Wydawca: Wydawnictwo M Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 282 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Po drugiej stronie - Michael H. Brown

Po drugiej stronie stanowi próbę odpowiedzi na jedno z najbardziej nurtujących  człowieka PYTAŃ: co dzieje się z nami po śmierci?


Jest zapisem świadectw osób, które doświadczyły „przejścia na drugą stronę”.
Ich autentyczny przekaz  może  odmienić nasze życie i uczynić go lepszym, a przede wszystkim możemy lepiej zrozumieć wszechogarniającą miłość Boga.
W obliczu spraw ostatecznych: śmierci i życia wiecznego, nieba, piekła, czyśćca zupełnie inaczej spojrzymy na nasze życie i postępowanie.

***

Michael H. Brown były dziennikarz śledczy, autor ponad dwudziestu książek, w tym bestsellerów takich jak: The Final Hour oraz After Life. Pojawił się w wielu programach telewizyjnych i audycjach radiowych jako ekspert, wypowiadając się na tematy, którymi zajmuje się w swoich książkach.
Jest współautorem wielu publikacji, począwszy od Reader’s Digest po The Atlantic Monthly. Mieszka w Palm Coast na Florydzie z żoną Lisą i trojgiem dzieci. Jest dyrektorem katolickiego portalu informacyjnego Spirit Daily.

Opinie o ebooku Po drugiej stronie - Michael H. Brown

Fragment ebooka Po drugiej stronie - Michael H. Brown

Strona redakcyjna

Tytuł oryginału:

The Other Side

Redaktor:

Maria Wolańczyk

Korekta:

Aneta Tkaczyk

Konsultacja tłumaczenia:

Julia Arciszewska

© Copyright by Michael H. Brown

© Copyright for the Polish edition by Wydawnictwo M, Kraków 2013

ISBN 978-83-7595-707-5

Wydawnictwo M

31-002 Kraków, ul. Kanonicza 11

tel. 12-431-25-50, fax 12-431-25-75

e-mail:mwydawnictwo@mwydawnictwo.pl

www.wydawnictwom.pl

Publikację elektroniczną przygotował:

Moim Dzieciom

Od wydawcy

Każdy z nas wie, że umrze. Nie każdy jednak przekroczy próg śmierci, by następnie — zamiast rozpocząć życie wieczne — powrócić do swojej ziemskiej codzienności. Na tym właśnie polega niezwykłe doświadczenie tak zwanej śmierci klinicznej. Ci, którzy przez nią przeszli, składają niesamowite świadectwa. To oni są bohaterami publikacji amerykańskiego dziennikarza śledczego Michaela H. Browna. Brown jest katolikiem zaangażowanym w życie Kościoła, w swojej książce zaś oddaje głos przedstawicielom różnych wyznań: katolikom, protestantom, żydom, muzułmanom, buddystom, hinduistom, a nawet agnostykom. Autor wprowadził też inny rodzaj bohaterów — są nimi chrześcijańscy święci, którzy na przestrzeni wieków, doświadczając mistycznych przeżyć, pozostawili na ich temat liczne świadectwa zadziwiająco podobne do tych, które opisują coś, co dziś określamy śmiercią kliniczną.

Śmierć kliniczna budzi duże kontrowersje na wielu płaszczyznach, a jednocześnie bywa dość jednogłośnie kwestionowana jako doświadczenie odsłaniające przed człowiekiem jakiś rodzaj prawdy. Przede wszystkim — jako stan przeżywany całkowicie indywidualnie i następnie całkowicie subiektywnie relacjonowany — nie podlega ona zewnętrznej weryfikacji. Dlatego publiczne mówienie o niej pozostaje wyłącznie na poziomie świadectwa. Wobec tego również Kościół katolicki nie odnosi się w żaden sposób — ani pozytywny, ani negatywny — do świadectw o śmierci klinicznej, lecz zaleca daleko idącą ostrożność w ich przyjmowaniu i powściągliwość w sądach dotyczących spraw życia wiecznego (podobnie jak w wypadku objawień prywatnych). Pisali o tym klarownie biskupi polscy do wiernych z okazji Niedzieli Biblijnej 17 kwietnia 2012 roku. Język ludzki jest narzędziem niedoskonałym, więc nie potrafi w pełni — co często obserwujemy nawet w prozaicznych sytuacjach — przekazać tego, co jest ludzkim doświadczeniem. Poza tym to, co przeznaczone było dla jednej osoby, nie musi być czymś wyjątkowym lub przemieniającym dla innej.

Pośród tych, którzy doznali śmierci klinicznej i mówią o tym głośno, można znaleźć bardzo różne osoby, także kontrowersyjne. Do takich zalicza się między innymi Gloria Polo, Kolumbijka, która przed laty została rażona piorunem i od tego czasu, przeżywszy nawrócenie pod wpływem śmierci klinicznej, składa świadectwa na temat zaświatów. Gościła ze swymi prelekcjami w niejednym kościele, także w Polsce, choć nie w Lublinie, gdzie na jej publiczne wystąpienie w świątyni nie zgodził się biskup diecezji. Słowa kobiety bywają bowiem nie w pełni zgodne z katolicką doktryną. Ale też trafiają się osoby, które swoje świadectwa składają w pokorze, z dystansem i niejako przy okazji głoszenia wiary, nie czyniąc z własnego doświadczenia centrum i osi nauczania. W gronie tych ostatnich jest też jeden z najwybitniejszych polskich teologów ksiądz profesor Wacław Hryniewicz, który opowiadał („Tygodnik Powszechny” 2011, nr 7): „Na oddziale intensywnej opieki pooperacyjnej leżałem dwa tygodnie. Przeżyłem tam doświadczenie przybliżenia się do kresu — śmierć kliniczną. Zapadałem się w ciemność, ale to była ciemność przyjazna, świetlana, dobroczynna, ciepła. To zostawia w człowieku ślad. Uczy ustosunkowywać się życzliwiej do ludzi, uodpornia na zarzuty i wszelkie przejawy małostkowości. Porządkuje się hierarchia tego, co w życiu ważne. W szpitalu jest czas na nocne medytacje, modlitwy i rozmowy. Uczyłem się głębszego nurtu życia i wdzięczności za jego dar. Mam przecież swoje lata, więc powracały do mnie różne myśli — iluż istnieniom nie dano w ogóle nacieszyć się życiem...

Dzisiaj, gdy budzę się rano, dziękuję Bogu, że mogę dalej pracować, modlić się, pomóc komuś w potrzebie. To jest ta jaśniejsza strona choroby, która uczy większej wrażliwości i mądrości”.

