręcąc się pod nogami.

– Rzuć im trochę pszenicy! – krzyczała babka, nie odrywając się od pracy. – Nie będą się tu plątać!

Patrycja biegła więc posłusznie do komórki, gdzie w szarych jutowych workach stało pachnące ziarno oraz pasza dla drobiu. Nabierała porcję metalowym garnkiem i wysypywała pod kurnikiem w drewniane korytko. Nie zdążała jeszcze krzyknąć, gdy ptactwo, na czele z białym zuchwałym kogutem, przybiegało niemal w tej samej chwili i rzucało się na jedzenie, depcząc dziewczynę.

Wielkie pranie trwało zwykle kilka dobrych godzin. Potem sprzęty lądowały na swoich zwyczajowych miejscach. Na podwórku widniały mokre ślady po wylanej wodzie, a na sznurkach łopotały dumnie, niczym chorągwie po wygranej bitwie, czyste, pachnące ubrania.

Styczeń 1984

Nadeszła ostatnia sobota stycznia, a wraz z nią tak długo wyczekiwane wesele Adama z Olgą Zielińską. Dzień był wyjątkowo piękny, jak na zamówienie. Niebo nasycone czystym błękitem, poprzetykane srebrnymi nitkami obłoczków, wypuszczało strumienie światła, które jak lasery padały na ziemię. Na jaskrawej, świeżo błyszczącej płachcie śniegu odbijały się smukłe sylwetki drzew, przebrane w białe odświętne czapy.

Parafialny kościółek pod wezwaniem Świętego Krzyża w Kozienicach zgromadził tego dnia tłum gości, tych zaproszonych i tych przywiedzionych ciekawością.

Wymieciony dziedziniec kościelny był pusty, dopiero kiedy echem przebrzmiały ostatnie tony „Ave Maryja”, ze środka zaczął wylewać się kolorowy tłum. Patrycja chciała poczekać z wyjściem, aż młoda para skończy modlitwę, ale fala ludzi wypchnęła ją na zewnątrz i chcąc nie chcąc, musiała tam już pozostać. Nikt nie zwracał na dziewczynę najmniejszej uwagi, a większość twarzy widziała pierwszy raz w życiu. Czuła się w dalszym ciągu obco, zwłaszcza że tak naprawdę nie było osoby w tym gronie zainteresowanej jej istnieniem. Przyjechała tutaj z babką oraz Tereską, które wynajęły taksówkę, zostawiły Patrycję przed kościołem, gdzieś znikając. Założyła starą, zbyt krótką sukienkę i czuła się w niej okropnie. Jakby tego było mało, przez ostatni miesiąc tata nie pojawił się nawet na chwilę, aby omówić z nią jakiekolwiek sprawy. Nie zainteresował się jej losem, a co dopiero mówić o tak przyziemnej sprawie jak sukienka czy buty.

Dopiero gdy Patrycja go zobaczyła, minęła jej złość, a nawet rozczuliła się do łez. Młodzi wyglądali tak pięknie, jakby ktoś wyciął ich z jakiejś starej baśni i przeniósł do całkiem innego wymiaru. Zwłaszcza panna młoda – Olga – która w białej drapowanej sukni oraz pelerynie z lisa, zakrywającej ramiona przypominała Królową Śniegu. Olśniewała urodą, ale w jej zielonych magnetycznych oczach widać było chłód.

Goście czym prędzej otoczyli parę ciasnym kołem i zaczęli składać życzenia. Dzień gasł powoli, mróz był coraz większy. Niektórym marzył się już gorący rosół albo coś mocniejszego na rozgrzewkę.

Patrycja wkręciła się w tłum i z trudem dobrnęła do ojca. Przylgnęła do niego, podnosząc do góry skromny bukiecik z frezji.

– Tatusiu, życzę ci szczęścia z całego serca – wyszeptała.

Uśmiechnął się w odpowiedzi, pogłaskał lekko po włosach i pchnął dalej. Stanęła oko w oko z macochą. Zobaczyła błysk niechęci i zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, tamta nachyliła się dziewczynie do ucha i syknęła:

– Zjeżdżaj stąd, bękarcie! Nie chcę cię tu więcej widzieć!

