Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po dyżurze - Carol Marinelli

 

Siedział w szpitalu do wieczora, a potem przyszedł do tego baru, gdzie światło było zbyt jaskrawe, rozmowy zbyt głośne, wino za kwaśne, i zły był na siebie, że tęskni za Arabellą. Jak mógł tęsknić za kimś, kogo nie lubił? Zły był na nią, że dzisiaj zadzwoni, i na siebie, że znowu ogarnie go pokusa, aby do niej wrócić. Czy nie powinien już o niej zapomnieć? I wtedy zobaczył Bridgette...

Opinie o ebooku Po dyżurze - Carol Marinelli

Fragment ebooka Po dyżurze - Carol Marinelli

Carol Marinelli

Po dyżurze

Tłumaczenie: Krystyna

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Jesteś na jej każde zawołanie. Urządzamy dziś z Vince’em spotkanie pożegnalne, a ty nie chcesz przyjść, bo twoja siostrzyczka może potrzebować niańki.

Bridgette nie wiedziała, jak odpowiedzieć na ten zarzut. W końcu Jasmine miała rację.

– Wiesz, że to nie jest takie proste.

– A właśnie że jest.

Tolerancja Jasmine najwyraźniej się wyczerpała. Jej chłopak, Vince, lekarz stażysta na oddziale pediatrycznym szpitala w Melbourne, tego samego, w którym Bridgette do niedawna pracowała, wyjeżdżał na rok za granicę na misję humanitarną. Jasmine w ostatniej chwili zdecydowała się do niego dołączyć i właśnie dzisiaj wieczorem zbierało się grono znajomych i przyjaciół, by ich pożegnać.

– Wszystko poświęciłaś dla Courtney, zrezygnowałaś z pracy, którą kochasz, i zarejestrowałaś się w agencji, aby nie być związana sztywnymi godzinami dyżurów. Zrobiłaś, co mogłaś, żeby ją wspierać i zobacz, jak teraz wygląda twoje życie. – Jasmine zdawała sobie sprawę, że zbyt ostro krytykuje przyjaciółkę, lecz chciała wstrząsnąć Bridgette, doprowadzić ją nawet do łez, zmusić, by nareszcie spojrzała prawdzie w oczy.

Przecież dalej tak żyć nie można, coś z tym trzeba zrobić. Bridgette jednak nie zapłakała nad swoim losem, tylko z uporem powtarzała, że daje sobie radę, że praca w agencji jej odpowiada i że uwielbia zajmować się synkiem Courtney, Harrym.

– Skoro wszystko idzie tak świetnie, jak twierdzisz – Jasmine zmieniła taktykę – to chyba możesz sobie pozwolić na pierwszy od miesięcy wolny wieczór, nie? Bardzo mi zależy na tym, żebyś była. Wszyscy chcemy się z tobą spotkać. Przyjdą...

Bridgette już chciała zapytać: „a jeśli coś się stanie...”, lecz ugryzła się w język. Właściwie zmęczył ją ustawiczny lęk, że coś się stanie.

– Przestań się zasłaniać Harrym. – Jasmine nie dawała za wygraną.

– Nie zasłaniam się.

– Zasłaniasz. Wiem, że zostałaś bardzo zraniona, ale musisz zostawić przeszłość za sobą.

Zabolało. Bridgette rzeczywiście używała Harry’ego jako pretekstu, by nie przyjść.

Wzięła głęboki oddech i kiwnęła głową.

– Dobrze. Wygrałaś.

– To znaczy, że będziesz?

– Na to wygląda.

Więc zamiast siedzieć w domu, Bridgette poszła do fryzjera i dla ożywienia mysich jasnych włosów zafundowała sobie ciemne pasemka, dzięki którym jej cera zdawała się jaśniejsza, a szare oczy ciemniejsze. Za namową Jasmine zdecydowała się również na depilację woskiem i manikiur. Udało jej się też zrobić zakupy.

– Koniecznie muszę tu posprzątać – mruknęła Bridgette, szukając butów na obcasach. Dawniej miała wszystko na swoim miejscu, lecz kiedy urodził się Harry, Courtney na pewien czas się do niej wprowadziła. Mieszkali w trójkę, a czasami w czwórkę, bo przecież był jeszcze Paul. Od tamtej pory nie udało jej się doprowadzić mieszkania do porządku. Życia osobistego również nie. Spojrzała na kartony z półkami, które kupiła w sklepie internetowym.

