Po zapadnięciu nocy - Fred Vargas - ebook
Opis

Królowa francuskiego kryminału powraca z nową, zatrważającą historią! Dziewczyna zamordowana trzema ciosami przecinakiem, pijaczyna, który nic nie pamięta, lecz wszystko świadczy przeciwko niemu… Inspektor Adamsberg nie ma wątpliwości: oto dopada go przeszłość. Morderca z trójzębnymi widłami znów wyruszył na łowy. Ten sam morderca, który przed laty zabił narzeczoną Raphaëla, brata Adamsberga, w ich rodzinnej wiosce w Pirenejach. Jest tylko jeden problem: ten człowiek nie żyje od prawie dwudziestu lat. Czyżby Adamsberg, wrażliwy marzyciel, tracił rozum i ścigał zjawę? „Urok powieści Fred Vargas zasadza się na odkrywaniu niespodziewanej, czasami wręcz osobliwej strony rzeczy, przez co odświeżeniu ulegają klasyczne elementy kryminału”. Le Monde des Livres „Taka umiejętność zaskakiwania, bawienia, trzymania w napięciu czytelnika, tak inteligentnie i z takim wdziękiem, zasługuje na jedno: dziękujemy, Fred Vargas!” Michel Field, Le Figaro, TV Magazine

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 463

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:

SOUS LES VENTS DE NEPTUNE

Copyright © Editions Viviane Hamy, 2006.

Copyright © 2016 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2016 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Ewa Penksyk-Kluczkowska

Korekta: Małgorzata Hordyńska, Joanna Rodkiewicz

ISBN: 978-83-7999-986-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:[email protected]

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2016

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Jo Vargas, mojej bliźniaczej siostry

I

Oparty o ciemny piwniczny mur młodszy inspektor Jean-Baptiste Adamsberg wpatrywał się w ogromny kocioł grzewczy, który dwa dni wcześniej całkowicie odmówił posłuszeństwa. W sobotę 4 października, akurat gdy temperatura na zewnątrz spadła do blisko jednego stopnia powyżej zera, przy wietrze dującym prosto znad Arktyki. Nie znając się na tym ustrojstwie, inspektor przyglądał się kotłowi i milczącym rurom w nadziei, że jego życzliwy wzrok ożywi urządzenie, a przynajmniej ściągnie tutaj fachowca, który miał przyjść, lecz ciągle się nie zjawiał.

Nie chodziło o to, że Adamsberg jest wrażliwy na chłód albo że ta sytuacja jakoś mu wadzi. Przeciwnie, świadomość, że czasami północny wiatr, nigdzie nie skręcając, prosto znad ławicy lodowej dociera aż na ulice XIII dzielnicy Paryża, dawała mu poczucie, że jeden krok wystarczy, a znajdzie się wśród odległych lodowców, będzie mógł po nich chodzić, wydrążyć przerębel, by zapolować na fokę. Pod czarną kurtkę dodatkowo włożył sweter i gdyby tylko o niego chodziło, spokojnie czekałby na przybycie fachowca, wypatrując wychynięcia foczego pyska.

Tyle że ukryte w podziemiach potężne urządzenie w całej pełni uczestniczyło w rozwiązywaniu spraw, które na okrągło spływały do brygady kryminalnej, ogrzewało bowiem trzydzieści cztery kaloryfery, a one z kolei ciała dwudziestu ośmiu policjantów w budynku. Ciała aktualnie zesztywniałe z zimna, okutane puchowymi kurtkami, tłoczące się przy automacie do kawy, dłońmi w rękawiczkach obejmujące białe kubeczki. Albo otwarcie uciekające do okolicznych barów. Akta spraw w związku z tym także sztywniały z zimna. Akta najwyższej wagi, akta dotyczące zbrodni. Akta, z którymi ogromny kocioł grzewczy nie miał co począć. I czekał, wyniosły tyran, aż biegły w swej sztuce człowiek zechce przybyć i paść mu do stóp. Na dowód swej dobrej woli Adamsberg zszedł zatem do piwnicy, aby złożyć mu daremny hołd, przede wszystkim zaś aby znaleźć nieco mroku i ciszy, uciec od utyskiwań swoich ludzi.

Utyskiwania te, gdy usiłowano utrzymać temperaturę dziesięciu stopni w biurach, źle wróżyły stażowi DNA w Quebecu, gdzie zanosiło się na chłodną jesień – poprzedniego dnia w Ottawie było minus cztery i miejscami leżał już śnieg. Dwóm tygodniom skupienia się na śladach biologicznych, ślinie, krwi, pocie, łzach, urynie i rozmaitych wydzielinach, na śladach odczytywanych obecnie przez obwody elektroniczne, sortowanych i badanych, na wszelkiego rodzaju ludzkich płynach ustrojowych, które stały się prawdziwym orężem kryminologii. Na tydzień przed wyjazdem Adamsberg już myślami odleciał do kanadyjskich lasów, ogromnych, jak mu mówiono, usianych milionami jezior. Danglard, jego partner, przypomniał mu zrzędliwie, że mają tam wgapiać się w monitory, a w żadnym razie w lustra jezior. Od roku już nadkomisarz Danglard zrzędził. Adamsberg wiedział dlaczego i cierpliwie czekał, aż to zrzędzenie mu przejdzie.

Danglard nie śnił o jeziorach, co dzień modlił się natomiast, by jakaś paląca sprawa przykuła do miejsca całą brygadę. Od miesiąca roztrząsał swoje rychłe zejście, gdy maszyna wybuchnie gdzieś nad Atlantykiem. Ale teraz, kiedy fachowiec, który miał przyjść, nie przychodził, Danglardowi humor się poprawiał. Pokładał nadzieję w tej niespodziewanej awarii kotła grzewczego, licząc, że jak to i owo zmarznie temu i owemu, rozwieją się absurdalne marzenia o zamarzniętych rozległych przestrzeniach Kanady.

Adamsberg położył dłoń na obudowie kotła i uśmiechnął się. Czy Danglard byłby zdolny zepsuć urządzenie, przewidując zniechęcające skutki braku ogrzewania? Opóźnić przybycie fachowca? Tak, do tego Danglard był zdolny. Jego płynna inteligencja wnikała w najciaśniejsze mechanizmy ludzkiego umysłu. Pod warunkiem jednak, że bazują na rozumie i logice, a właśnie na tej linii, na granicy między rozumem a instynktem, od lat Adamsberg i jego partner różnili się diametralnie.

Inspektor ruszył na górę krętymi schodami, na parterze przeszedł przez dużą salę, po której w zwolnionym tempie kręcili się ludzie, ciężkie postacie pogrubione przez szaliki i dodatkowe swetry. Nikt nie wiedział, dlaczego pomieszczenie to nazywano Salą Soborową – pewnie dlatego, myślał Adamsberg, że odbywały się w niej zebrania, posiedzenia, a raczej nasiadówki. W tym samym duchu nazwano Salą Kapituły pomieszczenie obok, skromniejszych rozmiarów, w którym odbywały się narady w mniejszym gronie. Skąd się te nazwy wzięły, Adamsberg nie miał pojęcia. Prawdopodobnie ich autorem był Danglard, którego erudycja wydawała się czasem inspektorowi bezgraniczna i niemal toksyczna. Nadkomisarz ulegał bowiem częstej i nieopanowanej potrzebie wyrzucania z siebie wiedzy, co poniekąd przypominało hałaśliwie otrząsającego się konia. Wystarczył słaby nawet bodziec – rzadko używane słowo, pojęcie zastosowane w niewłaściwym kontekście – by wyzwolić w nim uczony, choć niekoniecznie na temat wywód, który można było przerwać jednym gestem.

Kręcąc głową, Adamsberg dał do zrozumienia tym, którzy pytająco nań spoglądali, kiedy ich mijał, że kocioł nadal nie daje znaku życia. Dotarł do biura Danglarda kończącego pilne raporty z chmurną miną, na wypadek gdyby nieszczęściem musiał jednak wyruszyć na Labrador, acz nie dotarłby do niego z powodu tej katastrofy nad Atlantykiem wywołanej pożarem lewego silnika, w który wpadło stado szpaków i zatkało go na amen. Taka perspektywa w jego mniemaniu w pełni uzasadniała otwarcie butelki białego wina przed szóstą po południu. Adamsberg przysiadł na rogu stołu.

− Jak stoimy ze sprawą Hernoncourta?

− Zamykamy. Stary baron zdecydował się mówić. Zeznania pełne, jasne.

− Za jasne – zauważył Adamsberg, odsuwając raport i biorąc do ręki gazetę, która starannie złożona spoczywała na stole. – Mamy kolację rodzinną, która przeradza się w jatkę, i staruszka niepewnego, plączącego się w zeznaniach. Po czym ni stąd, ni zowąd wszystko mu się rozjaśnia, nie ma żadnego etapu pośredniego. Nie, Danglard, tego nie podpisujemy.

Adamsberg hałaśliwie przewrócił kartkę gazety.

− To znaczy? – zapytał Danglard.

− To znaczy, że zaczynamy od początku. Baron wodzi nas za nos. Kryje kogoś, prawdopodobnie córkę.

− I córka by pozwoliła zapuszkować ojca?

Adamsberg przewrócił kolejną kartkę w gazecie. Danglard nie lubił, kiedy kolega czytał jego gazetę. Zwracał mu ją pogniecioną i ponadszarpywaną i w żaden sposób nie dało się potem równo jej poskładać.

− Bywało i tak – odparł Adamsberg. – Arystokratyczna tradycja, a przede wszystkim łagodny wyrok dla schorowanego starca. Mówię ci, nie było etapu pośredniego, a coś takiego jest nie do pomyślenia. To zbyt wyraźna wolta, w życiu nigdy nie ma takich wyraźnych cięć. Czyli w tym czy innym miejscu jest przekręt.