Patrycja znieruchomiała. Ktoś ją potrącił, ktoś nadepnął, chciała coś zrobić, krzyknąć, rzucić się w stronę ojca, poprosić o wyjaśnienie, ale nie uczyniła nic. Wbiła w niego zrozpaczony wzrok, licząc jeszcze na cud. Jego spojrzenie uciekło tymczasem daleko, podał swojej nowo poślubionej żonie ramię i poprowadził do przystrojonej wstążkami limuzyny. Tuż za ich plecami, z naręczem świeżych, kolorowych kwiatów szedł wysoki ciemnowłosy chłopak w białym smokingu. Gdzieś z tyłu mignęła roześmiana twarz Pauliny. Ojciec nie obejrzał się za siebie ani razu. Goście poznikali we wnętrzach samochodów i za chwilę na placu znów zrobiło się pusto.

Z odrętwienia wyrwał Patrycję stukot obcasów. Jakaś elegancka dama w futrze położyła rękę na jej ramieniu i zapytała z troską:

– A ty, drogie dziecko, na kogo czekasz? Nikogo tu już nie ma, wszyscy pojechali, czyżby zapomnieli o tobie?

– Ja, ja… Przyszłam tylko na ślub… – wybąkała.

– A jak wrócisz? Daleko mieszkasz?

– W Górkach – odparła zmieszana. – Pójdę piechotą.

– Ależ to kawał drogi! Nie ma mowy, nie możesz tak sama iść, robi się ciemno, podwiozę cię! – zaproponowała stanowczym głosem.

– Nie, dziękuję. Przecież sobie poradzę, proszę sobie nie robić kłopotu!

– Żaden problem, wsiadaj do samochodu i nie dyskutuj! – Mówiąc to, kobieta roześmiała się perliście.

Patrycja wsiadła posłusznie i zanim upłynęło dziesięć minut, była już na miejscu. Podziękowała nieznajomej, a gdy ta odjechała, dziewczyna podreptała do pustego domu. W piecu dawno wygasło, poczuła w powietrzu mroźny powiew. Rozebrała się więc szybko i wskoczyła do łóżka. Wokół panowała cisza, tylko antyczny zegar na ścianie miarowo odmierzał czas. Znów powróciły złe myśli, a sen nie przychodził. Szlochała więc w poduszkę, wyrzucając z siebie cały żal do świata. Żal o to, że umarła najukochańsza na świecie mamusia. Żal, że tata ją oszukał, że zostawił ją w tym domu i że czuła się tak samotna. Było tego znacznie więcej, ale postanowiła zapomnieć o reszcie, by jeszcze bardziej nie płakać. Zacisnęła zęby, łkając dalej, gdy nagle usłyszała jakieś kroki pod oknem. Otworzyły się drzwi i do środka ktoś wszedł. Nasłuchiwała. Serce załomotało, ale nie wiadomo, czy ze strachu, czy z oczekiwania. Może to tata? Może przyjechał, by mnie zabrać i wszystko wyjaśnić? – myślała.

Ktoś kaszlnął, chrząknął i wszedł do pokoju, w którym leżała. Zerwała się, będąc już pewna, że to nie tata.

– Kto tu?! – krzyknęła.

– Patrycja?

Usłyszała zdziwiony głos Zygmunta – ich sąsiada, który zapalił lampkę i przysiadł na brzegu łóżka.

– Nie zostałaś na weselu? Zobaczyłem palące się przez chwilę światło w kuchni, więc postanowiłem sprawdzić, czy to nie złodziej. Płaczesz?

W odpowiedzi znów zalała się łzami, bo zrobiło jej się jeszcze smutniej.

– Ojej, niedobrze! Czy ktoś ci sprawił przykrość?

Kiwnęła głową i chlipała dalej.

Zygmunt tymczasem nachylił się nad dziewczyną i spojrzał jej głęboko w oczy.

– Nie płacz, maleńka! Jesteś taka ładniutka, że aż żal człowieka bierze. Tutaj, w tym domu, nie zaznasz niczego dobrego, a ten drań się na ciebie wypiął. Gdybym go dorwał! – Mówiąc to, głaskał Patrycję po włosach, po policzkach, po plecach. Wraz z jego oddechem poczuła woń alkoholu. Miał na sobie odświętne ubranie, białą koszulę, krawat i sweter w serek skropiony wodą kolońską. Płakała już ciszej, urywanym głosem powiedziała, co ją spotkało, a on coraz bardziej się do niej przytulał. Jego palce wędrowały po jej ciele, wkradając się coraz bardziej w głąb pierzyny, aż pod flanelową koszulę.