– Chciałabym już mieć ten regał. Tata obiecał mi go zmontować, ale...

Jasmine w porę ugryzła się w język. Od miesięcy słyszała tę samą śpiewkę. Uznała jednak, że dzisiaj nie jest odpowiedni moment na krytykowanie Betty i Maurice’a Joyce’ów, chociaż jej zdaniem byli najbardziej nieuczynnymi i niezaradnymi ludźmi na świecie. Zachowywali się tak, jakby nie dostrzegali, że ich młodsza córka zagmatwała sobie życie, i oczekiwali, że Bridgette wszystkim się zajmie.

– Jak się w tym czujesz? – zapytała natomiast, kiedy Bridgette, wystrojona w nową kreację, w sandałkach na wysokim obcasie, uczesana i umalowana, przeglądała się w lustrze.

– Jak dwudziestosześciolatka.

Bridgette z zadowoleniem uśmiechnęła się do swojego odbicia. Zamiast znużonej kobiety patrzyła na nią atrakcyjna dziewczyna. Metamorfozę zawdzięczała srebrnej sukience, która cudownie podkreślała jej kobiecą figurę, i nowemu podkładowi, który maskował oznaki zmęczenia.

– I singielka – uszczypliwie dodała Jasmine.

– Nowy związek jest ostatnią rzeczą na świecie, jakiej teraz pragnę.

– Nie musi od razu być związek – zastrzegła Jasmine. – Chociaż znając ciebie, wiem, że musi. – Bacznie przyjrzała się przyjaciółce. – Paul to ostatni drań, wiesz o tym, prawda?

– Wiem.

– Zawsze lepiej przekonać się o tym wcześniej niż później.

– To też wiem – szorstko ucięła Bridgette.

Nie chciała rozmawiać o Paulu, nie chciała nawet o nim myśleć. Na szczęście głowę Jasmine już zaprzątało coś innego.

– Ciekawa jestem, czy Dominic się zjawi – zaczęła. – Jest obłędnie seksowny...

Chociaż Jasmine była szczęśliwa z Vince’em, nie potrafiła nie zachwycać się Dominikiem Mansfieldem, pediatrą na zastępstwie w ich szpitalu.

– Nie podniecaj się. Za kilka dni lecisz z narzeczonym do Afryki – przypomniała jej Bridgette.

– Ale popatrzeć mogę – odcięła się Jasmine i westchnęła. – Przyznam ci się, że oczu od niego oderwać nie można. Jest boski. Mógłby grać w filmie. Zakręć się koło niego.

– Z tego, co mi opowiadałaś, wynika, że nie lubi wiązać się na dłużej.

– Wiem, że zanim przyjechał do Melbourne, był zaręczony. Ale do ciebie by nie pasował. Prawie się nie odzywa. Właściwie zachowuje się bardzo arogancko. – Jasmine zamyśliła się. – Zostawmy go, zajmijmy się tobą. Popatrz na siebie. – Uśmiechnęła się do odbicia Bridgette w lustrze. – Szykowna, samotna, bez zobowiązań... Masz prawo się zabawić.

Sęk w tym, że Bridgette miała zobowiązania, chociaż nikt tego nie potrafił zrozumieć. To przez owe zobowiązania dwukrotnie sprawdzała, czy do torebki na pewno włożyła telefon komórkowy. I nie czuła się całkiem jak singielka, bardziej jak samotna matka, której dziecko pojechało w odwiedziny do ojca. Courtney i Harry mieszkali u niej rok i nie skończyło się to dobrze. Stosunki między siostrami układały się fatalnie, niemniej Bridgette często zabierała chłopca do siebie. Brakowało jej go dzisiaj.

Tłumaczyła jednak sobie, że Harry nie jest jej dzieckiem i nie powinna za nim tęsknić.

Miło było zobaczyć dawnych znajomych i dowiedzieć się, co u nich słychać. Goście złożyli się na drinki, popełnili jednak błąd, pozwalając Jasmine wybrać wino, a ona postawiła na ilość, nie na jakość. Bridgette wypiła łyk i mimo że nie uważała się za koneserkę, ograniczyła się do jednego kieliszka.

– Kiedy do nas wrócisz? – pytały koleżanki.

