Po feminizmie. Miesięcznik Znak - Opracowanie zbiorowe - ebook
Opis

Modny gadżet czy zmiana społeczna?

Feminizmu nie sposób dziś pominąć przy jakiejkolwiek debacie. Mimo wywalczenia zasadniczych postulatów, ruch kobiecy pozostaje społecznym wyzwaniem i, wobec stale powielanych stereotypów na temat płci, również wezwaniem do ich ciągłego przepracowywania.

Jak feminizm zmienił nasze postrzeganie rzeczywistości społecznej? Dlaczego bywa zawłaszczany przez popkulturę i politykę? Co naprawdę wzmacnia kobiety, a co nie pozwala im wyjść poza utarte schematy?

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 277

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Dominika Kozłowska

Feminizm po feminizmie

AKTUALNA ODSŁONA RUCHU FEMINISTYCZNEGO ZACZĘŁA się w Polsce od sal wykładowych. Wyjeżdżające na początku lat 90. na zagraniczne stypendia studentki i doktorantki przywoziły do kraju egzotycznie jeszcze u nas brzmiące feministyczne teorie dotyczące literatury, psychoanalizy, socjologii oraz nowe odczytania historii. Mimo że na Zachodzie teologia feministyczna i feminizm katolicki zaczęły się dynamicznie rozwijać wraz z tzw. feminizmem drugiej fali, zbiegającym się w czasie z obradami II Soboru Watykańskiego, a zatem już w latach 60. XX w., zmiany te nie wywarły większego wpływu na polski Kościół. Nawet po 1989 r., kiedy zniknęły formalne bariery uniemożliwiające swobodną wymianę idei, na katolickich uczelniach z trudem można było odnaleźć wykłady na temat feminizmu, gender czyqueer. Chyba że chodziło o tzw. nowy feminizm Jana Pawła II – z feminizmami tworzonymi oddolnie, wyzwolonymi z ram ortodoksji i niepodporządkowanych zasadom politycznej poprawności, zbieżny przede wszystkim w nazwie.

Feministyczna i genderowa perspektywa w ostatnich latach stała się elementem polityki głównego nurtu. Również w Polsce doczekaliśmy się postulowanych przez feministki instrumentów prawnych (parytety, polityki równościowe) oraz kobiet u szczytów władzy. Jednak być może z owoców feministycznej pracy najbardziej skorzystały superwomen i celebrytki, a los tzw. zwykłych kobiet, na co dzień wykonujących słabo płatne zawody związane z tradycyjnymi rolami opiekuńczo-wychowawczymi, jak np. pielęgniarka, albo walczących o alimenty dla samotnie wychowywanych dzieci, wciąż odmienił się w niewielkim stopniu. Ważne, że polskie feministki, jak np. Agnieszka Graff czy Kazimiera Szczuka, podnoszą dziś przede wszystkim właśnie te problemy. To sprawia, że feminizm może przestać funkcjonować jedynie jako styl życia dobrze wykształconych mieszkanek większych miast.

Cztery lata temu podjęliśmy w „Znaku” temat Kto się boi feminizmu?, zwracając uwagę, że emancypacja po polsku przebiega pod hasłem „Nie jestem feministką!”. Feminizm, jak mówi Eva Illouz w rozmowie otwierającej najnowszy Temat Miesiąca, to „być może jedyny ruch, którego nazwa spotyka się z odrzuceniem grupy będącej przecież szczególnym adresatem jego walki o równość i wolność”. Dzieje się tak, ponieważ droga do zbudowania bardziej sprawiedliwych i równościowych warunków rozwoju kobiet i mężczyzn prowadzi nie tylko przez zmiany na rynku pracy czy w ośrodkach władzy, ale również przez krytyczne spojrzenie na sposób funkcjonowania instytucji rodziny. „Dlatego – wyjaśnia Illouz – feminizm powinien móc zaoferować jednocześnie politykę emancypacji i miłości, w której heteroseksualne relacje zostaną zrekonstruowane, począwszy od samych podstaw”. Bo przecież podział rodzinnych zadań wiąże się z miłością: „przygotowuję posiłek, prasuję i sprzątam nie dlatego, że jestem służącą, ale dlatego, że cię kocham, a ty kochasz mnie” – dodaje Illouz. Wcale nie ułatwia sprawy – wręcz przeciwnie.

Skutkiem ubocznym wieloletnich zaniedbań – nieobecności feministycznej – i szerzej: genderowej – refleksji w dyskusjach katolickich jest brak narzędzi intelektualnych, pozwalających dotrzeć do sedna problemów z płcią i jej kulturową, społeczną, religijną i polityczną reprezentacją oraz wzbogacić zachodzące zmiany o oryginalne chrześcijańskie wątki. Skutkuje to strategią totalnego odrzucenia i odmowy podjęcia dyskusji na temat zmian w obrębie tzw. tradycyjnego modelu rodziny przez (z reguły męskich) katolickich przedstawicieli. Zmiany te, rzecz jasna, tak czy inaczej zachodzą, kłopot polega jednak na tym, że polski katolicyzm (nie tylko hierarchowie, ale też spora część pozostających pod ich wpływem wiernych) pozostaje wobec nich bezbronny.

2 września 2015 r., protest przeciw przemocy mężczyzn wobec kobiet zorganizowany przez hiszpańskią grupę Kobiety w czernifot. Marcos del Mazo/Demotix/ Corbis/Profimedia

Temat Miesiąca

Modny gadżet czy zmiana społeczna?

Feminizmu nie sposob dziś pominąć przy jakiejkolwiek debacie. Mimo wywalczenia zasadniczych postulatów, ruch kobiecy pozostaje społecznym wyzwaniem i, wobec stale powielanych stereotypów na temat płci, również wezwaniem do ich ciągłego przepracowywania. Jak feminizm zmienił nasze postrzeganie rzeczywistości społecznej? Dlaczego bywa zawłaszczany przez popkulturę i politykę? Co naprawdę wzmacnia kobiety, a co nie pozwala im wyjść poza utarte schematy?