– Panie Zygmuncie! Co pan mi robi? – zawołała, nic z tego nie rozumiejąc.

– Nic, słodziutka – westchnął. – Daj tylko dotknąć, nie zrobię ci przecież krzywdy. Będę się tobą opiekował, będę o ciebie dbał, o tak… Jesteś taka słodka, śliczniutka, w całej gminie nie ma takiej drugiej. Podobno twoja matka też była piękna, oj, piękna… Cudownie, oj, cudownie!

Zgasił lampkę i położył się obok. Pieścił jej dopiero co zarysowane piersi, brzuch, a potem zsunął rękę niżej, za pępek. Delikatnie odchylił majtki.

– Nie, proszę, błagam! Niech mnie pan zostawi!

– Jeszcze chwilkę, nic ci nie zrobię, nie będzie cię bolało, pozwól mi tylko potrzymać, jeszcze chwila, o tak, cudownie! – jęknął, wydał z siebie cichy okrzyk i zamilkł.

Chwilę trwało zanim wstał i poszedł do kuchni. Tam zapalił papierosa.

– Tylko nic nikomu nie mów! Niech to będzie nasza tajemnica! – rzucił na odchodne.

A komu miałaby o tym powiedzieć? – zapytała samą siebie przerażona. Kto by ją wysłuchał i uwierzył? Czy jest na świecie taka osoba? W tej chwili pomyślała o zmarłej matce, zatęskniła za nią tak bardzo, że poczuła ból w piersiach. Szlochając i zagryzając róg poduszki, powiedziała jej o tym wszystkim, co ją złego ostatnio spotkało. Kiedy to z siebie wyrzuciła, poczuła się lżej i prawie natychmiast zasnęła.

Śnieg padał całą noc weselną i cały kolejny dzień.

W poniedziałek po szkole Patrycja najpierw chwyciła łopatę i zaczęła odgarniać wjazd do bramy oraz ścieżkę wokół domu. Tereska spała po dwóch dniach weselnego szaleństwa, a Jaroszowa doglądała swojego gospodarstwa. Była zła od niedzieli.

Wówczas, gdy wróciła nad ranem, nie omieszkała wykrzyczeć Patrycji jej nieodpowiedzialnego zachowania. Naraziła swoją bezmyślnością rodzinę Jaroszów na kpinę, śmiech i spekulacje ze strony gości, jak to określiła Helena. Nie obchodziły jej tłumaczenia dziewczynki, że to nią nikt się nie zainteresował, że to one zostawiły ją pod kościołem w Kozienicach na pastwę losu. Swoje niezadowolenie babka okazała naburmuszoną miną, a także ostentacyjnym rzucaniem wszystkiego, gdzie popadło. Po ochłonięciu zdjęła bistorową garsonkę w kwiaty i kazała ją wyprać, a potem zażądała gorącego rosołu. Patrycja nie miała pojęcia, jak się to gotuje, a wolała już nie pytać, dlatego wyjęła oskubaną kurę z lodówki, wrzuciła ją bezpośrednio do gara z wodą i postawiła na kuchni. Osoliła, a następnie czekała, aż mięso będzie miękkie. Babka w międzyczasie zasnęła, ale jakież było jej zdziwienie, gdy po przebudzeniu zobaczyła w garnku obgotowany zsiniały korpus, a po rosole nie było śladu.

– Ty bezmyślny, niewdzięczny bachorze! – wykrzyczała Patrycji do ucha i nawet podniosła rękę, by ją uderzyć, ale akurat wszedł Zygmunt.

– Oj, a co ja widzę? Helenka zła? Co Helenka chce od dziewczyny? Co ona takiego złego zrobiła?

– Coo? – zaperzyła się babka. – A zobacz, co zostało z kury! Zobacz, co za rosół ugotowała ta gówniara! Przecież pies tego nie będzie chciał ruszyć! – rzuciła wzburzona.

– Najpierw trzeba mieć psa. A poza tym, daj jej spokój, to przecież dopiero dziecko, jeszcze się zdąży w życiu napracować! Sama wiesz, że do tej pory niczego dobrego nie zaznała, prawda?

Babka zamilkła, a słowa Zygmunta w widoczny sposób wywarły na niej wrażenie. Zapadła niezręczna cisza.

– Jak tam wesele? Pewnie się udało? – wtrącił, chcąc przestawić bieg rozmowy na inny tor. Trafił w dziesiątkę, bo chmurna twarz sąsiadki w sekundę się rozjaśniła.