– Jeszcze nie wiem – odpowiadała. – Mam nadzieję, że wkrótce.

Właściwie dobrze się czuła w ich gronie, chociaż inaczej niż dawniej. Już nie należała do paczki.

Nie miała pojęcia, o kim mówią, gdy plotkowały o jakiejś Ricie, która dyrygowała wszystkimi przy porodach i miała nieprzyjemny, skrzekliwy głos. Nic również nie wiedziała o dramatycznych chwilach, jakie cały zespół przeżywał w zeszłym tygodniu.

Dyskretnie wyjęła z torebki komórkę i zerknęła na wyświetlacz. Z ulgą stwierdziła, że nikt nie dzwonił. Mogła dobrze się bawić, lecz straciła ochotę.

Nie była już położną, w najlepszym wypadku tylko od czasu do czasu odbierała poród. Pracowała tam, gdzie wysyłała ją agencja. Właśnie zamierzała niepostrzeżenie wyjść, kiedy zjawili się nowi goście i Jasmine nalegała, że musi jej ich przedstawić.

– To jest Rita, nasza nowa siostra oddziałowa. Rito, to Bridgette Joyce, która z nami pracowała. Namawiamy ją wszyscy do powrotu. A to jest... – Bridgette podniosła wzrok i napotkała głębokie spojrzenie czarnych oczu. Mężczyzna wyróżniał się z tłumu i w tym trochę tandetnym barze sprawiał wrażenie przybysza z innej planety. Był wysoki, szczupły, ubrany w czarne spodnie i dopasowaną białą koszulę. Miał regularne rysy twarzy i czarne, niezbyt krótko ostrzyżone włosy. Jasmine nie przesadzała, był bardzo atrakcyjny. – To jest Dominic, nasz pediatra.

Nie wyglądał na pediatrę. Bridgette wiedziała, że nie powinna przypinać ludziom etykietek, lecz gdy Dominic skinął jej głową i powiedział coś zdawkowo na powitanie, pomyślała, że wcale nie sprawia wrażenia mężczyzny przyzwyczajonego do obcowania z dziećmi. Jasmine miała rację, mógłby występować w serialu, grając lekarza albo... Tak, raczej chirurga plastycznego prowadzącego ekskluzywną prywatną klinikę.

– Bridgette? Napijesz się jeszcze?

– Nie, dziękuję. Ja...

Chciała powiedzieć, że właśnie wychodzi, lecz Jasmine nie dopuściła jej do głosu.

– Nie musisz płacić za drinki – zwróciła się do Dominica. – Wina jest pod dostatkiem. – Nalała dwa kieliszki, jeden wręczyła Dominicowi, drugi Bridgette. – Wypijmy.

Bridgette musiała przyznać, że Dominic był bardzo dobrze wychowany. Podziękował, wypił łyk cienkusza i nawet się nie skrzywił. Bridgette umoczyła usta w swoim kieliszku, a wtedy ich spojrzenia się spotkały. Uśmiechnęli się do siebie nieznacznie.

– Cieszę się, że udało ci się przyjść – rzekł Vince, podchodząc. – Wiem, że mieliście trudny dzień.

Dominic kiwnął głową, lecz nie podjął tematu.

– Kiedy wylatujecie? – zapytał natomiast.

– W poniedziałek wieczorem – odparł Vince i dodał kilka informacji na temat misji humanitarnej, w której bierze udział.

– Życzę powodzenia.

Rzeczywiście nie jest rozmowny, pomyślała Bridgette. Tymczasem Jasmine odciągnęła Vince’a na bok, zostawiając ich samych.

– Ostrożnie – uprzedziła Bridgette, kiedy Dominic podniósł kieliszek do ust. – Pamiętaj, że to ocet.

Cień uśmiechu przemknął po twarzy Dominica.

– Masz ochotę na coś innego? – zapytał.

– Nie, nie... – Ale gafa! Przecież nie napraszam się o drinka! – Jasmine byłoby przykro. Więc pracujesz w tym samym szpitalu co wszyscy, tak? – zapytała, aby jakoś rozpocząć rozmowę.

– Tylko w zastępstwie. Za dwa tygodnie obejmuję etat konsultanta w Sydney.

Nazwa szpitala, jaką wymienił, robiła wrażenie i Bridgette doszła do wniosku, że właśnie o to mu chodziło.