Zmęczony Danglard zapragnął nagle złapać raport i strzelić nim w kąt. I wyrwać gazetę z rąk Adamsberga, który niedbale ją miętosił. Prawdziwe czy nie, będzie musiał zweryfikować te cholerne zeznania barona wyłącznie z powodu mętnych przeczuć kolegi. Przeczuć, które zdaniem Danglarda łączyło pokrewieństwo z prymitywnym gatunkiem mątw, mięczaków beznogich, bezpłetwych, bezgrzbietych i bezbrzuchych, o przejrzystych korpusach, unoszących się pod powierzchnią wody, stworzeń, które doprowadzały do rozpaczy, a wręcz napawały niesmakiem precyzyjny ścisły umysł nadkomisarza. Będzie musiał to zweryfikować, albowiem owe beznogie przeczucia nader często okazywały się słuszne z łaski nie wiadomo jakiej zdolności przewidywania, która kolidowała z najbardziej wyrafinowaną logiką. Zdolności, która za sprawą kolejnych sukcesów przywiodła Adamsberga tutaj, na ten stół, na to stanowisko, stanowisko szefa brygady kryminalnej w XIII dzielnicy. Zdolności, której sam Adamsberg twardo się wypierał, nazywając ją po prostu znajomością ludzi i życia.

− Nie mogłeś powiedzieć wcześniej? – zagadnął Danglard. – Zanim wypichciłem cały raport?

− Dopiero tej nocy przyszło mi to do głowy – wyjaśnił Adamsberg, nagłym ruchem zamykając gazetę. – Kiedy rozmyślałem o Rembrandcie.

Składał dziennik w pośpiechu, rozproszony nagłym niepokojem, który dopadł go znienacka niczym kot skaczący ci na plecy z wysuniętymi wszystkimi pazurami. Poczuciem wstrząsu, ucisku, z zimnym potem na karku mimo chłodu w biurze. Na pewno zaraz to minie, już mija.

− W takim razie – rzekł Danglard, biorąc do ręki raport – trzeba będzie zostać i zająć się tym. Bo jak inaczej?

− Mordent poprowadzi sprawę pod naszą nieobecność, zrobi to dobrze. A jak tam z Quebekiem?

− Prefekt czeka na naszą odpowiedź jutro o czternastej – odparł Danglard, z niepokojem marszcząc czoło.

− Świetnie. Na dziesiątą trzydzieści w Sali Kapituły zwołaj zebranie ośmiu uczestników stażu… Danglard – podjął inspektor po chwili – nie musisz z nami jechać.

− Nie? Prefekt osobiście zrobił listę uczestników. Jestem na samym szczycie.

W tej chwili Danglard wcale nie wyglądał na jednego z najwybitniejszych członków brygady. Strach i chłód pozbawiły go zwyczajowej dumy. Brzydki i źle wyposażony przez matkę naturę – jak sam mawiał – dbał o nieskazitelną elegancję, aby skompensować rozmyte rysy twarzy i opadające ramiona, a przy tym nadać odrobinę angielskiego szarmu swojemu długiemu obwisłemu ciału. Tego dnia jednak z zaciętą miną, wbity w podszytą futrem kurtkę, we włóczkowej czapce na głowie mógł tylko marzyć o zachowaniu wytwornego stylu. Zwłaszcza że czapkę, należącą pewnie do jednego z pięciorga jego dzieci, zdobił pompon, który Danglard przyciął jako tako, lecz pozostała widoczna czerwona końcówka stwarzająca śmieszny efekt.

− Zawsze można zrzucić winę na grypę z powodu awarii ogrzewania – podsunął Adamsberg.

Danglard chuchnął w dłonie w rękawiczkach.

− Za niecałe dwa miesiące mam dostać awans – wymamrotał – więc nie mogę ryzykować, że szefostwo się wycofa. Mam pięć gąb do wyżywienia.

− Dawaj tę mapę Quebecu. Pokaż, gdzie jedziemy.

− Przecież już ci pokazywałem – odpowiedział Danglard, rozkładając mapę. – Tutaj. – Wskazał palcem punkt niedaleko Ottawy. – Do Hull-Gatineau, dziury zabitej dechami, w której GRC ulokowało jeden z oddziałów Narodowej Bazy Danych Genetycznych.

− GRC?

− Już ci mówiłem – powtórzył Danglard. – Kanadyjska Żandarmeria Królewska. Inaczej Kanadyjska Królewska Policja Konna. W butach z cholewami i czerwonych kurtkach jak za starych dobrych czasów, kiedy jeszcze Irokezi stanowili prawo wzdłuż brzegów Rzeki Świętego Wawrzyńca.

− W czerwonych kurtkach? Dalej takie noszą?

− Tylko dla turystów. Skoro tak pilno ci jechać, może należałoby się dowiedzieć, gdzie dokładnie się wybierasz?

Adamsberg uśmiechnął się szeroko, a Danglard zwiesił głowę. Kiedy zamierzał ponarzekać, nie lubił szerokiego uśmiechu Adamsberga. Ponieważ jak mówiono w Plotkarni, czyli w kanciapie, w której ustawiono dystrybutory z kanapkami i z napojami, szeroki uśmiech Adamsberga łamał wszelki opór i topił polarne lody. Danglard zaś reagował na niego jak każdy, jak dziewczyna, co w jego wieku – przekroczył pięćdziesiątkę − bardzo go peszyło.

− Ale wiem, że to GRC jest nad rzeką Outaouais. Mówiąc z angielska, nad Ottawą – zauważył Adamsberg. – I że są tam stada dzikich gęsi.

Danglard łyknął białego wina i uśmiechnął się raczej oschle.

− Bernikli – uściślił. – A Outaouais to tylko dopływ. Dziesięć razy większy od Sekwany, ale tylko dopływ. Który wpada do Rzeki Świętego Wawrzyńca.

− Niech ci będzie dopływ. Za dużo wiesz o tym kraju, żeby się wycofać, Danglard. Jesteś w trybach i pojedziesz. Mam tylko prośbę: uspokój mnie i powiedz, że nie ty ciemną nocą załatwiłeś kocioł grzewczy i że nie ukatrupiłeś w drodze fachowca, który ma przyjść i nie przychodzi.

Danglard popatrzył na niego z oburzeniem.

− Po co miałbym to robić?

− Żeby w ludziach energia skamieniała, żeby zamarzła w nich żądza przygody.

− Wciskasz mi sabotaż? Chyba nie myślisz tak naprawdę?

− Ot, drobny sabotażyk, niewinny. Lepszy zepsuty kocioł niż roztrzaskanie się boeinga. Bo to prawdziwy powód twojej niechęci do wyjazdu, prawda, nadkomisarzu?

Danglard walnął pięścią w stół, aż krople wina prysły na raporty. Adamsberg się wzdrygnął. Danglard mógł utyskiwać, gderać albo zamykać się w milczeniu, w taki bowiem sposób zwykł okazywać dezaprobatę, przede wszystkim jednak był człowiekiem kulturalnym, uprzejmym i dobroci równie wielkiej jak dyskretnej. Ale nieprzejednanym, gdy w grę wchodził jeden temat. Toteż Adamsberg zesztywniał.

− Prawdziwy powód? – rzekł sucho Danglard, trzymając na stole dłoń zaciśniętą w pięść. – A co ci do mojego „prawdziwego powodu”? Nie ja kieruję tą brygadą i nie ja wysyłam nas na odgrywanie głupków w śniegu. Kurwa.

Adamsberg pokręcił głową. Tyle lat się znali, a Danglard po raz pierwszy prosto w oczy powiedział mu „kurwa”. Dobrze. Nie poczuł się dotknięty z racji swojej niepospolitej nonszalancji i beznamiętności, przez niektórych zwanymi nieczułością i obojętnością i działającymi na nerwy każdemu, kto próbował się przez nie przebić.

− Przypominam ci, Danglard, że to wyjątkowa propozycja współpracy i możliwość poznania najbardziej efektywnego systemu na świecie. Kanadyjczycy wyprzedzają nas o głowę w tej dziedzinie. Wyszlibyśmy na głupków, gdybyśmy odmówili.

− Gadanie! Nie mów, że etyka zawodowa każe ci nas ganiać po lodzie.

− Ależ tak.

Danglard jednym haustem wychylił kieliszek i z brodą wysuniętą do przodu wpatrzył się w Adamsberga.

− O co chodzi, Danglard? – łagodnie spytał Adamsberg.

− O twój powód – mruknął nadkomisarz. – O twój prawdziwy powód. Może o tym byś powiedział, zamiast oskarżać mnie o sabotaż? Może byś dla odmiany powiedział o swoim sabotażu?

No to jesteśmy w domu, pomyślał Adamsberg.

Danglard zerwał się naraz, otworzył szufladę, wyjął z niej butelkę białego wina i szczodrze nalał sobie do kieliszka. Następnie zaczął krążyć po pokoju. Adamsberg skrzyżował ramiona, czujnie wypatrując burzy. Na tym etapie gniewu i spożytego wina używanie argumentów nic nie dawało. Gniewu, który z rocznym opóźnieniem właśnie zaczynał wybuchać.

− Dawaj, Danglard, skoro tak ci zależy.

− Camille. Camille jest w Montrealu i ty o tym wiesz. I tylko i wyłącznie dlatego wpychasz nas do tego pieprzonego boeinga.

− To jesteśmy w domu.

− Świetnie.

− Ale ciebie to nie dotyczy, nadkomisarzu.

− Nie? – wrzasnął Danglard. – Rok temu Camille się ulotniła, zniknęła z twojego życia dzięki jednemu z tych diabelskich sabotaży, które tylko ty potrafisz robić. I kto chciał ją zobaczyć? No kto? Ty czy ja?

− Ja.

