Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 185 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po tamtej stronie śmierć - Maria Nurowska

Zimny majowy świt. Trzydziestoletnia Magda biegnie do szpitala, do którego odwieziono jej matkę. Na miejscu dowiaduje się, że Irena niespodziewanie zmarła. Przygotowania do pogrzebu przebiegają powoli, jakby Magda chciała oddalić moment ostatecznej rozłąki. W ciągu trzech dni, podczas których rozgrywa się akcja powieści, Magda prowadzi z matką zapewne najszczerszą rozmowę, jaką kiedykolwiek odbyły. Stara się złożyć w całość rozbity obraz kobiety, która zawsze wzbudzała w niej skrajne uczucia: od podziwu, miłości i przywiązania, po nienawiść, odrazę i pogardę. Charyzmatyczna Irena szła przez życie z siłą odciskającą piętno na najbliższych. Magda, mimo że jest już dojrzałą kobietą i sama wychowuje córkę, nadal boryka się z przeszłością. W jej przeżyciach i przemyśleniach można odnaleźć znane każdemu, wpisane w naszą egzystencję konflikty, dylematy i sprzeczne emocje. „Po tamtej stronie śmierć” - druga powieść w dorobku Marii Nurowskiej, wydana po raz pierwszy w 1977 roku - to intymny zapis doświadczenia straty bliskiej osoby, świadectwo żałoby podszytej trudną miłością, a zarazem przejmujące studium złożonej relacji między matką a córką.

Opis skomplikowanej relacji między matką a córką to niełatwe zadanie dla pisarza, niezbędne są do tego literacki talent i ogromne wyczucie. Nurowskiej się to udało.

Joachim T. Baer, „World Literature Today"

Opinie o ebooku Po tamtej stronie śmierć - Maria Nurowska

Fragment ebooka Po tamtej stronie śmierć - Maria Nurowska

Ma­ria Nu­row­ska

Po tam­tej stro­nie śmierć

Co­py­ri­ght © by Ma­ria Nu­row­ska, 2013

Wy­da­nie IV

War­sza­wa 2013

Spis treści

Dzień pierw­szy

Dzień dru­gi

Dzień trze­ci

Do mo­je­go czy­tel­ni­ka

Biogram autorki

– Dnie­je – po­wie­dzia­łaś, od­wra­ca­jąc twarz ku oknu. Po­wie­dzia­łaś – dnie­je – cho­ciaż okno cią­gle było ciem­no­gra­na­to­we, a wszyst­kie sprzę­ty w po­ko­ju nie­wi­docz­ne w mro­ku. Tyl­ko na­sze twa­rze ja­śnia­ły jak dwie tar­cze za­wie­szo­ne po­śród czer­ni. Two­ja twarz, w któ­rej rysy się za­tar­ły, na­wet oczy – za­uwa­ża­ne za­wsze w cza­sie two­jej pięk­no­ści i two­jej brzy­do­ty. By­łaś te­raz po­dob­na do mnie, mia­ły­śmy tę samą twarz, tyl­ko in­a­czej usta­wio­ną w prze­strze­ni: moja po­zio­mo, two­ja pio­no­wo.

Nie było nic in­ne­go. Ręce na koł­drze, któ­rych nie mia­łam siły unieść, wto­pi­ły się w mrok. Le­ża­łam, a ty sta­łaś po­śród ciem­no­ści, na chwi­lę tyl­ko tar­cza two­jej twa­rzy znik­nę­ła, gdy od­wró­ci­łaś gło­wę w stro­nę okna, i po­wró­ci­ła do mnie jako je­dy­na na­dzie­ja. Za­mknę­łaś się ze mną w tym po­ko­ju, aby mnie wskrze­sić, aby mnie po raz dru­gi uro­dzić. Tam­to pierw­sze trwa­ło o wie­le kró­cej, za­le­d­wie kil­ka go­dzin, to dru­gie prze­cią­gnę­ło się na mie­sią­ce. Mie­sią­ce, w któ­rych sta­ra­łaś się mnie po­dźwi­gnąć, w któ­rych nie po­zwo­li­łaś opaść mo­jej gło­wie i nie po­zwo­li­łaś za­mknąć się moim po­wie­kom, abym po­tem ja po­zwo­li­ła to­bie.

Two­ja gło­wa opa­dła, a two­je po­wie­ki się za­mknę­ły, za­mie­ni­ły­śmy się miej­sca­mi, ja po­wró­ci­łam do pio­nu, aby już na za­wsze po­zo­sta­wić cię w po­zy­cji, któ­rą mnie wcze­śniej wy­zna­czo­no, a z któ­rej mnie wy­dar­łaś na prze­kór wszyst­kie­mu, na prze­kór Bogu i lu­dziom.

Dzień pierw­szy

Dwu­dzie­sty siód­my maja ty­siąc dzie­więć­set sie­dem­dzie­siąt dwa, do­cho­dzi czwar­ta rano. W nocy pa­dał deszcz i te­raz wszę­dzie sto­ją ka­łu­że; ciem­ne ka­łu­że, w któ­rych nie od­bi­ja się nie­bo, bo nie ma na nim ani gwiazd, ani księ­ży­ca. Bie­gnę uli­ca­mi, czu­jąc, jak zim­na woda ob­le­wa mi nogi; wio­sna, a tak zim­no i ciem­no. Sa­mo­cho­dy jeż­dżą le­ni­wie, domy wy­glą­da­ją jak mil­czą­cy sze­reg cia­sno usta­wio­nych pro­sto­ką­tów. Nie wi­dać w nich okien. Tej nocy, a wła­ści­wie rana, w żad­nym z okien do­mów nie pali się świa­tło. Bie­gnę Ale­ja­mi, skrę­cam w Lin­dleya. Po pra­wej stro­nie park, po le­wej szpi­tal. Wszyst­kie okna są oświe­tlo­ne.

Por­tier­nia.

– Przed go­dzi­ną przy­wie­zio­no tu moją mat­kę.

Por­tier pa­trzy po­nad moją gło­wą.

– Py­ta­łam pana o coś.

– A co ja pani po­wiem, tu­taj przy­wo­żą co mi­nu­tę. – Wzru­sza ra­mio­na­mi. – Pani idzie na izbę przy­jęć.