Odpowiadają:

Eva Illouz, Karolina Sulej, Maciej Duda i Eliza Szybowicz

Feminizm nie tylko dla kobiet

Kobieta i mężczyzna są związani kontraktem miłości, tyle że umowa ta zawiera również zapis o podległości. Feminizm nie może więc kierować się polityką prostego antagonizmu, bo polityczność rodziny jest wewnętrznie bardzo skomplikowana, a tożsamość kobiety wiąże się ze wszystkimi rolami, które łączą ją z mężczyzną

Eva Illouz

w rozmowie z Mateuszem Burzykiem

Kampania społeczna Like a Girl (Jak dziewczyna), zorganizowana przez markę Always, dowiodła, że wyrażenie „robić coś jak dziewczyna” przywołuje obraz nieporadności, podczas gdy „robić coś jak mężczyzna” oznacza radzić sobie z czymś prawidłowo. W jaki sposób feminizm pomaga kobietom przepracowywać i przezwyciężać te normy i wartości, które przesiąknięte są wyobrażeniem o ich niższości wobec mężczyzn?

Feminizm dokonał już wiele, zwłaszcza w ciągu ostatnich 30–40 lat, walcząc z nierównością i jej wieloma utrwalonymi w kulturze reprezentacjami. Te ostatnie stanowią z całą pewnością najtrudniej uchwytną płaszczyznę feministycznych zmagań i sprawiają, że jest to jeden z najgłębszych w swej istocie projektów społecznych. Można co prawda – już się to zdarzało – nakręcić hollywoodzką superprodukcję z kobietą jako główną bohaterką, która dzierży broń i ratuje świat (także mężczyzn), ale to nie wszystko. Wystarczy posłuchać jednego z ostatnich komentarzy Donalda Trumpa, który otrzymawszy niewygodne pytanie podczas wywiadu na antenie CNN, zasugerował, że prezenterka dogryza mu, bo właśnie ma okres. To podobnie piętnująca forma jak uwaga, że „robi się coś jak dziewczyna” – wartościuje kobiece ciało jako gorsze od męskiego, a zasadza się na głęboko zakorzenionym stereotypie.

Ciało kobiety nie jest zamknięte w sposób tak definitywny jak męskie. Ono produkuje wyciekającą krew menstruacyjną, jest penetrowane, daje życie. W starożytnych kulturach organizm zdolny do wchłaniania i wydzielania duchów, płynów czy materii był postrzegany jako pełen mocy i cudotwórczy. Jednak fakt biologicznej przenikalności kobiecego ciała można też łatwo wykorzystać, by kobietę poniżyć i napiętnować. Stwierdzenie „robisz coś jak dziewczyna” zawiera nieustannie niejawne odniesienie do ciała męskiego – ciała, które jest zawsze w porządku i na swoim miejscu, ciała silnego, którego nie naruszy nawet penetracja (owszem, możliwa, ale niewiążąca się z reprodukcją). Męskie ciało posiada implicite standard poprawnego funkcjonowania. Tego rodzaju biologiczną nieświadomość trudno naruszyć i przepracować. Przecież kobiety bywają zawstydzone przez miesiączkę, odczuwają dyskomfort, czasem poniżenie. Z jej powodu postrzegają swoje ciała jako gorsze. Właśnie dlatego feminizm musi pracować jednocześnie na kilku płaszczyznach: prawnej, ekonomicznej, wyobraźni społecznej oraz tej dotyczącej seksualności, prywatności i często intymnych relacji rodzinnych. W ten sposób pokazuje on, że nierówność na rynku pracy jest związana z płaszczyzną o wiele głębszą, bo umiejscowioną w fundamentalnej dla społeczeństwa instytucji, jaką jest rodzina. I choć nie odkrył tego feminizm, to w bardzo jasny sposób przebił się do świadomości społecznej, wykazując, że nie może być mowy o sprawiedliwej redystrybucji zasobów bez jednoczesnej rekonstrukcji struktury, na jakiej opierają się instytucja rodziny i społeczne stereotypy.

Feminizm musi poszerzać kanon piękna, przyjmować i promować te same kryteria oceny dla kobiet i mężczyzn. Jednowymiarowy kult kobiecej atrakcyjności i seksualności jest z tego punktu widzenia antyfeministyczny

Dlaczego jednak potrzebujemy samego pojęcia feminizmu? Jest przecież wiele dziewczyn i kobiet, które chcą być traktowane na równi z mężczyznami, ale nie czują się feministkami – co więcej, nie lubią tego terminu, bo uważają go za agresywny.

Myślę, że problem z feminizmem jako pojęciem pokazuje, jak silny i głęboki jest męski wpływ na strukturę ludzkiej tożsamości. Feminizm to być powomoże jedyny ruch, którego nazwa spotyka się z odrzuceniem grupy będącej przecież szczególnym adresatem jego walki o równość i wolność. Dzieje się tak dlatego, że mężczyźni kontrolują w istocie społeczne krążenie idei i zbiorowych wyobrażeń, a także udało im się (również przy pomocy części kobiet) przedstawić feministki jako brzydkie, seksualnie sfrustrowane i agresywne. Funkcjonuje to dokładnie tak samo jak w rywalizacji republikanów i demokratów o urząd prezydenta w USA – gdy tylko ci pierwsi zdołali przedstawić drugich jako niepatriotów, to od razu sam termin „demokraci” stał się podejrzany.

Powodem, dla którego walka feministek jest szczególnie trudna, okazuje się fakt, że egzystencja kobiet, a szerzej rzecz ujmując, podział płciowy, opiera się na strukturze rodziny. Kobieta zawsze pozostanie żoną, matką, córką, siostrą, a rodzina z definicji (przynajmniej przez ostatnich 200 lat) jest instytucją miłości. I tu pojawia się problem nieobecny w przypadku jakiegokolwiek innego ruchu. Czarnoskóry niewolnik nie miał trudności z tym, by znienawidzić swojego białego pana. Jawny konflikt interesów występował też w przypadku walki klas między pracownikami i wykorzystującymi ich ponad siły właścicielami fabryk. Jednak w obrębie rodziny nie ma tak jasnej dystynkcji, a podległa pozycja kobiet przyjmuje formę usług dostarczanych mężczyźnie jako wyraz miłości: przygotowuję posiłek, prasuję i sprzątam nie dlatego, że jestem służącą, ale dlatego, że cię kocham, a ty kochasz mnie. Jesteśmy związani kontraktem miłości, tyle że umowa ta zawiera również zapis o podległości. Feminizm nie może kierować się polityką prostego antagonizmu, bo polityczność rodziny jest wewnętrznie bardzo skomplikowana, a tożsamość kobiety wiąże się z wszystkimi rolami, które łączą ją z mężczyzną. Dlatego feminizm powinien móc zaoferować jednocześnie politykę emancypacji i miłości, w której heteroseksualne relacje zostaną zrekonstruowane, począwszy od samych podstaw. W tym powiązaniu tkwi całe źródło problemów, z którymi feminizm musi się mierzyć – m.in. to, że grupa, w imieniu której występuje, nie chce się do niego przyznać.