− A kto ją śledził? Kto ją odnalazł, zlokalizował? Kto ci dostarczył jej adres w Lizbonie? Ty czy ja?

Adamsberg wstał i zamknął drzwi pokoju. Danglard zawsze czcił Camille, pomagał jej i strzegł niczym dzieła sztuki. Na to nic się nie dało poradzić. Jednakże ten opiekuńczy zapał źle się komponował z burzliwym życiem Adamsberga.

− Ty – odpowiedział spokojnie.

− Właśnie. Więc mnie to też dotyczy.

− Ciszej, Danglard. Słyszę cię, nie musisz tak krzyczeć.

Tym razem szczególne brzmienie głosu Adamsberga chyba poskutkowało. Niczym jakiś aktywnie działający produkt jego modulowany tembr otulał adwersarza, nakłaniając go do zawieszenia broni bądź wzbudzając uczucie spokoju, przyjemności czy wręcz pełnego znieczulenia. Komisarz Voisenet, z wykształcenia chemik, często napomykał o tej tajemnicy w Plotkarni, lecz nikt nie potrafił zidentyfikować kojącego specyfiku, którym nasączono głos Adamsberga. Tymianek? Mleczko pszczele? Wosk? Jakaś mieszanka?

Danglard spuścił nieco z tonu.

− I kto – podjął ciszej – pognał do niej do Lizbony i rozpirzył wszystko w niecałe trzy dni?

− Ja.

− Ty. Czyli próżne starania, jak widać.

− Nie twoja sprawa.

Adamsberg wstał i rozchyliwszy palce, wypuścił z dłoni kubek prosto w sam środek kosza na śmieci. Gestem takim, jakim się strzela, celuje. I wyszedł z pokoju równym krokiem, nie oglądając się za siebie.

Danglard zacisnął usta. Wiedział, że przekroczył granicę, zapuścił się za daleko na terytorium zakazane. Tyle że przytłoczony miesiącami dezaprobaty i doprowadzony do ostateczności kanadyjską sprawą nie był w stanie się wycofać. Potarł policzki dłonią w szorstkiej wełnianej rękawiczce, wahając się, rozważając miesiące swojego ciężkiego milczenia, kłamstw, może nawet zdrady. Postąpił dobrze albo źle. Patrząc przez palce, zawiesił wzrok na mapie Quebecu rozłożonej na stole. Czym on się w ogóle przejmuje? Za tydzień będzie martwy, Adamsberg również. Szpaki przerobione na miazgę w turbinie, lewy silnik w ogniu, wybuch nad wodami Atlantyku. Wziął butelkę, łyknął wina. Następnie podniósł telefon i wybrał numer fachowca.

II

Adamsberg spotkał Violette Retancourt przy dystrybutorze kawy. Stanął spokojnie za nią, czekając, aż najlepiej zbudowany z jego komisarzy napełni sobie kubek z wymion maszyny – albowiem w mniemaniu inspektora urządzenie z napojami przywodziło na myśl mleczną krowę wygodnie ulokowaną w biurach brygady kryminalnej, czuwającą nad nimi jak milcząca matka. I dlatego je lubił. Retancourt się wyniosła, ledwie go zobaczyła. Zdecydowanie dzisiaj to nie mój dzień, pomyślał Adamsberg, podstawiając kubek pod wymię dystrybutora.

Niezależnie od dnia takiego czy owakiego komisarz Retancourt była przypadkiem rzadko spotykanym. Adamsberg niczego nie mógł zarzucić tej imponującej niewieście, która liczyła sobie trzydzieści pięć lat, mierzyła metr siedemdziesiąt dziewięć, ważyła sto dziesięć kilo, była równie inteligentna jak silna i potrafiła, jak to ujęła, przekształcać swoją energię wedle własnej woli. Istotnie w ciągu roku Retancourt dowiodła swoich urozmaiconych możliwości, w tym piorunującej siły uderzenia, czym zasłużyła sobie na miano filaru brygady, wszechstronnej machiny bojowej przystosowanej do działań w każdym terenie, na gruncie intelektualnym, taktycznym, administracyjnym, walki wręcz, precyzyjnego strzelania. Tyle że Violette Retancourt nie lubiła inspektora. Bez wrogości – po prostu go unikała.

Adamsberg wziął kubek z kawą, poklepał maszynę w synowskim podziękowaniu i wrócił do swojego biura, zaledwie cząstką umysłu zajmując się wybuchem Danglarda. Nie zamierzał trawić godzin na kojeniu niepokojów nadkomisarza – czy to w kwestii boeinga, czy Camille. Zwyczajnie wolałby się od niego nie dowiedzieć, że Camille przebywa w Montrealu, o czym dotąd nie miał pojęcia i co lekko mu zaburzało koncepcję ucieczki do Quebecu. Wolałby, żeby Danglard nie ożywiał obrazów, które on spychał na obrzeża swego pola widzenia, w lepkie grzęzawisko niepamięci, które oblepiało kanciastą żuchwę, rozmywało dziecięce wargi, barwiło błotną szarością jasną skórę tej córy północy. Żeby nie ożywiał miłości, od której on bezgłośnie się oddalał, zamieniając ją na rozliczne doznania oferowane przez inne kobiety. Bezdyskusyjnie pod wpływem kleptomańskiego przymusu, przymusu złodziejaszka łasego na niedojrzałe owoce, co naturalnie mocno raniło Camille. Często widział, jak po jego przechadzce przyciskała ręce do uszu, jakby jej melodyczny kochanek skrobał paznokciem po tablicy, wprowadzając dysonans do jej subtelnej partytury. Camille była muzyczką, to wszystko tłumaczyło.

Usiadł bokiem w fotelu i podmuchał kawę, wzrok kierując na tablicę między oknami. Wisiały na niej raporty, terminy, a pośrodku notatki zawierające cele misji w Quebecu. Trzy kartki równiutko przymocowane obok siebie trzema czerwonymi pinezkami. Odciski genetyczne, pot, mocz i komputery, liście klonu, lasy, jeziora, karibu. Jutro podpisze rozkaz wyjazdu, a za tydzień odlot. Uśmiechnął się i upił łyk kawy, spokojny, a nawet szczęśliwy.

I wtem poczuł ten sam zimny pot występujący mu na karku, poczuł miażdżący ucisk, pazurzastego kota czepiającego się jego barków. Zgiął się pod wpływem wstrząsu i ostrożnie odstawił kubek na stół. Drugi raz w ciągu godziny dopadł go niepokój, wzburzenie nieznane, jak obcy składający niezapowiedzianą wizytę, uruchamiający donośny sygnał ostrzegawczy, alarm. Adamsberg zmusił się, by wstać, zrobił kilka kroków. Pominąwszy przykre doznanie i zimny pot, jego ciało reagowało normalnie. Przejechał dłońmi po twarzy, rozciągając skórę, pomasował sobie kark. Zmora jakaś, coś w rodzaju konwulsji obronnej. Ukąszenie obawy, przeczucie zagrożenia − i ciało reaguje w obliczu niebezpieczeństwa. A teraz, gdy znowu swobodnie się poruszał, ciągle miał w sobie niewysłowiony smutek niczym złowrogi osad, który pozostawia cofająca się fala.

Dopił kawę i oparł brodę na ręce. Wielokrotnie wcześniej przy różnych okazjach zdarzało mu się, że nie rozumiał siebie, lecz po raz pierwszy to niezrozumienie było takie totalne. Po raz pierwszy na kilka sekund stracił rozeznanie, jakby ktoś obcy przemknął na pokład jego jestestwa i zajął miejsce u steru. Tego był pewien: miał na pokładzie obcego. Ktoś rozsądny wytłumaczyłby mu absurdalność pomysłu i zasugerował zamroczenie grypą. Adamsberg jednak widział w tym coś innego, mianowicie wtargnięcie na chwilkę groźnego nieznajomego, kogoś, kto nie życzy mu dobrze.

Otworzył szafkę i wyjął stare tenisówki. Tym razem nie wystarczy przechadzka albo rozmarzenie. Będzie musiał biegać, może nawet godzinami, najpierw pogna prosto nad Sekwanę, a później wzdłuż jej brzegu. Aby zgubić prześladowcę, wepchnąć go do rzeki albo – czemu nie? – przerzucić na kogoś innego.

III

Oczyszczony, wyczerpany i wykąpany Adamsberg postanowił pójść na kolację do Czarnych Wód Dublinu, mrocznego baru, którego hałaśliwa atmosfera i cierpki zapach często były ostatnim akordem jego przechadzek. Lokal ten, zapełniony samymi Irlandczykami, których rozmów ni w ząb nie rozumiał, miał jedyną w swoim rodzaju przewagę nad każdym innym miejscem: oferował bez ograniczeń obecność ludzi i gwar rozmów, a zarazem samotność doskonałą. Adamsberg zasiadł przy swoim stoliku poplamionym piwem, oddychając powietrzem przesyconym zapachem guinnessa, i u zaprzyjaźnionej kelnerki Enid zamówił porcję wieprzowiny z ziemniakami. Enid nakładała jedzenie zabytkowym długim cynowym widelcem, który Adamsberg bardzo lubił, widelcem z drewnianą zużytą rączką i trzema nierównymi zębami. Patrzył, jak Enid kładzie mięso na talerzu, i wtem obcy wyłonił się brutalnie jak gwałciciel. Tym razem wydało mu się, że wyczuł atak na ułamek sekundy przed faktem. Leżące na stole dłonie zacisnął w pięści i tak próbował zapobiec wtargnięciu. Spinając ciało, przywołując myśli o czym innym, wyobrażając sobie czerwone liście klonu. Na nic: zmora przeszła przez niego jak tornado pustoszące pola, prędkie, nieuniknione i gwałtowne, po czym obojętnie porzucające ofiarę, aby gdzie indziej kontynuować swoje dzieło.

