Wydawca: Książkowe Klimaty Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 200

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Po trochu - Weronika Gogola

Najlepsze historie z życia zawsze opowiada się Po trochu, po kawałku. Ktoś coś zapamiętał i z tej pamięci rodzą się najpiękniejsze opowieści. Zupełnie tak, jakby siąść z przyjacielem i zacząć rozmowę: o sobie, o dzieciństwie na wsi, o Mamie, a jeszcze bardziej o Tacie, o wujkach, ciotkach, kuzynach. W takich chwilach chodzi o to, by mówić najprościej – bez zadęcia, bez patosu, bez wstydu: o pierwszych widzianych pożarach, o stratach, które przygotowują nas na kolejne odejścia, o czarach, o sikaniu na stojąco, o wsi, o „fuszkach życia”, o tym, że Mama mogłaby być Stingiem, ale jej się nie chce.
I właśnie tak, jak w zwykłym życiu, o najważniejszych sprawach, i o tych całkiem zwyczajnych, które zna każdy – Weronika Gogola opowiada w Po trochu.

 

To jest pełna życia książka o śmierci. Przejmująca i śmieszna, bo to się przeplata, jak w życiu. Śmierć jest tu oswojona, jak to na wsi, bo przy zmarłych się czuwa. I jest to też opowieść o dorastaniu: nie jest łatwo być dziewczynką, w dodatku taką, która miota klątwy. Cieszę się, że po „Gugułach” Wioletty Grzegorzewskiej, pojawił się taki nowy, mocny głos w literaturze. | Justyna Sobolewska


Weronika Gogola, zwana też Janicką Zbójnicką, to naprawdę pankarpacka pisarska zbójnicka. Wywojowująca sobie przestrzeń ponad granicami, w całych Karpatach: polskich, ukraińskich czy słowackich. Urodziła się na jednym ich, polskim, końcu, z hukiem przetarabaniła się przez całą Karpację, by osiąść na końcu drugim. Jej opis karpackiego świata jej dzieciństwa dorównuje jakością i klimatem temu rodzajowi snów, w które zapada się leżąc w słońcu, na trawie, w lekkim górskim wietrzyku. Pod kątem leżąc, bo to w końcu Karpaty. | Ziemowit Szczerek

Opinie o ebooku Po trochu - Weronika Gogola

Fragment ebooka Po trochu - Weronika Gogola

We­ro­ni­ka Go­go­la

Po tro­chu

Wro­cław 2017

Że­gnam cię, mój świe­cie we­so­ły,

Już idę w śmier­tel­ne po­pio­ły:

Rwie się ży­cia przę­dza, śmierć mnie w grób za­pę­dza,

Bije pierw­sza go­dzi­na.

Że­gnam was, ro­dzi­ce ko­cha­ni,

Zna­jo­mi, krew­ni i pod­da­ni:

Za ła­skę dzię­ku­ję, z opie­ki kwi­tu­ję,

Bije dru­ga go­dzi­na.

Że­gnam was, mili przy­ja­cie­le,

Mnie pod głaz czas gro­bo­wy ście­le:

Już śmier­tel­ne oczy sen wiecz­ny za­mro­czy,

Bije trze­cia go­dzi­na.

Że­gnam was, kró­lo­wie, ksią­żę­ta,

Ciesz­cie się w swém szczę­ściu, pa­nię­ta:

Już słu­żyć nie mogę, wy­bie­ram się w dro­gę,

Bije czwar­ta go­dzi­na.

Że­gnam was, mi­try i ko­ro­ny,

Cze­kaj­cie swo­ich rząd­ców, tro­ny:

Ja w pro­gi gro­bo­we zni­żać mu­szę gło­wę,

Bije pią­ta go­dzi­na.

Że­gnam was, po­zo­sta­li słu­dzy,

Tak moi, jako téż i dru­dzy:

Idę w śmier­ci śla­dy, bez wa­széj pa­ra­dy,

Bije szó­sta go­dzi­na.

Że­gnam was, prze­pysz­ne po­ko­je,

Już w wa­sze nie wnij­dę po­dwo­je:

Już czas méj ża­ło­bie dał ga­bi­net w gro­bie,

Bije siód­ma go­dzi­na.

Że­gnam was, po­zo­sta­łe stro­je,

Już o was by­najm­ni­éj nie sto­ję:

Mól bę­dzie po­sła­nie, ro­bak koł­drą sta­nie,

Bije ósma go­dzi­na.

Że­gnam was, wszyst­kie ele­men­ta,

Ży­wio­ły, po­wietrz­ne pta­szę­ta:

Już was nie oba­czę, w dół gro­bo­wy ska­czę,

Bije dzie­wią­ta go­dzi­na.

Że­gnam was, nie­bie­skie pla­ne­ty,

Do swo­jéj dą­żyć mu­szę mety:

In­nym przy­świe­caj­cie, mnie do­ko­nać daj­cie,

Bije dzie­sią­ta go­dzi­na.

Że­gnam was, naj­mil­sze za­ba­wy,

We­wnętrz­ne, po­wierz­chow­ne spra­wy:

Już nie wol­no bę­dzie jeść, pić na urzę­dzie,

Bije je­de­na­sta go­dzi­na.

Że­gnam was, go­dzi­ny mi­nio­ne,

Mo­men­ta i dni upły­nio­ne:

Już ze­gar wy­cho­dzi, in­dex nie za­wo­dzi,

Do wiecz­ne­go spa­nia śmierć du­szę wy­ga­nia,

Bije dwu­na­sta go­dzi­na.

