Pocałuj mnie wiosną - Emily March - ebook
lub
Opis

Mężczyzna z przeszłością. Kobieta szukająca swojego miejsca. Wiosna, która niespodziewanie wedrze się w ich serca

Caitlin Timberlake osiągnęła szczyt drabiny zawodowej w Nowym Jorku. Oszałamiająca kariera nie zaspokoiła jednak jej ambicji. W głębi duszy chciała zmieniać świat, a nie projektować narzuty – nawet jeśli były warte tysiące dolarów. Kiedy rzuca wszystko i wraca do rodzinnego Eternity Springs, poznaje Josha. Odkrywa, że chce jeszcze czegoś. Caitlin pragnie Josha. Niestety, on ma inne plany. Gdyby wszystko ułożyło się inaczej…

Josh to przystojny mechanik, który próbuje odciąć się od swojej przeszłości w malowniczym Kolorado. Spotkanie z piękną Caitlin rozpala jego zmysły i porusza serce, ale już dawno obiecał sobie, że z nikim się nie zwiąże. Kiedy dopadają go demony przeszłości, wpada w tarapaty i może utracić wszystko, na czym mu zależy. Czy miłość i determinacja Caitlin wystarczą, by go uratować?

Kiedy przestajesz się bać miłości, w twoim sercu zaczyna się wiosna

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 374

Popularność


Billowi i Mary Litty, z którymi przyjaźń łączy mnie więcej lat, niż chcę liczyć. Wasza przyjaźń to jedno z prawdziwych błogosławieństw w naszym życiu. Bill, przykro mi, że nie wyszło z okładką. Na razie. Ja dalej piszę…

Słowa uznania dla bestsellerowej autorki „New York Timesa” Emily March i jej powieści z serii Eternity Springs

Dzięki namiętności, gorącej miłości i chwilom prawdy trafiającym prosto w serce Emily March zabiera czytelników w podróż, w trakcie której grzechy ulegają odkupieniu, a przed bohaterami rysuje się o wiele piękniejsza przyszłość.

– „USA Today”

Doskonała pisarka tworzy świat, którego w ogóle nie chce się opuszczać.

– Susan Mallery

autorka bestsellerów z list „New York Timesa”

Płynąca prosto z serca opowieść o rodzinie, społeczności małego miasteczka, drugich szansach i potędze miłości… Nie przegapcie jej!

– Susan Wiggs

autorka bestsellerów z list „New York Timesa”

Historia chwytająca za serce i dająca mnóstwo satysfakcji. Koniecznie odwiedźcie Eternity Springs.

– Lisa Kleypas

autorka bestsellerów z list „New York Timesa”

Przesympatyczni bohaterowie, świat, w którym pragniesz się znaleźć, i historie dotykające czułych strun w sercu. Brawo, Emily March. Kocham Eternity Springs.

– Christina Dodd

autorka bestsellerów z list „New York Timesa”

Napawająca optymizmem opowieść o odwadze i odkupieniu, która zachwyci czytelników.

– „Publishers Weekly”

Kartka z pamiętnika

Mówili mi, że jestem aniołem.

Twierdzili, że śpiewam jak anioł i że jestem takim ładnym dzieckiem z różowymi policzkami, jasnymi loczkami i dużymi oczami, które zależnie od światła przybierały odcień jasnego błękitu albo szarości. Miałem rzęsy stające się przedmiotem zazdrości każdej kobiety, która mnie zobaczyła, i promienny uśmiech.

Byłem także bystry. Bez problemu uczyłem się wierszyków na pamięć i pięknie je deklamowałem. Taki utalentowany. Miałem to we krwi, tak mówili. Rodzinny talent.

Wiodłem takie magiczne życie. Podróże, sława i pieniądze. Obiekt zazdrości.

Miałem pięć lat, kiedy uderzył mnie po raz pierwszy.

Dom.

Caitlin Timberlake wyszła z terminala regionalnego lotniska w Telluride i wykonała niespieszny obrót, delektując się rozciągającym się przed nią widokiem. Region Western Slope w stanie Kolorado był światem poszarpanych, skalistych szczytów i lodowato zimnych strumieni pełnych srebrzystych ryb, bosko smakujących, kiedy upiekło się je nad ogniskiem na śniadanie. Majestatyczne góry San Juan prezentowały latem feerię barw – wzgórza zieleni i złota, czerwone skały i alpejskie łąki usłane niebieskim, różowym, fioletowym i żółtym kwieciem.

Dom.

Wciągnęła do płuc czyste górskie powietrze pachnące sosnami i jodłami i poczuła, że jej ciało opuszcza nagromadzone w nim napięcie.

Dom.

Większość czasu podczas ostatnich ośmiu lat mieszkała w Nowym Jorku, w zgiełku i zamęcie wielkiego miasta, urabiając się po łokcie jako projektantka tekstyliów. Specjalizowała się w projektowaniu tkanin pościelowych i choć lubiła twórcze aspekty swojej pracy, nie do końca czuła się w niej spełniona. Bądź co bądź ładne narzuty nigdy nie zmienią świata, a Caitlin pragnęła, aby jej praca była znacząca. Aby jej życie było znaczące.

Jej niezadowolenie narodziło się w chwili, kiedy się dowiedziała, że jej brat Chase zaginął w rozdartej wojną części świata, a w ciągu kolejnych tygodni tylko przybrało ono na sile. Jego bezpieczny powrót do domu wcale nie zdusił tego uczucia. W tym trudnym okresie zbyt wiele dowiedziała się o sobie i swoich pragnieniach.

Przede wszystkim dotarło do niej, że za dużo czasu spędza tysiące kilometrów od tych, których kocha. Trochę trwało, nim zrozumiała, co chce z tym zrobić, a jeszcze dłużej – zrealizowanie tego. Nie pokonała wszystkich przeszkód, ale jeszcze nigdy nie była tak blisko stania się własną dobrą wróżką i spełnienia części życzeń.

Zrobiła głośny wydech, uśmiechnęła się i oznajmiła:

– Witaj, Kolorado. Stęskniłam się.

Gotowa była przysiąc, że usłyszała, jak wiatr szepcze w odpowiedzi: „Witaj w domu, Caitlin”.

– Robię to, co należy – rzekła do siebie. Gdyby tylko potrafiła przekonać do tego swoją matkę...

Cóż, na to przyjdzie pora jutro, kiedy już usunie z drogi przeszkody i weźmie czarodziejską różdżkę do ręki. Dzisiaj zamierzała wejść w tryb druhny.

Do Denver przyleciała wczoraj po pracy i noc spędziła w hotelu przy lotnisku. Poranny lot do Telluride okazał się punktualny, a teraz czekał na nią hotelowy transport. Po batalii z torebką na ramię, torbą na laptopa i dwiema walizkami wypełnionymi rzeczami absolutnie niezbędnymi druhnie, miała ochotę wycałować sympatycznego kierowcę vana, który najpierw jej się przedstawił, a następnie uwolnił ją od nieporęcznych bagaży.

Swój udział mógł mieć w tym także fakt, że Will Gustophsen okazał się przystojny i był mniej więcej w jej wieku.

Przed rokiem, kiedy Stephanie Kingston, jej przyjaciółka ze studiów, poprosiła ją o bycie druhną na jej ślubie, Caitlin zgodziła się bez wahania. Żałowała jedynie, że nie dowiedziała się wcześniej o tych wszystkich rzeczach, które Steph chciała, aby ze sobą zabrała, bo wtedy wysłałaby wszystko pocztą.

– Na długo przyjechałaś? – zapytał Will, wkładając jedną z walizek do bagażnika.

– Bo mam tyle bagażu? – Caitlin uśmiechnęła się z żalem i wyjaśniła: – Przyjechałam na ślub.

– Ach. W takim wypadku tych bagaży wcale nie ma tak dużo.

Kiedy już wszystko znalazło się w bagażniku, wsiadła do vana. Była jedyną pasażerką, więc mogła przebierać w miejscach. Zapięła pasy, szykując się na krótką jazdę do hotelu.

Kierowca skręcił w Last Dollar Road, kierując się w dół wysokiego wzgórza.

– Skąd jesteś? – zapytał.

– Stąd. Cóż, to znaczy nie z Telluride. Wychowałam się w Denver. Ale studiowałam w Tennessee, a potem się przeprowadziłam do Nowego Jorku.

– Powinienem gratulować czy współczuć?

Caitlin się roześmiała.

– Cieszę się, że tego doświadczyłam. Jestem jednak gotowa na powrót do domu.

– Do Denver?

– Nie. – Jej spojrzenie skupiło się na niewielkiej miejscowości leżącej w rozpościerającej się dolinie. – Polubiłam małe górskie miasteczka.

Will Gustophsen spojrzał w lusterko wsteczne i sugestywnie poruszył brwiami.

– Błagam, powiedz mi, że zamieszkasz w Telluride.

Jego wyraźne zainteresowanie podziałało jak ciepły kompres na jej serce, nadal obolałe po rozstaniu w Boże Narodzenie. Doug Wilkerson co prawda nie złamał jej serca, kiedy ją porzucił, ale na pewno je poobijał.

– Wątpię. To miejsce jest dla mnie ciut za drogie. Poza tym mam rodzinę w Eternity Springs.

– To przyjemne miasteczko, ale Telluride także. Da się tu żyć bez rozbijania banku. Trzeba jedynie mądrze to rozegrać. – I zaczął zachwalać swoją miejscowość z takim zapałem, jakby pracował dla Izby Handlu.

Caitlin nie mogła nie przyznać mu racji. Widoki były spektakularne, a wymieniane przez niego atrakcje niezwykle kuszące. Kiedy jechali do hotelu w Mountain Village – przyjaznym kurorcie w europejskim stylu, wybudowanym ponad Telluride i połączonym z niegdyś górniczą miejscowością za pomocą kolei gondolowej – nie mogła się doczekać, aż się wybierze na wycieczkę krajoznawczą. W tej części Kolorado po raz ostatni była jako dziecko i zakładała, że wiele się od tamtego czasu zmieniło. Ze Stephanie miała się spotkać dopiero za kilka godzin, więc na razie mogła się spokojnie pobawić w turystkę.

– Pracę kończę o szóstej – rzekł Gustophsen. – Chętnie oprowadzę cię po okolicy. Postawię kolację.

– Dziękuję bardzo. – Miło było wpaść w oko przystojniakowi. – Ale obawiam się, że mam już plany na wieczór. Po południu przyjeżdża panna młoda i cała akcja nabierze tempa.