fot. Schleyer/Ullstein Bild/Getty

Zwraca Pani uwagę, na konieczność rozważania problemów społecznych w ich powiązaniu z kwestiami gospodarczymi. Zauważa Pani np., że sposoby doświadczania miłości są uwarunkowane ekonomicznie (pieniądze są niezbędne, by kupić świece i kwiaty lub by wybrać się na romantyczną kolację). Czy zatem model businesswoman i celebrytki jest adekwatną figurą feminizmu w zglobalizowanej gospodarce wolnorynkowej?

Przede wszystkim celebrytki i businesswoman nie należą do tej samej kategorii. Te pierwsze używają swego ciała i piękna, by stać się sławnymi. Ale miss, aktorki, modelki, które zdają się mieć zarówno mnóstwo pieniędzy, jak i wspaniałe życie seksualne, reprezentują jedynie bardzo wąską grupę kobiet. Swoje bogactwo zawdzięczają temu, co nazywam kapitałem seksualnym, czyli zdolnością przekuwania swojej atrakcyjności na wyrażoną w pieniądzu wartość rynkową. W tym kontekście zgadzam się w zupełności z Naomi Wolf, że kapitalizm i kultura konsumpcyjna zawarły niepisany, aczkolwiek potężny sojusz z patriarchatem, sprowadzając powołanie kobiet do bycia piękną i seksualnie pociągającą. Problem bierze się stąd, że wysiłki zmierzające w latach 1960–1970 do emancypacji seksualnej i swobody w wyrażaniu siebie zostały niemal całkowicie sprowadzone do pojmowania mężczyzny i kobiety jako bytów seksualnych dostosowanych do wymagań kultury konsumpcyjnej.

Feminizm to nic innego jak obrona prawa każdej istoty ludzkiej do równości i szacunku. Walczył on o rozszerzenie społecznej i kulturowej definicji kobiecości – o prawo do bycia uznaną za kobietę i intelektualistę lub pracownicę fizyczną. Prawdziwy mężczyzna może być jednym i drugim, bowiem ani praca fizyczna, ani intelektualna nie stanowi uszczerbku na wizerunku męskości. Natomiast gdy ekstremalnie zawęzi się znaczenie kobiecości do piękna i seksualności, to trudno myśleć o kobiecie intelektualistce lub pracownicy fizycznej. Pamiętam, że gdy dorastałam, jeden chłopak powiedział mi, że lubiłby mnie znacznie bardziej, gdybym była mniej inteligentna. W rzeczywistości powiedział mi wtedy, że moja inteligencja zagrażała mojej kobiecości, a także jemu samemu. Feminizm musi poszerzać kanon piękna, przyjmować i promować te same kryteria oceny dla kobiet i mężczyzn. Jednowymiarowy kult kobiecej atrakcyjności i seksualności jest z tego punktu widzenia antyfeministyczny. To wielka niesprawiedliwość, że mało przystojny, ale czarujący i bystry mężczyzna ma znacznie większe szanse na rynku (także rynku związków i małżeństw) niż tak samo atrakcyjna kobieta. Definicja męskości jest po prostu znacznie szersza, dlatego prawdziwego mężczyznę utożsamić można z wieloma rzeczami, a kobietę tylko z jedną.

Historycznie i socjologicznie rzecz ujmując, miłość to jedyne doświadczenie, w którym kobieta jest rzeczywiście równa mężczyźnie

Co z businesswoman?

Czy z czysto feministycznego punktu widzenia powinniśmy świętować sukces, dajmy na to, Sheryl Sandberg (dyrektorki wykonawczej Facebooka)? Czy ona i kobiety jej podobne są inspiracją dla ruchu feministycznego? Przede wszystkim większość z nich nigdy nie osiągnęłaby swojej pozycji bez feminizmu. Rządy, biura i firmy zaczęły zwracać uwagę na kwestię równouprawnienia kobiet na rynku pracy oraz powoływania ich na wysokie stanowiska, bo znalazły się pod rosnącą presją opinii publicznej. Zatem nawet jeśli niektóre businesswoman czują, że sukces zawdzięczają tylko swoim talentom, to wykazują się ignorancją na polityczny, społeczny i kulturowy kontekst, który stworzył dla nich feminizm. Odpowiednie środowisko społeczne jest niezbędne, by jakiekolwiek talenty zostały zauważone. Inaczej rzecz ujmując, być może są one wysoce uzdolnione, ale jest tyle genialnych kobiet, które nigdy nie zdołają się wybić tak jak one, że tłumaczenie swojego sukcesu tylko i wyłącznie talentem wydaje się co najmniej powierzchowne. To dlatego uważam, że wiele kobiet sukcesu – jeśli nie wszystkie – skorzystały na zmianach, które feminizm wniósł do świadomości społecznej. Nie używałabym jednak businesswoman jako modelu współczesnej feministki, bo feminizm to nie tylko emancypacja kobiet, ale szersza wizja sprawiedliwości i równości między wszystkimi ludźmi. Feminizm wcale nie zmierza do tego, by pewne kobiety były bogate, ale by dzieliły z mężczyznami jako partnerami i przyjaciółmi zasoby, które są na tym świecie.

Michel Foucault powiedział kiedyś, że dla wytworzenia normy społeczno-kulturowej nie trzeba wcale opresyjnej władzy; wystarczy trochę pornografii i reklama olejku do opalania, by system społeczny zaczął ją reprodukować. Przyjrzyjmy się w tym kontekście akcji słynnego duetu telewizyjnego Trinny i Susannah. Wydaje się, że szczerze chcą one pomóc kobietom, by przez zmianę aparycji stały się pewniejsze i silniejsze. Jednocześnie jednak wpychają je w dość wąsko zakrojoną normę. Czy bycie pięknym i atrakcyjnym jest wciąż niezbędne, by czuć się równym i niezależnym?