pierwsza godzina

W Ol­szy­nach biją w dzwo­ny z róż­nych po­wo­dów. Naj­czę­ściej na Anioł Pań­ski. Rano i wie­czo­rem też. Za­wsze o tej sa­mej po­rze. No i pół go­dzi­ny przed każ­dą mszą. Ale w dzwo­ny bije się też na śmierć. Naj­pierw trze­ba po­biec do wuj­ka Jan­ka, naj­le­piej od razu, bo wu­jek Ja­nek za­wsze wszyst­ko wie: kto umarł, dla­cze­go i kie­dy po­grzeb. Cza­sem dzwo­ny sły­chać rów­no­cze­śnie z wy­ciem sy­ren stra­żac­kich. Wte­dy jest po­żar. Naj­pierw stra­ża­cy uru­cha­mia­ją sy­re­ny, a za­raz po­tem od­zy­wa­ją się dzwo­ny. Ale wte­dy już do ni­ko­go się nie bie­gnie ani nie dzwo­ni, tyl­ko wy­cho­dzi się przed dom i pa­trzy, skąd idzie łuna. Cza­sem ją wi­dać, a cza­sem nie. Ale tam­tej nocy nie mu­sie­li­śmy na­wet wy­cho­dzić z domu, bo po­żar był tuż pod na­szym oknem. Le­ża­łam już w łóż­ku, kie­dy za­czę­ły wyć sy­re­ny. Za­raz po­tem do domu za­pu­kał wu­jek Wła­duś i po­wie­dział spo­koj­nym gło­sem: Gie­es się pali. Wu­jek Wła­duś był dzwon­ni­kiem i za­wsze mu­siał być w po­go­to­wiu, żeby bić w dzwo­ny, kie­dy trze­ba. Za­wsze mó­wił spo­koj­nym, ci­chym gło­sem. To do nie­go wszy­scy krzy­cze­li, dla­te­go że był głu­chy. On już nie po­trze­bo­wał krzy­czeć. Po­wie­dział: Gie­es się pali. Od razu chcia­łam wy­biec na pole i zo­ba­czyć to na wła­sne oczy. Ale Mama po­wie­dzia­ła, że nie mogę, bo tam śmier­dzi, wszyst­kie che­mi­ka­lia się palą i mogę do­stać od tego raka. Mama za­wsze stra­szy­ła mnie ra­ka­mi albo wil­ka­mi. Mó­wi­ła: Nie drap pie­przy­ków, bo do­sta­niesz raka. Nie siedź na ka­mie­niu, bo do­sta­niesz wil­ka. Nie wiem, cze­go mia­łam się bać. Cza­sa­mi so­bie na­wet my­śla­łam, że by­ło­by miło do­stać raka. Wil­ka może nie, bo jed­nak wilk jest strasz­niej­szy. Ale raka? Kie­dy Tata był mały, to moż­na jesz­cze było ło­wić raki w Ol­szyn­ce. Te­raz już nie. Po pro­stu już ich nie ma.

Chcia­łam zo­ba­czyć po­żar na wła­sne oczy, ale mu­sia­łam za­do­wo­lić się wej­ściem na pa­ra­pet i pa­trze­niem przez okno. Dziw­nie to wy­glą­da­ło. Gie­es był naj­więk­szym skle­pem w Ol­szy­nach. Był jesz­cze ma­ga­zyn, ale to nie to samo. W ma­ga­zy­nie ku­po­wa­ło się gwoź­dzie, a w gie­esie sło­dy­cze. A te­raz cały ten bu­dy­nek za­mie­nił się w wiel­ką ścia­nę ognia. Trzask sły­chać było na­wet w moim po­ko­ju. Pa­trzy­łam na ogień i tro­chę się ba­łam, że przyj­dzie do nas, tak jak po­wódź. Może dla­te­go się po­si­ka­łam.

Było mi też tro­chę smut­no, że już ni­g­dy nie będę mo­gła tam pójść. Kie­dy Mama albo cio­cia wy­sy­ła­ły mnie na za­ku­py, za­wsze po­zwa­la­ły mi zo­sta­wić so­bie resz­tę. Resz­ty ni­g­dy nie było do­syć, żeby ku­pić so­bie jaj­ko nie­spo­dzian­kę, ale na li­za­ka za­wsze star­czy­ło. Ta­kie­go cze­ko­la­do­we­go, któ­ry cią­gnął się jak krów­ka. Kie­dy pro­si­łam Mamę o jaj­ko nie­spo­dzian­kę, za­wsze od­po­wia­da­ła: Uzbie­raj so­bie. Tyl­ko dzia­dek przy­wo­ził mi z Są­cza jaj­ka nie­spo­dzian­ki zu­peł­nie za nic. Ale on nie przy­jeż­dżał za czę­sto. Więc zbie­ra­łam do skar­bon­ki wszyst­kie resz­ty z za­ku­pów, aż skar­bon­ka się wy­peł­ni­ła. My­śla­łam, że je­stem bo­ga­ta. Że stać mnie na­wet na kloc­ki Lego. Ale to były sta­re pie­nią­dze. Wy­sy­pa­łam wszyst­ko, co na­zbie­ra­łam przez całe wa­ka­cje, i oka­za­ło się, że star­czy mi do­kład­nie na jed­no jaj­ko nie­spo­dzian­kę. Ja­koś to wszyst­ko mi się przy­po­mnia­ło, kie­dy pa­trzy­łam na pło­ną­cy gie­es. Czu­łam na­wet, jak cze­ko­la­da roz­pły­wa mi się na pod­nie­bie­niu. Jak się dłu­go pa­trzy w ogień, to róż­ne dziw­ne my­śli przy­cho­dzą do gło­wy. A to był bar­dzo duży ogień.

Mia­łam swo­ją ta­jem­ni­cę. Pod gie­esem za­wsze sta­li pi­ja­cy. I je­den z nich bar­dzo mnie lu­bił i za­wsze ku­po­wał mi lody Apacz. Strasz­nie wsty­dzi­łam się, że to pi­jak daje mi lody, i ja­dłam je bar­dzo szyb­ko, tak żeby zdą­żyć przed po­wro­tem do domu. Aż bo­la­ły mnie zęby. Brzy­dzi­łam się tego, że pi­jak. Miał dłu­gie rzę­sy, ta­kie jak moja ulu­bio­na pani w ko­ście­le, taka blon­dyn­ka, któ­ra za­wsze stoi przy tym sa­mym fi­la­rze i jest bar­dzo pięk­na, jak księż­na Dia­na. Na­praw­dę pięk­na. Cho­ciaż ma po­pę­ka­ne pię­ty.

Pa­trzy­łam na ogień i my­śla­łam so­bie, że coś się chy­ba skoń­czy­ło. Nie wie­dzia­łam do­kład­nie co, ale po pro­stu ta­kie mia­łam prze­czu­cie. Pa­li­ło się całą noc. Przy­je­cha­li na­wet z OSP z Oł­pin, bo sprzę­tu mie­li za mało. Ogień nie chciał zejść. Nie przy­zna­łam się do tego, że się po­si­ka­łam, i po­szłam spać w mo­krych majt­kach. Po­tem cały dzień bar­dzo mnie swę­dzia­ło. Ale wsta­łam rano i za­miast do szko­ły, po­szłam po­pa­trzeć na to, co zo­sta­ło po gie­esie. Wszy­scy tak zro­bi­li­śmy. Wy­glą­da­ło to jak cmen­ta­rzy­sko sło­ni w Kró­lu Lwie. Jak ja­kieś sta­re za­mczy­sko, w któ­rym stra­szy.