Po­po­łu­dnie w koń­cu sierp­nia ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt sześć, Sta­ra Kor­de­gar­da w Ła­zien­kach.

Ja: wła­śnie po­rzu­ci­łam pra­cę w Lo­cie, gdzie by­łam ste­war­de­są. Zna­la­złam za­ję­cie na mie­sią­ce let­nie, do mo­ich obo­wiąz­ków na­le­ży wie­trze­nie świe­żo wy­ma­lo­wa­nej Kor­de­gar­dy przez czte­ry go­dzi­ny dzien­nie.

Ty: przy­je­cha­łaś mnie od­wie­dzić, a ra­czej od­na­leźć po uciecz­ce zimą, gdy po­wie­dzia­ły­śmy so­bie za dużo. Sta­ły­śmy wte­dy na­prze­ciw, w kuch­ni, w asy­ście bez­rad­ne­go ojca; two­je oczy pa­trzy­ły wro­go, jak za­wsze gdy szy­ko­wa­łaś się do za­da­nia cio­su. Two­je cio­sy bez­błęd­nie tra­fia­ły we mnie, bo zna­łaś mnie le­piej niż ja sama i wie­dzia­łaś, gdzie na­le­ży ce­lo­wać, aby mnie naj­bo­le­śniej ugo­dzić.

– Nie wró­cę do Gdy­ni. Zo­sta­wi­łam list, w któ­rym na­pi­sa­łam, że nie wró­cę.

– Wró­cisz.

– Nie.

– Ty pod­ła dziw­ko, ty naj­po­dlej­sza dziw­ko, jaką no­si­ła zie­mia!

Za­ci­śnię­te pię­ści, abyś nie do­strze­gła drże­nia pal­ców.

– Nie, już jed­ną wcze­śniej.

– Tak do mat­ki! Po­win­nam cię była udu­sić za­raz po­tem, jak cię uro­dzi­łam, zresz­tą nie chcia­łam cie­bie.

„Nie chcia­łam cie­bie”. To mó­wisz już spo­koj­niej. Wiesz, że do­pię­łaś swe­go. Moje ra­mio­na drżą, trzę­są się i nie po­ma­ga za­ci­ska­nie pię­ści. Zno­wu wy­gra­łaś. Mogę tyl­ko od­wró­cić się i odejść. Od­cho­dzę, oj­ciec nie­sie za mną płaszcz, jest mroź­na zima ty­siąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąt pięć, za trzy dni Boże Na­ro­dze­nie, któ­re­go nie spę­dzę w domu.

Nie wi­dzia­ły­śmy się pra­wie pół­to­ra roku. Z li­stów ojca: roz­sta­łaś się z przy­ja­cie­lem, czło­wie­kiem, któ­re­go obec­ność wy­zwo­li­ła we mnie uczu­cia na ogół dzie­ciom obce. Na­uczy­łam się za­zdro­ścić, cier­pieć i po­gar­dzać. Oj­ciec na­pi­sał, że roz­sta­łaś się z przy­ja­cie­lem. Na­pi­sał tak­że, że ocze­ku­jesz ode mnie wia­do­mo­ści. Ale nie pi­sa­łam, nie po­sy­ła­łam ci na­wet po­zdro­wień.

I nie zdzi­wi­łam się, gdy uj­rza­łam cię idą­cą w au­re­oli póź­ne­go słoń­ca. Tak, szłaś w au­re­oli póź­ne­go słoń­ca. Za­uwa­ży­łam cię już od bra­my.

Sie­dzia­łam na ła­wecz­ce pod oknem opar­ta o na­grza­ny mur, a ty szłaś w moją stro­nę.

By­łaś inna, niż cię pa­mię­ta­łam. Wło­sy mia­łaś scze­sa­ne gład­ko, zni­kły fale. Te rdza­we fale two­ich wło­sów prze­mie­ni­ły się te­raz w pro­ste, dłu­gie pa­sma da­ją­ce się ujarz­mić kil­ko­ma za­le­d­wie spin­ka­mi.

I two­ja twarz była inna, szłaś do mnie z twa­rzą sta­rej ko­bie­ty. Wy­sta­wi­łaś ją na wy­pa­dek, gdy­bym nie za­po­mnia­ła tego, co po­wie­dzia­łaś wte­dy, przed roz­sta­niem. Te­raz bez słów chcia­łaś dać mi po­znać, że masz już tyl­ko mnie, że nikt nie może być waż­niej­szy, nikt nie może się li­czyć poza mną i tobą.

Uśmiech­nę­łaś się sa­my­mi war­ga­mi, uśmie­chem, któ­ry chro­nił mnie przed tym, co mó­wi­ły two­je usta.

– Przy­nio­słam lody – po­wie­dzia­łaś, a po­tem po­sta­wi­łaś ple­cio­ny ko­szyk na ła­wecz­ce obok mnie i wy­ję­łaś z nie­go ter­mos, dwie fi­li­żan­ki i dwie małe, błysz­czą­ce ły­żecz­ki.

Z bli­ska zo­ba­czy­łam, że two­je wło­sy są bar­dziej siwe niż rude.

Tak, to jed­no było od­tąd praw­dzi­we. Gdy po­sta­no­wi­łaś przy­znać się do sta­ro­ści, nie mo­głaś już tego cof­nąć. Po­tra­fi­łaś zma­zy­wać z twa­rzy set­ki cien­kich jak pa­ję­czy­na zmarsz­czek, któ­re z po­wo­dze­niem prze­mie­nia­ły cię w sta­rą ko­bie­tę. Od cza­su Kor­de­gar­dy by­wa­łaś jesz­cze mło­da, ale już na za­wsze wło­sy two­je po­zo­sta­ły siwe.

Izba przy­jęć.

Ka­fel­ko­wa mo­zai­ka, czer­wo­no-bia­łe kwa­dra­ty, po któ­rych spły­wa brud­na woda. Pod­ło­ga za­nie­sio­na set­ka­mi krzy­żu­ją­cych się ze sobą śla­dów. Sie­dzę pod ścia­ną, wpa­tru­ję się w te zde­for­mo­wa­ne, peł­ne za­cie­ków od­ci­ski stóp. Naj­bli­żej mnie ślad mę­skie­go buta, ob­cas prze­mie­nił się te­raz w spi­cza­stą li­sią mord­kę, lis wę­szy, nad­sta­wia uszu.