W prezentowanej książce Brown szeroko opisuje owe liczne wspólne cechy świadectw o śmierci klinicznej pochodzących od różnych, w żaden sposób niezwiązanych ze sobą ludzi. Czy ta zadziwiająca zbieżność w przedstawianiu poszczególnych elementów może pozostawić człowieka obojętnym? Oczywiście nie. Wręcz przeciwnie — im bardziej śmierć kliniczna okazuje się doświadczeniem uniwersalnym, które nie łączy się z określoną sytuacją życiową, zasobem wiedzy czy osobistą kondycją duchową bohaterów, tym większą budzi ciekawość, skłaniając przy okazji do dogłębnej, ale i krytycznej refleksji.

Niniejsza publikacja może stać się przewodnikiem po meandrach tego skomplikowanego zagadnienia, jakim jest śmierć kliniczna. Może pomóc w zrozumieniu jej fenomenu, a to za sprawą opisanych w niej historii ludzi nam współczesnych oraz postaci z historii Kościoła katolickiego i innych wyznań czy w ogóle spoza przestrzeni wiary. Tak jak każdy człowiek ma pełne prawo do własnego osądu poszczególnych świadectw dotyczących śmierci klinicznej (i może je traktować na przykład w kategoriach czysto mistycznych, bądź przeciwnie — wyłącznie biologicznych), tak też każdy musi wziąć pod uwagę jeszcze jeden aspekt doświadczenia przekroczenia progu śmierci i powrotu do normalnego życia — tym aspektem jest wewnętrzna i zewnętrzna przemiana, do jakiej dochodzi w życiu człowieka.

To przede wszystkim o tych dalekosiężnych skutkach przejścia przez śmierć kliniczną opowiada Brown, gdy prezentuje losy swoich bohaterów. Gdy je poznajemy, na myśl przychodzi ewangeliczna rada: „po owocach ich poznacie”, którą należy potraktować bardzo poważnie. Tak właśnie czyni Autor i tak powinien uczynić Czytelnik. Co to jednak oznacza w praktyce? Przesłanie, jakie wyłania się z kart książki Browna, jest klarowne: żyjąc pełnią życia, pamiętaj o śmierci. W perspektywie własnej śmierci wszystko, co robimy, zyskuje nowy, właściwy sens i nabiera całkiem innego znaczenia.

Nie musimy sami przechodzić przez śmierć kliniczną, by zrozumieć, jaką rolę ma ona do odegrania w życiu człowieka — jest to najbardziej dosadne przypomnienie o tym, co naprawdę liczy się w życiu. Tym, co liczy się w życiu chrześcijanina, jest nade wszystko wiara, czyli osobista relacja człowieka z Jezusem Chrystusem. W tym ujęciu śmierć jest niczym więcej jak kładką, przez którą trzeba przejść, by osiągnąć nową, niemożliwą dotąd bliskość z Bogiem-Miłością. Cała sztuka polega jednak na tym, by w momencie ostatniej próby utrzymać na tej kładce równowagę — w skupieniu pokonać ten niewielki, ale jak się okazuje, zasadniczy dystans.

Relacje o śmierci klinicznej, które Brown przytacza w swojej książce, mogą być dla nas niczym tyczka, która pomaga zachować balans człowiekowi chodzącemu po linie nad przepaścią. Jednak to, z czego owa „tyczka” będzie się składać — czy z wiedzy, czy z wiary, czy z emocji (a najlepiej, gdyby była ich mądrym połączeniem) — pozostaje kwestią indywidualnego wyboru. Najważniejsze jest jedno: patrząc śmierci prosto w oczy, mierząc się z nią, musimy pamiętać, że wyruszamy w drogę, którą wielu przeszło już przed nami. Zatem ów dystans — kładka, po której musimy pójść do Boga — jest do pokonania. Niech świadectwa śmierci klinicznej, tej dodatkowej szansy na przemianę, motywują nas do polepszenia naszego życia w świetle wiary.

Pomyślmy więc poważnie o ustaleniach, które poczynił Brown: „Dusza trafia w sobie właściwe miejsce. To nie Bóg wybiera nam formułę trwania w wieczności — On przystaje na nasz własny wybór. A o ile miłość jest przepustką do najwyższych poziomów Nieba, o tyle oziębłość serca jest najpoważniejszą z przeszkód, by tam się dostać”.

Rozdział 1. O rzeczywistości, która przerasta nawet najśmielsze oczekiwania

Rozdział 1

O rzeczywistości, która przerasta nawet najśmielsze oczekiwania

A to ci dopiero! Po śmierci nie czeka nas żadna nicość! Po życiu czeka nas cała wieczność!

Ta prawda rozświetla myśli takim blaskiem, że blednie przy nim wszystko, bledną nawet najboleśniejsze życiowe przejścia. Nic, ale to nic nie jest w stanie przyćmić perspektywy wieczności. A im bardziej próbujemy tę prawdę zgłębić, tym bardziej nas ona szokuje.

Każdy kiedyś wyda ostatnie tchnienie. Jednak gdy los poskąpi nam następnego oddechu, wynurzymy się z naszych ciał, rzucimy okiem na cielesną powłokę i albo zabawimy chwilę dłużej na ziemskim padole, by pokrzepić pogrążonych w smutku bliskich, albo żwawo ruszymy w stronę Światłości, której całą krasę niebawem ukażą zamieszczone tu opisy. W gęstwinie promieni powita nas sam Pan, a może powitają nas aniołowie albo nasi zmarli krewni.

Cóż innego powinno nas zachwycać niż właśnie taka perspektywa? Przecież to wieść nad wieściami. Absolutnie niepojęta.

Nie jest to żadna mrzonka. To wieść o tym, że nasze najskrytsze marzenia nie muszą się już spełniać, bo właśnie stały się rzeczywistością.

Po opuszczeniu naszego ciała, które na razie jest nam niezbędne jak odzienie na ziemi albo skafander w przestrzeni kosmicznej, rozpoczynamy nowy etap naszego życia. To niezwykłe przejście, bo prosto ze świata czterech żywiołów — powietrza, wody, ognia i prochu ziemi — nasza cielesność zanurzy się w żywioł blasku.