Kie­dy jesz­cze cho­dzi­łam do przed­szko­la, cza­sem szli­śmy na spa­cer do chat­ki cza­row­ni­cy. Trze­ba było wyjść pod górę, obok pla­cu za­baw, i iść w stro­nę lasu. Gdzieś w po­ło­wie dro­gi był sta­ry za­gaj­nik, a w nim wa­lą­ca się cha­ta. Pa­nie przed­szko­lan­ki mó­wi­ły, że tam wła­śnie miesz­ka­ła cza­row­ni­ca. Nie­któ­rzy w to wie­rzy­li, inni nie. Ale ja ją kie­dyś wi­dzia­łam. A te­raz pa­trzy­łam na zglisz­cza gie­esu i my­śla­łam, że wszyst­kie te che­mi­ka­lia, o któ­rych mówi Mama, pa­ru­ją te­raz na mnie. Chłop­cy bro­dzi­li no­ga­mi w czar­nym smo­li­stym po­pie­le i szu­ka­li pie­nię­dzy. Wszyst­kie dzie­cia­ki prze­cze­sy­wa­ły ten wiel­ki szkie­let. Ja tyl­ko pa­trzy­łam. Ba­łam się wspi­nać na te ru­iny. Za­wsze się ba­łam wspi­nać. I pły­wać. Lu­bię być bli­sko zie­mi: wte­dy czu­ję się bez­piecz­nie. Wspi­nać się mogę je­dy­nie po drze­wach. Ale to dla­te­go, że drze­wo prze­cież wy­ra­sta z zie­mi i tak nie do koń­ca jest się od niej od­dzie­lo­nym. Naj­czę­ściej wspi­na­my się z Kar­cią i Agą w Po­rem­bi­sku. Wcho­dzi­my do wiel­kiej pa­ryi, bie­rze­my ze sobą dłu­gi sznur. Roz­dzie­la­my się i jed­na zo­sta­je po jed­nej stro­nie, a dwie na­prze­ciw­ko. Wy­bie­ra­my naj­wyż­sze drze­wa i wspi­na­my się tak wy­so­ko, jak tyl­ko mo­że­my. Prze­wie­sza­my linę przez pa­ry­ję, od jed­ne­go drze­wa do dru­gie­go, i wy­sy­ła­my so­bie taj­ne wia­do­mo­ści w pu­deł­ku od za­pa­łek. Naj­czę­ściej pi­sze­my o Bla­dych Twa­rzach, któ­re mogą w każ­dej chwi­li na­dejść. Bo je­ste­śmy In­dia­na­mi. Nikt nie chce być Bla­dą Twa­rzą. Lu­dzie z Ol­szyn wy­glą­da­ją jak In­dia­nie. Jak się dłu­go pra­cu­je na słoń­cu i wie­trze, to twarz robi się wła­śnie taka in­diań­ska. Bla­de Twa­rze przy­jeż­dża­ją z Tar­no­wa. Piją sok grejp­fru­to­wy i dzi­wią się, że nie znam jego sma­ku i krzy­wię się i plu­ję, kie­dy piję go pierw­szy raz. Albo że boję się zjeść se­rek ple­śnio­wy. Jak się coś wi­dzi pierw­szy raz, to czło­wiek się boi. In­dia­nie je­dzą je­li­ta z dzi­kie­go ba­wo­łu. W na­szym przy­pad­ku to były chrup­ki Flips. Kie­dy po­lo­wa­ły­śmy na mu­stan­gi w Po­rem­bi­sku, bli­sko Ma­de­ry, śmia­li się z nas: Tam są tyl­ko owce i kro­wy! Gdzie mu­stan­gi! Nie wiem, jak to jest, ale nie­któ­rzy wi­dzą coś, cze­go nie po­win­no być, a inni nie. Tak jest z cza­row­ni­cą i mu­stan­ga­mi w Ol­szy­nach. Nie­któ­rzy je wi­dzą, inni nie. Nie wiem dla­cze­go.

Sta­łam i pa­trzy­łam, jak moi ko­le­dzy prze­cze­su­ją zglisz­cza, jak szu­ka­ją skar­bu. Przez chwi­lę na­wet za­wa­ha­łam się, czy nie za­cząć się wspi­nać ra­zem z nimi, ale przy­bie­gli do­ro­śli i prze­go­ni­li nas z krzy­kiem, że to prze­cież może ru­nąć i marsz do szko­ły. Mu­sie­li­śmy wie­trzyć kla­sę, bo wszy­scy śmier­dzie­li­śmy po­ża­rem. To dziw­ny za­pach. Ani lep­ki, ani su­chy. Ale bar­dzo moc­ny. Ale za­pa­chy też kie­dyś wie­trze­ją.

druga godzina

Na wio­snę za­czy­nał się wy­syp żab. Prze­ska­ki­wa­ły przez as­falt jed­na po dru­giej, w so­bie tyl­ko wia­do­mym kie­run­ku. Le­ża­ły po­tem zmu­mi­fi­ko­wa­ne na as­fal­cie obok wy­su­szo­nych koń­skich gó­wien. Żaby na wio­snę od­da­wa­ły się mi­ło­snym ry­tu­ałom, któ­rych do koń­ca nie ro­zu­mia­łam. Skle­ja­ły się ze sobą i jed­na na dru­giej ska­ka­ły przed sie­bie. Naj­pierw chło­pa­ki wpa­dli na po­mysł roz­dzie­la­nia ich. To przy­po­mi­na­ło od­pi­na­nie rze­pów w adi­da­sach. Po­tem od­kry­li, że żaby moż­na na­dmu­chi­wać, wkła­da­jąc im słom­ki do od­by­tów. Pęcz­nia­ły wte­dy jak ba­lo­ni­ki: mia­ły ela­stycz­ną skó­rę jak wiel­kie dmu­cha­ne Go­dzil­le, któ­re ku­po­wa­ło się na od­pu­stach. A po­tem w te na­brzmia­łe żaby rzu­ca­li ka­mie­nia­mi, a one wy­bu­cha­ły. Pew­nie każ­de­go roku, o tej sa­mej po­rze, ja­cyś chłop­cy wpa­da­ją na po­mysł dmu­cha­nia w żaby słom­ką. I w grun­cie rze­czy cie­szę się z tego, ina­czej być może nie by­ło­by tej ca­łej wie­czor­nej mu­zy­ki, bo żaby w nocy śpie­wa­ją z tę­sk­no­ty za tymi, któ­re nie do­tar­ły. Tak mi po­wie­dział Tata.