W przeciwieństwie np. do czarno- i białoskórych czy też Turków i Niemców, tożsamość kobiet ściśle wiąże się z tożsamością mężczyzn. I z tego powodu sytuacja jest psychicznie, politycznie i normatywnie znacznie bardziej skomplikowana. Z jednej strony feminizm mówi: emancypacja, wolność, rówrówność, a z drugiej – potężna machina kultury konsumpcyjnej, wytworzona w oparciu o męskie spojrzenie, sugeruje, że seksualność jest niezwykle istotna dla tego kim się jest: ilu miałaś partnerów? jak bardzo jesteś atrakcyjna? To pytania formujące dziś definicję kobiecości. Mamy zatem dwa przeciwstawne kierunki. W XIX w. posługiwano się np. pojęciem charakteru, opisującego moralną zdolność poszczególnych jednostek. Dlatego wśród szlachetnie urodzonych Brytyjek używanie kosmetyków było zabronione. Postrzegano je jako coś dla niższych klas, tani substytut prawdziwego piękna, które płynie z ludzkiego charakteru. Były to czasy, w których kobiety miały w definiowaniu piękna znacznie więcej do powiedzenia; nie pozwalały mężczyznom określać w 100%, czym jest kobieca atrakcyjność i za pomocą jakich kryteriów powinny być oceniane. Ale w sytuacji gdy seks i seksualność są dosłownie wszędzie, znacznie trudniej budować inne wyobrażenie kobiecości niż to wytworzone za sprawą przemysłu reklamowego, modowego, kosmetycznego i pornograficznego.

Dotknęliśmy kwestii, która nie jest być może do końca tak jednoznaczna, ponieważ poprzez popkulturę, np. w wydaniu Beyoncé, samo pojęcie feminizmu może trafić do świadomości wielu młodych dziewczyn.

Kobieta, która znajduje się w samym centrum branży popkulturowej, modowej, kosmetycznej, dietetycznej i używa tego jako narzędzi do promocji feminizmu, przypomina zamożnego człowieka, który odwoływałby się do marksizmu, by wmawiać ludziom, że powinni się bogacić. Beyoncé jest symbolem kultury popularnej i wartości, które nie pomagają sprawie feminizmu. Z pewnością jednak feminizm może stać się częścią strategii marketingowej. Tradycyjna kobiecość nie ma się najlepiej, feminizmowi politycznemu nie wiedzie się za dobrze, więc tym, co ma szanse na zaistnienie, jest jego kompromisowe znaczenie, które ucieleśnia sobą Beyoncé: można wyglądać cudownie, mieć wspaniałe ciało i być jednocześnie częścią przemysłu popkulturowego oraz feministką… Mówi się w ten sposób kobietom, by pozostawały na rynku i posłużyły się swoją seksualnością jako środkiem do emancypacji. To nie to, czym feminizm być powinien. Zmierza on raczej do możliwości przekroczenia kategorii gender i postrzegania mężczyzn i kobiet jako bytów ludzkich – nieprzyklejonych zbyt mocno do płci kulturowej.

Ostatnia wydana w Polsce książka Pani autorstwa to błyskotliwa analiza światowego bestselleru Pięćdziesiąt twarzy Greya. Czy potrafi Pani wyjaśnić, dlaczego romanse są nadal popularne, mimo że feminizm tak bardzo już nas zmienił?

Mam swoją hipotezę. Romans obiecuje miłość i podpowiada kobiecie, jak rozszyfrować trudnego mężczyznę i jak sobie z nim poradzić. Trudność ta może przybierać różne formy – np. Edwarda Rochestera z Dziwnych losów Jane Eyre lub Christiana z Pięćdziesięciu twarzy Greya. Dzisiaj polega ona na tym, że mężczyzna nie potrafi już poświęcić się dla kobiety – pragnie jej seksualności, ale nie chce całej związanej z tym otoczki miłości. Dlaczego jednak kobieta pragnie miłości? Przyjmujemy to jako coś oczywistego, ale właściwie dlaczego? Ponieważ historycznie i socjologicznie rzecz ujmując, miłość to jedyne doświadczenie, w którym kobieta jest rzeczywiście równa mężczyźnie. Kiedy mężczyzna kocha kobietę, to nie tylko postrzega ją jako równą sobie, ale – przynajmniej w pewnej tradycji – wielbi ją, zapewniając odpowiedni status społeczny, tj. ontologiczne bezpieczeństwo, którego w inny sposób nie zyskuje. Miłość jest zatem dla kobiety sposobem na osiągnięcie społecznego uznania, bezpieczeństwa i pewności. Dostępem do tego, czego nie ma się czasem jako normalna obywatelka. To jest dla kobiet niezwykle ważne. Ponadto romans pozwala też wierzyć, że osobliwie przykry mężczyzna, który źle traktuje kobietę, jest w głębi serca dobry, kocha ją. Upokorzenie, którego jest się obiektem, byłoby tylko wierzchołkiem góry lodowej, za którym kryje się prawdziwa i głęboka miłość. To więc pewnego rodzaju fantazja, w której kobiety są w stanie odwrócić fundamentalną niesprawiedliwość i płynące z niej doświadczania, takie jak poczucie emocjonalnej niższości, zależność, bycie określonym przez kogoś innego. Wszystko to zostaje w cudowny sposób przekroczone i usunięte poprzez miłość. Możliwość obcowania z takim światem jest bardzo istotna, ponieważ wciąż znajdujemy się bardzo daleko od prawdziwej równości.

Eva Illouz

Socjolog, prof. na Uniwersytecie Hebrajskim w Jerozolimie, wydała m.in.: Uczucia w dobie kapitalizmu (2010) orazHardkorowy romans: „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bestsellery i społeczeństwo (2015)

Marsz Szmat przeciwko przemocy seksualnej wobec kobiet, Warszawa, 18 maja 2013 r.fot. Sylwester Dąbrowski/ Reporter

Puszczalskie, brzydkie i samolubne

KAROLINA SULEJ

Co z tym feminizmem? Jest wszędzie czy nie ma go w ogóle? To radykalna ideologia czy wyraz zwyczajnej troski o wolność i podmiotowość?

