Wydawca: Burda Książki Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 154 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po prostu zabijałem - Artur Górski

Ta spowiedź seryjnego mordercy nie jest listą jego ofiar. Nie jest też podręcznikiem zabijania – bohater tej wstrząsającej książki niechętnie wchodzi w szczegóły swoich zbrodni. Zresztą ktoś, kto pozbawił życia kilkadziesiąt osób nie jest w stanie odtworzyć, jak likwidował kolejne cele. Zabijał – jak twierdzi – by przetrwać, a nie po to, by czerpać chorą satysfakcję z zadawania cierpienia i zabijania. Niczym w grze komputerowej, eliminował przeszkodę i przechodził na następny poziom gry. Książka Artura Górskiego – autora bestsellerowej serii Masa o polskiej mafii – pokazuje, jak łatwo wkroczyć na drogę zbrodni i przyzwyczaić się do tego, co teoretycznie niewyobrażalne dla większości z nas: do zabijania.

Opinie o ebooku Po prostu zabijałem - Artur Górski

Fragment ebooka Po prostu zabijałem - Artur Górski

Copyright for this edition © 2016 by Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

Copyright for the text © Artur Górski

Burda Publishing Polska Sp. z o.o.

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy:

tel. (48) 22 360 38 38

fax (48) 22 360 38 49

Sprzedaż wysyłkowa:

Dział Obsługi Klienta, tel. (48) 22 360 37 77

Redakcja: Melanż

Korekty: Zofia Kozik; Redaktornia.com

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Skład i łamanie: Maria Kowalewska

Redaktor prowadząca: Agnieszka Radzikowska

Redaktor techniczny: Mariusz Teler

Zdjęcia: Chris Niedenthal/Forum; Roman Kotowicz/Forum; Piotr Cieśla/Forum; Zbyszko Siemaszko/Forum; Jacek Barcz/Forum; Krzysztof Pawela/Forum; Rafał Klimkiewicz/Forum; Andrzej Marczak/Forum; Janusz Fila/Forum; Bildagentur Huber/s.Damm/Forum; euroluftbild.de/vario images/Forum; Michał Sadkowski/Forum; Wojciech Wójcik/Forum; Michał Walczak/Forum; Tomasz Jodłowski/Forum; Krzysztof Wojciewski/Forum; Witold Kuliński/Forum; Adam Hayder/Forum; Piotr Borowicz/ Forum

ISBN: 978-83-8053-164-2

Uprzejmie informujemy, iż zdjęcia zamieszczone w książce mają jedynie charakter ilustracyjny. Postacie i budynki znajdujące się na fotografiach nie mają żadnego związku z akcją książki.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.burdaksiazki.pl

Skład wersji elektronicznej:

OD AUTORA

Powiedzmy, że nazywa się X. Albo Y – w tej historii jego prawdziwa tożsamość nie ma większego znaczenia. Ostatecznie ta książka nie jest pomnikiem dla wybitnego człowieka, którego nazwiska nie powinno się przekręcać, ale raczej studium pewnego przypadku – historią młodego chłopaka, który przez nieszczęśliwy splot okoliczności zostaje zabójcą. A potem seryjnym mordercą mającym na koncie kilkadziesiąt ludzkich istnień. Przynajmniej według jego wersji.

Kiedy zadzwonił do mnie z zakładu karnego i przedstawił w skrócie swój życiorys, początkowo sądziłem, że ktoś mnie wrabia. Redagowałem magazyn „Focus Śledczy”, zajmowałem się ciemną stroną życia na co dzień, ale o czymś takim nigdy nie słyszałem. Nie w takiej skali!

Potem przysłał długi list – na pierwszy rzut oka zwracał uwagę charakter pisma: kaligraficzny, ozdobny, doprecyzowany, niemal artystyczny (ponoć seryjni mordercy przykładają wielką wagę do urody pisma). Treść była znacznie bardziej porażająca od tego, czego dowiedziałem się przez telefon – skazany ze szczegółami opisał swoje zabójstwa i zapewnił, że jeśli się spotkamy historia okaże się jeszcze ciekawsza.

Długo zastanawiałem się, czy powinienem odwiedzać go w zakładzie karnym, a jeśli nawet tam pojadę, to czy powinienem podać rękę komuś, przy kim blednie nawet Hannibal Lecter.