Głośno westchnął.

– Takie już moje szczęście.

I tak reszta drogi upłynęła im na przyjaznej pogawędce. Pod hotelem kierowca wypakował bagaż z vana i dał jej swój numer na wypadek, gdyby plany się zmieniły, ona zaś wręczyła mu hojny napiwek i podziękowała za serdeczne powitanie.

Po zameldowaniu się i rozlokowaniu w swoim pokoju Caitlin poświęciła trochę czasu na odpisywanie na służbowe maile. Niektórych aspektów pracy będzie jej brakować, ale na pewno nie listy wiadomości wymagających jej nieustannej uwagi.

Po ugaszeniu służbowych pożarów zamknęła laptop, wzięła kapelusz oraz krem z wysokim filtrem i wyszła z hotelu. Pospacerowała po terenie Mountain Village, będąc pod wrażeniem stylu i elegancji tego kurortu. Jednak jak w domu poczuła się dopiero wtedy, kiedy zjechała gondolą do Telluride i pochodziła sobie uliczkami, czytając historyczne tablice, zaglądając do sklepów i porównując je z tymi w innym małym, historycznie górniczym miasteczku bliskim jej sercu.

W Eternity Springs może i nie było gondoli oraz stoków narciarskich, ale wynagradzały to piekarnia, sklepik z ręcznie robionymi mydłami i sklep ze świątecznymi dekoracjami. Ludzie z całego kraju przyjeżdżali, aby zrobić zakupy w galerii sztuki Vista’s i w studiu szkła Whimsies, a należąca do jej matki Yellow Kitchen była najlepszą pięciogwiazdkową restauracją w Kolorado.

Nie mogła się doczekać, kiedy tam pojedzie.

Zjadła lunch w tajskiej knajpce poleconej przez kierowcę, a na deser zafundowała sobie lodowy rożek czekoladowy. Siadła z nim na ławce w parku niedaleko stacji gondolowej i obserwowała ludzi.

W ten sierpniowy weekend w miasteczku roiło się od turystów i miejscowych cieszących się popołudniowym słońcem. Uśmiechnęła się, kiedy obok niej przemknęli na rowerach górskich dwaj – na oko – dziesięcioletni chłopcy; ich ubłocone ubrania świadczyły o wesołym, beztroskim zjeździe z góry w takim samym stopniu, jak radosne uśmiechy.

Szkoda, że cały weekend miała zajęty ślubem, bo też chętnie by pojeździła na rowerze. Imponował jej fakt, że kurortowi narciarskiemu udawało się znaleźć sposoby na przyciąganie turystów po sezonie – sportowców i odważnych nastolatków. Dzięki temu małe górskie miasteczka cieszyły się całoroczną popularnością, a to wspierało lokalną gospodarkę.

Wiedziała, że na ten sukces trzeba sobie zapracować. Miała okazję być świadkiem rewitalizacji Eternity Springs i widziała, jak ludzie pracują ramię w ramię, aby żyło im się lepiej.

Eternity Springs. To zabawne, jak bardzo to małe miasteczko ją do siebie przywoływało. To nie było nawet jej miasto rodzinne. Po raz pierwszy zjawiła się tam dopiero, kiedy po jej wyjeździe na studia rodzice postradali zmysły i podjęli decyzję o separacji, a matka uciekła z domu.

Jej myśli przerwał dzwonek komórki. Wyjęła ją z plecaka i zerknęła na wyświetlacz. Stephanie. Za pół godziny miały się spotkać w Mountain Village.

– Cześć, panno młoda.

– Hej, Cait. Nie uwierzysz, co się stało. Nasz samolot z Logan miał spóźnienie i nie zdążyliśmy się przesiąść na kolejny. Do Telluride dotrzemy dopiero późnym wieczorem.

– O nie. – Przez głowę Caitlin przemykały potencjalne konsekwencje opóźnienia. – Co miałaś zaplanowane na dzisiaj? Jak mogę pomóc?

– Nic się dzieje. Na szczęście uwzględniłam spory zapas czasu w grafiku. Tyle że jestem rozczarowana, że nie spędzimy razem popołudnia, no i oczywiście szkoda mi wspólnej kolacji z George’em i Nathanem. Nathan czekał niecierpliwie na możliwość spotkania z tobą, nim damy nura w ten weselny szał. Bo jutro będzie istne szaleństwo, zobaczysz.

Odkąd Doug rzucił Caitlin, Stephanie próbowała ją umówić z kolegą z pracy. Tyle że zawartość jego konta na Instagramie okazała się mocno zniechęcająca i Caitlin nie była po prostu zainteresowana. Niestety Stephanie trudno było odwieść od czegoś, co sobie raz postanowiła, a uważała, że Caitlin i Nathan są dla siebie stworzeni – mimo że ona mieszkała w Nowym Jorku, a on w Miami. Caitlin uznała, że opóźnienie samolotu przyjaciółki to w sumie błogosławieństwo.

– Nic się nie martw, Steph. W październiku obie przylecimy na ślub Marshy. Możemy zrobić sobie wtedy dłuższy urlop.

– Dobry pomysł. A może ty i Nathan znajdziecie jutro czas na wspólnego drinka. Może uda się go wcisnąć po naszym spa i golfie chłopaków. Nie chcę, aby ominęła cię możliwość zapoznania się z nim. Telluride to takie romantyczne miejsce.

Caitlin zamknęła oczy i zdusiła westchnienie.

– Telluride rzeczywiście jest piękne, Steph. Wybrałaś sobie cudowne miejsce na ślub. No i zapowiadają fantastyczną pogodę na sobotę.

Omówiły to, czym muszą się zająć jutro. Na zakończenie Steph rzekła:

– Jeśli tak się akurat złoży, że dziś wieczorem poznasz wysokiego, ciemnowłosego i przystojnego nieznajomego, spokojnie możesz go zaprosić na ślub. Sześć osób w ostatniej chwili odwołało swój przyjazd, a wszystko jest już i tak opłacone.

– Sądziłam, że to Nathana masz dla mnie na oku.

– Owszem, ale odrobina rywalizacji nie zaszkodzi.

Rozmyślanie o braku życia uczuciowego popsuło Caitlin dzień. Może powinna jednak skorzystać z propozycji kierowcy vana. Kiedy schowała telefon do plecaka, jej spojrzenie padło na parę mniej więcej w jej wieku, idącą za ręce chodnikiem i kradnącą sobie buziaki. Tym razem nie udało jej się zdusić westchnienia.

Była sama. Znowu. Nadal. Jak to się stało, że mieszkała i pracowała w mieście liczącym ponad osiem milionów mieszkańców, a zawsze czuła się samotna? Nawet kiedy się z kimś spotykała. Była zmęczona udawaniem, że jest inaczej. Zmęczona udawaniem, kropka. Nie ulżyło jej ani trochę, kiedy po ośmiu miesiącach umawiania się Doug posadził ją na sofie i uraczył gadką o pozostaniu przyjaciółmi.

Kiedy tak siedziała w górskim miasteczku i rozmyślała o związkach, jej myśli nieuchronnie pomknęły ku rodzicom. Z perspektywy czasu Caitlin wiedziała, że niepotrzebnie tak surowo potraktowała swoją mamę, kiedy Ali uciekła do Eternity Springs. Jeśli Ali Timberlake czuła w tamtym czasie coś podobnego do tego, czego Caitlin doświadczała teraz, to potrafiła zrozumieć zachowanie mamy. Ali próbowała się wtedy tłumaczyć, używając określeń: „brak spełnienia”, „pragnienie czegoś więcej” i „niechęć do ustatkowania się”. Ale Caitlin nie chciała jej słuchać. Przez jakiś czas jej ojciec także.

Ali nie pozwoliła jednak, by ktoś ją powstrzymał. Porzuciła Maca, porzuciła Denver i w końcu otworzyła restaurację w Eternity Springs. Nawiązała nowe przyjaźnie i znalazła dla siebie miejsce w lokalnej społeczności. Udowodniwszy samej sobie, że potrafi żyć bez Maca, zrozumiała, że kontynuowanie tego to ostatnie, czego chce. Mac, mieszkający samotnie w Denver, doszedł do takiego samego wniosku.

– I wszystko dobre, co się dobrze kończy – mruknęła Caitlin, odrywając wzrok od kochanków. Wyglądało na to, że podejmując decyzję o separacji, jej rodzice wcale nie postradali zmysłów.

Dokończyła lodowy rożek, oblizała lepkie palce i uznała, że dość ma zwiedzania. Wróci do hotelu, może wskoczy w strój kąpielowy i trochę popływa w basenie. A może się przebierze, wynajmie rower i będzie się zachowywała jak czternastoletni chłopiec.

Udała się do stacji gondolowej i stanęła w kolejce. Za nią ustawiła się grupka turystek w wieku studenckim. Śmiały się, głośno rozmawiały i niewątpliwie zalatywało od nich trawką.

Caitlin zrobiła krok do przodu, a kiedy pracownik stacji otworzył przed nią drzwi, niewybredny język dwóch dziewczyn za nią sprawił, że jednak się zawahała. Odsunęła się na bok.

– Niech jadą pierwsze.

Turystki zachichotały i potykając się, wpadły do kabiny. Pracownik stacji spojrzał na Caitlin i przewrócił oczami, po czym zamknął drzwi.

Kiedy patrzyła, jak zbliża się następna gondola, usłyszała za sobą męski głos:

– W tej akurat można przewozić zwierzęta. Mam nadzieję, że nie przeszkadza pani dzielenie jej z moim psem?

Caitlin obejrzała się przez ramię i zobaczyła wysokiego mężczyznę z rozjaśnionymi słońcem ciemnymi włosami i wysokimi kośćmi policzkowymi. Ale to jego oczy przykuły jej uwagę. Okolone długimi, gęstymi rzęsami miały kolor wiosennego nieba w trakcie burzy i były doprawdy urzekające. Wpatrywała się w nie nieco za długo.

Co on powiedział? „Z moim psem”?

– Kocham psy.

Zażenowana w końcu oderwała spojrzenie od tych przepięknych oczu i skierowała je na psa. Jako że zapytał, czy nie będzie jej przeszkadzała obecność czworonoga, spodziewała się dużego, włochatego i groźnie wyglądającego psiska. Zamiast tego ujrzała małą, rudą, długowłosą jamniczkę z tylnymi łapkami wspartymi na psim wózku inwalidzkim.