Ty. Zno­wu wy­cho­dzisz. Na two­jej szyi lis, szkla­ne oczy wpa­tru­ją się we mnie. Mo­gła­bym przy­siąc, że są szy­der­cze, te szkla­ne, mar­twe oczy.

Cze­go się spo­dzie­wam. Na co cze­kam. Czy się boję. Czy cier­pię.

Sie­dzę oto­czo­na roz­pły­wa­ją­cy­mi się śla­da­mi ludz­kich stóp, a ra­czej bu­tów. Na­gle, bez sen­su, tę­sk­nię, aby zo­ba­czyć od­bi­cie bo­sej sto­py, wła­śnie tu, na tej brud­nej, ka­fel­ko­wej pod­ło­dze.

– To pani?

– Chcia­ła­bym...

– Jej tu już nie ma.

– A gdzie jest?

– W głę­bi po­dwó­rza, na lewo, blok E.

Tuż za Kor­de­gar­dą, od stro­ny fosy na­peł­nio­nej wodą, sko­szo­no traw­nik i za­pach su­chej tra­wy, któ­ry tak lu­bię, przy­pły­wa wraz z po­dmu­chem wia­tru do na­szej ła­wecz­ki. Jemy lody.

– Gdzie ku­po­wa­łaś?

– W Zie­lo­nej Bud­ce.

– Chcia­ło ci się? W taki upał.

Na­wet w naj­go­ręt­sze lato mu­sia­łaś no­sić poń­czo­chy. Aler­gia, nie­go­ją­ce się rany na łyd­kach. Prze­wi­ja­nie ban­da­ży żół­tych od ma­ści i ten su­chy trzask skó­ry pod pa­znok­cia­mi. Nie wia­do­mo skąd, le­ka­rze po­wie­dzie­li, że to na tle ner­wo­wym. No­si­łaś te poń­czo­chy z uśmie­chem, mu­sia­ły być ciem­ne, aby nie prze­świe­ca­ły przez nie ban­da­że. Od­kąd cię tyl­ko pa­mię­tam, pa­mię­tam cię w tych dłu­gich su­kien­kach. To było na­wet ład­ne przy two­jej kru­cho­ści, przy ni­skim wzro­ście. Za­wsze klosz, za­wsze dużo ma­te­ria­łu pię­trzą­ce­go się sztyw­no lub fa­lu­ją­ce­go gru­by­mi fał­da­mi.

Sta­łaś w przed­po­ko­ju w sza­rej suk­ni, na szyi mia­łaś lisa. Obca, pach­ną­ca per­fu­ma­mi pani. Fale two­ich wło­sów zle­wa­ły się z li­sim fu­trem. Sta­łaś przed lu­strem, a ja na pierw­szym stop­niu scho­dów pro­wa­dzą­cych na górę, w tym domu za­wsze za du­żym i za pu­stym dla troj­ga osób. Gra­łam dla cie­bie rolę grzecz­nej, cier­pli­wej dziew­czyn­ki – ja, ogar­nię­ta sza­leń­czą tę­sk­no­tą, przy­mie­rza­łam uśmie­chy, uwa­ża­jąc, aby ża­den z nich nie był zbyt agre­syw­ny, aby cię nie zdzi­wił lub nie roz­draż­nił. – Co się tak uśmie­chasz? – mo­głaś spy­tać lub mo­głaś też spy­tać: – Dla­cze­go się uśmie­chasz? – Już daw­no po­dej­rze­wa­łaś, że mam ci za złe two­ją nie­obec­ność w domu i w moim dzie­ciń­stwie. By­łaś nie­uf­na, two­je oczy spo­glą­da­ły uważ­nie, chcia­łaś wy­śle­dzić w mo­jej twa­rzy oskar­że­nie, przed któ­rym swo­bod­nie mo­gła­byś się obro­nić. Oj­ciec, za­wsze mniej ostroż­ny ode mnie, ła­two dał się wy­klu­czyć z gry. „Zno­wu wy­cho­dzisz?” – spy­tał lek­ko­myśl­nie. – „Wy­cho­dzę” – od­po­wie­dzia­łaś. Py­tał, a ty udzie­la­łaś mu od­po­wie­dzi, po któ­rej bez prze­szkód już mo­głaś wy­cho­dzić. Usu­nę­łaś ojca, nie mo­głaś jed­nak usu­nąć mnie, bo ja się usu­nąć nie da­wa­łam. Moż­na unie­waż­nić sło­wa, nie moż­na unie­waż­nić mil­cze­nia.

Mil­cza­łam, a ty za­uwa­ża­łaś przez to moją obec­ność. Ojca zgu­bi­ły sło­wa, mnie ura­to­wa­ło mil­cze­nie. Gdy tyl­ko z nie­go wy­szłam, gdy zde­cy­do­wa­łam się użyć prze­ciw­ko to­bie, prze­ciw­ko two­jej woli, słów – pierw­szy raz prze­gra­łam w tym la­ta­mi cią­gną­cym się po­je­dyn­ku. Po­wie­dzia­łam: „nie”, po­wie­dzia­łam: „nie chcę”, a ty zro­bi­łaś wszyst­ko, abym mu­sia­ła.

Ślub w Gdy­ni.

Wrze­sień w Gdy­ni. Po­chy­ła ulicz­ka bie­gną­ca w stro­nę mo­rza. Ulicz­ka, przy któ­rej stał ho­tel. W jed­nym z po­koi na pię­trze miesz­ka­łam ja, a za­raz obok, o drzwi da­lej, ty.

W moim po­ko­ju z oknem na mo­rze od­by­ła się ta roz­mo­wa, ta wie­czor­na roz­mo­wa w przed­dzień mo­je­go ślu­bu.

– Wy­da­jesz mnie za mąż.

– Nie, wy­da­ję cię za wspa­nia­łe­go chłop­ca.

– Nie, wy­da­jesz mnie z domu!