Przyjdzie chwila, kiedy z prędkością przekraczającą procesory generujące przestrzenie wirtualne roztoczą się przed nami nowe wymiary rzeczywistości. Wtedy nawet najszybszy sprzęt nie dorówna zawrotnemu pędowi świadomości. Nic nie zdoła spowolnić impetu naszego poznania i przeniknięcia do nowego wymiaru. Z chwilą, gdy zabłyśnie Boże światło, padną w końcu logiczne odpowiedzi na wszystkie nieustannie nurtujące nas pytania. Ogarnie nas zdziwienie, gdy spadnie zasłona z wszystkich zagadek naszego życia. Cała rzeczywistość wyzwoli się z zaszufladkowanych kategorii, w których dotychczas tkwiła. Przez myśl przemknie nam echo słów: „Aha! Nigdy bym nie pomyślał... No, oczywiście! Teraz wszystko jasne”.

Taka obfitość faktów przyniesie nie tylko poznanie wszelkiej prawdy o naszym życiu, ale zarazem zaowocuje doznaniem niewyobrażalnego szczęścia. Zagości w nas przekonanie, że w gruncie rzeczy nigdy nie przytrafiły nam się złe zdarzenia, że bolesna rzeczywistość zawsze miała Boże przyzwolenie, by mogło z niej wyniknąć dobro, a nawet jeśli sprawy wydawały się przybierać zły obrót, to i tak nad wszystkim czuwała Opatrzność. Bóg nie opuszczał nas ani na chwilę.

Z wyjątkiem tych, których czekają mroki, każdy poczuje, że oto „wrócił”, że „nareszcie jest w domu”, że właśnie tutaj jest jego „dom”. Nie ma miary, by oddać głębię tego odczucia.

Równie natychmiastowe będzie uświadomienie sobie prawdy, że ten nowy dom jest o niebo lepszy niż padół ziemski, o którym nasza Matka Kościół i cała tradycja katolicka zawsze mówiły jako o miejscu wygnania. Wszakże w najgłębszej głębi naszej natury jesteśmy istotami duchowymi, przeżywającymi doczesny żywot w ciele.

Gdy oświeceni tym blaskiem w pełni przejrzymy na oczy, wtedy nawet największe okropieństwa obozów koncentracyjnych, brzemię choroby, wypadki, nieudane związki, samotność, prześladowanie czy śmierć osób ukochanych nagle utracą swoje bolesne oblicze i znikną w bezmiarze wieczności. W jednej chwili ogarnie nas to samo dobro, które przychodzi w delikatnym szumie traw.

Odczucie takiego szczęścia zdarzy się nam po raz pierwszy.

Tam nie ma niepokoju. Wszyscy są na siebie otwarci. Dzięki tak serdecznemu nastawieniu nic nie stoi na przeszkodzie, by kaskada miłości, płynącej od osoby do osoby i z całego otoczenia, potężniała z każdą chwilą. Każde wnętrze i przestrzeń wokół nas przesycone będą taką radością i pokojem, że nawet najradośniejsze przyjęcie urodzinowe, najwspanialsze uroczystości rocznicowe, najbardziej bajeczna atmosfera Bożego Narodzenia, czy też radość z narodzin dziecka bledną przy niezwykłej codzienności, która nas czeka.

Żadnych rozczarowań.

Nawet nasza wyobraźnia jest bezsilna wobec takiej wizji. Zadziwi nas wszystko, aż po najdrobniejszy szczegół.

Nawet jeśli w historii ludzkości nie brakowało geniuszy — kompozytorów czy malarzy — nawet jeśli były to rzesze artystów na miarę Michelangela Buonarrotiego, to i tak prędzej czy później znikali z powierzchni ziemi. A tutaj ten sam duch trwa wiecznie.

Tutaj nie ma już sporów.

Nie ma też tajemnic.

Wszystkie istoty zamieszkujące to miejsce promienieją blaskiem. Pełno tu istot nam przyjaznych, o których istnieniu nie wiedzieliśmy. Z grona znajomych każdy spotka tu wszystkich, którzy nie wybrali świata ciemności. Czymś niezwykłym będzie powtórne spotkanie ze zmarłymi rodzicami i całą rodziną, od początku jej istnienia — tak liczną, że można by krewnymi zapełnić widownię stadionu. Rozlegną się brawa dla nas. Każdy z nas odkryje, że nasze życie doczesne było lepsze, niż nam się wydawało.

To nie jest stawianie zamków na piasku. To nie jest myślenie o niebieskich migdałach. To wszystko opiera się na relacjach ludzi z krwi i kości. Dopiero tam, za progiem śmierci, widać, jak wszystkie składniki rzeczywistości nierozerwalnie się przenikają. Dopiero tam ze zdziwienia tak często zapiera nam dech, że aż brak nań czasu.

Właśnie tak wygląda Niebo. Ale jest również piekło, a nie zapominajmy też o czyśćcu. Poświęcimy im wiele uwagi. Jednak pamiętajmy, że nasze wysiłki powinny skupiać się przede wszystkim na osiągnięciu tych poziomów doskonałości, które pozwolą dostąpić Nieba, by zgłębiać je przez całą wieczność.

Przy przejściu do obszaru leżącego po drugiej stronie życia doświadczamy zetknięcia się dwóch różnych wymiarów, zaś znany nam świat fizyczny staje się tylko jedną z wielorakich odmian nowej rzeczywistości, która jest dla nas niedostrzegalna, wszak w życiu ogranicza nas skromne pięć zmysłów.

Ale tam, po drugiej stronie, postrzeganie poszerzy się o wrażliwość na jeszcze inne wymiary. Nagle przed naszymi oczyma ujrzymy kolorowe strumienie, przyćmiewające swym pięknem ziemskie nurty.

Nasz umysł jest bezradny wobec wyobrażenia sobie rzeczywistości, która będzie materialna, a jednocześnie niematerialna. Czekają nas tam uczty. Jednak chociaż potrafimy sobie wyobrazić biesiadę jako taką, to na przyszłej uczcie pokarmy będą ulotne i znacznie lepsze od chleba powszedniego, a ich celem nie będzie nasycenie ciała, bo tam nie ma fizyczności. Oblicza wszystkich wokół wydadzą się młode, w kwiecie wieku, jak twarze dwudziesto- albo trzydziestolatków, a wszyscy będą okazem zdrowia. Wzajemna miłość będzie — jak tlen dla życia — jedynym pokarmem i źródłem mocy. Taki wygląd będzie udziałem każdego z nas. Czy to oznacza, że po drugiej stronie nie czeka nas pokuta? Skądże, na nią też jest miejsce. Jednak sedno przekazu sprowadza się do tego, że czeka nas tam nieopisana, niewyobrażalna radość, która nie zna końca.