Kiedy już mógł rozprostować dłonie, wziął sztućce, lecz nie był w stanie zabrać się do jedzenia. Pasmo smutku pozostawione przez tornado odebrało mu apetyt. Przeprosił Enid i wyszedł, przepełniony niepewnością ruszył ulicami przed siebie. Przez głowę przemknęło mu wspomnienie ciotecznego dziadka, który jeśli zachorował, zwijał się w kłębek w załomie pirenejskiej skały i czekał, aż dolegliwość przejdzie. Wtedy wstawał i wracał do życia uzdrowiony, bez gorączki, którą pochłonęła skała. Adamsberg się uśmiechnął. W tym wielkim mieście nie znajdzie leża, w którym mógłby się zaszyć jak niedźwiedź, nie znajdzie zapadliny, która by wchłonęła jego gorączkę i łyknęła obcego w całości. Obcego, który może w tej chwili przeniósł się na barki kogoś, kto siedział przy sąsiednim stoliku w irlandzkim pubie.

Zaprzyjaźniony z Adamsbergiem psychiatra, doktor Ferez, niewątpliwie starałby się zidentyfikować mechanizm wtargnięcia. Odsłonić ukryte poruszenie, niewyrażoną udrękę, która niczym więzień wstrząsała znienacka swoimi kajdanami. Ich dzwonienie wywoływało zimny pot, skurcze mięśni, wzbierający w gardle krzyk, który przyginał mu plecy. Tak właśnie powiedziałby Ferez z naznaczoną zatroskaniem łapczywością, którą Adamsberg zawsze u niego zauważał w obliczu niezwykłych przypadków. Zapytałby, o czym rozmawiał, kiedy pierwszy pazurzasty kot skoczył mu na grzbiet. Może o Camille? A może o Quebecu?

Przystanął na chodniku, szperając w pamięci, szukając, co mówił Danglardowi, kiedy po raz pierwszy oblał go pot. A tak, o Rembrandcie. Mówił o Rembrandcie, o braku światłocieni w sprawie Hernoncourta. To się stało wtedy. Czyli sporo przed rozmową o Camille albo Kanadzie. Przede wszystkim należałoby wytłumaczyć Ferezowi, że nigdy wcześniej żaden kłopot nie ściągnął mu na kark rozzłoszczonego kota. Że to coś nowego, coś, czego w życiu jeszcze nie doświadczył, coś niebywałego. Że ilekroć wstrząs następował, on zajmował inną pozycję w innym miejscu, że nie było wspólnego elementu tych zdarzeń. Jaki może być związek między poczciwą Enid a jego partnerem Danglardem, między stolikiem w Czarnych Wodach Dublinu a tablicą na notatki? Między tłumem ludzi w pubie a pustką w biurze? Nie ma żadnego. Nawet taki spryciarz jak Ferez połamałby sobie na tym zęby. I nie dopuściłby do siebie myśli, że obcy wszedł na pokład. Adamsberg poczochrał sobie włosy, roztarł ramiona i uda, na nowo uruchamiając swoje ciało. Po czym ruszył dalej, starając się czerpać ze swych zwyczajnych sił, iść spokojnie, z dystansem spoglądać na przechodniów, z myślą dryfującą po powierzchni umysłu niczym kawałek drewna niesiony przez wodę.

Czwarta fala dopadła go prawie godzinę później, kiedy znalazł się na boulevard Saint-Paul, o kilka kroków od swojego mieszkania. Zgiął się pod wpływem ataku, oparł o latarnię, zastygł, czując podmuch zagrożenia. Zamknął oczy i czekał. Niecałą minutę później wolno uniósł głowę, rozprostował ramiona, poruszył palcami w kieszeniach ogarnięty lękiem, który tornado zostawiło za sobą po raz czwarty, obawą, która wyciskała mu łzy z oczu, smutkiem nienazwanym.

I właśnie nazwać go potrzebował. Nazwać to doznanie, ten alarm. Ponieważ ten dzień zaczęty tak banalnie, wkroczeniem jak zwykle do biur brygady kryminalnej, kończył odmieniony, poruszony, niezdolny wrócić nazajutrz do rutyny. Rano normalny człowiek, wieczorem wstrząśnięty, zablokowany przez wulkan, który się przed nim pojawił, rozdziawiając ognistą paszczę na nieodgadnioną tajemnicę.

Oderwał się od latarni i uważnie rozejrzał po okolicy, jakby badał miejsce zbrodni popełnionej na sobie, szukał znaku mogącego mu wyjawić imię zabójcy, który uderzał z tyłu. Cofnął się o krok, po czym stanął dokładnie w takiej pozycji, w jakiej był w momencie wstrząsu. Wzrokiem powiódł po pustym chodniku, popatrzył na ciemną witrynę sklepiku po prawej, na tablicę reklamową po lewej. Niczego więcej nie było. Tylko reklamę wyraźnie widział w ciemnościach, podświetloną przez szklane obramowanie. Była to ostatnia rzecz, którą zobaczył tuż przed atakiem. Przyjrzał się jej uważnie. Reprodukcja klasycznego obrazu przeciętego zapowiedzią: „Artyści malarze wśród strażaków XIX w. Wystawa czasowa. Grand Palais. 19 października−17 grudnia”.

Obraz przedstawiał muskularnego chwata o jasnej skórze i czarnej brodzie, rozpartego wygodnie na dużej muszli, która w otoczeniu najad unosiła się na falach oceanu. Adamsberg na chwilę skupił uwagę na tym obrazie, nie pojmując, jakim cudem mógłby sprowokować atak, podobnie jak jego rozmowa z Danglardem, fotel w biurze czy zadymiona sala irlandzkiego pubu. A przecież człowiek nie popada z normalności w chaos ot tak, jakby strzelić palcami. Musi być jakiś etap przejściowy, pośredni. W tym, jak i gdzie indziej oraz w sprawie Hernoncourta brakowało mu światłocieni, pomostu między strefą mroku i światła. Westchnął bezsilnie i zagryzł wargi, wpatrując się w noc, w której krążyły taksówki bez pasażerów. Podniósł rękę, zatrzymał jedną, wsiadł i podał szoferowi adres Adriena Danglarda.

IV

Musiał trzy razy dzwonić, zanim do drzwi podszedł zaspany Danglard. Spiął się na widok Adamsberga, którego rysy jakby się wyostrzyły, nos zrobił się jeszcze bardziej orli, poniżej wysokich kości policzkowych zaległy cienie. A więc złość nie przeszła mu tradycyjnie równie szybko, jak go ogarnęła. Danglard wiedział, że przekroczył granicę. I od tamtej chwili roztrząsał ewentualną konfrontację, może ostrzeżenie. Albo karę? Albo coś gorszego? Niezdolny pohamować ostre krawędzie otchłani swego pesymizmu, przez cały wieczór przeżuwał narastające obawy, starając się ich nie okazać dzieciom, podobnie jak lęku w obliczu problemów z lewym silnikiem samolotu. Najlepszym sposobem, aby niczego nie zauważyły, było zaserwowanie im nowej anegdoty z komisarz Retancourt w roli głównej, co zawsze je cieszyło, a szczególnie fakt, że ta silna kobieta – jakby namalowana przez Michała Anioła, który choć genialny, nie miał ręki do oddania miękkiej chwiejności niewieściego ciała – nosiła imię Violette, delikatnego dzikiego kwiatuszka. Tego dnia Violette rozmawiała po cichu z Hélène Froissy, która miała jakieś zmartwienie. Violette wygłosiła dobitnie jedno zdanie, dla podkreślenia słów waląc dłonią na płask w fotokopiarkę, co uruchomiło urządzenie, którego wózek od pięciu dni był zablokowany na amen.

Jeden z bliźniaków Danglarda zapytał, co by się stało, gdyby Retancourt nie waliła w fotokopiarkę, tylko w głowę Hélène Froissy. Czy naprawiłaby w ten sposób zepsute myśli zmartwionej komisarz? Czy Violette poklepywaniem może wpływać na istoty żywe i na przedmioty? Później dzieci po kolei klepały zepsuty telewizor, aby sprawdzić własną moc – Danglard pozwolił każdemu na jedno tylko klepnięcie – lecz nie przywróciło to obrazu na ekran, a najmłodsze uderzyło się w palec. Kiedy dzieci poszły do łóżek, niepokój znowu wpędził go w czarne myśli.

Stojąc przed przełożonym, Danglard podrapał się po torsie w geście iluzorycznej samoobrony.

− Zbieraj się szybko – szepnął Adamsberg. – Jesteś mi potrzebny. Taksówka czeka na dole.

Nieoczekiwany spokój kolegi otrzeźwił Danglarda, który pospiesznie się ubrał, narzucił kurtkę. Adamsberg nie chował do niego urazy, już o wszystkim zapomniał, pogrzebał incydent na dnie swej wyrozumiałości bądź właściwej mu beztroski. Skoro inspektor przyszedł po niego w nocy, znaczy, że brygada dostała sprawę morderstwa.

− Gdzie? – zapytał, dołączając do Adamsberga.

− Boulevard Saint-Paul.

W drodze na dół Danglard próbował zawiązać krawat i równocześnie owinąć szyję grubym szalikiem.

− Ofiara?

− Szybciej, stary, to pilne.

Wysiedli z taksówki na wysokości tablicy reklamowej. Adamsberg płacił za kurs, Danglard tymczasem zdziwiony rozglądał się po wyludnionej ulicy. Nie było świateł radiowozów, nie było ekipy techników, widział tylko pusty chodnik i uśpione budynki. Adamsberg złapał go za rękę i pociągnął szybko do reklamy, którą wskazał, nie zwalniając uchwytu.

− Danglard, co to jest?

− Proszę? – zdumiał się Danglard.

− Ta tablica, kurde. Pytam, co to jest. Co ona przedstawia.