Ale, oczywiście, uścisnęliśmy sobie prawice – okazał się człowiekiem sympatycznym (mam świadomość, że nie najlepiej to brzmi) i bardzo spokojnym.

Rozmawialiśmy sami w więziennej kantynie, bez jakiejkolwiek asysty strażników. Nasze spotkanie trwało bardzo długo i chyba mogę powiedzieć, że w jakimś sensie się polubiliśmy.

Po kilku miesiącach znajomości zacząłem pracować nad książką, ale wielokrotnie zmieniałem jej koncepcję.

To nie jest typowa literatura faktu, bo pracując nad tą trudną do pełnego zweryfikowania materią, postanowiłem pomieszać gatunki i połączyć dziennikarstwo śledcze z literaturą. A skoro oddaję do rąk Czytelników propozycję w jakiejś mierze literacką (przy czym fikcja jest tu w zdecydowanej mniejszości), to mogę zmieniać i nazwiska bohaterów, i realia geograficzne, w których funkcjonowali.

Nawiasem mówiąc, także w pozycjach z kategorii literatura faktu czasem ukrywa się tożsamość opisywanych osób. Niekiedy stosuję taki zabieg, pisząc książki z serii Masa o polskiej mafii – wielu byłych gangsterów prosi mnie o niepodawanie ich prawdziwych nazwisk i tylko pod takim warunkiem relacjonują swoją przeszłość, której istotę oddaję ze stuprocentową wiernością.

Ale książka Po prostu zabijałem nie jest dokładnym zapisem wspomnień seryjnego mordercy. To, co opowiedział, stało się kanwą (czyli znacznie więcej niż inspiracją) dla tej publikacji, ale w niektórych miejscach pozwoliłem sobie na własną interpretację zdarzeń.

Słynny reportaż literacki Trumana Capote’a Z zimną krwią, będący pozornie dokładnym opisem pewnego brutalnego morderstwa, z pewnością zawiera także wiele pisarskich wyobrażeń. Trudno, aby działo się inaczej – dziennikarz czy pisarz z reguły nie byli na miejscu opisywanej przez siebie zbrodni i musieli ją sobie jakoś zwizualizować.

Wiele przestępstw, do których w rozmowach ze mną przyznał się mój bohater, trudno zweryfikować; niełatwo nawet znaleźć jakikolwiek ich ślad, tym bardziej że część z nich zostało popełnionych daleko od naszego kraju.

Zabójca ten odsiaduje wyrok za kilka „głów”, ale sam twierdzi, że było ich znacznie więcej i zależy mu na otwarciu śledztw w tych sprawach. Jak mówi – skoro i tak już nie wyjdzie na wolność, to niech ma poczucie, że… zrobił coś, co zasługuje na najsurowszy wyrok. Jeśli ma zostać napiętnowany jako morderca, to niech przynajmniej będzie traktowany jak mistrz tej ponurej profesji. Megalomania? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie – nigdy nie byłem w jego sytuacji i wierzę, że nie będę.

Z tego, co wiem, śledczy pracują nad jego przeszłością i być może za jakiś czas dowiemy się o kolejnym procesie z nim w roli głównej.

Jedno jest pewne – nawet jeśli mój bohater dodaje to i owo do swojego „apelu poległych”, nie ma wątpliwości, że był bardzo groźnym zabójcą. Zabijał z taką łatwością, z jaką eliminuje się cele w grze komputerowej (to jego ulubione porównanie).

Ale najważniejsze jest to, że wcale nie musiał stać się tym, kim się stał. Jeśli w końcu zamienił się w potwora, to również za sprawą okoliczności, które go przerosły. Za sprawą ludzi, których w jego życiu zabrakło.

Nie usprawiedliwiam go – pokazuję jedynie, jak łatwo dojść do miejsca, z którego nie ma dobrego wyjścia. I właśnie to jest naprawdę przerażające.

Artur Górski

ROZDZIAŁ 1Kojarzysz zapach pociągu?