Wiarygodność tych przewidywań wzmacniają niepodważalne, spójne i zbieżne ze sobą świadectwa pochodzące z różnych źródeł. Są to relacje osób, które na krótki czas przeniknęły barierę pomiędzy doczesnością a zaświatami. Mimo że reprezentowały one różne religie, wyznania czy postawy intelektualne, takie jak katolicyzm, protestantyzm, judaizm, islam, buddyzm, hinduizm czy nawet agnostycyzm, ich opisy tego fenomenu wykazują niewiarygodne podobieństwo. Oczywiście nie jest to dowód na równoważność wszystkich orientacji religijnych.

Istnieje taki świat, który zaczyna się po naszym odejściu z tego świata, a na jego określenie być może powinny być używane tylko dwa przymiotniki: „cudowny” i „fantastyczny”.

Skoro istnieje zatem świat, który zaczyna się po naszym odejściu z tego świata, to najważniejszym zadaniem w życiu każdego człowieka powinno być przygotowanie się na jego przyjście. A tam słowo „niesamowity”, które w naszej mowie jest często pustym frazesem, nie tylko odzyska pełnię swojego znaczenia, ale może nawet nie sprostać rzeczywistości.

Rozdział 2. O tym, że śmierć odmaluje prawdziwy obraz naszego życia

Rozdział 2

O tym, że śmierć odmaluje prawdziwy obraz naszego życia

W momencie śmierci staniemy twarzą w twarz z prawdą o nas samych. Ujrzymy siebie jak nigdy przedtem. Wielu pacjentów powracających z „zaświatów” przyznało, że gdy „z góry” spojrzeli na własne ciała, postrzegali je jako odrębny twór, z którym trudno im było się identyfikować. Kiedy w wyniku śmierci klinicznej nagle znaleźli się pod sufitem sypialni, oddziału intensywnej terapii czy też sali operacyjnej, uzyskali ogląd swoich „martwych” ciał z wszystkich stron jednocześnie. Niektórzy byli zdumieni, gdy dotarło do nich, że ich dotychczasowe, subiektywne wrażenia odnośnie do własnego wyglądu znacznie odbiegały od spojrzenia z zewnątrz. Dlatego może się zdarzyć, że w pierwszym momencie nie poznamy samych siebie.

Pewien mężczyzna sądził, że widzi gipsowy odlew, i nie mógł zrozumieć, dlaczego w szpitalu mieliby robić replikę jego ciała.

Ta początkowa dezorientacja zniknie, gdy niemalże natychmiast zauważymy, że to umysł oddzielił się od ciała, niczym motyl wylatujący z kokonu, a świadomość tego pozwoli nam radować się wolnością.

Ziemskie ciało, z którym dotąd się identyfikowaliśmy, teraz wyda się nam ociężałe. Może nawet przypominać znoszone, nieświeże odzienie. Poczujemy się tak lekko, że moglibyśmy latać. Faktycznie, zaczniemy poruszać się szybciej niż myśl.

Być może naokoło zobaczymy krzątający się zespół lekarzy i pielęgniarek albo bliskich stojących przy łóżku — nawet gdyby byli poza zasięgiem wzroku, na przykład w poczekalni, wciąż moglibyśmy ich zobaczyć.

Gdy nastąpi śmierć, jedną z pierwszych, a może nawet pierwszą rzeczą, która się zdarzy, będzie zmiana pozycji w stosunku do łóżka, gdzie spoczywa ciało. Z ogromnym impetem albo uniesiemy się w górę, albo zaczniemy przemieszczać się przez coś na kształt korytarza. Całe życie raz jeszcze przemknie nam przed oczami — każda minuta, od chwili narodzin, a może nawet od poczęcia.

Na szczególne podkreślenie zasługuje to, że Bóg w swoim miłosierdziu wyjawia nam prawdę o suwerenności ciała i ducha. W świetle rzekomych objawień, przekazanych przez Matkę Bożą w sławnym na cały świat Medjugorie, ci, którzy idą do Nieba, zachowują „pełną świadomość: życie wewnętrzne i świat myśli w niezmienionej ziemskiej formie”.

„W chwili śmierci uzyskujemy pełną świadomość co do odrębności ciała i duszy”.

„W chwili odwołania człowieka z życia ziemskiego do wieczności jego ciało ulega nieodwracalnemu rozkładowi. Po zmartwychwstaniu człowiek otrzyma nowe, przemienione ciało”.

To zazwyczaj pierwsze pośmiertne odkrycie: uzmysłowienie sobie, że teraz jest się już tylko duchem. To odrębna świadomość — świadomość nie tylko własnej tożsamości, lecz również postrzeganie o wiele więcej niż kiedykolwiek wcześniej.

Nowa rzeczywistość wyda się podobna, lecz choć z łatwością wszystko tam rozpoznamy, dostrzeżemy również jej odmienność. Przed całkowitym przejściem na drugą stronę otrzymamy wybór między pozostaniem na ziemi aż do czasu, kiedy ciało zostanie pogrzebane, albo natychmiastowym przeniesieniem się do świata duchowego. Takie odroczenie odejścia stwarza możliwość służenia niewidzialną pomocą tym, których się opuściło i trzeba ich pocieszyć, bo chociaż oni pogrążeni są w smutku, zmarłego przepełnia radość.

Niezależnie od naszego wyboru zachowujemy wprost niewiarygodną świadomość wszelkich okoliczności. Nowy, niewspółmiernie wzbogacony ogląd rzeczywistości przekracza wszelką ziemską optykę. Zobaczymy ludzi oddalonych od nas o kilometry. Będziemy mogli ich usłyszeć.

Jednak najistotniejszym zagadnieniem jest nowy, duchowysposób, w jaki będziemy postrzegać siebie. „To ciąg obrazów, słów, myśli, wniosków” — wspomina jedna z ofiar katastrofy lotniczej w Utah. „To była scena z mojego życia. Mignęła mi przed oczami w nieprawdopodobnym tempie, wtedy ją zrozumiałem i wyciągnąłem wnioski. Po chwili pojawiła się następna i następna, i następna, i następna — obejrzałem całe swoje życie, każdą jego sekundę. Nie tylko zrozumiałem te wszystkie wydarzenia, ale przeżyłem je na nowo. Znów byłem tą samą osobą, robiłem te same rzeczy, mówiłem to samo, lecz po raz pierwszy w pełni uświadomiłem sobie motywy swojego działania. Niezwykłość tej reminiscencji nie polegała tylko na skumulowanym, panoramicznym obrazie życia od kolebki. Niecodzienne było to, że wszystkie książki świata nie pomieściłyby zawartej tam całej wiedzy o mnie. Zrozumiałem wszystkie, nawet najbłahsze, zdarzenia z mojego życia i pobudki, które mną kierowały”.