Gorąca blondynka cała się rozpłynęła. Zawsze tak się działo. Josh Tarkington uważał, że to jeden z niewielu plusów bycia właścicielem psa ze złamanym kręgosłupem.

– O nie. – Jej zielone jak mech oczy złagodniały, a pełne usta ułożyły się w literę „o”. – Co mu się stało?

– Jej – poprawił ją Josh. W tym momencie podjechała gondola i pracownik stacji otworzył dla nich drzwi. – To dziewczyna. Zeskoczyła z sofy i wylądowała na podłodze tak nieszczęśliwie, że jest sparaliżowana od połowy kręgosłupa w dół.

– Jakie to smutne – westchnęła blondynka, wchodząc do kabiny i siadając.

– Ta dziewczynka jest bardzo radosna. – Josh wziął suczkę na ręce wraz z wózkiem i posadził ją na miejscu naprzeciwko nieznajomej. Zdjął plecak, usiadł obok psa i się uśmiechnął. – Kobieta, która była jej właścicielką, kiedy doszło do wypadku, mówiła, że Penny miała depresję przez jakieś trzy dni, ale potem wrócił jej dobry humor.

Spora grupa dzieci i dorosłych zdecydowała się zaczekać na następną gondolę, żeby móc jechać razem, więc pracownik stacji zamknął drzwi.

– Ma na imię Penny? – zapytała nieznajoma.

Przytaknął, a kiedy wyciągnęła rękę do jamnika, żeby ten mógł ją obwąchać, Josh dostrzegł, że na lewej dłoni nie ma obrączki.

– Miedziana Penny. A tak w ogóle to jestem Josh.

Uniosła wzrok znad psiaka i uśmiechnęła się promiennie.

– Miło cię poznać, Josh. Mam na imię Caitlin.

– Jesteś stąd, Caitlin, czy przyjechałaś z wizytą?

– Przyjechałam na ślub przyjaciółki ze studiów. Mieszkam w Nowym Jorku. A ty?

– W ten weekend bawię się w turystę. To moja pierwsza wycieczka do Telluride.

– Nie byłam tu od lat. Jest pięknie, prawda?

– Zdecydowanie – odparł, nie odrywając od niej wzroku.

Sądząc po jej uśmiechu i nagłym spuszczeniu powiek, jego subtelny flirt nie uszedł jej uwadze.

– Od jak dawna masz tę słodką Penny? – zapytała, ponownie skupiając się na psie.

– Od niecałego miesiąca. Jej właścicielka musiała się przenieść do domu opieki, gdzie nie wolno trzymać psów, więc poprosiła naszego miejscowego weterynarza o znalezienie Penny domu. Wybrałem się do centrum adopcyjnego po odpowiedniego męskiego psa. Nadal nie wiem, jak to się stało, że wyszedłem stamtąd z kaleką psiną.

– Najwyraźniej potrzebowałeś odrobiny szczęścia.

Josh potrzebował kilku sekund, żeby zrozumieć aluzję.

– Ach, masz na myśli to powiedzenie: „Widzisz pensa, to go podnieś”?

– „A przez dzień cały szczęście mieć będziesz” – dokończyła Caitlin.

– Coś w tym jest. Udało mi się dzielić gondolę z piękną kobietą zamiast stojącymi za mną biwakowiczami. Czuć było, że dawno nie brali prysznica.

– Pochlebia mi to – odpowiedziała, a po krótkim milczeniu dodała: – Chyba.

Gondola wyjechała ze stacji i zaczęła się wspinać ponad zboczem.

Josh nachylił się i rzekł poważnie:

– Obawiam się, że nie jestem zbyt dobry, jeśli chodzi o pochlebstwa. Mam w zwyczaju palnąć coś głupiego, kiedy tylko próbuję flirtować.

Na jej twarzy błąkał się uśmiech.

– Czy to próba flirtowania?

– Kiepski w tym jestem, wiem. – Posłał jej swój firmowy, zażenowany uśmiech. Znowu zrobiła maślane oczy. „Kurde, dobry jestem”.

Ale po chwili Caitlin zmrużyła powieki.

– Właściwie to myślę, że najpewniej jesteś w tym dobry.

„I mnie przyłapała”.

– Prawdę mówiąc… – Skrzyżowała ręce na piersi i przyjrzała mu się uważnie. – Mam dwóch starszych braci. Wiem, jak to działa. Ten pies jest w ogóle twój?

Josh się wyprostował i odparł z nutką urazy w głosie:

– Insynuujesz, że wykorzystuję kalectwo Penny do podrywania kobiet?

W jej oczach zabłysło rozbawienie.

– Zanim poznali swoje żony, moi bracia zrobiliby coś takiego bez mrugnięcia okiem. Stephen raz pożyczył szczeniaka, żeby zwrócić na siebie uwagę pewnej dziewczyny.

Josh się zaśmiał.

– Okej, możliwe, że nie uszedł mojej uwadze fakt, iż Penny pomaga przełamać lody, ale to rzeczywiście mój pies. Drogi w utrzymaniu.

A potem wyciągnął asa z rękawa. Nie poznał jeszcze kochającej psy kobiety, na której nie zrobiłby wrażenia fakt, że utrzymywanie Penny w zdrowiu oznaczało ręczne opróżnianie jej pęcherza trzy razy dziennie.

– Okej, nigdy bym o tym nie pomyślała – powiedziała Caitlin. – To dopiero oddanie.

Codzienną psią kąpiel postanowił zachować na później.

– Warta jest tego. To naprawdę słodki psiak. A ty masz jakieś zwierzę?

– Nie. W moim mieszkaniu nie ma miejsca na nic większego od rybki, a poza tym zbyt często wyjeżdżam służbowo.

– Czym się zajmujesz?

– Jestem projektantką tekstyliów. – Podała nazwę słynnego domu mody, dla którego pracowała, i pokrótce wyjaśniła zakres swoich obowiązków.

Zrobiło to na nim wrażenie.

– A więc jesteś artystką. Twórczy ludzie zawsze mnie intrygują. Pracujesz ze szkicownikiem czy komputerem?

– Jednym i drugim. Najczęściej zaczynam od szkiców, ale większość projektowania odbywa się na komputerze.

– Myślę, że stworzenie czegoś od zera daje sporo satysfakcji. Założę się, że fajnie jest widzieć swoje dzieło w sklepach.

Caitlin obdarzyła go promiennym uśmiechem.

– To prawda. Niesamowicie byłam podekscytowana, kiedy stało się to po raz pierwszy. Znałam datę wypuszczenia mojej kolekcji. Przyleciała moja matka i razem udałyśmy się do Macy’s. – Zaśmiała się cicho i dodała: – Kupiła po jednym egzemplarzu z każdego projektu, a potem uczciłyśmy to szampanem. Ona chyba nawet cieszyła się bardziej niż ja. Ale dość już o mnie. A ty? Czym się zajmujesz?

– Jestem mechanikiem samochodowym. Pracuję na własny rachunek. Na początku roku otworzyłem swój warsztat.

– Rewelacja. Marzę o pracy dla samej siebie.

– Bycie swoim szefem daje satysfakcję, ale to także niesamowicie ciężka praca, którą… – Josh urwał nagle, kiedy Penny zastrzygła uszami i uniosła łepek.

Gondola zadrżała, szarpnęło nią i w końcu się zatrzymała.

– Co się stało? – zapytała Caitlin, a w jej głosie dało się słyszeć nutkę niepokoju.

Josh popatrzył w górę i w dół. Zobaczył, że nic strasznego się nie dzieje, ale za to widać było oznaki paniki. Dzieci w gondoli za nimi płakały. Przed nimi jedna z imprezowiczek zaczęła krzyczeć.

„Tak się cieszę, że nie jadę tamtą gondolą”.

– Wygląda to niegroźnie – rzekł. – Chyba…

W głośniku nad ich głowami rozległ się męski głos:

– Pasażerowie są proszeni o uwagę. Prosimy o zachowanie spokoju. Nie ma powodu do niepokoju. Powtarzam. Nie ma powodu do niepokoju. Nic państwu nie grozi. Z powodu usterki mechanicznej zatrzymano główną linię z Telluride do stacji St. Sophia. Pracujemy nad jak najszybszym przywróceniem normalnego kursowania gondoli. Prosimy państwa o cierpliwość.

Caitlin wzruszyła ramionami.

– Mogło być gorzej. Mogliśmy jechać tą samą gondolą, co amatorki jointów.

– Albo płaczące dzieci.

– Nie spieszy mi się. A tobie?

Planował jechać w stronę Delores i znaleźć jakieś miejsce na biwak, ale mógł się dostosować.

– Ani trochę. Skoro przyjechałaś tu na ślub, dziwne, że nie masz zajętej każdej minuty.

Wyjaśniła, że samolot panny młodej miał opóźnienie, i przyznała, że zważywszy na to, iż jej przyjaciółka bawiła się w swatkę, poczuła ulgę. No a Josh dzięki temu mógł swobodnie zapytać:

– A więc z nikim się nie spotykasz?

– Nie. Jestem singielką. – Nachyliła się, podrapała Penny za uszami i lekkim tonem rzuciła: – A ty?

– Ja też. Mieszkam teraz sam, to znaczy tylko z Penny. W zeszłe lato mieszkałem z całym stadem kobiet, ale ciągle mnie karmiły i zaczynałem tyć, więc zamieszkałem sam.

Na widok szoku malującego się na twarzy Caitlin Josh głośno się zaśmiał.

– Twoja mina jest bezcenna. Zanim postanowiłem otworzyć warsztat, mieszkałem i pracowałem na osiedlu przyczep kempingowych. Średnia wieku tamtejszych pań to sześćdziesiątka, no i lubiły piec.

– A więc jesteś jednym z tych – stwierdziła, przewracając oczami.

– Tych?

– Lubisz się drażnić.

Nagle oczami wyobraźni ujrzał ponętną Caitlin na swoim łóżku, nagą i drżącą, gdy tymczasem on czubkiem języka drażni jej brodawkę.

– Och tak.

– Zupełnie jak moi bracia – westchnęła.

Temu stwierdzeniu udało się wylać kubeł zimnej wody na jego fantazje.

A skoro mowa o wodzie, zaczął wyciągać butelkę z plecaka i w tym momencie ponownie rozległ się głos w głośniku.

