Po godzinach - Barbara Mikulska - ebook

Po godzinach ebook

Barbara Mikulska

1,0

Opis

Kim jestem? Znasz mnie, lecz również nic o mnie nie wiesz. Dziś jestem z tobą, jutro z nim, pojutrze z nią. Patrzę wtedy na świat twoimi, jego, jej oczami. Nie widzisz mnie, nie odczuwasz mej obecności. Czas, który z tobą spędzam, to zazwyczaj jeden twój dzień, choć zdarzają się sytuacje, że na tyle mnie zaintrygujesz, że do ciebie wracam. Opowiem ci kilka moich spotkań.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 54

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
1,0 (1 ocena)
0
0
0
0
1



Barbara Mikulska

Po godzinach

opowiadania

© Barbara Mikulska, 2021

Kim jestem?

Znasz mnie, lecz również nic o mnie nie wiesz.

Dziś jestem z tobą, jutro z nim, pojutrze z nią. Patrzę wtedy na świat twoimi, jego, jej oczami. Nie widzisz mnie, nie odczuwasz mej obecności.

Czas, który z tobą spędzam, to zazwyczaj jeden twój dzień, choć zdarzają się sytuacje, że na tyle mnie zaintrygujesz, że do ciebie wracam.

Opowiem ci kilka moich spotkań.

ISBN 978-83-8155-214-1

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

Ja

Kim jestem?

Znasz mnie lecz również nic o mnie nie wiesz.

Towarzyszę człowiekowi od pierwszego przebłysku świadomości. Dziś jestem z tobą jutro z nim, pojutrze z nią. Patrzę wtedy na świat twoimi, jego, jej oczami. Sobą jestem wtedy, gdy twoja świadomość odpoczywa, gdy śpisz, gdy jesteś nieprzytomny, gdy umierasz. Nie widzisz mnie, nie odczuwasz mej obecności, choć czasem muszę przyznać, zdarza się, że zauważasz przejawy mego towarzystwa.

Czy wiesz czym jest deja vu? To też moja sprawka. Widocznie miejsce czy też okoliczności są zbliżone do tych, które widział lub przeżył już ktoś kto był wcześniej moim towarzyszem. Czyli jak widzisz czasem mogę przenosić pamięć innych człowieczych bytów, choć staram się tego nie robić. Przepraszam za swą niedoskonałość, bo wiem, że możesz czuć pewien dyskomfort z nią związany.

Zdarzają ci się problemy ze snem? To też ja, ot zapomniało mi się cię opuścić, gdy próbowałeś usypiać i męczysz się nie mogąc usnąć lub sny, które śnisz to prawie realne majaki. Przepraszam cię za moje gapiostwo lecz czasem też potrzebuję się zatrzymać i coś sobie poukładać.

Jeśli przyczepiła się do ciebie jakaś melodia i z uporem maniaka wraca, to również moja zasługa. Bo pewnie ktoś inny też jej słuchał, a to, że ty na nią również trafiłeś słuchając radia w drodze do pracy stało się moim katalizatorem.

Człowiek starając się tłumaczyć niewytłumaczalne nadał mi różne nazwy, różne imiona. Czasem nazywasz mnie duchem. Czasem nazywasz mnie bogiem, czasem nazywasz mnie demonem. Jestem aniołem, jestem diabłem, jestem dobrą wróżką, jestem wampirem. Jestem sumą twoich obaw, ale też i marzeń. Jeśli dobrze mnie poszukasz znajdziesz moje ślady w legendach, wierzeniach, podaniach, mitach.

Niektórzy z was mimo, mojej nieuchwytności są w stanie wyczuć mój byt. Najczęściej to dzieci lub ci, którzy więcej, intensywniej obcują z otoczeniem i kultywują tradycje przodków, sięgające czasów, gdy widzieli także i mnie. Indianie, aborygeni, szamani… a także ci, których uważasz za szaleńców niespełna rozumu, czy też opętanych przez demonów.

Jestem tu i teraz — nie kieruję tobą, tylko obserwuję.

Jestem, a może lepiej jesteśmy, bo jestem bytem mnogim — mijamy się towarzysząc ci w każdej sekundzie twego świadomego istnienia. Jestem tobą, a raczej jestem z tobą. Nic ci nie narzucam, jestem, obserwuję, czuję. Czasem żałuję twoich wyborów, bo wiem, że inna ścieżka szybciej doprowadziłaby cię do celu. Nie mogę nic zrobić, bo to twoje życie, twoje decyzje.