Kojarzysz zapach pociągu? Jakiego? Osobowego, jadącego kilkanaście godzin z jednego krańca Polski na drugi, powiedzmy, z Ustrzyk do Świnoujścia. Albo z Giżycka do Wrocławia. Wszystko jedno – ważne, żeby trasa była długa. Bo wtedy przedział wagonu nasiąka wszystkimi zapachami.

Znasz? Ja spędziłem w nim całe swoje życie… Innego, tak naprawdę, nie pamiętam. Codziennie wchodziłem do wagonu, spędzałem w nim wiele godzin, wysiadałem, robiłem swoje i znowu na dworzec. Potem ten skrzekliwy głos w megafonie: „Uwaga, uwaga, pociąg z iks do igrek wjedzie na tor pierwszy przy peronie pierwszym”, światła lokomotywy, pisk hamującego składu, i dalej w trasę. I znów ten kwaśno-gorzki zapach; niektórzy mówią, że to smród. Ale ja tak nie uważam – w domu nie ma smrodu, a pociąg był moim domem.

Gdy tylko poczułem ten zapach, od razu zaczynały mi się kleić oczy – byłem u siebie, bezpieczny, w swoim naturalnym środowisku. Jeśli tylko znajdowałem wolne miejsce, siadałem i zasypiałem. A jak nie było, szedłem do kibla i tam kimałem. Na stojąco też potrafiłem odpłynąć – żyłem bardzo intensywnie, więc zmęczenie nigdy mnie nie opuszczało. Chęć życia też nie – ona była jeszcze silniejsza od snu. Jeśli zapytasz, po co ciągle jeździłem tym pieprzonym pociągiem, odpowiem ci: po życie. Gdybym przestał jeździć, przestałbym żyć. Tak to wtedy czułem…

Jak mówię, szybko zasypiałem, ale gdy tylko docierał do mnie jakiś niepokojący dźwięk, natychmiast się budziłem. Na przykład czyjś podniesiony głos… To mógł być milicjant, więc budziłem się i od razu szykowałem do ucieczki. Gdyby próbował mnie zatrzymać, miałby duże kłopoty – jedynie kule okazywały się szybsze ode mnie. A przecież milicjant nie będzie strzelał do człowieka w wagonie pełnym ludzi.

Czasami budziłem się, bo czułem przez sen, że ktoś na mnie patrzy. Nie śmiej się, ja mam taki dar, dzięki któremu wiem, co się dzieje na jawie… I jestem w stanie zareagować na czas.

Zdarzało się, że jakiś facet gapił się na mnie przez godzinę, a gdy otwierałem oczy, on nawet nie odwracał głowy. Uśmiechał się i mówił:

– Nareszcie się obudziłeś.

A ja na to:

– A czemu to pana interesuje?

– No, bo pomyślałem sobie, że jak taki młody, to pewnie ma mocny sen i przegapił swoją stację.

– Nic nie przegapiłem, ja śpię czujnie.

– Tylko starzy ludzie śpią czujnie. Młody, jak padnie, to jak kłoda.

– A pan to niby skąd wie? Pan też przecież niestary…

– Ale na pewno trochę starszy. I bardziej doświadczony. Ja mam na imię Piotr. A ty?

– Zbyszek. 

– Miło mi, Zbyszku. Widzę, że najwyraźniej niepotrzebnie się o ciebie martwiłem. Rozumiem, że nie przespałeś swojej stacji.

– Nie, ja wysiadam dopiero w Radomiu…

– Świetnie się składa, bo ja też z Radomia. Za jakieś dziesięć minut będziemy na miejscu. 

A ja nic na to, bo powoli zaczynam się orientować, co jest grane. Czasem się mylę, ale przeważnie trafiam bez pudła. Wzrok rozmówcy prawie nigdy mnie nie zwodzi. Nie sądzę, żeby facet miał na imię Piotr, jednak jakie to ma znaczenie? Ja też nie jestem Zbyszek. To znaczy czasem jestem, ale na chrzcie dostałem zupełnie inne imię. W pociągu występuję pod różnymi tożsamościami.

– Gdzie mieszkasz, może jesteśmy sąsiadami?

– Na Zielonej, prawie za miastem.

– Aha, gdzieś pod lasem. Lato leśnych ludzi… Jeśli nie masz nic przeciwko, mogę się z tobą przespacerować. Ja też jestem z tamtej okolicy, więc to po drodze, a miło się z tobą rozmawia.