− A ofiara? – dopytywał Danglard, rozglądając się. – Gdzie ofiara?

− Tutaj – odparł Adamsberg, stukając się palcem w pierś. – Odpowiedz. Co to jest?

Danglard pokręcił głową na poły stropiony, na poły zaszokowany. Po czym oniryczny absurd tej sytuacji wydał mu się nagle taki zabawny, że czysta radość rozproszyła w nim zły humor. Wypełniła go wdzięczność dla Adamsberga, który nie tylko przeszedł do porządku nad jego zniewagami, ale jeszcze mimo woli oferował mu tej nocy nadzwyczajne chwile. Albowiem jeden Adamsberg był zdolny tak zwichrować normalne życie, że wydobywał z niego wszelkie ekstrawagancje, przebłyski zaskakującego piękna. Bo i cóż mu szkodziło w środku nocy obudzić kolegę i w przenikliwym zimnie zawlec go pod Neptuna?

− Co to za gość? – powtórzył Adamsberg, nie puszczając jego ręki.

− Neptun wyłaniający się z morza – odparł Danglard z uśmiechem.

− Na pewno?

− Neptun albo Posejdon, jak wolisz.

− To bóg mórz czy piekieł?

− Są braćmi – wyjaśnił Danglard ucieszony, że ciemną nocą robi wykład z mitologii. – Trzej bracia: Hades, Zeus i Posejdon. Posejdon włada morzami, błękitem wód i sztormami, ale też głębinami i ich zagrożeniami.

Adamsberg chwilę wcześniej puścił jego ramię i teraz słuchał z rękami założonymi z tyłu.

− Tutaj – podjął Danglard, wskazując palcem reklamę – jest w otoczeniu swojego dworu i demonów. Tu mamy dobre uczynki Neptuna, a tu jego moc wymierzania kary symbolizowaną przez trójząb i przez złowrogiego węża, który wciąga w morskie głębiny. To akademicki obraz, faktura mało wyrazista, sentymentalna. Nie potrafię zidentyfikować autora. Nieznany malarz, pewnie wieszany w mieszczańskich salonach i prawdopodobnie…

− Neptun – przerwał mu Adamsberg w zamyśleniu. – Dobra, Danglard, bardzo ci dziękuję. Wracaj do domu, do łóżka. I przepraszam, że cię obudziłem.

Zanim Danglard zdążył się upomnieć o wyjaśnienia, Adamsberg już zatrzymał taksówkę i wepchnął go do niej. Nadkomisarz patrzył przez okno, jak kolega oddala się wolnym krokiem, obserwował jego szczupłą czarną postać, trochę pochyloną, lekko kołyszącą się w ciemnościach. Uśmiechnął się, machinalnie potarł sobie głowę i natrafił palcami na obrzynek pompona u czapki. Ogarnięty nagle niepokojem trzy razy dotknął go na szczęście.

V

W domu Adamsberg przejrzał swoją mocno zróżnicowaną biblioteczkę w poszukiwaniu książki, z której mógłby się dowiedzieć czegoś więcej o Neptunie-Posejdonie. Znalazł stary podręcznik historii i w nim na stronie sześćdziesiątej siódmej bóg mórz objawił mu się w całej krasie, dzierżąc w ręku swój atrybut. Adamsberg poprzyglądał mu się chwilę, przeczytał krótki opis towarzyszący reprodukcji płaskorzeźby, po czym z książką w ręce rzucił się na łóżko w ubraniu, umordowany i zmartwiony.

Wrzaski kotów walczących gdzieś na dachu obudziły go około czwartej nad ranem. Otworzył oczy w ciemności, wpatrzył się w jaśniejszy prostokąt okna na wprost łóżka. Kurtka zawieszona na klamce tworzyła szeroką nieruchomą sylwetkę, sylwetkę intruza, który wdarł się do jego sypialni i obserwował go we śnie. Obcego, który w niego wtargnął i nie chciał odstąpić. Adamsberg na moment przymknął oczy i zaraz je otworzył. Neptun i jego trójząb.

Tym razem ręce zaczęły mu drżeć, tym razem serce szybciej zabiło. Nie miało to nic wspólnego z czterema tornadami, które przeżył wcześniej – teraz doświadczył zaskoczenia i strachu.

Długo pił z kranu w kuchni, ochlapał sobie twarz i głowę zimną wodą. Przetrząsnął następnie wszystkie szafki w poszukiwaniu jakiegoś alkoholu, czegoś mocnego, szczypiącego w gardło, ostrego, byle czego. Gdzieś musiało być coś takiego, przynajmniej jakaś resztka we flaszce pozostawionej któregoś wieczoru przez Danglarda. Znalazł wreszcie kamionkową butelkę, szybko ją odkorkował. Przystawił szyjkę do nosa, przeczytał etykietę. Jałowcówka, 44 stopnie. Gruba butelka drżała mu w rękach. Nalał sobie do szklanki i wychylił duszkiem. Dwukrotnie, raz za razem. Poczuł nagle, że ciało mu wiotczeje, ciężko opadł na stary fotel, zostawiwszy zapaloną małą lampkę.

Teraz, gdy pod wpływem alkoholu zwiotczały mu mięśnie, mógł rozmyślać, kombinować, coś zrobić. Spróbować ujrzeć potwora, którego wspomnienie Neptuna wywabiło nareszcie z nory. Obcego, strasznego intruza. Niepokonanego butnego zabójcę, którego nazywał Trójzębem. Nieuchwytnego mordercę, który trzydzieści lat wcześniej wstrząsnął posadami jego życia. Przez czternaście lat Adamsberg go ścigał, tropił, za każdym razem licząc, że dopadnie drania, i bez ustanku gubiąc ruchliwy cel. Biegnąc, upadając, znowu biegnąc.

I upadając. W tym pościgu gdzieś zgubił nadzieję, przede wszystkim jednak stracił brata. Trójząb zawsze mu się wymykał. Tytan, diabeł, piekielny Posejdon. Unoszący trójzębną broń i zabijający jednym ciosem w brzuch. Zostawiający za sobą ofiary nadziane na nią, naznaczone trzema czerwonymi dziurami ułożonymi w jednej linii.

Adamsberg wyprostował się w fotelu. Trzy czerwone pinezki w jednej linii na ścianie biura, trzy zakrwawione dziury. Długi trójzębny widelec, którego używała Enid, odbicie dziur zostawianych przez Trójzęba. I Neptun z uniesionym atrybutem swojej władzy. Właśnie te obrazy tak mu dopiekły, wywołały tornada, wzbudziły w nim lęk, uwolniły skądś z głębin strach, który znowu wrócił.

Powinienem był wiedzieć, myślał teraz. Powiązać siłę wstrząsów z bolesnym zasięgiem długiego marszu za Trójzębem. Nikt bowiem nie wzbudził w nim większego cierpienia i przerażenia, rozpaczy i gniewu niż ten człowiek. Jamę, którą zabójca wydrążył w jego życiu, Adamsberg musiał przed szesnastoma laty zasypać, zamurować, a potem zapomnieć. Otworzyła mu się nagle pod nogami tego dnia – bez powodu.

Wstał i zaczął krążyć po pokoju z założonymi rękami. Z jednej strony czuł się oswobodzony, niemal świeży po zidentyfikowaniu źródła zagrożenia. Tornada już się nie powtórzą. Przerażało go jednak brutalne objawienie się Trójzęba. W poniedziałek 6 października wyłonił się niczym duch przechodzący nagle przez mur. Niepokojące było to przebudzenie, niewytłumaczalny powrót. Adamsberg schował jałowcówkę do szafki, starannie opłukał szklankę. Chyba że zrozumie dlaczego, dowie się, z jakiego powodu starzec zmartwychwstał. Znowu brakowało mu związku między swoim spokojnym przejściem do brygady kryminalnej i pojawieniem się Trójzęba.

Usiadł na podłodze z plecami przy kaloryferze, rękami obejmując kolana, rozmyślając o swoim ciotecznym dziadku, który tak się kulił w załomie skał. Musiał się skupić, wpatrzyć w jeden punkt, zapuścić wzrok jak najgłębiej i nie popuszczać. Wrócić do pierwszego pojawienia się Trójzęba, do najwcześniejszej fali. A zatem do chwili, gdy mówił o Rembrandcie, gdy wyjaśniał Danglardowi lukę w sprawie Hernoncourta. Odtworzył tę scenę w myślach. O ile zapamiętywanie słów wymagało od niego ogromnego wysiłku, o tyle obrazy wbijały mu się w pamięć tak łatwo jak kamyki w miękką ziemię. Zobaczył siebie siedzącego na rogu stołu Danglarda, zobaczył niezadowoloną minę partnera w czapce z obciętym pomponem, kubek białego wina, światło padające z lewej. I siebie mówiącego o światłocieniach. W jakiej pozycji? Z rękami skrzyżowanymi? Na kolanach? Z jedną dłonią na stole? Z obiema w kieszeniach? Co robił wtedy z rękami?

Trzymał w nich gazetę. Wziął ją ze stołu, rozłożył i w czasie rozmowy kartkował, nie widząc treści. Nie widząc? A może przeciwnie, widział ją? Może widział ją tak wyraźnie, że z czeluści pamięci wyłoniło się ostrze?

Popatrzył na zegarek. Piąta dwadzieścia rano. Zerwał się, poprawił wygniecioną kurtkę i wyszedł. Siedem minut później wyłączał alarm przy wejściu do siedziby brygady i wchodził do środka. Na dole panował ziąb, nie zjawił się fachowiec, który miał przyjść o dziewiętnastej.