– Pasażerowie są proszeni o uwagę. Zatrzymanie się kolejki jest spowodowane awarią mechaniczną, która pozostaje bez wpływu na państwa bezpieczeństwo. Powtarzam. Pozostaje to bez wpływu na państwa bezpieczeństwo. Linia ze stacji St. Sophia do Mountain Village zaraz ponownie zostanie uruchomiona. Ta z Telluride do stacji St. Sophia zostanie ewakuowana przez nasz doskonale wyszkolony zespół. Ponownie prosimy o cierpliwość.

– Ewakuowana? – powtórzyła Caitlin. – Znajdujemy się trzydzieści metrów nad ziemią! Jak nas ewakuują?

Josh wyjrzał przez okno.

– Najwyżej dwadzieścia pięć metrów. Mam podejrzenie, że wykorzystają system lin. Założą ci uprząż i spuszczą na ziemię.

– Och.

Ta perspektywa nie napawała jej entuzjazmem.

– Masz lęk wysokości?

– Nie. Raczej nie. – Uśmiechnęła się zawstydzona. – W czasie studiów wybrałam się z bratem i jego kolegą na wspinaczkę. Powiedzieć o nim, że jest śmiałkiem, to stanowczo za mało. W każdym razie jego kolega nie złapał się dobrze uchwytu, ześlizgnął się i zepchnął mnie z góry. Wisiałam na końcu liny przez najdłuższe i najbardziej samotne pięć minut w swoim życiu, aż w końcu bratu udało się mnie wciągnąć. Nie mogę powiedzieć, że mi się to podobało.

– Wcale ci się nie dziwię.

– Myślisz, że długo potrwa ta ewakuacja?

– Zależy od tego, jak duży mają zespół i gdzie zaczną. Znajdujemy się mniej więcej w połowie drogi między miasteczkiem a stacją St. Sophia.

– Więc raczej nie wydostaniemy się stąd jako pierwsi.

– Raczej nie.

Zamilkła i przez chwilę się zastanawiała. W końcu skinęła głową.

– Dam sobie radę. A Penny?

Josh oderwał wzrok od Caitlin i zerknął na psa.

– Nic jej nie będzie.

Ale pewnie chętnie napiłaby się wody, którą zamierzał jej podać przed kilkoma minutami. Kiedy sięgnął do plecaka po butelkę, jego palce natrafiły na termos, który napełnił rano.

– Skoro zanosi się na to, że spędzimy tu trochę czasu – rzekł, wyjmując termos – to może się napijemy? Mam kombuczę z czerwonymi pomarańczami.

– Chętnie. Dziękuję.

Ponownie sięgnął do plecaka po butelkę z wodą i składaną miskę. Napełnił ją do połowy i postawił przed Penny. Następnie wyjął plastikowy kieliszek do wina i kubek.

Kieliszek podał Caitlin.

– Tylko mi nie mów, że byłeś harcerzem.

– Zawsze przygotowany – rzucił wesoło. To akurat było prawdą. W pewnym towarzystwie łatwiej się raczyć własnym „winem” niż wyjaśniać, dlaczego nie pije się tego, co wszyscy.

Kiedy napełnił jej kieliszek, Caitlin powiedziała:

– Jesteś pierwszym znanym mi facetem, który pije kombuczę. Należysz do fanów zdrowej żywności?

Popatrzył na nią badawczo.

– Widzisz, nie znam cię jeszcze na tyle dobrze, aby wiedzieć, jak odpowiedzieć na to pytanie.

– Nie rozumiem.

– Mieszkałem w Kalifornii i Oklahomie. Jeśli ci powiem, że jem tofu i kiełki, a ty jesteś Kalifornijką, najpewniej ci tym zaimponuję. Ale dziewczyna z Oklahomy jak nic uznałaby mnie za słabeusza i dziwaka.

Caitlin zmierzyła go lustrującym spojrzeniem i odparła:

– Z całą pewnością nie jesteś słabeuszem. Co do bycia dziwakiem, cóż, za słabo cię znam, żeby się do tego ustosunkować. Osobiście nie tykam tofu, ale nie przeszkadza mi, jak ktoś się nim delektuje. Jesz czerwone mięso?

Przytaknął z powagą.

– Kiedy tylko mam okazję. Jadasz śmieciowe jedzenie?

– Cheetosy zamawiam skrzynkami.

– No to sprawa jasna. Jesteśmy sobie przeznaczeni. Urodzisz mi dziecko?

Mało nie zakrztusiła się kombuczą.

– Dziwak.

Zaśmiał się głośno, a potem rozmowa potoczyła się w stylu tych na pierwszej randce. Zapytała go o jego ulubione miejsce na świecie. On chciał wiedzieć, co wywarło na nią największy wpływ, a ona – co go rozśmiesza. Josh uchylał się jednak przed odpowiedziami na pytania dotyczące dzieciństwa i rodziny. Porozmawiali też o psach.

Siedzieli w gondoli przez ponad godzinę. Joshowi to nie przeszkadzało. Już długo nie flirtował z żadną kobietą i sprawiało mu to przyjemność. Caitlin okazała się dowcipna, inteligentna i dobrze patrzyło jej z oczu. I wyglądało na to, że jej także nie przeszkadza to opóźnienie.

Postanowił, że zaprosi ją na kolację. Zabierze ją do jednej z eleganckich restauracji w Mountain Village. W sumie to miał nawet garnitur w przyczepie, bo wczoraj, nim wyruszył na wycieczkę, pojawił się na pogrzebie matki burmistrza Eternity Springs.

Kiedy czekał na odpowiednią chwilę, aby ją zaprosić, zapytał:

– Zawsze chciałaś być projektantką tekstyliów i mieszkać w Nowym Jorku?

Zawahała się i przez jej twarz przemknął cień.

– Niezupełnie. Spełniam w ten sposób marzenie mojej matki.

– To dopiero intrygujące stwierdzenie.

– Była niepracującą mamą, która pragnęła robić karierę zawodową. Ona… Oooch! – Gondola się zakołysała i nad nimi rozległ się głośny łomot. – Co to?

– Chyba jesteśmy ratowani.

– Och.

Nie wyglądała na zadowoloną.

Chwilę później drzwi się otworzyły i do środka wparował mężczyzna obładowany sprzętem.

– Nikomu nic się nie stało?

– Nikomu – odparł Josh.

– No więc mamy dwoje dorosłych i psa? Pies jest sparaliżowany?

– Tak.

– Widziałem takie wózki na Animal Planet. Zmyślne ustrojstwo. Mam uprząż dla zwierząt. Może zjechać w taki sposób?

– Wydaje mi się, że tak. To spokojna suczka. Powinna dać sobie radę. Lepiej spuścić ją samą niż u mnie na rękach?

– Tak, proszę pana. Tak jest bezpieczniej. Będzie w pełni zabezpieczona.

– Skoro tak będzie najlepiej, to tak właśnie zróbmy.

– Dobrze. Ją spuścimy jako pierwszą.

Podczas gdy ratownik rozkładał liny, Josh skupił uwagę na Penny. Nie martwił się tym, że wyśle ją na dół samą. Zdążyła już okazać hart ducha. Wyjął z plecaka psie smaczki i karmił ją nimi, a w tym czasie ratownik zapinał na niej psią uprząż.

Po krótkiej rozmowie z Joshem mężczyzna zapiął także ważący półtora kilograma wózek.

Caitlin podrapała jamniczkę za uszami i posłała jej buziaka. Josh kazał Penny być grzeczną, dał jej jeszcze jeden przysmak, a potem patrzył, jak zjeżdża na dół. Ekipa ratowników powitała ją z entuzjazmem.

– Nic nie chwyta za serce tak jak kaleki pies – stwierdził Josh i spojrzał z uśmiechem na Caitlin. Uśmiech natychmiast zniknął z jego oblicza. Dziewczyna była zielona na twarzy. – Caitlin? Wszystko w porządku?

– Niepotrzebnie na to patrzyłam – stęknęła. – Nie jestem tchórzem. Zjeżdżam czarnymi trasami. Uprawiam rafting. Ale naprawdę nie mam ochoty spuszczać się z tej gondoli na linie.

Ratownik ściągnął brwi.

– Nie za bardzo ma pani wybór.

– Wiem. Dam sobie radę. – Uśmiechnęła się blado i dodała: – Przepraszam. Tak już mam.

– Nic się pani nie stanie. Nawet jeśli dojdzie do najgorszego i coś zawiedzie, jest jeszcze system wspierający.

Josh spojrzał na uprząż i zapytał:

– Macie uprząż dla tandemu?

– Mamy jedną i wykorzystujemy ją w przypadku dzieci, ale dorośli…

– Ona nie waży nawet pięćdziesięciu kilo. Możemy zjechać razem.

– Pięćdziesiąt jeden – poprawiła go Caitlin i spojrzała z nadzieją na ratownika.

Josh nie sądził, aby jakikolwiek gorącokrwisty mężczyzna był w stanie oprzeć się temu spojrzeniu, więc się nie zdziwił, kiedy ratownik sięgnął po nadajnik i zaczął rozmawiać z kolegami znajdującymi się na dole. Kilka minut później na górze pojawiła się inna uprząż. Mężczyzna zabezpieczył najpierw Josha, następnie pomógł Caitlin. Oblała się ognistym rumieńcem, kiedy kazał jej opleść Josha rękami i nogami i mocno się trzymać.

– Nie martw się. Zachowam się jak dżentelmen.

– I to mówi nieznajomy, trzymając ręce na moim tyłku – mruknęła.

Ze śmiechem pokazał ratownikowi uniesiony kciuk i chwilę później znaleźli się w powietrzu.

Choć tych dwadzieścia pięć metrów pokonywali powoli, dla Josha i tak działo się to stanowczo za szybko. Caitlin miała zamknięte oczy, a twarz wtuloną w jego klatkę piersiową, ale przez cały czas nie przestawała nadawać.

– Żałuję, że zamiast kombuczy nie napiłam się wina. Dwóch kieliszków. Jeden by nie wystarczył. Taki strach jest upokarzający. Zabiję mojego brata, to wszystko jego wina. Trzęsę się jak dziecko.

„A ja jestem twardy jak granit na Mount Wilson”.

Była delikatna i ciepła i używała kokosowego szamponu. Josh w nosie miał smak kokosu, ale uwielbiał jego zapach. Aby zająć czymś myśli ich obojga, rzekł:

– A więc jesteś dziewczyną z Denver. Ktoś mi mówił, że na logo piwa Coors widnieje góra Mount Wilson. To prawda?