Niewiele rzeczy zdoła wprawić nas w równie wielkie zdumienie co odkrycie, dlaczego znaleźliśmy się na ziemi, dlaczego urodziliśmy się w takiej, a nie innej rodzinie, dlaczego poślubiliśmy tę konkretną osobę, co było celem naszego istnienia i jak pewne punkty zwrotne miały rzutować na jego bieg. Odkryjemy, kim naprawdę jesteśmy.

Reasumując, wkrótce po „śmierci” ujrzymy całość swojego ziemskiego życia. W Europie pewien mistyk, któremu objawiła się Matka Boża, powiedział, że w momencie śmierci dusza otrzymuje światło, by ujrzeć całe swoje życie „od chwili, gdy Bóg tchnął je w łono matki, do momentu, gdy zakończyło się wraz z biologiczną śmiercią”.

Oto „zagadki”, które zostaną rozwiązane w momencie śmierci. Ledwo padnie pytanie, a już otrzymamy odpowiedź. Za chwilę wrócimy do tego tematu.

Sam nasz Pan albo Jego anioł czule powiedzie nas przez trakt naszego życia, pamiętając o każdej ścieżynie. Łagodność przewodnika nie wyklucza jego skrupulatności, stąd przypomną się nam zarówno wielkie, jak i małe rzeczy, o których dawno już zapomnieliśmy.

W jednej chwili przenikniemy wzrokiem duszy i dogłębnie pojmiemy macierzyństwo naszych matek, wczuwając się w ich myśli i znajdując odpowiedź na pytanie, co mogło wpłynąć na nas w życiu płodowym. Zobaczymy i usłyszymy wszystkich, z którymi rozmawiała nasza matka, nosząc nas pod sercem. Raz jeszcze rozegrają się przed nami sceny z tego okresu — jak film w technologii 3D. Tyle tylko, że po pierwsze, bierzemy w nim udział, po drugie, wszystkie wydarzenia nakładają się na siebie, a po trzecie, znajdujemy się w samym epicentrum mozaiki zdarzeń, która otacza nas jak kulisty ekran albo hologram.

To nie do wiary, ale usłyszymy, zobaczymy i wczujemy się w okoliczności i przebieg wszystkich istotnych wydarzeń naszego życia, nie ograniczając się jedynie do swojej perspektywy, lecz prześwietlając myślą punkt widzenia innych osób, a nawet uzyskując Boży ogląd sytuacji.

Bóg będzie niezwykle sprawiedliwie rozsądzał między tym, co uczyniliśmy ze względu na dobro innych, a osiągnięciami, których jedyną motywacją był nasz własny interes. Egoistyczne działania nie spotkają się z aprobatą. Ci, którzy powrócili z zaświatów, mówią, że o takich wydarzeniach, jak propozycja studiów stypendialnych, zostanie drużynowym w skautowskiej organizacji czy wygranie mistrzostw w pchnięciu kulą, trudno nawet szukać wzmianki w „protokole” z obrachunku z całego życia. Natomiast drobna staruszka przygotowująca obiad dla rodziny jedynie z potrzeby serca, a nie po to, by pochwalić się swymi kulinarnymi umiejętnościami, będzie traktowana jak zwycięski bohater — jak triumfator. Z kolei miliarder może spotkać się z zupełnie innym przyjęciem. Dla niego brama może okazać się zbyt wąska. Te dni, kiedy znaleźliśmy chwilę, by zadzwonić do pogrążonych w żałobie przyjaciół, podłamanych znajomych albo osób udręczonych samotnością, nagle zyskają na wartości, bo w Bożych oczach takie uczynki są cenne. Podzielimy radość Jego aniołów, spoglądających na nasze życie niczym na film familijny.

Nasze życie przypomina film. Jesteśmy aktorami na scenie zwanej ziemią. Mamy przypisaną liczbę godzin, minut i sekund do odegrania w scenariuszu życia, napisanym przez Boga. Statystycznie rzecz biorąc, to 28 690 dni. Każda osoba, pojawiająca się w tej „produkcji”, staje obok nas na planie filmowym. Istotne dla pośmiertnego „obrachunku” jest to, jakie wrażenia pozostawił po sobie ten dzień na planie. Czy byliśmy oschli? A może mili? Byliśmy cierpliwi czy też zbyt gwałtowni? Tak naprawdę to najwyżej honorowanym kryterium przy ocenie naszej postawy będzie troska o innych. W obliczu takich czynów retrospekcja obejmująca całe życie nie będzie przykra. To rzeczywiście może być ogromna radość!

Albo bardzo bolesne „przejrzenie na oczy”.

Ci, którzy w życiu sprawiali innym przykrość czy byli dla nich źródłem przygnębienia, teraz będą musieli odczuć to na własnej skórze, gdy wydarzenia od wczesnego dzieciństwa aż po moment śmierci ukażą się im na „ekranie”. „Raz jeszcze przeżyłem smak dobrych uczynków, lecz było ich znacznie mniej i były mniej istotne, niżbym się spodziewał — wyznał wspomniany wcześniej uczestnik wypadku. — Większość dokonań, które w moich oczach jawiły się jako niezwykłe, okazała się nieważna. Robiłem to dla siebie. Pomagałem innym, gdy byli mi potrzebni. Uzależniałem swoją dobroczynność od widoków na rewanż, nawet jeśli gratyfikacja polegała jedynie na schlebianiu mojemu ego. Z drugiej strony, za sprawą drobnego, miłego gestu naprawdę pomogłem niektórym ludziom — uśmiechem, życzliwym słowem. O takich drobiazgach dawno zdążyłem zapomnieć. Zobaczyłem, że dzięki moim działaniom przysporzyłem szczęścia innym, którzy z kolei sami byli serdeczniejsi dla otoczenia. Zrozumiałem, że uruchamiałem potężną falę dobroci, nadziei i miłości, gdy tak naprawdę kosztowało mnie to jedynie uśmiech czy drobną pomoc. Byłem wielce rozczarowany, że nie znalazło się więcej takich przypadków. Oceniając życie jedynie z własnej perspektywy, sądziłbym, że pomogłem o wiele większej liczbie osób”.