– Mnie z panem też…

Potem wysiadamy i idziemy przez miasto. Gdy domy zaczynają się przerzedzać, a niebo kryje się w mroku, Piotr – czy jak on tam ma na imię – zaczyna się do mnie przytulać. Gładzi mnie po plecach, zjeżdża dłonią do pośladków, lekko je uciska, potem kładzie rękę na moim ramieniu. Cały czas pieprzy jakieś farmazony, coś o męskiej przyjaźni, o samotności, o próżności kobiet, o tym, że człowiek nie rozumie człowieka. W końcu całuje mnie w policzek. Ja się nie opieram – dobrze wiedziałem, że akcja będzie się rozwijała w tym kierunku. On też słusznie wyczuł, że jestem facetem gotowym podjąć rzucone wyzwanie, tylko jeszcze nie wie, na czym będzie polegała moja reakcja. Jest niesamowicie napalony, z każdą chwilą coraz bardziej. Im łaskawiej pozwalam mu się macać, tym dziwniej bełkocze – jest już w kosmosie i dywaguje na temat samotności kosmonautów. Trafił mi się wyjątkowy przychlast.

Dlatego zaproponowałem spacer w kierunku lasu. Przez lata podróżowania pociągiem dobrze poznałem kraj – orientuję się, gdzie są lasy, gdzie są rzeki, jeziora i odludne miejsca. Wiem, dokąd prowadzić pedałów. Gdyby zaczepił mnie pod Poznaniem czy Olsztynem, znałbym odpowiednie miejscówki. 

Gdy zbliżyliśmy się na odległość stu metrów od pierwszych drzew Lasu Janiszewskiego, zapytał:

– Ile?

A ja na to:

– Ile? A za co?

– Żartujesz? Za darmo przecież tego nie robisz… Zrób buzią, ja też trochę cię popieszczę i pójdziesz do domu.

Skinąłem głową, że niby w porządku. Weszliśmy do lasu. Stanął przy jakiejś brzozie i zaczął rozpinać spodnie. Widać było, że bardzo mu się spieszy i każda chwila zwłoki boli go jak atak wyrostka robaczkowego. Wyciągnął z kieszeni płaszcza portfel i pomachał nim przed oczami. Powiedział:

– Ja już jestem gotowy. Nie zawiedź mnie, nie pożałujesz.

A ja na to:

– Ty kurwo męska pieprzona. Ty myślisz, że ci obciągnę druta, bo takie masz życzenie? Twoją forsę i tak wezmę, a ty już żywy stąd nie wyjdziesz.

Błyskawicznym ruchem wyciągnąłem z kieszeni spodni sprężynowy nóż i zatopiłem go w piersi Piotra – spojrzał na mnie przerażonym wzrokiem, coś wycharczał i zaczął się osuwać po pniu brzozy na ziemię. Krew płynęła po jego nabrzmiałym przyrodzeniu.

Zaraz potem skonał. To trwało bardzo krótko – nie chciałem tego przeciągać. Nie byłem żadnym seryjnym mordercą, który czerpie radość z widoku konającej ofiary. Nie fundowałem mu umoralniających kazań, nie znęcałem się nad nim ponad miarę. Po prostu go zabiłem – szybko, niemal bezboleśnie.

Tak jak wielu przed nim i wielu po nim.

Zabiłem kilkadziesiąt osób, a jednak nie uważam się ani za psychopatę, ani za potwora. Zabijałem, żeby żyć. A inaczej żyć nie umiałem. Bo nikt mnie nie nauczył. Ale o tym za chwilę.

Piotra akurat zakopałem i o ile wiem, nigdy go nie odnaleziono. Być może nawet nikt nie zgłosił jego zaginięcia. Ale wielu pozostawiłem na łące, zupełnie nie troszcząc się o to, co się stanie z ich ciałami. Dopóki to nie były moje zwłoki, to nie był mój problem.

Gdybyś wiedział, o ilu zabitych nikt nigdy się nie upomniał…

Samotność to straszna rzecz. Samotność i brak miłości.