– Co? Och. Logo. Tak. Myślę, że to prawda. Na logo widnieje całe pasmo: Mount Wilson, Wilson Peak, Gladstone i El Diente.

– Ząb – przetłumaczył Josh. – Rzeczywiście wygląda jak ząb, nie sądzisz?

Caitlin uniosła głowę i popatrzyła na góry.

– Ale pięknie – westchnęła. – Och, wow. Co za widok.

Kiedy na jej twarzy powoli wykwitł uśmiech, urzeczony Josh nie był w stanie się powstrzymać.

Pocałował ją.

Kartka z pamiętnika

Wcześnie się przekonałem, że nie wszystkie pocałunki są takie same.

Były cmoknięcia na odległość, którymi Mama i Ojciec wymieniali się z gośćmi. Pocałunki w głowę, którymi raczyły mnie panie, kiedy byłem mały. Pocałunki w policzek, gdy byłem starszy.

Doskonale pamiętam, kiedy pierwszy raz pocałowano mnie w usta.

To miało miejsce krótko po rozwodzie. Byłem na imprezie w domu aktualnego chłopaka mojej matki. Mama nie kazała mi iść spać. Przez większość czasu mnie ignorowała. Wtedy tęskniłem za jej uwagą, jednak patrząc wstecz, widzę, że lepiej mi było, kiedy zapominała o moim istnieniu.

Bo wtedy nie zabierała mnie na imprezy.

Imprezy, podczas których sama znikała, a drapieżcy zabawiali się, dając mi drinki. Dając narkotyki.

Całując mnie w usta.

Tamten pierwszy pocałunek – miałem osiem lat.

Zaprosiła go na ślub.

Caitlin nie mogła uwierzyć, że naprawdę to zrobiła, ale w tamtym momencie wydawało jej się to czymś naturalnym. Poza tym rzeczywiście zachował się jak dżentelmen. Odprowadził ją do hotelowego pokoju i pocałował na dobranoc. Jak urzeczona wpatrywała się w jego oczy, kiedy czekał w milczeniu na to, czy zaprosi go do środka.

Kusiło ją. I to bardzo. Ale nigdy nie poszła do łóżka na pierwszej randce i nigdy nie przeżyła przygody na jedną noc – i nie zamierzała tego zmieniać.

Kiedy życzyła mu dobrej nocy, Josh się uśmiechnął, cmoknął ją w usta i się odwrócił.

Znajdował się już w połowie drogi do windy, kiedy wyszła na korytarz.

– Josh, zaczekaj. Chciałbyś być moją osobą towarzyszącą na jutrzejszym ślubie?

Wahał się tylko przez chwilę.

– Chętnie, Caitlin. Gdzie i kiedy?

Zwalczyła w sobie pokusę odtańczenia dzikiego tańca radości.

– Ślub jest o siedemnastej, tutaj, w hotelu. Przez cały jutrzejszy dzień będę zajęta obowiązkami druhny, ale może się spotkamy tuż przed ceremonią? – Wyjaśniła mu, gdzie dokładnie będzie się ona odbywać, i dodała: – Jeśli się zjawisz o… powiedzmy… wpół do piątej… wyjdę i się z tobą przywitam, zanim wszystko się zacznie.

– No to jesteśmy umówieni. Do zobaczenia jutro o wpół do piątej. – Zrobił trzy kroki dzielące go od windy, wcisnął guzik i się odwrócił.

Caitlin szeroko otwartymi oczami patrzyła, jak idzie zdecydowanym krokiem w jej stronę. A gdy się do niej zbliżył, wziął ją w ramiona i obdarzył długim i namiętnym pocałunkiem.

Zupełnie się rozpłynęła. Kiedy winda brzęknęła i Josh w końcu się odsunął, przez chwilę nie była pewna, czy uda jej się zachować równowagę. Nic więcej nie powiedział, ale jego gorące spojrzenie spoczywało na niej, dopóki nie rozdzieliły ich drzwi windy.

Oparła się o ścianę, a kiedy udało jej się złapać oddech, wbiegła jak na skrzydłach do pokoju.

Tej nocy śniło jej się, że na ślubie Stephanie pojawiło się sto jeden nie dalmatyńczyków, lecz miniaturowych jamników i wszystkie poruszały się z pomocą wózków.

Kiedy w sobotę o dziewiątej Caitlin weszła do hotelowej restauracji i zobaczyła pannę młodą, odetchnęła z ulgą.

– Udało ci się – rzekła do Stephanie, gdy już się wyściskały.

– W końcu. Dotarliśmy dopiero po północy. Uwierzysz, że podczas jazdy z miasteczka złapaliśmy gumę?

– Żartujesz.

– Nie! Jedziemy zboczem góry w samochodzie z wypożyczalni załadowanym bagażami po sam dach i nagle jedno koło zaczyna wydawać charakterystyczny dźwięk. Nawet moja matka zaklęła pod nosem.

– Przecież nigdy nie przeklina.

– Wczoraj to zrobiła. Oczami wyobraźni ujrzała wyłaniającego się z lasu niedźwiedzia, który porwie mi welon.

Caitlin się roześmiała.

– Rozumiem, że jakoś udało wam się uniknąć kontaktu z dziką przyrodą?

Stephanie kiwnęła głową.

– Ledwo co.

Caitlin usiadła na swoim miejscu, a jej przyjaciółka zajęła się witaniem pozostałych gości. Okazja do odrobiny prywatności nadarzyła się dopiero późnym rankiem, kiedy siedziały obok siebie w gabinecie spa, czekając na pedicure. Stephanie zanurzyła stopy w bulgoczącej, pachnącej lawendą wodzie, pociągnęła łyk szampana i wyznała:

– Denerwuję się. Nie sądziłam, że tak będzie. Nie chodzi mi o wyjście za George’a. Jego jestem całkowicie pewna. Mam na myśli ceremonię. A jeśli zacznie padać deszcz? A jeśli zapomnę słów przysięgi? A jeśli rzeczywiście pojawi się galopujący niedźwiedź i ucieknie z moim welonem?

Caitlin przesunęła językiem po wnętrzu ust.

– Nie wydaje mi się, aby niedźwiedzie galopowały.

– Jeśli jadą konno, to owszem. – Stephanie zmarszczyła nos. – Zajmij mnie czymś, Caitlin. Opowiedz o czymś, co oderwie moje myśli od galopujących niedźwiedzi.

Caitlin napiła się szampana, po czym kiwnęła głową.

– Okej, skorzystałam z twojej sugestii i zaprosiłam na ślub wysokiego, ciemnowłosego, przystojnego nieznajomego.

– Co takiego? – Stephanie podskoczyła, rozlewając szampana.

Caitlin się uśmiechnęła.

– Choć w sumie to nie wiem, czy mogę go nazwać ciemnowłosym, bo ma urocze, rozjaśnione słońcem pasemka. Ale jest bardzo opalony, a jego oczy są w kolorze pochmurnej szarości. I z całą pewnością można go uznać za wysokiego i przystojnego.

– Poznałaś faceta? Tutaj? Wczoraj wieczorem?

– Wczoraj po południu. Utknęliśmy razem w gondoli.

– Tylko we dwoje?

– We troje. Miał ze sobą psa. – Caitlin uczyniła teatralną pauzę, po czym dodała: – Jego pies jeździ na wózku.

Stephanie przyłożyła dłoń do klatki piersiowej.

– Ooooch.

Podczas pedicure Caitlin skutecznie odwracała uwagę przyjaciółki opowieścią o tym, jak poznała Josha Tarkingtona. Stephanie wcale nie była rozczarowana tym, że Caitlin udało się znaleźć sposób na to, aby uniknąć swatania z Nathanem, pragnęła jedynie, aby jej przyjaciółka była równie szczęśliwa, jak ona.

Caitlin miło spędzała czas, ale przyłapywała się na tym, że co rusz zerka na zegarek, niecierpliwie czekając na wpół do piątej. Była zachwycona sukienką, którą dzisiaj włoży. Stephanie poprosiła druhny o coś w kolorze przydymionego błękitu – styl dowolny. Caitlin zdecydowała się na obcisłą, uszytą z połyskującego jedwabiu suknię bez ramiączek i z dekoltem w kształcie serca. Planowała założyć do niej perły babci i ośmiocentymetrowe szpilki w odcieniu nude.

Piętnaście po czwartej w garderobie panny młodej w końcu włożyła tę sukienkę. Pomalowała usta, poprawiła fryzurę i wsunęła stopy w szpilki.

– Zaraz wracam – rzuciła do przyjaciółki. – Obiecałam Joshowi, że się z nim spotkam, kiedy się tu zjawi.

– Okej. – Stephanie przygryzła dolną wargę. Zaczynała się denerwować. – Wrócisz za chwilę, co? Niedługo będziemy się ustawiać.

– Pięć minut. Nie dłużej.

Steph zerknęła na ścienny zegar.

– Może być dziesięć. Zajrzałabyś do ogrodu i sprawdziła, czy są chociaż jacyś goście? W nocy mi się śniło, że nikt nie przyjechał.

– Przejmujesz się głupotami, wiesz? Mam ci coś przynieść, zanim wyjdę? Może wodę?

– Poproszę. Dziękuję ci.

Kiedy już panna młoda mogła się spokojnie napić, Caitlin wyślizgnęła się z garderoby i ruszyła w stronę ogrodu. Stephanie nie mogła sobie wymarzyć lepszej pogody na ślub na świeżym powietrzu: od rana świeciło piękne słońce, letni wietrzyk przywiewał zapach róż z ogrodu, a strzępiaste chmury zwiastowały spektakularny zachód słońca. Caitlin udała się za dźwiękami muzyki wygrywanej przez trio smyczkowe do miejsca, w którym miała się odbyć ceremonia.

Zatrzymała się na chwilkę, aby się przywitać z inną koleżanką ze studiów. Obiecała, że w czasie przyjęcia weselnego nadrobią zaległości.

Wypatrzyła Josha opierającego się swobodnie o drewnianą kolumnę. Miał na sobie grafitowy garnitur, pasujący do jego stalowych oczu. Na jej widok się wyprostował.

– Wow. Wyglądasz olśniewająco. Nie martwisz się tym, że przyćmisz pannę młodą?

Jednocześnie zadowolona i zakłopotana Caitlin poczuła, że na jej policzkach wykwitają rumieńce.

– Stephanie jest przepiękna i szaleje ze szczęścia. Dzisiaj nie jest w stanie przyćmić jej nawet słońce.