Nie ma co do tego żadnych wątpliwości: tysiące ludzi potwierdziło, że obrachunek z życia stanowił istotną część ich krótkiego pobytu po tamtej stronie, i powróciło, by opowiedzieć nam o tym. Możemy to nazwać „sądem” i w pewnym sensie tak jest. Lecz ci, którzy go przeżyli, powtarzają, że Bóg nie przypominał sędziego. Nie wymachiwał sędziowskim młotkiem. Natomiast zapewniają, że jawił się jako nigdy wcześniej niedoświadczana potęga serdeczności i miłości, pozwalająca zobaczyć życie w Świetle Bożej Prawdy.

A trudno nie przyznać racji Jego wyrokom.

To Światło, które niczego nie ukrywa i wie o wszystkim. Nie ma miejsca, którego by nie znało (jakkolwiek ciemne i odległe by było). Razem z aniołami, które pokażą nam Boski punkt widzenia, zobaczymy te sytuacje na nowo. Pan wybacza to, co naprawiliśmy przed śmiercią. Okropne przewiny, jeśli za nie żałowaliśmy, znikną. Jednak, jak zobaczymy później, ważne jest, by oczyścić swoje sumienie jeszcze tutaj, na ziemi. „Ujrzałem siebie skruszonego, szczerze pragnącego, by Bóg zmył ciężar i winę moich grzechów — wyznał ten sam mężczyzna dający świadectwo. — I uczynił tak. Zachwyciłem się Jego doskonałą miłością i faktem, że moje złe uczynki mogły być tak łatwo wymazane”.

To będzie fascynujące przeżycie. W końcu poznamy wszystkie czynniki, które nas kształtowały, i to, jak wyglądamy w Bożych oczach. Zobaczymy nasze trafione i chybione decyzje, szanse, które zaprzepaściliśmy. Ujrzymy, jacy moglibyśmy być, gdybyśmy w kilku sytuacjach życiowych podjęli inne decyzje. Przekonamy się, jak to jest, gdy obrażamy kogoś, krzyczymy na niego czy się z niego naśmiewamy (nawet jako dzieci). W tym samym czasie poczujemy radość z ponownego przeżycia najwspanialszych przejawów miłości oraz wszystkich momentów, w których komuś pomogliśmy.

Wraz z nami również anioły będą się rozkoszować tymi chwilami, a ich reakcja wskaże nam wszystkie te momenty, gdy postąpiliśmy zgodnie z Boskimi przykazaniami. Zobaczymy, czy rzeczywiście wypełniliśmy Jego zamysł. Przekonamy się, jak sprostaliśmy „próbom”. Ujrzymy kryteria, jakimi kierował się Bóg, wyznaczając nam poprzeczkę „przeciwności losu”. Zrozumiemy, że Pan zsyłał nam próby, byśmy mieli szanse na rozwój. To właśnie dlatego święci tak o nie błagali. Wiedzieli, co mogą przez nie uzyskać w przyszłym życiu. Wiedzieli, że po śmierci raz jeszcze powrócą do tych chwil, by zobaczyć ich prawdziwy wymiar. Po tamtej stronie „życia” przekonamy się, jak wielcy byli ci, którzy znosili cierpienia bez słowa skargi, o ile byli więksi od miliarderów czy głów państw. Doczesne uznanie i zaszczyty będą w zaświatach niczym. Gdy ujrzymy tam kogoś „sławnego”, okaże się on jedną z grona dusz próbujących oczyścić się z grzechów, chyba że napotkana dusza należy do świętego, który dostąpił łaski wyższego poziomu uduchowienia.

Jeśli chodzi o nasz rachunek z życia, stanowiący swoistą retrospekcję, wiele znanych osób będzie zaskoczonych, że ich wielkie osiągnięcia okażą się zupełnie bez znaczenia.

„Co zrobiłeś z otrzymanym talentem?”

„Komu pomogłeś?”

„Co uczyniłeś wyłącznie z miłości?”

„Co zrobiłeś z nadmiarem pieniędzy, których nigdy ci nie brakowało?”

„Czy postąpiłeś tak ze względu na Mnie?”

„Co zrobiłeś, by wypełnić Mój plan?” — spyta Pan.

W życiu mamy do wykonania konkretne zadanie, lecz wywiązanie się z niego jest możliwe tylko wtedy, gdy będziemy żyć pełnią życia. Osiągnięcie wyznaczonego celu będzie źródłem nieskończonej radości. Już dziś możemy, a właściwie powinniśmy, zacząć się o to modlić: „Panie, prowadź mnie, bym wypełnił Twoje zamysły w stosunku do mojego życia i ujrzał je z perspektywy wieczności, która jest Twoją perspektywą”.

Nie ma ważniejszej modlitwy w intencji zbawienia własnej duszy. Taki akt strzelisty potrafi zdziałać cuda. Kiedy wiemy, co mamy robić i jak Bóg zapatruje się na całe przedsięwzięcie, zmienia się nasz punkt widzenia. Mając szerszy horyzont oceny, możemy wiele poprawić w naszym życiu, zarówno w kwestiach kluczowych, jak i mniej ważnych. Naprowadzeni Bożym światłem, uzyskamy całościowy obraz rzeczywistości i dostrzeżemy najmniejsze słowa lub gesty, które przerodziły się w łańcuch wydarzeń. Uświadomimy sobie, jak to się mogło stać, że pewne zachowania względem innych spowodowały niekontrolowany — pozytywny lub negatywny — efekt domina. Będziemy przecierać oczy ze zdziwienia, gdy dostrzeżemy, jak Duch Święty ogarnia nas wszystkich i spaja w jedno. Zrozumiemy, że krzywdząc innych, robimy krzywdę samym sobie.

Jak niedawno stwierdził pewien polski ksiądz, komunizm upadł po części dzięki Lechowi Wałęsie, który walczył przeciwko niesprawiedliwości. Inspirował go Martin Luther King. On z kolei działał pod wpływem postawy czarnoskórej Rosy Parks, znanej z tego, że wbrew ustawie segregacyjnej ostentacyjnie zajęła miejsce w autobusie w części zarezerwowanej dla pasażerów rasy białej. Ją zaś do walki z rasizmem zainspirowało pewne małżeństwo białych Amerykanów, dla którego pracowała wraz z mężem. W ten oto sposób pojawiające się u tych osób drobne z pozoru poruszenia serca uruchomiły potężną lawinę zdarzeń, które ostatecznie doprowadziły do upadku komunizmu. Dzieło to mogło się ziścić również za sprawą wprost tytanicznej pracy innego Polaka — papieża Jana Pawła II. W ostatecznym rozrachunku wszystko sprowadza się do aktywności „maluczkich tego świata”, robiących rzeczy z pozoru błahe, które jednak urosły niczym ziarnko gorczycy. Matki, ciotki czy dziadkowie mogą zdziałać więcej niż prezydenci. Taka aktywność może być jeszcze bardziej owocna na płaszczyźnie duchowej.