– Mnie też wy­da­no, mia­łam sie­dem­na­ście lat, by­łam dwa lata młod­sza niż ty, za pod­ofi­ce­ra pierw­sze­go puł­ku szwo­le­że­rów w War­sza­wie. Upi­jał się re­gu­lar­nie, co so­bo­ta, i bił mnie, bił mnie do pierw­szej krwi. Na za­pas. Po­dej­rze­wał, że go zdra­dzam. W koń­cu zdra­dzi­łam go z two­im oj­cem, ofi­ce­rem tego sa­me­go puł­ku. A po­tem z nim ucie­kłam. Ucie­kłam z nim, bo wy­star­czy­ło mi wte­dy, że mnie nie bił.

Two­je spoj­rze­nie sta­je się dra­pież­ne, bez­li­to­sne.

– Pierw­szy or­gazm prze­ży­łam w wie­ku czter­dzie­stu lat, do tego cza­su zdą­ży­łam mieć kil­ka skro­ba­nek.

– Nie mówi się ta­kich rze­czy dziew­czy­nie, któ­ra nie żyła jesz­cze z męż­czy­zną.

Śmie­jesz się.

– Z męż­czy­zna­mi się nie żyje, z męż­czy­zna­mi się sy­pia, moja dro­ga. Za­pa­mię­taj to so­bie na całe ży­cie, to do­bra rada two­jej mat­ki.

– Cza­sa­mi mało je­steś po­dob­na do mat­ki!

Krzy­czę, umiem już krzy­czeć. Od­kąd pa­dły po­mię­dzy nami pierw­sze sło­wa, sta­łam się taka jak ty, dra­pież­na i bez­względ­na.

Blok E.

– Tak, mat­ka – mó­wię, dzi­wiąc się, że ję­zyk mam drę­twy, jak­by był ka­wał­kiem drew­na.

– Jej tu­taj nie ma.

– W izbie przy­jęć po­wie­dzia­no mi, że...

– Ale już jej tu nie ma.

– A gdzie jest?

– Pro­szę iść pro­sto, przy mu­rze trze­ba skrę­cić w lewo.

Idę pro­sto, przy mu­rze skrę­cam w lewo. Za­rys trój­kąt­ne­go da­chu ka­pli­cy. Cią­gle jesz­cze jest ciem­no, zie­mia pa­ru­je po desz­czu.

Otwo­rzyć te drzwi.

Umieć otwo­rzyć te drzwi.

Za nimi jest ona, mat­ka.

Drzwi ka­pli­cy, cięż­kie, z dę­bo­we­go (a może in­ne­go) drze­wa, po­ciem­nia­łe od desz­czu i wia­tru. Za­rdze­wia­ła, że­la­zna klam­ka w kształ­cie łapy dra­pież­ne­go zwie­rzę­cia. Po­nad klam­ką ja­śniej­szy słój drew­na, jak oko z od­cią­gnię­tą dol­ną po­wie­ką.

Nie­spo­dzie­wa­nie drzwi się otwie­ra­ją, wy­cho­dzi przez nie wy­so­ki, bar­czy­sty męż­czy­zna w sza­rym ki­tlu, zwią­za­nym ta­siem­ką z przo­du na wy­so­ko­ści pier­si. Mia­łam taki sam, jako po­łoż­ni­cy dano mi go za­miast mo­je­go pi­ko­wa­ne­go szla­frocz­ka w ró­żo­we kwiat­ki, któ­re­go nie mo­głam wziąć ze sobą, mu­sia­łam po­zo­sta­wić w przed­sion­ku, bo był pe­łen bak­te­rii. Sza­ry ki­tel, sfał­do­wa­ny na pła­skiej pier­si męż­czy­zny: po raz dru­gi sym­bol mo­jej klę­ski.

– Jak pani nie chce wcho­dzić, to pani nie wcho­dzi. Mnie moż­na przy­nieść, co tam trze­ba, i ja wszyst­ko sam zro­bię, umy­ję i ubio­rę.

Z le­wej stro­ny nad gór­ną war­gą męż­czy­zna ma dużą bro­daw­kę, z któ­rej wy­ra­sta­ją cie­niut­kie wło­ski.

– Umy­ję i ubio­rę... – Wło­ski drga­ją jak po­pę­ka­ne spi­ral­ki w ża­rów­ce.

– Ależ nie, nie trze­ba – mó­wię, po­dej­mu­jąc nową rolę, tę rolę, któ­rej uczy­łam się każ­de­go dnia, od­kąd tyl­ko sie­bie pa­mię­tam: nie dać po­znać, że się zo­sta­ło tra­fio­nym.

Te­atr dla cie­bie prze­mie­nił się w te­atr dla lu­dzi, tak oto ten czło­wiek przed drzwia­mi szpi­tal­nej ka­pli­cy stał się moim pierw­szym wi­dzem. Prze­rwa­ny na­gle spek­takl otrzy­mał nie­ocze­ki­wa­nie nową pu­blicz­ność.

– Nie, nie trze­ba – mó­wię lek­ko, jak­by cho­dzi­ło o po­moc przy wsia­da­niu do tram­wa­ju, a nie o prze­kro­cze­nie tych drzwi. – Nie, na­praw­dę, dzię­ku­ję bar­dzo – uśmie­cham się na do­wód, że otwar­cie tych drzwi z ja­śniej­szym sło­jem nad klam­ką jest zwy­kłą spra­wą. Jak­bym nie ro­bi­ła do­tąd nic in­ne­go, tyl­ko ta­kie wła­śnie drzwi otwie­ra­ła. Kła­dę rękę na klam­ce, cią­gle uśmie­cha­jąc się do tego pie­lę­gnia­rza-wi­dza.

Jest dwu­dzie­sty siód­my maja, do­cho­dzi pią­ta, nie­bo ja­śnie­je. Na­ci­skam klam­kę i z uśmie­chem na ustach po­przez cięż­kie, chy­ba dę­bo­we, drzwi wcho­dzę do szpi­tal­nej ka­pli­cy.

Ostre świa­tło ża­rów­ki pod su­fi­tem; ża­rów­ki ob­na­żo­nej. Stół, pro­sto­kąt­ny na skrzy­żo­wa­nych no­gach, a na nim sfał­do­wa­ne prze­ście­ra­dło. Okry­wa coś, co tam leży.

To coś pod prze­ście­ra­dłem to ty.

Jesz­cze się uśmie­cham, tym uśmie­chem dla pie­lę­gnia­rza, nie wiem, jak go in­a­czej na­zwać – może Czło­wie­kiem z bro­daw­ką, w sza­rym ki­tlu?