ROK TEMU Z MOJĄ KOLEŻANKĄ ULĄ JABŁOŃSKĄ pytałyśmy Polki z całego kraju, jakie są ich problemy, o czym marzą i co myślą o feminizmie. Okazało się, że większość z nich – niezależnie od wieku czy miejsca zamieszkania – docenia i rozumie postulaty feminizmu: chce mieć prawo do decydowania o własnym ciele, adekwatne do wykonanej pracy wynagrodzenie, czuć się bezpieczna od przemocy fizycznej i symbolicznej. Większość z nich, za żadne skarby, nie umiałaby jednak przyznać: „Tak, jestem feministką”. Jakby to zdanie było zaklęciem, które rzuca zły czar, przepustką do niebezpiecznej sekty.

I kiedy, bez używania tego terminu, niemalże każda kobieta wyszczególnia jako istotne dla siebie kolejne feministyczne dążenia, to wraz z tym pojęciem nieustępliwie pojawiają się stereotypy. Powiesz, że jesteś feministką, i od razu wszyscy na pewno uznają, że nienawidzisz mężczyzn, przyjmujesz postawę roszczeniową, nie wyszło ci w miłości albo się źle prowadzisz. Feminizm bywa postrzegany jako radykalny, histeryczny, nieładny. Wreszcie – niepotrzebny w dzisiejszym świecie.

Kobiety, które spotkałyśmy na naszej drodze, swoimi opowieściami pokazywały nam, że jest wręcz przeciwnie – wciąż potrzebujemy feminizmu. Bały się jednak tego słowa – jakby miało ono, zamiast dodać, odebrać siłę ich argumentom.

Studentki z Duke University za słuszną uznały strategię przeciwną. Założyły stronę internetową „Who needs feminism”, na której każdy może wypowiedzieć się, dlaczego potrzebuje feminizmu. Odpowiedzi są różne: bo nie życzę sobie, żeby rodzina decydowała za mnie, bo nie chcę czuć, że muszę w pracy starać się bardziej niż mój kolega, bo nie chcę tłumaczyć się ze swoich męskich hobby. Autorki strony podkreślają, że nie ma jednej definicji feminizmu. I dobrze. Bo feminizm to wolność wypowiadania się dla każdej kobiety czy też szerzej: kogokolwiek, kto czuje się zagłuszany przez patriarchat.

Używanie słowa „feminizm” oznacza borykanie się z uprzedzeniami, które wokół niego narosły. Stereotypizowanie feministycznych starań jest jednym z najczęstszych sposobów zagłuszania ich przekazu. Kilka stereotypów pojawia się szczególnie często, od lat, i, niestety, pewnie będzie się pojawiać także w przyszłości.

Feminizm opracował jednak skuteczne taktyki radzenia sobie ze strategiami tych prześladowań. Jak pisał Michael DeCerteau w Praktykach życia codziennego – strategie mogą być poważne, totalitarne i zorganizowane, ale za to taktyki są oddolne, partyzanckie i zwyczajnie cwane. Strategie najczęściej stosowane są przez sprawujących władzę. Tych, którzy – jak pisał z kolei Michel Foucault – chcą nas ujarzmiać, kształtować nasze „ja” tak, aby pasowało do różnych społecznych „foremek”. Strategiami chcą nas sobie porządkować instytucje edukacyjne, penitencjarne, urzędy, szpitale, parlament, Kościół. Wobec ich „formatowania” możemy stosować taktyki uniku lub przechwytywania – czyli subwersji. Niczym miejska guerilla, która przejmuje broń wroga i chowa się w bramie, żeby zaatatakować w odpowiednim momencie. Bronią wymierzoną w feminizm są stereotypy na jego temat. Oto kilka przykładów i skutecznego przejęcia, i mierzenia w tych, którzy chwycili za broń.

Stereotyp nr 1: Feministki są brzydkie

KIEDY JUŻ ZUPEŁNIE NIE WIADOMO, JAK WYGRAĆ W SPORZE Z FEMINISTKĄ, ZAWSZE można powiedzieć: „Przykro mi, że jesteś brzydka”. Przecież tylko brzydkie kobiety mogą mieć takie brzydkie myśli, żeby walczyć z patriarchatem. Brzydkie jest też to, że feministki mają czelność się rozgniewać i kłócić, szczególnie na wizji, rozmawiając z przedstawicielami klasy politycznej rodzaju męskiego. Wtedy od razu traktowane są jako histeryczne i impulsywne.

Kiedy grupa facetów w telewizji codziennie się kłóci, nikt nie zwraca na to uwagi. Kobieta zaś powinna pojawić się i rozsiewać dobre obyczaje. Wszyscy zdają się wierzyć, że jeśli feministki mówiłyby głosem aniołów, to na pewno zostałaby usłyszane. Przekonanie to podzielają chyba również redaktorki „Wysokich Obcasów Extra”, które kilka miesięcy temu opublikowały artykuł o grzechach feminizmu, stwierdzając, że „brzydki” gniew ma zniechęcać do ruchu „normalne” kobiety.

Tymczasem Sheryl Sanberg w wydanej niedawno książce Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa, pisze, że kobieta, która chce osiągnąć sukces, wcale nie musi być miła: „Ludzie oczekują, że będziemy miłe. My też chcemy być miłe. Tak bardzo jesteśmy niepewne siebie, że chcemy, żeby wszyscy nas lubili. A przecież nie muszą – muszą tylko liczyć się z naszym zdaniem. A tego nie zdobywa się przez bycie miłym”.

Nie trzeba być miłym i nie trzeba być ładnym jak lalka Barbie. Udaje się to chyba tylko hollywoodzkim superbohaterkom, które się nie pocą i nawet w najtrudniejszych sytuacjach życiowych skrupulatnie zabiegają o „nienaganny” wizerunek. Jemima Kirke, znana z serialu Girls, wzbudziła ostatnio wielką sensację, pojawiając się na czerwonym dywanie z nieogolonymi pachami.

Czy to powrót do feminizmu drugiej fali – wyśmiewanej epoki palenia staników i zapuszczania włosów na łydkach? Na pewno nie, ale fakt, że istnieje znaczące grono kobiet, które chcą swoje włosy zapuszczać, farbować, pokazywać – wskazuje na to, że mimo obecności feminizmu w życiu publicznym od dekad nadal pozwalamy medialnym obrazom kobiecości sterować tym, jak powinno wyglądać nasze ciało.