– Masz w Sydney rodzinę?

– Tak – odparł krótko. – A ty pracujesz na położniczym?

– Pracowałam, ale pół roku temu odeszłam. Zarejestrowałam się w agencji...

– Dlaczego?

Było to bardzo bezpośrednie pytanie i Bridgette, zaskoczona, nie bardzo wiedziała, co odpowiedzieć.

– Bardziej elastyczne godziny, więcej pieniędzy... – To wszystko była prawda, lecz nie cała. Bridgette bardzo tęskniła za szpitalem. Uwielbiała pracę na pediatrii, a teraz szła tam, gdzie wysyłała ją agencja, do domów opieki, na oddział chorób kręgosłupa, nawet na oddział psychiatryczny. Kończyła zadanie i wychodziła. Lecz Dominic nie musi wysłuchiwać jej zwierzeń, więc przywołała na twarz miły uśmiech i dokończyła: – I w sobotę wieczorem mogę się gdzieś wypuścić.

Gdy tylko wypowiedziała te słowa, natychmiast zapragnęła je cofnąć.

– Rozumiem. Same korzyści – odezwał się Dominic, a Bridgette mogłaby przysiąc, że spojrzał na jej dłoń trzymającą kieliszek. Aż zakręciło się jej w głowie, kiedy sobie uświadomiła, że szuka na jej palcu obrączki. – Szczególnie jeśli ktoś ma małe dzieci.

– Nie o to chodzi – wykrztusiła.

Dominic patrzył na nią tak, jak ona patrzyłaby na parę butów na wystawie sklepowej i dokonywała w myśli oceny: obcas za niski albo za wysoki, kolor ładny, szkoda, że mają kokardkę. Nie nadaję się, chciała mu powiedzieć. Jestem równie nieciekawa jak sznurowane półbuty.

– Nie masz dzieci?

– Nie. – Czuła, że gdyby napomknęła Dominicowi o Harrym, na pewno by się rozpłakała. Oczami wyobraźni widziała, jak na przystojnej twarzy Dominica pojawia się grymas znudzenia, gdy szykowna dziewczyna zaczyna mu się zwierzać, że siłą się powstrzymuje, by nie wyciągnąć z torebki komórki i nie sprawdzić, czy Courtney dzwoniła albo przysłała esemesa. W tej chwili Bridgette najchętniej pojechałaby pod dom, gdzie jej młodsza siostra mieszkała z przyjaciółką, sprawdzić, czy nie odbywa się tam jakaś szalona impreza. Zaczęła się gorączkowo zastanawiać, jak zmienić temat, i oczywiście znowu popełniła gafę. – Przykro mi, że mieliście ciężki dzień.

Zobaczyła, jak Dominicowi tężeją mięśnie twarzy, i zrozumiała, że była to najgłupsza rzecz, jaką mogła powiedzieć, na dodatek sztucznie wesołym i beztroskim tonem. Dominic skwitował jej uwagę takim samym szybkim kiwnięciem głową jak wtedy, gdy Vince wspomniał o kłopotach w szpitalu, przeprosił i się oddalił.

Jasmine błyskawicznie znalazła się u boku przyjaciółki.

– Strasznie długo rozmawialiście!

– Dwie minuty.

– Jak na niego to długo. – Jasmine zniżyła głos. – On się prawie do nikogo nie odzywa.

– Daj spokój! Zostałam poddana ocenie, czy nadaję się na towarzyszkę na jedną noc. Wypytywał, czy mam dzieci. Może bał się, że mam rozstępy? Bezwstydnik.

Jasmine wybuchnęła śmiechem. Bridgette też się roześmiała. Dawno tak dobrze się nie czuła. Teraz cieszyła się, że przyszła na przyjęcie Jasmine, która bardzo jej pomogła w trudnym okresie życia. Przyjaciółki zaczęły żartować z Dominica podrywacza i chichocząc, prześcigały się w domysłach na temat jego luksusowej garsoniery – koniecznie w centrum miasta i koniecznie z białym dywanem, na którym zaznaje rozkoszy z kolejnymi partnerkami.

Dominic słyszał ich śmiechy. Kolega, z którym rozmawiał, również wyrażał mu współczucie z powodu złego dnia w pracy. Wolałby, żeby ludzie po prostu nic nie mówili. Wolałby zapomnieć.