Mój uśmiech pod ob­na­żo­ną ża­rów­ką, w ka­pli­cy, w któ­rej nie ma okna. Ta ża­rów­ka za chwi­lę wy­do­bę­dzie cię spod prze­ście­ra­dła. Uśmiech już nie­po­trzeb­ny, bo widz po­zo­stał za drzwia­mi.

Wiem, jaka je­steś, znam każ­dy szcze­gół two­je­go cia­ła, każ­dy szcze­gół, któ­ry go­to­wa by­łaś ob­na­żyć, chcąc mnie po­ko­nać.

Mi­jał wła­śnie trze­ci mie­siąc mo­je­go dru­gie­go mał­żeń­stwa, mał­żeń­stwa z czło­wie­kiem, któ­re­go sama so­bie wy­bra­łam, a któ­re­go ty nie za­ak­cep­to­wa­łaś.

Na moim we­se­lu upi­łaś się, ścią­gnę­łaś ob­rus ze sto­łu wraz ze wszyst­kim, co się na nim znaj­do­wa­ło. Sta­łaś jak za­pa­śnik, ki­wa­jąc się lek­ko w przód i w tył. Sta­łaś tak w swo­jej nie­co za dłu­giej su­kien­ce, za­ci­ska­jąc w dło­ni róg ob­ru­sa. I ja też sta­łam, po dru­giej stro­nie sto­łu, z któ­re­go z brzę­kiem spa­da­ły na pod­ło­gę ta­le­rze, kie­lisz­ki i pół­mi­ski. Od­kor­ko­wa­na bu­tel­ka z czer­wo­nym wi­nem to­czy­ła się po pod­ło­dze, zna­cząc za sobą czer­wo­ny ślad. Ty by­łaś tam sama po tej dru­giej stro­nie sto­łu. Obok mnie stał mój mąż, twój prze­ciw­nik, a od tej chwi­li, od chwi­li gdy bu­tel­ka to­czy­ła się, krwa­wiąc, tak­że twój za­ja­dły wróg.

Mój teść, eme­ry­to­wa­ny ko­le­jarz, któ­ry sprze­dał ka­wa­łek grun­tu i ku­pił za to dom w Su­le­jów­ku pod War­sza­wą, uniósł ręce nad gło­wą:

– Lu­dzie! – po­wie­dział w naj­wyż­szym zdu­mie­niu, że coś ta­kie­go może się wy­da­rzyć, i to na we­se­lu jego syna, in­ży­nie­ra. – Lu­dzie!

Mój teść opo­wia­dał wszyst­kim, że vis-à-vis jego domu stoi wil­la, w któ­rej kie­dyś miesz­kał Pił­sud­ski. A ty opo­wia­da­łaś o balu, na któ­rym wy­bra­no cię na kró­lo­wą pięk­no­ści, i o tym, że by­łaś bar­dzo zmę­czo­na i chcia­łaś wra­cać do domu ze swo­im mę­żem pod­ofi­ce­rem. Ad­iu­tan­ci Pił­sud­skie­go za­sta­wi­li drzwi sza­bla­mi i nie chcie­li cię wy­pu­ścić, wte­dy po­de­szłaś i zro­bi­łaś wo­dzo­wi awan­tu­rę. Sala za­mar­ła, a on ro­ze­śmiał się i pod­krę­cił wąsa, a po­tem ka­zał swo­je­mu szo­fe­ro­wi od­wieźć cię do domu. Hi­sto­rię tę sły­sza­łam wie­le razy, za­wsze bra­łaś na świad­ka ojca, któ­ry na tym balu też był obec­ny. Za jego to spra­wą twój mąż pod­ofi­cer zo­stał zresz­tą na ten bal za­pro­szo­ny.

Po dru­giej stro­nie sto­łu sta­łaś w za dłu­giej su­kien­ce, ubru­dzo­nej te­raz ma­jo­ne­zem, któ­ry opry­skał ci tak­że twarz.

Zro­bi­łaś to, wie­dząc, że je­stem w trze­cim mie­sią­cu cią­ży, wie­dząc, że ni­cze­go już nie mo­żesz zmie­nić, że nie mo­żesz ni­cze­go cof­nąć. Ko­cha­łam tego czło­wie­ka. Ko­cha­łam go i ocze­ki­wa­łam z nim dziec­ka. Ścią­gnę­łaś ob­rus ze świa­do­mo­ścią, że nie ro­bisz tego dla mnie; by­łam już nie­czu­ła na ta­kie ge­sty. Zro­bi­łaś to dla nich, dla tych lu­dzi, któ­rych coś po­dob­ne­go spo­ty­ka­ło po raz pierw­szy. Nie­uda­ny ślub syna to spra­wa, ja­kiej chy­ba już do koń­ca nie da się wy­ma­zać. Ale to nie ty by­łaś naj­waż­niej­sza w tam­tej chwi­li, tyl­ko fakt, że ślub się nie udał. Po co więc w ogó­le coś ta­kie­go zro­bi­łaś, sko­ro nie mo­gło to być ob­li­czo­ne ani na mnie, ani na moją nową ro­dzi­nę. Od razu zo­rien­to­wa­łaś się, że chy­bi­łaś. Wte­dy już zu­peł­nie bez sen­su pró­bo­wa­łaś wy­zwo­lić we mnie li­tość.

Sta­łaś więc po dru­giej stro­nie sto­łu sta­ra, sa­mot­na i za­gu­bio­na wśród tłu­mu cio­tek i wuj­ków, z któ­ry­mi mia­łam tak samo mało wspól­ne­go jak ty.

Obcy lu­dzie, zbi­ci te­raz w ciż­bę, za­sko­cze­ni two­im ge­stem. Ten twój gest prze­ra­stał ich, spy­chał w nie­zna­ny ob­szar, w któ­rym nie moż­na wy­czuć grun­tu pod no­ga­mi. Żad­na z ko­biet ze­bra­nych w po­ko­ju we­sel­nym nie by­ła­by do cze­goś ta­kie­go zdol­na; nie star­cza­ło na to wy­obraź­ni, było wię­cej niż świę­to­kradz­twem. Tak, tyl­ko ja jed­na wśród tego tłu­mu mo­głam cię zro­zu­mieć. Li­czy­łaś na to. By­łaś pew­na, że oto ode­rwę się od boku męża, prze­kro­czę ten za­klę­ty krąg i wraz z tobą opusz­czę po­kój, dom, osie­dle.