Feministyczna reklama Gillette z 2015 r., zachęcająca kobiety do robienia wszystkiego, o czym zamarzą, nadal sugeruje, że powiedzie się to tylko z wydepilowanem udem. Roxie Hunt, blogerka z Seattle, której zdjęcie z farbowanymi włosami pod pachami zostało udostępnione na Instagramie 30 tys. razy, określiła je jako „feminizm bezpośredni” – czyli taki, którego można doświadczyć osobiście, bez pośrednictwa osób trzecich.

Przywołany już serialGirls pokazał, że feministka nie musi być „śliczniusia”, jak Carrie Bradshaw z Seksu w wielkim mieście – w szpilkach, z kawą latte w ręku – może mieć nadwagę, nietypowy kształt ciała, nie radzić sobie z pieniędzmi, ze związkami, być narcystyczna, dziecinna – cokolwiek.

Przede wszystkim – może być dziewczyną, a nie elegancką panią, która ma idealnie ułożone włosy. Tak jak Lily Bolourian, która opublikowała swoje zdjęcie na Instagramie, z zaczepnym podpisem #feministsareugly (#feministkisąbrzydkie). Inne dziewczyny – z regularnymi i nieregunajtrudniejlarnymi rysami, większe i szczuplejsze, też zaczęły zamieszczać zdjęcia okraszone tym prowokacyjnym, wywrotowym hasztagiem. Dzięki feminizmowi wiadomo bowiem, że kobiety i ludzie w ogóle nie są po prostu ładni i brzydcy, ale nazywani ładnymi i brzydkimi. Najważniejsze, żeby mieć władzę tej klasyfikacji.

W ciągu ostatnich lat popkulturę zdominowały dziewczyny i ich punkt widzenia. Katy Perry, Carly Rae Jepsen, Zooey Deschanel, Lena Dunham, Taylor Swift. Każda w innym stylu, ale na własnych zasadach, forsuje „dziewczyńskość” jako jakość kulturową, bez ograniczeń wiekowych. Do dziewczęcego ruchu dołączyła też aktorka Emma Watson, wygłaszając we wrześniu zeszłego roku płomienne przemówienie ku chwale feminizmu na zjeździe ONZ. Stała się tym samym twarzą ruchu młodych kobiet, które chcą się feminizmem chwalić.

Ale mariaż feminizmu z popkulturą miewa także negatywne konsekwencje. Wpływowy portal Jezebel ironicznie określił feminizm jako „akcesorium roku” i rzeczywiście – o ile jeszcze kilka lat temu Lady Gaga czy Katy Perry zaprzeczały, jakoby miały z tym pojęciem cokolwiek wspólnego, dzisiaj gwiazdy z uwagą opracowują odpowiedzi na pytania o swoje definicje feminizmu. Beyoncé napisała esej Gender Equality is a Myth, a na koncertach promujących płytę recytowała, że „bycie feministką to wiara w ekonomiczną, symboliczną i seksualną równość płci”. Istnieje obawa, że taki feminizm może się łatwo zmienić w feminist chic – modowy trend, który odziera to pojęcie z mocy i zmienia je w kolejny gadżet o takiej samej wartości symbolicznej jak moda na kropki czy kolor niebieski. I rzeczywiście – nie sadzę, żeby Chanel dbała o to, co mają w głowach modelki, które na pokazach marki niosły transparenty z napisami „He for She”, „Equal Rights are Allright”, „Ladies First”. Karl Lagerfeld dał do zrozumienia, że kostium feminizmu znów jest atrakcyjny. Czy możemy jednak ufać komuś, kto powiedział kiedyś, że Coco Chanel na pewno nie była feministką, bo nie była wystarczająco brzydka? A teraz, dzięki niemu, pojawiło się pytanie o odwrotny problem: czy na pewno jestem na feministkę wystarczająco ładna?

Feminizm zmienił relacje między płciami, ale nikogo nie wykastrował – przeciwnie – dał nam szansę na odzyskanie człowieczeństwa, którego nie ogranicza żadna rola

Stereotyp nr 2: Feminizm wykastrował mężczyzn

WSZYSTKO ZACZĘŁO SIĘ OD FREUDA, KTÓRY STWIERDZIŁ, ŻE PSYCHOLOGIA KOBIETY jest zorganizowana wokół zazdrości o penisa. Są więc kobiety modliszki, które chętnie go mężczyźnie odbiorą. Symboliczne oczywiście.

Jak jednak pisała w latach 60. XX w. Kate Millet – kobiety nie zazdroszczą mężczyznom penisa, lecz możliwości, jakie daje im jego posiadanie, czyli bycie mężczyzną. Wedle logiki lęku przed feminizmem kobieta, zyskując kulturowo męskie cechy, zabiera je mężczyźnie, który zostaje ograbiony i staje się „niemęski”.

Rok przed podróżami po Polsce w poszukiwaniu odpowiedzi na problemy kobiet jeździłyśmy z Ulą „w poszukiwaniu chłopaka”. Chciałyśmy sprawdzić, czy rzeczywiście zostali „wykastrowani” – sprawdzić, czy istnieje w Polsce coś takiego jak kryzys męskości. Kilka tygodni wcześniej zamieściłyśmy w „Wysokich Obcasach” „ogłoszenie” matrymonialne. Z badań, które przestudiowałyśmy, wynikało, że aż połowa bezdzietnych, młodych Polek nie spotkała nikogo, z kim mogłaby planować poważny związek. Czy emancypacja kobiet zniszczyła mężczyzn?

Z naszych podróży wyniosłyśmy kilka wniosków: rzeczywiście, rozchwianie znanego od lat systemu relacji damsko-męskich spowodowało, że trzeba się zmienić. Kobietom przychodzi to, paradoksalnie, łatwiej – emancypacja to walka o równość, bunt mniejszości wobec ucisku. Oddawanie władzy większości to trudniejszy proces – wymaga zrozumienia, że abdykacja nie będzie porażką.

Mężczyźni nie wiedzą, jak się zmieniać – nie uczą się tego od ojców, nie mają swoich kolorowych magazynów, nie umieją rozmawiać o emocjach, a w konsekwencji nie potrafią bawić się kostiumami męskości, bo zawsze uważali, że jest naturalna.