Pozdrowił dyżurnego i przemknął do biura partnera bezszelestnie, by ludzie z nocnej zmiany nie zorientowali się, że przyszedł. Włączył tylko lampkę na biurku i rozejrzał się za gazetą. U Danglarda na pewno by się nie poniewierała na blacie – istotnie, znalazł ją w szufladzie szafki. Nie tracąc czasu na siadanie, zaczął przewracać kartki w poszukiwaniu jakiegoś neptunowego znaku. Było gorzej, niż sądził. Na stronie siódmej, poniżej tytułu Dziewczyna zamordowana trzema ciosami nożem w Schiltigheim, widniało złej jakości zdjęcie ciała na noszach. Chociaż zostało prześwietlone, wyraźnie było widać jasnoniebieski sweter dziewczyny i na nim w górnej części brzucha trzy czerwone dziury w jednej linii.

Obszedł stół i usiadł w fotelu Danglarda. Miał w rękach ostatni fragment światłocieni, trzy rany dostrzeżone kątem oka. Krwawe znamię widziane tyle razy w przeszłości, znaczące przejście mordercy, znamię, które przez szesnaście lat spoczywało gdzieś w jego pamięci. Wydobyło je na powierzchnię to zdjęcie, które uruchomiło donośny alarm i obwieściło powrót Trójzęba.

Teraz Adamsberg był spokojny. Wyrwał kartkę z gazety, poskładał ją i schował do wewnętrznej kieszeni kurtki. Wszystkie elementy układanki znajdowały się na swoim miejscu, fale już nie wrócą. Tak jak nie wróci Trójząb ekshumowany zwyczajną zbieżnością obrazów. Po tym krótkim nieporozumieniu na powrót zniknie w swojej jaskini zapomnienia.

VI

Zebranie ośmiorga uczestników misji quebeckiej odbyło się w temperaturze 8 stopni Celsjusza w atmosferze, której posępność wzmagał ziąb. Nic by z niego nie wyszło, gdyby nie budująca obecność komisarz Violette Retancourt. Nie miała rękawiczek ani czapki, lecz nie okazywała po sobie, że coś jej przeszkadza. W przeciwieństwie do reszty kolegów, którzy wypowiadali się przez zęby z napięciem w głosie, mówiła jak zwykle gromko i dobitnie, zwłaszcza że była żywo zainteresowana tą misją. Siedziała między Voisenetem okutanym w szalik po uszy i młodym Estalère’em, który darzył wszechstronną komisarz prawdziwą czcią niczym potężną boginię, korpulentną Junonę skrzyżowaną z Dianą łowczynią i dwunastorękim Śiwą. Retancourt krzepiła, dowodziła, podsumowywała. Najwyraźniej tego dnia przemieniła swoją energię w siłę przekonywania, toteż Adamsberg z uśmiechem pozwalał jej robić swoje. Mimo burzliwej nocy czuł się rozluźniony i na powrót w dyspozycji takiej jak zwykle. Po jałowcówce nie łupała go nawet głowa.

Danglard obserwował inspektora, który kołysał się na krześle z właściwą mu nonszalancją, ewidentnie puściwszy w niepamięć urazę z poprzedniego dnia, a nawet ich nocną rozmowę w obecności boga mórz. Retancourt gadała i gadała, zbijając argumenty przeciwko wyjazdowi, Danglard zaś czuł, że szybko ustępuje pola, że jakaś przemożna siła pcha go ku wejściu do boeinga z silnikami zapchanymi przez szpaki.

Retancourt wygrała. O dwunastej dziesięć wyjazd do GRC w Gatineau przegłosowano stosunkiem siedmiu głosów „za” przy jednym sprzeciwu. Adamsberg zakończył zebranie i wyszedł, by przekazać prefektowi decyzję grupy. W korytarzu zatrzymał Danglarda.

− Nie martw się – powiedział. – Będę trzymał linę. Świetnie mi to wychodzi.

− Jaką linę?

− Tę, która trzyma samolot – wyjaśnił Adamsberg, przyciskając kciuk do palca wskazującego.

Kiwnął głową na potwierdzenie obietnicy i oddalił się. A Danglard zadał sobie pytanie, czy kolega aby z niego nie drwi. Wydawał się jednak poważny, jakby uważał, że faktycznie trzyma liny, które nie pozwalają samolotom spaść. Danglard przesunął dłonią po resztkach pomponu, od ostatniej nocy będącego dlań kojącym punktem odniesienia. I o dziwo uspokoił się trochę na myśl o tej linie i o Adamsbergu, który będzie ją trzymał.

Na rogu ulicy mieściła się duża piwiarnia, w której siedziało się znakomicie, lecz jadło podle, a naprzeciwko nieduży bar, w którym siedziało się podle, za to jadło znakomicie. Owego egzystencjalnego wyboru o kapitalnym znaczeniu prawie codziennie musieli dokonywać członkowie brygady, wahając się między zadowoleniem podniebienia w lokalu ciemnym i niedogrzanym a wygodą w starej piwiarni, w której zachowano ławy z lat trzydziestych, lecz zatrudniono szefa kuchni od siedmiu boleści. Tego dnia kwestia ogrzewania przeważyła i około dwudziestu agentów ruszyło do piwiarni. Nosiła miano Piwiarnia Filozofów, co jakoś kłóciło się z klientelą, skoro dziennie przewijało się przez nią w sumie blisko sześćdziesięciu gliniarzy generalnie pozbawionych ciągot do roztrząsania wzniosłych dylematów. Adamsberg przyuważył, dokąd zmierzają jego ludzie, i skręcił do Kopca, niedogrzanego baru. W ciągu ostatniej doby niewiele jadł, bo przecież z irlandzkiej potrawy zrezygnował pod wpływem uderzenia fali.

Skończywszy danie dnia, wyjął kartkę z gazety wymiętoszoną w wewnętrznej kieszeni kurtki i rozłożył ją na stole zaintrygowany morderstwem w Schiltigheim, przez które przeżył nawałnicę. Ofiara, dwudziestodwuletnia Élisabeth Wind, została zamordowana prawdopodobnie około północy, kiedy jak w każdy sobotni wieczór na rowerze wracała ze Schiltigheim do swojej wioski odległej o trzy kilometry. Ciało znaleziono w zaroślach jakieś dziesięć metrów od drogi gminnej. Oględziny wstępne pozwoliły stwierdzić uderzenie w głowę oraz trzy ciosy ostrym narzędziem zadane w brzuch i będące przyczyną śmierci. Dziewczyna nie została zgwałcona ani nawet obnażona. Szybciutko zatrzymano podejrzanego, niejakiego Bernarda Vétilleux, lat trzydzieści osiem, kawalera, bez stałego miejsca zamieszkania, znalezionego pięćset metrów od miejsca zbrodni: pijany w sztok spał na poboczu drogi. Żandarmi utrzymywali, że przeciwko Vétilleux mają niezbity dowód obciążający, choć człowiek ów twierdził, że nic nie pamięta z nocy zabójstwa.

Adamsberg dwukrotnie przeczytał artykuł. Wolno pokręcił głową, wpatrzony w jasny sweter przedziurawiony w trzech miejscach. To oczywiście niemożliwe. O tym wiedział lepiej niż ktokolwiek inny. Przesunął dłonią po kartce z gazety, na moment się zawahał, po czym wyjął telefon komórkowy.

− Danglard?

Jego partner odebrał w Piwiarni Filozofów, mówiąc z pełnymi ustami.

− Komendant żandarmerii w Schiltigheim w departamencie Bas-Rhin. Mógłbyś mi poszukać?

Danglard miał w małym palcu nazwiska inspektorów we wszystkich miastach Francji, ale w żandarmerii nie był taki mocny.

− To takie pilne jak identyfikacja Neptuna?

− Niezupełnie, ale tego samego rzędu.

− Oddzwonię za kwadrans.

− Przy okazji nie zapomnij się przypomnieć fachowcowi od kotła.

Adamsberg kończył podwójną kawę – znacznie gorszą niż kawa od mlecznej krowy w brygadzie – kiedy Danglard się odezwał.

− Komendant Thierry Trabelmann. Masz na czym zapisać numer?

Adamsberg zanotował na papierowym obrusie. Zaczekał, aż na zegarze ściennym w Kopcu wybiła druga, i zadzwonił na posterunek żandarmerii w Schiltigheim. Komendant Trabelmann wykazał niejaką rezerwę. Słyszał już wcześniej o inspektorze Adamsbergu – słyszał i dobrze, i źle – toteż wahał się, jaką przyjąć postawę.

− Nie zamierzam pozbawiać pana tej sprawy – zapewnił Adamsberg na wstępie.

− Tak się mówi, a wiadomo, jak to się kończy. Żandarmi wykonują parszywą robotę, a jak tylko pojawi się coś ciekawego, gliniarze zaraz ich wyślizgują.

− Proszę tylko o potwierdzenie, to wszystko.

− Nie wiem, co tam panu chodzi po głowie, inspektorze, ale musi pan wiedzieć, że mamy winnego, i to bezapelacyjnie.

− Bernarda Vétilleux?

− Tak, twardy dowód. Narzędzie zbrodni znalezione pięć metrów od ofiary, po prostu zostawione w trawie. Pasuje jak ulał do ran. Z odciskami palców Vétilleux na trzonku po prostu.

Po prostu. I wszystko jasne. Adamsberg zastanowił się szybko, czy powinien to ciągnąć czy dać sobie spokój.

− Ale Vétilleux zaprzecza? – podjął.

− Jeszcze jak moi ludzie go zgarnęli, był naprany jak stodoła. Ledwie mógł ustać na nogach. Jego zaprzeczenia są nic niewarte: niczego nie pamięta, tylko że się schlał.

− Ma kartotekę? Karany za napaść?

− Nie. Ale zawsze jest ten pierwszy raz.

− W artykule piszą o trzech ciosach ostrym narzędziem. Czy to nóż?

− Przebijak.

Adamsberg milczał przez chwilę.

− Raczej niespotykane – skomentował.