W Ol­szy­nach noc­na mu­zy­ka zmie­nia się, ale nie za czę­sto. Przez cały rok kon­cer­tu­ją psy. Coś do sie­bie mó­wią. Cza­sa­mi wyją, cza­sem szcze­ka­ją. Od domu do domu. Kie­dyś ba­łam się, że wi­dzą rze­czy, któ­rych nie po­win­ny wi­dzieć. Ale po­tem po­my­śla­łam, że może po pro­stu mó­wią so­bie „do­bra­noc”? Do­brze jest, kie­dy ktoś ci mówi „do­bra­noc”.

Tak jak my z sio­strą. Nie lu­bi­ły­śmy się. Bar­dzo dłu­go. By­łam dla niej nie­do­bra. De­ner­wo­wa­ła mnie, bo za­wsze pa­łę­ta­ła się mię­dzy no­ga­mi i chcia­ła cho­dzić ze mną do Siei, a my z Sie­ją już mia­ły­śmy swo­je spra­wy. Po­tem za­czę­łam ją szko­lić i nią dy­ry­go­wać. Naj­czę­ściej się da­wa­ła, ale cza­sem nie. Ale na­wet jak kłó­ci­ły­śmy się bar­dzo i by­ły­śmy dla sie­bie nie­do­bre, to po­tem było nam głu­pio. Dla­te­go wy­my­śli­ły­śmy for­muł­kę na do­bra­noc, żeby nie prze­pra­szać cią­gle, przez cały dzień, bo wia­do­mo, że tro­chę się tego uzbie­ra. Za­miast „do­bra­noc” mó­wi­ły­śmy so­bie: Do­bra­noc i prze­pra­szam za wszyst­ko, co ci dzi­siaj wszyst­kim złe­go zro­bi­łam i za­wsze wszyst­kim zro­bi­łam. Mia­ły­śmy je­den wspól­ny po­kój. Kie­dy by­ły­śmy małe, spa­ły­śmy ra­zem. Pew­ne­go razu Ma­ry­sia po­si­ka­ła się w nocy na moją bluz­kę z Kró­li­kiem Bug­sem. Na dru­gi dzień po­śli­ni­łam czer­wo­ną kred­kę, po­ma­lo­wa­łam so­bie nią szy­ję, bie­ga­łam z no­żem i krzy­cza­łam, że się za­bi­łam i że ją też za­bi­ję. Strasz­nie pła­ka­ła. Ale były też mo­men­ty, kie­dy by­łam dla niej do­bra. Raz we­szła przy­pad­ko­wo w gniaz­do os, bo zbie­ra­ła wi­śnie. Osy wle­cia­ły jej pod ubra­nie i strasz­nie ją po­cię­ły. Do­sta­ła drga­wek. My­śla­łam, że umrze. Da­łam jej wte­dy swo­ją na­klej­kę z pa­ste­recz­ką z Toy Sto­ry, ale kie­dy za­ży­ła le­kar­stwa, a cio­cia ob­ło­ży­ła ją ki­szo­ną ka­pu­stą i wszyst­ko wró­ci­ło do nor­my, to ją jej ode­bra­łam. Nie by­ły­śmy dla sie­bie naj­mil­sze. Dla­te­go wła­śnie wy­my­śli­ły­śmy tę for­muł­kę przed snem. Może psy też prze­pra­sza­ły sie­bie na­wza­jem za to, że je­den dru­gie­go po­gryzł albo ob­si­kał nie swój te­ren?

Naj­pięk­niej­szą mu­zy­kę gra­ją świersz­cze i żaby. Kie­dy otwie­ra się okno w ciem­no­ści, la­tem, kie­dy jest bar­dzo cie­pło, sły­chać gło­sy świersz­czy prze­pla­ta­ne z ża­bi­mi i wte­dy szyb­ciej się za­sy­pia. Bar­dzo lu­bię ła­pać świersz­cze i przy­glą­dać im się z bli­ska. One są do­bre, bo gra­ją mu­zy­kę. Im ni­g­dy nie zro­bi­ła­bym krzyw­dy. Tak jak świe­tli­kom, cho­ciaż świe­tli­ki są tro­chę dziw­ne. Za­wsze w imie­ni­ny wuj­ka Jan­siu­sia ro­bi­li­śmy ogni­sko, bie­ga­li­śmy z kieł­ba­sa­mi na­bi­ty­mi na pa­ty­ki i ła­pa­li­śmy świe­tli­ki do sło­ików, bo mie­li­śmy na­dzie­ję, że będą świe­cić ra­zem i zro­bi się lam­pa. Ale świe­tli­ki bały się, ga­sły im ku­per­ki i nic z tego nie wy­cho­dzi­ło. Nie prze­szka­dza­ło mi to wciąż je lu­bić. Za to bar­dzo nie lu­bi­łam pa­ją­ków, bo gry­zły mnie w nocy. Dla­te­go z ze­msty lu­bi­łam wy­ry­wać im nogi. Tata mó­wił, że to nie­uczci­we i że tak nie wol­no, bo daw­niej ma­wia­no, że pa­ję­czy­na w domu do­brze o domu świad­czy. I że daw­niej, jak nie było an­ty­bio­ty­ków, to bra­ło się pięt­kę chle­ba, śli­ni­ło i przy­le­pia­ło pa­ję­czy­nę. Cio­cia też za­wsze to po­wta­rza­ła, a jed­nak bra­ła ko­lo­ro­wą jak tę­cza mio­teł­kę i ścią­ga­ła wszyst­kie pa­ję­czy­ny ze ścian i za­ka­mar­ków.