Dave Besley w książce The Retrosexual Manual: How To Be a Real Man twierdzi, że mężczyzna na nowe czasy będzie retroseksualny. Kiedyś, pisze Besley, w czasach kiedy gender studies były co najwyżej koszmarnym snem Otto Weiningera, byli tylko Mężczyźni. Wraz z drugą falą feminizmu Mężczyźni zmienili się w Szowinistyczne Świnie. Następnie pojawił się, pełen poczucia winy, Nowy Mężczyzna – metroseksualny, wrażliwy, korzystający z kremu przeciwzmarszczkowego. Kobiety zapragnęły więc znów Mężczyzny – takiego jak sprzed rewolucji, ale świadomego, że płeć to tylko drag, jak pisała Judith Butler.

To w takim kontekście na ekranach kin pojawił się kilka lat temu Ryan Gosling. Wrażliwy, męski, rycerski, z poczuciem humoru, wsłuchany w problemy kobiet, mówiący wprost o ojcostwie, miłości. Dający się fetyszyzować, jak kobiece pin- -upy, a jednocześnie bardziej autentyczny niż większość męskich idoli. Została założona strona internetowa heygirlryangosling. tumblr.com, na której Ryan ze zdjęć wypowiada różne miłe rzeczy.

„Wirusem” tych memów dała się zarazić także pewna absolwentka studiów genderowych, Danielle Henderson, która stworzyła stronę feministryangosling. tumblr.com z fotograficznymi pocztówkami z Goslingiem – np. wąchającym goździka i mówiącym: „Wiem, co Judith Butler myśli o wywracaniu dominującego paradygmatu i odrzuceniu naturalizacji heteronormatywności, ale i tak kupiłem ci ten kwiatek”.

Nieoczekiwanym adwokatem męskiego kryzysu okazał się Philip Zimbardo, amerykański profesor psychologii, który w książce napisanej z Nikitą Coulombe pt. Gdzie ci mężczyźni? mocno podkreślił, że mężczyźni za bardzo zaufali gadżetom i światu wirtualnemu – tam się schronili przed rewolucją kobiet, zamiast w niej uczestniczyć. Zimbardo radzi, aby mężczyźni traktowali kobiety po partnersku i więcej czasu spędzali z dziećmi. Jak pisze Agnieszka Graff: „Trochę dziwi fakt, że sprzedaje to jako nowość. Cóż, facet ma wdzięk, sławę i siłę przebicia. Może dzięki niemu przebije się prosta prawda: patriarchat szkodzi mężczyznom”.

Feminizm zmienił relacje między płciami, ale nikogo nie wykastrował – przeciwnie – dał nam szansę na odzyskanie człowieczeństwa, którego nie ogranicza żadna rola. Trafnie ujęła to nasza rozmówczyni pani Krysia, lat 60, z Kaszub: „Mężczyźni całe lata obsługiwali rzeczy i pogubili się w tym. Kobiety miały zaś za zadanie, mniej prestiżową, obsługę człowieka i nie straciły busoli”.

W ciągu ostatnich lat popkulturę zdominowały dziewczyny i ich punkt widzenia. Katy Perry, Carly Rae Jepsen, Zooey Deschanel, Lena Dunham, Taylor Swift. Każda w innym stylu, ale na własnych zasadach, forsuje „dziewczyńskość” jako jakość kulturową

Stereotyp nr 3: Feministki nie chcą być gospodyniami domowymi

KILKA LAT TEMU, NAJPIERW NA EKRANY BRYTYJSKIEJ TELEWIZJI, a potem m.in. do polski, trafił program Perfekcyjna pani domu. W telewizji brytyjskiej była nią Anthea Turner, w polskiej – Małgorzata Rozenek. Program miał nauczyć niepoprawne bałaganiary, jak prowadzić dom: od czyszczenia fug po wiązanie wstążeczek na ręcznikach. Prowadząca program posunęła się w telewizji śniadaniowej do stwierdzenia, że polskie kobiety nie potrafią sprzątać dlatego, że spaczyły je feministki. Zdaniem Rozenek to feministki wmówiły Polkom, że sprzątanie nie licuje z wizerunkiem kobiety sukcesu. To przez nie Polska zarasta brudem. Wolą pracować i zarabiać, zamiast myć sedes. Nie zauważyła tego, że kobiety pracują zwykle na dwa etaty – w pracy oraz w domu – i czasem zwyczajnie nie mają siły, żeby precyzyjnie wiązać wstążkę na ręczniku.

Ta kwestia została zauważona już w latach 60., kiedy na okładce „Ms.” Magazine pojawiła się kobieta bogini, w każdej z ośmiu rąk trzymająca inny rekwizyt wskazujący na sprawę, którą musi się zająć: telefon, patelnię, lustro, maszynę do pisania itd.

Do dziś jednak problem ten nie znalazł rozwiązania. Świetnie obrazuje to projekt Elżbiety Jabłońskiej Supermatka – zdjęcia kobiet, które siedzą w domowych przestrzeniach, z dziećmi na rękach, w przebraniach superbohaterek. Mężczyźni muszą wziąć na siebie część domowych obowiązków, bo ich superbohaterki przeniosą się na Kryptona albo i dalej.

Świetną odpowiedzią na „Rozenki” tego świata okazała się dowcipna strona na Facebooku. Zaczęło się od tego, że pewnego dnia Magda Kostyszyn zamieściła zdjęcie przedstawiające porażkę w dbaniu o dom z hasztagiem #chujowapanidomu i okazało się, że kobiety w Polsce, społecznie zobligowane do bycia domowymi boginiami, odpowiedziały entuzjastycznie – „my też jesteśmy chujowe”, tzn. swoje własne, kreatywne, ludzkie. Przy tych paniach domu Rozenek przypomina robota z filmu Żony ze Stepford – ideał lat 50., który chciał zredukować kobietę do roli dekoracyjnej sprzątaczki, o czym pisała wtedy Betty Friedan w Feminine Mystique.

Uczestniczki Marszu Szmat przed Pomnikiem Polskiego Państwa Podziemnego i Armii Krajowej, Warszawa, 17 maja 2014 r.fot. Tomas Senkar/CTK/PAP

Kobieta może jednak chcieć zostać w domu, zrezygnować z pracy – i tutaj feministki zgadzają się z Małgorzatą Rozenek, że ich praca w domu powinna być wynagradzana i traktowana z szacunkiem.