Ale ja nie od­czu­wa­łam ni­cze­go poza li­to­ścią. To, co wią­za­ło mnie z czło­wie­kiem, z któ­rym tego ran­ka wzię­łam ślub, było waż­niej­sze. Moja li­tość nie mo­gła ci ni­cze­go uła­twić, wie­dzia­łam, co czu­jesz, i to wszyst­ko. Ja jed­na wte­dy, tam­te­go dnia, nie po­tę­pia­łam cie­bie, cho­ciaż przez kil­ka lat mo­je­go mał­żeń­stwa, za­nim je do­szczęt­nie znisz­czy­łaś, po­no­si­łam kon­se­kwen­cje two­je­go czy­nu. Przez te kil­ka lat nie by­łam żoną Paw­ła, ale tą, któ­rej mat­ka w dniu ślu­bu ścią­gnę­ła ob­rus. Tym jed­nym ge­stem wy­zna­czy­łaś mi rolę czar­nej owcy. Mia­łam być tą naj­gor­szą sy­no­wą spo­śród in­nych, i wszyst­ko, co czy­ni­łam, z góry przyj­mo­wa­no z dez­apro­ba­tą. To był ten głów­ny grzech: ob­rus. Brak stu­diów i nie­umie­jęt­ność go­to­wa­nia za­wsze sta­wia­no w dal­szej ko­lej­no­ści.

Mi­jał wła­śnie trze­ci mie­siąc mo­je­go dru­gie­go mał­żeń­stwa, gdy za­te­le­fo­no­wa­łaś. Od dnia ślu­bu się nie wi­dzia­ły­śmy. Moja fi­gu­ra ule­gła zmia­nie, sta­łam się ocię­ża­ła, nogi po­pu­chły mi w kost­kach, ale nikt w ro­dzi­nie już o nic nie py­tał, na­wet nikt się nie zdzi­wił; „ob­rus” był od­po­wie­dzią. By­łam w domu sama. Ten te­le­fon przy­ję­łam w po­ko­ju, w któ­rym przed trze­ma mie­sią­ca­mi usta­wio­no sto­ły.

– Halo – po­wie­dzia­łam.

– To ja, mat­ka.

Mil­cze­nie.

Sto­ję ze słu­chaw­ką przy uchu. Ręką czy­nię gest, jak­bym chcia­ła pod­trzy­mać brzuch.

– By­łam u cio­ci Lili – mó­wisz ja­kimś przy­mil­nym gło­sem – po­ma­ga­łam tam prze­bie­rać owo­ce i... i spa­dłam z dra­bin­ki...

Pła­czesz, szlo­chasz pro­sto w słu­chaw­kę, a po­tem, za­ci­na­jąc się, mó­wisz:

– ...i coś mi się zro­bi­ło z krę­go­słu­upem.

Two­je „u” przy­po­mi­na te­raz prze­cią­głe wy­cie.

– Po co po­je­cha­łaś do Lili? – py­tam, pró­bu­jąc ze­brać my­śli. Lila to two­ja młod­sza sio­stra, z któ­rą od lat się nie kon­tak­to­wa­łaś. By­łaś skłó­co­na z jej mę­żem, któ­ry za­bro­nił ci wstę­pu do ich domu, jak po sce­nie z ob­ru­sem mój mąż. – Gdzie te­raz je­steś?

– Na Dwor­cu Wschod­nim – mó­wisz po­kor­nie, usi­łu­jąc po­ko­nać szloch. Bo­isz się utra­cić to, co już osią­gnę­łaś. Czu­jesz, że od­nio­słaś zwy­cię­stwo. In­stynkt pod­po­wie­dział ci, że na ten raz wy­star­czy mała sce­na.

– Cze­kaj na mnie, za­raz przy­jeż­dżam, spraw­dzę tyl­ko po­cią­gi.

Ner­wo­wo prze­rzu­cam kart­ki roz­kła­du jaz­dy. Spo­glą­dam na ze­ga­rek.

– Za pięt­na­ście mi­nut mam po­ciąg do War­sza­wy – mó­wię i od­kła­dam słu­chaw­kę.

Szu­kam płasz­cza. Ubra­na już do wyj­ścia pi­szę ołów­kiem na ka­wał­ku pa­pie­ru: „Po­je­cha­łam do War­sza­wy”, a po­tem kła­dę to na sto­le w na­szym po­ko­ju. W po­ko­ju moim i Paw­ła; nie mamy jesz­cze miesz­ka­nia i miesz­ka­my ką­tem u te­ściów.

Sie­dzisz na dwor­cu, na ław­ce. Masz na so­bie obcy, or­ta­lio­no­wy płaszcz, moc­no wy­gnie­cio­ny.

Idę w two­ją stro­nę cięż­ka, na opuch­nię­tych no­gach, a ty nie pod­no­sisz się z ław­ki. Pod­cho­dzę bli­sko.

Two­ja twarz jest pra­wie prze­zro­czy­sta, sine wor­ki pod oczy­ma, set­ki drob­niut­kich zmarsz­czek bie­gną­cych w kie­run­ku skro­ni. Uda­jesz, że nie do­strze­gasz mo­je­go brzu­cha. Jest obcy.

– We­szłam na dra­bin­kę, na samą górę, to było w piw­ni­cy, noga mi się ze­śli­znę­ła. Coś trza­snę­ło i te­raz boli – mó­wisz bez­barw­nym gło­sem, jak­byś re­fe­ro­wa­ła zu­peł­nie nie­waż­ny fakt.

– Mu­si­my pójść do le­ka­rza.

Bio­rę cię pod ra­mię, a ty po­słusz­nie wsta­jesz z ław­ki. Je­steś ode mnie niż­sza pra­wie o gło­wę. Idzie­my do tak­sów­ki. Po­da­ję ad­res lecz­ni­cy Izis w po­bli­żu pla­cu Kon­sty­tu­cji.