Naj­wię­cej pa­ję­czyn było na sta­rym gan­ku, któ­ry był za­wsze za­mknię­ty, od­kąd umarł dzia­dek Sta­szek i prze­nie­śli tam­tę­dy trum­nę. Wte­dy po­sta­no­wi­li zro­bić wej­ście do domu od dru­giej stro­ny. Na gan­ku sta­ła sta­ra wer­sal­ka i ma­szy­na do szy­cia Sin­ger, bo to było jesz­cze przed tym, jak wszy­scy za­czę­li ku­po­wać ma­szy­ny Sin­ger i sta­wiać je w sa­lo­nach. Klu­czyk do gan­ku wi­siał w piw­ni­cy obok gra­bek. Nie wol­no nam było tam wcho­dzić, ale ja wie­dzia­łam, gdzie jest. Za­wsze wie­dzia­łam ta­kie rze­czy. Któ­re­goś razu, kie­dy przy­je­cha­ła Tina z Tar­no­wa, wpa­dłam na po­mysł, że mo­że­my prze­cież nie­zau­wa­żo­ne przez ni­ko­go wziąć ten klu­czyk i wejść do środ­ka. Tak też zro­bi­ły­śmy. Na we­ran­dzie pach­nia­ło ina­czej niż w ca­łym domu, kurz był po­ma­rań­czo­wy, ścia­ny kru­szy­ły się na ró­żo­wo. Za­czę­ły­śmy ska­kać po wer­sal­ce, któ­ra strasz­nie skrzy­pia­ła, i wte­dy za­uwa­ży­ły­śmy, że za nią jest strasz­nie dużo mar­twych mo­ty­li. Naj­wię­cej było tam pa­ziów kró­lo­wej. Za­czę­ły­śmy je wy­cią­gać i de­li­kat­nie kłaść je­den obok dru­gie­go. Wy­glą­da­ły, jak­by spa­ły. Nie­któ­re z nich były już moc­no po­kru­szo­ne. Ze­bra­ły­śmy dzie­sięć pa­ziów kró­lo­wej, jed­no skrzy­dło cy­tryn­ka i jed­ną ćmę. Wło­ży­ły­śmy wszyst­ko do sta­re­go pu­deł­ka na nici, któ­re zna­la­zły­śmy w sin­ge­rze. Po­sta­no­wi­ły­śmy, że trze­ba im spra­wić po­grzeb, że za­słu­gu­ją na swo­je wła­sne cmen­ta­rzy­sko. Wy­nio­sły­śmy pu­deł­ko z we­ran­dy, zo­sta­wi­ły­śmy klucz w piw­ni­cy i po­szły­śmy do ogród­ka cio­ci Te­re­sy. Ogró­dek Mamy był ogród­kiem wa­rzyw­nym, ro­sły tam tru­skaw­ki, sa­ła­ta, mar­chew­ka, pie­trusz­ka, ce­bu­la. W ogród­ku cio­ci były tyl­ko kwia­ty i jed­na grząd­ka tru­ska­wek. Zna­la­zły­śmy miej­sce za al­ta­ną ob­ro­śnię­tą wi­no­ro­ślą. Było tam bar­dzo ciem­no i wil­got­no. Wy­ko­pa­ły­śmy grab­ka­mi do­łek i wło­ży­ły­śmy pu­deł­ko do środ­ka. Chcia­ły­śmy coś za­śpie­wać, ale nie wie­dzia­ły­śmy co. Coś po­grze­bo­we­go. Tyl­ko że nic nie zna­ły­śmy. Tina stwier­dzi­ła, że naj­le­piej bę­dzie za­śpie­wać pio­sen­kę z Po­ca­hon­tas. Naj­pierw udzie­li­ły­śmy so­bie ko­mu­nii świę­tej: Tina uklę­kła przede mną, a ja po­ło­ży­łam jej wi­no­gro­no na ję­zyk, mó­wiąc: Cia­ło Chry­stu­sa. Prze­że­gna­ła się, po czym wsta­ła, ja uklę­kłam, ona po­ło­ży­ła mi wi­no­gro­no na ję­zyk i tym ra­zem ona po­wie­dzia­ła: Cia­ło Chry­stu­sa. Po czym wsta­ły­śmy, prze­że­gna­ły­śmy się raz jesz­cze dla pew­no­ści i od­śpie­wa­ły­śmy w sku­pie­niu Ko­lo­ro­wy wiatr. Bar­dzo lu­bi­ły­śmy ba­wić się w po­grze­by i w ko­mu­nię świę­tą. Naj­czę­ściej by­łam księ­dzem. Na­wet mój sta­ry ku­zyn, któ­ry był już w ósmej kla­sie, ba­wił się z nami, klę­kał przede mną, a ja bło­go­sła­wi­łam go pa­ty­kiem. Ten ku­zyn za­wsze się śli­nił i pach­niał wia­trem, i cho­ciaż był star­szy, to ba­wił się z nami. Mama po­wie­dzia­ła, że to dla­te­go, że nie wszy­scy lu­dzie ro­sną w ta­kim sa­mym tem­pie. Cza­sa­mi też ba­wi­li­śmy się w druż­bę we­sel­ne­go. Za­zwy­czaj on chciał być druż­bą. Brał mop, wsia­dał na skła­da­ka i zjeż­dżał z gór­ki, śpie­wa­jąc Maj­tecz­ki w kro­pecz­ki. Też chcia­łam być druż­bą, nie ro­zu­mia­łam, dla­cze­go dziew­czyn­kom nie wol­no być mi­ni­stran­tem albo wła­śnie druż­bą. Po­kłó­ci­li­śmy się o to, on zsiadł ze skła­da­ka i za­czął mnie du­sić, przy­kła­da­jąc mi do gło­wy pi­sto­let, któ­ry wu­jek Zdzi­sek ku­pił u Ru­skich. Le­d­wo mu się wy­śli­zgnę­łam, krztu­sząc się, bo wci­snął mi tę gul­kę z szyi do prze­ły­ku. On jak gdy­by ni­g­dy nic wsiadł na ro­wer i zje­chał na dół, śpie­wa­jąc Maj­tecz­ki w kro­pecz­ki. Chcia­łam się na nim ze­mścić i za­czę­łam w my­ślach wy­ma­wiać za­klę­cie: Sur­tu­pur­tu za tymi kur­wa­mi. Za­wsze kie­dy chcia­łam ko­muś zro­bić krzyw­dę, wy­ma­wia­łam to za­klę­cie: Sur­tu­pur­tu za tymi kur­wa­mi. To było je­dy­ne prze­kleń­stwo, któ­re mo­głam wy­po­wia­dać na­wet na głos, bo zna­la­złam je w Wiel­kiej księ­dze ślą­skich ba­jek i Mama nie mo­gła mi nic na to od­po­wie­dzieć, bo prze­cież baj­ki są dla dzie­ci i ba­jek się nie za­bra­nia. Za­ci­snę­łam więc pię­ści i w my­ślach za­czę­łam po­wta­rzać: Sur­tu­pur­tu, sur­tu­pur­tu. Uda­ło się. Ko­łek od mopa do­stał się mię­dzy szpry­chy, ku­zyn prze­wró­cił się i roz­trza­skał so­bie nos o żwir. Zro­bi­ło mi się go tro­chę żal, więc po­bie­głam po wodę utle­nio­ną, żeby za­lać mu ranę, ale też tro­chę dla­te­go, żeby zo­ba­czyć, jak się pie­ni. Wie­dzia­łam, że bę­dzie go to bo­la­ło. No więc tak nie do koń­ca było mi go żal. Ale kie­dy wró­ci­łam z wodą, już go nie było, bo wu­jek Zdzi­sek wy­biegł z domu i strasz­nie na nie­go na­krzy­czał, że mop nie słu­ży do wkła­da­nia w szpry­chy i tego typu rze­czy. Wte­dy na­praw­dę zro­bi­ło mi się żal ku­zy­na, bo niby ja­kim pra­wem wu­jek mówi coś ta­kie­go, sko­ro sam, kie­dy się na­pi­je, tań­czy z mo­pem i pod­ska­ku­je.