– Nie denerwuje się?

– Trochę. Będzie dobrze, kiedy już zacznie iść w stronę pana młodego. Pamiętam, że gdy na studiach musiała przygotować prezentację, potwornie się stresowała do momentu stanięcia przed audytorium. To ten typ, który się karmi energią tłumu. Zawsze uważałam, że powinna spróbować aktorstwa.

Josh się skrzywił.

– Nie życz przyjaciółce czegoś takiego.

– Masz coś przeciwko aktorom?

Na chwilę znieruchomiał, po czym wzruszył ramionami.

– Przeciwko aktorom nie. Aktorstwo jest sztuką i ja to szanuję. Nie znoszę natomiast gwiazdorzenia. Fakt, że ktoś potrafi grać, uprawiać sport albo śpiewać, nie oznacza, że jest mądrzejszy i ważniejszy od kogoś, kto pracuje w agencji ubezpieczeń i przyprowadza swoje auto do mojego warsztatu. Moimi bohaterami są ci ludzie, którzy poświęcają swoje życie, aby służyć innym. Ci, którzy… – Urwał nagle i się skrzywił. – Przepraszam, trafiłaś w czuły punkt. W tej akurat kwestii moje poglądy są zdecydowane.

– Zauważyłam. I zgadzam się z tobą. Choć przyznam, że gdybym miała możliwość poznać królową Anglii i poszperać w jej szkatułce z biżuterią, nie odrzuciłabym takiej szansy.

– Lubisz biżuterię, co?

– Uwielbiam. Co nie znaczy, żebym sama miała jakieś drogocenne okazy, z wyjątkiem odziedziczonych po babci pereł, ale w muzeach robię do świecidełek maślane oczy. Im bardziej błyszczą, tym lepiej… Co przypomina mi o tiarze Stephanie i fakcie, że powinnam już wracać. Zaraz po ceremonii zrobimy kilka zdjęć. Możesz zaczekać na mnie albo spotkamy się na przyjęciu.

– Zaczekam.

– Super. – Posłała mu promienny uśmiech. – Do zobaczenia niedługo.

Wróciła do garderoby panny młodej, a tam się okazało, że jej spotkanie z Joshem szpiegowały trzy pozostałe druhny.

– Ale przystojniak! – orzekła siostra Steph.

– I te oczy! – zawtórowała jej kuzynka.

Współlokatorka Caitlin i Stephanie ze studiów pomachała ręką.

– Zaraz po weselu zamierzam zacząć jeździć kolejką gondolową.

Przekomarzały się do czasu, aż koordynatorka ślubna oznajmiła:

– No dobrze, panie. Już pora.

Caitlin udała się do przybranej różami altany przy wtórze Wiosny Vivaldiego. Jej spojrzenie od razu odszukało Josha – nie okazało się to trudne, gdyż górował nad większością gości o głowę. Jego szare oczy odpowiedziały intensywnym spojrzeniem, a ona tak się w nich zatopiła, że niemal przegapiła pojawienie się Stephanie.

Jak zwykle podczas ślubów zakręciła jej się łezka w oku. Stephanie wyglądała jak księżniczka, a miłość widoczna w oczach George’a podczas wypowiadania słów przysięgi sprawiła, że serce Caitlin przepełniła tęsknota. Pragnęła tego – białej sukni, rozkochanego w niej pana młodego, szczęśliwego zakończenia. Całej bajki. Jej bracia znaleźli miłość. Chciała wierzyć, że pewnego dnia jej również dopisze szczęście.

Zerknęła ukradkiem na przedostatni rząd, gdzie siedziała jej osoba towarzysząca. Tym razem Josh patrzył nie na nią, lecz na czteroletnią siostrzenicę panny młodej, która sypała kwiatki. Z szerokim uśmiechem przyglądał się, jak dziewczynka nawija na palec niebieską wstążkę, a Caitlin poczuła, że się rozpływa. Oszałamiająco przystojny singiel, który w oczywisty sposób lubi dzieci?

„Na pewno ukrywa coś okropnego. Nikt nie może być aż tak doskonały”.

Stephanie zaczęła wypowiadać słowa przysięgi i Caitlin ponownie skupiła się na przyjaciółce. Początkowo głos jej drżał ze zdenerwowania, ale wystarczył krzepiący uśmiech George’a, by nabrała pewności siebie. Wymienili się obrączkami, a zaraz potem ponownie rozległy się dźwięki muzyki i Caitlin zaczęła iść między rzędami krzeseł.

Kiedy się mijali, Josh puścił do niej oko i posłał jej całusa. I dlatego jej uśmiech podczas robienia zdjęć okazał się wyjątkowo promienny. Radośnie przedstawiła Josha przyjaciołom. Okazał się otwarty i towarzyski, świetnie tańczył i miał rewelacyjną pamięć do imion. Podczas obiadu opowiadał o uganiającej się za ptakami Penny, czym rozśmieszył wszystkich siedzących przy stole.

– Jestem zazdrosna – rzuciła Caitlin, kiedy dokonywał wzajemnej prezentacji w grupie ośmiu osób, które poznał zaledwie przed trzydziestoma minutami. – Mnie kiepsko idzie z zapamiętywaniem imion.

– Ja nigdy nie miałem z tym problemu. Mogę się podzielić dwiema wskazówkami. Pierwsza to: poznaj i powtórz. Wypowiedz imię tej osoby podczas prezentacji. Druga sztuczka polega na skojarzeniu imienia z kimś lub czymś innym. Na przykład jedną z pierwszych osób, które tu poznałem, był Barrett Holden. Staliśmy wtedy obok baru. No i skojarzenie przyszło samo.

– No tak. – Z uśmiechem przechyliła głowę. – A z czym skojarzyłeś moje nazwisko, żeby je zapamiętać?

Zawahał się, po czym odrzekł lekkim tonem:

– Drzewo. Woda.

– Czyli drzewo jak las i woda jak jezioro*?

– Jasne.

Powiedział to tak szybko, że Caitlin zmrużyła oczy, podejrzewając, że kryje się za tym coś więcej. Nim jednak zdążyła go o to zapytać, rozległy się pierwsze dźwięki Unchained Melody i Josh poprosił ją do tańca.

Obejmował ją mocno, a poruszał się dosłownie bosko. Będąc „pionowo niewyględną” – to określenie jej braci na słowo „niska” – Caitlin zazwyczaj czuła się niezręcznie, kiedy tańczyła z kimś równie wysokim jak Josh. Ale w tym wypadku miała wrażenie, jakby robili to ze sobą od zawsze.

– Doskonale tańczysz, Josh.

– Matka mnie nauczyła. Uważała taniec za umiejętność niezbędną. Ty też jesteś dobra.

– Sześć lat baletu. Trzy tańca nowoczesnego. A potem cztery lata sobotnich wieczorów na sali tanecznej. Studiowałam w Vanderbilt.

– Nashville. – Josh pokiwał głową, po czym, nie bacząc na rytm muzyki, porwał ją do two-stepa. Tylko na chwilę pomylił jej się krok. Zaśmiała się.

– No więc powiedz mi, Caitlin, czy ty swingujesz?

Zaskoczona potknęła się i straciła równowagę. Josh wyciągnął ręce, żeby ją złapać. Ostatecznie jego dłonie wylądowały na jej biodrach. Przez długą chwilę i z widoczną łatwością trzymał ją w powietrzu, a jej stopy wisiały tuż nad parkietem. Kontynuował pełen wdzięku taniec, a kiedy doprecyzował, w jego głosie słychać było rozbawienie:

– Taniec. Swing. Taniec z zachodu.

– Wiedziałam – oświadczyła Caitlin z obronną nutką w głosie. Jeśli jej myśli w pierwszej chwili pobiegły ku seksualnemu swingowaniu, cóż, czy można ją za to winić? Nie pociągały jej tego typu rzeczy, no ale jednak. Im dłużej pozostawała w ramionach Josha, tym mniej myślała o tańcu, a więcej o seksie. Lekko piskliwym głosem rzuciła: – Możesz mnie postawić.

– Tak zrobię. Za chwilę. Lubię cię tak trzymać, Caitlin. Obejmij mnie za szyję.

Zrobiła, co jej kazał, a on unosił ją w powietrzu do czasu, aż Unchained Melody zmieniło się w Summer Wind. Owionął ją lekki zapach jego wody po goleniu – drzewnej i egzotycznej – przez co nabrała ochoty na to, aby wtulić nos w szyję Josha. Nabrała ochoty i kropka. Jego spojrzenie zatrzymało się na jej ustach, a wzdłuż jej pleców przebiegł dreszcz. Czy mogła go pocałować teraz, na parkiecie?

Odruchowo oblizała wargi. Josh nachylił się i jego język pokonał tę samą trasę, co przed chwilą jej język.

– Mmm… – wymruczał.

Do końca piosenki Caitlin znajdowała się w zmysłowej mgle, która ustąpiła dopiero wtedy, kiedy wybrzmiała ostatnia nutka, a wokalista oznajmił, że pora, aby panna młoda rzuciła bukiet. Caitlin nie próbowała nawet tłumić jęku.

Akurat tego weselnego zwyczaju nie znosiła i najczęściej jakoś się z niego wykręcała. Nie dlatego, że nigdy nie złapała bukietu, ale z tego powodu, że łapała go niemal zawsze. Mogła się ich doliczyć pewnie już kilkunastu, a mimo to ani razu nie zbliżyła się nawet do oświadczyn. Kurczę, pierwszy bukiet, który złapała, został rzucony przez Melanie Harris, a ta miała już troje dzieci! A jednak kiedy panie zgromadziły się wokół panny młodej, ona też do nich dołączyła. Bądź co bądź była druhną. Nieładnie byłoby się uchylać. Poza tym czuła, że dopisze jej szczęście.

Josh po raz pierwszy wyczuł niebezpieczeństwo w momencie, kiedy Caitlin spojrzała na niego tymi swoimi błyszczącymi zielonymi oczami i rzuciła uwagę o biżuterii. Od razu oczami wyobraźni ujrzał ją, jak leży naga na pościeli z czerwonej satyny, a między jej piersiami znajdują się szmaragdy od Sokolova.

Poczucie zagrożenia przybrało na sile, gdy z nią tańczył. Pełna gracji jak balerina i wytworna niczym księżniczka pasowała do jego objęć tak, jakby się w nich urodziła.

Nie chciał jej z nich wypuścić.

„Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo”.