To był... Szukał najlepszego określenia, lecz wiedział, że gdyby głośno powiedział słowo, jakie przychodziło mu na myśl, wyproszono by go z lokalu. Co nie byłoby nawet takie bardzo nieprzyjemne, chociaż...

Wypił łyk wina i się skrzywił.

Nienawidził swojej pracy. Był świetnym specjalistą. Nienawidził tego, co robił. Uwielbiał to.

Bawił się w myślach w ten słowny ping-pong, odbijał piłeczkę, która za każdym uderzeniem pękała.

Bardzo by chciał mieć dzisiaj do dyspozycji twardą piłkę, która odbijałaby się czysto po każdym uderzeniu, która nie wgniotłaby się, nawet gdyby walił w nią młotkiem. Chciałby być lekarzem, który potrafi udzielać lepszych odpowiedzi.

Dzisiaj wypadki toczyły się błyskawicznie. Można było powiedzieć, że był świadkiem efektu domina. Robił wszystko, co w jego mocy, by zatrzymać kostki, lecz one padały jedna na drugą coraz szybciej i już wiedział, co nastąpi. Był z tą świadomością zupełnie sam.

– Gdzie życie, tam i nadzieja – pocieszano go nieraz.

– Nie – chciał odpowiedzieć, gdy patrzył na nowe wyniki badania krwi i widział, jak trucizna zabija maleńki organizm noworodka.

– Jest nadzieja? – błagalnym tonem pytali rodzice, a on z kamienną twarzą oznajmiał im tragiczną wiadomość.

Kochał nadzieję, pragnął mieć nadzieję, gorączkowo jej dzisiaj poszukiwał. I to on pierwszy wiedział, kiedy nadzieja umarła. Tak, to był parszywy dzień.

Siedział z rodzicami do dziesiątej wieczorem, a potem przyszedł do tego baru, gdzie światło było zbyt jaskrawe, rozmowy zbyt głośne, wino za kwaśne i zły był na siebie, że tęskni za Arabellą. Jak mógł tęsknić za kimś, kogo nie lubił? Zły był na nią, że dzisiaj zadzwoni, i na siebie, że znowu ogarnie go pokusa, aby do niej wrócić. Czy nie powinien już o niej zapomnieć? A może to wszystko przez to, że miał zły dzień? Z Arabellą nigdy nie rozmawiali o pracy. Owszem, omawiali perspektywy przyszłej kariery, ale nie dyskutowali o trudnych problemach, jakie w ich zawodzie pojawiają się każdego dnia. Nigdy nie rozmawiali o takich zdarzeniach jak dzisiejsze.

I wtedy zobaczył Bridgette. W srebrnej sukience, z szerokim uśmiechem, pięknymi zadbanymi dłońmi, lśniącymi włosami. Gdy zamienił z nią kilka zdań, wiedział, że atrakcyjny wygląd to pozory, pod którymi kryje się skomplikowana osobowość. Dzisiaj nie miał jednak ochoty jej poznawać. Dzisiaj przerastałoby to jego siły. Sprawdził, czy nosi obrączkę.

Nikt nie rozumiał, dlaczego Dominic wolał kobiety zamężne. Zamężne kobiety nie są tak skomplikowane. Zamężne kobiety przestrzegają reguł gry, bo mają znacznie więcej do stracenia niż on.

Bridgette zaś była skomplikowana. Znał się na kobietach i przejrzał ją na wylot. W szarych oczach dostrzegł czający się ból i odgadł, ile wysiłku kosztował ją promienny uśmiech. Była skomplikowana, a jemu komplikacje wcale nie były potrzebne. Niemniej, szukając na jej palcu obrączki, zauważył bardzo jasną karnację i drobne piegi i mimowolnie zaczął sobie wyobrażać, w którym miejscu się kończą.

W ogóle za dużo sobie wyobrażał i dlatego przeprosił ją i odszedł. Od czasu do czasu jednak ulegał pokusie i zerkał w stronę, skąd dobiegał śmiech Bridgette. Widocznie na skutek zmęczenia jego instynkt samozachowawczy działał na zwolnionych obrotach.