Le­karz każe ro­ze­brać ci się do naga. Sie­dzę na ko­zet­ce ob­cią­gnię­tej ce­ra­tą, a ty sto­isz po­środ­ku ga­bi­ne­tu po­mię­dzy ko­zet­ką a biur­kiem, na któ­rym przy­siadł chi­rurg. Trzy­ma w rę­kach mały mło­te­czek i bawi się nim, prze­kła­da­jąc z dło­ni do dło­ni.

Sto­isz naga. Sto­isz zgar­bio­na, z ob­wi­sły­mi pier­sia­mi i brzu­chem sta­rej ko­bie­ty. Twój brzuch jest nie­współ­mier­nie duży i wy­pu­kły, po­kry­ty po­marsz­czo­ną, żół­ta­wą skó­rą.

Le­karz prze­sta­je się ba­wić lśnią­cym mło­tecz­kiem i mówi:

– Pro­szę złą­czyć nogi i sta­nąć na pal­cach.

– A te­raz pro­szę po­chy­lić gło­wę. Tak: na wy­pro­sto­wa­nej szyi.

– A te­raz pro­szę koń­ca­mi pal­ców u rąk do­tknąć pod­ło­gi.

Po­słusz­nie wy­ko­nu­jesz wszyst­ko, o co cię pro­si.

Pa­trzę, jak naga ro­bisz sze­reg dziw­nych ru­chów. W pew­nej chwi­li ban­daż na łyd­ce roz­wią­zu­je się i bły­ska­wicz­nie opa­da na zie­mię. Two­ja noga od ko­la­na w dół ma ostry czer­wo­ny ko­lor. Cała po­kry­ta jest ma­ły­mi, wil­got­ny­mi ran­ka­mi.

Tra­cę po­czu­cie rze­czy­wi­sto­ści, przez chwi­lę nic nie sły­szę. Usta le­ka­rza po­ru­sza­ją się, ale głos do mnie nie do­cie­ra. Wi­dzę cie­bie, wy­glą­dasz, jak­byś tań­czy­ła. Wi­dzę cię z ob­na­żo­ną nogą. Wi­dzę, jak przy­dep­tu­jesz ban­daż.

– Może się pani ubrać – mówi wresz­cie chi­rurg. A po­tem zwra­ca się do mnie. – Ura­zu krę­go­słu­pa nie stwier­dzam. Są­dzę, że rent­gen bę­dzie zbęd­ny. Po kil­ku dniach ból po­wi­nien ustą­pić.

I na­gle wszyst­ko ro­zu­miem. Po to była ta cała sce­na, po to tyl­ko zde­cy­do­wa­łaś się ob­na­żyć. Za­wio­dły sło­wa, po­sta­no­wi­łaś więc użyć swo­je­go cia­ła.

Le­karz bawi się mło­tecz­kiem. W jego wzro­ku wy­czy­ta­łam, że on też wie. Jest mi wstyd, chcę jak naj­prę­dzej stąd wyjść.

Ubie­rasz się, masz twarz dziew­czyn­ki, któ­ra była nie­grzecz­na, ale wca­le tego nie ża­łu­je. Uni­kasz mo­je­go wzro­ku. Wy­cho­dzi­my z lecz­ni­cy. Jest już pra­wie ciem­no, kro­pi deszcz i świa­tła kan­de­la­brów od­bi­ja­ją się w mo­krej jezd­ni.

– Mu­szę wra­cać do Su­le­jów­ka.

Sto­imy na chod­ni­ku na­prze­ciw sie­bie.

– Ja­kie masz pla­ny?

– Krę­go­słup mnie boli – mó­wisz ci­cho, tak ci­cho, że le­d­wie mogę cię sły­szeć.

– Mamo!

– Boli mnie – po­wta­rzasz.

– Ja mu­szę wra­cać do Su­le­jów­ka, co mam z tobą zro­bić, prze­cież mu­sisz gdzieś prze­no­co­wać, może w ho­te­lu. A może po­je­dziesz do domu? O dwu­dzie­stej trze­ciej z mi­nu­ta­mi masz po­ciąg.

– Nie po­ja­dę.

– Mamo!

– Chcę z tobą do Su­le­jów­ka.

Ostre świa­tło ża­rów­ki pod su­fi­tem; ża­rów­ki ob­na­żo­nej. Stół pro­sto­kąt­ny na skrzy­żo­wa­nych no­gach, a na nim sfał­do­wa­ne prze­ście­ra­dło, okry­wa­ją­ce coś, co tam leży.

To coś pod prze­ście­ra­dłem to ty. Jaka po­ka­żesz mi się mar­twa? Co ze­chcesz ze mną zro­bić po raz ostat­ni, czy ze­chcesz mnie po­gnę­bić, czy wy­ra­to­wać?

Wio­złam cię do Su­le­jów­ka, a ty za­cho­wy­wa­łaś się tak­tow­nie i z dy­stan­sem. Czu­łaś, że nie znio­sła­bym w tam­tej chwi­li, w tam­tej na­szej jeź­dzie elek­trycz­nym po­cią­giem, żad­ne­go two­je­go ge­stu ani sło­wa. Mil­cza­ły­śmy. Ja pa­trzy­łam w okno, a ty spu­ści­łaś gło­wę, wpa­tru­jąc się w swo­je, uło­żo­ne jed­na obok dru­giej na ko­la­nach, ręce. Ale już na pe­ro­nie od­na­la­zły­śmy się w ciem­no­ści. Wsu­nę­łaś rękę pod moje ra­mię, a ja przy­ci­snę­łam ją do sie­bie.

– Ciem­ni­ca choć oko wy­kol – po­wie­dzia­łaś daw­nym nor­mal­nym gło­sem.

– Chu­li­ga­ni roz­bi­ja­ją ża­rów­ki – od­po­wie­dzia­łam ci też zwy­czaj­nie.

Mur ru­nął, roz­padł się w jed­nej chwi­li. Wy­sia­dły­śmy z po­cią­gu i na­tych­miast sta­ło się tak, jak­by nig­dy nic mię­dzy nami nie za­szło. Jak­by nie było ob­ru­sa i ze­psu­te­go we­se­la, jak­by nie było sce­ny wy­pę­dza­nia cię z domu te­ściów, jak­by mój mąż nie po­wie­dział: „sta­ra pi­jacz­ka” i jak­byś ty nie na­plu­ła mu w twarz. Szły­śmy obok sie­bie zgod­nym kro­kiem, trzy­ma­jąc się pod rękę. I tak do­tar­ły­śmy pod drew­nia­ną wil­lę Wan­da, któ­rą mój teść ku­pił za sprze­da­ny ka­wa­łek grun­tu.