Tym­cza­sem przy­szedł do nas wu­jek Grze­siek z wiel­ką re­kla­mów­ką pach­ną­cą mię­sem. Mie­li za­bi­jac­kę. Uwiel­bia­łam to. Wu­jek przy­no­sił wte­dy całą re­kla­mów­kę mię­sa, kieł­bas, ka­szan­kę, wszyst­ko jesz­cze cie­płe. Naj­bar­dziej lu­bi­łam pasz­tet, któ­ry le­ciut­ko roz­sma­ro­wy­wał się po chle­bie. Chleb też był pie­czo­ny u nich w domu, miał czar­ną gorz­ką skór­kę. Cio­cia Te­re­sa opo­wia­da­ła, że jak byli mali i cho­dzi­li do pra­bab­ki We­ro­ni­ki do Na­do­la, a ona upie­kła wiel­ki chleb i aku­rat mia­ła świe­żo ubi­te ma­sło, to żło­bi­ła cały śro­dek bo­chen­ka, tak że zo­sta­wa­ła tyl­ko skór­ka, i do tej sko­ru­py ze skór­ki wkła­da­ła świe­że ma­sło. Z miąż­szu ro­bi­ło się w rę­kach kul­ki, któ­re po­tem moż­na było dłu­go śli­nić, aż czu­ło się na ję­zy­ku kwa­śny po­smak. Za­wsze za­zdro­ści­łam cio­ci i Ta­cie, że pra­bab­ka We­ro­ni­ka da­wa­ła im ma­sło w ten spo­sób: ni­g­dy nie ja­dłam jej chle­ba i było mi smut­no, że już ni­g­dy nie zjem, bo pra­bab­ka We­ro­ni­ka umar­ła daw­no temu, jesz­cze za­nim się uro­dzi­łam. Ale chleb od Go­go­lów też był do­bry. Tak jak mle­ko, po któ­re cho­dzi­łam do nich z nie­bie­ską bań­ką. Lu­bi­łam pa­trzeć, jak cio­cia Wik­to­ria na­le­wa je z wiel­kie­go garn­ka i jak ro­bią się na nim wy­brzu­sze­nia, tak jak­by chcia­ło się ście­śnić, żeby po­mie­ścić się w bań­ce. Cho­dzi­łam do Go­go­lów aż do cza­su, kie­dy za­czął przy­jeż­dżać do nas świ­rus z Żu­ro­wej. Miał tyle lat co ja, ale był o wie­le sil­niej­szy i czy­hał na mnie, kie­dy wy­cho­dzi­łam z domu, wjeż­dżał we mnie ro­we­rem i pluł mi w twarz, raz na­wet wy­cią­gnął scy­zo­ryk i wte­dy na­praw­dę się wy­stra­szy­łam, rzu­ci­łam bań­kę do rowu i z pła­czem po­bie­głam do domu. Naj­bar­dziej wsty­dzi­łam się tego, że ktoś wi­dział, jak bie­gnę i pła­czę; że ktoś wi­dział, że się boję. Od tego cza­su już nie cho­dzi­łam po mle­ko. Zresz­tą za­raz po tym Go­go­le sprze­da­li dwie kro­wy i zo­sta­ła im tyl­ko jed­na.

Kro­wy to bar­dzo ko­cha­ne stwo­rze­nia. Kie­dy by­łam jesz­cze bar­dzo mała, Tata sa­dzał mnie na grzbiet czar­nej kro­wy u wuj­ka Ka­ra­sia i śmiał się, że je­stem kow­bo­jem. Pa­mię­tam to, pa­mię­tam jej skó­rę i mu­chy, któ­re la­ta­ły wo­ko­ło, a ona oga­nia­ła się ogo­nem. Mu­chy lu­bi­ły krą­żyć wo­kół niej, bo czę­sto była ob­sra­na. Bar­dzo lu­bi­łam kro­wie gów­na, mó­wi­li­śmy na nie ze­gar­ki. Naj­przy­jem­niej­sze było wejść w nie bosą sto­pą. Były ta­kie cie­płe. Cza­sa­mi my­śla­łam, że je­stem jak kro­wy. Czę­sto mi mó­wi­li: To nie przy­stoi księż­nicz­ce. Kro­wy mia­ły ta­kie pięk­ne dłu­gie rzę­sy, zu­peł­nie jak księż­nicz­ki, a prze­cież ro­bi­ły rze­czy, któ­rych nie przy­stoi. Na przy­kład sra­ły na swo­je nogi. Wie­dzia­łam, że z krów i świń robi się mię­so. Ale ni­g­dy nie wi­dzia­łam, jak się je za­bi­ja. Kie­dy uro­dzi­ła się moja sio­stra, Mama ku­pi­ła od wuj­ka po­ło­wę cie­la­ka, py­ta­łam ją wte­dy, czy ogon też prze­po­ła­wia­ły. Ni­g­dy nie wi­dzia­łam za­bi­jac­ki. Pa­mię­tam tyl­ko pasz­tet, któ­ry roz­sma­ro­wy­wa­łam na cie­płym chle­bie. Ale za­bi­jac­ki było sły­chać. Bar­dzo czę­sto, z róż­nych stron wsi. Albo z Na­do­la, albo z Ra­tó­wek. Nie­któ­rzy mó­wią, że się wrzesz­czy jak za­rzy­na­na świ­nia, no ale jak ktoś sły­szał, to wie, że nie da się tak wrzesz­czeć. Taki wrzask nie­sie się po wsi, aż czło­wie­ka prze­cho­dzą ciar­ki po grzbie­cie. Wte­dy naj­le­piej za­tkać uszy i krzy­czeć: Sur­tu­pur­tu, sur­tu­pur­tu!