– Och, Dominic... – Obejrzał się i zobaczył ładną blondynkę, pielęgniarkę z bloku operacyjnego, której mąż był w ciągłych rozjazdach. – Świetnie, że jesteś. – W niebieskich oczach widział zachętę, na palcu obrączkę, na ramieniu sztuczną opaleniznę. – Właśnie skończyłam dyżur. Już myślałam, że nie zdążę.

– Pracujesz jutro? – zapytał ktoś z boku.

– Nie. I weekend też mam dla siebie. Geoff wyjechał.

Blondynka znowu spojrzała na Dominica. Ich oczy spotkały się. Dominic podniósł kieliszek do ust, lecz przypomniał sobie, jaki podły smak ma wino, i opuścił rękę. Odeszła mu ochota i na kwaśne wino, i na sztuczną opaleniznę.

I właśnie wtedy usłyszał nowy wybuch śmiechu Bridgette. Wewnętrzny głos ostrzegał go, aby się miał na baczności, lecz go zignorował. Uznał, że się pomylił w ocenie tej kobiety. Wiedział, że znajomość z Bridgette oznacza szansę na przynajmniej chwilową ucieczkę od rzeczywistości.

– Idziemy teraz wszyscy coś zjeść – rzekł Vince.

Objął Jasmine, zaczęli się całować. Bridgette udawała, że jej to nie krępuje. Właściwie nie musiała udawać, bo po rozmowie z przyjaciółką czuła się znacznie lepiej. Dawno tak się nie uśmiała.

Nagle kelnerka wręczyła jej kieliszek.

– To dla mnie? – zdziwiła się Bridgette.

– Tamten pan – dziewczyna ruchem głowy wskazała Dominica – prosił, aby pani była dyskretna.

Bridgette podniosła głowę i napotkała wyczekujące spojrzenie czarnych oczu.

Gdyby miała chorągiewki sygnalizacyjne, wysłałaby wiadomość, że nie jest dla niego odpowiednią partnerką. Że z Paulem poszła do łóżka dopiero po kilku tygodniach znajomości, a on zostaje w Melbourne jeszcze zaledwie dwa. Że zdaniem Paula nie jest dobrą kochanką, że...

Nawet gdyby miała chorągiewki, nie wiedziałaby, jak ich użyć. W geście toastu podniosła kieliszek do ust. Wino było schłodzone i na pewno drogie. Smakowało wybornie.

Bridgette poczuła, że się czerwieni. Odwróciła wzrok, spojrzała na Jasmine, która poruszała wargami. Powoli zaczęło do niej docierać, że przyjaciółka namawia ją, by poszła z całą paczką do meksykańskiej restauracji.

– Nie obraź się – powiedziała – ale...

– Nie tłumacz się – wtrąciła Jasmine. – Cieszę się, że w ogóle wyrwałaś się z domu.

Ona też się cieszyła, lecz chciała uciec przed Dominikiem, który wyraźnie z nią flirtował. Myślał, że pracuje w agencji po to, by mieć więcej czasu i pieniędzy i móc się w sobotę zabawić. Gdyby znał prawdę!

Niemniej był bardzo miły. Nie, miły to złe słowo. Raczej seksowny i niebezpieczny.

W tej samej chwili Dominic zbliżył się do nich i przez ułamek sekundy Bridgette zdawało się, że ją obejmie i pocałuje. Bezceremonialnie, przy wszystkich.

Wiedziała, że gdyby to zrobił, oddałaby mu pocałunek. I dlatego uznała, że bezpieczniej będzie wyjść. Podziękuje za wino, powie, że nie jest głodna, chwyci torebkę i ucieknie jak najdalej stąd.

– Zobaczymy się w poniedziałek – odezwała się do Jasmine.

– Pomożesz mi się pakować.

Teraz wszyscy skierowali się do pobliskiej meksykańskiej restauracji. Powietrze, mimo przelotnego deszczu, nadal było parne i duszne. Bridgette zaczęła rozglądać się za taksówką.

– Na pewno nie masz ochoty nic zjeść? – zapytał Dominic.

Powinna odpowiedzieć, że na pewno nie ma ochoty i odejść. Nie lubiła meksykańskiej kuchni. Ale Dominic był taki atrakcyjny, a ona tak dawno z nikim nie flirtowała! Poza tym miała dwadzieścia sześć lat i może trochę jej pochlebiało, że taki przystojny facet zwrócił na nią uwagę. Na dodatek przed chwilą sprawdziła komórkę i nie było żadnej wiadomości od siostry, więc wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się promiennie.