– Uwa­żaj na sto­pień, mamo – po­wie­dzia­łam – za­wsze się tu­taj po­ty­kam.

Po­szu­ka­łam klu­czy w to­reb­ce i otwo­rzy­łam drzwi do ko­ry­ta­rza. Pierw­szą oso­bą, któ­rą na­po­tka­ły­śmy, był mój teść. Na twój wi­dok szyb­ko cof­nął się do po­ko­ju, cho­ciaż miał za­miar wyjść, bo był już w pal­cie. Po­szłam pierw­sza scho­da­mi na górę. Otwo­rzy­łam drzwi.

Mój mąż chciał coś po­wie­dzieć, ale zo­ba­czyw­szy cie­bie, za­milkł. Uszy sil­nie mu po­czer­wie­nia­ły.

– Mama przy­je­cha­ła mnie od­wie­dzić – po­wie­dzia­łam szyb­ko – była u sio­stry w Kie­lec­kiem, ju­tro wra­ca do domu. Czy mógł­byś tę noc prze­spać na dole, u ro­dzi­ców?

Chwi­lę wa­hał się, a po­tem bez sło­wa wy­mi­nął mnie i cie­bie i wy­szedł z po­ko­ju.

Nie wy­je­cha­łaś jed­nak na­stęp­ne­go dnia. Miesz­ka­ły­śmy we dwie na gó­rze, a Pa­weł sy­piał na dole. Po ja­kimś cza­sie sto­sun­ki na tyle się uło­ży­ły, że te­ścio­wie od­po­wia­da­li na two­je dzień do­bry, a mój mąż któ­re­goś dnia pierw­szy cię o coś za­gad­nął. Skwa­pli­wie mu od­po­wie­dzia­łaś, a na­stęp­ne­go ran­ka wsta­łaś, aby przy­go­to­wać mu śnia­da­nie. Nie mo­głaś wie­dzieć, że co­dzien­nie wy­py­tu­je, „kie­dy sza­now­na ma­muń­cia so­bie po­je­dzie”. Nie mia­łaś za­mia­ru od­jeż­dżać; gdy tyl­ko po­czu­łaś się pew­niej­sza, za­czę­łaś drą­żyć, szu­kać ja­kiejś szcze­li­ny w tej za­gra­ża­ją­cej two­jej wy­łącz­no­ści bu­dow­li.

– Ten twój Pa­weł wca­le nie czy­ta – mó­wi­łaś niby to mi­mo­cho­dem, ot, ta­kie tam nie­waż­ne spo­strze­że­nie. Do­brze wie­dzia­łaś, co ro­bisz, by­łaś świet­nym ob­ser­wa­to­rem. Za­uwa­ży­łaś, że od­cię­ta od świa­ta w drew­nia­nej wil­li Wan­da du­szę się od tych sta­łych roz­mów: kto gdzie ile za­ro­bił, kto za­osz­czę­dził i ku­pił so­bie jacht, a kto wy­je­chał na wy­ciecz­kę z Or­bi­sem.

Przez te kil­ka ty­go­dni wy­wal­czy­łaś dla sie­bie roz­mo­wy ze mną o spra­wach, któ­re mnie in­te­re­so­wa­ły. Przy­no­si­łaś pi­sma i ty­go­dni­ki li­te­rac­kie, przy­no­si­łaś nowe książ­ki. Cza­sa­mi za­po­mi­na­łam, dla­cze­go te­raz wła­śnie je­steś taka; za­po­mi­na­łam, że ro­bisz to wszyst­ko po to tyl­ko, aby prze­cią­gnąć mnie na swo­ją stro­nę. Cie­szy­łam się, że mamy ze sobą tyle wspól­ne­go. Mó­wi­łaś ci­chym, mi­łym gło­sem, wy­raź­nie wy­ma­wia­jąc „ł”, tak tro­chę z wi­leń­ska. Pe­wien pro­fe­sor ję­zy­ko­znaw­ca z Kra­ko­wa, któ­ry tra­fił do le­śni­czów­ki w two­im do­brym okre­sie, na czas two­je­go wi­leń­skie­go „ł”, po­wie­dział z za­chwy­tem: „Ja­kąż pięk­ną pol­sz­czy­zną pani mówi”.

Któ­re­goś dnia przy­nio­słaś na górę książ­kę Sty­ro­na Po­grą­żyć się w mro­ku.

– Mu­sisz to ko­niecz­nie prze­czy­tać – po­wie­dzia­łaś – to bar­dzo pięk­na książ­ka.

Prze­czy­ta­łam, prze­czy­tał też Pa­weł.

– Peł­ne dno, po co pi­sać coś ta­kie­go – po­wie­dział.

– To książ­ka o sa­mot­no­ści – od­rze­kłaś.

– A ja my­śla­łem, że o pi­jań­stwie.

Ze­rwa­łaś się na­gle i sta­nę­łaś przed nim.

– Ty pę­ta­ku, ty gnoj­ku, co ty wiesz o ży­ciu. Ja­kim pra­wem wy­ty­kasz mi pi­jań­stwo. Na­uczy­łam się pić w oku­pa­cję, co­dzien­nie rano wy­pi­ja­łam szklan­kę bim­bru i ona po­zwa­la­ła mi prze­żyć dzień do wie­czo­ra, by­łam w AK, wal­czy­łam, gdy ty... – Za­bra­kło ci słów, Pa­weł to wy­ko­rzy­stał.

– Jak się chce zna­leźć wy­mów­kę, to się za­wsze znaj­dzie. Po woj­nie pa­nien­ki wma­wia­ły na­rze­czo­nym, że stra­ci­ły cno­tę z żoł­nie­rzem AK, któ­ry po­tem po­legł...

Ude­rzy­łaś Paw­ła, a on zła­pał cię za ra­mio­na i wy­sta­wił na ko­ry­tarz. Chcia­łaś z po­wro­tem we­drzeć się do po­ko­ju. Pa­weł trzy­mał drzwi.