Czas który z tobą spędzam to zazwyczaj jeden twój dzień, choć, zdarzają się sytuacje, że na tyle mnie zaintrygujesz, że do ciebie wracam.

Opowiem ci kilka moich spotkań.

On

Szedł zamyślony w stronę parkingu, gdy niemalże wpadł na idącego przed nim faceta, bo ten nagle się zatrzymał i z nabożnym zachwytem w głosie, dość głośno, powiedział do zbliżającej się z naprzeciwka kobiety:

— O boże, ma pani najzgrabniejsze nogi, jakie kiedykolwiek w życiu widziałem!

Kobieta ewidentnie się zdziwiła, ale roześmiała się i odkrzyknęła, przyśpieszając kroku

— Dziękuję.

Widać było, że śpieszy się do autobusu.

Chyba dość wysoka, aczkolwiek patrząc na nią ze swojej perspektywy stu dziewięćdziesięciu sześciu centymetrów wzrostu nie był w stanie tego obiektywnie ocenić. Czarna wąska spódniczka do kolan i czarne czółenka na niewysokich koturnach faktycznie uwydatniały kształtne kostki i niezwykle zgrabne łydki. W pamięć zapadł mu też promienny uśmiech, który rozjaśnił jej twarz po tym zaskakującym porannym komplemencie.

Cała ta poranna akcja porządnie zapadła mu w pamięć. Na tyle, że po południu zerkał co chwilę na przystanek autobusowy. Doczekał się. Kwadrans przed rozpoczęciem zajęć zauważył zapamiętaną sylwetkę. Mógł przyjrzeć się jej dokładniej. Kasztanowe długie włosy zaplecione w luźnego warkocza, kremowa bluzeczka z krótkimi rękawami, skórzany plecak zamiast torby, na ręku ciemny sweterek. Szczupła, zgrabna, chyba klasyczne 90-60-90. Twarz osłaniały okulary przeciwsłoneczne. Nie poszła do przejścia dla pieszych tylko przebiegła przez ulicę zaraz za autobusem. I znów miał okazję zobaczyć jak pięknie się uśmiecha. Bo podobnie jak rano na komplement, tak teraz zareagowała uśmiechem na miły gest kierowcy samochodu, który zahamował, by ją przepuścić.

W duchu pokręcił głową — no tak fajnym laskom zawsze łatwiej. Widział jeszcze, że weszła do sklepu obok jego szkoły. Co, miał nadzieję, oznaczało, że jest szansa na to by widywać ją częściej.

— A może nie tylko widywać przez okno — przemknęło przez myśl.

Nie miał jednak czasu snuć dalszych wizji, bo zaczęli pojawiać się pierwsi kursanci.

Ona

Dotarła do pracy kwadrans wcześniej niż zwykle, co wprawiło ją w dobry nastrój — bo powinna wyrobić się z badaniami przed rozpoczęciem pracy. Zostawiła torbę na biurku, zabrała portfel i pojechała windą dwa piętra wyżej do centrum medycznego, na pobranie krwi. Jej cotygodniowa rutyna od prawie trzech miesięcy. Wyniki były dziwne, objawy mimo leczenia trwającego już kilka miesięcy nie ustępowały. Na zmieniane co chwilę leki w ostatnim miesiącu wydała prawie tysiąc złotych. Lekarze nie mieli za bardzo pomysłu jaką diagnozę postawić. Łez zaczynało jej powoli brakować, bo bóle nawracały, a brak efektów leczenia nie napawał optymizmem.

O tak wczesnej godzinie nie było kolejki do gabinetu zabiegowego, więc dziesięć minut później była już przy biurku. Wyjęła z torebki służbową komórkę i ze zdziwieniem spostrzegła ikonkę sms’a. Chyba ktoś ze współpracowników się spóźni, albo potrzebuje dnia wolnego — pomyślała.

Treść wiadomości była zgoła inna.

— Pięknie dziś wyglądasz w tym dopasowanym niebieskim sweterku.

Nadawca nieznany. Zrobiło się jej słabo — nie wiedziała, czy po pobraniu krwi, czy też po tej lekturze.

W pierwszym odruchu miała odpisać, że pomyłka, ale uświadomiła sobie, że ma na sobie niebieski sweterek.

— Kto mnie dziś mógł rano widzieć?

Spojrzała jeszcze na godzinę wysłania wiadomości. Kilka minut po tym jak wyszła z domu.

Jej przyjaciel był już dostępny na skypie. Opisała mu całą sytuację. Zaczęli zastanawiać się wspólnie któż to mógłby być.