Josh powinien był rzucić się do ucieczki w chwili, kiedy ratownicy opuścili go na ziemię. Z perspektywy czasu wiedział, że zrobił coś niemądrego. Przed miesiącem przeprowadził się do nowego domu, a wcześniej mieszkał na osiedlu przyczep kempingowych Stardance Ranch, więc siłą rzeczy był świadkiem tego, jak gruchające gołąbki Brick Callahan i Liliana Howe planują swój ślub i wspólną przyszłość. Na widok ich szczęścia zapragnął trochę tego, czego nigdy nie doświadczył. Zrobił się niespokojny. Niebezpiecznie niespokojny.

Złapała ten cholerny bukiet.

„Dzięki Bogu mieszka w Nowym Jorku”.

Na długo zapamięta Caitlin Timberlake. Las. Drzewo. No bo na jej widok zrobił się twardy jak drzewo. Jezioro. Woda. I z rozkoszą zobaczyłby ją nagą w wodzie. Przyszły mu do głowy gorące źródła w ustronnym miejscu nad rzeką.

Mogliby się tam dostać w dwie godziny. A nawet w jedną, gdyby odłączył przyczepę.

Do swojego pokoju mógłby ją zanieść w trzy minuty.

„Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo”.

Powinien natychmiast stąd wyjść, udać się do pokoju, który wynajął na tę noc, wrzucić swoje rzeczy do torby, odebrać Penny z hoteliku dla zwierząt i szybko opuścić to miasteczko. Zanim…

Wróciła Caitlin z bukietem koralowych róż i szelmowskim uśmiechem na twarzy.

– Zobacz, co mam.

„Za późno”. Josh uniósł ręce.

– Hola, panienko.

Zachichotała.

– Nic się nie martw. Swego czasu złapałam sporo bukietów, a mimo to nie mam męża. Myślę, że raczej jesteś bezpieczny.

– Raczej?

Wzruszyła ramionami, a oczy błyszczały jej jak diamenty.

– Podobno zawsze jest ten pierwszy raz.

– Ale nie dla mnie – rzucił ostrzegawczo, patrząc jej w oczy. – Nie kiedy chodzi o bukiety ślubne.

– Zabrzmiało to poważnie – rzekła lekko.

– Bo tak miało zabrzmieć.

– Wyczuwam tu jakąś historię. Masz szczęście, że nie zamierzam się przeprowadzać do Oklahomy. – Wsunęła mu rękę pod ramię. – Te szpilki zaczynają mnie uwierać. Usiądziemy na trochę?

Czując ulgę z powodu zmiany tematu, Josh zaprowadził ją do ich stolika.

– Napijesz się wina?

– Chętnie, dziękuję.

– Zaraz wracam.

Podczas gdy Caitlin ukradkiem zdjęła buty i masowała stopy, Josh udał się do baru i zamówił dla niej szampana, a dla siebie wodę sodową z limonką.

Kiedy wracał do stolika, rozproszył go widok nagiej nogi Caitlin, widocznej dzięki rozcięciu w sukni aż do uda. Ledwo zarejestrował poruszenie w tłumie weselnych gości, pokrzykiwania i gwizdy. Był więc zupełnie nieprzygotowany, kiedy satynowa czarna podwiązka przeleciała nad głowami tłumu i wylądowała w jego szklance.

Goście wydali zduszone okrzyki.

Śmiech Caitlin zabrzmiał niczym dzwony weselne.

„Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo. Niebezpieczeństwo”.

Katastrofa.

Poczuł ściskanie w żołądku. Nadzieja wyparowała. „No i już po planie uwiedzenia jej dzisiaj”.

Bzyknięcie się z Caitlin Timberlake po tym podwójnym złym uroku weselnych tradycji byłoby przywoływaniem niedobrej karmy.

Josh nie ukrywał, że jest przesądny. W Oklahomie nazywano go królem pecha. Potwornego pecha. Urodził się z tarczą wytatuowaną na plecach. Jak inaczej można wytłumaczyć, że cztery razy znalazł się na drodze tornada?

Ten pech był jednym z powodów, dla których na widok podwiązki pływającej w jego wodzie zdjął go strach.

Raz, wiele lat temu, planował wziąć ślub. Nigdy więcej. Planował zostać ojcem. Nigdy, ale to nigdy więcej. Jak brzmiało to stare powiedzenie? Nabierz mnie raz – wstydź się. Nabierz mnie znowu – niech wstydzę się ja? Już raz rzucił wyzwanie przeznaczeniu i zarobił ugryzienie w tyłek. Przeciwko sobie miał nie tylko geny, ale najwyraźniej także przeznaczenie.

Przykleiwszy wesoły uśmiech do twarzy, wyłowił podwiązkę ze szklanki i uniósł ją niczym trofeum, jakim miała być, a nie jak omen, za który ją uważał. Fotograf pstryknął zdjęcie. Pan młody objął Josha ramieniem – pstryk, kolejne fotki.

Stephanie i Caitlin śmiały się głośno z tego, że pan młody nie wycelował w swoich drużbów. Fotograf wykonał serię zdjęć z parą młodą, Caitlin i Joshem oraz bukietem i podwiązką.

– Nie mogę w to uwierzyć – rzekła do niego Caitlin. – Przecież ty nawet nie próbowałeś jej złapać. Jakie było prawdopodobieństwo, że oboje wygramy?

– Jakie było prawdopodobieństwo? – powtórzył Josh i oblała go fala niepokoju.

– Po tych wszystkich tańcach i staniu naprawdę muszę zmienić buty. Zapomniałam zabrać do garderoby czegoś na płaskim obcasie, więc pobiegnę szybko do swojego pokoju. Za kilka minut będę z powrotem.

– Pójdę z tobą.

– Jesteś pewien? Zaraz będą kroić tort. Zauważyłam, że co rusz zerkasz w jego stronę.

– Rzeczywiście uwielbiam słodycze – przyznał Josh, kładąc szklankę i podwiązkę na stole. – Ale mogę zaczekać, aż zmienisz buty. To duży tort.

Caitlin ze śmiechem położyła bukiet obok podwiązki i wsunęła mu rękę pod ramię. Wyszli z sali balowej na korytarz. Tam zaskoczyła Josha, pociągnąwszy go za ramię, aby się zatrzymał.

– Fajnie było. Tak się cieszę, że tu jesteś. Uwięzienie w tamtej gondoli to najlepsze, co mi się od dawna przytrafiło. Dziękuję ci.

A potem stanęła na palcach i go pocałowała.

Josh oddał pocałunek. Dotyk jej ust spalił jego strach przed złą karmą na popiół, pozostawiając pragnienie jak najszybszego zaciągnięcia Caitlin do łóżka.

Kiedy w końcu przerwała pocałunek, wychrypiał:

– To ja dziękuję tobie.

Uśmiechnęła się szeroko i odwróciła w stronę wind. W tym momencie włoski na karku Josha stanęły dęba. Rozejrzał się i groźne spojrzenie sprawiło, że zamarł.

Gdyby wzrok mógł zabijać.

Mężczyzna po pięćdziesiątce miał skronie przyprószone siwizną, przeszywające spojrzenie szaroniebieskich oczu i dystyngowany sposób bycia pasujący dawnemu sędziemu federalnemu i jedynemu mieszkającemu w Eternity Springs prawnikowi. Jego żona była właścicielką Yellow Kitchen, najlepszej restauracji w miasteczku. Kobieta ta miała klasę i promienny uśmiech. W tej akurat chwili patrzyła w przeciwnym kierunku.

Nosili nazwisko Timberlake.

Tak samo jak towarzysząca mu kobieta, której usta były nabrzmiałe od jego pocałunku.

Nie. Nie. To nie może być prawda. Ona pochodzi z Nowego Jorku!

Ona mieszka w Nowym Jorku. Nigdy nie mówiła, że stamtąd pochodzi. Josh powoli puścił ramię Caitlin.

Jasna cholera.

Wiedział, że Mac i Ali Timberlake mają syna. Chase mieszkał w Eternity Springs i przyjaźnił się z przybranym bratem Josha, Brickiem Callahanem. Chase był żonaty z Lori, ładną lekarką weterynarii, którą Josh dzięki adopcji Penny miał okazję całkiem dobrze poznać.

Nie wiedział, że Chase ma siostrę.

Hurra.

Próbował wmówić sobie, że wyciąga pochopne wnioski. Timberlake to może nie tak często spotykane nazwisko, jak Smith czy Jones, ale to przecież mógł być zbieg okoliczności. Może Mac Timberlake piorunował go wzrokiem nie dlatego, że nakrył go wkładającego język do ust jego córki. Może to tylko paskudna zgaga. Albo hemoroidy.

Ale rzeczywistość się uśmiechnęła i pogroziła palcem. Rzeczywistość w przebraniu Celeste Blessing i jej szelmowskiego błysku w niebieskich oczach.

Josh zdusił jęk.

Obecność Celeste nadawała tej chwili zupełnie nowy wydźwięk. Od dnia, w którym przeprowadził się do Eternity Springs, Josh nasłuchał się mnóstwa historii o „zbiegach okoliczności” Celeste. Ludzie mówili, że jest nieprzeciętnie mądra i że jeśli udzieli ci jakiejś rady, to byłbyś głupcem, gdybyś z niej nie skorzystał. Celeste twierdziła, że dolina, w której leży Eternity Springs, ma szczególną uzdrowieńczą magię i Josh by skłamał, gdyby powiedział, że nie miało to wpływu na jego decyzję o przeprowadzce. Każdego dnia toczył walkę o pozostanie zdrowym.

Cóż, obecnie nie znajdował się w dolinie, prawda? Porzucił bezpieczeństwo zapewniane przez Eternity Springs, aby się pobawić w turystę, a teraz nad jego głową wisiał bukiet wraz z podwiązką panny młodej. A przecież nawet jeszcze nie poszli ze sobą do łóżka.

„Mam szczęście czy co?”

* Timberlake – timber to po angielsku „las”, lake to „jezioro” (przyp. tłum.).

Kartka z pamiętnika

To zabawne, jak niektóre wspomnienia z dzieciństwa potrafią się człowieka uczepić. Miałem wtedy osiem, może dziewięć lat… W każdym razie było to już po rozwodzie… i pracowaliśmy w Austin. Żona członka ekipy nauczała w podstawówce i zaprosiła nas na lekcję, podczas której prezentowano różne zawody.