Aż zaniemówimy z osłupienia, gdy przekonamy się, jaki potencjał kryje się w samych myślach. Tutaj, na ziemi, ograniczeni przez zmysły, sądzimy, że wpływamy na ludzkie emocje jedynie przez sposób mówienia, wyraz twarzy czy zachowanie — krótko mówiąc, przez to, co robimy względem innych. Ograniczamy wszystko do zmysłów wzroku, słuchu, węchu, dotyku i smaku. A przecież wrażliwość ma różne oblicza. Po śmierci ujrzymy, że myśli są tak samo rzeczywiste jak słowa. Może nie tak bezpośrednie i dobitne, ale bezsprzecznie tak samo prawdziwe, skoro jest im przypisane konkretne oddziaływanie. Możemy je poczuć przez duchowy „szósty” zmysł, który w pełni ujawnia się w chwili opuszczenia fizycznego ciała. Dostrzega on znacznie więcej niż zmysł wzroku. Z tego powodu ci, którzy powrócili z zaświatów, mówią, że nie tylko nie doświadczyli całkowitego końca bytu, lecz, paradoksalnie, w śmierci stali się bardziej żywi — i świadomi — niż kiedykolwiek wcześniej. To nie był „sen”, to nie była utrata przytomności. Nic dziwnego, że jesteśmy lekko zdezorientowani pewnymi kościelnymi określeniami, takimi jak „śpiący snem wiecznym”...

Nie ma mowy, by przejściu pomiędzy tym, co jest tutaj, a tym, co trwa za zasłoną, towarzyszyła drzemka. Umieramy w pełnej świadomości. Umieramy w świadomości do potęgi entej. Nowe wymiary rzeczywistości rozpościerają się przed nami z prędkością światła. Jednak nie przebiega to w sposób gorączkowy. Nie dostajemy zadyszki. Radzimy sobie z łatwością Ducha. To właśnie Duch Święty podczas naszej wędrówki w kierunku Światłości pozwala nam pojąć to, nad czym głowiliśmy się od lat.

Wyobraźmy sobie taką rzeczywistość, w której wystarczyłoby tylko przywołać na myśl najbardziej nurtujące z pytań, a natychmiast pojawiłaby się odpowiedź. W takim tempie działa Duch Święty. To w Nim jest cała wiedza. On też ma odpowiedź, zanim jeszcze padnie jakiekolwiek pytanie. Jednak dopóki trwa nasze ziemskie życie, Duch Święty nie może odpowiedzieć na wszystkie pytania, bo przedwczesna wiedza mogłaby odebrać nam możliwość doskonalenia się w wyniku doświadczanej „próby”.

Po drugiej stronie powiemy: „Ach, teraz rozumiem, dlaczego tak się stało. Rozumiem, czego się nauczyłem. Bogu niech będą za to dzięki! Rozumiem swój błąd. Rozumiem, czego się dzięki niemu nauczyłem, mimo że wydawało mi się, że poniosłem całkowitą porażkę. No tak, to dlatego ta osoba pojawiła się na mojej drodze. Powinienem był się domyślić! Dlaczego o tym nie pomyślałem?”...

Wszyscy to przeżyjemy, chociaż dzięki modlitwom możemy ulżyć naszemu „rozczarowaniu”. Prawdę mówiąc, możemy dokonać takich cudów, że gdy już nadejdą niespodzianki, w które obfituje wieczność, to będą one wyłącznie miłe. Bez względu na to, jaka jest nasza obecna wizja wspaniałości Boga, kiedy znajdziemy się w raju, uświadomimy sobie, o ile wspanialszy jest w rzeczywistości. Ujrzymy nieskończone cuda oraz przykłady zawiłości, a zarazem prostoty Jego dróg. Jezus będzie naszym przewodnikiem. Będzie czerpać radość z wyjaśniania nam wszystkiego. Wreszcie zrozumiemy, w jaki sposób udaje Mu się poświęcać nam aż tyle uwagi — odpowiadać na nasze pytania, a równocześnie nie zaniedbywać niezliczonych dusz w wieczności i troszczyć się o wszystkie istoty cielesne, wciąż trwające w świecie doczesnym.

Właściwie o doczesności powinno się mówić w kategoriach „wymiaru”. Jesteśmy oddzieleni od wieczności welonem natury duchowej. Z perspektywy zaświatów pojęcie „materialności” w odróżnieniu od „niematerialności” nie ma racji bytu, ponieważ chodzi jedynie o różnicę w poziomach energii. Choć to obraz rzeczywistości lekko zbliżony do New Age, to jednak oznacza coś innego. Pewnych przejawów energetycznej natury świata można dopatrzyć się w snach. Wymiar energetyczny jest tylko jednym z aspektów rzeczywistości. Każdej osobie, każdej sile w fizyce, każdemu duchowi czy rzeczy odpowiada właściwe miejsce w wysoce zhierarchizowanym systemie przydzielonej cząstki mocy. Odkrywamy, że im głębiej drążymy, tym bardziej części składowe rzeczywistości są ze sobą powiązane. Zwornikiem całości jest właśnie ta moc, która ma wymiar duchowy. Pochodzi od Boga — Jedynego Boga, Boga osobowego. Gdybyśmy pokusili się o opisanie jej najwyższego poziomu, musielibyśmy użyć słowa „miłość”, chociaż to nasze słowo w żaden sposób nie oddaje skali „odmienności” tej Bożej postawy, gdyż język nie jest w stanie opisać przejmującego oblicza zaświatów.

Wszystko będzie przesycone Bożą Światłością i będzie nią zarazem emanować — wszystko, co znajdzie się „powyżej” czyśćca.

Na ziemi wygląd przedmiotów zależy od tego, w jaki sposób odbija się od nich światło, naturalne bądź sztuczne. O kolorze przedmiotu decyduje stopień załamania lub absorpcji promieni świetlnych. Na ziemi mamy trzy barwy podstawowe — zieloną, czerwoną oraz niebieską. Cała reszta kolorów zależy od stopnia nasycenia lub proporcji i doboru zmieszanych dwóch albo trzech barw podstawowych. W Niebie są dziesiątki, setki kolorów postrzeganych w zależności od poziomu.