– Wiesz, właściwie mam.

– To dobrze – odparł i ku jej zdziwieniu zaczął się żegnać z Jasmine i Vince’em. Tymczasem całe towarzystwo zniknęło w restauracji i na chodniku zostali tylko oni dwoje. – Jedźmy gdzieś, gdzie nas nakarmią.

– Myślałam... – zaczęła Bridgette, lecz nie dokończyła, bo Dominic wyjął kluczyki do samochodu i nacisnął przycisk pilota. Błysnęły światła luksusowego auta.

Bridgette ponownie sprawdziła komórkę. Żadnej wiadomości. Rydwan czekał. Wsiadła. Dominic podszedł do drzwi od strony kierowcy. Nigdy czegoś podobnego nie zrobiła. Nigdy.

Jechali przez miasto. Dominic włączył klimatyzację. Och, jak przyjemnie poczuć powiew chłodnego powietrza na policzkach!

Milczeli. Nagle ciszę przerwał dzwonek telefonu. Bridgette zerknęła na komórkę umieszczoną w uchwycie na desce rozdzielczej. Arabella, mignęło na wyświetlaczu. Dominic przewrócił oczami.

– Należało się tego spodziewać – mruknął.

– Słucham?

– Sentymentalna rozmowa w sobotni wieczór. „Tęsknię, to było nieporozumienie, nie chciałam”...

Wyświetlacz zgasł.

– Twoja była dziewczyna?

– Tak. – Dominic uśmiechnął się szelmowsko. – Jeśli jeszcze raz zadzwoni, możesz odebrać. Powiedz, że jesteśmy w łóżku. Może da mi spokój.

– Nie! – zaprotestowała. – Ja się do takich rzeczy nie nadaję. – Ani do kłamstwa, ani do łóżka, pomyślała. – To był poważny związek? – zapytała.

Przypomniała sobie, co Jasmine mówiła jej o zaręczynach.

– Byliśmy zaręczeni. Całe cztery tygodnie.

Dominic zdjął nogę z gazu, gdy zorientował się, że jedzie zbyt szybko. Nienawidził tych telefonów, nienawidził siebie za to, że czasami chce odebrać i wrócić do dawnego życia. I skończyć tak jak rodzice, pomyślał.

Jako nastolatek przeżył ich burzliwy rozwód, widział, jak idealna rodzina rozpada się i nie miał najmniejszego zamiaru iść w ślady matki i ojca. Znajomość z Arabellą rozwijała się powoli. Byli ze sobą dwa lata i sądził, że dokonał właściwego wyboru, że znalazł kobietę piękną, ambitną, myślącą o karierze zawodowej, a nie o dzieciach. Później się przekonał, że w dążeniu do perfekcji Arabella nie godzi się na żadne ustępstwa.

– Jedziesz za szybko. – Głos Bridgette przywrócił go do rzeczywistości. – Nie jestem dobrą pasażerką. Lubię przestrzegać przepisów.

Dominic zwolnił. Samochód sunął po mokrych ulicach, w końcu zatrzymał się na parkingu przed Centrum Sztuki. Elegancko ubrani ludzie właśnie wychodzili z teatrów i szli na późną kolację. Bridgette cieszyła się, że w swojej srebrnej sukience nie odstaje od nich. Nie pamiętała, kiedy ostatni raz tu była.

Nagle znalazła się w restauracji tuż nad wodą. Siedziała przy oknie, przy stoliku ze srebrną zastawą, przy zapalonych świecach, w rękach trzymała pięknie oprawione menu. Naprzeciw niej siedział mężczyzna, który był zagadką.

Kiedy w samochodzie namawiał ją, aby poinformowała byłą narzeczoną, że są w łóżku, oczywiście żartował, ale czy do końca? Wiedziała, że nie.

– Co chciałabyś zjeść?

Nie była głodna, lecz przejrzała kartę dań, szukając czegoś, na co miałaby ochotę.

– Właściwie to ja... – zaczęła i urwała. Powinna już teraz powiedzieć Dominicowi, że ten wieczór nie skończy się według z góry założonego przez niego scenariusza. – Nie jestem głodna.

– Możemy zjeść tylko deser i wypić kawę.

– Wolałabym sery.

– Czyli