– Oj, tak. Ach, Zygmusiu, czegóż tam nie było? Same najlepsze frykasy! W życiu czegoś takiego jeszcze nie widziałam! A jacy goście! Sami adwokaci, rejenci i wysocy urzędnicy! Gdybyś widział te złote spinki w mankietach, garnitury z najlepszych sklepów, suknie albo fryzury! Sama elegancja!

– Nie miałem pojęcia, że się Helenka na tym zna! – zakpił Zygmuś.

– A znam się, a znam! – odparła wesoło, biegnąc do kredensu.

Piała z zachwytu jeszcze chwilę, rozlała w międzyczasie po dwa kieliszki wódki, a kiedy wypili, sąsiad poszedł do roboty. Zaraz też wstała Tereska, pokręciła się bez celu po mieszkaniu i zaczęła gorączkowe przygotowania do poprawin.

Patrycja właśnie wracała z szopy, gdzie odstawiała łopatę do odgarniania śniegu, kiedy dostrzegła siedzącego na ławce ojca. Miał na sobie nowy elegancki płaszcz, spodnie w kant oraz skórzane buty ze szpicem. Pachniał, jakby wyszedł dopiero z perfumerii.

– Jak się czujesz? Wszystko w porządku? – zapytał.

Co mu miała odpowiedzieć? Najgorsze było to, że w sercu chowała tyle żalu i urazy. Już dawno planowała wykrzyczeć mu to wszystko, a gdy wreszcie teraz nadarzyła się ku temu okazja, stchórzyła. W dodatku tak na nią patrzył, jakby chciał powiedzieć: „Przepraszam”.

– Odniosłem wrażenie, że zadomowiłaś się tutaj na dobre, prawda?

Usiadła obok i końcem buta rysowała na śniegu dziwne figury. Milczała w dalszym ciągu. Czekała, aż powie: „Pakuj rzeczy, córeczko, jedziemy do domu!”, a tymczasem usłyszała:

– Spójrz tylko, co ci przywiozłem! To wszystko dla ciebie, same pyszności! Tort czekoladowy, makowiec, sernik, szarlotka…

– Dziękuję, ale nie mam na nic ochoty – rzuciła sucho, a po chwili nie wytrzymała i krzyknęła: – Tato, proszę! Zabierz mnie stąd! Obiecałeś przecież! – jej głos łamał się rozpaczliwie. – Tato, powiedz coś wreszcie!

– Uspokój się, córeczko, wszystko będzie w porządku, naprawdę. – Uśmiechnął się na potwierdzenie tych słów i wytarł z jej policzka łzę.

– Schudłaś, zmizerniałaś, kruszynko, ale musisz być dzielna. To jeszcze trochę potrwa, już niedługo, ale musisz dać Oldze więcej czasu, to dobra kobieta, tylko trochę… Pamiętliwa…

Nie rozumiała, o czym mówi ojciec, ale bała się spojrzeć mu w oczy. Spoglądała więc nieruchomo, jak podnosi się z ławki i otrzepuje ze śniegu swój nowy zimowy płaszcz.

– Tato! – wyrwało jej się z piersi. – Nie odchodź jeszcze, dopiero co przyszedłeś!

Wyczuła napięcie oraz zdenerwowanie na jego twarzy.

– Muszę już iść! – rzucił niecierpliwie. – Niedługo przyjadę, a wtedy zostanę dłużej.

Nie czekał już na to, co powie Patrycja, tylko cmoknął ją w czoło, wyprostował się i ruszył z wyraźną ulgą na twarzy w stronę furtki, gdzie we wjeździe stał zaparkowany czarny błyszczący mercedes.

Październik 1991

Pociąg zatrzymał się ze zgrzytem. Patrycja otworzyła oczy, odrywając myśli od wspomnień. Przedział niemal opustoszał, za to przejście w wagonie pociemniało od tłumu usiłującego przedostać się do wyjścia.

– Jaka to stacja, mamusiu? Daleko jeszcze do domu? – zapytała ta sama dziewczynka, która wcześniej znalazła długopis.

– Toruń, Małgosiu – odparła ładna kobieta, głaskając dziecko pieszczotliwie po włosach.

– Czy to jest ten sam Toruń, w którym urodził się Kopernik?

– Tak, córeczko, dokładnie ten sam. A wiesz, z czego jeszcze słynie Toruń? – spytała.