W Niebie wszystko wydaje się lśniące, ponieważ promienieje mocą, dzieloną z samym Bogiem. Byty nie zachowują się tam jak lustra odbijające majestat Boży, lecz nim emanują. W Niebie jesteśmy bardziej złączeni. Sama myśl zapewnia przekaz treści i mobilność. Ci, którzy doświadczyli śmierci klinicznej, często wspominają, że Jezus przeprowadził ich przez różne strefy duchowe i wystarczyło pomyśleć, gdzie chcieliby się znaleźć, a natychmiast pojawiało się miejsce przeznaczenia — i to na różnych poziomach, niekiedy w scenerii przypominającej kosmiczną podróż.

Są tam gwiazdy. Galaktyki. Planety. Czy to prawdziwe gwiazdy?

Wiele osób opisuje, że po śmierci, opuszczając Ziemię i poruszając się z ogromną szybkością, leciały przez coś na kształt kosmosu. „Zamiast tunelu, część osób wspomina nagle wznoszenie się pod niebiosa i oglądanie Ziemi wraz ze sklepieniem niebieskim z punktu widzenia astronauty” — pisze czołowy badacz w tej dziedzinie doktor Raymond Moody.

Gdy umieramy, jesteśmy wolni od wszelkich ograniczeń tego świata i rozpościerają się przed nami nowe światy. Nieskończone światy. Nieskończone „wszechświaty”. Niektórzy spośród tych, którzy doświadczyli śmierci klinicznej, określają je nawet jako mnogie „wieczności”.

Oto jak nieogarniony jest Bóg, a wraz z Nim życie po śmierci. Oczywiście są również osoby, które opisują, że podróż odbywała się w jakimś korytarzu bądź „tunelu”. Za sprawą wirującego podmuchu energii zostały przeniesione w zupełnie inne miejsce mające — już na pierwszy rzut oka — znamiona całkowicie odmiennej rzeczywistości. Według nich świadomość, że znajdują się w Bożych rękach sprawiła, że nie odczuwały żadnego lęku. Pomimo tak radykalnej zmiany „otoczenia” większość osób czuje niesamowity spokój. W swojej wędrówce na granicy światów, która w końcu wprowadza je do nowego miejsca, gdzie zaczynają nowe, prawdziwe życie, osoby te doświadczają dziwnej fuzji zawrotnego tempa i ciszy.

To kolejna, niemalże nieodłączna, cecha wszystkich epizodów podróży w zaświaty — poczucie: „Jestem w domu. Jestem w domu. To jest mój prawdziwy dom”. Oczywiście, że prawdziwy! Tam jest Bóg, a zatem jest to miejsce, z którego wywodzimy swe początki — my i całe stworzenie. Matka Boża przypomina nam, że zanim Bóg stworzył świat, znał każdego z nas. On sam nazwał nas przed stworzeniem. Z miłości tchnął życie w łona naszych matek. Jeśli chcemy dowiedzieć się, kim jest każdy z nas, z osobna, zanurzmy się w treść Pisma Świętego i oceńmy, jakie miano przypisalibyśmy swemu życiu. Bo w obliczu śmierci opadną wszystkie maski i każdy z nas spotka prawdziwego siebie. Aż trudno uwierzyć, że Bóg mógł stworzyć nas wszystkich, obdarzając każdego innym garniturem cech osobowych. Miliardy niepowtarzalnych twarzy! W przypadku każdego z nas Bogu tak spodobała się idea stworzenia nowego bytu, że nie mógł się jej oprzeć.

W wieczności nie ma ani przeszłości, ani przyszłości, więc byliśmy tam już wcześniej. Jednak to nie koncepcja reinkarnacji jest kluczem do właściwego zrozumienia tego zagadnienia. Odpowiedź tkwi w pojęciu pozaczasowości. Nasza dusza została ukształtowana przez Boga, który tchnął ją w fizyczne ciało, byśmy w nim mogli doświadczyć tego, co musimy pokonać, nie wyłączając grzechu. Zdziwimy się, jak bardzo ta nowa rzeczywistość nie z tego świata będzie przypominała dom. To tam nasze dusze poczują się jak u siebie — absolutnie błogo. To jedyne miejsce, gdzie można zaznać niczym niezmąconego spokoju.

Przez całe ziemskie życie dusza wciąż pragnie przebić się do doświadczenia pełnej wieczności, dąży do zapewnienia sobie raju. Bóg każdą z dusz wyposażył w umiejętność rozróżnienia dobra i zła. Reszta jest w naszych rękach, za sprawą zmagań, które stoczymy, czy też prób, jakim zostaniemy poddani. Z tego powodu człowiek nawet w najodleglejszym zakątku ziemi — osoba, która nigdy nie słyszała o Piśmie Świętym — ma ścieżkę, którą może podążać, oraz narzędzia, by być dobrym człowiekiem i zostać osądzonym przez samego Boga.

W korytarzu, bądź w „tunelu”, odczuwamy obecność skłębionej energii, która z impetem, choć nie wywołując przy tym uczucia dyskomfortu, poniesie nas w nieustannym wirze poprzez czas i przestrzeń.

Wyobraźmy sobie wszystko, co można uznać za niezwykłe, i pomnóżmy to przez nieskończoność.

Oto dokąd prowadzi wir.

To miejsce jest całkowicie poza zasięgiem wszelkich teleskopów. Trudno używać terminów „tunel” albo „gwiazdy”, bo tam struktury nie są materialne. Nazwijmy to „przejściem”.

Wewnątrz zostaniemy powitani przez naszych bliskich. Być może w ich gronie ujrzymy Jezusa. Przywitają nas anioły, które mogą pojawić się w jakiejkolwiek postaci odpowiadającej naszym wyobrażeniom: jako postawni, skrzydlaci wojownicy albo cherubini. Mogą też przybrać postać tajemniczego nieznajomego, którego pamiętamy z samolotu, lub starej kobiety, która uśmiechając się, przystanęła na ulicy i pobłogosławiła nas znakiem krzyża.

Po śmierci zdziwimy się, ile razy pomogły nam anioły, ile z naszych przeczuć w gruncie rzeczy zawdzięczaliśmy ich podszeptom. Ujrzymy, że obcy, których mijaliśmy, byli aniołami w przebraniu — ujrzymy krótkotrwałe zdarzenia, o