Na­wet krwi nie wi­dzia­łam bar­dzo dłu­go, aż przy­je­chał wu­jek z Na­wo­jo­wy i przy­wiózł nam Ka­co­ra. Ży­we­go, w wiel­kim wo­rze. Był pięk­ny, ale tro­chę się go ba­łam, bo strasz­nie szyb­ko ru­szał gło­wą. Ba­łam się, że za­cznie mnie ką­sać, jak te gęsi, któ­re bie­gną za mną, kie­dy idę do lasu koło Jo­chaj­cy­ka. Wu­jek po­wie­dział, że to pre­zent dla Mary. Mary była mała i nie umia­ła po­wie­dzieć: Ka­czor, dla­te­go mó­wi­ła: Ka­cor. Ale ro­dzi­ce po­wie­dzie­li, że nie chcą ho­do­wać ka­czek, że wy­star­czą im te Ka­ra­sio­we kury, któ­re wiecz­nie prze­ci­ska­ją się na na­sze po­dwór­ko i grze­bią Ma­mie w grząd­kach. To było za­wsze na­sze, moje i Mary, za­da­nie: wy­ga­niać Ka­ra­sio­we kury. Bar­dzo ich nie lu­bi­łam, bo były wred­ne, ro­bi­ły mi na złość i za­ko­py­wa­ły się gdzieś w krza­kach po­rze­czek, a tam było trud­no wbiec, bo obok ro­sły też po­krzy­wy. Strasz­nie mnie de­ner­wo­wa­ły te kury. Mó­wi­łam, że są głu­pie. Ale cio­cia Te­re­sa od­po­wia­da­ła, że to nie­praw­da i że kury są bar­dzo mą­dre, i że jed­ną na­wet wu­jek Pio­trek nie­chcą­cy oswo­ił. To była jed­na z tych hi­sto­rii o tym, jak Tata był mały. Dzia­dek ku­pił pu­dło kur­cza­ków i ka­zał Ta­cie, wuj­kom i cio­ci pil­no­wać, żeby nie le­ża­ły na słoń­cu. Dzia­dek mu­siał sie­dzieć na po­czcie. No i oni jeź­dzi­li na ro­we­rach i za­po­mnie­li o tych kur­cząt­kach, i wszyst­kie się ugo­to­wa­ły, tyl­ko jed­no prze­ży­ło. Wu­jek Pio­trek był wte­dy naj­młod­szy i wziął to kur­cząt­ko do domu, i na­bie­rał wodę na pa­lec, i przy­kła­dał mu do dziób­ka. I to kur­cząt­ko ja­koś prze­ży­ło. I sta­ło się kurą. Wu­jek na­zwał ją Sie­mie­sia. Sie­mie­sia nie mo­gła żyć bez wuj­ka Piotr­ka, bo prze­cież oca­lił jej ży­cie, więc cho­dzi­ła za nim wszę­dzie. I do szko­ły, i do ko­ścio­ła. Kie­dy wu­jek wcho­dził do środ­ka, Sie­mie­sia wy­grze­by­wa­ła so­bie do­łek w zie­mi, sia­da­ła i cze­ka­ła. Cza­sa­mi na­wet wy­sia­dy­wa­ła jaj­ko. Wu­jek mó­wił, że jej jaj­ka świe­ci­ły w nocy. Nie wiem, może. Ale Ka­cor to nie była Sie­mie­sia, nikt się nad nim nie li­to­wał i po­sta­no­wi­li z nie­go zro­bić ro­sół. Tata po­wie­dział, że nie da rady. Tyl­ko raz uto­pił mło­de ko­cię­ta i po­tem dłu­go, dłu­go pła­kał. Mie­li­śmy w domu już pięć ko­tów, a jesz­cze oprócz tego przy­cho­dzi­ły do nas te ple­bań­skie, i nikt ja­koś nie chciał wziąć ich od nas, bo po­przed­nim ra­zem, kie­dy ko­ci­ce się ko­ci­ły, roz­da­wa­li­śmy je wszyst­kim są­sia­dom, ale tym ra­zem już wszy­scy mie­li koty i nikt ich nie chciał. Tata wie­dział, jak to się robi na wsi. Dla­te­go też po­sta­no­wił tak zro­bić. Po­tem dłu­go pła­kał i po­szedł na bar­dzo dłu­gi spa­cer. My­ślał, że nie wie­my, co się sta­ło. Ale my wie­dzia­ły­śmy.