– Z pierników – odparła Małgosia bez namysłu. – I z krzywej wieży, i…

– Bardzo ładnie! – Zachwycona mama klasnęła w dłonie, a następnie pocałowała pociechę w policzek.

– Mamusiu, a czy daleko jeszcze do domu?

– Nie, kochanie, jesteśmy już bardzo blisko, została nam jeszcze jakaś godzina drogi.

– A czy myślisz, mamusiu, że tatuś i Przemek będą na nas czekali na dworcu? Tak bym chciała, by Przemek przyszedł ze swoją dziewczyną, bardzo ją polubiłam. Jest taka wesoła i bardzo ładna, ale on tak często zmienia dziewczyny – dodała ze smutkiem.

Patrycja zamarła na dźwięk tego imienia. Do pewnego czasu kojarzyło jej się z czymś najsłodszym na świecie, ale nie teraz. Osunęła się na oparciu kanapy, wzrok znów powędrował za okno. Tam, w uciekającym krajobrazie, zaplątał się jeszcze jeden kadr z życia.

Wiosna 1985

Pewnego dnia, a było to wczesną wiosną, babka kazała Patrycji ciepło się ubrać, przygotować kanapki oraz termos z herbatą.

– Pojedziesz ze mną na targ! – rozkazała Helena. – Będziesz pilnowała wozu i konia!

– A szkoła? Dzisiaj miała być klasówka z historii!

– Szkoła nie zając, nie ucieknie! Klasówkę napiszesz innym razem!

Wóz był stary, rozdygotany, a za siedzenie służyła w nim drewniana deska wsunięta między zakładki. Leciwa gniada klacz ciągnęła go pustymi ulicami, a odgłosy podkutych kopyt odbijały się głuchym echem po asfalcie. Ranek był jeszcze chłodny, ale nad horyzontem skrzyła się już złotawa, promienista łuna będąca zapowiedzią ciepłego dnia.

Kiedy dotarły na miejsce, Patrycja ze zdumieniem dostrzegła tłum ludzi, dziesiątki zaprzęgów, samochody, a także zwierzęta. Jedni przyjechali kupić, inni – sprzedać. A nabyć można było dosłownie wszystko: paszę, nasiona, zboże, warzywa, nawozy, wyroby z wikliny, drzewa, metalu, a także zwierzęta hodowlane i tym podobne rzeczy. Jaroszowa ściągnęła lejce, a podając je Patrycji, zsunęła się z wozu. Z zadziwiającą zręcznością staruszka rozejrzała się dookoła i gdzieś pobiegła. Dziewczynka przyglądała jej się ze zdziwieniem.

Na co dzień Jaroszowa uskarżała się na swoje zdrowie, zwykle powolna, ociężała, a tutaj wręcz przeciwnie – żywioł. Była pokaźnej tuszy, niewysoka, ubrana w szarą watowaną kurtkę, plisowaną spódnicę sięgającą połowy łydki, na nogi wsunęła gumiaki, głowę zaś obwiązała kwiecistą chustką z frędzlami. Wyglądała śmiesznie i bardzo niegustownie.

Patrycja skuliła się z zimna, drewniana deska zaczęła ją uwierać w pośladki. Tłum ludzi przelewał się bez przerwy, ale głównym ośrodkiem handlu był plac usytuowany kilkanaście metrów dalej. Tam właśnie pobiegła babka i zaginęła. Czas wydłużał się. Dziewczynę przestał interesować jarmarczny zgiełk, więc wróciła myślami do szkoły. Skupiła się na Ewie; na tym, że po szkole planowały pójść na spacer nad rzekę. Nagle, tuż za plecami, rozległ się warkot motoru. Mimo woli Patrycja obejrzała się za siebie. Zobaczyła, jak kierowca pojazdu w skórzanej kurtce zdejmuje kask i wkłada go do kufra na tylnym kole. To nie był zwykły motor, jakim jeździli chłopcy we wsi, ale czerwony połyskujący odrzutowiec upstrzony kolorowymi napisami, zaopatrzony w lusterka i szare metaliczne osłony. Gdzieś już widziała tego chłopaka; ten czarny rozwiany włos, śniadą cerę, zuchwały uśmiech.

Jasne! Był na ślubie u ojca! Eureka! – przypomniała sobie w tym momencie słowa Ewy o synu Adama i zamarła w bezruchu. Po chwili on wkręcił się w tłum, znikając dziewczynce z oczu.