ROZDZIAŁ 2Śmiać mi się chce

Śmiać mi się chcę, jak czasami słyszę, że za Gier-ka Śląsk to była kraina mlekiem i miodem płynąca. Może i gdzieś ten pieprzony miód płynął, ale na pewno nie było go w Pyskowicach. A już na pewno nie w okolicy naszego domu. Mieszkaliśmy w poniemieckich parterowych domach z czerwonej cegły, które już przed wojną były siedliskiem syfu i beznadziei. Wiem, że w 1945 roku, jak już Niemcy dali nogę, Ruscy podpalili ten dom, ale widać, że nawet ogień nie chciał w nim mieszkać, bo budynek jakoś przetrwał. Tyle że odrobinę osmalony tamtym dymem. Ale ludzi tam kwaterowali, bo niby gdzie mieli ich upychać?

Ten dom stoi przy Powstańców Śląskich, niedaleko hotelu Germania – znaczy, kiedyś tam był hotel, za Niemca, szynk też był, a teraz, zdaje się, wiatr hula po piętrach. Stara rudera, nic więcej. Ale nie jestem pewien – dawno już tam nie byłem i pewnie nie będę.

Czasami zachodziliśmy tam z chłopakami, żeby zapalić klubowego albo napić się taniego winka. Jak to nieletni – żeby dorośli nie widzieli. Innego niż tanie krajowe to wtedy nie było. Ale smakowało jak oranżada; było słodkie i chyba lekko musowało. A może nie musowało? Może mylę z czymś innym. Skąd braliśmy winko i fajki? Dawało się kilka złotych jakiemuś dorosłemu i on nam kupował…

O Pyskowicach nie ma co opowiadać – niezbyt ciekawy epizod. No, ale tam wszystko się zaczęło.

Mieszkaliśmy w czwórkę: ja, matka Barbara, ojczym Izydor i ich dziecko – moja przyrodnia siostra Bożenka. Ona to pewnie mnie w ogóle nie pamięta. Bo jak się wystawiłem, znaczy – uciekłem z domu, to ona miała siedem lat. ja czternaście. A nawet jak mieszkaliśmy pod jednym dachem, to jakoś specjalnie się nie przyjaźniliśmy. Wiedziałem, że ona jest oczkiem w głowie mojego ojczyma. Moja matka też poświęcała jej o wiele więcej uwagi niż mnie – może chciała w ten sposób przypodobać się drugiemu mężowi? Ja byłem, bo być musiałem – niechciane wiano trochę przechodzonej panny młodej… Chuj, nie rozczulam się nad sobą – tłumaczę jedynie, dlaczego Bożenka pewnie w ogóle o mnie nie pamięta. Jakby pamiętała, toby raz na rok przyjechała tutaj, do zakładu karnego, albo przynajmniej przysłała jakiś pieprzony list. A ona milczy. Podobno nie ma jej w Polsce – chajtnęła się z jakimś Niemcem i mieszka z nim gdzieś w Reichu. Pod francuską granicą, daleko stąd. Ma dzieciaka, dziewczynkę. Tyle o niej.

Matka bała się ojczyma, bez dwóch zdań. On był bardzo dumny ze swojego imienia, a ja się pytam: kto daje dziecku takie imię? I na cholerę? Kiedy się przedstawiał, celebrował to tak, jakby naprawdę miał się czym pochwalić. Jestem Izydor Iksiński, kurwa, najpiękniejszy mężczyzna w Pyskowicach i okolicach. Nie ma takiej, co się za mną nie obejrzy, a jak już się obejrzy, to się zamienia w słup soli. Albo w hałdę węgla…

Jak sobie o nim przypominam, to robi mi się niedobrze. Generalnie miałem takie życie, że się uodporniłem na wszystko – nic mnie nie rusza, nic nie wkurwia, nigdy nie płaczę. Ale jak słyszę imię Izydor – i wcale nie musi chodzić o tego chuja – to czuję, że krew się zaczyna we mnie gotować i jestem w stanie zrobić coś nieobliczalnego. Bo ja dużo złych rzeczy zrobiłem, ale wszystkie świadomie i czasami nawet z przyjemnością. A wspomnienie ojczyma powoduje, że przestaję być jak lód. I za to też go nienawidzę.