Kobiety dbają o dom także dlatego, że dbają o dzieci. Przez wiele lat macierzyństwo było dla feminizmu tematem trudnym. Pisarka Zadie Smith wspomina, że dorastając, nie przypuszczała, że można być feministką i mieć dzieci, sądziła, że trzeba dokonać wyboru.

Agnieszka Graff jasno stwierdziła, że polski feminizm przez lata grzeszył, nie zauważając potrzeb matek – może poza Fundacją MaMa. Sylwia Chutnik tak komentowała książkę Graff Matka. Feministka: „Burzy dotychczasowy porządek, w którym feministki nie zajmowały się macierzyństwem (bo jeszcze ktoś je oskarży o konserwatyzm!), a jeśli już, to z pozycji superelastycznej i dyspozycyjnej pracownicy. A gdzie nasza radość bycia mamą, gdzie nasze zmęczenie, prawa i oczekiwania?”.

Współczesny feminizm, teraz także polski, pokazuje trudy życia matek – daje im prawo do opowiadania o depresji poporodowej, o tym, w jakich ubraniach chcą rodzić, a nawet o tym, że mają dość swoich dzieci. Gdy kilka lat temu Ayelet Waldman wyznała w programie Oprah Winfrey Show, że bardziej kocha męża niż swoje dzieci, „dobre matki” chciały ją pobić na wizji. Incydent wywołał w USA ogólnonarodową dyskusję, a Waldman napisała książkę Zła matka, która stała się bestsellerem. Są tam opowieści o tym, jak żyć z teściową, jak godzić pracę z opieką nad dziećmi, jak pokonać zazdrość o życie swoich dzieci i brak wsparcia ze strony męża. Wszystko to, o czym „dobre matki” bały się powiedzieć.

Stereotyp nr 4: Feministki nie lubią normalnego seksu

WIADOMO – FEMINISTKA TO KOBIETA, KTÓREJ NA PEWNO NIE UDAŁO SIĘ „ZŁAPAĆ FACETA” i teraz zazdrości wszystkim szczęśliwym żonom. Nie lubi seksu, a jeśli już, to tylko jakiś dziwny.

Ten „dziwny seks” przez lata był np. tym, na który kobieta musi wyrazić zgodę, albo takim, który daje jej jakąkolwiek przyjemność. „Dziwny” bywał seks bezpieczny, inicjowany przez kobietę, pozamałżeński, nie wspominając o tym z inną kobietą. Lista jest długa i sprowadza się do tego, że straszne feministki pokazały kobietom, że seks to obszar, gdzie także dokonuje się emancypacja.

Dziś rozmowa o ejakulacji kobiet czy kulkach gejszy nie dziwi tak bardzo. Trudniejsze są dyskusje o ciąży i przemocy seksualnej. Dyskusje o prawie do aborcji wciąż trwają – mimo że od czasu wprowadzenia „ustawy Veil” we Francji minęło prawie pół wieku. Przecież „normalny seks” – nawet jeśli jest gwałtem – „musi” prowadzić do zapłodnienia, które zawsze jest „naturalnym dobrodziejstwem”.

Z kulturą gwałtu feminizm walczy od lat – „kulturą”, która twierdzi, że kobieta zgwałcona „sama się prosiła”: strojem bądź zachowaniem. Kultura nazwała ją „dziwką” – slut. Na takie kulturowe zwyczaje zareagowała Emily Lindin, która założyła ruch i stronę internetową Unslut (przeczenie ang. slut – dziwka), walczącą ze stygmatyzowaniem kobiet jako „puszczalskich”. Przeciwko tej retoryce od 2011 r., w kilkunastu stolicach całego świata, odbywa się tzw. Marsz Szmat – demonstracja prowokująco ubranych kobiet i mężczyzn, którzy pokazują, że nie dadzą sobie wmówić, iż przemoc leży w obrazie ofiary, a nie w oku patrzącego.

Z męskim spojrzeniem – które fetyszyzuje, uprzedmiotawia, obraża – feminizm mierzy się od dekad. Także w pornografii. W latach 80. doprowadziło to feminizm do żądań całkowitego jej zakazania. Jak pisała wtedy Andrea Dworkin, pornografia to jedna z głównych przyczyn dyskryminacji kobiet.

Dziś o wiele bardziej popularny okazuje się ruch proseksualny, który twierdzi, że dostęp do pornografii jest prawem każdej jednostki. Należy jedynie zastanawiać się nad tym, jaka ta pornografia ma być. Ukuty więc został termin „pornografia dla kobiet”, tak kreującej postacie kobiece, by ich pożądanie wynikało z relacji, a nie wyłącznie z samego aktu seksualnego. W miejsce „ginekologicznej pornografii” ma się pojawić erotyzm. Porno dla kobiet wyszło z założenia, że kobiety potrzebują seksu w stylu serii filmów Emmanuelle, miłego i lekkiego.

Jak się jednak okazuje, współczesne kobiety pragną również seksu bardziej niegrzecznego. Takiego jak z Pięćdziesięciu twarzy Greya, książki E.L James, a także filmu pod tym samym tytułem. Jedni uznają ten fenomen za największą katastrofę, jaka mogła się przydarzyć feminizmowi, a inni za dowód na to, jak wiele feministki osiągnęły. Na pewno reakcyjne jest w tym tytule to, że bohaterka zakochuje się w draniu, nawraca go, poślubia i rodzi mu dziecko. Opowieść stara jak świat. Nowe jest jednak to, że struktura tego romansu nie ma po prostu patriarchalnego charakteru, ale sadomasochistyczny, a sadomasochizm to nie tylko teatr patriarchatu, w którym role płciowe i społeczne są brane w nawias – pozycja siły może być pozycją słabości i odwrotnie.

Istnieje obawa, że feminizm może się łatwo zmienić w modowy trend, który odziera to pojęcie z mocy i zmienia je w kolejny gadżet, o takiej samej wartości symbolicznej jak moda na kropki czy kolor niebieski

Sadomasochizm byłby więc przepustką do opowieści o kobietach i mężczyznach, którzy na nowo muszą wymyślać, co to znaczy być kobietą i mężczyzną w związku. Tak sugeruje Eva Illouz w eseju Hardkorowy romans. „Pięćdziesiąt twarzy Greya”, bestsellery i społeczeństwo.

Linda