Wkrótce dostrzegła babkę człapiącą w jej kierunku. Obok staruszki szedł mężczyzna z taczką załadowaną workami nawozu. Gdy dotarli na miejsce, wrzucił je między deski, aż wóz jęknął głośno, pomocnik ukłonił się grzecznie i odszedł. Helena westchnęła ciężko, sapnęła, smarknęła. Wtem, jak spod ziemi, wyrósł obok nich ten sam bujnowłosy przystojniak. Uśmiechnął się, a także szarmancko pocałował dłoń babki. Patrycja miała okazję przyjrzeć mu się z bliska.

To wszystko działo się obok, ale jej jakby nie dotyczyło. Chłopak miał zielone oczy i zarysowane ładną linią usta. W uśmiechu pokazywał równe białe zęby.

– Co ty tu robisz, Przemku? – zapytała babka.

– Ja? – Widać było, że jest zmieszany i zaskoczony spotkaniem. – Przyjechałem kupić mamie porządną miotłę.

– Miotłę? – zdziwiła się. – A po co jej miotła, wybiera się gdzieś? – Jaroszowa wysiliła się na kiepski żart.

– Właściwie to nie jej tylko panu Andrzejowi do zamiatania wjazdu i podwórka.

– Rozumiem. – Pokiwała głową babka, choć kłębiące się myśli nie dawały jej spokoju.

Staruszka była nieprzyzwyczajona do takiego zbytku. Od zawsze musiała się liczyć z każdym wydanym groszem, natomiast Zielińscy wydawali aż nadto. Zatrudniali sprzątaczkę, ogrodnika, kogoś od zamiatania podwórka, za nic nie mogła tego pojąć. Po kilku grzecznościowych zdaniach babka pożegnała chłopca, prosiła, by przekazał wszystkim pozdrowienia i wdrapała się po dyszlu na zydel.

Patrycja przez chwilę czuła na sobie jego spojrzenie. Skuliła się, a wzrok utkwiła w workach z nawozem.

– Wio, Gniada! – Jaroszowa szarpnęła lejce, cmoknęła i wóz potoczył się ociężale, skrzypiąc.

Dochodziło południe, rozbuchane słońce wisiało wysoko ponad głowami. Gorące promienie przedzierały się snopem przez korony drzew i ślizgały po czarnej nawierzchni drogi. Klacz tymczasem człapała wolno, klaszcząc równomiernie podkutymi kopytami.

– Wio, Gniada! Dalej, no! Czego się tak ociągasz? W chałupie jeszcze tyle roboty!

Patrycja przeniosła się na deski wozu, gdzie między workami z nawozem i szmatami wymościła sobie dość wygodne miejsce. Tam czuła się zdecydowanie lepiej, choć wciąż było jej smutno. Tęskniła za czymś, czego nie znała. Miała nadzieję, że nie sprawił tego zuchwały, wbity w nią wzrok chłopca, który tak bardzo przypominał jej ojca. Ten fakt zaniepokoił ją jeszcze bardziej.

Wysoko, nad jej głową, pomiędzy rozchylonymi gałęziami, przez które przebijało się światło, pływały sobie lekkie, pierzaste obłoczki. Mogła na nie patrzeć, mrużąc oczy. Jeden przypominał jej olbrzymią głowę psa, inny ziejącego ogniem smoka, a jeszcze inny śpiącą królewnę. Co rusz przybierały różne kształty, budząc w niej nową ciekawość.

– Co tak siedzisz naburmuszona? Stało się coś?

Nie usłyszała pytania, dopiero kiedy babka odwróciła się, krzycząc jej do ucha, natychmiast poderwała się z miejsca.

– Co jest?

– Nie śpij! Zaraz będziemy w domu, a tam czeka robota!

– Robota? – powtórzyła bezwiednie. – Jaka robota?

– Jak to jaka?! – wrzasnęła tym razem. – Kartofle z kopca trzeba wybrać! Czas już!

– Ach tak, jak trzeba, to trzeba… – dodała cicho.

W głębi duszy miała nadzieję, że znajdzie go również trochę dla siebie. Musiała powtórzyć matematykę i ostatni temat z historii. Teraz wiedziała, że może o tym zapomnieć.

Bat świsnął niemal nad jej głową, gdy Jaroszowa znów ponowiła popędzanie konia.

– Wio, Gniada! Wio!