— Ochroniarz? — rzucił on

— Sms był wysłany niedługo po moim wyjściu z domu — odpowiedziała.

— Może któryś ze stróży na parkingu? — zasugerował.

— Niemożliwe, wchodzę na parking przez furtkę tuż przy swoim miejscu parkingowym, było ciemno, nie miałby szans zobaczyć jak jestem ubrana. Kurtkę zdjęłam już w samochodzie.

— Ktoś jeszcze był na parkingu? — próbował ją jakoś naprowadzić.

— Nie wydaje mi się — odpisała i w tej sekundzie komórka znów zapiszczała — czekaj, przyszedł kolejny sms.

Zdrętwiała, tym razem odnosił się do zmienionej niedawno fryzury i umiejętności prowadzenia samochodu.

— Masz stalkera — ocenił przyjaciel.

— Co robić? — powoli wpadała w panikę.

Tysiąc myśli galopowało przez jej głowę. Kto, kiedy i najważniejsze dlaczego… Czuła, że jej spokój został zaburzony. Bezpieczeństwo we własnym domu okazało się iluzją.

Kolejny sms.

— Dlaczego nie odpisujesz? Chcę się z tobą umówić na kawę.

— Może się faktycznie umów — zasugerował przyjaciel.

— Nie żartuj sobie ze mnie — była porządnie wzburzona.

— Dobra, na spokojnie, skąd może mieć twój numer telefonu.

Takie ukierunkowanie pomogło. To był już jakiś punkt zaczepienia. Mimo dużej ilości pracy, za uszami miała te poranne wiadomości.

Zaparkowała auto i pomaszerowała do kanciapy ochroniarzy. Zapytała wprost.

— Czy komuś podawaliście panowie mój numer telefonu?

Zaskoczyła ich kompletnie, widziała konsternację na ich twarzach.

— Bo mam mało fajne smsy z nieznanego mi numeru, ale na pewno jest to ktoś stąd.

— Pani kochana, teraz zdobyć czyjegoś telefonu jest bardzo prosto — jeden z emerytów podjął temat.

— Panie Jacku, to nie jest mój telefon, to telefon służbowy, zarejestrowany na firmę, więc nie można go wprost ze mną powiązać.

— No może ktoś zajrzał do naszej książki z opłatami — po dłuższej chwili wybąkał, drugi z emerytów.

Poprosiła tylko, żeby bardziej uważali i wróciła do domu. Mimo, że nadal było jasno, zaciągnęła szczelnie rolety. Czuła się bardzo źle, tak jakby cały czas ktoś ją obserwował. Ale kurde, jest u siebie! Dlaczego ma się bać we własnym domu — odsłoniła okna.

Dwie godziny później zadzwonił telefon. Ten sam numer, z którego dostała poranne sms’y. Niepewnie odebrała.

— Dzień dobry — głos w słuchawce był dość cichy i chyba też mało pewny. — Słyszałem, że bardzo się pani zdenerwowała moimi sms’ami.

Noż kurde chyba miałam prawo — pomyślała, a spokojnie odpowiedziała.

— Tak, zdenerwowałam się.

Rozmawiając przez telefon zazwyczaj robiła kilometry spacerując po mieszkaniu. Tym razem nawyk ten zaprowadził ją pod okno. Przy delikatesach, w budynku obok, stał facet z telefonem przy uchu.

— Czyżby…. — pomyślała

W słuchawce zapanowała cisza.

— Przepraszam — wydukał facet — Czyli nie umówi się pani ze mną na kawę?

— Nie.

— Rozumiem, to ja już nie będę się odzywał.

— Dobrze — odpowiedziała spokojnie, choć najchętniej wykrzyczałaby mu całą swą frustrację.

— To jeszcze raz przepraszam. — rozmówca się rozłączył, a mężczyzna pod sklepem także zakończył rozmowę i schował komórkę do kieszeni.

Stała nadal przy oknie, ale tak aby z dołu nie było jej widać. Dzięki temu mogła doskonale zobaczyć mężczyznę spod delikatesów. Sąsiad z jej klatki, mieszkający piętro niżej, żona, dwójka dzieci i samochód na tym samym parkingu.

Ogromny niesmak pozostał z nią do końca dnia.

On

Marsh w końcu przyszedł, całe szczęście bo słuchając siedzących obok yapiszonów zaczynał czuć się jak prehistoryczna skamielina.

— Co jest? — rzucił kumpel.

— Chodźmy stąd — odpowiedział.

— Mieliśmy się napić i pograć w bilard — włączył się K.

— Nie tutaj.

Wyszli