Ja też raz za­bi­łam kota, ale to z mi­ło­ści, nie­chcą­cy. Był bar­dzo mały i chcia­łam go przy­tu­lić. I przy­tu­li­łam go za bar­dzo. Nie wiem, czy nie pój­dę za to do pie­kła. Ale sko­ro z mi­ło­ści, to może nie? Nie wiem. Bar­dzo się ba­łam pie­kła, wi­dzia­łam, jak wy­glą­da: mie­li­śmy w domu wiel­ki al­bum z ob­ra­za­mi ma­la­rza, któ­ry się na­zy­wał Bosch. On do­brze wie­dział, jak wy­glą­da pie­kło, i wszyst­ko to na­ma­lo­wał. Mam na­dzie­ję, że Boga da się oszu­ki­wać. Wie­dzia­łam, że tego ko­cia­ka mi wy­ba­czy, bo to z mi­ło­ści, ale nie wiem, czy nie za­uwa­żył, że nie by­łam na wszyst­kich dzie­wię­ciu pierw­szych piąt­kach. Ksiądz po­wie­dział nam, że ten, kto nie za­li­czy dzie­wię­ciu pierw­szych piąt­ków, nie bę­dzie zba­wio­ny. Dał nam spe­cjal­ną ta­be­lę, w któ­rej mie­li­śmy od­zna­czać każ­dy ko­lej­ny pierw­szy pią­tek. Tyl­ko że kie­dy był siód­my, strasz­nie ład­nie świe­ci­ło słoń­ce i nie chcia­ło nam się z Sie­ją iść do ko­ścio­ła, więc po­szły­śmy za ko­ściół, na gór­kę obok tar­ta­ku, gdzie pa­sły się ba­ra­ny, i tam ba­wi­ły­śmy się kloc­ka­mi Du­plo. Po­tem w ta­bel­ce za­zna­czy­łam ten pią­tek, że by­łam. Mia­łam na­dzie­ję, że Bóg zaj­mo­wał się wte­dy in­ny­mi spra­wa­mi, na przy­kład woj­ną na Bał­ka­nach, bo wte­dy była woj­na na Bał­ka­nach, a do­pie­ro po­tem zaj­rzał do ta­be­li, a prze­cież w ta­bel­ce się wszyst­ko zga­dza­ło. Mia­łam na­dzie­ję, że Boga da się oszu­kać. Kota chy­ba mi wy­ba­czył. Po­tem, kie­dy już nie mie­li­śmy ko­tów, bo wszyst­kie po­umie­ra­ły albo prze­je­cha­ły je sa­mo­cho­dy, chcia­łam ja­koś od­po­ku­to­wać to, co zro­bi­łam, i wzię­łam kota od wuj­ka Grześ­ka. Mary też. Mama po­wie­dzia­ła, że mo­że­my je wziąć pod wa­run­kiem, że to będą ko­cu­ry. Wu­jek za­kli­nał się, że są. Mój był wiel­ki i czar­ny, a Mary był ma­lut­ki i wy­glą­dał jak ty­gry­sek. Tak też go na­zwa­ła: Ty­gry­sek. Ja swo­je­go na­zwa­łam Gry­zi­skwa­rek i wie­rzy­łam, że się in­kar­no­wał i że to ten ko­cur, któ­re­go przez przy­pa­dek za­bi­łam z mi­ło­ści. Wie­dzia­łam o re­in­kar­na­cji, bo w wa­ka­cje przy­jeż­dżał do mnie ku­zyn z Lu­bli­na i opo­wia­dał mi o róż­nych cie­ka­wych rze­czach, o któ­rych nie chcie­li mi opo­wia­dać w domu, na przy­kład o tym, co to re­in­kar­na­cja, pre­zer­wa­ty­wa, nar­ko­ty­ki. Dzię­ki nie­mu wie­dzia­łam wię­cej o świe­cie. I dla­te­go wie­dzia­łam, że Gry­zi­skwa­rek to ten Gry­zi­skwa­rek, któ­re­go udu­si­łam, kie­dy mia­łam trzy lata, a Ty­gry­sek Mary to je­den z tych ko­cia­ków, któ­re uto­pił Tata.

Gry­zi­skwa­rek nie był jak inne koty, za­cho­wy­wał się jak pa­pu­ga. Lu­bił mi sia­dać na ra­mie­niu. Był bar­dzo cięż­ki, ale to mi nie prze­szka­dza­ło. Był taki jak ja: nic mu się nie chcia­ło, czę­sto się nu­dził i lu­bił dużo spać. Któ­re­goś dnia znik­nął. Mama po­wie­dzia­ła, że po­dob­no ktoś wi­dział go w Oł­pi­nach i że pew­nie po­sta­no­wił wy­ru­szyć w świat. Ale ja wie­dzia­łam swo­je. Wi­dzia­łam mo­krą pla­mę na as­fal­cie. Prze­cież to nie była pierw­sza taka pla­ma, wi­dzia­łam to nie raz. Tyl­ko krwi nie było. Pierw­sza krew, któ­rą wi­dzia­ły­śmy z Mary, to była ta krew Ka­co­ra. Tak wła­śnie mó­wi­ła Mary. Przy­nie­śli go tego sa­me­go wie­czo­ru, w któ­rym wu­jek nam go po­da­ro­wał, i roz­ło­ży­li za­bi­te­go na ga­ze­cie. Krew była ciem­na, nie jak w fil­mach. Pach­nia­ła też dziw­nie, jak­by piw­ni­cą. Mary jesz­cze dłu­go po­tem mó­wi­ła na ko­lor czer­wo­ny krew Ka­co­ra.

Krwi się nie wi­dzia­ło. Sły­sza­ło się tyl­ko albo wrzask świń w dzień, albo dziw­ne od­gło­sy w nocy. W nocy to była kuna. Zja­da­ła małe kot­ki i za­gry­za­ła kury. A wy­glą­da­ła tak ład­nie! Cza­sa­mi prze­my­ka­ła gdzieś, tak szyb­ko, że czło­wiek na­wet nie zdą­żył się obej­rzeć. Zja­dła mo­je­go kró­licz­ka. Tata wy­rzeź­bił dla nie­go pięk­ny do­mek, któ­ry na­zy­wa­łam kró­le­stwem. Wie­dzia­łam, że mój kró­lik jest z kra­iny Ali­cji, da­wa­łam mu dużo tra­wy, a on jadł i śmiesz­nie krę­cił no­skiem. Któ­re­goś dnia rano już go nie było. Tata po­wie­dział, że to kuna go zja­dła w nocy. Może. Sły­sza­łam ja­kieś dziw­ne od­gło­sy. Ale w nocy za­wsze ktoś krzy­czy.

Tata, Mary i ja za­wsze chcie­li­śmy mieć pie­ska. Tro­chę ba­łam się wiej­skich psów, bo strasz­nie uja­da­ły i pod­gry­za­ły pię­ty, kie­dy szło się do lasu albo do Po­to­ka. Tata mó­wił, że to dla­te­go, że strze­gą domu i że one tyl­ko tak ostrze­gaw­czo szczy­pią. Ale Mama wca­le nie uwa­ża­ła, że to ostrze­gaw­cze szczy­pa­nie, i nie chcia­ła się zgo­dzić na psa. Ni­g­dy. Koty i kury są­sia­dów – to i tak było już zbyt wie­le. Ale my bar­dzo chcia­ły­śmy mieć zwie­rząt­ko.

No