Kiedy urodziła się Bożenka, czyli jego własne dziecko – i na szczęście ostatnie, bo po co rozrzucać po świecie tak kiepskie geny? – to ja od razu poszedłem w kąt. To, że Izydor zlewał mnie jeszcze bardziej niż dotychczas, nie dziwiło mnie wcale. Ostatecznie nigdy nie miałem wątpliwości, że traktował mnie jak zło konieczne, jako wypadek przy pracy swojej małżonki. Skumałem to już jako mały chłopak, zresztą ojczym nie robił mi w tym względzie żadnych iluzji – napierdalał mnie pasem i czasem, choć niby w żartach, nazywał znajdą. Matka nigdy nie stawała w mojej obronie, bo chroniąc mnie, ryzykowałaby coś bardzo wielkiego – utratę miłości pięknego Izydora. A tak nie traciła nic, bo chyba nie przychodziło jej do biednej łepetyny, że coś takiego jak miłość ze strony syna też nie jest dana raz na zawsze. Zresztą ja nie byłem od tego, żeby ją kochać, tylko żeby dać jej spokój.

A jak już na świecie pojawiła się Bożenka, to tylko ona się dla obojga liczyła, a ja byłem trochę jak mebel, który do niczego nie służy i już nie pasuje do nowego wystroju mieszkania…

Myślisz, że jestem niesprawiedliwy? Myślisz, że matka w gruncie rzeczy mnie kochała, tylko nie umiała tego okazać? Albo umiała, ale brakowało jej czasu?

Nie rozśmieszaj mnie – olała mnie, bo tak jej było wygodniej. I powiem ci: gdyby nie to, pewnie dziś nie odwiedzałbyś mnie w puszce. Byłbym kimś zupełnie innym, może nawet jakąś szychą w Pyskowicach! Albo i jeszcze lepiej! Nie miałbym wyroku za te głowy, które posłałem do piachu, i uczyłbym swoje dzieci, jak żyć.

Nie, nie mam dzieci…

Jeśli cośkolwiek zawdzięczam Izydorowi, to pomysł, żebym się zgłosił na lektora w kościele. No, tego, co podczas mszy czyta Słowo Boże – lekcje z Pisma Świętego, listy świętego Pawła i takie tam…

Lektorem nie zostaje się ot tak, z marszu, a przynajmniej nie u nas w kościele. Proboszcz powiedział, że ma wielu chętnych i że oni są bardziej, jak to ujął, predestynowani do tej roli. Bo ja to jestem łobuz i na pewno nie modlę się co wieczór, a jak się modlę, to po łebkach i nie odczuwam żadnej łączności z Bogiem. A kto, kurwa, odczuwa? No, może papież albo jakiś prawdziwy święty, ale nie nastoletni chłopak, który wolałby pograć w piłkę, zamiast chodzić na mszę.

No, ale w końcu zostałem zaakceptowany i nie wykluczam, że dzięki naciskom ze strony ojczyma.

Kiedy ksiądz mi powiedział, że mam go wspierać w dziele apostolstwa, zatkało mnie. Co takiego? Mam być pomagierem apostoła? – pomyślałem, ale pokiwałem głową i wyraziłem pełną gotowość do współpracy.

Powiem ci, że całkiem mi się ta robota spodobała. To znaczy czytanie Pisma Świętego, a nie wspieranie dzieła apostolskiego, bo tu akurat nie wiedziałem, o co biega.

Fajnie, jak tak sobie czytasz, a ludzie gapią się na ciebie z powagą, zupełnie jakby gapili się na ołtarz. Bo poza kościołem byłem zwykłym wypierdkiem, którego każdy może wytargać za ucho czy zjebać jak burą sukę, ale w czasie mszy byłem równy księdzu. Czyli prawie równy Bogu.

I ta świadomość bardzo mnie podkręcała. Nieraz przychodziło mi do głowy, że fajnie byłoby zostać Bogiem…

Patrzyli na mnie jak na święty obrazek. Pamiętam, że jak już nauczyłem się zabijać z zimną krwią, moje ofiary też patrzyły na mnie tak jak wierni w kościele. Z tą różnicą, że widziały diabła…

A jaka to niby różnica?

ROZDZIAŁ 3Najgorsza była szkoła

N