Pamiętam, że to była upalna jesień. Wcale nie chciałem tam iść. To był dzień wolny i miałem ochotę zostać w hotelu i pływać, ale matka się uparła. Nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy weszliśmy do budynku szkoły. Pachniało tam tak, jakby ktoś otworzył jednocześnie tysiąc pudełek z kredkami. Rany, to był cudowny zapach. Nadal go uwielbiam.

Moja matka i ludzie w sekretariacie zaczęli rozmawiać, w ogóle nie zwracając na mnie uwagi. Wyszedłem na korytarz. Podeszwy trampek skrzypiały na podłodze.

Pamiętam, jak zajrzałem do jednej z klas. Zobaczyłem w niej dzieciaki w moim wieku. Jakieś dwadzieścia osób. Może trzydzieści. Niektóre unosiły ręce. To była lekcja historii. Nauczycielka zadała pytanie, a ja znałem odpowiedź. Stojąc na korytarzu, podniosłem rękę. Chciałem odpowiedzieć na to pytanie. Tak bardzo tego pragnąłem.

Wtedy zawołała mnie matka i udaliśmy się do klasy, gdzie przedstawiła swoją prezentację. Po niej dzieci zadawały mi pytania. Powiedziałem im, że po raz pierwszy znajduję się w prawdziwej szkole. Widziałem, że większość z nich uważa coś takiego za superfajne. Jedno z nich rzekło: „Jesteś najszczęśliwszym dzieckiem na świecie”.

Ale była tam taka mała dziewczynka… Nigdy jej nie zapomnę. Miała jasne włosy i piegi. I powiedziała: „Ja bym się czuła samotna”.

Do oczu napłynęły mi wtedy łzy. Pamiętam, jak się bałem, że się rozpłaczę.

Od tego czasu zawsze, kiedy chciało mi się płakać, a nie mogłem tego zrobić, w myślach wracałem do tamtej klasy.

Działało to jak talizman.

„Moi rodzice? Moi rodzice są tutaj?”

Zaszokowana Caitlin stała ze wzrokiem wbitym w Maca i Ali. Co, u licha, robili tu jej rodzice?

Nie przyjechali na ślub. Nie zostali zaproszeni, bo nigdy nawet nie poznali Stephanie.

Nie zjawili się w Telluride także po to, aby się spotkać z Caitlin, ponieważ wcale nie powiedziała im o tym, że się wybiera do Kolorado. To był dla niej krótki wyjazd, bo odmówiono jej dodatkowego dnia urlopu. Nie miała czasu na odwiedziny Eternity Springs, a nie wiedząc, ile jej się uda wykroić wolnego czasu, nie poprosiła ich, żeby tu przyjechali i się z nią zobaczyli.

No a tu proszę.

Nie mogła w to uwierzyć. Byli tutaj i ją zobaczyli. I szli właśnie w jej stronę.

„Są tu moi rodzice i koniec z planami uwiedzenia dzisiaj wieczorem Josha Tarkingtona”.

– Słoneczko! – Mackenzie Timberlake porwał Caitlin w objęcia. – Cóż za niespodzianka. Nie miałem pojęcia, że jedziemy tutaj po to, aby się z tobą zobaczyć. Czyj to był pomysł, twój czy mamy? Udało wam się mnie oszukać. Niczego nie podejrzewałem.

Tak, cóż, ona też nie.

Ojciec żywił mimo wszystko jakieś podejrzenia, prawda? Może i to, co mówił, było supermiłe, ale rzucał Joshowi mordercze spojrzenia.

– Dla mnie to też niespodzianka, Mac – odezwała się Ali Timberlake. – Caitlin, wyglądasz bosko. Już chyba wiem, o co w tym wszystkim chodzi. Jesteś wystrojona jak na wesele, a nie wspominałaś przypadkiem, że w tym miesiącu wychodzi za mąż twoja przyjaciółka ze studiów? Gdzieś na wyjeździe? Nie wiedziałam, że w Telluride.

– Nie powiedziałam wam o tym – odparła Caitlin.

Ali uściskała córkę.

– Bo chciałaś zrobić nam niespodziankę i umówiłaś się z Celeste, żeby nas tutaj przywiozła.

Celeste? Caitlin zerknęła ponad rodzicami i dostrzegła przyjaciółkę rodziny. Celeste Blessing ubrała się odpowiednio na kolację w eleganckiej restauracji: miała na sobie rozkloszowaną niebieskozieloną spódnicę i pasujący do niej żakiet. Uśmiechnęła się i pomachała.

„No i dobrze – pomyślała Caitlin. – Nie będę z nimi sama”. W towarzystwie tata nie będzie jej tak dręczył i wpędzał w poczucie winy.

– Tak, to ślub Stephanie – przyznała teraz. – Ale obawiam się, że na nic się nie umawiałam. Nasze spotkanie jest dla mnie równie wielkim zaskoczeniem jak dla was.

Mac zmarszczył czoło i przeniósł spojrzenie z córki na Josha.

– Zepsuł ci się samochód?

– Samochód? – zapytała z konsternacją. – Jaki samochód? Tato, z Nowego Jorku przyleciałam samolotem.

– W takim razie dlaczego obdarzyłaś mechanika Celeste pocałunkiem w ramach podziękowania?

Caitlin wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami. „Pocałunek w ramach podziękowania? Tato. Poważnie?” To był pocałunek w stylu „zabierz mnie na górę i zrób ze mną, co chcesz”. Ślepy był czy co?

W żadnym razie. Stąd ten morderczy wzrok.

Zirytował tym Caitlin. Po co to odgrywanie nadopiekuńczego ojca?

– Josh to nie tylko mój mechanik, Mac – odezwała się Celeste, robiąc krok w ich stronę. – Jest od niedawna członkiem Izby Handlu Eternity Springs i czarodziejem w swoim fachu. Dwóch innych mechaników powiedziało mi, że mojego gold winga trzeba wysłać na cmentarzysko motocykli, ale po spędzeniu u Josha tygodnia mruczy jak anioł.

– Nie wiedziałem, że anioły mruczą – wymamrotał Josh.

Caitlin przeniosła spojrzenie z ojca na Celeste, a następnie na swoją osobę towarzyszącą.

– Chwileczkę. Mieszkasz w Eternity Springs?

– Tak.

– Ale jesteś z Oklahomy. Mówiłeś, że mieszkałeś w Oklahomie i Kalifornii. Nie wspominałeś o Kolorado.

– Mieszkałem w wielu miejscach, ale za swój dom uważam Oklahomę. Ty też nic nie mówiłaś o Eternity Springs.

To prawda. Powiedziała mu jedynie tyle, że mieszka w Nowym Jorku.

– A więc ty też gościsz na tym weselu, Tarkington? – zapytał Mac.

– Tak.

Caitlin nie podobał się ton głosu ojca i miała już tego dosyć. Irytacja przerodziła się w gniew.

Nie pomagał fakt, że strasznie bolały ją stopy. Wsunęła rękę pod ramię Josha, uniosła brodę i oznajmiła:

– Ja go zaprosiłam, tato. Poderwałam go wczoraj w kolejce gondolowej i od tamtej pory uprawiamy dziki seks.

– O rany, Caitlin. – Josh się skrzywił, spuścił głowę i mruknął: – Równie dobrze mogę wystawić teraz swój warsztat na sprzedaż. Panie Timberlake, wcale tak nie było.

Caitlin odrzuciła włosy i posłała mu wojownicze spojrzenie.

– Josh, to nie jego sprawa. To niedorzeczne. Mam prawie trzydzieści lat, a on się zachowuje, jakby nakrył nas nagich w trakcie…

– Skarbie – przerwała jej Ali Timberlake, po czym uśmiechnęła się przyjaźnie do Josha. – Witaj, Josh. Wydaje mi się, że mieliśmy okazję poznać się w zeszłe lato podczas jednego z przyjęć u Callahanów.

– Tak, pani Timberlake, zgadza się.

– Mów mi, proszę, Ali. Mac i ja tak wiele podróżowaliśmy w ostatnim roku, że jesteśmy trochę nie na bieżąco z wydarzeniami w Eternity Springs. Ten warsztat samochodowy, który niedawno otwarto, należy do ciebie?

– Tak.

– Cóż, doskonale sobie poradziłeś z renowacją. Wspaniale widzieć, jak w stare budynki w miasteczku ponownie wlewa się życie.

– Dziękuję.

Caitlin stała bez słowa, choć wszystko się w niej gotowało, i słuchała, jak jej matka dobrymi manierami próbuje zaradzić tej niezbyt przyjemnej sytuacji. Ali była w czymś takim profesjonalistką. Tradycyjnie to ona odgrywała rolę rozjemcy w rodzinie Timberlake’ów.

Jednak w tej akurat chwili Caitlin wcale nie chciała rozejmu. Była zażenowała, zirytowana i, cóż, seksualnie sfrustrowana. Pragnęła oświadczyć tacie, aby przestał się wywyższać, ale im dłużej jej matka mówiła, tym mniejsze było prawdopodobieństwo, że rzeczywiście tak zrobi.

W końcu rozmowa Ali z Joshem dobiegła końca. Caitlin zmrużyła oczy i zamierzając wbić ojcu subtelną, lecz celną szpilę, otworzyła usta, ale ubiegła ją mama.

– Caitlin, twój ojciec, Celeste i ja mamy spotkanie z kierownictwem tego hotelu i całe popołudnie jestem na nogach. Nie mogę już wytrzymać w tych szpilkach. Szliśmy właśnie na górę, aby się przebrać. Macie z Joshem ochotę spotkać się z nami za pół godziny na drinka?

Caitlin zamknęła na chwilę oczy i uznała porażkę.

– Wesele nie skończy się przed północą, mamo. Właściwie to powinnam na nie zaraz wrócić. W końcu jestem druhną.

– Och. Tak, oczywiście. Musisz wracać na wesele. No to może spotkamy się na śniadaniu? Powiedzmy o ósmej w głównej restauracji?

– Możemy zaczekać do północy – zaproponował Mac.

– Nie możemy. – Ali podeszła do windy i wcisnęła guzik. – Dobranoc, skarbie. Do zobaczenia rano. Dobranoc, Josh.

Drzwi windy się rozsunęły i Ali wciągnęła męża do środka.

Celeste szybko uściskała Caitlin, po czym spojrzała z uśmiechem na Josha.

– Nie mogę się doczekać, aż się dowiem, w jaki sposób się poznaliście. Wiele razy słyszałam, że Telluride to niezwykle romantyczne miejsce.