− Nie takie rzadkie. Ci bezdomni taszczą ze sobą dosłownie wszystko. A przebijak przydaje się do otwierania konserw, zamków u drzwi… Niech pan sobie nie łamie głowy, gwarantuję, że mamy gościa.

− Jeszcze jedno, komendancie – szybko rzekł Adamsberg, czując, że w Trabelmannie narasta zniecierpliwienie. – Czy ten przebijak jest nowy?

W słuchawce na chwilę zapadła cisza.

− Skąd pan wie? – spytał wreszcie Trabelmann podejrzliwie.

− Jest nowy, tak?

− Potwierdzam. Ale co to zmienia?

Adamsberg wsparł czoło na dłoni i wpatrzył się w zdjęcie w gazecie.

− Mam prośbę, komendancie. Niech mi pan prześle zdjęcia ciała, zbliżenia ran.

− Niby czemu miałbym to zrobić?

− Bo grzecznie proszę.

− Tak po prostu?

− Nie odbiorę panu tej sprawy – zapewnił Adamsberg. – Ma pan moje słowo.

− A co się pan tak tego uczepił?

− Z powodu wspomnienia z dzieciństwa.

− A, skoro tak… – rzekł Trabelmann nagle z szacunkiem w głosie i uległością, jakby wspomnienia z dzieciństwa stanowiły powód bezdyskusyjny i kluczowy.

VII

Fachowiec, który nie przychodził, wreszcie dotarł do celu, podobnie jak cztery zdjęcia od komendanta Trabelmanna. Na jednym wyraźnie było widać rany na ciele ofiary, ujęcie z góry, szeroki plan. Adamsberg już całkiem dobrze sobie radził z komputerem, lecz bez pomocy Danglarda nie wiedział, jak powiększyć fotografie.

− Co my tu mamy? – mruknął nadkomisarz, siadając na miejscu Adamsberga i przejmując stery urządzenia.

− Neptuna – odparł Adamsberg, uśmiechając się półgębkiem. – Odciskającego swój znak na błękicie fal.

− Ale co to jest? – dopytywał dalej Danglard.

− Stale mi zadajesz pytania, ale nie podobają ci się moje odpowiedzi.

− Lubię wiedzieć, czym się zajmuję.

− Trzy dziurki z Schiltigheim, potrójny ślad trójzębu.

− Neptuna? To jakaś obsesja?

− Morderstwo. Dziewczyna zginęła od trzech ciosów przecinakiem.

− Trabelmann nam to przysłał? Ma odebraną sprawę?

− Skądże.

− Więc czemu?

− Nie wiem czemu. Nic nie wiem, póki nie zobaczę tego powiększenia.

Danglard się nadął, przystępując do pobierania obrazów. Nie cierpiał tego „nie wiem”, jednego z najczęściej powtarzanych zdań Adamsberga, słów, które wielokrotnie zwodziły go na bezdroża, a czasem wręcz w bagno. Dla Danglarda było to preludium do manowców myśli i często ogarniał go strach, że Adamsberg na dobre w nich ugrzęźnie.

− Czytałem, że złapali gościa – zauważył Danglard.

− Tak. Mają też narzędzie zbrodni z jego odciskami.

− I co ci tu nie gra?

− Wspomnienie z dzieciństwa.

Ta odpowiedź nie podziałała na Danglarda tak uspokajająco jak na Trabelmanna. Przeciwnie, nadkomisarz poczuł, że rośnie w nim obawa. Wykadrował obraz w maksymalnym powiększeniu i uruchomił drukowanie. Adamsberg czekał na kartkę, którą drukarka wolno wypluwała. Chwycił ją za rożek, dosuszył szybko, machając nią w powietrzu, po czym włączył lampkę i zaczął oglądać z bliska. Danglard nierozumiejącym wzrokiem patrzył, jak inspektor bierze do ręki linijkę, mierzy w jednym kierunku, w drugim, rysuje kreskę, zaznacza kropką środek krwawych ran, rysuje następną kreskę, znowu mierzy. W końcu odłożył linijkę i zaczął krążyć po pokoju ze zdjęciem w dłoni. Kiedy się wreszcie zatrzymał, Danglard zobaczył na jego twarzy coś w rodzaju bólu pomieszanego ze zdziwieniem. O ile jednak przy wielu okazjach widywał na ludzkiej twarzy te banalne emocje, o tyle po raz pierwszy je oglądał na flegmatycznym obliczu Adamsberga.

Inspektor wyjął z szafki nową teczkę, schował do niej mizerne dossier i starannie wypisał na wierzchu tytuł: „Trójząb nr 9”, na końcu stawiając pytajnik. Będzie musiał pojechać do Strasburga, obejrzeć zwłoki, co przyhamuje załatwianie spraw związanych z wyjazdem do Quebecu. Postanowił, że sceduje to na Retancourt, bo jeśli chodzi o ten projekt, entuzjazmem biła wszystkich na głowę.

− Chodźmy do mnie do domu, Danglard. Jak nie zobaczysz, nie zrozumiesz.

Danglard wstąpił do swojego pokoju po dużą czarną teczkę ze skóry, z którą przypominał z wyglądu angielskiego nauczyciela, a czasem duchownego w cywilu, i podążył za Adamsbergiem przez Salę Soborową. Inspektor zatrzymał się przy Violette Retancourt.

− Zajrzyjcie do mnie pod koniec dnia – powiedział. – Musicie mi ulżyć.

− Nie ma sprawy – odparła Retancourt, ledwie podnosząc wzrok znad segregatora. – Mam dyżur do północy.

− Świetnie. Widzimy się wieczorem.

Adamsberg już opuścił salę, kiedy dogonił go prostacki rechot sierżanta Favre’a i zaraz jego nosowy głos.

− Potrzebuje jej, żeby mu ulżyła – szydził. – Retancourt, nadchodzi wielki wieczór, wieczór defloracji fiołka. Szef jest z Pirenejów, już on umie skakać po górach. Fachura od niezdobytych szczytów.

− Momencik, Danglard – rzekł Adamsberg, przytrzymując partnera.

Wrócił do sali z Danglardem depczącym mu po piętach i skierował się prosto do pokoju Favre’a. Zapadła cisza jak makiem zasiał. Adamsberg złapał za obrzeże metalowy stół i mocno go pchnął. Stół przewrócił się z łoskotem, na ziemię poleciały papiery, raporty, diapozytywy. Favre z kubkiem kawy w ręce zastygł oniemiały. Adamsberg chwycił brzeg krzesła i poderwał je do góry – poleciało w tył razem z sierżantem i kawą, która wylała mu się na pierś.

− Odszczekanie, Favre, przeprosiny i skrucha. Czekam.

Szlag by to, pomyślał Danglard, przecierając oczy. Obserwował napięte ciało Adamsberga. W ciągu dwóch dni dostrzegł u niego więcej nowych emocji niż w ciągu wielu lat wspólnej pracy.

− Czekam – powtórzył Adamsberg.

Favre oparł się na łokciach, by odzyskać nieco godności w obliczu kolegów, którzy ukradkiem ściągali ku epicentrum awantury. Tylko Retancourt, cel złośliwości Favre’a, ani drgnęła. Przestała jednak układać dokumenty w segregatorze.

− Co mam odszczekać? – wydarł się Favre. – Prawdę? A co takiego powiedziałem? Że jest pan asem we wspinaczce? Nie tak jest?

− Czekam, Favre – powtórzył raz jeszcze Adamsberg.

− Chujki – warknął Favre, zaczynając się gramolić z podłogi.

Adamsberg wyrwał Danglardowi z rąk czarną teczkę i wyjął z niej pełną butelkę, którą rąbnął o metalową nogę stołu. Po pokoju rozprysły się kawałki szkła i wino. Z resztką rozbitej butelki w garści zrobił krok w stronę Favre’a. Danglard chciał pociągnąć kolegę w tył, lecz Favre jednym ruchem dobył broń i wycelował w Adamsberga. Oglądający to członkowie brygady osłupieli, patrząc na sierżanta, który śmiał wymierzyć z rewolweru do inspektora! I na swojego szefa, który w ciągu roku dwukrotnie tylko na ich oczach nagle się rozsierdził i równie szybko uspokoił. Każdy na gwałt się zastanawiał, jak by tu zakończyć to starcie, i każdy liczył, że Adamsberg zaraz odzyska swą zwykłą obojętność, upuści szyjkę butelki i odejdzie, wzruszywszy ramionami.

− Odłóż broń, durny glino – powiedział Adamsberg.

Favre ze wzgardą rzucił rewolwer, inspektor zaś obniżył nieco butelkę. Ogarnęło go naraz niemiłe uczucie, że przesadził, ulotna pewność groteski zachowania, choć nie wiedział, czy pod tym względem góruje Favre czy on. Rozluźnił palce. Sierżant się poderwał i jednym wściekłym ruchem chlasnął utłuczonym dnem butelki, raniąc Adamsberga w lewą rękę, jakby ciął nożem.

Favre’a pociągnięto na krzesło i unieruchomiono. Następnie wszystkie głowy zwróciły się ku inspektorowi, czekając na jego werdykt w obliczu tej całkiem nowej sytuacji. Adamsberg gestem powstrzymał Estalère’a, który już podnosił słuchawkę telefonu.

− Nie jest głęboka – rzekł głosem znowu spokojnym, przyciskając do tułowia zgiętą rękę. – Zawiadomcie naszego lekarza, poradzi sobie. – Skinął na Mordenta i podał mu ułomek butelki. – Schowajcie do worka. Dowód rzeczowy moich rękoczynów. Próba zastraszenia podwładnego. Weźcie też jego magnum i denko, dowody rzeczowe jego napaści bez zamiaru… – Przejechał dłonią po włosach, szukając słowa.

− Z zamiarem! – wrzasnął Favre.

− Stul pysk! – ryknął Noël. – Nie pogarszaj swojej sytuacji, już dość narozrabiałeś!

Adamsberg popatrzył na niego zdziwiony. Noël zwykle kwitował uśmiechem pieprzne żarty kolegi. Widać jednak powstał rozziew między życzliwością Noëla a grubiaństwem Favre’a.

− …bez zamiaru uszkodzenia ciała – ciągnął Adamsberg, skinąwszy na Justina, aby notował. – Powód konfliktu: zniewagi sierżanta Josepha Favre’a pod adresem komisarz Violette Retancourt i oszczerstwo. – Podniósł głowę, by policzyć obecnych agentów. – Dwunastu świadków – dodał.

Voisenet go posadził, obnażył mu prawe ramię i przystąpił do udzielania pierwszej pomocy.

− Przebieg zajścia – podjął Adamsberg ze znużeniem w głosie. – Groźby słowne ze strony przełożonego, napaść i zastraszenie, brak środków przymusu bezpośredniego wobec sierżanta Favre’a i zamiaru spowodowania szkód fizycznych.

Adamsberg zacisnął zęby, gdy Voisenet przyłożył mocno tampon do rany, by zatamować krwawienie.

− Użycie przez sierżanta broni służbowej i ostrego narzędzia, lekkie skaleczenie stłuczonym szkłem. Ciąg dalszy znacie, dokończcie raport sami i wyślijcie do policji na policję. Nie zapomnijcie sfotografować miejsca zdarzenia.

Justin wstał i podszedł do inspektora.

− Co robimy z butelką wina? – szepnął. – Mówią, że wyjął ją pan z teczki Danglarda.

− Mówią, że wziąłem ją z tego stołu.

− Powód obecności białego wina w lokalu brygady o wpół do czwartej po południu?

− Toast wzniesiony wcześniej na cześć wyjazdu do Quebecu? – zasugerował Adamsberg.

− Aha. – Justin z ulgą kiwnął głową. – Bardzo dobry pomysł.

− A Favre? Co z nim zrobić? – spytał Noël.

− Zawieszenie, odebranie broni. Sędzia zdecyduje, czy dopuścił się agresji czy tylko działał w obronie własnej. Zobaczymy po moim powrocie.

Adamsberg wstał i oparł się zaraz na ramieniu Voiseneta.

− Ups!… – rzekł komisarz. – Stracił pan dużo krwi.

− Nie martwcie się, Voisenet, zaraz idę do lekarza.

Wyszedł podtrzymywany przez Danglarda, zostawiając podwładnych zaskoczonych, niezdolnych zebrać myśli i chwilowo osądzić to, co zaszło.

VIII

Adamsberg wrócił do domu z ręką na temblaku, nafaszerowany antybiotykami i środkami przeciwbólowymi, które siłą zaaplikował mu Romain, lekarz sądowy. Rana wymagała założenia sześciu szwów.

Z lewą ręką drętwą z powodu znieczulenia miejscowego niezgrabnie otworzył szafę w sypialni. Wezwał na pomoc Danglarda, by wyjąć karton ze swoim archiwum stojący na dole razem ze starymi butami. Danglard umieścił karton na niskim stoliku, po czym zasiedli przy nim naprzeciwko siebie.

− Wyjmij wszystko – poprosił Adamsberg. – Wybacz, ale sam nie dam rady.

− Na Boga, czemuś rozbił tę butelkę?

− Bronisz tego drania?

− Favre to ostatni gnojek. Ale tą butelką popchnąłeś go do agresji. To w stylu tego gościa. I normalnie nie w twoim.

− Widocznie mając z kimś takim do czynienia, zmieniam styl.

− Czemu po prostu nie przywołałeś go do porządku jak ostatnio?

Adamsberg bezradnie rozłożył zdrową rękę.

− Napięcie? – ostrożnie podsunął Danglard. – Neptun?

− Może.

Tymczasem Danglard zdążył wyjąć z pudła osiem opisanych teczek, które rozłożył na stoliku. Na każdej widniał tytuł: „Trójząb nr 1”, „Trójząb nr 2” i tak dalej aż do numeru 8.

− Musimy jeszcze pogadać o butelce w twojej teczce. To zaszło za daleko.

− Nie twoja sprawa – odparł Danglard, powtarzając wcześniejsze słowa kolegi.

Adamsberg kiwnął głową.

− Zresztą coś ślubowałem – dodał Danglard. Ślubował, dotykając resztek pomponu u czapki, lecz tego nie uznał za stosowne ujawnić. – Jeśli wrócę żywy z Quebecu, nie wypiję więcej niż jedną szklaneczkę za jednym posiedzeniem.

− Wrócisz, bo będę trzymał linę. Dlatego możesz postanowienie od razu wcielić w życie.

Danglard niechętnie przytaknął. W tym zamieszaniu w ostatnich godzinach zupełnie zapomniał, że Adamsberg ma trzymać samolot. Teraz jednak bardziej ufał swojemu pomponowi niż inspektorowi. Zastanowił się przelotnie, czy przycięty pompon ma taką samą moc ochronną jak cały, co było poniekąd zagadnieniem takim jak pytanie o możliwości erotyczne eunucha.

− Opowiem ci pewną historię, Danglard. Słuchaj uważnie, jest długa, ciągnęła się przez czternaście lat. Zaczęła się, kiedy miałem dziesięć lat, wybuchła, kiedy miałem osiemnaście, i rozgrywała się aż do trzydziestego drugiego roku mojego życia. Tylko nie zapomnij, że jak ja opowiadam, ludzie przysypiają.

− Dzisiaj mi to nie grozi – odparł Danglard, podnosząc się. – Nie masz przypadkiem czegoś mocniejszego? Zdenerwowało mnie to wszystko.

− Jest jałowcówka za oliwą z oliwek w górnej szafce w kuchni.

Po chwili Danglard wrócił zadowolony ze szklanką i ciężką glinianą butelką. Nalał sobie, po czym odniósł butelkę na miejsce.

− Zaczynam – powiedział. – Jedna szklaneczka za jednym posiedzeniem.

− No, ale to mimo wszystko czterdzieści cztery stopnie.

− Liczy się intencja, gest.

− A, jasne, to zmienia postać rzeczy.

− Zmienia, zmienia. W co się znowu mieszasz?

− W coś, co nie dotyczy mnie, tak samo jak nie dotyczy ciebie. Nawet zamknięte sprawy zostawiają ślad.

− Zgadza się − przyznał Danglard.

Adamsberg poczekał, aż kolega upije kilka łyczków trunku.

− W mojej wsi w Pirenejach – zaczął – mieszkał starzec, którego my, dzieci, nazywaliśmy „Panem”. Dorośli używali jego tytułu i nazwiska: sędzia Fulgence. Mieszkał sam we Dworze, wielkim domiszczu na uboczu otoczonym drzewami i murem. Do nikogo się nie wtrącał, z nikim nie rozmawiał, nie cierpiał dzieci i budził w nas blady strach. Zbieraliśmy się w kilku, żeby go wypatrywać wieczorem, kiedy wyprowadzał do lasu psy, dwa wielkie owczarki francuskie. Co więcej mogę ci powiedzieć z perspektywy dziesięcio-, dwunastolatka? Był stary, bardzo wysoki, siwe włosy zaczesywał gładko do tyłu, we wsi nigdy nie widziano tak wypielęgnowanych dłoni jak jego, nigdy nie noszono takich eleganckich ubrań. Jakby co wieczór wracał z opery, mawiał nasz proboszcz, a przecież proboszcz ma obowiązek okazywać wyrozumiałość. Sędzia Fulgence nosił jasną koszulę, cienki krawat, ciemny garnitur i zależnie od pory roku krótki albo długi płaszcz z czarnego albo szarego sukna.

− Jakiś fabrykant? Szpaner?

− Nie, człowiek zimny jak ryba. Kiedy przychodził do wsi, dziadkowie, którzy przesiadywali na ławce, kłaniali mu się z szacunkiem, ich szept niósł się z jednego końca rynku na drugi, równocześnie cichły wszystkie rozmowy. To było coś więcej niż poważanie, to była fascynacja podszyta jakby strachem. Sędzia Fulgence zostawiał po swoim przejściu gromady niewolników, których nie obdarzał ani jednym spojrzeniem, jak statek zostawia za sobą spienioną wodę i dalej prze naprzód. Można by go sobie wyobrazić, jak rozsądza sprawy, siedząc na kamiennej ławie, a pirenejscy nędzarze czołgają mu się u stóp. Ale przede wszystkim budził strach. W każdym. W dużych i małych, w młodych i starych. I nikt by nie potrafił powiedzieć dlaczego. Matka nie pozwalała nam chodzić w okolice Dworu, a my oczywiście licytowaliśmy się o to, kto wieczorem odważy się podejść bliżej. Prawie co tydzień wymyślaliśmy nowe wyzwanie, żeby przeżyć dreszczyk emocji. I prawdopodobnie żeby pokazać, kto z nas ma jaja. A najgorsze ze wszystkiego było to, że mimo wieku sędzia Fulgence zachował wielką urodę. Babcie szeptem, by w niebiesiech ich nie usłyszano, mawiały, że ma diabelską urodę.

− Wytwór wyobraźni dwunastolatka?

Zdrową ręką Adamsberg poszperał wśród teczek i z jednej wyjął dwie czarno-białe fotografie. Pochylił się i rzucił je Danglardowi na kolana.

− Sam zobacz, stary, i powiedz, czy to wytwór dziecięcej wyobraźni.

Danglard przyjrzał się zdjęciom sędziego, jedno było trzyćwierciowe, drugie prawie z profilu. Gwizdnął bezgłośnie.

− I co? Robi wrażenie? – spytał Adamsberg.

− Ogromne – przyznał Danglard, odkładając zdjęcia na miejsce.